Schaar - ebook
W Tenneverze, mieście smogu, pary i rozpaczy moralność jest towarem równie deficytowym jak czyste powietrze.
Gdy po trzech dniach i nocach dusznej ciemności opada mgła, odsłania nie tylko ulice, lecz także trupa w zaułku. Ruby Richter miał być jednym z wielu, a jego śmierć zwykłą miejską statystyką. Ktoś chciał, aby tak to wyglądało. By sprawę szybko zamknąć, odhaczyć, zapomnieć. Ale jednego nie przewidział. Tego, że śledztwem zajmie się Eleonora Schaar. Półorczyca, której z zasady się nienawidzi i nie obdarza zaufaniem. Policjantka, którą najchętniej wysyłano by wyłącznie na patrole, z dala od prawdziwych kłopotów. „Kundel”, „siniak”, „nikt”. Tyle że Lenka ma coś, czego Tennever nie potrafi kontrolować - upór, rozum i serce większe niż wszystkie miejskie mury.
Oraz zasadę - jeśli coś śmierdzi, ona to znajdzie. I wydrze prawdę każdemu, kto próbuje ją ukryć.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8375-194-8 |
| Rozmiar pliku: | 4,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Po trzech dniach i trzech nocach rozwiał się pierwszy jesienny smog roku 163, a uwolnione z objęć duszącej otuliny miasto Tennever zaczęło wracać do normalnego życia. Już wkrótce obywatele, którzy wcześniej pozamykali się w domach, mieszkaniach albo – w desperacji – zakładach pracy, mieli znów zapełnić ulice. Na razie jednak w chłodnym poblasku pochmurnego świtu bruki nadal świeciły pustkami.
Lukrecji bardzo ten bezruch odpowiadał. Po trzech dniach i trzech nocach pracy wracała do domu zmęczona i obolała. Ostatnie, na co miała ochotę, to przepychać się przez tłum. Celowo wymknęła się z tej placówki, zakurzonej nory niedaleko dworca Tennever Wschód, zanim Mrówa i jego chłopaki mieli szansę obudzić się i zacząć się domagać, żeby została dłużej. Zwinęła tylko swoją zapłatę i hyc, już jej nie było.
Szła teraz powoli między halami magazynowymi z nieotynkowanej cegły, zmierzając w stronę Bystrzycy – trzeciej odnogi Tenny – i Ringchemin, żeby złapać pociąg kolei miejskiej. Zaczęło mżyć. Otworzyła swoją kiczowatą różową parasolkę, którą przytomnie zabrała ze sobą, wychodząc z domu przed trzema dniami, i ruszyła dalej, ostrożnie stawiając kroki. Cicho wymruczała przekleństwo. Jak głupia wybrała się do roboty w pantofelkach ze szpiczastymi noskami, modnymi, ale w cholerę niewygodnymi. Teraz nie dość, że bolały ją stopy, to jeszcze będzie musiała uważać na kałuże. Trzeba było założyć normalne buty, jak nic. Mrówa i chłopaki nawet nie spojrzeli na to, co miała na sobie.
Korzystając z tego, że nikogo nie ma w pobliżu, pozwoliła sobie na głośne westchnięcie. Urodziła się w Tenneverze i prawdę powiedziawszy, nie wiedziała za wiele o życiu poza miastem, ale opowieści oczywiście słyszała. I w chwilach takich jak ta, gdy bladym świtem wracała od klientów do swojej ciasnej klitki w odrapanej kamienicy, do malutkiego synka, tego kochanego, przeklętego bachora, a w ustach z niewytłumaczalnych powodów czuła cierpką gorycz, zbierało jej się na refleksje. Myślała o tym, jak by to było, gdyby urodziła się w jakiejś jaskini w górach na wschodzie. Albo na Wyspach Akacjowych. Ha, pewnie zostałaby trzecią albo czwartą żoną jakiegoś hultaja, szanowanego w klanie oprycha, i zajmowała się z grubsza tym samym, co teraz. Tyle że za darmo. I pewnie częściej obrywałaby kijem. Z drugiej jednak strony raczej nie musiałaby się martwić o to, czy następnego dnia będzie co włożyć do gara. O to troszczyłby się oprych. No tak, a gdyby się okazało, że należycie zatroszczyć się nie potrafi, to w którymś momencie do gara mogłaby trafić ona sama.
Lukrecja przystanęła i z dezaprobatą potrząsnęła głową, karcąc się w myślach za te bezproduktywne spekulacje. Przecież nie zabierze ze sobą synka i nie wyjedzie, żeby powrócić do dzikiej orkowej kolebki. Takiego miastowego szczura jak ona zjedliby tam na śniadanie. Może nawet dosłownie.
Zaśmiała się, przymykając powieki. Jej umysł samoistnie powracał do kwestii domniemanego kanibalizmu, co stanowiło nieomylną oznakę, że Lukrecja musi co rychlej wracać do domu i walnąć się do wyra. Chociaż na kilka godzin. Oby tylko ten kochany przeklęty bachor dał jej tę chwilę spokoju. Oby położył się przy niej i razem z nią zasnął. I oby cholerna ciotka Brudna Ściera pamiętała o tym, żeby chociaż raz go nakarmić między obalaniem kolejnych flaszek, które ponad wszelką wątpliwość naszykowała sobie na jesienne smogowe dni.
Lukrecja otworzyła oczy, w samą porę, żeby zobaczyć zbliżającego się do niej wyrostka o zgniłozielonej gębie, uganiającego się za skórzaną piłką. Uznała, że nie będzie się zastanawiać, co dzieciak robi w takim miejscu o tej barbarzyńskiej porze, i po prostu ustąpiła mu z drogi, stawiając dwa kroki w wąską boczną uliczkę wciśniętą między budynki magazynowe. Od razu spostrzegła, że ledwie kilka metrów od niej ktoś leży, oparty plecami o ceglaną ścianę. Pewnie pijany, pomyślała, podchodząc bliżej.
Nie był pijany. Był martwy.
Nieszczęśnik leżał dziwnie zesztywniały w kałuży własnej krwi. Lukrecja nachyliła się nad nim, uważając, żeby nie powalać swoich modnych pantofelków lepką posoką. W zaułku zalegał półmrok i nie miała całkowitej pewności, ale wydawało jej się, że rozpoznaje tę kanciastą twarz.
– Ależ tak – powiedziała na głos. – Toż to Ruby Richter.
Biedaczysko. Obsługiwała go parę razy. Zawsze był porządny i uczciwie płacił. Miał dobrą pracę. Sporo pieniędzy.
No właśnie.
Delikatnie odchyliła połę surduta nieboszczyka. Koszula Ruby’ego przesiąkła ciemną czerwienią. Sakiewki ani śladu.
Lukrecja wyprostowała się i nerwowo rozejrzała, zaciskając dłoń na uchwycie parasolki. Szybko rozważyła za i przeciw. Uliczka była pusta. Ale ten dzieciak ją widział. Oj, może sobie napytać biedy, jeżeli spróbuje przeparadować przez miasto z rękami umazanymi krwią. Sprawdziła jeszcze zawartość swojej torebki. Znalazła papierosy, zapałki, klucze. Ale chustki nie miała. A więc nie, za duże ryzyko. Nie obszuka zwłok w poszukiwaniu fantów.
Westchnęła, ponownie przenosząc spojrzenie na Ruby’ego. Dość niespodziewanie dla niej samej ogarnął ją smutek. Ech, że też musiało trafić akurat na niego. Tylu drani nosi ziemia, a porządny chłop leży tu sztywny na zimnym bruku. I co, ma go tu tak zostawić, na pastwę bezpańskich psów i bezdomnych obwiesiów?
Wiedziona nagłym impulsem Lukrecja pospiesznie wróciła na główną ulicę i gestem przywołała biegającego za piłką wyrostka.
– Mały, masz długie nogi – sapnęła z przejęciem. – Leć na komisariat i wołaj policję. Było morderstwo.
– Na komisariat? – Zrobił chytrą minę. – A jaki w tym dla mnie interes, hę? Co z tego będę miał?
– Nie wiem, satysfakcję? – W tym momencie ją olśniło. – A może i coś więcej. Policja chyba daje nagrody, nie? Za ważne informacje. No to biegnij, zanim ktoś nas uprzedzi. Może obojgu coś nam z tego jeszcze skapnie.
Eleonora Schaar, pieszczotliwie zwana Lenką, a protekcjonalnie Norką, szła bulwarem wzdłuż Tenny. Pod jej podeszwami miarowo chrzęścił różnokolorowy żwir, którym wysypano alejkę, harmonijnie współgrając z głębokim chlupotem spokojnie płynącej rzeki. Na powierzchni wody majestatycznie unosiły się łabędzie. Już niedługo, gdy na tenneńskich bulwarach zapanuje większy ruch, opierzone bestie, nie tracąc niczego ze swojej godności, zaczną wymuszać na przechodniach jedzenie, całym stadem podążając za upatrzonymi ofiarami, wdzięcznie wyginając szyje i bezlitośnie wpatrując się swoimi małymi oczkami. Lenka z niepokojem zerknęła na ptactwo. Nic nie wskazywało na to, żeby łabędzie zwróciły na nią uwagę, ale i tak na wszelki wypadek rzuciła:
– Nie teraz, dziewczyny i chłopaki. Spieszę się do pracy.
Deklaracja była zgodna z prawdą. Pierwszą dobę smogu Eleonora spędziła na komisariacie, pisząc zaległe raporty i przysypiając z głową na biurku. Później, gdy stało się jasne, że dusząca mgła tak szybko nie ustąpi i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chodzić na patrole, szef pozwolił jej iść do domu. Spacer w gęstym, cuchnącym tumanie nie należał do przyjemności, ale płuca Lenka miała mocne, więc tylko owinęła twarz chustą i czym prędzej skorzystała z oferty. Dwa kolejne dni spędziła w swoim mieszkanku, wylegując się na zaścielonym łóżku i czytając tandetną powieść detektywistyczną „Plewy, krzewy i zasiewy” niejakiego Jensa Guldborga. Książka trzymała równy niski poziom, autor z uporem maniaka wplatał w fabułę wątki agrokulturowe, a mordercą ostatecznie okazał się demoniczny sołtys uzbrojony w muzealny egzemplarz cepa i widły do przerzucania gnoju. W końcu jednak mgły się rozwiały i – trzymając się konwencji rolniczej – przyszła pora, by zebrać ich gorzkie żniwo. Załatwianie porachunków pod osłoną smogu należało już bowiem do tradycji w Dzielnicy Orków. Spośród pechowców, którzy nie przeżyli tych trzech dni, z pewnością nie wszyscy zmarli z powodu zanieczyszczenia powietrza. Ktoś zatem musiał wyruszyć w teren i przynajmniej udawać, że dokonuje rozpoznania sytuacji. Tak się akurat składało, że oprócz Eleonory Schaar, pierwszego i jedynego półorka w miejskich siłach policyjnych, nie było innych kandydatów do tego zadania.
A i Lenka niczego nie zamierzała udawać.
Miała na sobie elegancki mundur – ciepłą wełnianą marynarkę w kolorze szaroniebieskim, od którego policjantów, jakże trafnie, przezywano siniakami, marszczoną atramentową spódnicę, którą musiała kupić we własnym zakresie, bo komisariat nie dysponował umundurowaniem w wersji damskiej, a spodni nosić jej nie pozwolili z powodów obyczajowych, i uroczy czarny kapelusik, odnośnie do którego nikt nie zdawał sobie sprawy, że wydaje się cokolwiek niemęski, dopóki nie założyła go baba. Miała też broń – stalową pałkę teleskopową i krótki pięciostrzałowy rewolwer. Nade wszystko jednak miała mocne postanowienie, że nie pozwoli, by zbrodnia pozostała nieukarana. No a przynajmniej nie każda zbrodnia.
Minęła pierwsze rozgałęzienie Tenny, odnoga nazywana Prądnikiem odbijała tu w lewo, by łagodnym łukiem ominąć Ringchemin i przepłynąć przez Zachodnie Przedmieścia. Przed nią rozpościerał się widok na Pałac Ordynariuszy, majestatyczne gmaszysko zbudowane na Wzgórzu Konstruktora, złowrogo górujące nad centrum Tenneveru, wypluwające ze swoich pięciu kominów kłęby gęstego dymu. Gdzieś w tle i nieco bardziej na lewo majaczyła Iglica, cumowisko dla sterowców, nieużywane już od niemal dwudziestu lat.
Eleonora chwilę ponapawała oczy pejzażem, po czym ruszyła dalej, szybko docierając do drugiego rozgałęzienia. Pokonała Most Decjusza i znalazła się w Trójkącie Uciech, dzielnicy rozrywkowej, której granice wyznaczały druga i trzecia odnoga Tenny oraz tor Ringchemin. Tu mimo wczesnej pory panował spory ruch. Twardzi zawodnicy, skończywszy właśnie trzydniowe urzędowanie w tawernach, zamtuzach, szulerniach i innego rodzaju przybytkach wątpliwej reputacji, wypełzali na ulice z gracją rozdeptanych dżdżownic, chwiejąc się, zataczając i szlochając, że trzeba iść do roboty, żeby zarobić na kolejną nasiadówę. Z kolei właściciele i pracownicy lokali, równie zmordowani, choć nieco mniej skacowani niż klienci, przymierzali się do sprzątania, ze szczególnym uwzględnieniem zbierania potłuczonego szkła i mycia zarzyganych podłóg.
W ogólnym zamieszaniu nikt nie zwracał na umundurowaną kobietę większej uwagi. Mimo to przy najbliższej możliwej okazji postanowiła zejść z głównego traktu i kontynuować marsz deptakiem wzdłuż Strugi. Druga odnoga Tenny, przecinająca miasto na wskroś, przedstawiała się stosunkowo najmniej atrakcyjnie, płynąc uregulowanym, wybrukowanym korytem prosto na północ. Lenka jednak już dawno stwierdziła, że lepsza taka rzeka niż żadna.
Kontynuując marsz, czujnie spoglądała na wodę. Po smogowych dniach zawsze należało sprawdzać miejskie cieki. Często można w nich było znaleźć topielców.
Tym razem w nurtach Strugi nie czaiła się żadna przykra niespodzianka.
Zanim Eleonora dotarła do pierścienia Ringchemin, nieprzyjemna zimna mżawka ustała, a dzień zaczął się na dobre. Torami nadjechał pociąg. Buchająca parą lokomotywa ciągnęła eleganckie wagony w złoto-purpurowych barwach. W oknach wagonów odbijał się tłum zobojętniałych ludzkich twarzy.
Ringchemin stanowiło zaporę, granicę pomiędzy właściwym Tenneverem a jego przybudówkami, narastającymi wraz z rozwojem miasta. Ponoć w starożytności stały tam mury obronne. Fortyfikacje jednak nie przetrwały próby czasu, minęły już całe wieki, odkąd obróciły się w pył. Teraz zastąpiła je linia kolejowa. Szyny, ma się rozumieć, pełniły funkcję nie tyle bariery fizycznej, ile symbolicznej. To, co wewnątrz pierścienia, to centrum, elita, crème de la crème. To, co na zewnątrz… cóż, to wszyscy obywatele aspirujący, by dostać się do środka. Bo czegóż to w tym środku nie było! Wille i wymuskane kamienice, drogie sklepy i elitarne warsztaty rzemieślnicze. Budynki administracji publicznej, sąd, tenneverska giełda, banki, siedziby gildii miejskich, ogrody różane, opera i stanowiąca prawdziwy cud architektury, choć przeważnie świecąca pustkami, Świątynia Pięciorga. Nade wszystko zaś Pałac Ordynariuszy, skrywający w swoim wnętrzu kwatery Mosiężnego Kręgu, Straży Różnicowej oraz wrota do Parowego l’Ordinateura. Słowem, wewnątrz pierścienia koncentrowały się władza i bogactwo.
Tak się składało, że znajdowały się tam również komisariaty policji. Właśnie do jednego z nich zmierzała Lenka.
Pokonała barierę Ringchemin, przechodząc ponad torami po smukłej ceglanej kładce. Stójkowy kręcący się przy zejściu z wiaduktu, mający baczenie na pieszych wkraczających do lepszej części Tenneveru, skinął jej głową. Eleonora uśmiechnęła się do niego z lekkim zakłopotaniem. Kiedyś się przedstawił, ale jego imię wyleciało jej z głowy.
Nie ryzykując pogawędki z umundurowanym kolegą, która mogłaby się skończyć przykrą gafą, Lenka ruszyła w stronę Pałacu Ordynariuszy, bardzo szybko jednak skręciła w prawo, w wyłożoną kocimi łbami ulicę Odlewników, przy której stały przede wszystkim mało istotne urzędy i archiwa, a obiektem o największym znaczeniu była siedziba zarządu permanentnie niedofinansowanych Wodociągów Miejskich. Traktem przechadzały się niewielkie grupki próbujących wyglądać dostojnie urzędników niższego szczebla, którym po dotarciu tak blisko punktu docelowego nagle przestawało się spieszyć do pracy. Lenka szybkim krokiem wymijała owych maruderów, celowo nie zauważając ich wyrażających szczerą dezaprobatę min.
Po niecałym kwadransie Eleonora dotarła na miejsce. Budynek Szóstego Komisariatu miał ledwie dwa piętra i płaski dach. Fasadę pociągnięto kremową farbą i wygrawerowano na niej napis – dobierając możliwie najbardziej fikuśną i nieczytelną czcionkę, po to chyba, żeby żadna niezorientowana osoba przypadkiem nie domyśliła się, jakąż to funkcję spełnia ten obiekt – 6. KOMISARIAT POLICJI MIASTA MINAMACHINA. KU CHWALE PORZĄDKU! Lenka zawsze musiała wykazywać się ogromną siłą woli, żeby się nie wyszczerzyć, gdy natrafiała na oficjalną nazwę Tenneveru. Iście kretyńskie miano Minamachina widniało na wszystkich dokumentach urzędowych, w atlasach i skryptach akademickich. W praktyce jednak nikt go nie używał, nawet Ordynariusze, mimo że jego autorem był sam Konstruktor. On to na łożu śmierci wyraził życzenie, ażeby starożytną nazwę Tennever zastąpić tą nieszczęsną Minamachiną, mającą podkreślać znaczenie Parowego l’Ordinateura dla odradzającej się metropolii. Jego ostatnią wolę, ma się rozumieć, uszanowano, bo przecież chodziło tu o Konstruktora, mimo że w momencie gdy ją formułował, z całą pewnością nie znajdował się już w pełni władz umysłowych. Ale do posługiwania się nowym mianem nikt już mieszkańców nie miał zamiaru zmuszać i tak Tennever pozostał Tenneverem. Nawet jeżeli służbowe pieczęcie i sygnatury mówiły co innego.
Ze stanu wesołości wyrwało Lenkę wyłonienie się z budynku dwóch elegancko umundurowanych, choć nader wymiętych mężczyzn. Pierwszym z nich był detektyw Galbraith, człowiek z koneksjami, którego ambicje wykraczały daleko poza mało prestiżowy Szósty Komisariat. Drugim był jego przydupas, posterunkowy Messer.
– Schaar, wreszcie raczyłaś się zjawić – warknął Galbraith, gdy tylko ją spostrzegł.
– Natychmiast, jak tylko smog ustąpił. – Eleonora przyjęła postawę zasadniczą.
– Tak, my się tu zaharowujemy na śmierć, a ty w tym czasie czekasz na sprzyjającą aurę. I lenisz się przez trzy dni.
– Całe trzy dni! – podchwycił Messer. – Z takim stosunkiem do pracy daleko nie zajdziesz, młoda damo. Parowy l’Ordinateur wymaga od nas, żebyśmy…
– Zamknij się, Messer – przerwał mu Galbraith. – Jak mówiłem, najpierw się lenisz…
– Ale to sam komisarz mnie odesłał – wtrąciła nieśmiało Lenka, lecz została całkowicie zignorowana.
– …a potem, zamiast w te pędy biec na zaległy patrol, to ty stoisz i z durnym wyrazem twarzy gapisz się w ścianę. Szef ma miękkie serce i za bardzo pobłaża takim obszczybrukom jak ty. Gdybym ja był na jego miejscu, wszyscy chodzilibyście jak w zegarku.
– Tak jest – potwierdziła bez entuzjazmu Eleonora.
– Nie przytakuj, orcza krowo, tylko słuchaj. Robota jest! Jeden z twoich pobratymców leży sztywny w alejce przy magazynie 91D. Z samego rana przybiegł tu taki mały gnojek, narobił rabanu, nasmrodził nam w świetlicy. Musieliśmy przyjąć zgłoszenie za ciebie, bo cię nie było, a miałaś, do cholery, być. Teraz szef każe ci zasuwać prosto na miejsce zbrodni i zbadać zdarzenie.
– Natychmiast! Tylko się zamelduję i potwierdzę szefowi, że otwieram śledztwo.
– Nigdzie się nie będziesz meldować, Schaar. Spóźniłaś się i nie masz czasu na spotkania towarzyskie. Zgłoszenie do czyścicieli już poszło, a i rysownik też powinien być w drodze. Nawet sobie nie wyobrażaj, że będą na ciebie czekać.
– Szef to cię jednak lubi, Norka – westchnął Messer jakby z rozmarzeniem. – Przydzielił ci rysownika w ciemno. Mnie to się nie zdarza.
– Jak twoja morda pojawi się w gazetach i zostaniesz ulubieńcem podrzędnych dziennikarzyn, to też dostaniesz przywileje – zapewnił go Galbraith. – No, Schaar, czego tu jeszcze stoisz? Nie słyszałaś, co do ciebie mówiłem? Wysuwaj, ale już.
Eleonora wiedziała, że powinna się zameldować i że komisarz będzie na nią zły, jeżeli tego nie zrobi. Równocześnie jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że z Galbraithem nie wygra. Dlatego wzięła dwa głębokie wdechy, zasalutowała, oświadczyła: „Wysuwam, detektywie” i wysunęła.
Nie oszczędzając nóg, udała się na najbliższą stację. W ciągu dnia kolej miejska kursowała co pół godziny, ale Lenka szczęśliwie dotarła na peron zaledwie kilka minut przed przyjazdem pociągu. Krótką chwilę oczekiwania poświęciła na próby przypomnienia sobie, gdzie dokładnie znajduje się magazyn 91D. Z pewnością zdarzało jej się tam bywać na patrolach, ale tego konkretnego budynku nie kojarzyła. No nic, wiedziała mniej więcej, gdzie są dziewięćdziesiątki, tyle musiało jej wystarczyć.
Nadjechała lokomotywa, niby wielki, zasapany żeliwny muł ciągnąc za sobą pięć wagonów. Policjanci na służbie jeździli za darmo i Eleonora z przyjemnością nie kupiła biletu. Konduktor nawet nie próbował jej legitymować, czym poprawił jej nastrój, nieco skwaszony po spotkaniu z detektywem Galbraithem.
W wagonie panował lekki zaduch, co zupełnie jej nie przeszkadzało. Wśród pasażerów, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie zaplątała się żadna gruba ryba. Lenka odbyła więc spokojną podróż w towarzystwie spieszących do pracy urzędników, handlarzy i robotników. Jej myśli, jak zwykle zresztą podczas jazdy koleją miejską, zaprzątały rozważania nad absurdem idei Ringchemin. O ileż sprawniej można by zorganizować transport na terenie Tenneveru, gdyby pociąg, zamiast bez sensu krążyć dookoła centrum, kursował na przedmieścia, przecinając całą aglomerację na wskroś i łącząc ze sobą przeciwległe punkty na mapie. Kilka takich linii i obywatele mogliby podróżować sprawnie i szybko, gdzie tylko niosłaby ich potrzeba, bez telepania się rikszami i tramwajami konnymi. No ale o przebiegu trasy kolejowej zdecydował sam Parowy l’Ordinateur, a od decyzji Parowego l’Ordinateura nie ma odwołania. Pewnie zresztą przyświecały mu nie względy logistyczne, ale symboliczne, a tych Lenka ni w ząb nie rozumiała.
Ostatecznie pokonała około stu dwudziestu stopni pierścienia Ringchemin w kierunku technicznie określanym jako przeciwny do ruchu wskazówek zegara – po ludzku w lewo – i wysiadła na stacji Bystrzyca Północ, skąd udała się na poszukiwanie miejsca zbrodni.
Długo szukać nie musiała. Kilkunastoosobowa grupka gapiów zebrana na Czternastej Alei, przy której stały dziewięćdziesiątki, nieomylnie zdradzała arenę dramatu. Jak to zwykle w takich przypadkach, zgromadzone towarzystwo było zbyt zaabsorbowane plotkami i spekulacjami, by zauważyć nadchodzącą funkcjonariuszkę.
– Patrolowa Schaar, policja – z pewnym wyprzedzeniem zaanonsowała swoje przybycie Eleonora, żeby niespodziewany widok munduru nikogo nie spłoszył i żeby nikt odruchowo nie dźgnął jej nożem, co zwłaszcza wśród orków mogło się zdarzyć.
Nie witano jej z entuzjazmem, ale tłumek nadspodziewanie grzecznie się przed nią rozstąpił. Wejścia do bocznej uliczki przy budynku 91D, niby nadgorliwy strażnik miejski, broniła kobieta w zdecydowanie zbyt skąpym, jak na tę porę roku, odzieniu, ściskająca w garści różową parasolkę.
– Nie spieszyliście się zanadto. – Lalunia oskarżycielsko wycelowała w Lenkę czubek swojej improwizowanej broni. – To ja po was posłałam.
– Dziękujemy za obywatelską postawę – Eleonora z przyjaznym uśmiechem wyrecytowała zwyczajową formułkę. – Przybyłam najwcześniej, jak to było możliwe. Zgaduję, że policyjny rysownik jeszcze się nie zjawił?
– A wygląda, jakby ktoś tu kreślił jakieś bohomazy?
– Istotnie. A więc nie traćmy więcej czasu. Ofiara jest tam? – Lenka wskazała za plecy kobiety.
– Aha.
– Sprawdźmy zatem, co tu się stało.
Orczyca jakby z wahaniem zrobiła pół kroku w bok. Eleonora zwinnie prześlizgnęła się obok niej i przystąpiła do oględzin.
Martwy mężczyzna leżał w odległości ledwie kilkunastu kroków od wlotu uliczki. Pod ciałem zebrała się pokaźnych rozmiarów kałuża krwi, rozcieńczonej deszczówką. Smugi posoki znaczyły również ścianę budynku za nieboszczykiem. Lenka podwinęła spódnicę, żeby jej nie ubrudzić – jeszcze jeden powód, dla którego wolałaby w pracy nosić spodnie – i ukucnęła przy trupie. Mężczyzna mógł mieć koło czterdziestki, może trochę więcej. Starannie przystrzyżone włosy zaczynały już siwieć, podobnie jak krzaczaste brwi. Jego rysy wyostrzył zimny dotyk śmierci, ale szeroka twarz i za życia musiała być wyrazista. Cerę miał oliwkową, zapewne dość ciemną, nim rozjaśnił ją upływ krwi. Wydawał się tęgawy i dość niski, choć akurat to wrażenie mogło brać się z ułożenia ciała.
Eleonora złapała go za nadgarstek, przyjrzała się dłoni. Rozchyliła wilgotne poły surduta. W nozdrza uderzył ją zapach posoki.
– Liczne rany kłute brzucha i klatki piersiowej – mruknęła do siebie.
– Skąd wiesz?
Lenka odwróciła głowę. Teraz dopiero spostrzegła, że stoi przy niej dziewczyna z parasolką i zagląda jej przez ramię, zupełnie jakby czuła się w obowiązku nadzorować pracę organów ścigania.
– Słucham?
– Cały jest upaprany krwią. Nic przez nią nie widać.
– Naliczyłam co najmniej sześć dziur w jego koszuli. – Lenka westchnęła, po czym wstała i wytarła dłonie w wygrzebaną z kieszeni chustkę. – Czy ciała ktoś dotykał?
– Nie! No a przynajmniej nie odkąd go znalazłam.
– Mhm. A czy podczas tego niedotykania ktoś ofierze coś zabrał?
– Co? Ale że niby jak?
– No ba, normalnie. Wiesz, o czym mówię. Czy ten ktoś, kto go nie dotykał, nie świsnął mu jakichś przedmiotów osobistych? Sakiewki, biżuterii? Może noża albo innej broni?
– Ale… znaczy się skąd ja niby…
– Nie denerwuj się. – Lenka posłała dziewczynie przyjazny uśmiech i dołożyła wszelkich starań, by brzmieć najłagodniej, jak się dało. – O nic cię nie oskarżam. On nie żyje od co najmniej kilku godzin, a zapewne dłużej.
– Uh… A o tym, że go… no, ruszałam, to skąd wiesz?
– Masz krew na czubkach pantofelków.
– Szlag, wiedziałam, że nie należało go dotykać. Teraz wszystko będzie na mnie…
– Powtarzam, nie denerwuj się. Mogę się mylić, ale zgaduję, że gdy jego mordowano, ty byłaś zajęta czymś zupełnie innym. To jak, zabrałaś mu coś?
– Nie. – Dziewczyna pokręciła głową. – Nic przy sobie nie miał. Ale, tego… nie sprawdzałam go za dokładnie. No i ktoś mógł go znaleźć przede mną i obrobić.
– Sprawdzimy to. – Eleonora z powrotem przeniosła wzrok na nieboszczyka. – Znałaś go?
– Tak.
Oto i dobra wiadomość. Natychmiastowa identyfikacja ofiary stanowiła pomyślną wróżbę dla całego śledztwa. Jednak Lenka musiała się powstrzymać przed okazaniem entuzjazmu, bo nie za bardzo wypadało tak przy zmarłym.
– Wyjdźmy z tego zaułka – zaproponowała. – Musi być ci ciężko patrzeć na niego w takim stanie. Wkrótce zjawią się moi koledzy, powinnam na nich zaczekać przed dalszymi czynnościami. W międzyczasie chciałabym z tobą jeszcze chwilę porozmawiać.
Orczyca skinęła głową i obie wróciły na główną ulicę. Zanim Eleonora zdążyła wyciągnąć z jednej z licznych kieszeni marynarki notatnik w celu spisania zeznań, zaczepił ją jakiś dzieciak, oznajmiając, że ma z nią do pogadania. Następnie odciągnął ją na bok, przeciskając się przez tłumek, a gdy uznał, że dość już sobie zapewnił prywatności i żadne niepożądane ucho nie nasłuchuje, rzekł:
– To ja powiedziałem wam o tym sztywniaku. Przebiegłem całą drogę na komisariat!
– Dobra robota, mały – pochwaliła go Lenka, powstrzymując się przed instynktownym poklepaniem go po główce. – Nie każdy tutaj wie, gdzie w ogóle jest nasz posterunek.
– Ona kazała mi po was polecieć. – Wyrostek wskazał palcem dziewczynę z parasolką, ignorując słodkie słówka. – Powiedziała, że dostanę nagrodę. Że siniaki mi zapłacą.
– Hmm, słusznie. Zapracowałeś. – Eleonora sięgnęła do sakiewki i rzuciła chłopaczkowi denara, który bynajmniej nie pochodził z funduszy policyjnych. – Co tu w ogóle robiłeś o tak wczesnej porze? Mieszkasz… w okolicy?
– A gdzie tam. Pomagałem tatkowi pilnować magazynu.
– Twój ojciec jest tu stróżem?
– Ech, niedokładnie tu. W 94H. Tatko normalnie chodzi do roboty co drugą noc, ale smog wzeszedł, no i tatko musiał zostać. Więc mu zaniosłem kanapki, co to mu je jego baba naszykowała, a że go brało na spanie, no to poprosił, cobym razem z nim wartował. Ale to straszne nudy, więc jak się zrobiło jasno, to wyszedłem pograć w piłkę i żem się napatoczył na tę dziwkę, he, he, a ona mi mówi, że było morderstwo i żebym leciał na policję.
– Nie wyrażaj się w ten sposób o kobietach, mały. To nieelegancko.
– A co, to ona nie dziwka?
– Sądzę, że wolałaby określenie „dama do towarzystwa”. A nawet jeżeli nie, to ja takie wolę.
– Dobra, jak tam sobie chcesz. – Wzruszył ramionami. – Ale po mojemu to to samo.
– Kiedyś może przekonasz się, że jednak nie do końca. Czy ty albo twój ojciec słyszeliście w nocy coś podejrzanego? Jakieś krzyki, hałasy?
– Tatko to głównie chrapał, a ja żem nic nie słyszał.
– Rozumiem. Dziękuję, że odpowiedziałeś na moje pytania. Powiedz jeszcze tylko, jak się nazywasz. – Lenka wyjęła notatnik i otworzyła go na czystej stronie.
– Już żem się przedstawiał innym siniakom.
– Ale mnie jeszcze nie, a ja chciałabym móc cię znaleźć… gdybym potrzebowała twojej pomocy.
– Ech, niech ci będzie. Jestem Wściekły Czajnik.
Zanotowała z kamiennym wyrazem twarzy.
– A twój ojciec?
– A tego już wiedzieć nie musicie! – obruszył się wyrostek.
– No weź, mały, twój tata może być bardzo pomocny w śledztwie. Na pewno dobrze zna ten teren i wszystkich typów spod ciemnej gwiazdy, którzy się tu kręcą. Nie wykluczam, że będę chciała zadać mu parę pytań.
– Tatko się wścieknie, jak się dowie. On mówi, że wszystkie siniaki to świnie i żeby wam nie ufać. No chociaż… może gdyby jeszcze nam coś z tego skapło…
Eleonora westchnęła i rzuciła dzieciakowi drugiego denara.
– Tatkowi na imię Szczeciniasty Dzik, ale wszyscy wołają go Bania.
– Dzięki. – Lenka wszystko skrzętnie zanotowała. – A teraz wracaj do ojca, bo pewnie się o ciebie martwi.
– A gdzie tam. Tatko śpi napruty.
– No tak. Zmykaj już, będziemy w kontakcie.
Wyrostek się oddalił, a Eleonora wróciła do dziewczyny z parasolką. Gapie oczywiście słyszeli całą konwersację z przedsiębiorczym chłopakiem, a paru z nich z pewnością pilnie zastrzygło uszami na dźwięk wydobywanych z sakiewki monet. Lenka nie przypuszczała jednak, żeby miało im to jakoś szczególnie rozwiązać języki.
– Sympatyczny dzieciak – rzuciła.
– Mały gnojek wyrośnie na naciągacza i alkoholika – orzekła lalunia, zapalając papierosa.
– Kto wie? Chodź, znajdźmy sobie jakieś ustronniejsze miejsce. Jeżeli pozwolisz, to spiszę twoje zeznania.
– O, nie ma mowy! Spójrz tylko, gromadzi się tu coraz więcej sępów. Nie zostawię tego martwego nieboraka na ich pastwę. Niech sobie słuchają, jeśli chcą. Nie mam nic do ukrycia.
Lenka obrzuciła ją zdziwionym spojrzeniem. Istotnie, gapiów przybywało. Kolejni przechodnie dołączali do zbiorowiska, zatrzymał się nawet jakiś rikszarz, i gdyby Czternasta Aleja nie była tak szeroka, to dawno już stałaby się nieprzejezdna. Ale jak niby ten fakt wiązał się z nagłą chęcią pilnowania zwłok? Czyżby dziewczyna rościła sobie jakieś prawa do ciała?
– Proponowałabym jednak, żebyśmy…
– Nie po to sterczę tu trzecią godzinę, żeby teraz odpuścić!
Zacięta twarz orczycy sugerowała, że istotnie nie ma zamiaru ustąpić. Eleonora ze zgrozą pomyślała o procedurach, które wyraźnie mówiły, że świadków należy przesłuchiwać pojedynczo, tak żeby nawzajem nie znali swoich zeznań i żeby od tej znajomości nie zachciało im się mataczyć. Wyglądało jednak na to, że praktyka śledcza po raz kolejny musi wziąć rozbrat z regulaminem.
– Jak sobie życzysz. Zacznijmy od początku. Jak masz na imię?
– Lukrecja.
– Nosisz jakieś nazwisko?
– Nie.
– Imię klanowe?
– Szarpiąca Zębami – odpowiedziała dziewczyna z pewnym zawahaniem, zupełnie jakby mówiła o czymś wstydliwym.
– Powiedziałaś mi, że znałaś ofiarę.
– Owszem. Nazywał się Ruby Richter.
Na dźwięk tego imienia wśród gapiów zapanowało lekkie poruszenie. Nieboszczyk musiał być znany jeszcze co najmniej kilku spośród zgromadzonych osób.
– Wiesz, czy posługiwał się imieniem klanowym? Albo jakimś pseudonimem?
Lukrecja przecząco pokręciła głową, więc Eleonora rzuciła to samo pytanie zbiorowo, do tłumu. Nikt nie udzielił jej odpowiedzi.
– A więc po prostu Ruby. Lukrecjo, kiedy znalazłaś jego ciało?
– O świcie.
– A czy ktoś z was – Lenka ponownie zwróciła się do gapiów – był tu wcześniej i miał szansę zauważyć zwłoki?
– Wcześniej to był smog – odmruknął barczysty rikszarz.
– I ćmok – dopowiedziała skrzekliwym głosem rozczochrana kobieta ubrana w roboczy kombinezon.
– I gówno było widać – spuentował stary obwieś w połatanej marynarce.
– Czyli odpowiedź na moje pytanie brzmi „nie”. – Eleonora smarowała w swoim notesie, aż się kurzyło z ołówka. – Lukrecjo, co tu robiłaś o tak wczesnej porze?
– Wracałam do domu po robocie. Przez całą smogową noc obsługiwałam Mrówę i jego chłopaków.
– Mrówa… kojarzę to imię. Czy on potwierdzi twoją opowieść, jeżeli złożę mu wizytę? Czy może zwieje na widok munduru?
– Nie wiem. – Lalunia wzruszyła ramionami. – Mrówa i jego chłopaki to matołki. A jak się napiją, to się robią jeszcze głupsi. Nigdy nie wiadomo, co takim opojom strzeli do łba.
– Pojmuję. I dzięki za ostrzeżenie. Ale wróćmy do Ruby’ego. Co cię z nim łączyło?
– Nie za wiele. Widywałam go czasem w knajpach. Parę razy go obsłużyłam. Ruby często był przy forsie.
– I zawsze chętnie stawiał! – dopowiedziała z entuzjazmem chuderlawa kobieta o podkrążonych oczach.
– Miał rodzinę? Bliskich?
– Chyba nie.
– A pracę?
– Tak, w jakiejś fabryce. – Lukrecja upuściła niedopałek na bruk i zdusiła go szpiczastym pantofelkiem. – Nie wiem dokładnie w której.
– W Zakładach Feuerbacha – oświadczył z niemałą dumą w głosie stary obwieś, zadowolony, że może pochwalić się ekskluzywną wiedzą.
Kolejna dobra nowina. Nieborak Richter nie tylko znalazł uczciwe zajęcie, ale w dodatku u pana Feuerbacha, który wżenił się w bogatą rodzinę i powoli stawał się znaczącym nazwiskiem na przemysłowej mapie Tenneveru. Śmierć przypadkowego orka zamieszkałego w mieście, jakiegoś opryszka czy ulicznika, mogłaby zostać uznana za niewartą dalszego śledztwa. Jednakże zgon pracownika Zakładów Feuerbacha wymagał przynajmniej próby wyjaśnienia. Szansa wykrycia i ukarania sprawcy właśnie znacząco wzrosła.
– A gdzie bywał po pracy? Wspominałaś, Lukrecjo, że widywałaś go w knajpach. W których dokładnie?
– Głównie w Krowim Rogu.
– I jeszcze w Pomyjach Marvina – dodała koścista kobieta.
– Znam ten lokal – ucieszyła się Lenka. – Nazwa nie kłamie, mają okropne żarcie.
– Ale piwo dobre.
– Ano, to zaleta bezdyskusyjna. Jesteś tam stałą bywalczynią?
– No raczej!
– A Ruby?
– Chyba też. – Patykowata przeczesała jasne włosy. – Znaczy się przesiadywać to nie przesiadywał. Ale wpadał regularnie.
– Pojmuję. – Eleonora przewróciła kartkę w notatniku. – A jak wpadał, to załatwiał jakieś interesy? Może obstawiał wyścigi albo boks?
– E, z takich rzeczy to nic mi nie wpadło w oko.
– A może ktoś z was coś wie? – Skoro przesłuchanie zmieniło się w scenę zbiorową, to Lenka, gwiżdżąc sobie na teorię technik śledczych, zwróciła się do ogółu publiczności. – Jak sądzicie, Ruby mógł wpaść w jakieś kłopoty? Narobić sobie długów? Narazić się komuś?
– Ruby trzymał z Obijaczami Brzuchów – rzekł młody osiłek o intensywnie zielonej karnacji.
– Nie słyszałam o nich. To lokalny gang uliczny?
– Aha. Niebezpieczne trepy.
– Kuzynka, nie słuchaj tego głąba – wtrącił się rikszarz. – Z Obijaczy są dobre chłopaki. Stara gwardia, urodzeni poza miastem. Nie jakieś tam gówniarze, którym pstro w głowach. Od przyjaciół się nie odwrócą z powodu jakiegoś tam długu czy drobnych nieporozumień.
– Poza tym – dopowiedziała Lukrecja – Ruby miał dość rozsądku, żeby unikać kłopotów.
– Ruby może tak – odparł osiłek. – Ale Obijacze ostatnio mieli kosę ze Szczękościskami.
Na dźwięk tej nazwy wśród zgromadzonych orków rozległo się posykiwanie i posapywanie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy nagle zaczęli wydawać się wyjątkowo nieskorzy do rozmowy. Eleonory to nie zdziwiło. Gang Szczękościsków miał reputację jednego z bardziej niebezpiecznych w całej dzielnicy.
– Kosę, powiadasz? To raczej niedobrze.
– Nie, nie, nie. O Szczękościskach to my nic nie wiemy – wypowiedział się obwieś w imieniu grupy. – Ich sprawy to nie nasz interes.
– Naturalnie. – Lenka pokiwała głową. – Nazwa Szczękościski nie padła podczas naszej rozmowy.
– Ale jak to nie…? – zdziwił się zielony osiłek.
– Stul dziób, głupcze – skarciła go rozczochrana proletariuszka. – Jak siniak mówi, że nazwa nie padła, to nie padła!
– Tak właśnie mówię – upewniła zebranych Eleonora. – Widzę, że atmosfera siadła, i nie chcę nadużywać waszej uprzejmości, więc zadam jeszcze tylko jedno pytanie. Czy ktoś z was wie, gdzie Ruby mieszkał?
– Niewykluczone. – Lukrecja posłała jej chytre spojrzenie. – Najpierw jednak ja cię o coś zapytam. Co z nagrodą?
– Co przez to rozumiesz?
– No jak to? Policja przecież płaci za informacje o przestępstwach. A ja znalazłam ciało i was o tym powiadomiłam. Ba, mało tego. Sterczałam tu jak głupia, pilnowałam miejsca zbrodni, coby tu nikt niczego nie naruszył i dowodów nie zafałszował, a teraz jeszcze z tobą gadam i mówię, co wiem o biednym Rubym. Chcę moją nagrodę.
– Policja wyznacza nagrody za pomoc w ujęciu sprawców jedynie w wyjątkowych przypadkach. Ten się do nich nie zalicza. – Eleonora westchnęła. – Współpraca z organami ścigania to rzecz godna pochwały, ale zarazem obowiązek każdego obywatela Tenneveru.
– Czyli co?
– Czyli nagrody nie będzie.
– Ale dzieciakowi zapłaciłaś. – Lalunia zgrzytnęła zębami i mocniej chwyciła parasolkę.
– Tak, dwa srebrniki. A ty ile chciałabyś dostać?
– Co najmniej pięć dych.
– Zarabiam sześć denarów i trzy asy dniówki. Od przyszłego roku może dostanę podwyżkę i uzbiera mi się imponujące sześć i pół denara dziennie. Nie stać mnie, żeby ci zapłacić.
– Ty przeklęty mieszańcu! – Sympatyczną twarz Lukrecji wykrzywił grymas gniewu. – To ja tu pomagam jak mogę, trzy godziny stoję na chłodzie i deszczu, zamiast wracać do domu, do małego synka, a ty mówisz, że cię nie stać, i wyjeżdżasz mi z obywatelskim obowiązkiem? Suko na ludzkiej smyczy, z gębą pełną słodkich słówek, żmijo fałszywa! Całujcie mnie wszyscy w dupę, siniaki w zaplutych mundurach! Idę stąd.
– Lukrecjo, zaczekaj. – Lenka delikatnie położyła jej dłoń na ramieniu, ryzykując, że dziewczyna przyłoży jej parasolką, i leciutko się uśmiechnęła. – Przecież ja wiem, że chciałaś zrobić coś dobrego. Nie szło ci o żadne nagrody. Zobaczyłaś ciało Ruby’ego Richtera, przyzwoitego i mądrego orka, i po prostu nie mogłaś go tak zostawić, zakłutego w bocznym zaułku, leżącego samotnie w kałuży własnej krwi. Nie mogłaś tego zrobić, bo tak się nie godzi. Bo trzeba go stąd zabrać i pochować, zanim jakiś włóczęga zedrze z niego ubrania, zanim do jego ciała dobiorą się wrony i bezpańskie kundle. A nade wszystko trzeba znaleźć tego, kto pozbawił Ruby’ego życia, i wymierzyć sprawiedliwość. Więc dokończ to, co zaczęłaś. Nie dla mnie i nawet nie dla Ruby’ego. Dla siebie. Proszę.
Lukrecja najpierw się szarpnęła, ale po kilku chwilach rysy jej twarzy zaczęły łagodnieć. Złość ustąpiła. Pozostał smutek. Od Eleonory Schaar emanował bowiem osobliwy spokój, przed którym nie sposób było się obronić.
– Ruby mieszkał przy Kreślarskiej dwadzieścia osiem. Na trzecim piętrze. – Pociągnęła nosem.
– Dziękuję. Bardzo mi pomogłaś. – Lekko ścisnęła jej ramię, żeby dodać dziewczynie nieco otuchy. – Idź już do domu, Lukrecjo. Synek na pewno nie może się na ciebie doczekać.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.