Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sekret nietoperza - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
30,29 zł
3029 pkt
punktów Virtualo

Sekret nietoperza - ebook

Co się stanie, gdy naiwna, spragniona miłości kobieta, gangsterzy, seksowny sąsiad, skarb i wścibskie sąsiadki spotkają się w jednym miejscu? Będzie się działo! Ismena przekonuje się, że mąż w więzieniu to dopiero początek problemów. Czy nowy, intrygujący sąsiad to ktoś, komu powinna zaufać? Ta historia trzyma w napięciu, a jednocześnie potrafi rozbawić do łez. Książka przeznaczona wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-275-4
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1.
Ekspres i inne katastrofy

Dom dziwnie szybko przyzwyczaja się do nieobecności człowieka. Najpierw znika jego kubek, ten brudny, uparcie porzucany przy zlewie. Potem przestaje znikać pilot od telewizora. Wszystkie potrzebne rzeczy leżą dokładnie tam, gdzie ich miejsce. Tak upragniona dawniej cisza teraz niemal krzyczy z każdego kąta.

Ismena zauważyła to po trzech tygodniach albo po pięciu. Nie pamiętała dokładnie, kiedy. Zresztą czas ostatnio stracił dla niej znaczenie — dni zlewały się w jeden długi, szary ciąg.

Czas bez obecności Mirka przestał mieć swój wymiar. Rozciągał się jak znoszone rajstopy, które niby jeszcze się trzymają, ale widać, że już dawno należało je wyrzucić. Poranki smakowały zimną kawą i przejmującą ciszą, a wieczory pachniały samotnością. Pomiędzy nimi Isa jakoś próbowała udawać, że wszystko jest normalnie.

Stała właśnie w kuchni i patrzyła na ekspres do kawy, który od rana wyświetlał komunikat „odkamienianie wymagane”.

— Świetnie — mruknęła zrezygnowana — do tego wszystkiego jeszcze ekspres się na mnie wypiął.

Wcisnęła kolejny przycisk. Jedyną reakcją na jej usilne próby uruchomienia maszyny była całkowita odmowa współpracy.

Jeszcze nie tak dawno temu nawet nie wiedziała, że istnieje coś takiego jak odpowietrzanie pieca, przegląd instalacji alarmowej albo dziwny abonament na coś, czego nazwy nawet nie potrafiła powtórzyć.

Do tej pory to Mirek wszystko „ogarniał”. Był irytujący, bałaganiarski, emocjonalnie oziębły i miał osobliwy talent do zostawiania skarpet w różnych dziwnych miejscach, ale ich wspólny świat jakoś działał. Dom stał, rachunki się płaciły, auta przechodziły przeglądy, woda leciała z kranu, światło się świeciło, internet hulał, a karta debetowa nigdy nie odmawiała współpracy.

Teraz Ismena odkrywała, że dorosłość na pełny etat przypomina wnerwiający program komputerowy, w którym wszędzie pojawiają się natrętne polecenia: „zadzwoń do hydraulika”, „sprawdź polisę”, „zapłać podatek od czegoś tam”, „nie spal domu”.

— Isula — słyszała w głowie głos Mirka — nie zawracaj sobie tym swojej pięknej główki. Ja to załatwię.

„Isula” — nienawidziła tego zdrobnienia. Brzmiało jak przezwisko dla yorka w różowym sweterku, a nie imię dorosłej kobiety po czterdziestce.

Podeszła do okna.

Padało.

Oczywiście, że padało. Przecież przygnębienie i samotność lubiły dobrze dobraną scenografię. Jej życie teraz przypominało coś w rodzaju serialu po ósmym sezonie. Zmęczeni aktorzy, obcięty budżet i scenariusz bez polotu.

Z Mirkiem nie była szczęśliwa od dawna. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz byli naprawdę blisko. Dziesięć lat? Może więcej.

Najpierw do ich związku wkradły się zmęczenie i lekka irytacja. Potem milczenie, a na koniec dołączyła osobna codzienność. Do tego „koktajlu” doszły problemy Mirka, które ostatecznie ich rozdzieliły. Próbowała z nim o tym rozmawiać, ale dla niego to był temat tabu. Unikał go jak ognia, być może wierząc, że jeśli nie będzie o tym mówił, to problem sam zniknie.

Impotencja. Słowo niezręczne i ciężkie jak mokry ręcznik. Na początku próbowała być cierpliwa. Tłumaczyła, pocieszała, proponowała lekarzy, rozmowę, cokolwiek. W końcu, tak jak on, też zaczęła udawać, że temat nie istnieje. I tak wyparowały czułość, dotyk, śmiech w łóżku i pragnienie.

Nie zdradzała go. Nawet nie dlatego, że była taka święta. Raczej dlatego, że nie miała ochoty komplikować sobie życia. Życia, które było stabilne i dostatnie. Ładny dom, dobre samochody i codzienność pozbawiona większych trosk. Ktoś załatwiał te wszystkie nudne rzeczy, ktoś pamiętał o ubezpieczeniu, ktoś wiedział, gdzie jest zawór od wody i co robić, gdy samochód czasem wydawał dziwnie niepokojące dźwięki. Tam, gdzie Mirek nie potrafił sprostać jej oczekiwaniom, doskonale sprawdzał się silikonowy przyrząd z cyberskórki — wierny, niezawodny i pozbawiony wszelkich pretensji, skutecznie zaspokajający jej podstawowe potrzeby. Miał jeszcze jedną zaletę: nie zostawiał skarpet pod łóżkiem i nie pytał, co jest na obiad.

Wpadła w ten rytm jak samochód, który gdy już raz wjedzie w głębokie koleiny, przestaje walczyć z drogą. Przyzwyczajenie powoli stało się największym zabójcą miłości — tej, która być może już dawno zdechła gdzieś po drodze jak bezpański pies, ale za to codzienna organizacja funkcjonowała bez zarzutu.

Wszystko działało aż do dnia, w którym odkryła, że impotencja nie była jedynym problemem Mirka.

Mirek dostał pięć lat, z czego odsiedział już prawie dwa. Przekręty finansowe — tak krzyczały nagłówki lokalnych portali, choć Isa nadal nie rozumiała połowy słów używanych przez prawników: „kreatywna księgowość”, „spółki-słupy”, „nielegalne transfery”, „ukrywanie nielegalnego pochodzenia środków finansowych i wprowadzanie ich do legalnego obrotu gospodarczego”.

Brzmiało to absurdalnie, bo Mirek całe życie wyglądał jak pan Hilary z wierszyka Tuwima, który potrafił zgubić własne okulary, mając je na nosie. A jednak okazało się, że pod tym wiecznie rozkojarzonym, niemal dobrotliwym wyrazem twarzy kryło się coś znacznie mniej niewinnego. Człowiek, którego uważała za przewidywalnego do bólu, przez lata prowadził drugie życie. Podczas gdy ona wybierała firanki i zastanawiała się, czy kupić nowy blender, on urządzał sobie jakieś finansowe rodeo.

Kiedy Mirek trafił za kraty, jej życie zaczęło przypominać chwiejną konstrukcję ze spróchniałych patyków. Wystarczyło lekko pchnąć, by wszystko runęło. Nieoczekiwanie musiała się nauczyć żyć, jak każdy inny człowiek: samodzielnie pilnować rachunków, organizować konieczne naprawy i mierzyć się z nudnymi, bezlitosnymi sprawami urzędowymi. Musiała radzić sobie z rzeczami, które wcześniej działy się gdzieś w tle, niemal magicznie, bez jej udziału.

Telefon zawibrował. Spojrzała na wyświetlacz. Zakład karny półotwarty, zapewniający namiastkę wolności, w tym możliwość dzwonienia do bliskich.

Zawahała się, patrząc na ekran. Miała ochotę poczekać, aż telefon zamilknie. W końcu jednak odebrała.

— No cześć, Mirek — powiedziała bez emocji.

— Czemu nie odebrałaś wcześniej?

Nie było żadnego: „jak się czujesz”, „co u ciebie”, „kocham cię”, „tęsknię”. Od razu pojawiła się kontrola i ten sam, dobrze znany rytm rozmów, który znała aż za dobrze.

Isa zamknęła oczy, nabierając powoli powietrza, żeby się uspokoić i nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować. Nagle uświadomiła sobie coś, co już od dawna wiedziała, ale nie chciała tego przyznać sama przed sobą. Zrozumiała, że to bardziej sprzęty domowe tęskniły za Mirkiem niż ona sama.

Ona za nim nie tęskniła. Na początku brakowało jej tego, że ktoś ogarniał życie za nią. Z czasem, kiedy coraz lepiej sobie radziła w pojedynkę, zaczęła zadawać sobie pytanie, którego wcześniej unikała, jak ognia: po co on jest jej w ogóle potrzebny?Rozdział 2
Instrukcja obsługi samotności

Rutyna Isy przypominała nudny projekt. Praca, dom, prysznic, coś szybkiego do jedzenia i serial odpalony bardziej dla hałasu niż z zainteresowania.

Nie była kobietą, która patrzyła tajemniczo w okno i popijała Dom Pérignon, słuchając muzyki jazzowej. Nie siadała po całym dniu przed kominkiem w pełnym makijażu i nienagannej fryzurze, odziana w jedwabny szlafrok, koronkowe body i szpilki.

Wieczory spędzała w łóżku, z maseczką na twarzy, w za dużej, rozciągniętej koszulce. Zamiast na ogień w kominku wpatrywała się w swoje odbicie w przyciemnionym oknie.

Czterdzieści cztery lata.

„To nie starość” — pocieszała się w myślach — „ale też nie wiek, w którym życie dopiero się zaczyna”.

Nie była zaniedbana. Nadal miała świetną figurę, zadbane włosy i twarz, na której widać było ślady bardziej zmęczenia niż wieku. Od dawna podejrzewała, że Mirek tak naprawdę nigdy jej nie kochał. Wybrał ją dla przymiotów jej urody. Po prostu chciał mieć przy boku piękną kobietę, która nie za bardzo interesowała się jego ciemnymi sprawkami.

Westchnęła głęboko i spojrzała na szafkę przy łóżku.

Od lat radziła sobie z brakiem bliskości na własny sposób. Bez wielkiego dramatyzmu, szaleńczych romansów i tajemniczych kochanków. Wieczorna rutyna i przydatny wibrujący wynalazek nie dawały prawdziwego spełnienia, a jedynie chwilowe ukojenie. Potem przychodziła pustka.

Sięgnęła po lubrykant. Sprawnie posmarowała żelem wszystkie miejsca, które tego wymagały. Zdjęła koszulkę. Ułożyła się wygodnie, podkładając pod pupę poduszkę. Chwilę masowała się, aby pobudzić zmysły. Znała doskonale swoje ciało. Żaden mężczyzna nie zrobiłby tego lepiej od niej. Była gotowa. Czuła w sobie bezawaryjny przyrząd, który nigdy jej nie zwiódł i zawsze dawał dobrze znaną falę przyjemności. Drugą ręką sięgnęła do swoich piersi, wyobrażając sobie, że to jakaś silna męska ręka je teraz mocno ściska w ekstazie. Wygięła się, czując nadchodzące spełnienie. W końcu jej ciałem szarpnęła fala zaspokojenia, która zwykle dawała, przynajmniej chwilowe, rozładowanie emocji.

Nie tym razem. Mimo orgazmu emocje nie opadły. Przewróciła się na bok i zapatrzyła w ścianę. Poczuła pieczenie pod powiekami.

„No i co dalej? Czy tak będzie już zawsze?” — Zapytała siebie w myślach.

Jak długo miała być tą, która utknęła między „jeszcze nie starą” a „już nie naiwną”. Tą, która nosiła piętno żony oszusta.

Na podkieleckich przedmieściach ludzie lubili takie historie, przy których mogli się święcie oburzać i cieszyć, że to nie ich przyłapano i że to nie ich życie rozsypało się na oczach wszystkich. Już niemal słyszała szepty: „to ta od przekrętów”. Większość dawnych znajomych niby mówiła „cześć”, „dzień dobry”, ale jakoś dziwnie uciekali wzrokiem. Ona też nie chciała sztucznych rozmów i spojrzeń mówiących „biedna, ale sama sobie winna”.

Kto normalny chciałby dziś utrzymywać relacje z kobietą, której mąż siedzi w więzieniu? Nowe znajomości też nie były dobrym rozwiązaniem. Wyobraziła sobie siebie, jak się przedstawia komuś dopiero co poznanemu:

„Cześć, jestem Ismena. Mam czterdzieści cztery lata, kryzys egzystencjalny i męża w więzieniu. Zapraszam do komplikacji”.

Świat przed jej oczami zaczął się rozmywać za zasłoną łez. Najpierw po policzkach spłynęły pojedyncze krople, potem cały potok. Bo pod sarkazmem krył się zwykły strach, że to już wszystko, że nic wielkiego jej już nie spotka, nie będzie już ekscytacji, bliskości, śmiechu ani czyjegoś spojrzenia, które mówi: „cholera, podobasz mi się”. Ten strach podpowiadał jej, że jedyne, co ją jeszcze czeka, to tylko rachunki, deszcz za oknem i coraz lepiej opanowana umiejętność samotnego życia.

Leżała nago, nieruchomo, z wibratorem w ręce i wzrokiem wbitym w sufit. Z odrętwienia wyrwało ją pukanie do drzwi. Najpierw pomyślała, że się przesłyszała, bo kto mógłby tak późno odwiedzać „żonę oszusta”?

Pukanie rozległo się ponownie. Tym razem głośniej, bardziej stanowczo.

„Może to adwokat Mirka” — przemknęło jej przez głowę.

Zerwała się gwałtownie i natychmiast zaplątała się w koc. Prawie runęła na podłogę. W ostatniej chwili uratowała się, kurczowo chwytając za komodę, która bohatersko uratowała ją przed upadkiem.

Biegnąc do drzwi, spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Rozchełstany szlafrok był wygnieciony, jakby go ktoś psu z gardła wyciągnął. Obrazu rozpaczy dopełniały rozczochrane włosy i policzki zaczerwienione od niedawnego spełnienia i płaczu.

„Jeśli to włamywacz, umrze ze strachu” — pomyślała.

Niemal w biegu poprawiła włosy szybkim ruchem dłoni i ruszyła do drzwi.

Pukanie zabrzmiało ponownie. Tym razem bardziej niecierpliwie.

Otworzyła. Po drugiej stronie stał jakiś obcy mężczyzna. Wyglądał na nietutejszego. Miał na sobie ciemną kurtkę, na twarzy lekki zarost i niepokojący spokój. Był wysoki, szeroki w ramionach i zdecydowanie zbyt dobrze wyglądał jak na człowieka pukającego po nocy do obcej kobiety. To od razu wzbudziło jej czujność i lekką irytację. Głównie dlatego, że czujność nie była jedyną rzeczą, którą wzbudził.

— Dobry wieczór — powiedział głębokim, spokojnym głosem — przepraszam, że tak późno.

Isa przez moment tylko patrzyła, a potem dotarło do niej, że on patrzy na nią z dziwnym zawstydzeniem, a jednocześnie zaciekawieniem. W jego wzroku było coś trudnego do odczytania. Dopiero po chwili zorientowała się, że szlafrok zarzucony w pośpiechu nie wszystko idealnie ukrył.

Zarumieniła się jak burak, jednocześnie w pośpiechu zakrywając kawałek piersi wystającej bezczelnie przez szparę w nieodpiętym szlafroku.

Zauważył jej konsternację.

— To nic wielkiego… — próbował załagodzić niezręczną sytuację.

— Nic wielkiego?

Uniosła brwi tak wysoko, że omal nie dotknęły linii włosów.

— Nie, nooo, nie to miałem na myśli… to znaczy nie chodziło mi o rozmiar, tylko, że… Matko Boska, teraz brzmi to jeszcze gorzej.

Isa poczuła, że ma coraz większą ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

— O co panu chodzi? — Spytała chłodno.

Uniósł lekko rękę, jakby przypomniał sobie, że wypada jednak wyjaśnić, czemu stoi wieczorem przed jej drzwiami.

— Właściwie… trochę głupia sprawa… kupiłem ten dom obok od starszego pana.

— Pana Staszka?

— Tak, chyba tak miał na imię. Zdążyłem tylko odkryć, że zostawił po sobie radio z 1986 roku i absolutny brak internetu.

Uśmiechnęła się lekko. To akurat brzmiało wiarygodnie. Pan Staszek twierdził, że „te wszystkie internety to do niczego dobrego nie doprowadzą”.

— Padł mi telefon — ciągnął mężczyzna — to znaczy… utopiłem go. Wpadł mi do oczka wodnego…

Spojrzała na niego jak na idiotę.

— To brzmi mało wiarygodnie…

— Tak, wiem — mruknął — żałosne.

— No, raczej… jakim cudem dorosły człowiek topi swój telefon w oczku wodnym?

— Chciałem sprawdzić, czy pompka działa.

— Telefonem?

— Nie, kijem. Telefon wypadł mi z ręki, kiedy próbowałem poświecić sobie latarką — westchnął żałośnie — mam wrażenie, że ten dom testuje, czy jestem godzien, żeby w nim mieszkać.

— I jak wyniki?

— Na razie zdecydowanie przegrywam, a muszę pilnie wysłać maila. Takiego, od którego zależy… cóż, bardzo duży projekt.

— Duży projekt?

— Taki, że jeśli nie wyślę tego dziś, jutro ktoś będzie chciał mojej głowy.

— Brzmi poważnie.

— Poważnie, jak kilka milionów, bo tyle jest wart ten projekt.

Isa uniosła brwi. Skrzyżowała ręce na piersi, pilnując uważnie niesfornego szlafroka. Na twarzy miała wypisane ironiczne: „no dalej. Kłam jeszcze trochę. Robi się ciekawie”.

— Mogę zapytać o jedną absurdalnie niezręczną rzecz? — Zapytał.

— Już się boję.

— Dałaby mi pani hasło do swojego wi-fi?

Oparła się lekko o framugę.

— Nie — odparła krótko i zdecydowanie.

Mężczyzna mrugnął nerwowo.

— Taka szybka odmowa?

— Tak. Nie daję obcym facetom dostępu do internetu.

— Rozsądnie.

— Szczególnie odkąd mój mąż trafił do więzienia za przekręty finansowe — dodała w nadziei, że facet przestraszy się „żony oszusta”, ucieknie, gdzie pieprz rośnie i da jej upragniony spokój.

Mężczyzna nawet nie drgnął. Nie zrobił tej współczującej miny, której nienawidziła. Nie zapytał też z przesadną ostrożnością: „ojej, naprawdę?”. On po prostu tylko skinął głową.

— To tym bardziej rozumiem ostrożność — odparł poważnie.

Ku jej własnemu zaskoczeniu, trochę ją to rozbroiło. Zero sensacji, zero oceniania i tej irytującej ciekawości w oczach, podszytej plotkarską satysfakcją.

— Ale — westchnęła — mogę udostępnić laptopa. Wyśle pan tego maila i wróci ratować swój wielomilionowy świat.

Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

— Ratuje mi pani życie.

— Niech pan nie przesadza. Co najwyżej budżet.

— Wojtek jestem — powiedział, wyciągając do niej rękę — Wojtek Kubiszyn.

— Ismena Skowrońska-Engelking.

Odsunęła się na bok, aby wpuścić go do środka.

— Ismena? Bardzo oryginalne imię.

— Taaa, mój tato był profesorem literatury i wielbicielem Sofoklesa.

— Sofoklesa?

— „Antygona” i te sprawy. W liceum to lektura obowiązkowa. Nie czytałeś?

— Czytałem. Streszczenie.

Isa parsknęła śmiechem.

— Przynajmniej uczciwie.

— Uczciwość jest niedoceniana.

— A lenistwo?

— Jeszcze bardziej.

— A co robisz poza lenistwem, topieniem telefonów i wysyłaniem maili za miliony?

— Zwykle lepsze pierwsze wrażenie — zaśmiał się szczerze.

Przeszedł kilka kroków dalej i rozejrzał się po salonie.

— Ładnie tu — pochwalił.

Nie odpowiedziała. Coś w jego sposobie mówienia było zbyt swobodne i trochę niepokojące.

Postawiła laptop na stole i wskazała wzrokiem miejsce.

— Dziękuję bardzo. Pięć minut i znikam — obiecał szybko, zasiadając do laptopa.

— Zaczynam odliczać — mruknęła z lekkim uśmiechem.

Uśmiechnął się do niej przelotnie, po czym na powrót zagłębił się w swoich sprawach.

Zerknęła na niego ukradkiem. Dopiero teraz zauważyła, że jest całkiem atrakcyjny. Nie był chłopięco przystojny. Wyglądał raczej jak ktoś, kto zdążył już kilka razy oberwać od życia. Lekka siwizna na skroniach dodawała mu charakteru. Zachowywał się dość swobodnie, ale bez tej irytującej pewności siebie typowej dla facetów, którzy wiedzą, że są atrakcyjni.

„Nie gap się tak” — skarciła się w myślach — „natychmiast przestań!”

— Napijesz się czegoś, herbaty? Wody? — Rzuciła, aby zagłuszyć krępującą ciszę.

— Chętnie. Jeśli można, poproszę kawę — odparł, nie odrywając oczu od laptopa.

Zawahała się.

— Nie da rady.

Spojrzał na nią zaskoczony.

— Mój ekspres ma trudne dni — wyjaśniła.

Odsunął laptop.

— Mogę spojrzeć?

— Jeśli masz zamiar potraktować go tak jak swój telefon, to raczej nie.

Zaśmiał się głośno.

— Mam taką zasadę, że psuję tylko jedno urządzenie dziennie, więc twój ekspres jest bezpieczny.

Ruszył do kuchni. Radził sobie zaskakująco świetnie, jak na kogoś, kto był tu po raz pierwszy. Bez wahania wybrał prawidłową trasę do kuchni.

Skrzyżowała ręce, obserwując, jak pochyla się nad ekspresem. Na jego twarzy malowało się skupienie, a jego ruchy były spokojne i pewne.

Rękawy koszuli podsunęły mu się lekko w górę, odsłaniając interesujące tatuaże. „Mężczyzna robiący coś praktycznego nie powinien wyglądać aż tak dobrze” — pomyślała, gapiąc się na niego zdecydowanie dłużej, niż wypadało.

— Coś nie tak? — Spytał, nie podnosząc wzroku.

— Nie — odparła szybko.

— A zabrzmiało jak „tak”.

— Po prostu nie wiedziałam, że istnieją ludzie, którzy jednocześnie potrafią naprawić ekspres i pisać maile za miliony.

— Mam wiele talentów.

Spojrzał na nią krótko, ale wystarczająco długo, żeby poczuła dziwny skurcz gdzieś pod mostkiem.

„Cholera! Uspokój się! Masz zapuchnięte oczy i życiorys z wątkiem kryminalnym” — skarciła się w myślach.

— O, proszę — Wojtek mruknął, prostując się — ekspres wraca do życia.

Zamrugała szybko ze szczerego zdziwienia.

— Niemożliwe.

— Czasem wystarczy dobrze docisnąć, żeby osiągnąć cel.

Chyba się zorientował, że zabrzmiało to dwuznacznie i krępująco. Chrząknął z lekkim zażenowaniem.

— No to teraz możesz mnie poczęstować kawą — powiedział z zuchwałym uśmiechem.

Isa, stawiając przed nim filiżankę, pochyliła się lekko, a on w tym samym czasie podniósł głowę i spojrzał prosto w jej oczy. Poczuła jego zapach. Nie była to dusząca woń drogich perfum. Było w nim coś ciepłego, odrobinę drzewnego i nieprzyzwoicie przyjemnego.

Coś dziwnie ścisnęło ją gdzieś w środku. Poczuła lekkie, wilgotne pulsowanie, dokładnie tam, gdzie nie powinna go teraz czuć. Tak intensywne, że aż zirytowała się sama na siebie.

— Smacznego — mruknęła, zawstydzona swoją reakcją.

Uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

Odchrząknęła.

— Czyli robisz projekty za miliony? — Zapytała, siadając naprzeciwko niego.

— Brzmi pretensjonalnie, kiedy się to mówi na głos — uśmiechnął się szeroko — wygląda, jakbym się przechwalał. A ty? Czym się zajmujesz?

— Niczym ciekawym.

— Niemożliwe.

— A jednak. Jestem tłumaczką.

— Jaki język?

— Hiszpański i włoski.

— Romantycznie.

— Raczej praktycznie. Mam luźne godziny pracy, a na dodatek często pracuję w domu. To daje sporo swobody.

— Więc w każdej chwili będę mógł wpaść na kawę?

— W każdej może nie, ale od czasu do czasu.

Uśmiechnął się. Jego spojrzenie po raz kolejny zatrzymało się na jej twarzy. Potem na ułamek sekundy powędrowało nieco niżej. Subtelnie, ale nie aż tak subtelnie, żeby tego nie zauważyła.

Od dawna nikt nie patrzył na nią w ten sposób. Po prostu jak na kobietę.

I, co gorsza, podobało jej się to bardziej, niż powinno.

— Wiesz — powiedział, opierając przedramiona o stół — miałem dziś wyjątkowo kiepski wieczór.

— Trauma po oczku wodnym?

— Między innymi.

Nachylił się odrobinę bliżej.

— Ale muszę przyznać, że trochę mi się poprawił.

Isa uniosła brwi w grymasie zdziwienia.

— Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że flirtujesz.

— A jeśli trochę flirtuję?

Powiedział to poważnie, bez głupiego uśmieszku. I właśnie dlatego zabrzmiało to bardzo krępująco.

— To chyba ryzykowny sport — odpowiedziała ciszej, niż zamierzała.

„Boże, czy ja naprawdę rumienię się przez faceta poznanego dwadzieścia minut temu?” — Pomyślała w panice.

Żadne z nich się nie odezwało. Niezręczna cisza przedłużała się. Wojtek spojrzał na zegarek. Coś się w nim nieoczekiwanie zmieniło, jakby się przestraszył albo przypomniał sobie o czymś. Wyprostował się.

— Cholera — syknął.

— Co?

Przesunął dłonią po karku. Wyglądał na spiętego.

— Powinienem już iść — powiedział lekko speszony.

— Tak nagle?

— Tak. Dziękuję za pomoc i za kawę — podniósł się niemal gwałtownie, jakby właśnie przypomniał sobie, że zostawił czajnik na gazie.

Odprowadziła go do drzwi.

Stali w przedpokoju trochę za blisko siebie. Znowu poczuła ten jego zapach. I znowu zirytowała się własną reakcją.

— Dobranoc, Isa.

Powiedział jej imię tak naturalnie, jakby znali się od dawna, po czym pospiesznie wyszedł.

Drzwi zamknęły się cicho, a ona jeszcze przez chwilę stała nieruchomo z kubkiem w dłoni. Patrzyła przez okno, jak odchodzi pośpiesznie w stronę swojego domu. Kiedy nowy sąsiad zbliżył się do swojej furtki, otworzyły się drzwi samochodu zaparkowanego na chodniku przed jego domem. Z czarnego mercedesa wysiadł jakiś mężczyzna i ruszył w jego kierunku szybkim krokiem. Ciemna sylwetka mężczyzny z mercedesa zdradzała pewność siebie i nonszalancję. Zarówno mężczyzna, jak i jego absurdalnie drogi mercedes jakoś dziwnie nie pasowali do spokojnej uliczki i emerytów podlewających pelargonie.Rozdział 3
Między rozsądkiem a pragnieniem

Isa siedziała przed laptopem. Powinna skupić się na tłumaczeniu skomplikowanej umowy o współpracy polsko-hiszpańskiej, ale zamiast tego oparła twarz na dłoni i gapiła się bezmyślnie w okno.

Od kilku dni próbowała wmawiać sobie, że absolutnie nie zerkała co rusz przez okno, sprawdzając, czy przypadkiem w domu obok nie świeci się światło albo czy ktoś nie chodzi po podwórku. Nie przyznawała się sama przed sobą, że każde wyjście na podwórko było podejrzanie starannie zaplanowanym „przypadkiem”, podszytym cichą nadzieją, że nowy sąsiad gdzieś akurat będzie, może przy aucie, może z kubkiem kawy na tarasie albo po prostu stojąc przy płocie.

Udawała też, że każda rozmowa z nim, nawet krótka, zwykłe „cześć” rzucone zza płotu, półuśmiech albo kilka zdań o pogodzie nie robiły na niej najmniejszego wrażenia.

Przyłapywała się na tym, że czekała na przypadkowe spotkanie, na to krótkie spojrzenie, które sprawiało, że przypominała sobie, iż nadal jest kobietą.

Ze zdziwieniem zauważyła, że wyrzuty sumienia wobec Mirka nie przyćmiły nadmiernego zainteresowania nowym sąsiadem. Dawno nikt obcy nie zaintrygował jej tak mocno.

Pukanie rozległo się niespodziewanie, odrywając ją od własnych myśli. Zmarszczyła brwi z głupią nadzieją, że to właśnie on.

Kiedy otworzyła drzwi, Wojtek stał tam z zafrasowaną i podejrzanie niewinną miną.

— Cześć — powiedział, unosząc lekko rękę — chyba ostatnio zostawiłem u ciebie pendrive.

— Pendrive?

— Tak.

— Jestem pewna, że żadnego nie miałeś ze sobą.

Westchnął głęboko.

— Liczyłem, że będziesz mniej spostrzegawcza.

Mimo woli zaśmiała się lekko.

— Czyli nawet się nie starasz udawać?

— Staram się, nawet bardzo. Po prostu wychodzi mi przeciętnie.

Oparł ramię o framugę drzwi i spojrzał na nią z rozbawieniem.

— Mogę wejść i razem z tobą poszukać mojego nieistniejącego pendrive’a?

Skrzyżowała ręce.

— To brzmi jak najgorszy pretekst w historii.

— Naprawdę? Myślałem, że to klasyk.

— Klasykiem jest pożyczka szklanki cukru.

— Akurat cukru mam cały worek i nie używam szklanek. Wolę kubki. Jestem emocjonalnie związany z ceramiką.

Zerknął w głąb domu, wyraźnie szukając pretekstu, żeby zostać chwilę dłużej.

Pokręciła głową, walcząc z uśmiechem. Wpuściła go do środka.

— Dobrze. Szukaj tego fikcyjnego pendrive’a — powiedziała, wskazując ręką na salon — masz trzy minuty. Po tym czasie wracam do pracy.

— Dziesięć.

— Pięć.

— Twarda z ciebie negocjatorka.

— Mam doświadczenie z facetami, którzy kombinują.

Jego uśmiech przygasł. Spojrzał na nią poważnie.

— To zabrzmiało jak ostrzeżenie.

— Może nim było.

— Nie każdy mężczyzna jest jak twój mąż… — powiedział cicho.

— A skąd wiesz, jaki jest mój mąż? — Zaperzyła się, prostując groźnie ramiona.

— Nie wiem, ale mówiłaś, że zostawił cię w dość… niezręcznej sytuacji.

— To raczej nie jest twoja sprawa — zirytowała się.

— Jasne — uniósł ręce w pojednawczym geście — nie chciałem cię urazić. Ja tylko…

— Co ty tylko? — Przerwała mu ostro.

Zrobił krok w jej stronę, jakby chciał coś powiedzieć, a jednocześnie nie był pewien, czy powinien.

— Nigdy nie zostawiłbym swojej kobiety w takiej sytuacji…

— Taaa? I co byś zrobił? Uciekłbyś z więzienia? — Zapytała z ironią.

— Przede wszystkim nie pakowałbym się w jakąś aferę. A jeśli już bym nawalił, to najpierw zadbałbym o to, żeby moi najbliżsi nie musieli płacić za moje błędy…

— A skąd, do cholery, ty możesz wiedzieć… — wybuchła, próbując za wszelką cenę powstrzymać łzy.

Nienawidziła płakać przy kimkolwiek, a już na pewno nie przy facecie, którego znała od niedawna. Odwróciła głowę, ale było już za późno. Zauważył. Stał nieruchomo, jakby nie wiedział, co zrobić, a potem zrobił coś kompletnie nieoczekiwanego.

Podszedł do niej bez słowa i zupełnie bez uprzedzenia objął ją mocno i przytulił. Zesztywniała z zaskoczenia. Nie ruszała się, stojąc jak słup soli. Kiedy wreszcie doszła do siebie, spytała stłumionym głosem.

— Co ty, na Boga, robisz?

— Przytulam cię — odparł spokojnie, nie wypuszczając jej z ramion.

— Po co?

— Chcę ci pokazać, że nie jesteś niczemu winna. I niepotrzebnie myślisz o sobie jako o „żonie oszusta”. Nikt z tutejszych mieszkańców cię tak nie traktuje, poza… tobą.

Lekko, ale stanowczo odepchnęła go od siebie.

— A ty co? Ankietę robiłeś?

— Nie, ale poznałem już kilka osób stąd…

— I nie masz o czym plotkować tylko o mnie?

— Jesteś bardzo interesująca… chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o swojej uroczej sąsiadce — zrobił niewinną minę.

— Dobra, znalazłeś już ten pendrive? — Zmieniła temat.

— Nie, bo go nigdy tu nie było. To był tylko pretekst, żeby cię zobaczyć — powiedział to z taką szczerością, że aż zabrakło jej riposty.

— Poczęstujesz mnie kawą? Ekspres masz już sprawny, a ja jeszcze nie mam swojego… — spojrzał na nią z zuchwałym uśmiechem.

Rozbawił ją tym. Uśmiechnęła się. Irytacja jego ostatnim zachowaniem powoli ustępowała.

— Bezczelnie wykorzystujesz sytuację, Kubiszyn — mruknęła.

— Wiem.

— I wcale nie jest ci głupio?

— Ani trochę.

Pokręciła głową.

— Wchodź do kuchni. Drogę już znasz.

— Wiedziałem, że pretekst z pendrivem kiedyś mi się przyda.

— Mało wyrafinowany.

— Ale działa — uśmiechnął się bezczelnie.

Usiedli przy stole. Rozmowa płynęła zaskakująco łatwo. Trochę o domu po panu Staszku, trochę o jego planach remontowych, trochę o życiu, a trochę o niczym.

Isa z coraz większym zaskoczeniem zauważała, że Wojtek miał wyjątkowy talent do słuchania z autentycznym zainteresowaniem. Nie zerkał nerwowo na zegarek, nie spoglądał ukradkowo na telefon, nie mówił tylko o sobie. Słuchał uważnie, zadawał pytania i pamiętał odpowiedzi, a nawet czasem miała wrażenie, że subtelnie flirtował. Robił to trochę od niechcenia, jakby nawet nie zdawał sobie sprawy, że to robi.

— Wiesz — powiedział, opierając łokcie o blat — mam pewną teorię.

— O nie.

— Wygląda mi na to, że od dawna nie dajesz sobie mówić komplementów.

Isa prychnęła lekceważąco.

— A mnie wygląda na to, że ty mówisz je zbyt wielu kobietom.

— Nie aż tylu. Na ten moment ty jesteś jedyną, którą obdarzam tym przywilejem — zawiesił głos.

— Cóż za wyróżnienie. Jestem zaszczycona. A co dokładnie sprawiło, że spotkał mnie taki zaszczyt, poza tym, że od kilku dni jedziesz na moim internecie?

— Po prostu czasem widzę coś więcej.

— No proszę, jasnowidz — zakpiła — a co niby takiego widzisz?

Spojrzał na nią wystarczająco długo, aby poczuła się nieswojo.

— Kogoś, kto chyba trochę zapomniał, że robi wrażenie.

Jego słowa sprawiły, że poczuła dziwnie ciepłe łaskotanie pod skórą. Irytujące i niebezpiecznie przyjemne.

— Długo ćwiczyłeś ten tekst? — Zapytała ironicznie.

— Nie. Przyszedł prosto z serca. Po prostu lubię patrzeć, jak się rumienisz.

— Sprytnie wybrnąłeś.

— Lata praktyki. Kilka bolesnych porażek i jedna kawa wylana mi publicznie kiedyś na koszulę.

— Publicznie?

— Nie pytaj. Nie jestem emocjonalnie gotowy na to, żeby wracać do tej historii.

Rozmowa przeciągnęła się sama. Nie wiadomo kiedy za oknem zrobiło się ciemno. A oni dalej siedzieli przy stole, śmiejąc się z historii o sąsiadach, fatalnych randkach i absurdach dorosłości.

W końcu Wojtek spojrzał na zegarek.

— Cholera. Późno.

Wstał.

Isa poczuła krótkie, głupie ukłucie rozczarowania.

Odprowadziła go do drzwi. Stanęli blisko siebie, może nawet trochę zbyt blisko.

— Dobranoc, Isa — powiedział cicho.

Pochylił się i musnął ustami jej policzek.

Spojrzała na niego zaskoczona. Nie odsunął się, znieruchomiał tylko w oczekiwaniu na jej reakcję. Zbliżył się jeszcze odrobinę. Zrobił to na tyle wolno, że mogła się jeszcze cofnąć, ale nie zrobiła tego. Stała tam dalej nieruchomo.

Zbliżył usta do jej warg i delikatnie, niepewnie ją pocałował. Isa poczuła absurdalne zamieszanie w głowie. Czuła, że powinna się odsunąć, wyprosić go i natychmiast przypomnieć sobie o rozsądku, o Mirku, o wszystkich powodach, dla których takie historie kończą się źle.

Tyle że rozsądek był dziwnie nieobecny. Zamiast niego przyszła świadomość, że od bardzo dawna nikt nie patrzył na nią tak, jak teraz patrzył na nią Wojtek. Od bardzo dawna nie czuła cudzych ust na swoich ustach, nie czuła tego ekscytującego dreszczyku, kiedy ktoś jest tak blisko, że słyszy się jego oddech i czuje ciepło jego dłoni. I ta właśnie świadomość nie pozwoliła jej się ruszyć, odsunąć się i zamknąć mu drzwi przed nosem.

Przesunął dłonią ostrożnie po jej ramieniu, dając jej możliwość wycofania się.

— Jeśli każesz mi wyjść — powiedział szeptem — wyjdę.

Chciała powiedzieć: tak, ale zamiast tego wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi minimalnie, prawie niezauważalnie, pokręciła przecząco głową.

Sama była zaskoczona i zawstydzona własną reakcją.

Zaśmiali się oboje. Trochę z powodu napięcia, trochę z powodu niezręczności, a trochę dlatego, że wszystko to wydawało się jednocześnie szalone i zadziwiająco naturalne.

Teraz chciała wyłącznie tego, aby on to powtórzył. Bez skrępowania, bez udawania, bez uciekania w sarkazm, bez tego ostrożnego krążenia wokół siebie.

On chyba wyczuł jej myśli, bo przyciągnął ją bliżej, zdecydowanie, ale jednocześnie ostrożnie, jakby chciał dać jej przestrzeń na zmianę zdania. Oboje jednak wiedzieli, że żadne z nich już się nie cofnie.

Objął ją w talii jedną ręką i przyciągnął do siebie tak mocno, że poczuła bijące od niego przyjemne ciepło. Gdzieś pomiędzy kolejnymi oddechami zniknęło skrępowanie i poczucie, że przecież powinna zachowywać się rozsądnie.

Jego kolejny pocałunek był już znacznie bardziej odważny, bardziej zachłanny.

— Ostrzegam — szepnęła, próbując odzyskać resztki rozsądku — dawno nie trenowałam.

— Spokojnie. Ja też mam już swoje lata świetności za sobą — mruknął.

Zaśmiali się oboje, po czym znowu zachłannie przywarli do siebie, zderzając się z framugą drzwi.

— Au — syknęła — to chyba znak, żebyśmy odpuścili.

— Zignoruj go — szepnął — nie trzeba wierzyć w takie bzdury.

— Słusznie.

Zaśmiali się ponownie, a napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej wydawało się niemal nieznośne, teraz zelżało.

Znowu przywarli do siebie. Jego język śmiało penetrował jej usta, a jej ręce niecierpliwie rozpinały kolejne guziki koszuli.

Przyciągali się do siebie z taką siłą, jakby każde z nich bało się, że ta chwila zaraz zniknie i okaże się iluzją.

Drogę do sypialni znaczyły kolejne części garderoby, które tworzyły chaotyczny ślad niecierpliwości i pożądania.

Upadli na łóżko, tak gwałtownie, że lekko odbili się od materaca. Zachichotali jednocześnie, a resztki skrępowania ustąpiły miejsca beztrosce.

Całował jej szyję, zatrzymując się na chwilę przy każdym muśnięciu, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr jej ciała. Przesuwał ustami coraz niżej, tworząc na jej skórze ścieżkę wyznaczaną przez przyjemne dreszcze. Językiem pieścił jej sutki, aż stały się twarde jak kamień. Ona błądziła dłońmi po jego ciele, co jakiś czas wsuwając palce w jego włosy i przyciągając go bliżej siebie.

Świat poza sypialnią przestał istnieć. Nie było problemów, Mirka ani pytań o to, co dalej. Byli tylko oni, ich śmiech, przyspieszone oddechy oraz to ekscytujące poczucie bliskości.

Kolanem delikatnie rozsunął jej nogi. Ich spojrzenia spotkały się, jakby oboje chcieli upewnić się, że naprawdę tego pragną. Nie pozwolił, by oczekiwanie trwało dłużej. Czuła, że jest gotowy. Ona też była gotowa, cholernie gotowa. Pragnęła go z intensywnością, która zaskakiwała nawet ją samą. Niecierpliwe oczekiwanie na niego pulsowało w jej wnętrzu z każdą chwilą mocniej. Kiedy wreszcie zniknęła ostatnia bariera między nimi, jęknęła cicho, czując falę emocji silniejszą od rozsądku. Stało się to, na co tak długo czekała. Całkowicie poddała się tej chwili, poczuła jego bliskość jeszcze mocniej. Wtargnął w nią zdecydowanie. Jego ruchy były coraz pewniejsze, szybsze, coraz bardziej intensywne, a jego zapach i dotyk sprawiały, że traciła poczucie czasu i miejsca.

Przyciągnęła go do siebie jeszcze bliżej, jakby bała się, że za chwilę ten moment się skończy. Każdy dotyk, każdy oddech, każde muśnięcie skóry potęgowały napięcie, które od dawna narastało w niej. W końcu jej ciałem wstrząsnęła gwałtowna fala kulminacyjna, tak intensywna, że aż wygięła się lekko, zaciskając dłonie na jego ramionach. Miała wrażenie, że wszystko wokół przestało istnieć. Była tylko jego bliskość i oszałamiające poczucie spełnienia, którego nie doświadczała od bardzo dawna.

Znieruchomiał. Poczuła, że ciepłe spełnienie rozlało się w jej wnętrzu, ale bliskość między nimi nie zniknęła wraz z końcem chwili uniesienia.

Oboje dochodzili do siebie, próbując uspokoić oddech. Pochylił głowę i oparł swoje czoło o jej czoło. W jego oczach mieszały się satysfakcja i niedowierzanie, że to naprawdę się wydarzyło.

Uśmiechnął się do niej i pocałował lekko. Potem położył się obok, podparł głowę dłonią i przyglądał jej się z uwagą.

Leżeli tak obok siebie, rozgrzani, zmęczeni i trochę oszołomieni tym, co się wydarzyło.

Zerknęła na niego i zaśmiała się głośno.

— Aż taki byłem słaby, że cię rozśmieszyłem?

— Nie. Ja tylko nie wierzę, że dałam się poderwać na pendrive’a — mruknęła.

— Technicznie rzecz biorąc, nadal go szukam i mam wrażenie, że jeszcze długo będę go szukał — odpowiedział całkiem poważnie.

Odwróciła się do niego bokiem i oparła głowę na splecionych dłoniach.

— Mówił ci ktoś, że jesteś bezczelny?

— Tak. Często to słyszę. I w tym tkwi mój urok.

— Wszystkie na to lecą?

— Nie. Tylko taka jedna…

— Chyba niezbyt rozgarnięta…

— Skąd. Całkiem niczego sobie.

Zaśmiali się jednocześnie, głośno i szczerze.

Za oknem było już zupełnie ciemno. Wśród szumu wiatru, gdzieś w oddali, rozległo się szczekanie psa. Zwyczajne dźwięki świata wydawały się teraz dziwnie przytłumione, odległe i pozbawione znaczenia.

Isa leżała z otwartymi oczami, wsłuchując się w spokojny oddech Wojtka. Ku własnemu zdziwieniu zaważyła, że nie martwiła się o Mirka ani o to, co będzie jutro. Nie czuła już ciężaru odpowiedzialności, który nieustannie nosiła na barkach. Była tylko teraźniejszość i spokój oraz świadomość, że po bardzo długim czasie nie zasypia sama ze swoimi myślami.Rozdział 4
Po drugiej stronie szczęścia

Wojtek zamieszkał w jej życiu tak naturalnie, jakby zawsze miał w nim miejsce. Najpierw wpadał „na chwilę”, po młotek, po ładowarkę, z pytaniem, czy wie, gdzie w okolicy kupić normalną kawę, bo ta z marketu smakuje jak kara za grzechy. Swoje preteksty nadmiernie głośno wygłaszał na podwórku, zerkając w stronę ciekawskich sąsiadek Isy, pani Halinki i jej przyjaciółki, pani Grażynki. Za każdym razem, kiedy przychodził, obie starsze damy miały coś niezwykle ważnego do zrobienia tuż przy ogrodzeniu oddzielającym ich posesję od posesji Isy.

Któregoś dnia Wojtek przestał już wymyślać preteksty, a nawet udawać, że jakiekolwiek są potrzebne. Po prostu przychodził. Przestali ukrywać swoją relację, nie przejmując się zgorszonymi spojrzeniami sąsiadów i kiwaniem głową z dezaprobatą na ich widok. Już nie wzruszały jej wścibskie spojrzenia ludzi, w których kiedyś widziała nutę współczucia, a teraz dostrzegała jedynie lekkie zgorszenie.

Wieść o jej domniemanym romansie z nowym sąsiadem krążyła już w okolicy, wzbudzając niezdrowe podniecenie i święte oburzenie, zwłaszcza u starszych, nadobnych dam.

Miała gdzieś, co myślą o niej dewotki, które nie mogły jej wybaczyć szczęścia. Może zżerała ich zazdrość, że dla nich ten czas ekscytacji już odszedł bezpowrotnie.

Choć próbowała zachowywać resztki godności, prawda była taka, że czuła się jak zakochana nastolatka zamknięta w ciele dojrzałej kobiety. Czasem nawet miała wrażenie, że zachowuje się jak kotka w rui. Na samą myśl o Wojtku czuła intensywne pulsowanie niemal w całym ciele.

Nieraz łapała się na tym, że z niecierpliwością czeka na to charakterystyczne skrzypnięcie furtki, krótkie, specyficzne pukanie do drzwi i jego głęboki, niski głos.

Kiedy już oboje znikali w domu, chowając się przed ciekawskimi spojrzeniami starszych pań, natychmiast, jak napaleni nastolatkowie, łapczywie wpadali sobie w ramiona.

Jego obecność sprawiała, że dom przestał być przygnębiająco cichy. Teraz ktoś śmiał się w kuchni, komentował absurdalne programy w telewizji i bez pytania poprawiał coś, co „dziwnie skrzypi”.

Sypialnia z czasem stała się miejscem ekscytującym i grzesznym. Za każdym razem, kiedy tam wchodziła, przypominała sobie ten dreszcz, który ją przechodził, kiedy on ją dotykał, kiedy ją całował, raz spokojnie i czule, a raz gwałtownie i zaborczo.

To dzięki niemu zaczęła znowu patrzeć na siebie inaczej. Już nie była żoną Mirka-oszusta. Była kobietą. Prawdziwą kobietą, a nie zmęczonym dodatkiem do cudzego życia.

Coraz częściej zastanawiała się, czy perfumy, których używa, spodobają mu się, czy sukienka, którą właśnie założyła, sprawi, że nie będzie mógł oderwać od niej wzroku, i czy bielizna, którą ma na sobie, będzie dla niego wystarczająco podniecająca, aby kolejną noc spędzili na testowaniu coraz to nowszych pozycji.

Na początku myślała tylko o Wojtku i o tym, co będą robić kolejnej nocy. Traktowała tę znajomość jak coś bardzo przyjemnego, ale jednocześnie ulotnego. Jak krótką chwilę szczęścia, która prędzej czy później musi się skończyć. Była przekonana, że zniknie tak samo szybko, jak sen tuż po przebudzeniu. Z czasem jednak zaczęła fantazjować coraz śmielej, sięgając marzeniami w przyszłość. Marzyła o wspólnych śniadaniach, o kimś, kto śmieje się z nią przy kawie, o zwyczajnym życiu bez poczucia winy.

Jedyne, co naprawdę spędzało jej sen z powiek, to fakt, że Wojtek bywał czasami nieobecny i zamyślony. W takich chwilach patrzył gdzieś ponad jej głową, jakby widział coś, czego ona nie mogła dostrzec.

Zdarzało mu się urwać zdanie w połowie, jakby właśnie przypomniał sobie o czymś, o czym wolałby nie pamiętać. Innym razem wspominał półgłosem, że może nie powinien, że może to wszystko nie jest w porządku, że czasem ma wrażenie, iż zaszli za daleko.

Isa nigdy nie dopytywała, bo bała się odpowiedzi. W takich chwilach wystarczał jeden jej dotyk, jeden uśmiech, jedno spojrzenie, a wszystkie jego wątpliwości ulatywały jak spłoszone ptaki. Wracał do niej i znowu był „jej Wojtkiem”. Choć nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą, trochę lubiła te jego momenty słabości. Wtedy wydawał się bardziej prawdziwy, mniej pewny siebie, bardziej jej. Po takich chwilach szukał jej bliskości niemal zachłannie, jakby próbował zagłuszyć własne myśli i odnaleźć spokój właśnie przy niej. A ona pozwalała mu wierzyć, że to działa. Choć gdzieś głęboko zaczynała się zastanawiać, skąd właściwie biorą się te wszystkie niewypowiedziane skrupuły.

Któregoś wieczoru siedzieli na tarasie z kubkami gorącej herbaty. Niedawny deszcz ochłodził powietrze na tyle, że musieli się okryć grubym kocem.

Wojtek siedział blisko, obejmując ją ramieniem. Położyła głowę na jego barku i zapatrzyła się na panią Bożenkę idącą pobliskim chodnikiem. Kobieta tak mocno skupiła się na nich, że w pewnym momencie się potknęła i omal nie wyrżnęła orła. Zaśmiali się cicho na widok tego, jak dramatycznie macha rękami, próbując złapać równowagę.

— Wiesz — nagle spoważniał — dziwnie szybko się przyzwyczaiłem do tego.

— Do czego?

— Do ciebie.

Poczuła znajome ciepło rozlewające się gdzieś w środku.

— To brzmi niebezpiecznie.

— Trochę jest — uśmiechnął się lekko, całując ją w czoło — ale nie mam ochoty się wycofywać.

Zapadła chwila ciszy, takiej trochę zbyt poważnej.

— Myślałaś kiedyś… no wiesz… o tym, co dalej?

Uniósł kubek do ust, ale jego spojrzenie ani na chwilę jej nie opuściło.

— Co masz na myśli? — Zapytała ostrożnie.

Wzruszył ramionami.

— Ty i ja. Kiedy wreszcie przestaniemy udawać, że to tylko przypadkowe wieczory? Kiedy w końcu przestaniemy kraść szczęście?

Serce zabiło jej szybciej, bo przecież właśnie o tym od dawna fantazjowała. Nigdy jednak nie zdobyłaby się, żeby powiedzieć to pierwsza.

— Czy ty mi coś proponujesz? — Spytała ostrożnie.

— Owszem.

— Co?

— Wspólny zakup kosiarki do trawy — zaśmiał się — dobrze wiesz, co ci proponuję…

— Wiem, ale…

— Ale?

— Muszę najpierw uporządkować sprawy z Mirkiem.

— Czyli się zgadzasz?

Nie odpowiedziała. Spojrzała mu tylko w oczy i się uśmiechnęła. Potem pocałowała go długo i namiętnie.

— Potraktuję to jak „tak” — mruknął z satysfakcją.

— Nie rozpędzaj się.

— Za późno.

Zaśmiali się oboje.

Po krótkim milczeniu spoważniał.

— Rozważałaś rozwód?

— Rozważałam — odparła krótko.

— Pytam serio.

— Mówię serio, ale Mirek nadal jest w więzieniu… — westchnęła.

— Wiem… to znaczy… domyślam się, że to komplikuje sprawy — poprawił się.

— To nie jest takie proste — westchnęła — nawet jeśli się rozwiodę, nie zacznę żyć od razu jak w romantycznej komedii. Muszę pomyśleć też o rzeczach bardziej przyziemnych. Gdzieś przecież muszę mieszkać, czymś jeździć, coś jeść. Pewnie będę musiała poszukać lepiej płatnej pracy i poukładać wszystko od nowa.

— Dlaczego zakładasz, że nie zostaniesz tutaj? Przecież to on może się wyprowadzić.

— Nie. Nie zamierzam walczyć o jego dom. To wszystko należy do niego. Dom, konta, auta.

— Ale przecież wspólnota małżeńska i te sprawy…

— Większość majątku to jego osobista własność — wykonała bezradny gest dłonią — a ja nie zamierzam się o to upominać.

Wojtek zmarszczył lekko brwi.

— Nie zadbał o ciebie?

Spojrzała na niego z rozbawieniem.

— Zadbał. Dopóki jestem jego żoną, mogę korzystać ze wszystkiego. Ale coś mi się wydaje, że zaczynasz brzmieć jak księgowy.

Roześmiał się trochę sztucznie.

— Po prostu pytam.

Rozłożyła bezradnie ręce.

— Nie zastanawiałam się nad tym, ale wydaje mi się, że jeśli się rozwiodę, prawdopodobnie zostanę z jedną walizką i rozpadającym się małym domkiem nad Nidą, który odziedziczyłam po ojcu.

— Nie przesadzaj.

— Nie przesadzam. Będę biedna jak mysz kościelna i będziesz musiał wziąć mnie na utrzymanie — powiedziała z udawaną powagą — ostrzegam tylko: jestem droga w utrzymaniu. Mam swoje potrzeby.

— Jakie? — Mruknął, całując jej szyję.

— Kawa, kosmetyki, sushi — wyliczała, lekko odchylając głowę i odsłaniając dla niego szyję.

— A teraz? Kiedy go nie ma? Masz jakieś upoważnienia? Dostęp do kont? Cokolwiek? — Pytał między jednym a drugim pocałunkiem.

— Mam upoważnienie do konta, ale…

— Ale?

— Na tym koncie nie jest za bogato. Kiedy był na wolności, było tam znacznie więcej. Teraz, gdy jego interesy upadły… powiedzmy, że luksusowego życia z tego nie będzie — szepnęła, odwzajemniając kolejny pocałunek.

— A gdyby coś mu się stało? To też zostajesz z niczym? — Zapytał pozornie swobodnym tonem, przesuwając opuszkami palców po jej ramieniu.

— Ale co miałoby mu się stać? — Uniosła głowę i spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem.

— No wiesz… — przejechał powoli palcem po jej szyi — życie bywa zaskakujące…

— Pewnie nie zostałabym z niczym. Jako żona mam chyba jakieś prawo do spadku, ale… nigdy o tym nie rozmawialiśmy i nie zakładam, że coś mogłoby mu się stać.

— Nic ci nie zostawił? Żadnych wskazówek, haseł, kontaktów?

Zmarszczyła lekko brwi. Jej palce zawisły przy guziku jego koszuli, zatrzymując się w połowie rozpinania.

— O co ci chodzi?

Wojtek zawahał się na sekundę.

— Martwię się o ciebie i… o to, co będzie dalej z nami.

— Z nami? — Zawahała się na moment.

— Tak, chcę mieć pewność, że mnie nie zostawisz, kiedy on wróci. Chcę, żebyś była bezpieczna i wolna od obciążeń po nim… a poza tym… ludzie gadają.

— Ludzie?

— No… o sprawie Mirka. Coś czasem ktoś wspomni.

Poczuła lekkie ukłucie niepokoju.

— Co niby wspomni?

Wojtek wzruszył ramionami.

— Że podobno to była grubsza sprawa, dotycząca ogromnych pieniędzy. A tu nagle puste konto?

Podniosła się i spojrzała na niego uważniej. Romantyczny nastrój nagle się ulotnił. Jego zainteresowanie sprawą Mirka wydało jej się zbyt natarczywe.

— A ty co z policji jesteś, czy co?

— Tak i zaraz cię aresztuję i wsadzę do… łóżka.

— Brzmi poważnie — uśmiechnęła się lekko.

— Bardzo. Grozi za to dożywotnie skazanie na moje towarzystwo.

— Z takim wyrokiem nie będę dyskutować.

Kiedy przesunął dłonią po jej ramieniu, niedawne ukłucie niepokoju rozpłynęło się równie szybko, jak się pojawiło, i ustąpiło miejsca budzącemu się pożądaniu. Sięgnęła pod koc i wsunęła dłoń do jego rozpiętych spodni. Uśmiechnął się i mruknął cicho:

— Nieważne. Nie gadajmy o nim.

Odchylił głowę na oparcie fotela i zamknął oczy. Na jego twarzy pojawił się błogi spokój, który powoli ustępował miejsca rosnącemu napięciu, tym szybciej, im bardziej ona starała się go zaspokoić.

On też sięgnął ręką pod koc. Jego niecierpliwe palce doprowadzały ją na wyżyny narastającej żądzy. Czuła, jak z jej wnętrza wypływa coś mokrego i podniecającego. W narastającym uniesieniu jej ruchy były coraz bardziej intensywne. Jej biodra i jego dłoń, jego biodra i jej dłoń poruszały się w jednym rytmie, aż do momentu, kiedy oboje jęknęli z ulgą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij