-
nowość
-
promocja
Scena dla złoczyńców - ebook
Scena dla złoczyńców - ebook
Bogowie nie żyją. Na scenie zostali tylko Gracze.
Występujący w Odeonie artyści są czczeni i zarazem budzą grozę — ich hipnotyzujące spektakle porywają tłumy, naginają rzeczywistość i pochłaniają tych, którzy ośmielą się oprzeć.
Osiemnastoletnia Riven Hesper wie o tym aż za dobrze. Przeklęta przez Graczkę w dzieciństwie, teraz powoli umiera.
Gdy po latach Odeon ogłasza powrót widowiska, w którym śmiertelnik może zabić Gracza i przejąć jego nieśmiertelność, Riven widzi w tym jedyną szansę na ocalenie.
Zdesperowana zgłasza swoje uczestnictwo i zawiera niebezpieczny układ z Jude’em — genialnym, okrutnym Głównym Graczem, którego urok bywa groźniejszy niż jego Kunszt.
Lecz za kulisami rodzi się spisek, sekrety zaczynają krwawić, a prawda okazuje się bardziej przerażająca niż klątwa. Bo Odeon nie tylko opowiada historie — on je przepisuje.
A w historii Riven ktoś musi zostać złoczyńcą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368592719 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Odkąd tylko sięgałam pamięcią, obawialiśmy się Graczy. Słyszałam jedynie o trzech sposobach pozwalających przetrwać spotkanie z którymś z nich.
– „Nigdy nie patrz Graczowi w oczy” – wyrecytowałam, gdy przesunęliśmy się kilka kroków w kolejce. Starszy brat nieco za mocno ściskał moje ukryte w rękawiczce palce i ciekawiło mnie, czy on też jest zdenerwowany. Zeszłej nocy byłam tak podekscytowana, że nie mogłam spać. Ale im dłużej czekaliśmy, tym bardziej zastanawiałam się, czy naznaczenie będzie oznaczało ból.
– Zgadza się – powiedział Galen. – I pamiętaj, to nie oznacza ignorowania ich, Riv.
Potaknęłam energicznie. Jeśli zrani się ego Gracza, równie dobrze można rzucić się z urwiska. I okaże się to mniej bolesne.
– Jaka jest druga zasada? – spytał Galen, gdy inny świeżo naznaczony chłopiec, w wieku gdzieś pomiędzy moimi ośmioma laty a dwunastoma brata, minął nas po wyjściu z ogromnego budynku sądu.
Tuż pod jego gardłem widniał bandaż wyglądający jak naszyjnik. Przez warstwy tkaniny przesączało się złoto. Płakał.
„Tylko dziesięć minut” – powiedziała nam ciotka Cassia, zanim wyszliśmy rano. „Dziesięć minut dyskomfortu w zamian za dożywotnią ochronę przed Graczami. Przed pokusą Odeonu”.
Opuszkami palców dotknęłam zagłębienia pomiędzy obojczykami, próbując sobie wyobrazić znak, który wkrótce tam się znajdzie.
– „Zasada trzech komplementów” – odrzekłam w końcu, odczytując w głowie fiszki, które w zeszłym tygodniu przygotowałam w klasie. – Powiedz Graczowi trzy komplementy, a być może zadowolisz jego ego na wystarczająco długo, by móc się oddalić.
– Dobrze. – Brat uśmiechnął się do mnie zachęcająco, a ja znów obejrzałam się przez ramię, próbując dojrzeć naszą matkę, którą zostawiliśmy w oddali przy bramie. – A trzeci sposób, żeby uciec Graczowi?
Ściągnęłam wargi, wciąż byłam myślami przy płaczącym chłopcu. I jego bandażu. Serce zaczęło dudnić mi w piersi. Jak bardzo to będzie bolało?
Galen ścisnął mi dłoń i uświadomiłam sobie, że nie odpowiedziałam na jego pytanie.
– Och, hm… Przekazać mu dar? – zgadłam, bo treść fiszek chwilowo umknęła mi z pamięci.
Pokręcił głową.
– Ruszać się! – krzyknął jakiś głos przed nami.
Wywołano nas jako następnych i kazano wejść do pustego, kolistego atrium, z którego wychodził pojedynczy kamienny korytarz. Brat poprowadził mnie do granitowego biurka w kształcie półksiężyca, stojącego przy szemrzącej fontannie. Nasze kroki odbijały się echem od ścian.
– Wypełnić to – poleciła zza biurka kobieta o skwaszonej minie, wyciągając w stronę Galena kilka arkuszy papieru. Z oburzeniem chwyciłam formularze, co zaskoczyło nieznajomą.
– Umiem czytać. Mam osiem lat – oznajmiłam, wyławiając pióro ze słoika na biurku, podczas gdy Galen przepraszał za moje bezczelne zachowanie.
– Ma osiem lat? Dość wysoka jak na swój wiek. – Czułam, jak spojrzenie kobiety zatrzymuje się na piórze, gdy pisałam swoje nazwisko: „Riven Hesper”. Gwałtownie wciągnęła powietrze.
Podniosłam oczy, by zmierzyć się z jej jadowitym wzrokiem. Łatwo jest się zorientować, kiedy ludzie porównują mnie w myślach z moim ojcem, bo wtedy zawsze patrzą na mnie tak, jakbym wstała z ziemi przykrywającej jego grób. Twarz ojca była okryta niemal równie złą sławą jak Gracze, którzy go zamordowali.
Wróciłam do ignorowania urzędniczki i skupiłam się na wpisywaniu dzisiejszej daty.
Nagle usłyszałam krzyk i pióro zatrzymało mi się raptownie.
Wszystko wydarzyło się równocześnie. Kobieta zerwała się zza biurka, gdy wrzask odbijał się jeszcze echem od sklepionego stropu, a zaraz potem rozległ się następny – tym razem wołano pomocy. Później kolejny i jeszcze jeden. Kiedy dobiegł do mnie szaleńczy tupot stóp, przesunęłam wzrok na szeroki korytarz. Gdzieś w jego głębi męski głos wykrzyczał ostrzeżenie, od którego zmroziło mi krew.
Gracz.
To słowo wypaliło mi umysł. Strach oczyścił go ze wszystkiego, czego mnie nauczono. Instynktownie poszukałam wzrokiem najbliższej osoby dorosłej, ale kobieta zza biurka przypadła już do podłogi i zasłoniła sobie oczy.
Zanim zdążyłam się poruszyć, wysoka anielska postać wpadła gwałtownie do atrium, ciągnąc za sobą wstęgi purpury. Graczka obróciła się szybko i kurtyna ciemnych loków opadła jej na ramię. Wyglądała, jakby wyczuła, że ma publiczność.
Jej oczy lśniły niczym rozpalone bryłki żaru i uważałam, że na pewno jest najstraszniejszą i najpiękniejszą istotą, jaką widziałam. Zauważywszy mój wzrok, Graczka uśmiechnęła się – był to jednak zły uśmiech. Rozciągał się coraz szerzej i szerzej, aż sięgnął krwawych rubinów zwisających jej z uszu.
Ciotka Cassia ostrzegała mnie przed nienaturalnymi twarzami Graczy – przejaskrawionymi w taki sposób, żeby widzowie nawet z najdalszych miejsc w Odeonie mogli dostrzec ich miny. Z bliska zdawało się to w równym stopniu zapierające dech w piersiach jak i groteskowe. Wyglądała jak bogini.
Ale nie mieliśmy już bogów.
Mieliśmy tylko Graczy.
Do pomieszczenia wlali się wartownicy w czerni i srebrze. Otoczyli Graczkę i wyszczekiwali do siebie rozkazy, ona zaś wyciągnęła ręce. Z nadgarstków zwisały jej pęknięte złote kajdany.
Na dłoniach miała krew.
Nagle całe pole widzenia wypełniła mi spanikowana twarz brata, który zacisnął palce na moich barkach.
– Patrz na mnie, jasne? Tylko na mnie, Riven – wyszeptał z poruszeniem.
Jak mogłam tak szybko zapomnieć o pierwszej zasadzie?
Pokiwałam energicznie głową i skupiłam się na oczach brata – szeroko otwartych, okrągłych i wystraszonych. Tyle że coś było z nimi nie tak. Wydawały się zbyt nieruchome, szkliste jak u lalki.
– Galen? – spytałam. Dlaczego on nie mruga? – Galen? – spróbowałam ponownie, zaniepokojona brzmieniem własnego głosu.
Bo tylko swój głos słyszałam.
Okrzyki rozmyły się w nicość, świat zatrzymał się z drżeniem. Przeniosłam spojrzenie z zamrożonych oczu Galena na fontannę za nim, gdzie woda zatrzymała się w powietrzu, jakby skuł ją lód. Wokół mnie wartownicy zastygli w bezruchu niczym w muzeum posągów. Ręce Galena naciskające na moje barki były zimne i ciężkie jak z marmuru.
Zamrugałam kilkakrotnie, skonsternowana.
Cały świat znieruchomiał.
W panującej ciszy na kołnierzu mojego brata spoczęła dłoń. Wzdrygnęłam się, patrząc, jak po kolei zaciska na nim długie, smukłe palce – każdy ozdobionym pierścieniem. Kilka paznokci było splamionych czerwienią.
Zaraz potem tuż nad ramieniem Galena zawisła twarz Graczki.
Spojrzałam znów na Galena, posłuszna jego instrukcjom. Ale skóra Graczki lśniła tak jasno, że odwrócenie wzroku zdawało się niemożliwe.
– Och, drogie serce. Wyglądasz na bardzo przerażoną. – Wzdrygnęłam się na sam dźwięk jej głosu. Był powolny, o lekkiej i eterycznej barwie, kojarzył się z jedwabiem. Wypełniał pomieszczenie, zapadał się w ściany. – Przynajmniej na mnie spójrz, dobrze?
„Nigdy nie patrz Graczowi w oczy”, powtórzyłam w myślach. Oddychałam zbyt szybko, zaczynało mi falować przed oczyma.
Kątem oka dostrzegłam, że gdy milczałam, Graczka przestała się uśmiechać, podniosła dłoń z barku Galena, przesunęła ją na jego twarz. Ku mojej trwodze przycisnęła zaostrzoną krawędź pierścienia do jego policzka. Następnie przeciągnęła nim po skórze, rozcinając delikatną skórę tuż pod okiem.
Galen wciąż się nie poruszał. Nie reagował.
A ja nagle zapomniałam o wszystkim, co powinnam – i czego nie powinnam – robić w tej sytuacji.
– Przestań! – zawołałam, patrząc prosto na Graczkę. Strach podchodził mi do gardła i wypluwałam go z furią. – Bo inaczej… – dodałam z nadzieją, że nie zauważy, jak trzęsą mi się kolana.
Graczka z zaciekawieniem przekrzywiła głowę.
– Ależ masz piękne złote oczy.
Komplement? Moment… trzy! Powinnam powiedzieć jej trzy komp…
– Są brązowe – syknęłam. Takie jak u ojca. – Kłamczucha.
Odrzuciła głowę w tył i roześmiała się. Dźwięk ten odbił się echem od ścian, rozbrzmiał mi w uszach.
– Cóż za wspaniały temperament – rzekła w zadumie. – Kłamstwo jest elementem życia. Prawda często jest nazbyt obrzydliwa, nie sądzisz?
W sumie to nie byłam pewna. Większość znanych mi osób nie mogła kłamać. Zaczerpnęłam tchu i rozejrzałam się nerwowo.
– Dlaczego oni się nie ruszają?
– Widzisz, zawiesiłam naszą rzeczywistość – wyszeptała, jakby zdradzała jakaś tajemnicę łączącą tylko nas dwie. – Czy wiesz, co to oznacza?
Z frustracją ściągnęłam wargi. Nie wiedziałam.
– To oznacza, że ta rozmowa nie ma miejsca – powiedziała, zbierając fałdy szaty i klękając przede mną. W tej pozycji wciąż nade mną górowała. Wyprostowałam barki i wyciągnęłam nieco bardziej szyję, szukając pewności siebie.
– Oni cię zabiorą – ostrzegłam w sposób, który moim zdaniem miał zabrzmieć groźnie.
– Och, wiem to! – odparła Graczka z podekscytowaniem. – Widzisz, obiecali, że spalą mnie na stosie. A ja nie potrafię się oprzeć spektaklowi. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Jak masz na imię?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, jej złocisty wzrok padł na kartki w moich dłoniach – dokumenty oznajmiające, że zostanę naznaczona. Że będę bezpieczna. Ochroniona przed Graczami. Na szczycie formularza widniało moje nazwisko.
– Riven! – Znów zawyła śmiechem, który wstrząsnął moimi nogami. – Cóż takiego rozszczepiło cię tak zaciekle, że zasłużyłaś sobie na takie imię?¹
Nie odpowiedziałam. Kierowałam jedno oko tuż na prawo od niej, do krwi ściekającej teraz Galenowi po szyi. Zastanawiałam się, czy to czuje. Graczka wyciągnęła kartki z moich rąk. Zaskakujące ciepło jej dłoni sprawiło, że rozluźniłam chwyt, zupełnie jakby moje palce były topniejącym lodem. Podniosła formularze pomiędzy nas, a następnie jednym pięknym, gwałtownym ruchem rozdarła je na strzępy, które opadły wokół nas niczym śnieg i wylądowały łagodnie w panującej ciszy.
– Nie zostaniesz naznaczona, Riven – mruknęła Graczka i dopiero wtedy zauważyłam, jak białe i spiczaste są jej zęby widziane z bliska. – Pójdziesz ze mną.
Nawet nie usłyszałam swojego krzyku. Wola, a wręcz pragnienie, żeby pójść za nią dokądkolwiek, zawładnęła wszystkimi moimi myślami, kiedy Graczka sięgnęła po moją dłoń i przyzwała mnie do siebie. Wpatrywałam się w jej złote oczy.
Moja dłoń sięgnęła ku niej, zmuszona do tego. Jeszcze nie byłam naznaczona. Nie mogłam nic na to poradzić.
Może właśnie tak to jest oglądać przedstawienie w Odeonie. Galen mówił, że Gracze co wieczór trącają struny serc tysięcy osób obecnych na widowni, jakby były delikatnymi nićmi w tkaninie, że wymazują i przestawiają myśli, idee oraz przekonania swoich widzów, nie potrzebując do tego wiele więcej niż tylko pięknych słów.
Gracze potrafili sprawić, że wierzyło się we wszystko.
Istniała jednak przynajmniej jedna rzecz, nad którą ta istota nie miała kontroli. Ona mnie zabije, pomyślałam. Zmusi mnie, żebym za nią podążała niczym jej odwieczna publiczność, dopóki nie ugną się pode mną nogi. Dopóki nie umrę z wyczerpania albo z głodu.
Publiczność w pełni jej oddana. Właśnie tego łaknęli wszyscy Gracze.
Czując, jak rozmazuje mi się umysł, chwyciłam się skraju płaszcza brata, wczepiłam w niego, pewna, że jeśli puszczę, to zniknę na zawsze. Ramię prostowało mi się coraz bardziej, gdy Graczka mnie odciągała, gdy poszerzał się odstęp pomiędzy mną a Galenem.
I wtedy to dostrzegłam – błysk w kieszeni Galena. Nóż ojca. Galen wszędzie go ze sobą nosił.
Przez głowę przebiegła mi trzecia zasada pozwalająca przetrwać spotkanie z Graczem: „Gracza można zabić tylko eleutherskim złotem”_._ Zamknęłam mocno powieki i sięgnęłam po rękojeść. Moje palce musnęły drewno…
_–_ Riven _–_ odezwała się słodko Graczka, choć jej ton był teraz nieco wymuszony.
Wepchnęłam palce do kieszeni, zacisnęłam je na nożu.
_–_ Riven, kochanie, nie ma żadnego powodu, żebyś mi to utrudniała…
Wszystko wydawało się wydarzać równocześnie. W jednej chwili moje palce owijały się wokół rękojeści noża, a w następnej opuszczałam ostrze z największą siłą, na jaką umiałam się zdobyć.
Słowa Graczki roztrzaskały się w najstraszniejszy wrzask, jaki kiedykolwiek słyszałam. Padła na kolana, skowycząc i ściskając sobie dłoń. Zbierała się pod nią złota kałuża rozlewająca się na kamienną podłogę niczym krople słońca. Krew Gracza. Przepełniona mocą, Kunsztem.
Popatrzyła na mnie oczyma, w których gorzał ogień piekielny, a potem z morderczym spokojem podniosła się z ziemi. Rzuciłam się w tył, spięłam, czekałam, aż wyrwie mi oczy z oczodołów. Aż połamie mi nogi i zaciągnie do Odeonu…
Ale wtedy złoty łańcuch otoczył jej szyję, a trzymający go mężczyzna szarpnął Graczkę w tył. Z twarzą pobladłą z przerażenia wrzeszczał coś, co ledwo do mnie docierało. Niemal natychmiast do Graczki przypadło kilkunastu innych wartowników.
Wokół mnie wszystko zaczęło się znowu poruszać, uwolnione od jej uroku. Ja zostałam uwolniona od jej uroku. Pragnienie, by podążać za Graczką, rozpięło kajdany ściskające mi serce, podniosło się z moich barków niczym ptak.
Wydało mi się, że ani przez chwilę nie było prawdziwe.
Zanim jednak zdołałam sobie uświadomić, co się wydarzyło, zanim choćby pomyślałam, żeby się ruszyć, Graczka wyrwała się i znów do mnie doskoczyła. Chwyciła mnie za kołnierz i trzymała nazbyt blisko, jakby zamierzała wgryźć mi się w szyję.
Zaszeptała mi do ucha, a ja zamarłam.
A potem naraz się skończyło. Wartownicy ją odciągnęli.
Ciężar opadł mi na barki, kiedy Galen obrócił mnie w swoją stronę. Ogarnęła mnie ulga, gdy zobaczyłam, że on znowu się porusza, znowu oddycha. I mruga. Skrzywił się w osłupieniu, przeciągając dłonią po otwartej ranie na policzku.
Za jego plecami Graczka szarpała się i wierzgała ku mnie tymi swoimi długimi nogami.
– Riven! – wrzeszczała, a jej złość przemieniała się w histerię. – Riven!
– Skąd ona zna twoje imię? – zapytał z paniką Galen. Wrzask Graczki dobiegał z korytarza, moje imię wciąż odbijało się echem od kamiennych ścian. Czy nikt inny nie zauważył, że świat znieruchomiał?
Galen spuścił wzrok na ostrze w mojej dłoni, śliskie od złotej krwi. Krwi Graczki. Zanim zdążyłam je wypuścić, kropelki ściekły po rączce i wsiąknęły mi w skórę, ciepłe – zbyt ciepłe, zupełnie jakbym trzymała dłonie nad otwartym płomieniem. Krzyknęłam i rzuciłam nóż.
W środku czułam się jednak tak, jakby coś rozrywało mi pierś. Jakby coś ostrego i wygłodniałego napływało falą, żeby wypełnić tę przestrzeń.
– Riven, coś ty zrobiła? – spytał mój brat, a ja pomyślałam, że odpowiedź brzmi: zyskałam bardzo potężną nieprzyjaciółkę. Nie powiedziałam tego na głos do Galena.
A już na pewno nie powiedziałam mu, co Graczka wyszeptała mi do ucha.Akt I, scena I
Dziesięć lat później
Gdybym dostawała monetę za każdym razem, kiedy ktoś ostrzegał mnie przed Odeonem, zgromadziłabym ich tyle, że mogłabym wykupić miejsce w pierwszym rzędzie.
Jedną za zeszły tydzień, gdy gazety ostrzegały o zapowiadanym jego wielkim powrocie i majaczącym końcu traktatu.
A później około stu kolejnych tego ranka, gdy rozniosły się wieści, że Odeon opublikował biuletyn oznajmiający następny przystanek na trasie: Dystrykt Dionizosa, i rozpętało się piekło.
Co gorsza, biuletyn nie podawał żadnej daty. Ani przybycia, ani zaplanowanych występów, nic. Zupełnie jakby niespokojne spekulacje o powrocie – oraz rozsiewany z ich powodu strach – stanowiły po prostu kolejny wspaniały element widowiska. Mogłabym się założyć, że robili to celowo.
Zmobilizowałam się, żeby iść szybciej. Przeciskałam się przez morze spłowiałych płaszczy i spódnic zlewających się z szarymi ulicami, skupiając wzrok na popołudniowym słońcu osuwającym się za horyzont, a w powietrzu gęstniało od padającego słowa „Gracze”. Zbliżali się już od tygodni, a ich teatr zapadał się i znikał pod ziemią tylko po to, by w niemożliwy sposób wynurzyć się gdzieś indziej.
Zadarłam podbródek i ponagliłam nogi, żeby się porządnie ruszyły.
Będziecie współpracować, nakazałam kończynom, które sprawiały wrażenie odrętwiałych i zmarzniętych. Będziecie dziś działać, a nie…
Zupełnie jakby spierając się z tym pomysłem, wiatr uderzył we mnie z impetem, który przebił się przez oba moje płaszcze i rozlał paraliżującym chłodem po kościach. Zgięłam się i zaklęłam pod nosem.
– Słyszałem, że jest przeklęta… – ktoś mruknął do swojego towarzysza, mijając mnie i zerkając w moim kierunku. Zjeżyłam się, słysząc to słowo, wyprostowałam. Przeklęta.
Obietnica złożona dziesięć lat wcześniej przez Graczkę wisiała na skraju moich wspomnień, wywołując dreszcz na plecach.
Na chodniku przede mną rozbiło się zwierciadło, a ja krzyknęłam, osłaniając sobie twarz.
– Przepraszam… Na bogów, tak bardzo przepraszam! – zawołała z okna drugiego piętra kobieta, która niemal mnie zamordowała taflą spadającego szkła. Ależ to by była śmierć. – Ostrożności nigdy za wiele.
Nie była jedyna. Ścieżkę przede mną zaścielały rozbite lustra, w których światło odbijało się niczym płatki złota. Odeon zbliżał się z każdym dniem, a ludzie wciąż je trzymali? Niech bogowie zlitują się nad nami wszystkimi.
Zwierciadła stanowiły praktycznie zaproszenie dla Gracza, by wszedł do środka. Albo, co gorsza, żeby porwał kogoś poprzez odbicie. Odczekałam chwilę, na wypadek gdyby ktoś jeszcze zechciał wyrzucić szkło przez okno, zanim ruszyłam znowu. Starannie ominęłam duży odłamek.
Odwracałam wzrok od kawałków szkła. Od lat nie widziałam swojego odbicia.
Po spojrzeniach ludzi zgadywałam, że to dobrze.
Okruchy chrupały mi pod butami przez całą drogę aż do Rozcięcia – głębokiego rowu z ciemną wodą rozciągającą się po obu stronach stojącego pośrodku muru. Jedno i drugie wyglądało dziś dość złowieszczo.
Rozcięcie dzieliło Theatron na pół i separowało nas, mieszkańców Północy, od wyznawców Graczy z Południa. Pomiędzy nimi leżało jedyne wspólne terytorium: Dystrykt, niski i płaski niczym dno miski. Było to mocno nieszczęśliwe małżeństwo i chyba jedyne miejsce, gdzie dało się znaleźć świątynię poświęconą Graczom zaledwie dwie ulice od apteki sprzedającej eleutherskie złoto, które ich zabijało.
– Tęskniłeś za mną, Jak? – zawołałam kpiąco do strażnika stojącego zwyczajowo przy kładce dla pieszych, gdy zbliżyłam się do najbliższej bramy.
Jak ściągnął twarz na moje powitanie.
– Riven. Wciąż żyjesz, jak widzę. – Nie wydawał się tym ucieszony, nie rozbawił go też lekki ukłon, jaki wykonałam w odpowiedzi.
– Jak myślisz, kiedy to nastąpi? – spytałam.
Prychnął śmiechem bez śladu wesołości, ale brzmiała w tym nuta niepokoju.
– Słyszałem już domysły sięgające od trzech dni do trzech miesięcy, w oparciu na ich przemieszczeniu. A co, chcesz tam wejść? Niektórzy z nas robią zakłady.
– Już wystarczająco wiele straciłam przez Graczy, dziękuję. – Spojrzałam na czarną wodę w dole i na wyrastający z niej mur. Pomimo nazwy nie zbudowano go po to, żeby powstrzymywać Graczy. Był niski, tyle że zabezpieczony eleutherskim złotem, aby ich odpędzało. Słyszałam plotkę, że Rozcięcie zyskało swą nazwę, bo wkopano się tak głęboko, że przypadkiem przecięto Theatron na dwoje.
Miałam nadzieję, że nie sięga aż tak głęboko. Że po prostu jest wystarczające.
Brama otworzyła się ze skrzypieniem, a Jak zrobił kilka przesadzonych kroków w tył, żebym mogła ominąć go wyjątkowo szerokim łukiem. Wszyscy zachowywali się tak, jakby bali się, że złapią to, co mnie dręczyło. Zupełnie jakby magia Graczki, która mnie zatruła, mogła po prostu przeskoczyć na kogoś, kto znajdzie się zbyt blisko.
Zignorowałam strażnika, podniosłam wyżej kołnierz płaszcza i przeszłam na drugą stronę mostu.
Dystrykt Dionizosa powitał mnie dziwną mieszanką aktywności – niektórzy robili w panice sprawunki na ostatnią chwilę, podczas gdy inni zdawali się demonstracyjnie ignorować krążące wieści, zupełnie jakby świat wcale nie przesunął się pod ciężarem jednej wiadomości – a może jedynie ją wypierali. Nietrudno było dostrzec rozentuzjazmowanych czcicieli Odeonu tłoczących się w sklepach, by nabywać ofiary pod postacią biżuterii i porządnego wina. Choć akurat to nie było niczym szczególnie nowym.
Po drodze zerkałam z ukosa na stojaki z gazetami pełnymi sensacyjnych nagłówków o nadciągającym powrocie Odeonu:
KONIEC 500-LETNIEGO TRAKTATU, POCZĄTEK TERRORU.
CZY ODEON ZAŁATA ROZCIĘCIE?
NIE OSIĄGNIĘTO ŻADNEGO NOWEGO POROZUMIENIA Z GRACZAMI.
PÓŁNOC SZYKUJE SIĘ NA ATAK.
ODEON WRACA DO DYSTRYKTU PIERWSZY RAZ OD 15 LAT.
CO NA RAZIE WIEMY?
– GRACZ JUDE W ŚWIETLE REFLEKTORÓW! _–_ zawołał gazeciarz, przekrzykując przenikliwy gwizd niedalekiej Kolei Diolkoskiej.
Wielkie marmurowe posągi słynnych Graczy wytyczały mi drogę, kiedy przemykałam obok mężczyzny starającego się przehandlować afisz podpisany przez całą obsadę. Po drugiej stronie ulicy rywalizowała z nim kobieta sprzedająca egzemplarze „Traktatu Odeonu”.
Pochyliłam się nisko, mijając budynek sądu, przez co niemal oberwałam od kogoś łokciem w twarz, ale gdy wyszłam za róg, prześlizgnęłam się wzrokiem po kilku transparentach:
NIE DLA GRACZY
Nasz świat nie jest waszą sceną
Protesty rozprzestrzeniały się niemal równie szybko, jak ogłoszenie Odeonu.
Czułam padające na mnie spojrzenia, kiedy mijałam posąg wzniesiony jako ostatni, powstały na cześć Głównego Gracza Jude’a Stepharrosa. Twarz wykuta w ostre krawędzie, włosy tak artystycznie zmierzwione, że wyglądały, jakby wcale nie powstały z kamienia. Sięgał jakichś siedmiu metrów wysokości i stał na środku szemrzącej fontanny, gdzie w wodzie poniżej wyrzeźbionych sandałów walały się rzadkie klejnoty i monety – ofiary. Paskudne marnotrawstwo, gdyby ktoś mnie zapytał. Rozważałam wsunięcie dłoni do sadzawki, żeby zgarnąć kilka, ale słyszałam, że można przez to ściągnąć na siebie rozmaite paskudne klątwy.
Ledwo mogłam poradzić sobie z tą jedną, którą już miałam.
– Riven! Riven Hesper, chodźże tutaj – wychrypiał aż nazbyt znajomy głos, który zatrzymał mnie w pół kroku. Obróciłam się. Zważcie, że słowa nie dobiegały z posągu, tylko od mężczyzny opartego o jego podstawę.
Haris. Był ubrany w taki sam krzykliwy strój jak zawsze – wyrzucony kostium z Odeonu, który, jak twierdził, gdy go znalazł, był równie czerwony jak kurtyna od strony publiczności, lecz z czasem spłowiał do takiej samej szarości jak wszystko inne. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, bym kiedyś widziała go w czymś innym. Raz przyniosłam mu stare ubranie zostawione przez mojego brata. Haris spojrzał wtedy na mnie tak, jakbym sugerowała, żeby obdarł się ze skóry.
– Cześć, Haris – powiedziałam, ściągając torbę z ramienia. – Właśnie cię szukałam.
Może i był fanatykiem Odeonu, ale też nie istniał nikt, kogo mogłabym bardziej nazwać przyjacielem. Jako jedyna osoba z mojego otoczenia nie nazywał mnie przeklętą. W sumie to miał dziwaczne przekonanie, że zostałam pobłogosławiona, skoro dotknęła mnie Graczka. Najwyraźniej inni zakładali, że zostałam uznana za niegodną i dlatego złota krew potworzycy powoli mnie zabija. Być może mieli rację.
Jeśli chodzi o czcicieli Odeonu – nazywaliśmy ich utracjuszami – to Haris zdecydowanie nie był najgorszym, jakiego spotkałam.
Uśmiechnął się, odsłaniając rzędy równych zębów, i wyszeptał:
– On przybywa, Riven.
Litość przeciągnęła smyczkiem po strunach mojego serca. Każdy spektakl, w jakim Haris wziął udział – trzydzieści dwa, jak twierdził – był wypisany na jego twarzy. W taki sam charakterystyczny sposób, jak u wszystkich utracjuszy: w postaci cieniutkiej złotej warstewki na każdej źrenicy.
Podczas jednej z tras Odeonu Haris jeździł za nimi, gdy przemieszczali się z miasta do miasta. Piechotą pokonał setki kilometrów. Nocą obozował za jego bramami i zostawiał Graczom drogie ofiary ze wszystkiego, co posiadał, w tym akt własności konia.
A co gorsza, nie potrafił nic na to poradzić. Haris nigdy nie został naznaczony.
– Słyszę ich – wyszeptał, uśmiechając się szerzej i unosząc swoją najcenniejszą własność: ręczne lusterko. Codziennie modlił się przez nie do Graczy. – Przybywają do domu.
Gdybym nie była naznaczona, zapewne wyglądałabym i mówiła zupełnie jak on.
– Och, też znam te plotki – mruknęłam i podniosłam wzrok znad torby, w której grzebałam. – Właśnie dlatego tu jestem… Przyniosłam ci coś.
Tylko gdzie ja to włożyłam…
Zazwyczaj przynosiłam Harisowi jedzenie, które zdołałam wynieść z domu tak, by nie zwróciło to zbytniej uwagi – często był tak pochłonięty myślami o Graczach, że nawet nie zastanawiał się nad tym, by coś zjeść. Dziś jednak miałam dla niego coś nawet ważniejszego.
– Zabierzesz mnie tam, dobrze? Pójdziesz ze mną – naciskał Haris, mrużąc oczy. – Ty i ja jesteśmy inni, ale przecież rozumiesz, prawda? Przyjaciele rozumieją.
– Odeonu nawet tu jeszcze nie ma – przypomniałam mu i wreszcie dostrzegłam błysk cienkiego łańcuszka na dnie torby. Ach! Znalazłam.
Chwyciłam łańcuszek w palce, wyciągnęłam wisiorek i podeszłam do Harisa.
– Proszę, Riven! – zaskomlił, wyciągając do mnie ręce. Zsunęły mu się rękawy, ukazując luźną skórę przedramion zwisającą z kości jak ciasto na chleb. Obrzmiałe, biało-różowe blizny układały się w nazwisko JUDE STEPHARROS. Przełknęłam żółć, która podeszła mi do gardła. Oboje byliśmy ofiarami Graczy, tylko w odmienny sposób. – Wreszcie przyjeżdża do domu – rzucił błagalnie.
– Proszę – powiedziałam i pochyliłam się, żeby podać mu wisiorek dyndający mi z pięści. – To ci pomoże zachować bezpieczeństwo. Noś go, jeśli znajdziesz się blisko Odeonu. Zwłaszcza jeśli zobaczysz jedno z nich, dobra? Kupiłam to na Pierścieniu Kupców. Ma tłoczenie z eleutherskiego złota i powinien…
Gdy usłyszał to słowo, jego twarz wykrzywiła się w wyrazie wściekłości i ledwo zdążyłam zareagować, jak doskoczył i chwycił mnie za przegub tak szybko, że krzyknęłam z zaskoczenia. Wisiorek spadł z brzękiem na ziemię.
– Zabierz mnie tam! – zawył przenikliwie. – Zaprowadź mnie do Graczy… – Paznokcie Harisa wbiły mi się w skórę i krzyknęłam cicho.
Na szczęście wyrwałam nadgarstek z jego uścisku, straciłam równowagę, upadłam na bruk.
Skóra mrowiła mnie tak, jakby pająki biegały mi po ciele. Zbierało mi się na wymioty.
Nie cierpię być dotykana. Naprawdę nie cierpię. Od zawsze.
Odzyskałam dech, podniosłam się i przyjrzałam dłoniom. Na jasnej skórze barwy wosku pojawiał się już ciemnofioletowy siniak. W mordę. Sińce, zwichnięcia, ostatnio zaleczanie najmniejszego urazu zajmowało mi coraz więcej czasu – jeśli w ogóle się udawało. Zupełnie jakby z powodu trucizny moje ciało zapominało, jak to robić.
Wytarłam dłonie o płaszcz, jakbym mogła w ten sposób otrząsnąć się z dotyku, i obróciłam się, żeby odejść. Wciąż musiałam jeszcze zajrzeć w jedno miejsce, zanim wrócę do domu, a nawet ja wiedziałam, że lepiej jest nie szwendać się po Dystrykcie po zmroku.
Jednak gdy się zbierałam, jeszcze raz obejrzałam się przez ramię z troską na Harisa, który zakaszlał i zatrzymał na mnie złoty wzrok. Następnie uśmiechnął się szeroko, unosząc to swoje lusterko. Zupełnie jakby wiedział coś, o czym ja nie wiedziałam.
– Przybywa do domu, Riven.Akt I, scena II
Niemal westchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie dotarłam do Kronik Alethei, księgarni wciśniętej pomiędzy warsztat świecarza i sklep z antykami reklamujący, że sprzedaje stare rekwizyty używane niegdyś na scenie przez Graczy. Było to również jedyne miejsce w Dystrykcie oferujące teksty, których potrzebowałam na pierwszy semestr w Akademii Orkestryjskiej.
– Nie, nie! Idź sobie, Riven! – zawołał mężczyzna w grubych okularach i z lekko opaloną skórą. Wyszedł zza lady, gdy tylko stuknęły za mną zamykające się drzwi. – Wyjdź i zabierz ze sobą swoją klątwę.
– Cześć, Sebastian – rzuciłam wesoło, przeciskając się pomiędzy stołami, na których piętrzyły się tomy.
– Bogowie, pomóżcie mi – mruknął, przeciągając dłonią po włosach. Starzec wychował się na Północy, przez co był jednym z niewielkiej garstki naznaczonych wciąż mieszkających w Dystrykcie. – Odeon może wrócić w każdej chwili, pierwszy raz od piętnastu lat, a teraz jeszcze dzieło ich rąk zachodzi do mojego sklepu. I do tego jest złodziejką.
Zmarszczyłam brwi.
– Odniosłam – oznajmiłam na swoją obronę, wyciągając z torby księgę oprawioną w skórę i kładąc ją z plaśnięciem na ladzie pomiędzy nami.
– To jest księgarnia. A nie biblioteka. – Właściciel przyjrzał się okładce spod zmrużonych powiek. – Kto kupi coś dotkniętego twoimi dłońmi?
– Może rzeczywiście nie powinni – zripostowałam, stukając w księgę. – To jest bezużyteczne.
Zawierała absolutne zero na temat Kunsztu, nie mówiąc już o tym, co robić, jeśli zostanie się nim zatrutym.
Wyciągnęłam list z zawiadomieniem o przyjęciu do Akademii Orkestryjskiej.
– Ale to nieistotne. Przyszłam tu po akcesoria do szkoły i muszę się z tym pospieszyć.
Sebastian skrzywił się i wziął róg listu w dwa palce, jakby obawiał się musnąć moją skórę. Następnie poprawił sobie okulary i z niedowierzaniem przyjrzał się treści.
– Przyjmują cię do Akademii? – Uniósł wysoko brwi.
Zjeżyłam się.
– Na szczęście dla ciebie semestr zaczyna się w przyszłym tygodniu. Zanim się zorientujesz, wsiądę w pociąg do Orkestry i znajdę się daleko stąd.
Pokręcił głową z niemal zasmuconą miną.
– Tak się składa, że mam znajomych w Dzielnicy Uzdrowicieli, Riven. – Zesztywniałam, słysząc te słowa. – Plotka głosi, że nie przeżyjesz nawet do przyszłego miesiąca.
Jego słowa niemal starły mi uśmieszek z twarzy. Widział mnie chyba każdy uzdrowiciel na Północy i nic z tego nie wyniknęło. Nikt nie wiedział, jak cofnąć to, co zrobiła mi Graczka. Nikt nie miał nawet pojęcia, co w ogóle jest ze mną nie tak.
Odchrząknęłam.
– No to zapraszam cię, byś zatańczył na moim grobie, gdy już odejdę – odrzekłam i błysnęłam zębami w grymasie.
– Zatem chcesz się uczyć na uzdrowicielkę? – mruknął, przyglądając się mojemu listowi. – Raczej nie spodziewałbym się tego po kimś takim jak ty.
Przypuszczałam, że to dlatego żaden uzdrowiciel nie miał pojęcia, jak mi pomóc.
„Śmiertelnik nie może naprawić tego, co zepsuł nieśmiertelny” – powiedział kiedyś jeden z nich. To nie przeszkodziło mi jednak szukać rozwiązania w każdej książce, jaka wpadła mi w ręce.
Już dawno temu uznałam, że jeśli chcę uzyskać odpowiedź, w jaki sposób odwrócić to, co się ze mną dzieje, muszę znaleźć ją sama.
Znów pokręciwszy głową, Sebastian zniknął na zapleczu sklepu wraz z moim listem.
Zabrzęczał dzwonek nad drzwiami. Obróciłam się i ujrzałam dwie dziewczyny wchodzące do sklepu. Przełknęłam ślinę i odwróciłam wzrok. Zaczęły kręcić się w wąskich przejściach biegnących pomiędzy dębowymi regałami sięgającymi od ściany do ściany, a ja dopiero wtedy dostrzegłam innych klientów, którzy przystanęli w rogu i porównywali pióra.
– Tak, córka nieżyjącego Arbitra… – wyszeptał jeden z nich, zerkając na mnie, a potem uciekając wzrokiem z powrotem do towarzysza. Spięłam się i odepchnęłam od siebie nieprzyjemne wrażenie rozlewające mi się po piersi. Najwyraźniej nawet zbliżający się powrót Graczy nie wystarczył, by ludzie stracili zainteresowanie jedną z ich ofiar. Zagryzłam zęby i skupiłam spojrzenie na drewnianym parkiecie. Oddychałam powoli, tak jak zawsze powtarzał mi Galen.
– Słyszałem, że jest przeklęta… – powiedział ktoś inny. – Przez tę Graczkę, która wtedy się uwolniła i zaatakowała…
– Wyższa, niż sądziłam. Wiedziałaś, że jej brat…
– Na bogów, ale ona brzydka. Dlaczego jej oczy tak wyglądają?
Gniew zapłonął mi w trzewiach niczym zapałka, gdy opuszkami palców dotknęłam sierpowatych zmarszczek pod oczyma, sama zastanawiając się, jak wyglądają. Uznałam, że chyba lepiej, bym nie wiedziała.
– Najpierw zapłać. – Sebastian wrócił z naręczem książek, które zapewne nadwerężą mój kręgosłup w drodze do domu. Położyłam na ladzie pieniądze, które przysłał mi brat, schowałam zakupy do torby i odwróciłam się do wyjścia.
– Myślisz, że dadzą jej współlokatorkę? – Przemknęłam wzrokiem do innej szepczącej grupki studentów, którzy najwyraźniej starali się jednocześnie trzymać jak najdalej ode mnie i pozostać w obrębie sklepu. Miałam jednak wyczulony słuch.
– Niech bogowie zlitują się nad taką osobą. Słyszałem…
– …wygląda jak przeklęty przez bogów trup.
Krew mi się zagotowała, gdy wyśledziłam wzrokiem autora tej obelgi – chłopaka o rdzawobrązowych włosach i w okularach. Na jego obojczyku lśnił eleutherski znak.
Był naznaczony jak ja. To oznacza, że nie umiał kłamać. Nikt z naznaczonych tego nie potrafił.
Na Północ od Rozcięcia wszyscy nosiliśmy identyczne symbole ochronne wypalone w skórze tym samym eleutherskim złotem, które może zabijać Graczy. Stanowiły zobowiązanie do prawdy i tarczę przeciwko pokusom Odeonu. Chroniły nasze ciała przed Graczami i ich kłamstwami. Z drugiej jednak strony, każda osoba z eleutherskim znakiem nie mogła wypowiedzieć nieprawdy.
Jego słowa były szczere. Naprawdę uważał, że wyglądam jak trup.
Ale to nie przez niechęć, która przemknęła mu po twarzy, krew zaszumiała mi w uszach.
Był to błysk strachu w jego oczach, gdy wpatrywałam się w niego odrobinę zbyt długo. Zupełnie jakbym w wyniku magii, którą zatruła mnie Graczka, stała się równie niebezpieczna jak Gracze.
Kiedy otwierałam drzwi, żeby wyjść, znajomy lód rozlał mi się po kościach, a w myślach usłyszałam wyszeptaną obietnicę.
„Chodź ze mną – powiedziała. ‒ Chodź ze mną, albo będziesz cierpieć”.
Trafiła mi się jedyna prawdomówna Graczka.Akt I, scena III
Zanim dotarłam do Archiwum Dionizyjskiego, miałam wrażenie, jakby ktoś napełnił mi płuca sosnowymi szyszkami. Ciotka Cassia przebywała zapewne w świątynnej części archiwum, ale na razie wolałam dąsać się w spokojnej samotności.
Usiadłam na najniższym stopniu schodów, żeby odpocząć, i wciągałam gwałtowne, krótkie oddechy. Przede mną zbocze rozlewało się na leżący w dole Dystrykt, obmywany złotem przez ostatnie promienie słoneczne.
Wyciągnęłam nogi i obejrzałam się przez ramię na posąg Dionizosa górujący nad fasadą budynku. Uprzejmie skinęłam martwemu bogu. Nie odpowiedział tym samym. Posągom rzadko to się zdarzało.
Niektórzy wciąż modlili się do bogów o ratunek. Ja z tym skończyłam dawno temu.
Dionizos nie żył. Nie sądziłam, by mogła nadejść pomoc.
Moim zdaniem w najlepszym przypadku bogowie nie interweniowali, bo byli okrutni. W najgorszym byli tchórzami, którzy porzucili nas na pastwę Graczy. Niemniej słyszałam pogłoski o miejscach leżących daleko za morzami, nękanych przez potwory jeszcze gorsze niż nasze.
Teraz zaś miałam po prostu ochotę na kogoś nawrzeszczeć. Posąg akurat się nadawał.
– Nawet jeśli musiałeś się wykrwawić, to czy musiałeś to zrobić w Theatronie? – spytałam Dionizosa. – Na pewno istnieją przyjemniejsze górskie szczyty, na których można umrzeć.
Długie, starannie wykute z kamienia ręce Dionizosa, na wieczność wyciągnięte ku światu, nie poruszyły się. Uznałam to za wzruszenie ramion.
– Proszę, nie czuj się urażony – rzekłam, przyglądając się swoim paznokciom, które od kilku tygodni zaczęły przybierać zabawny szary kolor. – Gdybym to ja wykrwawiała się na górze, zapewne też nie spodziewałabym się, że potwory przyjdą po moją krew.
Dionizos nie roześmiał się z tego, nieporuszony nawet przez ostry wiatr, który przemknął pomiędzy kolumnami i sfrunął w dół schodów.
– A tak w ogóle, to sprawka jednej z twoich Graczek. – Niepewnym gestem wskazałam rozsypującą się siebie, choć nie przypuszczałam, by Dionizos się tym przejął. – Nie zaczęło się wcale tak źle. Lekkie mdłości. Bóle głowy. Uzdrowiciele uznali, że to paskudny przypadek grypy.
Później pojawiły się bóle sięgające do kości. Chłód, który osiadł mi na skórze i nie pomagały na niego warstwy wełny ani ciepło ognia. Zmęczenie, którego nigdy nie usuwał sen. Żadna ilość jadła nie nakładała ani krzty mięśni na moje kości.
Trucizna Graczki wysączała życie z mojego ciała. Wzdrygnęłam się, przypomniawszy sobie jej złotą krew na moich dłoniach.
Tak naprawdę zaczęłam jednak panikować dopiero wtedy, gdy bóle i bolączki przytępiły się, a zamiast nich na front wysunął się mściwy lód, który wdarł się w żyły niczym zimowa burza i skuł moje kości, jakby były gałęziami.
Wyglądało na to, że moje ciało zeszło w podświat i zostawiło mnie w tyle.
Jakby na dowód tego ziemia poruszyła się nagle i ustąpiła spod moich nóg. Poczułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Chwyciłam się stopni, paznokciami drapnęłam kamień. Kręci mi się w głowie?
Nie, to naprawdę była ziemia. Rzeczywiście grzmiała i trzęsła się tak, jakby miała się zaraz rozerwać.
Dziwna ciemność wyrwała się z chmur, rozlewając się jak atrament w wodzie.
Świat znowu zadrżał i tym razem z pobliskiego Pierścienia Kupców dobiegły krzyki.
Serce dudniło mi o żebra, gdy pomknęłam wzrokiem w dół wzgórza, ku Dystryktowi.
Złociste światło rozkwitło na jego środku niczym wschodzące słońce. Skrzywiłam się, krztusząc się słodką, mdłą nutą w powietrzu kojarzącą się mgliście z perfumami.
Rusz się. Nie powinnaś tu być. Te myśli dobiegały do mnie we fragmentach.
I wtedy go zobaczyłam.
Złowieszczy pałac wzniósł się z gruntu, jakby wyłaniał się z samego Hadesu. Białe marmurowe wieże wyłoniły się, ciągnąc za sobą wiszące korzenie i bryły gleby, spadającej z jakichś piętnastu kondygnacji.
Jako następne wynurzyły się setki ogromnych kolumn spiętych złotymi obręczami, otaczających centralną kopułę niczym żołnierze stojący na straży, a w ślad za nimi wzbił się opar jasnego pyłu. Na szczycie tego wszystkiego widziałam posąg wrony o marmurowych skrzydłach wyciągniętych do wiecznego lotu…
Odeon.
Wrócił. Dziś.
Teraz.
Powinnam być przerażona – wiedziałam to dzięki swojemu wychowaniu. Ten widok był nienaturalny i bezbożny, wysysał mi powietrze z płuc. Czułam, że coś niezwykle przyciąga mnie do Odeonu, i przypisywałam to latom wściekłości przenikającej mi umysł.
Przez bardzo dziwną chwilę panowała zupełna cisza. Świat wydawał się pusty, wyzuty ze wszystkiego oprócz mnie i bytu, który zniszczył mi przyszłość i odebrał ojca. Jaśniejące witrażowe okna wpatrywały się we mnie z oddali niczym złociste oczy bestii.
Co wyście mi zrobili?
Uderzenie serca później w dole rozpętał się chaos. Czciciele z Południowego Theatronu mknęli w kierunku Odeonu niczym ćmy do płomienia, wrzeszcząc z radości. Tymczasem ci, którzy nosili znaki, umykali w stronę zapewniającego bezpieczeństwo muru Północy, krzycząc do swoich bliskich, żeby szli za nimi.
– Riven!
Wzdrygnęłam się na dźwięk swojego imienia. Ciotka Cassia zbiegała po schodach świątynnej części archiwum, machając mi, żebym wstała, ale nawet ona przystanęła, by popatrzeć, i przez chwilę tkwiła jak skamieniała, zanim zawołała:
– Podnoś się, już!
Pośpiech widoczny na jej twarzy sprawił, że poderwałam się ze stopni i chwiejnie ruszyłam ku niej.
Nie wiem, co mnie opętało, kiedy byłam już w połowie drogi na górę. Nie potrafiłam powstrzymać się przed zerknięciem za siebie – w samą porę, by ujrzeć kolejny rozbłysk jasnożółtego światła. Ciepły wiatr owiał mi twarz, niosąc się falą w chłodnym powietrzu.
Wrota Odeonu stanęły otworem.
– Panie i panowie!
Głos nie brzmiał ludzko. Był grzmiący, przywołujący i obecny wszędzie naraz. Skrzył się w chmurach i dudnił w ziemi. Podekscytowani utracjusze wywrzaskiwali gdzieś powitania. W ich radosnych okrzykach słyszałam jedno imię: Silenus.
Reżyser Odeonu.
Przerażał mnie niemal w równym stopniu jak Gracze. W pewnym sensie nawet bardziej. Trzymałam dłoń nad kieszenią płaszcza, gdzie skrywał się złoty nóż ojca.
– Dziękuję, że dołączacie do nas tego pięknego popołudnia! – mruczał nisko głos Silenusa, głęboki baryton dziwnie kojarzący mi się z odgłosami zegara szafkowego. Musiał nieść się przez pół miasta. Miałam wrażenie, że słyszę go nawet w swoim sercu.
Przemknęłam myślami do solografii w Muzeum Dystryktu. Silenusa zawsze przedstawiano tak samo: gęste białe włosy, jasna skóra, eleganckie okulary, szykowny garnitur. Zmarszczki od śmiechu wyryte w twarzy, która nie starzała się od setek lat.
I zawsze, absolutnie zawsze w jego dłoniach umieszczano małą, oprawną w skórę książkę, której stronice promieniowały ciepłym, łagodnym blaskiem. Nazywano ją „Scenariuszem” i od dawna sugerowano, że kiedyś należała do samego Dionizosa. Nie umiałam sobie wyobrazić, by cokolwiek innego niż ukochane akcesorium boga mogło zapewnić Silenusowi moc kierowania Graczami.
– Wspaniali mieszkańcy Theatronu, to zawsze przywilej móc znaleźć się wśród starych przyjaciół. Jednak nikt z nas nie jest tu dla sentymentów, rozumiem to. – Roześmiał się cicho, ale dźwięk ten poniósł się ku niebu.
Chwytały mnie skurcze w nogach, gdy wbiegałyśmy z Cassią po schodach prowadzących do świątyni. Zmuszałam się, by nie zwalniać.
– Ostatnio krążą takie okropne plotki. – Westchnął. – Ale Odeon z radością wynegocjuje nowe porozumienie z naszymi przyjaciółmi z Północy, gdy tak ceniony przez nas traktat dobiegnie końca. Niemniej w zamian…
Nie potrafiłam złapać tchu. Paliły mnie płuca.
– Oczekujemy pełnej współpracy w czasie, gdy tu, w Dystrykcie, będziemy pielęgnować naszą najukochańszą tradycję, którą ostatnim razem tak nieszczęśliwie zakłócono.
Na te słowa Cassia zamarła. Wirowały mi myśli. Najukochańsza tradycja…
– Z dumą ogłaszamy nabór do obsady… i Wielkie Dionizje!
Serce zająknęło mi się z szoku, a Dystryktem zatrzęsła eksplozja wiwatów.
Nabór do obsady.
Po tych słowach przebiegł mnie dreszcz. Nie wiedziałam o tym zbyt wiele, oprócz tego, że chodziło o wybór śmiertelnika, który zajmie miejsce jednego z Graczy. Stanie się nim. Oczywiście jeśli zwycięży za pomocą najbrutalniejszych i najgwałtowniejszych metod w trakcie pięciodniowego festiwalu znanego jako Wielkie Dionizje. Szeroko zakrojonego spektaklu, na czas którego Gracze zostaną wypuszczeni z Odeonu i będą mogli błąkać się swobodnie.
Cassia obróciła się, otwierając coraz szerzej oczy.
– Być może nowy Gracz jest tu dziś pośród nas! – zawołał reżyser. – Liczymy na to, że wieczorem zobaczymy się z wami wszystkimi w związku z tą wielce ekscytującą okazją.
Powietrze rozdarł potężny huk, gdy wrota Odeonu się zatrzasnęły.
* * *
Gdyby lęk był osobą, moim zdaniem w dużej mierze wyglądałby tak jak ciotka Cassia teraz. Uznała, że musimy zaczekać kilka godzin w Archiwum Dionizyjskim, zanim w ogóle rozważyła koncepcję, by pozwolić mi iść do domu, bo twierdziła, że zrobi się bezpieczniej, gdy utracjusze wejdą już do Odeonu na nabór do obsady i nie będą sprawiać problemów w mieście.
Przyznaję, że gdybym poświęciła tyle czasu co ona na studia nad najmroczniejszymi zakamarkami historii Theatronu, nad tym, co się wydarzyło i co mogło wydarzyć się ponownie, również czułabym lęk. Cassia mówiła, że naszą najlepszą bronią przed Odeonem jest wiedza na jego temat, poświęcenie życia ochronie tych historycznych zapisków, których Gracze nie zdołali zniszczyć.
– Pozwól, że zaprowadzę cię do domu – powiedziała. – Dopóki tylko utracjusze są zajęci tymi głupotami z naborem.
Moja duma chciała uparcie odrzucać oferowaną pomoc, ale zwyciężył lód wijący się w sztywnym kręgosłupie. Ten jeden raz wzięłam ciotkę pod rękę.
Gdy opuszczałyśmy Archiwum Dionizyjskie, nie przestawałam błąkać się zaciekawionym wzrokiem po dębowych podwójnych wrotach, które pozostawały wiecznie zamknięte. W przeciwieństwie do większości osób wiedziałam, co się za nimi znajduje: puste książki z baśniami. Tysiące tomów ograbionych ze słów. Ich zawartość pożarł Odeon.
I bardzo dobrze. Baśnie to nic innego jak kłamstwa. Narzędzia manipulacji dla Graczy.
– Niech bogowie przeklną to wszystko – mruknęła pod nosem Cassia, rozglądając się po pustych ulicach. Nigdzie nie było widać utracjuszy, a wszyscy mieszkający na północ od Rozcięcia wyraźnie się pochowali.
– Jestem przekonana, że już to zrobili – stwierdziłam. – Jaki mamy plan?
To pytanie wydawało się mgliste i niezręczne, zważywszy okoliczności. Gazety od dawna spekulowały o powrocie Graczy do Dystryktu, na długo przed tym, jak potwierdził to ich biuletyn, ale nabór do obsady…?
To nie miało sensu.
– Absolutnie żadnego planu – odparła Cassia, jakby ta odpowiedź od jakiegoś czasu czekała na jej języku. – Wiedzieliśmy, że przybędą. Zostań w domu, trzymaj się z dala od luster. Niech Gracze dostaną swoją krwawą rzeźnię. To nie jest sprawa Północy.
Chyba że Gracze sprawią, by to stało się naszą sprawą. Przez niemal pięćset lat byli ograniczeni do Południowego Theatronu na podstawie umowy, którą im narzucono. I od ponad dekady nie ryzykowali takiego zbliżania się do Rozcięcia.
– Nie rozumiem, jak sam budynek może się przemieszczać.
Nie wydawało mi się to możliwe.
– Bo nie może. Ale budynki są wznoszone – odpowiedziała ponuro Cassia. – W przeciwieństwie do Odeonu. On po prostu pojawił się mniej więcej w tym samym czasie co Gracze. – Pokręciła głową. – Moim zdaniem to jedna wielka iluzja.
Zastanawiałam się przez chwilę.
– A co, jeśli Gracze spróbują przejść przez Rozcięcie…?
– Nie dywagujmy nad tym, co jeszcze nie stanowi problemu.
Jeszcze. Półprawda.
Bawiłam się w umysłową gimnastykę z moim znakiem, odkąd go miałam. Stosunkowo łatwo umiałam wymyślić sobie nieprawdę. Czasami zapisywałam kilka kłamstw tylko po to, by sprawdzić, czy mi się to uda. Ale za każdym razem, gdy otwierałam usta, żeby wypowiedzieć jawny fałsz, słowa nie były w stanie spłynąć mi z języka.
Właśnie teraz Cassia próbowała nie przyznać się do czegoś.
– Choć nie popieram tego, że zapuszczasz się sama do Dystryktu – zaczęła, przeciągając dłonią po zaczesanych do tyłu włosach, gdzie wśród kasztanowych pasm pojawiało się coraz więcej przebłyskujących siwych – mam ci coś do pokazania.
Zerknęła w cichą boczną uliczkę, w którą skręciłyśmy. Jej oczy zwęziły się w przyćmionym świetle. Zaraz potem wyciągnęła z kieszeni coś, co wyglądało jak wyblakła solografia.
Przedstawiona Graczka miała cięty uśmiech i włosy w kolorze srebrnego blondu spływające jej na plecy. Oraz przenikliwe oczy wyglądające tak, jakby mogły przepalić się przez papier.
Zwiesiłam ramiona. Analizowałam Graczy chyba równie obsesyjnie jak Cassia, ale tej nie rozpoznawałam. Większość dzieciństwa spędziłam w otoczeniu ich historii, dzięki czemu miałam jakieś zajęcie, gdy dzieci w moim wieku przestały uwzględniać mnie w swoich zabawach. W swoisty sposób twarze Graczy były mi równie znajome, jak starych przyjaciół.
Samotność potrafi wyprawiać dziwaczne rzeczy z mózgiem.
– To jest Graczka Iris. Jedna z członków obsady straconych w Syrene – wyjaśniła Cassia. – Pojawiły się sugestie, że część obsady mogła zbiec przed zniszczeniem. Jeśli to ona cię otruła, to jest możliwe, że…
– To nie ona. – Pokręciłam głową, wyobrażając sobie twarz odpowiedzialnej Graczki. – Wiem, co widziałam.
Jedyną rzeczą bardziej irytującą niż przeklęcie przez Gracza jest przeklęcie przez Gracza, który nie istnieje. Nie miałam wątpliwości. Zbadałam każdy inkrustowany złotem skrawek historii Odeonu, szukając odpowiedzi w jego kronice kłamstw. Poznałam twarze wszystkich żyjących członków obsady.
Zostało pięcioro Graczy.
Tej, którą widziałam jako dziecko, nie było wśród nich.
Nie trafiłam na żadne zapiski na jej temat. Aczkolwiek nie znalazłam też nic o innych osobach zatrutych tak jak ja. Tylko o przypadkach umysłów dręczonych niecichnącymi pieśniami albo doniesieniach o obłędzie wywołanym przez spektakle Odeonu.
Natomiast moja klątwa – to dziwne, powolne gnicie, które rozkładało mnie od środka – stanowiło anomalię. I niewątpliwie ta Graczka była za nią odpowiedzialna.
„Chodź ze mną albo będziesz cierpieć”.
Cassia zmarszczyła brew i schowała zdjęcie z powrotem do kieszeni.
– Będę dalej szukać, Riv.
Teraz ja przeciągnęłam dłonią po włosach i zaśmiałam się gorzko, gdy kilka ciemnych kosmyków wypadło i poleciało na ziemię. Zaczęło się to mniej więcej tydzień wcześniej.
– Tak – odparłam. – Ja też.