Facebook - konwersja
Scenariusz chaosu - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment
Pobierz fragment

Scenariusz chaosu - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-65904-43-0
Język:
Polski
Data wydania:
Sierpień 2019
Rozmiar pliku:
1,4 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
36,90
Cena w punktach Virtualo:
3690 pkt.

Scenariusz chaosu - opis ebooka

Współczesny terroryzm jest narzędziem politycznym, ukrytą przed światem wielką grą. W brutalną walkę wielkich mocarstw jak zawsze uwikłana jest Rzeczpospolita. Jej tarczą i ostrzem są służby wywiadowcze oraz siły specjalne.

Adam Thomal, policjant z Centralnego Biura Śledczego Policji, zostaje wysłany na przymusowy urlop. Jednak już w samolocie staje się, mimo woli, uczestnikiem międzynarodowej rozgrywki.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Scenariusz chaosu

Oko­licz­ność była ni­ja­ka. Sza­ra jak ten wi­docz­ny wo­kół zi­mo­wy świt, po trud­nej nocy. Mimo ko­lej­nych lat tkwie­nia w tej pra­cy trze­ba było wie­le sa­mo­za­par­cia i siły, by nie pod­dać się odrę­twie­niu. Nie po­zwo­lić so­bie na za­mknię­cie oczu. Choć­by na mo­ment, któ­ry z chwi­li ulgi prze­ro­dził­by się nie­bez­piecz­nie w bło­gi sen.

Ad­re­na­li­na wy­pa­li­ła się wie­ki temu i tyl­ko na po­cząt­ku każ­dej no­wej za­sadz­ki, ofi­cjal­nie – re­ali­za­cji, da­wa­ła kopa. Na krót­ko. Nie jak kie­dyś. Obec­nie była to ru­ty­na i za­pla­no­wa­ne dzia­ła­nie we­dle okle­pa­ne­go sce­na­riu­sza, albo wła­ści­wie – pro­ce­du­ry. Wpraw­dzie ela­stycz­ność była za­wsze wska­za­na, ale o chłod­nym brza­sku mar­co­we­go dnia trud­niej było się o nią wy­sta­rać.

Smęt­na ja­koś prze­dziw­nie mu­zy­ka, są­czą­ca się z na wpół ści­szo­ne­go sa­mo­cho­do­we­go ra­dia, prze­szła w ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Głos spi­ke­ra był obo­jęt­ny, nie po­ma­gał, do­da­jąc swo­je trzy gro­sze do od­czu­cia obez­wład­nia­ją­cej apa­tii.

– Afe­ra ban­ko­wa, jak okre­śla­ją to nie­miec­kie me­dia, roz­cho­dzi się co­raz więk­szym echem po struk­tu­rach fi­nan­so­wych… – Głos mó­wił zu­peł­nie obo­jęt­nie, jak­by opo­wia­dał o wi­zy­cie u ciot­ki. – Nowe ma­te­ria­ły, pu­bli­ko­wa­ne wczo­raj w In­ter­ne­cie, ujaw­nia­ją za­trwa­ża­ją­ce prak­ty­ki Ko­lon­ner West Bank i nie tyl­ko. Tym­cza­sem sej­mo­wa ko­mi­sja śled­cza, gło­sem swe­go prze­wod­ni­czą­ce­go po­sła Hram­ki, pla­nu­je wy­stą­pić o udo­stęp­nie­nie ma­te­ria­łów, któ­re, jak wy­ni­ka z pu­bli­ka­cji, do­ty­czą wąt­ków trans­fe­rów… Po­sło­wie opo­zy­cji ocze­ku­ją dal­szych in­for­ma­cji, su­ge­ru­jąc po­wią­za­nia ca­łej tej sy­tu­acji z nie­od­po­wied­nim, w ich mnie­ma­niu, nad­zo­rem fi­nan­so­wym…

Póź­niej były wy­po­wie­dzi przed­sta­wi­cie­li kil­ku par­tii, ban­ków i księ­go­wych od więk­szych cy­fe­rek, któ­rych na­zy­wa­no eks­per­ta­mi. Jed­ni mó­wi­li z bo­jo­wym za­pa­łem i dumą, słusz­nie wę­sząc pre­zent od losu i nad­cią­ga­ją­cą roz­ró­bę, inni zaś nie­udol­nie ha­mo­wa­li na­stro­je, nie bar­dzo wie­dząc, jak się od­nieść do spra­wy, któ­ra mia­ła się roz­wi­jać. Jesz­cze póź­niej była po­go­da. Nic szcze­gól­ne­go – sza­re, zgni­łe przed­wio­śnie. I zno­wu mu­zy­ka.

Aspi­rant Adam Tho­mal słu­chał jed­nym uchem, nie bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ny tym wszyst­kim. Zły, że ci tam, w ra­dio­sta­cjach wszel­kiej ma­ści, utrud­nia­ją ro­bo­tę jemu i aspi­ran­to­wi Hu­ber­to­wi Ko­wa­liń­skie­mu. Ziew­nął gło­śno i się­gnął do ra­dia, ostat­kiem na­dziei szu­ka­jąc na fa­lach ete­ru cze­goś skocz­niej­sze­go.

Hu­bert osu­nął się na fo­tel, chwy­cił dłoń­mi kie­row­ni­cę i z prze­chy­lo­ną na bok gło­wą pa­trzył pół­przy­tom­nie na oko­li­cę.

Nie było tu nic ła­pią­ce­go za ser­ce i po­ry­wa­ją­ce­go es­te­tycz­nie zmy­sły. Albo tyl­ko tak się zda­wa­ło, bo oby­dwaj przy­wy­kli. Kil­ka ulic obu­do­wa­nych sta­ry­mi wil­la­mi. Za­nie­dba­ny­mi albo od­re­stau­ro­wa­ny­mi z róż­nym skut­kiem. Domy z wiel­ki­mi okna­mi, oto­czo­ne ku­ty­mi pło­ta­mi, na­gi­mi te­raz ży­wo­pło­ta­mi i krze­wa­mi w ogro­dach.

Ada­mo­wi po­wra­ca­ła głu­pa­wa myśl, że to lep­sze niż gni­cie gdzieś w rynsz­to­ku, choć­by na gdań­skiej Prze­rób­ce, „kwit­nię­cie” pod­czas ob­ser­wa­cji ja­kie­goś me­ne­la.

Czuł, że to głu­pie, bo prze­cież nie było re­gu­ły. Ani tam, w ko­mi­sa­ria­cie re­jo­no­wym, wo­je­wódz­kim, czy te­raz w CBŚP.

– Wil­le, kur­wa! – fuk­nął sam do sie­bie ze zmę­cze­nia i znów ziew­nął. „Zbó­je” byli wszę­dzie i prze­ko­ny­wał się o tym do­bit­niej i bo­le­śniej z każ­dą ko­lej­ną spra­wą. To­nął w ba­gnie nie­koń­czą­cej się woj­ny i znów, jak nie­gdyś, albo i jesz­cze bar­dziej, mu­siał ucie­kać we wszyst­ko, co po­zwa­la­ło mu za­po­mnieć o ro­bo­cie, któ­rą niby lu­bił. Speł­niał się, do­cie­ra­jąc pra­wie tam, gdzie chciał, ale mimo to to­nął.

– Co mó­wisz? – Hu­bert ock­nął się. Pod­niósł gło­wę, pa­trząc na kum­pla du­ży­mi ocza­mi, osa­dzo­ny­mi wą­sko przy dłu­gim no­sie, na szczu­płej, zwy­kłej twa­rzy.

– Nic, tak tyl­ko… – Mach­nął dło­nią Tho­mal i pod­parł gło­wę dło­nią.

Uli­ca był ci­cha, bez­lud­na. Nie­wie­le aut par­ko­wa­ło w ich ulicz­ce i tej przed nimi. Lu­dzie mie­li swo­je ga­ra­że, mało kto zo­sta­wiał auto na chod­ni­ku.

– Pier­dzie­lę, już dupa boli – sap­nął Ko­wa­liń­ski, mosz­cząc się nie wia­do­mo któ­ry raz na sie­dze­niu. Adam spoj­rzał na nie­go na wpół zdzi­wio­ny, na wpół roz­ba­wio­ny. Oby­dwaj mie­li dość, albo się sta­rze­li. Choć do czter­dziest­ki zo­sta­ło im jesz­cze kil­ka wio­sen, Adam czuł się cza­sem jak sta­ru­szek, wy­mę­czo­ny tą całą go­ni­twą i tak na­praw­dę co­raz do­głęb­niej od­czu­wa­nym stre­sem.

– Przej­dę się – oznaj­mił na­gle Tho­mal, niby to od nie­chce­nia. Też miał do­syć, a ta cho­ler­na „ci­sza przed bu­rzą” mal­tre­to­wa­ła go okrut­nie. W ja­kiejś de­spe­rac­kiej pró­bie za­ję­cia czymś umy­słu spró­bo­wał na­wet przy­wo­łać w pa­mię­ci ostat­ni urlop. Bło­gie nic­nie­ro­bie­nie. Chciał na szczyt, to do­stał za swo­je. Go­ni­twa i roz­jaz­dy w ślad za mniej­szy­mi i więk­szy­mi żu­la­mi. Dał za wy­gra­ną, uzna­jąc, że to może „do­bić” go jesz­cze bar­dziej. To nie było naj­lep­sze, nie za pięć dwu­na­sta.

– Siedź – syk­nął kie­row­ca – czas za­raz… – Spoj­rzał na ze­ga­rek. – We dwóch pój­dzie­my, nie ma co ro­bić ru­chu. Jesz­cze za­uwa­żą.

– Do­bra… – mruk­nął Adam, zbyt­nio nie prze­ję­ty, lek­ce­wa­żąc do­bry po­mysł, jak mie­wał w zwy­cza­ju, kie­dy się uparł albo już nie da­wał rady z nudą. Nie­bez­piecz­nie, na kra­wę­dzi, pod prąd każ­de­mu prze­pi­so­wi. – Tak tyl­ko – uspo­ka­jał kiep­sko. – Pod okna­mi im nie będę… – uciął i zła­pał za klam­kę.

Nie­bo prze­cho­dzi­ło z czer­ni w ciem­ną sza­rość. Auto, nie naj­młod­szy mo­del For­da Fo­cu­sa, sta­ło prze­zor­nie w miej­scu, gdzie po­śród luk­su­so­wych sie­dzib wy­sia­dła la­tar­nia. Nad­cho­dził zim­ny dzień. Adam na­ło­żył za­raz weł­nia­ną, przy­du­żą czap­kę. Na­kry­cie gło­wy, nie­co zu­ży­te i nie­świe­że, do tego wy­tar­ty po­lar i roz­cią­gnię­te spodnie czy­ni­ły zeń po­spo­li­te­go prze­chod­nia. Bar­dzo po­spo­li­te­go. „Pan Wło­dziu ru­sza po ja­bo­la” – my­ślał pra­wie za każ­dym ra­zem, kie­dy dzia­łał pod ta­kim, nie naj­pięk­niej­szym przy­kry­ciem.

Upew­nił się, że skry­ta po we­wnętrz­nej stro­nie spodni ka­bu­ra nie zsu­nie się, a chwyt Gloc­ka nie wle­zie pod lek­ką ka­mi­zel­kę kulo­od­por­ną, któ­ra opi­na­ła mu cia­ło. Wci­snął do ucha słu­chaw­kę łą­czą­cą go z ra­dio­sta­cją i na­cią­gnął czap­kę ni­żej.

Par­ko­wa­li po­śród kil­ku tyl­ko in­nych aut, na wą­skiej uli­cy, opo­dal je­dy­ne­go do­mo­stwa, któ­re cią­gle prze­cho­dzi­ło re­mont. Rusz­to­wa­nia i ani ży­we­go du­cha.

Cel był przed nimi. Wi­dzie­li go. Pię­tro­wa wil­la po­kry­ta blusz­czem wpi­ja­ją­cym się w wy­bla­kłą pia­sko­wą far­bę. Nic szcze­gól­ne­go w po­rów­na­niu z oko­li­cą – na­wet brzyd­ki za­pusz­czo­ny klo­cek. Mie­li go po sko­sie, da­le­ko na po­przecz­nej uli­cy. Wła­ści­wie ob­sta­wia­li tyły celu, jako je­den z punk­tów kor­do­nu. Na wy­pa­dek, gdy­by ktoś wy­rwał się ty­łem, kie­dy za­cznie się za­ba­wa. Cho­ciaż oby­dwaj wie­dzie­li, że to ra­czej nie­re­al­ne, je­że­li wszyst­ko się zgra­ło. Poza tym, cała spra­wa mia­ła się dziać od dru­giej stro­ny tej plą­ta­ni­ny po­nie­miec­kich za­uł­ków. Tam sku­pio­na była cała uwa­ga „wo­dzów”.

Nie tyl­ko ta dwój­ka ster­cza­ła pół nocy, wpa­trzo­na w na wpół zruj­no­wa­ne do­mo­stwo. Było ich wię­cej, znacz­nie wię­cej. Ob­sta­wia­li spo­ry kwar­tał, z nie­wiel­ką tyl­ko po­mo­cą lo­kal­nej po­li­cji. Za­wsze tak ro­bi­li, kie­dy szło o taką ska­lę prze­stępstw i lu­dzi, któ­rzy je po­peł­nia­li. Zbyt duże ry­zy­ko, że tam­ci zbla­to­wa­li się z lo­kal­nym sze­ry­fem, któ­ry opo­wia­da im, co się wy­ra­bia w oko­li­cy. Po­dob­no fi­gu­ran­ci nie byli tu­tej­si, lo­ko­wa­li się prze­jaz­dem, ale i tak dmu­cha­no na zim­ne.

Tho­mal po­czuł, jak owład­nia nim prze­ni­kli­we zim­no. Efekt sie­dze­nia w au­cie i nie­wy­spa­nia, te­raz po­tę­go­wa­ny zią­bem po­ran­ka. Mach­nął ko­le­dze i wol­no, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, po­sta­no­wił zro­bić nie­wiel­ki ob­chód.

Byli da­le­ko od obiek­tu, pra­wie nie­wi­docz­ni, a mimo to Adam cof­nął się w uli­cę za nim. Ob­szedł pół kwar­ta­łu, dwie za­spa­ne ci­che ulicz­ki. Szu­kał ko­lej­ne­go wozu albo bu­sów „nin­dżów”, ale nie miał pra­wa ich do­strzec. Dru­gi wóz ope­ra­cyj­ny krył się u wy­lo­tu na głów­ną dro­gę, a „czar­ni” – też w go­ści­nie – za­me­li­no­wa­li się w dróż­ce koło ja­kie­goś la­sku. Kon­spi­ra­cja jak się pa­trzy, i to przy ta­kim tłu­mie.

Adam do­tarł na zbieg dwóch uli­czek, ro­biąc sze­ro­ki łuk od auta i celu. Wy­chy­lił się za je­den z ostat­nich par­ka­nów z ką­tow­ni­ków, wpa­tru­jąc się w obiekt. Żad­ne­go ru­chu, dźwię­ku z tam­tej stro­ny. Zu­peł­na pu­sty­nia, ni­czym po ja­kiejś woj­nie ato­mo­wej. Tyl­ko krzak aka­cji za­szu­miał za ogro­dze­niem. Ada­mo­wi już zda­wa­ło się, że za dłu­go ster­czy w jed­nym miej­scu. Dość tej roz­grzew­ki. Zro­bił krok w tył, nie za­mie­rza­jąc wra­cać opo­dal celu. W słu­chaw­ce za­trzesz­cza­ło na prze­zna­czo­nym im ka­na­le.

– Od Si­kor­skie­go wjeż­dża w re­jon… Czer­wo­ny Peu­ge­ot me­ta­lic. Lo­kal­ny ja­kiś, DWR… Spraw­dzam – rzu­cił fa­cet od „czuj­ki” na obrze­żu dziel­ni­cy, kie­dy do uszu Ada­ma do­biegł dźwięk pi­ło­wa­ne­go ostro sil­ni­ka. Mą­cił ci­szę spo­koj­ne­go po­ran­ka, wy­peł­nia­jąc uli­ce. Szyb­ko się zbli­żał. Ostro brał za­krę­ty. Wy­le­ciał zza za­ło­mu ka­mie­ni­cy po pra­wej, śli­zga­jąc się po wil­got­nym as­fal­cie.

Adam po­czuł, jak zim­no opusz­cza jego cia­ło, a w to miej­sce wdzie­ra się nie­przy­jem­ny elek­trycz­ny dreszcz. Ten mo­ment, ta do­pa­da­ją­ca czło­wie­ka ab­so­lut­na pew­ność, że po­peł­nił błąd. Tho­mal za­trząsł się. Wściekł się na tę swo­ją fan­ta­zję, z któ­rą pod­cho­dził do na­ka­zów, choć za­wsze wy­mi­gi­wał się kło­po­tom. Pra­wie za­wsze. Za to, po każ­dym wy­czy­nie, okła­my­wał sie­bie, że już bę­dzie jak na­le­ży.

Gli­niarz wtu­lił się w siat­kę ogro­dze­nia, kie­dy czer­wo­ny Peu­ge­ot 308 zbli­żył się.

Wia­nie by­ło­by nie­mą­dre. Zwra­ca­ło­by uwa­gę. Ale uda­wa­nie byle dzia­dy­gi na spa­ce­rze też było bez sen­su. Adam sku­lił się. Tak, tam­ten go doj­rzał. Był wy­czu­lo­ny. Było cią­gle sza­ro, a auto mia­ło przy­ciem­nio­ne okna, albo tak się tyl­ko zda­wa­ło Ada­mo­wi. Nie­waż­ne. Mógł­by przy­siąc, że pa­trzą w nie­go bia­łe, ża­rzą­ce się, wście­kłe oczy.

Mie­rzy­li się, jak wy­da­ło się Ada­mo­wi, cały wiek, póki wóz nie znik­nął za do­mem.

– Kur­wa! – fuk­nął, na­raz olśnio­ny jak ra­żo­ny pio­ru­nem, i już wie­dział, że ła­two nie bę­dzie. Nie przy ta­kich zwie­rzę­tach, któ­re nie­raz po­ka­zy­wa­ły, że nie li­czą się z ni­kim. Zwłasz­cza z byle psem. – Do wszyst­kich. – Przy­su­nął mi­kro­fon w ka­blu słu­chaw­ki. – To ten cały „Ak­tor”! Skąd się tu wziął…? „Ak­tor” przy­je­chał! – wy­krzy­ki­wał pod­nie­co­ny, bez spe­cjal­ne­go ładu, sza­mo­cząc się z ka­bu­rą w spodniach. – Wcho­dzić, wcho­dzić, już wie­dzą! – do­dał za­raz. – Wcho­dzić! – Wy­cią­gnął pi­sto­let i prze­ła­do­wał. W tej sa­mej chwi­li usły­szał gło­śny pisk ha­mul­ców. Zgrzyt, i czer­wo­ny wóz za­czął co­fać. In­tu­icja go nie za­wio­dła. Za­czy­na­ło się.

Adam przy­sta­nął na rogu i ser­ce po­de­szło mu do gar­dła. Sa­mo­chód gnał z dzi­ką pręd­ko­ścią zyg­za­ka­mi, pra­wie obi­ja­jąc tych kil­ka aut, któ­re były tam za­par­ko­wa­ne. W in­stynk­tow­nym od­ru­chu, ćwi­czo­nym wcze­śniej ca­ły­mi go­dzi­na­mi, uniósł ra­mio­na, ści­ska­jąc w dło­niach broń i szy­ku­jąc się na to, co we­dług nie­go naj­pew­niej mia­ło na­stą­pić.

Nie zdo­łał na­wet wy­cią­gnąć lufy, kie­dy wóz ude­rzył w za­par­ko­wa­ne auto. Szo­fer był po­de­ner­wo­wa­ny i nie ra­dził so­bie z jaz­dą do tyłu. W ryku wy­ją­ce­go sil­ni­ka dziw­nie za­brzmiał brzęk tłu­czo­nej szy­by. Uła­mek se­kun­dy. Na­raz grzmot­nął strzał. Cała se­ria. Moc głu­che­go huku ro­ze­szła się po dziel­ni­cy, jak­by te wszyst­kie domy na­gle za­czę­ły się wa­lić. Dru­gi grzmot i Adam prze­stał sły­szeć wła­sne my­śli, czuć swój strach. Go­rą­cy wiatr za­świsz­czał mu nad gło­wą; sły­szał, jak coś ło­sko­cze na tro­tu­arze. Jak ry­ko­sze­ty od­bi­ja­ją się przy pło­cie. Po­chy­lił się, wci­snął gło­wę mię­dzy ra­mio­na, jak na­ka­zał mu wy­uczo­ny od­ruch. Czas się za­trzy­mał.

Strze­lił raz, dru­gi. Tam­ten był co­raz bli­żej. Se­ria z bro­ni au­to­ma­tycz­nej zda­wa­ła się nie koń­czyć. Z roz­trza­ska­nej szy­by w ba­gaż­ni­ku ział pło­mień. Dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­we po­ci­ski, dziw­nie ci­che­go te­raz Gloc­ka, odłu­py­wa­ły skraw­ki la­kie­ru z sa­mo­cho­du. Za­ułek za­niósł się cuch­ną­cym dy­mem. Zro­bi­ło się go­rą­co od tną­ce­go po­wie­trze oło­wiu. Adam nie my­ślał – strze­lał. Po­je­dy­nek Da­wi­da z zie­ją­cym ogniem po­two­rem.

Peu­ge­ot wbił się w po­sta­wio­ny przy kra­węż­ni­ku wóz. Pal­ba uci­chła. Adam wie­dział, że ra­czej na pew­no nie uci­szył tam­te­go, ale wie­rzył, że przy­naj­mniej go tra­fił. Albo po pro­stu ban­dy­cie skoń­czy­ły się na­bo­je.

Tho­mal opróż­nił ma­ga­zy­nek pi­sto­le­tu do koń­ca, ru­sza­jąc wol­no w przód. Mia­ro­we puk­nię­cia i ob­łocz­ki dymu na ka­ro­se­rii. Jemu też koń­czy­ła się amu­ni­cja. Mo­men­tal­nie wy­pu­ścił ma­ga­zy­nek i się­gnął po dru­gi. Ką­tem oka doj­rzał, że przy obiek­cie na po­dwó­rzu ktoś się ru­sza. Nie miał cza­su przyj­rzeć się le­piej. Za­ła­do­wał i pru­jąc mia­ro­wo, biegł do za­par­ko­wa­ne­go auta, od­dzie­la­ją­ce­go go od zbó­ja. Wsko­czył na ma­skę, gnąc ko­la­na, wy­ce­lo­wał w miej­sce kie­row­cy po­dziu­ra­wio­ne­go Peu­ge­ota i strze­lił jesz­cze kil­ka razy. Z wy­bi­tej szy­by bły­snął ogień. Znów ten okrop­ny, głu­chy ja­zgot. Ada­ma prze­szedł dreszcz pa­ni­ki, ale wy­trzy­mał. Po­szedł w dół. Ruch ra­mie­nia i strze­lał w nowy cel. Tho­mal po­jął, że ma do czy­nie­nia z dwo­ma na­past­ni­ka­mi. Ryk klak­so­nu wy­brzmiał nie­przy­jem­nie i za­wisł nie­prze­rwa­nym ha­ła­sem. Tho­mal wstrzy­mał ogień.

Z ulgą do­strzegł nad­cho­dzą­cą po­moc. Po­sta­cie w pla­mia­stych uni­for­mach. Heł­my, dłu­ga broń. „Nin­dża” z busa ob­ja­wia­li się świa­tu. Ktoś się zbli­żał. Chy­ba szli mu na po­moc.

Adam ze­sko­czył na jezd­nię, choć nie od­wa­żył się opu­ścić lufy z celu. Je­den szyb­ki gest ko­goś w środ­ku. Mi­gnię­cie ja­kie­goś przed­mio­tu i szó­sty zmysł pod­po­wie­dział gli­nie, że nie jest do­brze. Że to wca­le nie ko­niec. Zdo­łał zro­bić unik. Za­to­czył się do tyłu. Spod wozu obok wy­rósł pło­mień i ryk­nę­ło wdzie­ra­ją­cym się w umysł ha­ła­sem, in­nym niż wszyst­ko, cze­go dziś do­świad­czył.

Go­rą­cy po­dmuch wy­rwał go w po­wie­trze i sma­gał odłam­ka­mi. Cia­ło po­li­cjan­ta spa­dło na chod­nik.

Sza­ry ob­łok, ko­lor ja­śnie­ją­ce­go nie­ba i ból. Do­kucz­li­wy pisk w uszach. Do­strzegł śmi­gło­wiec, wiel­ki, po­tęż­ny. Huk wró­cił. Krzy­ki. Bo­le­sne déjà vu. Już to kie­dyś prze­ra­biał, wi­dział. Mie­sza­ło się w nim to, co było w prze­szło­ści. Kie­dyś. Ko­niec cho­ler­nie skom­pli­ko­wa­nej spra­wy i bi­twa, naj­praw­dziw­sza bi­twa. Kłę­bi­ło się w nim od wspo­mnień, tam­tych lę­ków. Te­raz tu­taj też były i strach, i wal­ka o ży­cie.

Po­tra­fił się po­zbie­rać. Zdu­sił z wy­sił­kiem lęk w so­bie. Wstał. Mózg sam pod­po­wia­dał mu roz­wią­za­nia. Nic wię­cej nie za­przą­ta­ło jego gło­wy. Był jak ma­szy­na sku­pio­na na jed­nym celu. Na prze­trwa­niu.

Przy­kuc­nął i w dwóch su­sach ob­sko­czył po­trza­ska­ne odłam­ka­mi wozy. Nie spusz­czał lufy z celu, te­raz za­kry­te­go sza­rym dy­mem. Od­szedł od ma­ski czer­wo­ne­go wra­ku. Ja­kiś cień za kie­row­ni­cą, ruch na jezd­ni, jak ciem­ny duch w tym ob­ło­ku. Adam nie za­mie­rzał cze­kać. Za­ry­zy­ko­wał. Trzy strza­ły.

Ru­szył w przód. Szyb­ko, ja­koś dzi­wacz­nie zwin­nie. Ad­re­na­li­na, któ­rej to niby nie od­czu­wał, pły­nę­ła stru­mie­niem.

Za po­trza­ska­ną szy­bą le­ża­ło cia­ło z gło­wą na kie­row­ni­cy. Nie­groź­ne. I tyl­ko ten wy­ją­cy klak­son.

Dru­gi męż­czy­zna le­żał na uli­cy. Ka­far, w sza­rej, tu­ry­stycz­nej kurt­ce. Bro­dacz o przy­dłu­gich, zmierz­wio­nych wło­sach. Wił się, coś mam­ro­tał usma­ro­wa­ny­mi krwią usta­mi. Chciał wstać, ale noga za­kli­no­wa­ła mu się w sa­mo­cho­dzie obok fo­te­la. Słał Ada­mo­wi peł­ne mor­du spoj­rze­nie i gdy­by mógł, nie za­wa­hał­by się…

Tho­mal pod­szedł ostroż­nie z wy­cią­gnię­tą bro­nią, ce­lu­jąc w czo­ło bro­da­te­go klo­ca. Na­stą­pił na prze­gub jego wy­cią­gnię­tej dło­ni. Tam­ten syk­nął prze­cią­gle i za­czął gło­śno kląć, jak szewc. Adam do­ci­snął sto­pę, póki nie po­lu­zo­wał tam­te­mu pal­ców dło­ni. Tho­mal zła­pał dzier­żo­ny przez ban­dy­tę gra­nat. Ode­tchnął z ulgą, wi­dząc za­wlecz­kę na miej­scu. Do­pie­ro wte­dy do­strzegł, że na uli­cy robi się tłocz­no, że sły­szy sy­re­ny, i że boli. ■
mniej..

BESTSELLERY