Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz. - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
44,00
4400 pkt
punktów Virtualo

Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz. - ebook

Czwarta nad ranem, osiedlowy parking w Przasnyszu, w dłoniach ciepła czarka przywieziona kiedyś z Japonii. Żadnej ceremonii, żadnej scenografii - jeden gest powtarzany z uporem: zanim dzień zacznie taranować mnie swoją pilnością, przez chwilę po prostu być. Z tej sceny wyrosła ta książka. Japońskie pojęcia trafiają dziś do nas głównie jako hasła pod zdjęciem i etykiety stylu. A nie powstały po to, żeby ładnie brzmieć, tylko żeby przesunąć środek ciężkości w człowieku: zmienić sposób patrzenia, przeżywania straty, czasu, ciszy. „Ścieżki" to próba przełożenia mono no aware, wabi-sabi, kintsugi, seijaku czy pustki mu na polską codzienność - nie na górską świątynię, lecz na krótką ciszę między jednym obowiązkiem a drugim. Trzy ścieżki, piętnaście kroków: od uważnego spojrzenia, przez czułą obecność, po własną ciszę. To nie encyklopedia pojęć ani przewodnik po Japonii. To zapis tego, jak nie przegapić własnego życia. Nie do pośpiesznego czytania - raczej do powracania.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Filozofia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397394452
Rozmiar pliku: 20 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Hijō

Wejście w las

Wstając wcześnie, zanim mgła zdąży ustąpić porannemu słońcu, daję sobie prezent w postaci powolnego spaceru po przasnyskim lasku. Liście pod stopami wilgotne, przyklejają się do butów; w powietrzu czuć zapach ziemi i dymu z kominków małych domków na skraju miasteczka. To nie dzika puszcza, ale las miejski — między ścieżkami widzę porannego joggera, gdzie indziej zaspany mieszkaniec Przasnysza wyprowadza jeszcze bardziej zaspanego psa; z oddali senne pomruki aut. Wszystko to ma jednak w sobie coś z pejzażu malowanego tuszem rodem ze średniowiecznej Japonii: szarość powietrza, powściągliwe kolory, światło, które nie pragnie niczego rozświetlać, a jedynie sugerować.

Idę powoli, słuchając, jak świat cicho oddycha. W oddali, ponad linią drzew, nieśmiało pojawia się słońce — czerwonawe, ale jakby bez ciepła. Przede mną ciężki dzień, pełen napięcia i walki, więc pomyślałem, że zaczerpnę siły w porannej naturze. Natura jest jednak obojętna wobec moich drobnych stresów. Chłód lasu i poranka daje ulgę zmartwionemu sercu, ale przecież był tu przede mną. I byłyby tu i beze mnie. I wiesz co? Zaskoczony, czerpię siłę właśnie z tej obojętności.

„Jaskrawe słońce —
obojętne, choć
powiew jesienny.”

(Aka aka to / hi wa tsurenaku mo / aki no kaze)

あかあかと

日はつれなくも

秋の風

— Matsuo Bashō, 1689, Kanazawa, Oku no Hosomichi ¹

W tym hokku mistrz Bashō uchwycił stan, który trudno nazwać, ale wydaje się jakże znajomy — to moment, w którym świat przestaje odpowiadać ludzkim uczuciom. Słońce nadal świeci, ale nie dla nas. Jesienny wiatr porusza powietrze, lecz nie dla naszej ulgi. Między gorącem a chłodem, między życiem a jego odbiciem, rodzi się stan, który Japończycy nazwaliby mono no aware — czułość bez łez, współodczuwanie świata w jego nieosobistej prawdzie ².

Dla Bashō nie jest to powód do smutku, lecz objawienie. Świat nie musi z nami współgrać, by być pięknym. W tym tkwi japońska mądrość: piękno nie rodzi się z dopasowania, lecz z dostrzeżenia różnicy — tej cienkiej przestrzeni pomiędzy „ja” a tym, co mnie otacza.

W tej krótkiej scenie Bashō nie tylko opisuje pogodę — on mierzy temperaturę świadomości. Gorące słońce i chłodny wiatr nie są przeciwieństwami, lecz współistnieniem, które uczy spokoju wobec sprzeczności. Jesień w jego poezji nie oznacza końca lata, ale moment, w którym przeciwieństwa przestają walczyć — stają się jednym doświadczeniem. To właśnie w takim napięciu, pomiędzy ciepłem a powiewem chłodu, można poczuć, że świat nie potrzebuje naszej, ludzkiej równowagi; że jego prawdziwy rytm polega na ciągłym ruchu między jednym a drugim.

Z tej perspektywy „obojętność” przyrody nabiera innego znaczenia — nie jest brakiem uczuć, lecz najwyższą formą ich czytelności. Natura niczego nie udaje: nie stara się być piękna, nie próbuje pocieszyć, nie daje sensu, a mimo to staje się miejscem, w którym sens się rodzi. To paradoks znany wszystkim wielkim tradycjom Wschodu — że to, co najpełniejsze, jest puste, a to, co ciche, potrafi przemówić najmocniej. Bashō rozumiał, że jesienny wiatr nie jest ani zimny, ani łagodny — po prostu „jest”.

Hijō (非情)

Światło powoli rośnie, ale nie ociepla. Słońce unosi się nad linią drzew, jakby patrzyło zamyślone gdzieś w dal. To właśnie tutaj, w tej różnicy między „widzę świat” a „świat widzi mnie”, pojawia się sens pojęcia hijō (非情). W polskim tłumaczeniu to słowo często wydaje się twarde, okrutne — przekładane jako „bezduszność” lub „brak uczuć”. Ale hijō nie ma nic wspólnego z psychologią człowieka. Nie opisuje człowieka, lecz świat jako taki.

Pierwsze kanji, 非, znaczy tutaj „nie-” (w japońskim jego podstawową funkcją jest po prostu negacja), drugie, 情, to „uczucie, intencja, sentyment, ludzkie ciepło” ³. Razem nie tworzą chłodu, lecz rzeczywistość, która nie dostosowuje się do tego, co czujemy. Hijō to świat, który nie potrzebuje nas, żeby być pełnym. To słońce, które świeci, ale nie „dla kogoś”. To wiatr, który porusza gałęzie, ale nie po to, by nas pocieszyć. To istnienie bez adresata.

W tradycji zen to rozumienie nie jest metaforą ⁴. Kiedy Dōgen pisał, że „góry chodzą”, a „deszcz mówi”, nie chodziło mu o barwne metafory ⁵. Opisywał sposób widzenia, w którym człowiek nie jest centrum sceny, lecz jednym z wielu elementów świata. Natura nie jest tłem dla naszego życia. Nie jest scenografią. Nie jest też „mądrą nauczycielką”, która przez zjawiska daje nam lekcje — to znowu byłoby postawienie naszego ja w centrum. Hijō usuwa to centrum. Uczy widzieć świat, który nie odpowiada, ale też nie odmawia. On po prostu jest.

Zachodnie pojęcie „chłodu” sugeruje brak ciepła tam, gdzie ono powinno być — mówi o braku czegoś należnego. W hijō niczego nie brakuje, bo nic nam nie „przysługuje”. Mamy tu nie chłód, lecz przezroczystość świata wobec naszych oczekiwań. Świat nie jest obojętny wobec nas — on po prostu nie robi niczego wobec nas. I to odkrycie, choć może zabrzmieć ostro, w rzeczywistości przynosi ulgę.

Idąc dalej ścieżką, czuję, że to wszystko nie jest ani zimne, ani ciepłe. Jest po prostu rzeczywiste. Las, powietrze, światło, mój własny oddech — każdy z tych elementów jest niezależny, a mimo to wszystkie współistnieją w jednym rytmie. Nie w rytmie „zgody” czy „sensu”, lecz w rytmie obecności bez roszczenia. W tym właśnie zawiera się początek hijō: świat nie jest o mnie. I nie musi być. To uwalnia.

Intruzem — byłem ja

Kot siedział przy bramie, skulony w sobie, jakby w przekonaniu, że dzień ten nie będzie od niego nic chciał. Na dziś zjawił się nie jako uczestnik, tylko jako spektator. Słońce dopiero przeciskało się przez mleczną mgłę, a jego sierść, w kolorze ziemi, stapiała się z otoczeniem — był częścią tej jesiennej scenerii, tak samo naturalną jak wilgoć w powietrzu i szelest liści. Kiedy w swoim zamyślonym spacerze zbliżałem się, kot uniósł wzrok. Spojrzenie nieufne, choć znudzone — zmierzył mnie wzrokiem. Zdecydował: „za blisko”. I powoli, jak ktoś urażony, kto jednak nie chce robić sceny, odszedł w głąb podwórka, znikając między donicami i starym wiadrem.

Nie wydarzyło się nic — a jednak coś się wydarzyło. Przecięły się dwa światy, dwa tory świadomości, dwa istnienia, które nigdy więcej się nie spotkają. Tak właśnie wygląda spotkanie w świecie natury: pozbawione znaczenia, a jednak naznaczone obecnością. „Pozbawione znaczenia” wcale nie znaczy „nieważne”. Przeciwnie — nigdy już do tego spotkania nie dojdzie. Było krótkie, właśnie się skończyło i nigdy nie powróci. Więc jest ważne, choć bez znaczenia. Przypomina się wiersz Issy.

„Na porożu jelenia
przywiązany

list.”

(Saoshika no tsuno ni musubishi tegami kana)

さをしかの
角に結びし
手紙哉

— Kobayashi Issa, ok. 1810

Issa był poetą, który potrafił mówić z istotami „pozaludzkimi” w sposób, w jaki ludzie rzadko potrafią mówić między sobą — bez pytań, bez oczekiwań, z czułością, która niczego nie żąda. W tym hokku, list — symbol ludzkiego przekazu, emocji, potrzeby porozumienia — zostaje przywiązany do poroża jelenia, istoty wolnej, dzikiej, niezależnej. W tej scenie nie ma ironii, ale też nie ma sentymentalizmu. To obraz świata, w którym człowiek i jego chęć wyrazu jest tylko kolejnym wydarzeniem w szeregu równoprawnych, neutralnych wydarzeń, szumem w tle.

Można czytać ten wiersz dosłownie — ktoś, być może z tęsknoty, przywiązał list do zwierzęcia, by ten zaniósł go w nieznane. Ale można też widzieć w nim metaforę losu każdej ludzkiej emocji: wypowiedzianej w przestrzeń, która milczy. Bo świat przyjmuje wszystko — żal, nadzieję, samotność — i nie odsyła niczego z powrotem. To jest właśnie jego „czuła obojętność”. To właśnie hijō, które sprawia, że żyjemy pełniej i odważniej, choć może nieco bardziej samotnie czasem.

Issa nie pisze o tragedii. W jego świecie nie ma dramatów — jest zrozumienie. Jelenie, koty, owady, nawet muchy czy pchły, które tak często pojawiają się w jego wierszach, są częścią tej samej sieci istnienia, w której człowiek nie jest centrum, lecz jednym z wielu punktów drgających na pajęczynie bytu.

Spojrzenie kota na podwórku mówiło: „nie wchodź dalej, to nie twoje miejsce”. I miał rację. Każde stworzenie ma swoje granice, swój rytm, swoją ciszę. My, ludzie, często próbujemy je naruszyć, chcąc zrozumieć, dotknąć, nazwać. A może prawdziwe zrozumienie polega właśnie na tym, by się zatrzymać — by pozwolić światu być sobą, nawet jeśli nie jest dla nas. Kot nie był wcale dla mnie. Dobrze by się miał nawet, jakbym ja nie istniał.

Kruk

Ścieżka zaczyna prowadzić ku bardziej otwartej części lasu. Drzewa rosną tu rzadziej, powietrze ma więcej przestrzeni, a dźwięki — choć nadal nieliczne — wybrzmiewają silniej. Jest jesiennie, cicho, trochę blado. Ta cisza nie jest metafizyczna ani podniosła. Po prostu jest. Jak pogoda.

Na jednej z suchych gałęzi przysiadł kruk. Siedzi nieruchomo, nie sprawiając wrażenia, że na cokolwiek czeka. Nie obserwuje mnie z intensywnością zwierzęcia broniącego terytorium, nie ucieka również z nieufności. On tam po prostu jest, tak jak gałąź jest gałęzią, a powietrze jest powietrzem. Ten widok przywołuje znane hokku Bashō:

„Na wyschłej gałęzi

przysiadł kruk —

jesienny zmierzch.”

(Kareeda ni karasu no tomari keri aki no kure)

枯朶に
烏のとまりけり
秋の暮

— Matsuo Bashō, 1680, Edo ⁶

Człowiek nie jest miarą wszelkich rzeczy. Rzeczy istnieją same w sobie. To, że widzimy w kruku symbol, jest naszą interpretacją, projekcją, próbą nadania znaczenia tam, gdzie nie musi go być. Hijō zaprasza, by nie interpretować. Nie nadawać sensu. Nie dopowiadać.

W praktyce zmienia to bardzo wiele. Kiedy patrzę na kruka i nie próbuję uczynić go metaforą, nagle rodzi się we mnie coś szczególnego. Napięcie, które niesie potrzeba rozumienia i kontrolowania, zaczyna się rozluźniać. To nie jest „akceptacja” w tym popularnym, nieco nadużywanym współcześnie sensie. To raczej zrozumienie, że świat wcale nie jest zobowiązany mi odpowiedzieć. I że to jest w porządku.

W tym momencie hijō staje się łagodnością. Nie jest surowe. Nie jest cyniczne. Jest spokojne. Świat nie próbuje mnie pocieszyć, ale też mnie nie krzywdzi. Po prostu współistnieje. A ja, choć może na chwilę, mogę również przestać szukać potwierdzenia, sensu, sygnału zwrotnego. Mogę po prostu być jednym z elementów pejzażu.

Tak działa hijō w życiu codziennym: uczy wycofania się z centrum własnej opowieści. Nie przez umniejszenie siebie, lecz przez uznanie, że świat nie musi odpowiadać, by mieć wartość. I że my nie musimy go stale odczytywać.

Patrzę na kruka. Kruk siedzi na gałęzi.

Refleksja na spacerze

W świecie hijō człowiek nie jest centrum. Ale nie oznacza to wygnania, odcięcia czy odrzucenia. To raczej zmiana perspektywy — jakby ktoś delikatnie przesunął nas o kilka kroków w bok, pozwalając zobaczyć, że to, co uważaliśmy za środek, jest tylko jednym z wielu punktów na rozległej mapie istnienia.

Pamiętam pewien obraz z dzieciństwa, do którego wracam zawsze, gdy czuję się przytłoczony życiem, zmartwieniami, problemami. Był to krótki film edukacyjny. W kadrze był najpierw plac zabaw: dziecko ugniata piasek, wiaderko, plastikowa łopatka. Kamera zaczynała się oddalać. Najpierw widać było blokowisko, potem całą dzielnicę, linie ulic jak naczynia krwionośne, aż miasto stało się jedną plamą. Kamera nadal się oddala. Po chwili widać było już cały kraj, wypełniony takimi miastami i piaskownicami. Dalej kontynent, zarys olbrzymiej płyty Eurazji, a potem kula ziemska — błękit i biel chmur. Kamera nadal się oddalała. Ziemia stała się niewielką kulką, Słońce — jasnym, żółtym dyskiem. Po chwili oba były tylko drobinami w ramieniu Oriona, jednym z czterech ramion spiralnych Drogi Mlecznej — galaktyki o średnicy około 100 tysięcy lat świetlnych, zawierającej jakieś 200–400 miliardów słońc ⁷.

Ale kamera jeszcze się oddalała. Droga Mleczna stała się jednym punktem w Gromadzie Lokalnej, obok Andromedy i M33, a ta gromada tylko jednym akcentem w Supergromadzie w Pannie. I dalej jeszcze — aż każdy punkt światła na ekranie przestał być gwiazdą. Stał się galaktyką. Dziesiątki miliardów galaktyk w obserwowalnym wszechświecie, rozpiętym na ponad 93 miliardy lat świetlnych średnicy. W tej skali piaskownicy nie było widać — ale nie przestała istnieć!

Wielu ludzi, oglądając podobną scenę, czuje coś szczególnego. Nie jest to ani smutek, ani ulga, ani strach. To uczucie, że świat jest niewyobrażalnie ogromny i całkowicie obojętny — a jednak nie jesteśmy z niego wyrzuceni. Jesteśmy jednym z jego elementów. Nic więcej, ale też nic mniej.

W Japonii ten widok nie potrzebował teleskopu Hubble’a ani zdjęć z Hubble Deep Field. Wystarczył kruk na gałęzi. Bashō widział w nim coś, co my dopisaliśmy dopiero przy pomocy matematyki i fizyki: że nasz świat nie jest zbudowany dla człowieka. Że nie musimy być centrum świata, by móc do niego należeć. Issa patrzył na owady, muchy, koty, pchły, jelenie — i wiedział, że każdy z tych bytów jest równie realny jak my sami. Taka sama kropla w ogromnej sieci istnienia. Nie mniej ważna. Nie bardziej.

To jest chyba to, czego pragnę nauczyć się od Japończyków, od ich sposobu widzenia, od 非情 — hijō. Nie chodzi o to, by patrzeć na świat z wysokości niewyobrażalnych odległości, z perspektywy kwazarów oddalonych o miliardy lat świetlnych, z tej kosmicznej panoramy, która zachwyca swoją skalą, ale pozostaje daleka i abstrakcyjna w swoim niepojmowalnym ogromie. To robi na nas wrażenie, ale jest to wrażenie, które łatwo się rozprasza — bo nasze mózgi nie są zbudowane do przetwarzania obrazów galaktyk. Nasze życie to chodzenie po ziemi.

Japońskie spojrzenie mówi: to samo zdumienie, które czujesz patrząc na zdjęcia z Hubble Deep Field, jest dostępne tutaj, kiedy patrzysz na mokre liście przy drodze do sklepu. To samo doświadczenie niesamowitości można odnaleźć, stojąc na balkonie i patrząc na ponure samochody zaparkowane pod blokiem, na rdzawą barierkę, na smużkę pary unoszącą się nad kubkiem herbaty. Nie trzeba oddalać się od Ziemi, żeby zobaczyć, że świat jest większy, niż jesteśmy w stanie pomyśleć. Wystarczy zejść bardzo nisko — do gruntu, do tego, co zwykłe.

W kulturze japońskiej ta „niesamowitość zwyczajności” nie jest dodatkiem. Jest fundamentem estetyki. Kwiat wiśni nie jest piękny dlatego, że jest rzadki, ale dlatego, że kończy się i umiera już w chwili, gdy dopiero zaczynamy go dostrzegać. Pęknięta czarka do herbaty nie przestaje być używana — przeciwnie, poprzez kintsugi staje się jeszcze bardziej sobą ⁸. Liść na chodniku może mówić więcej o świecie niż spektakularny zachód słońca. A kruk siedzący na suchej gałęzi może otworzyć tę samą przestrzeń, którą próbujemy osiągnąć przez astronomię i metafizykę.

Niesamowitość, o której tu mowa, nie jest tylko zachwytem. To też trzeźwe uznanie obcości świata. Tego, że rzeczy nie zostały stworzone dla nas. Że są obojętne — a w tej obojętności jest coś niezwykle prawdziwego. I owszem, czasem może być to bolesne. Ale ból, który pochodzi z prawdy, wydaje się w jakiś sposób bardziej pociągający niż pocieszenia oparte na złudzeniach. Hijō nie zamyka serca — ono tylko przestawia je na właściwe miejsce w porządku świata. Mówi: jesteś częścią, ale nie centrum. I to wystarczy, żeby odczuć głęboki spokój.

Bo jeśli świat jest niesamowity, to mieszkanie w nim jest przywilejem. Jeśli jest pełen obcości i tajemnicy, to znaczy, że nigdy nie przestaniemy mieć się czym zdumiewać. A co mogłoby być większym darem? Spojrzeć na kruka tak, jak patrzymy na granice widzialnego Wszechświata. Patrzeć na brzozy przy stawie tak, jak patrzymy na spiralne ramiona Drogi Mlecznej.

Jeżeli hijō ma nas czegoś nauczyć, to właśnie tego: że niezwykłość nie jest tam, gdzie jest wielkość, ale tam, gdzie akurat postanowiliśmy być przez chwilę uważni.

Lekcja ze spaceru

Hijō nie uczy nas chłodu ani dystansu wobec życia. Uczy jedynie przesunięcia akcentu: od potrzeby kontrolowania i dopasowywania świata do naszych oczekiwań — ku uznaniu, że świat nie musi być zgodny z naszym nastrojem, aby mógł być dobry. To przesunięcie jest bardzo małe, ale zmienia wszystko. Zamiast pytać: „co mogę z tego mieć?”, zaczynamy pytać: „jak mogę być z tym, co już jest?”.

Pierwsze ćwiczenie jest pozornie proste: patrzeć, zanim się nazwie. Nie mówić „drzewo”, „kruk”, „zimno”, „smutek”. Nazwy natychmiast tworzą nawyk interpretacji, etykietę, która zasłania doświadczenie. Kiedy patrzymy bez nazwy, świat pojawia się jako ruch, kolor, ciężar, kształt — zanim stanie się znaczeniem. W psychologii nazywa się to percepcją pierwotną, widzeniem przed interpretacją. W zen to element medytacji.

Drugie ćwiczenie to pozwolić rzeczom istnieć „po swojemu”. Drzewo nie musi być „piękne”, żeby mogło nas poruszyć. Deszcz nie musi spełniać funkcji „uspokajający” lub „przeszkadzający”. Kiedy nie próbujemy zmienić doświadczenia, napięcie znika. Pozostaje kontakt.

Nie chodzi tu o obojętność emocjonalną. To nie jest zamykanie się na świat. Wręcz przeciwnie — to otwarcie, które nie stawia warunków. Hijō mówi: zaufaj, że rzeczy nie muszą spełniać naszych wymagań, żeby mogły być wartościowe. Nie jest konieczne, by świat odpowiadał na nasze uczucia, abyśmy mogli być z nim w bliskości.

Taka postawa jest zaskakująco praktyczna. Pozwala na mniejszą reaktywność, mniej walki wewnętrznej, mniej rozczarowań. A w ich miejscu pojawia się coś znacznie prostszego i zdrowszego: obecność. To właśnie dzięki niej nawet zwykły poranek, parking pod blokiem czy przejazd autobusem mogą stać się miejscem ciszy — nie tej odciętej od życia, lecz tej, która płynie z życia doświadczanego bez pośpiechu, bez roszczenia i bez przymusu zmiany.

To mały krok. Ale każdy dzień składa się z małych kroków.
Hijō zaczyna się dokładnie tutaj.

Wyjście z lasu

Ścieżka zaczyna się rozszerzać. Drzewa rzedną, pod stopami pojawia się więcej piachu niż liści. Przed sobą widzę pierwsze płoty ogródków, szare elewacje domów, dym z kominów, który wznosi się wolno, jakby sam nie był pewien kierunku. W oddali słychać ciężarówkę, gdzieś szczeka pies. To ta sama rzeczywistość, w której byłem jeszcze godzinę temu — lecz teraz jej rytm nerwowego pośpiechu już mnie tak nie wciąga. Idę, ale nie czuję się ponaglany. Jestem na obrzeżach Przasnysza, takiego samego, jak wczoraj, a jednak coś we mnie jest inne.

Drzewa nie stały się bardziej poetyckie, powietrze nie nabrało „klimatu”, domy nie zaczęły błyszczeć metafizycznym światłem. To ja zmieniłem sposób widzenia. Hijō nie działa jak objawienie — ono po prostu luzuje śrubę, którą sami sobie zbyt mocno dokręcamy. Ta śruba to przekonanie, że musimy być zsynchronizowani ze światem, że musimy nadążać, reagować, dopasowywać się, nadawać sens. Hijō mówi: nie musisz. Świata nie obchodzisz. Możesz iść obok, własnym tempem.

To niezwykle wyzwalające odkrycie. Nie muszę zgadzać się ze światem, żeby z nim współistnieć. Nie muszę potwierdzać jego ruchu własnym ruchem. Nie muszę dopasowywać się do rytmu poranka, ludzi, obowiązków ani własnych nastrojów. Mogę stać się świadkiem — świadek to nie bierność. To obecność. Różnica jest ogromna.

Wracam do dnia, obowiązków, rozmów, maili, ciągów kodów i cyfr, telefonów, kłótni i ambicji. Ale wracam lekko. Bo wiem, że nie muszę się z tym wszystkim „zgrywać”. Mogę być razem z tym światem, ale nie „dla” niego, tak jak i on nie jest „dla” mnie. Mogę oddychać swoim rytmem, nawet stojąc w kolejce w sklepie, nawet jadąc przez korki, nawet siadając do pracy. W tym właśnie tkwi łaska hijō — uwolnienie od konieczności bycia w centrum, dopasowania, kontrolowania, tłumaczenia.

Świat może być jaki jest. Ja mogę być jaki jestem.

I to wystarcza.

To dopiero początek drogi. Ale to dobry początek.Zasada 11-ta „Dokkōdō”

Czekając

Leniwe południe zimowe. Siedzę przy oknie, nie robiąc nic szczególnego — tylko patrzę. Blok naprzeciwko stoi jak zawsze: ten sam układ balkonów, te same krzesła plastikowe wystawione na zewnątrz, te same sznurki do prania, na których czasem powiewa resztka życia — ręcznik, koszulka, pościel schnąca powoli w ciężkim, chłodnym powietrzu. Szarość jest jednostajna, ale w tej jednostajności jest jakaś samowystarczalność. Cisza między jednym samochodem a drugim.

Czekam na kogoś. Nie wiem jeszcze, jak zacząć rozmowę. Nie wiem, jak ona się potoczy. Właściwie nie wiem nic, poza tym, że za chwilę ta osoba podejdzie pod drzwi, naciśnie dzwonek i wejdzie po schodach. I że ja w tym czasie będę tu — w tej samej pozycji, z tą samą myślą, która powraca jak nawyk: „jak to powinno wyglądać”?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij