Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Samsara. Na drogach, których nie ma - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 czerwca 2023
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Samsara. Na drogach, których nie ma - ebook

Drogi, których nie ma, prowadzą do miejsc, o jakich nie śniłeś. Przedziera się przez dżunglę, łapie jadowite węże, zakrada się do obozu partyzantów, tropi przemytników dzieł sztuki i... świętych mężów, którzy potrafią cofnąć czas. Nie omija też utartych szlaków - zwiedza azjatyckie metropolie i ruiny dawnych królestw albo wyleguje się pod palmami, popijając sok z kokosa.

Świat można oglądać przez przyciemnione szyby limuzyny albo z dachu rozklekotanego autobusu. Tomek Michniewicz woli to drugie - pakuje plecak, kupuje bilet i rusza w nieznane, by przeżyć niesamowitą przygodę!

Samsara. Na drogach, których nie ma to fascynująca opowieść Tomka o jego podróży po Azji - pełnej niebezpieczeństw, zaskakujących zdarzeń i ciekawych ludzi. Opowieść napisana ze swadą, rozbrajającym humorem, ale i dystansem do siebie. A także poradnik, jak w taką wyprawę wyruszyć samemu.

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7515-934-9
Rozmiar pliku: 30 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KOŁA SAMOLOTU wreszcie z hukiem zwaliły się na pas startowy, kończąc dwadzieścia siedem godzin podróży. Zmęczenie dawało znać o sobie na wszystkie możliwe sposoby, nawet samolot pocił się od środka.

Takie są uroki najtańszych biletów ukraińskich linii lotniczych oraz całonocnego koczowania na lotnisku w Delhi.

Za oknem przewijały się znajome widoki i znajome rysy twarzy. Stewardesa wreszcie otworzyła drzwi, do środka wtłoczył się znajomy upał.

Jestem w domu.

Oto Katmandu, stolica Nepalu. Miasto buddyjskich mnichów, masali w herbacie i żywych bogiń, którym bije się pokłony. Stolica małp, kolorowych strojów, Szerpów, yeti i hoteli trzy dolary za pokój. Miasto oświetlone płomieniami świec i lamp naftowych, które co wieczór przenosi się w dziewiętnasty wiek. Byłem już wcześniej w Katmandu i od tamtej pory wiedziałem, że muszę tu wrócić, bo to miejsce działa jak narkotyk.

To jednak nie będzie książka o Nepalu. Ani o Wietnamie, Laosie, Tajlandii, Kolumbii czy Mozambiku. To będzie książka o tym, co się dzieje, gdy pakujesz plecak i wychodzisz z domu z biletem w jedną stronę.

Gdy zamykałem drzwi mieszkania na trzecim piętrze artystycznie obdrapanej warszawskiej kamienicy, nie wiedziałem, kiedy wrócę ani skąd. Wiedziałem, że mam bilet do Nepalu i że reszta jakoś się ułoży. Nie wiedziałem, że będę pływał po rzece pełnej krokodyli i patrzył w lufy partyzanckich karabinów ani że po kilku dniach w dżungli będę pił wodę wysysaną z bananowca. Nie wiedziałem też, że przyjdzie mi spać w pokoju za trzysta pięćdziesiąt dolarów za noc i że świat będę oglądał z grzbietu słonia. I dobrze. Bo po to się wyjeżdża, żeby nie wiedzieć, co czeka za zakrętem._OM MUNI MUNI MAY MUNIYE SVAHA…_ Głosy mnichów z sali medytacyjnej wpadły przez okno, zagłuszając nawet cykady, które i tak nie pozwalały spać.

– Chłopaki, umówmy się… Jak śpiewamy, to śpiewamy, ale jak śpimy, to śpimy… – usłyszałem z łóżka obok. Zegarek pokazywał za siedem szóstą.

Gdy trafiliśmy do tego klasztoru, w progu przywitał nas pucołowaty mnich w karminowej szacie.

– Witajcie, witajcie! Skąd jesteście?

– Z Polski.

– Z Nowej Zelandii?

– Nie, z Polski, z Europy.

– Aaa… tak, tak. O szóstej zaczyna się pudża, o siódmej trzydzieści śniadanie. W ciągu dnia są egzaminy dla mnichów w nowicjacie. Możecie je oglądać, ale nie przeszkadzajcie za bardzo. A jaka jest pogoda w Nowej Zelandii o tej porze roku?

– Zapewne bardzo przyjemna, ale mogę tylko przypuszczać, bo jesteśmy z Polski.

– Aaa… tak, tak.

– Lamo – grubasek zwrócił się do asystenta przełożonego gompy, z którym koniecznie mieliśmy porozmawiać po przybyciu. – To są nasi nowi goście, przyjechali z Nowej Zelandii.

– _Namaste!_ Jak tam pogoda w Nowej Zelandii o tej porze roku? – odezwał się lama Chodar.

– Fantastyczna, akurat nie za ciepło, więc to dobry sezon na wycieczki na Tasmanię – skapitulowałem.

To było wczoraj. Teraz, cztery minuty po pobudce, siedziałem pod ścianą sporej sali medytacyjnej, w której stu mnichów odprawiało poranną pudżę, siedząc w równych rzędach. Zaczęli od powitania dnia serią monotonnych mantr przeplatanych kanonadą trąb i bębnów. Następnie odczytali kilkanaście wersów jednego z pięciu głównych tekstów, które muszą opanować. A potem należało przywitać ranek czymś bardziej konkretnym niż strawa duchowa.

Dostałem do ręki miskę ryżu i kubek z herbatą. Ryż okazał się zaskakująco dobry. Nastawiałem się na kulinarną powściągliwość ułatwiającą oderwanie się od potrzeb cielesnych. A tu proszę, pyszny słodki ryż na mleku kokosowym, z rodzynkami i orzechami.

Inaczej sprawa wyglądała z herbatą, która najwyraźniej stanowiła obligatoryjny element ascezy. Kubek rzeczywiście zawierał herbaciany napar, ale z masłem z jaka i dodatkiem sporej ilości soli. Po przełknięciu pierwszego łyku poczułem, że dopóki nie będę w wysokich górach, gdzie wybór sprowadza się do tego czegoś lub wody filtrowanej jodyną, pozwolę sobie kontemplować nauki Buddy w inny sposób.

Rzuciłem okiem w prawo i zobaczyłem, że nie jestem w tym podejściu osamotniony.

– Nie jest dobrze – szepnąłem.

– Ta woda chyba jakaś niedogotowana… – odpowiedział Adam, rozglądając się jednocześnie bezradnie w poszukiwaniu możliwości pozbycia się zawartości kubka.

Właśnie, poznajcie Adama. Będziemy razem podróżować po Nepalu. Jeśli potraficie sobie wyobrazić faceta, który wie wszystko o siłach specjalnych, nurkuje podlodowo, skacze ze spadochronem, nie nosi nic oprócz wojskowych ciuchów, nie strzyże się inaczej niż krótko i któremu sprawia radość, że przez dwa tygodnie może się nie golić, bo dzięki temu wygląda jak Pasztun, to widzicie właśnie jego.

Z Adamem znamy się od dawna, wcześniej przejechaliśmy razem kawał Azji i możemy na sobie polegać w każdej sytuacji. Dobrze zbudowany, wysportowany, wyszkolony w czym się tylko da, z całym wachlarzem licencji strzeleckich, paralotniowych, nurkowych… Wiecie, gość któremu faceci w barze schodzą z drogi.

Obaj kochamy niebezpieczeństwo i stale pakujemy się w kłopoty, włażąc tam, gdzie nikt nas nie prosi. Dzieje się tak, bo obaj zdajemy sobie sprawę, że ten drugi nie potrzebuje tatusia. Gdy robi się gorąco, potrafimy prysnąć w przeciwne strony, nie patrząc za siebie, bo każdy wie, że poradzi sobie bez pomocy.

Jeśli mam przed sobą trasę po niebezpiecznym terenie, to tylko z Adamem.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odpowiedział lama Chodar, gdy po pudży zasiedliśmy ponownie, by podyskutować o filozofii.

Klasztor pod Katmandu był pierwszym i jak na razie jedynym zaplanowanym punktem na naszej trasie. Z Adamem zwykle podróżujemy zupełnie bez celu, na bieżąco wypatrując kolejnych destynacji. Nigdy nie wiemy, gdzie skończymy dzień i gdzie będziemy spać. Nie mamy planu do wyrobienia i nigdzie się nie spieszymy, a decyzje podejmujemy spontanicznie. Dzięki temu prawie zawsze trafiamy do miejsc, o których normalnie nawet byśmy nie usłyszeli. Albo w tarapaty, których normalnie byśmy uniknęli.

W klasztorze chcieliśmy się trochę wyciszyć i wejść w rytm podróży, zostawiając za sobą codzienne sprawy, i przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej o buddyzmie. Chodar i Nawang, dwaj mnisi, którzy byli naszymi gospodarzami, łączyli naukowy rygor z religijnym poświęceniem. Fakultety z tybetańskiego i filozofii oraz podróże do Europy pozwalały im patrzeć na nauki Buddy z zupełnie innej perspektywy. A także akceptować wiele różnych punktów widzenia. Pierwszorzędne źródło wiedzy.

Długo dyskutowaliśmy o buddyjskim Kole Życia i o znaczeniu poszczególnych części Drogi Środka. Gdy dobrnęliśmy do niuansów reinkarnacji, poruszyliśmy kwestię, która – jak się potem okazało – zmieniła całą naszą podróż.

– Skąd się biorą opowieści o lewitujących mnichach? – spytałem przy jakimś wątku, nawet już nie pamiętam przy którym.

– Z Tybetu.

– Ale to są bajki dla dzieci czy co?

– Dlaczego tak mówisz? – zapytał z pełną powagą lama Chodar.

– Bo jeśli strącę ze stołu ten kubek z herbatą, poleci w dół, a nie w górę. A lewitujący mnich musiałby przełamać prawa fizyki siłą swojej koncentracji.

– I uważasz, że to niemożliwe? – spytał Nawang.

– Cóż… mógłbym wysunąć takie śmiałe przypuszczenie i zapewne nie byłbym w nim osamotniony.

– Umysł jest potężniejszy niż ciało – powiedział zupełnie serio lama. – Widziałem ludzi, którzy tańczyli na szkle, chodzili po ścianach i odcinali sobie język, który nie krwawił.

– Ja widziałem mnicha, który przedzielił swoje ciało na pół – dorzucił szybko ten grubszy.

– Przepraszam, nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Przeciął się na pół?

– Tak, nogi i tułów z głową leżały oddzielnie.

– I ty to widziałeś?

– Tak, z dwóch metrów.

– A potem on wstał i poszedł dalej?

Chodar spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem, jak na dziecko, które stale pyta: „dlaczego?”.

– Nie rozumiem, czemu tak cię to dziwi. Rok temu do Katmandu przyjechał czarownik, który na oczach wszystkich cofnął czas. Żebyś to dobrze zrozumiał… nie wskazówki zegarków, ale czas. Mogłeś zobaczyć, jak w dzbanku pojawia się woda, którą wcześniej wypiłeś, jak kwiaty ożywają zamiast więdnąć, jak słońce płynie po niebie w drugą stronę.

– Panowie, bądźmy poważni… – zaoponował Adam.

– W tradycji tybetańskiej są ludzie, których nazywamy wyroczniami albo czarownikami – włączył się Nawang. – Zapewne nigdy o nich nie słyszałeś. Ale to, że o czymś nie słyszałeś, nie znaczy, że nie istnieje.

– Nie chcemy was urazić – powiedział Chodar – ale musicie trochę otworzyć głowy. Gdy byłem w Anglii, zobaczyłem, że ludzie na Zachodzie są bardzo racjonalni. Wydaje się wam, że będziecie szczęśliwi, gdy zarobicie dużo pieniędzy, znajdziecie dobrą pracę i będą was lubić sąsiedzi. I często tak jest! Ale przy okazji staracie się wtłoczyć cały świat w ramy, które rozumiecie, które pasują do waszego wyobrażenia o nim. To, o czym tu mówimy, to dla ciebie magia, a dla nas popisy i zabawa – kontynuował. – Dla ciebie to pewnie inny świat, dla nas codzienność. Macie iluzjonistów, którzy ćwiczą latami, by wyciągnąć kartę z rękawa lub chowają się za zasłoną tak, by wyglądało, jakby zniknęli. A w naszym świecie ludzie naprawdę znikają, ale wy nie jesteście w stanie w to uwierzyć. Chcesz zobaczyć czary? Po to przyjechałeś do Azji? Chcesz zobaczyć, jak ludzie lewitują, jak nie krwawią, jak się zabijają? Jedź do Indii. Tam takich czarowników spotkasz na każdym kroku.

Do tej chwili nie wiedzieliśmy jeszcze, dokąd pojedziemy dalej. Może na północ i przez zamkniętą granicę do Tybetu? Może na zachód, do świata maoistów podkładających bomby? Ale wizja faceta, który odcina sobie nogi, a potem na nich staje i normalnie chodzi, wydatnie pomogła w podjęciu decyzji. Jedziemy na południe.

Na serio lub nie, ale zanosiło się na to, że podczas tej podróży będziemy szukać czegoś, co według naszego zachodniego sposobu postrzegania świata podobno nie istnieje. Czarów, magii, cudotwórców, tajemnych praktyk i innych tego typu dziwności.

Wtedy jeszcze miałem właśnie takie nieco protekcjonalne podejście.

DZIEŃ PÓŹNIEJ STAŁEM W ZADYMIONYM KORKU w Katmandu i zastanawiałem się, co myśleć o słowach lamy Chodara. Mógł się z nas nabijać, ale wyglądało na to, że mówił zupełnie serio. Słyszałem zresztą o cudach w Indiach i czytałem relacje, które przeczyły zdrowemu rozsądkowi.

A potem przypomniałem sobie, że sam działem już rzeczy, których nie potrafiłem wytłumaczyć. W Hongkongu, równo półtora roku wcześniej.

Kowloon, Hongkong, półtora roku wcześniej

– Znalazłem, szkoła mistrza Wan Kei Ho. Uczy po drugiej stronie miasta – powiedział Adam.

Wtedy też razem przecinaliśmy Azję i akurat zatrzymaliśmy się w Hongkongu, by dowiedzieć się czegoś więcej o kung-fu. Adam trenował od iluśtamnastu lat wietnamską sztukę walki viet vo dao i kochał wszystko, co było związane ze wschodnimi technikami samoobrony.

Przeleciał wzrokiem ulotkę.

– Wan Kei Ho spędził młodość w Shaolin, a potem przeniósł się na południe, żeby uczyć walki przygrubych obcokrajowców w garniturach.

– Widać dieta monoryżowa przestała mu służyć.

Godzinę później stanęliśmy przed szklanym biurowcem w biznesowej części Hongkongu. Spojrzeliśmy po sobie z niedowierzaniem, ale portier wskazał tabliczkę „Wan Kei Ho, nauczyciel, III p.”. Korytarz doprowadził nas do zwykłego biura – dwudziestometrowej klitki, która ledwo mieściła komputer, szafę oraz stojak na miecze.

– Przestrzeń w Hongkong być bardzo droga – powiedział przepraszająco mistrz Wan Kei Ho wyglądający bardziej na rzutkiego biznesmena niż nauczyciela kung-fu. Azjatycki metr sześćdziesiąt, czterdzieści kilka lat, wysportowana sylwetka i błysk w oku, który zdradzał, że mistrz wie, jak się robi pieniądze.

W biurze zaczęli się pojawiać uczniowie i szybko się okazało, że to jedno pomieszczenie to nie tylko kwatera główna, ale i przebieralnia oraz właściwa sala ćwiczeń. Gdy jeden z uczniów wykonywał polecenia trenera, inni musieli wycofywać się na korytarz, lawirując między odzianymi w żakiety paniami z kawą, które przemykały pochłonięte rozmowami przez komórki.

Imponujące to nie było.

Do czasu.

Uczniowie zaczęli się ewakuować do domów i zostaliśmy w dość kameralnym gronie. Dopiero wtedy mistrz zainteresował się nami. Dość szybko namówiliśmy go na krótki pokaz i w ciągu sekundy trener Wan Kei Ho zmienił się z biznesmena w wojownika. Lata spędzone w klasztorze Shaolin widać było w precyzji ruchów, którą docenić może tylko ktoś, kto choć raz w życiu stał na macie, patrząc w oczy przeciwnikowi.

A potem to się stało.

Lama Chodar za kilkanaście miesięcy powie: „Mnisi, którzy dysponują jakimikolwiek mocami, nie pozwolą sobie na pychę ich pokazywania”. Mistrz Wan Kei Ho najwyraźniej nie podzielał tej opinii. Spod swojego biurka wyciągnął pałeczki do jedzenia, zwykłe bambusowe patyki. Oparł jedną z nich na tchawicy, po czym bez zbędnych ceregieli huknął w nią drugą ręką, jakby chciał wbić sobie bambus do gardła. Drgnęliśmy z wrażenia, bo taki cios powinien spowodować, że mistrz otworzy sobie dodatkowe wloty powietrza, i to prawdopodobnie z obu stron. Bambus pękł z suchym trzaskiem.

Nie wiedzieliśmy, czy bić brawo, czy co, więc tylko patrzyliśmy w osłupieniu. Mistrz tymczasem podszedł do stojaka i wyciągnął z niego miecz.

– Ty znać Jackie Chan? Jackie Chan nie wojownik tylko aktor. Oni używać miękkie miecze, udawaczki – z szelmowskim uśmiechem zaczął tłumaczyć. Miecz zaśpiewał dźwięcznie, wyginany na wszystkie strony. – Zobacz, nieostry.

Faktycznie, krzywdy sobie tym nie zrobię, pomyślałem, choć ostrożnie, wciąż pomny prezentacji dwóch uderzeń mistrza, po których wciąż nie słyszałem na jedno ucho. Mistrz następnie zdjął ze ściany zakurzony miecz w zdobionej srebrem pochwie. Naoliwiona klinga bezszelestnie opuściła pokrowiec i świsnęła w powietrzu zaostrzonym końcem.

– A to być mój miecz, prawdziwy.

Test ostrości zostawił na dłoni kropelkę krwi. Z tym większym przerażeniem zobaczyłem, że mistrz wręcza mi broń i każe ustawić się w pozycji bojowej. Widziałem już oczami wyobraźni potężne uderzenie, które ścinając mnie z nóg, udowodni, jak niewiele jest wart dwumetrowy wielkolud z mieczem w porównaniu ze starożytną techniką.

Przed oczami już mignął mój brat na nocniku, karuzela na skwerze Kubusia Puchatka i pierwsze dni w przedszkolu otwierające dynamiczny montaż przewijanego filmu życia. W okolicach piątej klasy mistrz jednak nakazał oprzeć klingę na kolanie, stanąć pewnie i się nie ruszać.

A potem przytknął końcówkę miecza do swojego gardła, wciągnął głęboko powietrze, rozłożył ręce i oparł się na niej całym ciężarem swojego ciała.

Nie ma cudów, ostrze powinno dokonać błyskawicznej tracheotomii, rozpłatać gardło i z chrzęstem przebić się przez kręgi szyjne. Powinno, ale tego nie zrobiło. Mistrz wisiał na ostrym jak brzytwa mieczu i spokojnie oddychał, podczas gdy ja starałem się nie wypuścić żelaza z wrażenia.

– To być właśnie miękka energia – oznajmił Chińczyk z satysfakcją, pocierając lekko tylko zaczerwienioną szyję.

A WIĘC JEDZIEMY DO INDII szukać czarowników. Pewnie parę razy zboczymy z trasy, żeby zajrzeć tu i ówdzie, ale plan jakiś jest. Sam Nepal to takie małe Indie, zgodnie z wyświechtanym sloganem: „takie same, ale inne”. W Katmandu też była więc nikła nadzieja na spotkanie cudotwórców.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy niemożliwe jest możliwe, w Katmandu należy się skierować do Paśupatinath, duchowego centrum nepalskiego hinduizmu. Świątynia Paśupatinath leży nad rzeką Bagmati, która gdzieś tam daleko, po drodze zmieniając cztery razy nazwę, wpada do świętego Gangesu, sama też jest więc trochę święta. Wszyscy hinduiści mieszkający w Katmandu skończą swój żywot właśnie tu.

Oprócz hinduistów przychodzą też do Paśupatinath buddyści. Zresztą wszędzie widać buddyjskie korale i powiewające na wietrze flagi modlitewne. Niektóre mniejsze świątynie poświęcone hinduskim bogom pielgrzymi obchodzą zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Kolejna buddyjska tradycja.

To pomieszanie religii nikogo w Nepalu nie dziwi. Do niedawna wielu Nepalczyków czciło góry i rzeki. W wioskach do dziś wyznaje się szamańską wiarę _bon_. Buddyści i hinduiści potrafią obchodzić te same święta i co rano na pudży budzić dzwonkami tych samych bogów.

W kraju, w którym za nawracanie na inną religię idzie się do więzienia, każdy może wierzyć, w co chce.

Paśupatinath jest przesiąknięta atmosferą mistycyzmu. Ludzie przychodzą tu szukać odpowiedzi na trudne pytania i prosić o szczęście. W tym samym czasie na ghatach, wielkich schodach Paśupatinath, co rano płoną stosy pogrzebowe, rozsiewając zapach, którego nie zapomina się do końca życia. Również co rano na wody Bagmati tysiące pielgrzymów spuszczają miseczki z liści bananowca, a w nich pieniądze ofiarne, kwiaty i kadzidła. Dalej z biegiem rzeki, na trasie popiołów spływających leniwym nurtem ktoś się kąpie, oczyszczając ciało i duszę. Ktoś rzuca kwiaty, recytując pod nosem mantrę. Ktoś maluje tikę, kropkę na czole, ktoś recytuje w sanskrycie Wedy.

Stosy pogrzebowe w Paśupatinath

A dwieście metrów niżej wielu innych wyławia bananowe łódki i ograbia je z pieniędzy.

Witajcie w świecie, w którym definicja niemożliwego jest mocno zawężona.

Nie przyszedłem tu jednak po tikę czy błogosławieństwo. Przyszedłem do nich. Do _sadhu_.

Rozpoznacie ich od razu, bo rzucają się w oczy. Ubrani będą tylko w kawał luźnego materiału niedbale przewiązany na biodrach. Będą pomalowani na biało, czerwono, pomarańczowo. Mogą mieć długie posklejane włosy upięte w wysokie fryzury lub ciągnące się po ziemi. W rękach może będą trzymać trójząb, symbol Sziwy – opiekuna, twórcy i niszczyciela. Ale na pewno będą się wyróżniać.

_Sadhu_ to hinduscy święci mężowie, asceci i nauczyciele. Co kilka lat w Indiach odbywa się ich święto Kumbha Mela – festiwal fakirów, magów, ascetów, joginów, mędrców i cudotwórców. Ściąga na nie kilkanaście milionów ludzi. Jeśli ktoś ma nam pomóc odnaleźć czarowników, to właśnie oni.

_Sadhu_ nie mają pieniędzy ani potrzeb. Poświęcają swoje życie sprawom ducha. Są święci, ponad ziemskimi ograniczeniami.

O ile są prawdziwi.

_Sadhu_ są w Paśupatinath codziennie, wystarczyło ich znaleźć. Trzystuletnia świątynia tętniła życiem, podobnie jak jeszcze starszy Patan, Bhaktapur i wiele innych miejsc w Kotlinie Katmandu. Budynki, które w Europie konserwator zabroniłby nawet sprzątać, tu po prostu wciąż były w użyciu. W świątyniach płonęły kadzidła maskujące słodkawy odór płonących ciał. Dzieciaki biegały po krużgankach, a w oborach skubały siano woły. Sprzedawcy zachwalali towary. Dziesięciolatek zawiadujący spichlerzem przerobionym na magazyn szykował kolejną kremację, związując sznurkiem polana.

Na schodach stanowiących centrum Paśupatinath, na całej ich dwustumetrowej długości trudno było znaleźć kawałek wolnego miejsca. Wszędzie pielgrzymi składali ofiary lub przyjmowali tiki. Przeszliśmy przez most i zaczęliśmy wspinać się na schody prowadzące do kompleksu górującego nad ghatami. _Sadhu_ siedzieli w trzech pod jedną z dzwonnic. Znudzenia nie byli w stanie przykryć nawet farbą na twarzy. Adam spojrzał krytycznie.

– Co to za teatr…? Z daleka zalatuje lipą.

Podeszliśmy bliżej. Na nasz widok _sadhu_ wyraźnie się ożywili.

– Foto? Foto?

– Za ile? – Test ostateczny.

– Pięćset rupii.

– Dziękuję bardzo.

– To za ile?

– Sto.

– Niech będzie.

Święci mężowie ustawili się do zdjęć i cierpliwie trwali w wystudiowanych pozach, a potem przyjęli zapłatę, kręcąc nosem, że tak mało.

– Możemy pogadać? – spytałem.

– _Namaste!_ – Po rozliczeniu znajomość angielskiego u ascety uległa gwałtownemu pogorszeniu. O rozmowie o cudach i tajemnicach mogliśmy zapomnieć.

Tydzień później dowiem się, że _sadhu_ z Katmandu to jedni z najbogatszych ludzi w Nepalu, którzy po rannej pudży wracają do eleganckich domów drogimi samochodami.

Trąbki i dzwonki obwieściły początek ceremonii pogrzebowej, która miała się za chwilę odbyć sto metrów dalej. Obok nas przebiegł jakiś fotograf z Europy obwieszony markowymi obiektywami. Za nim – sprzedawca prażonych orzeszków.

„_Sadhu_” z Katmandu

Hochsztaplerzy udający _sadhu_. Świątynia Paśupatinath w Katmandu

Święte makaki w Swayambhunath, Świątyni Małp

Jeden z setek wizerunków hinduskich bóstw, pod którymi w Katmandu co rano składa się kwiaty i kadzidła

Świątynia Kali, bogini czasu i śmierci. Składa się jej krwawe ofiary – dawniej ludzi, dziś koguty, barany i koziołki

Poranne ceremonie w tybetańskim klasztorze w Kotlinie Katmandu

Stragan z buddyjskimi akcesoriami religijnymi: kadzidłem, młynkami modlitewnymi i _mala_, czyli sznurami do modlitw

Tybetańskie flagi modlitewne powiewające nad buddyjską stupą oddają myśli wierzących wiatrowi

Buddyjskie mniszki nowicjuszki kręcą młynkami, które „odmawiają” modlitwę

Kilkuletni mnisi myją naczynia po porannej pudży. Klasztor Kopan w Kotlinie Katmandu

Tenzin Nyudrup, pięcioletni chłopiec będący inkarnacją poprzedniego lamy klasztoru Kopan

KILKA DNI PÓŹNIEJ ruszyliśmy dalej. Żeby dostać się na południe, musieliśmy nadrobić spory kawałek na zachód. W Nepalu nie ma zbyt wielu dróg. Trasa do granicy z Indiami powinna nam zająć trzy–cztery dni, o ile z niej nie zboczymy. Nikt nas nie gonił, więc jeśli trafi się po drodze coś interesującego, czemu nie. Czarownicy raczej nie uciekną, skoro tylu ich jest.

Zostawiliśmy za sobą huk klaksonów Katmandu, kierując się do kraju gajów palmowych, glinianych chat i górskich strumieni. Podróżowaliśmy lokalnym autobusem, który miał nas dowieźć do pierwszego większego miasteczka. Z okien obserwowaliśmy, jak cywilizacja z wolna ustępuje miejsca naturze. Nepal jest krajem wędrowców i poszukiwaczy ciszy. I w ich świat właśnie wjeżdżaliśmy.

Dotarliśmy na miejsc i wysiedliśmy na głównej ulicy. Na piechotę oddaliliśmy się w kierunku najgłośniejszego punktu we wsi, który zawsze można przyjąć za stację autobusową i nigdy się nie pomylić.

– Do Dumre? Ten duży. Właźcie na dach – poinformował konduktor, wskazując stary autokar dymiący czarnymi spalinami.

– Dzień dobry – ukłoniłem się grzecznie dwóm kozom, zajmując wskazane miejsce pomiędzy kołem zapasowym a workami z ryżem. Kozy beznamiętnie obserwowały rozwój sytuacji, skupiając się wyłącznie na perystaltyce jelit. Po chwili na dachu pojawił się jeszcze aluminiowy karnisz, dwieście kilo cementu, drewno na opał i hurtowa ilość bananów wraz z właścicielami w sile ośmiu. Autobus ruszył, sapiąc.

Po paru kilometrach kozie przestało odpowiadać towarzystwo. Najpierw próbowała wyskoczyć z dachu w trakcie jazdy, a sprowadzona na miejsce przez troskliwego właściciela, wyładowała swoją frustrację, trykając mnie z całej siły w plecy.

– Czy można? – zapytał znienacka facet, który przecisnął się przez okno autobusu i wdrapał na dach, bo w środku było mu za gorąco. Przesunąłem się, oddając mu tę resztkę miejsca, która pozwalała utrzymywać czucie w nogach.

Po obu stronach drogi przesuwały się w jednostajnym tempie pola ryżowe. Na wietrze kołysały się miarowo bananowce. Bezpańskie krowy żuły, co chciały, dokładnie tam gdzie miały na to ochotę, korzystając z przywilejów swojej świętości.

– Osiemdziesiąt rupii – tym razem przez okno wylazł konduktor, żeby odebrać należność od reszty pasażerów. Wysupłałem odliczoną kwotę. Ktoś klepnął mnie w ramię.

– Chciałbym dać ci prezent, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział z zakłopotanym uśmiechem młody chłopiec. Z jakiegoś powodu poczuł najwyraźniej, że droga daleka, więc musimy się lepiej poznać, i w ten sposób przełamał pierwsze lody.

Prezent okazał się opaską z napisem „_Just For You_” i maszynowo wydzierganym sercem. Dowiedziałem się, że chłopiec ma na imię Saroz i mieszka w wiosce Damauli, a do Katmandu dojeżdża pobierać nauki w dziewiątej klasie. Opowiedział mi o całej swojej rodzinie i chorych płucach matki oraz wypytał, ile mam lat, czy jestem żonaty i ile zarabiam. Zwykła nepalska rozmowa, jak o pogodzie.

Adam w trakcie jazdy studiował mapę. Okazało się, że trzynaście kilometrów na północ od naszej trasy jest miasto Gorkha, w którym na wzgórzu stoi świątynia Kali, krwawej manifestacji boga zniszczenia Sziwy, a do niej pielgrzymują ludzie z całego kraju. Gorkha z niewiadomych powodów była też wiele razy celem ataków zbrojnych oddziałów maoistów i gościła regularnie ważnych polityków. Miasteczko na uboczu, niby nic ciekawego, a jednak coś w nim musi być.

Na rozstajach dróg zeskoczyliśmy z dachu, bo autobus miał zamiar jechać dalej swoją drogą, a my zmieniliśmy plany.

GDY GRZAŁO SŁOŃCE, w Gorkha było nawet przyjemnie, ale tylko wtedy. Siedziałem w herbaciarni i czekałem na Adama. Za drzwiami usłyszałem jakieś krzyki. Wyszedłem przed bar, wciąż trzymając metalowy kubek. Najpierw zobaczyłem czerwone transparenty, a potem tysiące ludzi. Manifestacja – sport narodowy Nepalu zaraz po krykiecie i polo na słoniach. Pochód się zbliżył i rozpoznałem sierp oraz młot, a chwilę później czerwone gwiazdy na białych koszulkach.

Maoiści, ale młodzi, jeszcze niegroźni. YCL. Young Communist League. Czoło pochodu minęło mnie, ukazując ciało właściwe manifestacji zorganizowane w karny szyk i podzielone na mniejsze grupki z megafonami. Ze swojego stanowiska obserwacyjnego patrzyłem na zaangażowanie młodych aktywistów i słuchałem wściekłych okrzyków. Trochę to nie w czas, pomyślałem, bo dopóki to wszystko się nie przewali, żaden pojazd stąd nie odjedzie. A to oznacza, że jesteśmy uziemieni w Gorkha, w której miała być fantastyczna świątynia Kali, a była taka sobie. I nic poza nią.

W końcu postanowiłem, że skoro i tak nie mam co robić, to pójdę z nimi. Zazwyczaj, gdy pchamy łeb tam, gdzie nie powinniśmy, dzieje się coś ciekawego.

Zgarnąłem Adama z księgarni obok, gdzie przeglądał książkę o uzbrojeniu Nepalskiej Armii Królewskiej. Pochód kluczył uliczkami Gorkha, a my z nim. Skandując: „Nepal! Nepal! Socjalizm!”, doszliśmy do boiska piłkarskiego miejscowej szkoły, które tymczasowo zamieniono w punkt zborny wiecu. Z boku stała trybuna honorowa połączona ze sceną, którą upstrzono czerwono-białą krepiną. Na samej górze wywieszono portrety Lenina, Stalina, Mao i Che Guevary. Wszystkich pojawiających się na boisku witało płomienne przemówienie jakiegoś młodego aktywisty, którego głównym środkiem perswazji było walenie pięścią w pulpit. Głośniki ryczały, krepina falowała, tłum pod sceną gęstniał.

Nieśmiało zbliżyłem się do lin odgradzających scenę od części dla publiczności. Z bliska zobaczyłem, że obok mównicy stoją trzy rzędy krzeseł. Tylko pierwszy, i to do połowy, był zapełniony. Znudzone twarze wskazywały jasno, że oracja nie we wszystkich wzmogła potrzebę rewolucji. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś czytał gazetę, ktoś nawet sennie pochrapywał.

Okrążyłem scenę, rozglądając się uważnie za jakimkolwiek sygnałem, że nie powinno mnie tu być. Nie odnotowawszy takiego, obszedłem namiot ustawiony obok. Ominąłem szykującą się do występu grupę dzieci w strojach ludowych i drugą, nastolatków w kimonach karate, na których ktoś ręcznie namalował logo światowej federacji taekwondo.

Obejrzałem się ostrożnie. Nikt nie patrzył. Szybko prześlizgnąłem przez liny ogradzające trybunę. Minutę później stałem już z boku sceny, robiąc zdjęcia wszystkim, którzy na niej siedzieli.

Najwyraźniej zadziałał ten sam mechanizm, który pozwala zamachowcom zbliżyć się do ważnych person. Ludzie myślą, że jeśli gdzieś nie powinno cię być, a mimo to tam jesteś, to pewnie jednak masz do tego prawo. Dwumetrowy, biały, zarośnięty drab z plecakiem na grzbiecie i aparatem w rękach w pobliżu trybuny honorowej nie wzbudził niczyich podejrzeń. Żeby uwiarygodnić to – i tak już doskonałe – przebranie, podniosłem z krzesła plakietkę, którą nosili wszyscy organizatorzy – żółte słońce z papieru, na którym widniały jakieś nepalskie napisy.

– Jesteś dziennikarzem? – usłyszałem.

Obok mnie stał młody człowiek schludnie odziany w białą koszulę i krawat śledzik. Wpatrywał się we mnie intensywnie, podejrzewając najwyraźniej wrogiego kontrrewolucjonistę.

– Eee… Tak? – bąknąłem niepewnie.

– Komunistycznym?

– Tak…?

– A jakiej doktryny? – nie dawał za wygraną.

– Marksizmu-leninizmu. Ale to bez znaczenia, bo i tak wszystko jest lepsze niż kapitalizm – zagrałem _va banque_.

Nieskrywane szczęście rozjaśniło jego śniade oblicze.

– Ja też! Rajendra Neupane – wskazał na siebie – pracuję dla „Gorkha Patra”.

– Co tu się dzieje? – zmieniłem szybko temat.

Twarz żurnalisty stężała.

– Młodzież całego okręgu Gorkha wspólnie świętuje pomyślną przyszłość socjalistycznego Nepalu. Na wiec przyjechało dziesięć tysięcy sympatyków myśli maoistycznej. Niektórzy z nich szli aż piętnaście dni, spod granicy z Chinami – wyrecytował z pamięci, zdradzając tym samym, że tekst jest już gotowy, choć wiec się jeszcze na dobre nie zaczął.

Aktywista z mównicy zebrał blade oklaski i jego miejsce zajęła dziewczyna w identycznej białej koszulce z czerwoną gwiazdą, spod której wystawało sari. Zaczęła jazgotliwe przemówienie, pełne okrzyków i wezwań do czegośtam. Rajendra ujął mnie pod ramię.

– Ten człowiek w białej koszuli to Ittras Pande, czyli towarzysz Uttam z politbiura partii maoistycznej – wskazał mężczyznę siedzącego na honorowym miejscu w pierwszym rzędzie. Ma dla Nepalu doskonały plan, doskonały plan… Ten obok, w niebieskiej koszuli, to towarzysz Sonam, czyli Kulman Kesi, przewodniczący maoistycznej młodzieżówki, nasz lider! Ten obok to głównodowodzący jednego z oddziałów… Nie pamiętam nazwiska… – zafrasował się.

Liderzy, którzy tymczasem zapełnili cały pierwszy rząd, odebrali od dzieci girlandy sztucznych kwiatów. Jazgoczące dziewczę zaprosiło na scenę dwóch chłopców ze zniczem. Chłopcy, jeśli dobrze zrozumiałem, przejęli od towarzysza Uttama płomień rewolucji i postawili znicz na stoliku przed pierwszym rzędem. Gdy przed scenę wbiegła trupa tancerzy z bambusowymi kijkami, Rajendra szepnął konspiracyjnie:

– Chcesz usiąść na scenie?

Co za głupie pytanie. Chwilę później siedziałem w trzecim rzędzie, jako jedyny. Dzieci tańczyły, niekoniecznie może równo, bo jedno stale myliło strony i wpadało na sąsiada, ale widowisko miało najwyraźniej jakiś powab, gdyż politbiuro bawiło się coraz lepiej.

Po dzieciach przyszedł czas na minutę ciszy, co stało się znakomitą okazją do przeskoczenia z rzędu trzeciego o jedno oczko w stronę czołówki. Minutę ciszy później pod sceną objawili się zawodnicy taekwondo. Odmierzywszy wolne miejsce na podwyższeniu, uznali, że niechętnie będą spadać z dwóch metrów na ziemię i postanowili wystąpić na trawie poniżej.

Pokazowi również trochę brakowało do doskonałości, zwłaszcza w momencie gdy jeden z kopaczy nie trafił w naszykowaną podstawkę i rozbił deskę wyłącznie siłą rozpędu, i to plecami, a nie nogą. Niemniej zmiana scenariusza ze sceny na trawnik wymogła na pierwszym rzędzie liderów pozycję stojącą, by mogli cokolwiek zobaczyć. Ktoś się przecisnął do zdjęcia, ktoś wyszedł coś przekąsić, jakaś mała przepychanka i oto stoję ramię w ramię z towarzyszami Uttamem i Sonamem, wymieniając grzeczne uwagi na temat przedsięwzięcia.

Pierwsza linia maoistowskich oficjeli dystryktu Gorkha. Ittras Pande, towarzysz Michniewicz i Kulman Kesi

– – powiedział towarzysz Uttam.

– Jak najbardziej – zgodziłem się.

– – dorzucił z szelmowskim uśmiechem towarzysz Sonam.

Roześmiałem się najbardziej naturalnie, jak potrafiłem, a Uttam poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu. Wiec miał się ku końcowi. Płomień znicza rewolucji przypalał mi nieco tyłek.

WOJSKOWY JEEP, który od trzydziestu lat tymczasowo pełnił rolę lokalnego autobusu, obwieścił klaksonem gotowość do odjazdu. Konstruktor obliczył go na pięć osób. W tej chwili siedziało w nim już dwudziestu jeden pasażerów. Szóstka na dachu, cztery osoby w szoferce, a reszta na dospawanych z tyłu ławkach. Wczesnym popołudniem ruszyliśmy z Gorkha i teraz kierowaliśmy się dalej na zachód, skacząc od miasteczka do miasteczka.

Dziesięciolatek zbierający pieniądze darł się w niebogłosy, zwołując ostatnich chętnych. Jego brat pełnił rolę kierowcy. Jeśli sądzić po sypiącym się dopiero co wąsie i piskliwym jeszcze głosiku, miał może sześć lat więcej. Siedział na poduszkach, by lepiej widzieć znad kierownicy drogę, i grzał już niemożliwie silnik, dając znać, że to już naprawdę ostatni dzwonek, jeśli ktoś chce się dostać do Bandipuru.

Na ostatni dzwonek z pobliskiego krawężnika podniosły się jeszcze trzy osoby.

– Przecież to niemożliwe – z przekonaniem obwieścił Adam.

Bonusowa trójka nie wiedziała, że to niemożliwe, i po chwili stan osobowy podskoczył do dwudziestu czterech.

Ruszyliśmy drogą do jednego z wielu „średniowiecznych” miast Nepalu, podobno niezwykle urokliwego. Średniowiecze. W tym kraju to określenie bardzo względne.

To jak szybko Nepal rozwinął się przez ostatnie pięćdziesiąt lat, jest wprost nieprawdopodobne. W czasie gdy my zakończyliśmy dwie wojny światowe i zaczynaliśmy myśleć o podboju kosmosu, tu nie było jeszcze ani jednej drogi.

Wtedy Nepalczycy jeszcze wierzyli, że ziemia jest płaska, po cichu w odległych rejonach kraju praktykowano _sati_, a całe południe było gigantyczną białą plamą na mapie, bo malaria skutecznie odstraszała podróżnych. _Sati_ to stary rytuał, zgodnie z którym wdowa powinna rzucić się na stos swojego męża, popełniając samobójstwo. Król niby zakazał tej ceremonii w 1944 roku, ale niewielu chyba potrafiło przeczytać królewski edykt. Zresztą kto by chciał wieźć taki zakaz dokądkolwiek, skoro podróż poza Kotlinę Katmandu trwała kilka tygodni?

Do połowy XX wieku rodzice decydowali o ślubach swoich dzieci i legalna była poligamia. Najpopularniejszą trasą była ta, którą właśnie jechaliśmy, z Katmandu do Pokhary. Jakieś dwieście kilometrów, które pokonuje się w siedem, osiem godzin. Jeszcze trzydzieści parę lat wcześniej musielibyśmy tę trasę przejść i zajęłoby nam to pięć dni.

Brak dróg to jedno, a brak samochodów drugie. Wyobraźcie sobie: jest 1961 rok. Ray Charles właśnie wydaje _Hit the Road Jack_, Amerykanie testują pierwszą rakietę balistyczną, Rosja wystrzeliła w kosmos Gagarina. A mieszkańcy Pokhary, które już wtedy było drugim co do wielkości miastem Nepalu, właśnie po raz pierwszy zobaczyli pojazd kołowy.

Chociaż nie, faktycznie to przesada. Pierwszy pojazd z kołami zobaczyli w pięćdziesiątym drugim. Samolot, któremu zdarzyło się wylądować na pobliskiej łące. Samochód też zobaczyli wcześniej, w pięćdziesiątym ósmym. Wojskowego gazika – ten również przyleciał, innym samolotem. Więc tak sobie myślę, że tym większe brawa musiał zebrać pierwszy pojazd, który w tym sześćdziesiątym pierwszym faktycznie do Pokhary dojechał.

Zwłaszcza że była to furmanka.

Nasz jeep do Bandipuru męczył się niemożliwie. Lepki skwar lał się z nieba i niewielką ulgę przynosiło złudzenie wiatru powodowane jazdą na dachu. Jeep po kolejnym podjeździe pod górkę poddał chłodnicę i młodszy z braci oblewał ją wodą z pompy.

W tym upale aż trudno było uwierzyć, że niecałe sto kilometrów na północ leży śnieg i wieje mroźny wiatr. Himalaje, kraina lodu. Góry, które przyciągają z niewytłumaczalną mocą. Wystarczy raz na nie spojrzeć, choćby i z dwustu kilometrów, i coś się w tobie zmienia. Chodzi chyba o to obezwładniające wrażenie kruchości człowieka w porównaniu z potęgą natury. Niewiele miejsc potrafi poruszyć coś w środku tak mocno. Na pewno diuny na Saharze i Wielki Kanion Kolorado, ale nic nie może się równać z widokiem słońca wschodzącego nad iskrzącymi się od śniegu szczytami najwyższych gór świata. To jest widok, który – wybaczcie patos, ale tak właśnie jest – zmienia życie.

Ale tu, poniżej Himalajów, panował tropik. Ruszyliśmy dalej. Nasz szesnastoletni kierowca z rykiem klaksonu zabrał się do wyprzedzania ciężarówki pełnej krowiego nawozu, która ledwo wspinała się po zboczu. W przelocie zobaczyłem na niej kolorowy napis „Król szosy” i banany powtykane w szpary kół, na szczęście.

Poboczem spokojnie szedł jakiś ojciec rodziny z dumnie podniesioną głową. Za nim jego żona niosła na plecach kosz wyładowany cegłami. Kilka kroków dalej ich dziesięcioletni syn uginał się pod ciężarem drewna na opał.

YETI

Yeti jest symbolem śnieżnego królestwa Himalajów, z którym wszyscy kojarzymy Nepal, choć w Katmandu prawie nigdy nie pada śnieg, a większa część kraju to tropik.

Yeti był poszukiwany przez poważnych eksploratorów, naukowców i żołnierzy, między innymi przez zdobywcę Everestu Edmunda Hillary’ego, ekipę ekspertów zebraną w 1954 roku przez dziennik „Daily Mail” i obładowaną nowoczesnym sprzętem japońską ekspedycję w 2008 roku. Odkryto wiele tropów i śladów, ale nic, co można uznać za dowód. Japończycy znaleźli na wysokości 4800 metrów dwudziestocentymetrowy odcisk przypominający ludzką stopę, którego pochodzenia nie byli w stanie wyjaśnić.

Szczątki przypisywane yeti – skalpy, futra i zmumifikowany palec (dwa skalpy są do dziś trzymane w klasztorach w Pangboche i Namche Bazar) – były badane przez naukowców w Europie. Większość zidentyfikowano jako futro małpy lub kozy _serau_, ale co do pochodzenia niektórych nie było zgody. Jedni naukowcy twierdzili, że to fałszywki, inni – że eksponaty nie przypominają niczego znanego biologii.

Według Szerpów w Himalajach mieszkają tak naprawdę trzy yeti. Pierwszy to _Teh-lma_, stworzenie przypominające małpę, niewielkiego wzrostu, rude lub o jasnym futrze (wersja naukowców – gibon asamski). Drugi to _Dzu-teh_, ponaddwumetrowy zwierz pożerający bydło, który chodzi na dwóch lub czterech łapach (wersja naukowców – himalajski niedźwiedź błękitny). I wreszcie trzeci, _Meh-teh_, człekokształtny stwór pokryty brunatną sierścią, który żywi się ludźmi (wersja naukowców – drapią się po głowie).

My możemy się zastanawiać, czy yeti istnieje czy nie, ale rząd Nepalu wpuścił w góry ekipę Hillary’ego tylko pod warunkiem, że w przypadku odnalezienia Człowieka Śniegu zostawią go w spokoju, nie będą go próbowali schwytać ani zabijać.

Bo Nepalczycy wiedzą, a nie wierzą, że yeti istnieje.

Himalaje widziane z wioski Nagarkot

Zobaczyłem, jak Adam gromi wzrokiem jakąś dziewczynę, która usiadła na jego plecaku. Czym prędzej przesiadła się na bagaże innych. Ktoś klepnął mnie w ramię.

– Pierwszy raz w Nepalu? – spytał pogodnie wcale niezłą angielszczyzną pasażer siedzący za mną.

– Nie. Byłem tu wcześniej.

– Kiedy?

– Półtora roku temu.

– Coś się zmieniło od tamtego czasu?

Mężczyzna, jak wielu innych Nepalczyków, widać bardzo chciał wiedzieć, co na Zachodzie myśli się o jego ojczyźnie.

– To zupełnie inny kraj niż ten, który zapamiętałem.

– W jakim sensie inny?

– Na przykład nie ma króla.

– No nie ma.

– I rządzi kto inny.

– Kto inny.

– I nikt nie podpala samochodów na ulicach.

Katmandu, Nepal, półtora roku wcześniej

Zazwyczaj wcześnie rano budził nas mróz. W hotelu Encounter ktoś zapomniał zamontować okna i firanki zasłaniały puste ramy. Tego dnia obudził nas gaz łzawiący. Wygrzebywanie się z barłogu poszło mi tym razem szybciej niż zwykle. Okazało się, że wzrok nie jest konieczny, by wyskoczyć z czterech warstw okrycia, wrzucić buty, wpaść do łazienki i wsadzić łeb pod lodowatą wodę.

Przez szum wody z kranu słyszałem krzyki i łomotanie. Nie było wątpliwości, że pod naszym hotelem trwa regularna bitwa. Nic nowego. Wrzeszczący tłum, strzały i walenie półcegłówek o tarcze zdążyły nam się już osłuchać.

Jeśli miałbym wnioskować na podstawie ostatnich dni, powiedziałbym, że Nepalczycy kochają się bić. Kiedy tylko mają okazję, rzucają kamieniami i wznoszą dramatyczne okrzyki albo uciekają przed policją. A jak wpadną za rogiem na swoich, to tę policję lubią też pogonić.

To był akurat taki moment, kiedy w Nepalu żyło się polityką. Żyło, czyli obserwowało walkę każdego z każdym – o władzę, wpływy i pieniądze.

Politycy próbowali przejąć kontrolę nad armią, której nie za bardzo podobał się ów pomysł.

Król musiał trzymać się tronu, bo wiatr rewolucji już nim nieco targał.

W samym parlamencie wojował każdy z każdym, choć koalicja rządząca składała się z siedmiu partii, nie pozostawiając na dobrą sprawę nikogo w opozycji. Program takiego rządu nie był do końca sformułowany, więc postanowiono skupić się na pozbawieniu króla Gyanendry korony.

Zwykli Nepalczycy mieli dość chłodny stosunek do polityków. W ich oczach polityk jeździł drogim wozem, miał dom na obrzeżach Katmandu, pojawiał się w telewizji i nosił jedwabne garnitury. I krzyczał, że chce, by tak już było zawsze, co nazywał demokracją. Wóz terenowy kosztował wtedy w Nepalu pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Większość mieszkańców stolicy zarabiała trzy dolary dziennie. Nepalczykom trudno więc było pokochać demokrację.

W przepychance króla z parlamentem trwał permanentny pat. Król miał jednak w zanadrzu lojalną armię i opcję wprowadzenia stanu wyjątkowego, gdyby Nepal buntował się bardziej poważnie. Tak się już zdarzało – w jedną noc miasta zajmowało wojsko, lotnisko zamykano, a telefony i sieć odcinano na dobre.

Tak więc, gdy podróżując po Nepalu, wstajesz rano z łóżka i widzisz wprowadzony stan wyjątkowy, wiesz, że jest niedobrze.

Uwerturą do tego będzie obecność armii na ulicach. Gdy mundury zmieniają z się z niebieskich w zielone, a policyjne graty w duże wojskowe transportery, wtedy wiesz, że już jest prawie niedobrze.

Zamieszki w Nepalu trwały od tygodnia. Po trzech dniach obcokrajowcy uciekli z kraju, bo król zaczął przebąkiwać o „środkach wyższej konieczności”. W Katmandu na każdym rogu zaczęły płonąć barykady i miasto zostało _de facto_ odcięte od reszty kraju.

Czwartego dnia zamieszki objęły pozostałe miasta Nepalu, a demonstranci w stolicy przestali przepuszczać karetki pogotowia i zdemolowali ciężarówkę ONZ-u.

Piątego dnia zaczęli palić samochody, przewrócili ambulans jadący na sygnale, a reporter lokalnego radia stanął w obliczu linczu. Co działo się w pozostałych miastach Nepalu, wtedy nie wiedziałem, bo nie było jak opuścić stolicy.

Również piątego dnia na ulicach Katmandu mundury zmieniły się z niebieskich w zielone.

Trzeba było uciekać do Indii.

– CHYBA TRZEBA BĘDZIE UCIEKAĆ DO INDII – powiedziałem trzy dni wcześniej, gdy siedzieliśmy na schodkach sklepu Sherpa Outdoor.

Wtedy również byłem tu z Adamem. Podróżowaliśmy po całej Azji i Nepal był jednym z punktów obowiązkowych. Tyle że raczej nie „podróżowaliśmy”, tylko siedzieliśmy w Katmandu, bo nie mieliśmy jak opuścić miasta. Od kilku dni mogliśmy tylko obserwować, jak atmosfera w stolicy gęstnieje.

Te nepalskie bitwy z policją z zewnątrz wyglądają groźnie. Zacięte miny, płonące stosy opon, demonstranci kontrolujący całe dzielnice. Ale w praktyce zamieszki są zwykłym elementem miejskiej rzeczywistości Katmandu, dokładnie takim samym jak dzieciaki grające w piłkę czy mnisi zbierający datki.

Z góry wygląda to tak, jakby demonstracja była regulowana światłami na skrzyżowaniu.

Zielone. Huk, policja strzela ślepakami, z balkonów sypią się odłamki cegieł, mały oddział wkracza na kładkę nad ulicą i przegania studentów ostrzeliwujących się petardami. Słońce przesłaniają kamienie, dwie czy trzy osoby padają na chodnik pod twardymi razami bambusowych pałek.

Czerwone. Po tej szarży dokładnie środkiem ulicy zaczyna płynąć normalne życie. Kobiety niosą kosze bananów, dzieciaki wracają ze szkoły, starsi panowie zapalają _bidi_, a riksze dzwonią, przeciskając się przez tłum.

Zielone. Z okien uniwersytetu sypie się wrzask i cegły, a za nimi lecą połamane krzesła i stoły. Policja przyciśnięta do muru może się tylko bronić, chowając się za tarczami z porysowanego kamieniami plastiku.

Czerwone. Obnośny sprzedawca bananów zachwala towar. Chodnikowy restaurator wraca do opalania kurczaka palnikiem, pogwizdując pod nosem. Wóz pchany przez właściciela w klapkach z opon mozolnie toruje sobie drogę przez tłum studentów nauk politycznych, którzy jeszcze chwilę wcześniej rozwścieczeni, teraz pomagają mu wykręcić w tłoku.

Demonstracja jest w Katmandu elementem wystroju zewnętrza, ogląda się ją z boku jak widowisko, schodząc jej ewentualnie z drogi, jeśli towarzystwo pierzcha w twoją stronę. Jeśli nie bierzesz aktywnego udziału w kolejnych kontruderzeniach, jesteś jak widownia, która nikogo nie interesuje. Do tego demonstrują stale wszyscy, nie ma miesiąca, by taksówkarze, pocztowcy, studenci albo emeryci nie tłukli się z policją.

Dlatego gdy wstajesz rano, za oknem bitwa, a do pokoju wdziera ci się gaz łzawiący, jeszcze nie ma się czym przejmować.

_Dalsza część dostępna w wersji pełnej_

GOMPA to tybetańskie słowo oznaczające klasztor buddyjski, miejsce nauki i medytacji. W Azji Południowo-Wschodniej, w tradycji Theravady, innego odłamu buddyzmu, zwana jest watem. Nie należy gompy mylić z pagodą, stupą ani czedi, które są miejscami modlitwy, odpowiednikami kaplicy.

KLASZTOR, w którym mieszkaliśmy, to Kopan Monastery pod Katmandu. Obcokrajowcy mogą w nim odbyć kursy buddyzmu i medytacji trwające dziesięć dni lub miesiąc; www.kopan-monastery.com.

DROGA ŚRODKA to buddyjska zasada unikania skrajności. Według Buddy "struna za mocno napięta pęknie, a jeśli będzie napięta za słabo, instrument nie wyda dźwięku". Człowiek powinien zatem unikać skrajności. Asceza nie przynosi skutków, bo osłabia ciało, a życie dla przyjemności osłabia ducha. Należy więc dbać o potrzeby ciała, ale jednocześnie wyrzec się niepotrzebnych doczesnych pragnień.

Koło Życia to natomiast symbol wędrówki dusz w reinkarnacji zawierający sześć światów, w których może się odrodzić człowiek – piekieł, głodnych duchów, zwierząt, ludzi, półbogów i bogów. Koło Życia jest nasycone metaforami i symbolami – piękny obraz.

VIET VO DAO jest wietnamską sztuką walki, pełną akrobacji i widowiskowych technik z wyskoku. Do tego bardzo elegancką, podoba się nawet ludziom, których sztuki walki na co dzień odrzucają.

KATMANDU. Obowiązkowym zestawem do obejrzenia w stolicy Nepalu jest:

Thamel – dzielnica turystyczna, wspaniałe miejsce, zwłaszcza nocą, gdy nie ma prądu i wszędzie płoną świece; tu też jest najwięcej tanich hoteli,

Boudhanath – buddyjska stupa w środku równie ciekawej buddyjskiej okolicy,

Paśupatinath – świątynia Sziwy, patrz niżej,

Monkey Temple – kolejna buddyjska świątynia, wspaniałe widoki i gromady małp,

plac Durbar – dla zwiedzaczy – architektoniczny majstersztyk plus dom Kumari (patrz niżej).

POD KATMANDU polecam:

Dakshinkali – świątynia Kali, krwawej manifestacji Sziwy. Jeśli chcecie zobaczyć na własne oczy składanie ofiar, interesują was wtorki i soboty. Ale uprzedzam, że nie jest to sympatyczne doświadczenie. I nie ma nic wspólnego z filmem _Indiana Jones i Świątynia Zagłady_, tak na marginesie,

Patan – kolejna architektoniczna perła,

Nagarkot – trek lub autobus, punkt widokowy na Himalaje. Sprawdźcie tylko, czy o wybranej porze roku je widać.

PAŚUPATINATH najlepiej wybrać się wcześnie rano lub późnym popołudniem, wtedy najwięcej się tam dzieje. Robienie zdjęć w czasie kremacji uważa się za bardzo niegrzeczne. Pamiętajcie, że to miejsce kultu. _Sadhu_ znajdziecie codziennie rano na schodach powyżej ghatów.

DROGI W NEPALU. Ich sieć jest bardzo uboga i często są w fatalnym stanie. Autobusy kursują regularnie, ale jadą strasznie wolno. Na każdy odcinek przeznaczcie dwa razy więcej czasu, niż normalnie byście planowali. Na zachodzie dróg nie ma w ogóle, poruszać się można tylko pieszo i tam czas podróży liczy się w tygodniach.

WIĘKSZOŚĆ POWAŻNYCH TREKÓW I WSZYSTKIE RAFTINGI trzeba organizować za pośrednictwem agencji turystycznych (zresztą bez nich jest to niezwykle trudne). Treki dodatkowo wymagają karty TIMS – zapytajcie w agencji. Zdarza się, że niektóre rejony Nepalu zostają w ogóle zamknięte dla turystów, a inne wymagają specjalnych pozwoleń (Mustang, Humla). Najpopularniejszym trekiem jest trzytygodniowy Annapurna Circuit.

Moją sprawdzoną agencją jest WhiteWater Nepal (+977 1 470 08 99, [email protected], www.raftnepal.com). Bardzo odpowiedzialni i profesjonalni ludzie, z właściwym podejściem do kwestii ochrony środowiska, ceny jak gdzie indziej.

DO GORKHA można się dostać z trasy Katmandu – Pokhara, łapiąc minibusa lub autobus w wiosce Abu Khaireni. Kursują regularnie. Świątynia Kali w Gorkha nie robi wielkiego wrażenia zwłaszcza w porównaniu z Dakshinkali w Kotlinie Katmandu. Do świątyni w Gorkha warto przyjechać na święto Dasain, tu są największe obchody w kraju. Pod warunkiem, że ktoś lubi krew i zarzynane zwierzęta.

Rajendra mówił "ITTRAS PANDE" i "KULMAN KESI", dokładnie tak. W angielskiej transkrypcji w formie pisemnej nazwiska liderów spotkałem w formie "Hit Raj Pandey" oraz "Kul Bahadur K.C.".
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij