Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sekret Willi Carlotta - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Sekret Willi Carlotta - ebook

Oparta na prawdziwej historii opowieść o namiętnościach i sekretach Charlotte, księżniczki pruskiej, rozgrywająca się w urokliwej rezydencji, która do dziś nosi jej imię.

Rok 1848. Rejon włoskiego jeziora Como jest najbardziej eks­kluzywnym miejscem wypoczynku w Europie. Z początkiem sezonu ściąga tu crème de la crème europejskiej arystokracji, by urządzać pełne przepychu przyjęcia, słuchać najświeższych plotek i aranżować małżeństwa.

Charlotte jest najstarszą córką księżnej Marianne, która w at­mosferze skandalu odeszła od męża. Przyjechała nad Como, aby spędzić lato z córkami. Charlotte musi zadebiutować w towarzystwie i znaleźć odpowiedniego kandydata na męża. Księżniczce ciąży jednak uwikłanie w konwenanse. Podczas przyjęcia porzuca więc gości i ucieka do ogrodu, gdzie spo­tyka tego, który odmieni jej życie na najbliższe tygodnie.

Pierwsza w Polsce książka z oprawionymi brzegami, wyjątkowe wydanie z oprawą etui.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-209-3
Rozmiar pliku: 4,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG
TREMEZZO, 25 SIERPNIA 1848

Wiedziała o tym: gdy się o niej mówi, dziewczynka się pojawia. Charlotte przeklinała się w duchu za swoją głupotę i za to, że nie zaufała własnej intuicji i przeczuciom – ani tym bardziej własnemu rozumowi.

Duch dziewczynki tam był. Zobaczyła go wcześniej w ogrodzie, a teraz, gdy po niebie przetaczały się grzmoty, wyraźnie wyczuwała jego obecność. Poprzedzające je błyskawice rozświetlały widoczne z okna willi jezioro, którego tafla nie mogła być tej nocy czarniejsza.

Usilnie starała się zapomnieć słowa, które wyszeptała przed kilkoma minutami, jakby chcąc skusić los, ale wracały do niej uporczywie:

Wiruje, wiruje w fal łonie

Dziewczynka, co obcy jej sen,

Wiruje i w mroku tonie,

Popłyniesz za nią jak tren.

Dlaczego wyrecytowałam tę głupią rymowankę? – spytała sama siebie. Chwyciła latarnię i wyszła z pokoju. Rozważała, czy nie pójść do siostry i nie wślizgnąć się obok niej pod pierzynę, by wsłuchać się w jej kojący szept, że to tylko sen, tylko rozgorączkowana wyobraźnia.

Mała Marie pocieszała już kiedyś starszą siostrę. W pałacu w Charlottenburgu, wiele lat wcześniej, gdy Charlotte najpierw usłyszała zapłakaną matkę na schodach, a potem weszła do jej pokoju. Nikomu nigdy nie powiedziała, co wtedy zobaczyła, ale tamten obraz prześladował ją do dziś, zwłaszcza w nocy, w sennych koszmarach. Charlotte z całych sił pragnęła wymazać go z pamięci, ale wciąż boleśnie nie dawał jej spokoju.

Burza szalała nad willą, gdy Charlotte zamknęła za sobą drzwi pokoju i znalazła się w długim korytarzu. Ściany zdobiły po części portrety dawnych właścicieli posiadłości, a po części członków jej własnej rodziny – te drugie zawiesiła tu matka po zakupie majątku. Poważne spojrzenia i złożone dłonie namalowanych postaci zawsze budziły w niej dziwny niepokój. Przez całe lato, za każdym razem, gdy mijała obrazy, czuła się obserwowana.

Błyskawica przeszyła niebo nad jeziorem, a potem rozległ się grzmot.

Nagle zdało jej się, że tuż za sobą słyszy głos dziewczynki, niosący się echem w długim korytarzu: „Mama”. „Mama!” Charlotte przeszył dreszcz. Nie miała zamiaru się odwrócić. Żeby dotrzeć do pokoju Marie, musiałaby iść właśnie w kierunku, z którego dochodził głos. Przenigdy. Pobiegła w przeciwną stronę, zdyszana dotarła do końca korytarza i zbiegła po schodach. Powinna była zostać w swoim pokoju, nie powinna była próbować przywoływać żadnych duchów. Wiedziała, że im gorliwiej wierzysz w duchy, tym chętniej dadzą ci to, o co prosisz.

Charlotte wybiegła do ogrodu i wydało jej się, że znów widzi dziewczynkę, między drzewami. Co tchu popędziła w stronę gaju pomarańczowego. Deszcz zmoczył jej twarz i włosy, nocna koszula przemokła. Odwróciła się w stronę willi i raptem wydawało jej się, że wskazówki zegara na fasadzie wirują, usłyszała dźwięk przypominający szelest szat, a posąg kobiety stojący przy bramie zdawał się z niej drwić.

– Co złego zrobiłam? – zapytała na głos, choć tak naprawdę nie chciała otrzymać odpowiedzi. Nie spodobałaby się jej. Odkąd przybyła nad jezioro Como, otoczyła się kłamstwami i sekretami, na pierwszym miejscu stawiając zaspokajanie własnej ciekawości i nie robiąc nic – poza mnożeniem kłopotów.

Wobec nikogo nie zachowała się dobrze, nie próbowała nawet ochronić siostry przed miłosną pomyłką. Być może sprawiedliwą karą, na jaką zasługiwała, było właśnie to palące ją w żyłach szaleństwo i ten strach przed czymś, co widziała tylko ona, a co najpewniej w ogóle nie istniało.

Wpadła do gaju zdyszana. Chciała znów się obejrzeć, lecz potknęła się o kamień. Upadła na ziemię, w ostatniej chwili wyciągając ręce przed siebie, by osłonić twarz.

Charlotte uniosła głowę i zobaczyła go przed sobą.

Był ostatnią osobą, jaką chciała spotkać nocą w ogrodzie swojej willi.

– Charlotte – szepnął książę i wyciągnął ku niej dłoń.

Drżąc, chwyciła jego rękę. Poczuła silny uścisk i pozwoliła się podnieść. Przez moment chciała rzucić mu się w ramiona, ale szybko powstrzymała ten odruch.

– Georg… co… co tu robisz? – spytała, szczękając zębami.

– Charlotte, to nie czas na pytania.

– Wręcz przeciwnie. Musisz mi powiedzieć. Dlaczego tu jesteś? – wyszeptała ponownie i wyzwoliła się z uścisku.

– Nie mogę zdradzić ci wszystkiego – powiedział cicho, prowadząc ją w stronę portyku.

– Widziałam jakąś dziewczynkę. Była tam, w ogrodzie. Czy ty też ją widziałeś?

Książę spojrzał w kierunku wskazanym przez Charlotte i westchnął.

– Nie – odparł stanowczo. – Nie widzę tego, co ty. Ale chyba jest kilka spraw, o których powinnaś wiedzieć.1
POCZDAM, SZEŚĆ MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Jednej rzeczy Charlotte była pewna: nigdy nie wybaczy matce. Przechadzając się ścieżkami w ogrodzie Pałacu Sanssouci, słyszała nieznośne poszeptywania hrabin, które skryte za swoimi wachlarzami, z chichotem śledziły wzrokiem ją i jej siostrę. Nie był to łatwy czas. Król, stryj Friedrich Wilhelm, przeniósł cały swój dwór do Poczdamu, po czym wrócił do Berlina tłumić rewolty i nawet Charlotte musiała się dostosować do nowej rzeczywistości – owszem, w pałacu pełnym przepychu, lecz nieporównywalnym z jej Berlinem, gdzie przyszła na świat i gdzie dorastała. Nigdy nie była w Wersalu, lecz słyszała, że rezydencję w Poczdamie wzniesiono właśnie na wzór tego wytwornego francuskiego pałacu.

Co za szczęście, pomyślała z irytacją, że sans souci oznacza „beztroski”. Co jak co, ale ludzi w tym miejscu z pewnością nie uznałaby za wolnych od trosk – zwłaszcza o nie swoje sprawy.

– Dlaczego tak się zachowują? – spytała szesnastoletnia Marie. Była dwa lata młodsza od Charlotte i boleśnie zdawała sobie sprawę z plotek krążących na pruskim dworze.

– Nie zwracaj na nie uwagi, idź z podniesioną głową – odparła jedynie Charlotte, biorąc siostrę pod rękę, jakby chciała ją ochronić. Słońce tego dnia nie grzało zbyt mocno, lecz mimo to miała wrażenie, że policzki płoną jej od gorąca.

Dash, cavalier king charles spaniel, którego Charlotte dostała w prezencie na siedemnaste urodziny i który otrzymał takie samo imię jak pupil królowej Wiktorii, truchtał obok nich, nieco zmęczony, z wywieszonym językiem.

Charlotte karciła go za każdym razem, gdy tylko się zatrzymywał, by coś powąchać.

– Żeby księżniczka nie mogła wyjść na spacer i zaczerpnąć świeżego powietrza – westchnęła głośno Charlotte, zwracając się bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Od trzech dni, od chwili pamiętnego skandalu, nie opuszczała pałacu. Grała na pianinie lub z książką w dłoni wyglądała przez okno swojej sypialni.

– Czy po powrocie mam przygotować herbatę? – spytała służąca Annette, starając się dotrzymać kroku dwóm siostrom.

– Myślę, że zaszyję się w gabinecie i będę kończyć swój obraz – odpowiedziała Charlotte.

Marie prychnęła.

– Już wracamy? Ależ nudno.

Charlotte zatrzymała się na środku alejki, na wysokości fontanny, przy której zebrało się kilka dam podziwiających grę świateł. Trójka przyzwoitek również przystanęła, w odległości paru kroków, wstrzymana ręką Annette.

– Posłuchaj mnie dobrze, Marie Alexandrine – odparła Charlotte, swoimi ciemnymi oczyma wpatrując się w błękitne oczy siostry. – Pozwoliłam ci towarzyszyć mi na spacerze tylko dlatego, że nalegałaś i że mama nie pozwala ci jeszcze wychodzić samej. Więc to ja decyduję, kiedy wracamy, tak? A ja chcę wrócić. Męczą mnie te spojrzenia.

Być może nadmiernie podniosła głos: nawet fontanna wydawała się onieśmielona, a damy raptem schowały się za wachlarzami.

Marie się nadąsała.

– Zawsze wszystko jest po twojemu. Kiedy będę miała męża i będę mogła odejść, wtedy to ja będę o wszystkim decydować – mruknęła.

– Gdy wyjdziesz za mąż, prawdziwe problemy dopiero się zaczną. Jeszcze tego nie pojęłaś?

– To, że mamie i tacie nie wyszło, nie oznacza, że i nas spotka taki los, Charlotte.

– Cicho bądź i chodź. Wydaje ci się, że będziemy to omawiać w tym miejscu? Ci ludzie tylko czekają, żeby rozpuścić kolejną plotkę – odparowała Charlotte.

Przyspieszyła, ciągnąc siostrę za sobą.

Gdy dotarły do pałacu, Annette, cała czerwona na twarzy, z trudem łapała oddech.

– Przyjemny spacer, Charlotte? – zapytała księżna Luise, ich ukochana babcia.

– Raczej bieg na wyścigi zakończony sprintem – odparła Marie.

Charlotte zauważyła, że Annette jej przytakuje. Pomyślała, że Dash, który zdążył już paść zmęczony na swoje legowisko, również by się zgodził, gdyby tylko umiał mówić.

– Nie bądź bezczelna – zganiła siostrę, a Luise zaczęła się śmiać, zakrywając usta białymi rękawiczkami.

Księżna Luise była wyjątkową babcią. Mimo wieku zachowała wiele gracji, a portrety rozsiane po jej komnatach świadczyły, że była jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki. Nie bez powodu nawet sam Napoleon uległ jej urokowi, gdy negocjowała z nim podział terytoriów.

Uwielbiała opowiadać takie anegdotki, podkreślając niezmiennie, że walczyła o Prusy częściej, niż czynił to jej ukochany mąż.

– Widzimy się na kolacji – oznajmiła. – Mamy wam coś ważnego do przekazania.

Charlotte wzniosła oczy ku niebu. Miała już dość niespodzianek.

Gdy wspinały się po marmurowych schodach w kierunku swoich sypialni, Marie nie mogła się powstrzymać od komentarza:

– Ciekawe, co babcia miała na myśli.

– Mam tylko nadzieję, że to żadne złe wieści. Obawiam się, że tego bym już nie zniosła.

– Naprawdę idziesz teraz malować? – zapytała Marie.

– Oczywiście.

– Co za nuda. Siedzisz nad tą martwą naturą od tygodnia. Niedługo będzie bardziej żywa od ciebie. Ja sobie pozwolę na kąpiel, a potem spróbuję lepiej ułożyć te głupie włosy.

Charlotte się uśmiechnęła. Ona i Marie były siostrami, ale zupełnie nie było tego po nich widać. Różniły się od siebie pod każdym względem. Nie tylko wyglądem – kolorem oczu i włosów, które Charlotte odziedziczyła po ojcu, a Marie po matce – ale i temperamentem. Marie, obdarzona niespożytą energią, zdawała się stworzona do pławienia się w koronkach i organzie, mierzenia strojów i tańczenia na balach, podczas gdy Charlotte z trudem potrafiła dotrwać do końca przyjęć, starając się przy tym unikać zaproszeń do tańca. Nienawidziła walca, ale kiedy już musiała tańczyć, tylko w nim czuła się pewnie. Nie znosiła spędzać czasu z rówieśnicami, które rozmawiały wyłącznie o propozycjach małżeństwa lub o najnowszych modnych fryzurach. Nie miała nic przeciwko przymiarkom sukien, lecz jej zainteresowanie znikało w momencie, gdy wybrała kolor, a całe to podkreślanie talii szybko działało jej na nerwy. Znacznie bardziej lubiła kontemplować coraz to nowsze obrazy, które jej matka, znakomita mecenaska sztuki, sprowadzała z całej Europy.

Marianne uwrażliwiła obydwie córki na to, jak ważne jest wspieranie sztuki oraz artystów, i nauczyła je uważnej obserwacji.

Ta sama matka, która tak bardzo ją rozczarowała.

Charlotte usiadła na stołku. Przed nią leżały owoce, a w głowie rozbrzmiewały jej słowa nauczyciela malarstwa, młodego Franza: technika to podstawa, Charlotte. Gdy tylko uda ci się odtworzyć przedmiot, czyniąc go własnym, będziesz potrafiła namalować wszystko, co tylko zechcesz. Poczuła, jak rumienią jej się policzki. Jak za każdym razem, gdy myślała o Franzu. Nie mogła oderwać oczu od jego smukłych palców, gdy te poprawiały niedoskonałości jej rysunków. Często, gdy mówił, bez opamiętania wpatrywała się w jego okolone krótką blond brodą usta i wyobrażała sobie, że je całuje. Franz przepięknie malował i był niezwykle atrakcyjny. Już od dwóch lat stanowił obiekt jej erotycznych marzeń, tych, którym się oddawała tuż przed zaśnięciem. Nie interesowali jej hrabiowie ani książęta: tak nudni ze swymi wywodami na temat majątków i konnych wyścigów. Franz natomiast… Z nim mogła godzinami rozmawiać o dziełach Tiepola czy Correggia, a nawet o francuskich malarkach, takich jak Marie-Gabrielle Capet, które diametralnie zmieniły sposób postrzegania sztuki kobiecej.

– Jakże ja bym chciała… – powiedziała do siebie Charlotte, zastygając z uniesionym pędzlem. Kolejna lekcja miała odbyć się już jutro, a ona wciąż nie potrafiła się skupić. Myślami wróciła do wydarzeń sprzed dwóch dni, kiedy to Annette obudziła ją wcześniej niż zwykle i spojrzała na nią ze współczuciem.

– O co chodzi? – spytała Charlotte, nie w pełni jeszcze rozbudzona. Annette rozsunęła zasłony, wpuszczając do wnętrza nikłe światło.

– Wszystkie przykre słowa, jakie panienka dzisiaj usłyszy, nie mają żadnych podstaw – powiedziała. – Proszę o tym pamiętać.

– Annette, wyrażaj się jaśniej. Co ty bredzisz?

Służąca poprawiła fartuch, westchnęła i już nic więcej nie powiedziała, pozostawiając Charlotte w osłupieniu.

Wprawdzie nigdy Charlotte nie dostrzegała między rodzicami wielkiej miłości, ale z pewnością panowała między nimi zgoda – wychowali obie siostry i braciszka z oddaniem i spokojem. Mimo że poglądy Marianne, ich matki, rozmijały się z dworską etykietą, wszyscy byli na ogół zgodni co do tego, że Charlotte i Marie zostały dobrze wychowane. Aż do tamtego dnia Charlotte bezwarunkowo kochała matkę – broniła jej, gdy tylko ktoś niezasadnie nazwał ją libertyńską. To dla niej, przynajmniej początkowo, nauczyła się grać i próbowała – choć bezskutecznie – tę samą pasję zaszczepić u siostry.

Uczesana przez Annette księżniczka udała się do sali jadalnej, gdzie czekała już na nią Marie. Siostra jednak, zamiast jak zwykle zajadać się jajkami i bekonem, patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.

– Co się dzieje? – huknęła Charlotte. – Czy ktoś mi może wyjaśnić, skąd ten grobowy nastrój?

– Mama wkrótce odejdzie – odparła Marie i zaniosła się płaczem.

– Co takiego? Co ty mówisz? – spytała Charlotte, już nieco łagodniejszym tonem.

– Właśnie to, co powiedziałam – wybuchła Marie, coraz bardziej wzburzona, potrząsając lokami. – Nie znamy powodu, ale tata bardzo się na nią zdenerwował i…

Łzy strumieniami płynęły po bladej twarzy Marie. Nie była w stanie dokończyć zdania. Charlotte wróciła myślami do minionych tygodni. Matka wydawała jej się bardziej tajemnicza, chwilami wręcz radosna, na pozór bez powodu, zważywszy na rewolty i zorganizowane w pośpiechu przenosiny z Berlina do Poczdamu. Podsłuchała kilka jej kłótni z tatą, ale nie przykładała do nich większej wagi. Teraz jednak wszystko wydawało się jasne: rodzice się rozstają. Zawsze brzydziła się plotkami, nauczona, że są domeną ludzi złośliwych, którzy nie mają innych tematów do rozmów, jednak teraz, w obliczu konsternacji Marie i słów Annette, rzeczywistość zaczynała do niej boleśnie docierać.

– Gdzie teraz jest Marianne? – spytała Charlotte.

Nazywała tak matkę, gdy była na nią zła. A tego dnia targające nią uczucia były o wiele silniejsze od złości: zaschło jej w gardle, oddychała z trudem. Poczuła się zagubiona. Zawsze akceptowała i podziwiała niezależność matki, jej ekscentryczny styl ubierania się, to, że tak różniła się od innych kobiet, potrafiła wspaniale malować i grać na instrumentach. I nagle, w jednej chwili, straciła do niej cały szacunek. Czy nagłe przenosiny do Poczdamu miały z tym wszystkim coś wspólnego? – zastanawiała się Charlotte. A teraz matka rozważa odejście od ojca? Wszystko działo się zbyt szybko. Że też musiała się tego dowiedzieć od młodszej siostry! Marianne prowadziła je na pewną zgubę, a wszystko przez ten swój egoizm!

– Nie wiem.

Charlotte zostawiła rozpaczającą siostrę w sali jadalnej i wielkimi krokami pokonała korytarz prowadzący do pokoi Marianne. W ślad za nią pobiegła zdyszana Annette.

Charlotte nawet nie zapukała, nie czekała też, aż zostanie zaanonsowana: otworzyła z impetem drzwi do saloniku i ujrzała matkę popijającą jakąś dziwną miksturę, którą ta sprowadzała bezpośrednio z Indii.

– Skarbie, złość źle wpływa na skórę – skonstatowała Marianne, bynajmniej niezaskoczona nagłym pojawieniem się córki.

– Mamo, o co w tym wszystkim chodzi? Co się wydarzyło między tobą a tatą?

Marianne wyciągnęła nogi na sofie i poprawiła jedwabną koszulę.

– Sądziłam, że rozumiesz, przynajmniej ty, zważywszy na to, że jesteś starsza. Twój ojciec w końcu to przyznał: nasze małżeństwo było związkiem dwóch nieprzystających do siebie osobowości. Więc teraz poproszę o rozwód i wszyscy będziemy zadowoleni.

Charlotte zaparło dech w piersiach, gdy usłyszała, z jakim spokojem matka mówi o czymś, co dotyczyło ich wszystkich. Nawet się nie zająknęła, jak wielkim skandalem jest rozwód w rodzinie królewskiej – nie, to jej nie przyszło do głowy. Nie dodała też, że jest jej przykro ze względu na córki. Wydawała się inną osobą, mimo że jej twarz była spokojna, jak gdyby całe to ogromne zamieszanie dotyczyło kogoś innego.

Albo już od jakiegoś czasu była na to przygotowana, albo postradała zmysły, pomyślała Charlotte.

– Czyż nie jest to egoistyczne z twojej strony? – Choć z trudem, zdołała jednak wypowiedzieć to pytanie.

– Charlotte, kto jak kto, ale ty powinnaś rozumieć, że całe swoje życie poświęciłam na niebycie egoistką. Pora, żebym zaczęła myśleć także o sobie, o swoim szczęściu. Nie sądzisz?

Charlotte zacisnęła pięści.

– Ale…

– Nie martw się, wydałam już dyspozycje. Wyjeżdżamy pojutrze. Na razie twój brat Albrecht zostanie tutaj z ojcem. Być może dołączy do nas później, w tym momencie nie jest nam dane to wiedzieć. Pamiętasz willę, którą kupiłam nad jeziorem Como? Spędzimy w niej lato. Będzie cudownie, zobaczysz…

Charlotte spojrzała matce w oczy, tak kasztanowe jak jej.

– Ja z tobą nigdzie nie jadę, zapamiętaj to sobie! Ja też zostaję tu z tatą.

Marianne nawet nie mrugnęła.

– Nigdy ci nie wybaczę tego, co wyrządzasz teraz naszej rodzinie! – rzuciła Charlotte i nie czekając na odpowiedź, wybiegła z komnaty matki. Wróciła na swoje pokoje i przytuliła Dasha, wtulając nos w jego miękką sierść, jak zawsze, gdy potrzebowała pocieszenia. Oświadczyła też, że nie zejdzie ani na obiad, ani na kolację i że nie chce się z nikim widzieć. Gniew wywołany wizją skandalu ustąpił miejsca smutkowi: jej rodzina się rozpadała. Wydawało jej się teraz, że matka tylko czekała, aż córki podrosną, by odzyskać dla siebie życie. Pomyślała o tacie, który zostanie sam, a który na to nie zasłużył. Nigdy nie był uczuciowym ojcem, ale Charlotte była przekonana, że wynikało to nie z braku chęci, lecz z jego pozycji, która nie pozwalała na żadne czułości w przestrzeni publicznej. Najpiękniejsze chwile z ojcem spędzała zawsze podczas spacerów na łonie natury i konnych przejażdżek, na które zabierał ją i siostrę. Nie trzeba było długich rozmów ani dyskusji. Te prowadziło się z Marianne.

Nikt nie zasłużył sobie na to, co się teraz działo.

Od tamtych wydarzeń minęły dwa dni, a nieustanne szepty na korytarzach, płacz Marie i beztroska arogancja matki sprawiały, że Charlotte nie potrafiła uciszyć myśli – nawet malowanie nie przynosiło jej ukojenia. Odłożyła farby do szkatuły i zorientowała się, że nadeszła pora kolacji. Mimo żalu, jaki żywiła do matki, umierała z ciekawości, by się dowiedzieć, jaką wieść ma do przekazania babcia: może przemówiła do rozumu Marianne i nie będzie żadnego rozwodu? Charlotte wróciła do pokoju się przebrać, z pomocą Annette włożyła swoją ulubioną szałwiową suknię z tafty, z bufiastymi rękawami i ciemnozieloną kokardą pod biustem. Suknia ta wymagała także włożenia gorsetu, który należało mocno zaciągnąć na plecach, ale Charlotte była przekonana, że w tym wypadku – i wyłącznie dla tej jednej sukni – warto pocierpieć.

Gdy weszła do sali jadalnej, wszyscy już tam byli. Z wyjątkiem ojca.

– Tata jeszcze nie wrócił? – zapytała.

Księżna Luise spojrzała na wnuczkę, a jej twarz wykrzywił grymas.

– Moja droga, jeśli istnieje rzecz, którą mój syn opanował do perfekcji, to jest nią uciekanie od problemów. Zawsze to robił, nawet gdy był jeszcze chłopięciem. Nie sądzę, by tym razem miało być inaczej. Wasz ojciec nie wróci, dopóki wy stąd nie wyjedziecie.

Charlotte usiadła. Marie patrzyła na nią zmartwiona.

– Koniecznie musimy wyjechać? – spytała.

– Tak. Pojedziecie z nami. Sądziłaś, że twój ojciec pozwoliłby wam tu zostać?

– Przecież to komiczne – wybuchła Charlotte. – Co roku spędzałyśmy czas tutaj, w letniej rezydencji, więc dlaczego teraz nie możemy? Przecież mam lekcje z Franzem! A co, jeśli my nie chcemy wyjeżdżać?

Luise westchnęła.

– Tak czy inaczej, musicie, moja droga.

– Ach, cudownie. Musimy udać się do Włoch, do jakiegoś nieznanego miejsca, w sytuacji, gdy w niczym nie zawiniłyśmy!

– Nieznanego miejsca? Moja droga, nie ma miejsca bardziej znanego niż jezioro Como. Obecnie wszyscy z wyższych sfer przenoszą się właśnie tam, do pięknych letnich pałaców. A ja mam dla ciebie nie tylko tę jedną niespodziankę!

Charlotte upiła łyk wody. To, co babcia nazywała niespodziankami, równie dobrze mogło być potężnymi ciosami – z zaskoczenia.

Marianne tymczasem patrzyła na teściową z wdzięcznością. Charlotte nie potrafiła znieść myśli, że nawet w takiej chwili babcia Luise zdawała się wspierać Marianne, i to ona, Charlotte, była tą zagubioną i zdaną na łaskę innych. Jak na litość boską do tego doszło?

– Po pierwsze – zaczęła babcia – ja również jadę z wami do willi nad jeziorem. Nie mam zamiaru przegapić tego sezonu.

– Chociaż tyle – skomentowała cicho Marie, która była bardzo zżyta z babcią. Nawet Charlotte uznała tę wiadomość za dobrą.

– A co dalej? Jaka jest ta druga niespodzianka?

Charlotte liczyła na radosną wieść, że rozwodu jednak nie będzie. Nadal miała nadzieję.

– Marianne, może ty chcesz jej to powiedzieć? – spytała babcia, zwracając się do synowej.

– Och, z ogromną przyjemnością! Charlotte, skarbie! Nad jeziorem Como zadebiutujesz na salonach! Po tym, co wszyscy tutaj nazywają skandalem, musisz dobrze wyjść za mąż. Jeden Bóg wie, że bardzo tego potrzebujemy! A wtedy w tych szmatławcach, które wszyscy czytają na dworze, nareszcie będą mieli o czym pisać, zamiast wtrącać się w moje sprawy.

Charlotte zamarła. Przesłyszała się? Debiut we Włoszech? W dodatku tak nagle? I to właśnie teraz, gdy jej rodzina znalazła się na ustach wszystkich? A co z Franzem? Dobrze wiedziała, że myślenie o nim nie ma przyszłości, poza tym żadne z nich dwojga nigdy niczego nie wyraziło wprost, czuła jednak, że nie będzie w stanie żyć bez jego powłóczystych spojrzeń, bez ukradkowych muśnięć dłoni, bez krzyżujących się pędzli, gdy oboje dotykali płótna.

Otworzyła usta, aby zaprotestować, lecz entuzjazm w oczach babci uwięził jej słowa w gardle.

– Ach, tylko tobie się szczęści – mruknęła Marie.

Babcia się zaśmiała.

– I na ciebie przyjdzie czas, moja droga. Teraz musimy pomyśleć o naszej Charlotte.

Nie miała innego wyboru. Dyskutowanie z babcią Luise nigdy do niczego nie prowadziło. Ta, która zmusiła do milczenia samego Napoleona, z pewnością nie ugnie się pod lamentami młodej dziewczyny.

Charlotte posłała matce i babci wymuszony uśmiech, upiła jeszcze jeden łyk wody, by przełknąć gorycz, którą poczuła w ustach. Nie chciała wyjeżdżać. Wolałaby dalej unikać tych wszystkich spojrzeń plotkującej arystokracji niż porzucić swoje dotychczasowe życie, swoje komnaty oraz swojego nauczyciela malarstwa, by udać się w długą podróż, i to jeszcze w letniej spiekocie. Poza tym ciągłe przeprowadzki były istnym utrapieniem: wybieranie, co ze sobą zabrać, a co zostawić, było ponad jej siły. Intrygowała ją wprawdzie wizja życia w willi nad jeziorem, ale nikt się nie kwapił, by opisać jej pałac i opowiedzieć, jak dokładnie jest usytuowany względem jeziora. Charlotte była pełna obaw. Co jeżeli będzie się tam dusić? Co jeżeli dom okaże się ciasny lub przesiąknięty wilgocią? I jak ją, pruską księżniczkę, będą traktowali okoliczni mieszkańcy? Na samą tę myśl Charlotte zadrżała.

Jednej rzeczy była niezmiennie pewna: przenigdy nie wybaczy tego matce.2
TREMEZZO, 30 CZERWCA 1848

Gdy tylko Charlotte dostrzegła z łodzi majestatyczną willę, którą jej matka zakupiła jako letnią rezydencję, zakryła dłonią usta, by stłumić okrzyk zdumienia.

Była przyzwyczajona do splendoru i elegancji pruskiego dworu, lecz nic nie mogło jej przygotować na zachwyt, jaki ogarnął ją na widok tak imponującej posiadłości. Budowla sprawiała wrażenie, jakby obejmowała jezioro. Żelazna brama wychodziła bezpośrednio na taflę wody i przystań – pozostającą wyłącznie do ich dyspozycji. Trzypiętrowy budynek oszałamiał harmonijną prostotą. Zdawać by się mogło, że to pałac syreny, pomyślała Charlotte, starając się stłumić entuzjazm.

Zażądała, aby majordomus, Antonio, natychmiast, podczas gdy ich bagaże będą wnoszone do pokoi, oprowadził ją i siostrę po całej posiadłości.

Na parterze każde dzieło sztuki zdawało się opowiadać inną historię. Majordomus poprowadził je do Sali Hayeza, gdzie Charlotte oczarował obraz całującej się młodej pary: on w pełni odziany, stojący już w drzwiach, ona jeszcze w zwiewnej i eleganckiej halce, co sugerowało, że spędzili razem noc. Charlotte pomyślała, że artysta idealnie uchwycił dramatyzm i namiętność sceny. Majordomus spostrzegł, że księżniczka nie potrafi oderwać oczu od malowidła, i pospieszył z wyjaśnieniem:

– Patrzymy na Ostatni pocałunek Julii i Romea Hayeza, panno Charlotte.

Charlotte pokiwała głową, myśląc o wszystkich detalach, o których będzie mogła opowiedzieć Franzowi po powrocie, tymczasem Marie ciągnęła ją za rękaw, ciekawa, co znajduje się dalej. Włochy były kolebką sztuki i marzeniem Franza, który odwiedził je kiedyś, ale jak powiedział, skończyły mu się pieniądze i musiał wrócić do Prus, by kontynuować nauczanie. A teraz ona, pomimo niesprzyjających okoliczności, będzie mogła studiować prace artystów, których tak uwielbiała, a być może wybierze się na wycieczkę do Florencji lub nawet do samego Rzymu.

Charlotte zwlekała jeszcze chwilę. Przypomniały jej się słowa wypowiedziane przez Julię do Romea, nim ten ją opuścił: „Ja wiem, że światło to nie jest dnia światłem. To jest meteor słonecznych wyziewów, aby śród nocy jak pochodnia gorzał, aby ci świecił w drodze do Mantuy. Więc zostań! nie masz przyczyny się śpieszy㔹.

– Nie jest tak całkiem źle, hm?

Charlotte podskoczyła, usłyszawszy za plecami szept babci.

– Babciu, przestraszyłaś mnie – wymamrotała, usiłując zamaskować zachwyt na twarzy.

Babcia Luise wybuchła śmiechem.

– Od kiedy ujrzałaś willę, zachowujesz się inaczej – zaświergotała. – A co do tego obrazu… Mam przeczucie, że często będziemy cię przed nim widywać. – Charlotte poczuła, że się rumieni. – Spójrz, cóż za romantyzm – ciągnęła babcia z rozbawieniem. – On w kapeluszu, już ma wychodzić, a ona nadal w koszuli nocnej…

– Charlotte, chodźmy dalej – nalegała Marie, która nie mogła już się doczekać, by zobaczyć resztę pałacu. – Przecież będziemy tu siedzieć kilka miesięcy, możesz przychodzić tu codziennie i kontemplować ten obraz w niemym zachwycie.

– Ktoś tu przebiera nogami – skomentowała babcia Luise. – No dobrze, idź już, moje dziecko.

Charlotte nie miała praktycznego charakteru siostry. Babcia Luise z przyjemnością towarzyszyła dziewczynkom w dorastaniu i już od szczenięcych lat dostrzegała u nich dwie skrajne osobowości. Charlotte była tą wiecznie zamyśloną, zatracającą się w podziwianiu obrazów kupowanych przez matkę od artystów, których ta zawsze wspierała. Gdy pozowały do portretów, Marie nieustannie się wierciła, doprowadzając tym malarzy do szaleństwa, podczas gdy Charlotte potrafiła siedzieć nieruchomo jak statua, tak jak tego od niej wymagano. Kiedyś zleciła Franzowi, by to on ją sportretował – przez kolejne wieczory wracała myślami do tego procesu, wyobrażając sobie rzeczy, które wprawdzie się nie wydarzyły, ale które intensywnie rozbudzały jej zmysły.

Fascynował ją koncept ujrzenia siebie samej oczami drugiej osoby, która zawsze dostrzegała coś, co jej umykało, spędzenia kilku godzin naprzeciw malarza i obserwowania go, jak białe płótno zmienia w wielobarwne dzieło.

Willa przypominała muzeum sztuki – i pod tym względem była podobna do ich posiadłości w Berlinie, po której Marianne oprowadzała kolekcjonerów z całego świata. Tutaj, do Włoch, przywiozły nawet ze sobą liczne portrety, między innymi te przedstawiające przodków rodziny, ponieważ babcia była niezwykle dumna ze swojego rodowodu. Ale istniała ta jedna znacząca różnica: jezioro. Światło wpadające przez szerokie okna i lazur wodnej tafli rozświetlały nawet najciemniejszy obraz. Charlotte wiedziała, że kluczem do malarstwa jest światło, że cienie nie są nic warte bez oświetlonych fragmentów. To one nadawały dziełu sens.

Nie mogła się powstrzymać i przystanęła przed posągiem Palamedesa, podziwiając kunszt artysty, dzięki któremu postać, choć wykuta z marmuru, wyglądała jak żywa.

– Na piętrze – poinformował majordomus – znajdują się Galeria i Sala Arrasowa.

Charlotte i Marie podążyły za nim na górę, raz po raz wydając okrzyki zachwytu, które majordomus Antonio przyjmował ze słabo skrywanym uśmiechem.

Tu panowała już inna atmosfera – przestrzenie były bardziej intymne, przytulne. Charlotte oczarowała szczególnie Sala Arrasowa, gdzie przedstawione sceny zdawały się ożywać na jej oczach, za pomocą żywych kolorów i misternych detali opowiadając dzieje minionej epoki.

– Mogłabym tutaj przesiadywać całymi dniami – wyszeptała.

Siostra natomiast wyglądała przez jedno z wielkich okien, wpatrując się urzeczona w jezioro Como.

– Ja z kolei wolałabym być tam, w łódce – odparła szybko z rozmarzeniem.

– A to skromna Sala Muzyczna – kontynuował majordomus, prowadząc je do komnaty, która jednak ze skromnością nie miała nic wspólnego, a którą Charlotte pokochała od pierwszego wejrzenia. Musnęła dłonią fortepian, pogładziła klawesyn, zawiesiła wzrok na partyturach.

– Och, nie – zaprotestowała Marie. – Najpierw obrazy, teraz muzyka. Charlotte, to miejsce wydaje się stworzone dla ciebie!

Charlotte się uśmiechnęła. Siostra uwielbiała przebywać na świeżym powietrzu, a jej zdolności gry na fortepianie, mimo starań matki, były mizerne. Charlotte za to nieźle sobie radziła z muzyką, nawet jeśli jej pierwszą miłością pozostawało malarstwo.

– Być może panienka zechce przejść do biblioteki? – zapytał majordomus. Do książek Marie też nie ciągnęło, odwiedziły jednak i to pomieszczenie, a na koniec udały się do swoich komnat.

Po tym, jak podzieliły między sobą pokoje, majordomus zaproponował księżniczkom, by zeszły do ogrodu.

Marie przytaknęła i zaklaskała w dłonie. Charlotte już miała zawołać, że dołączy do nich później, gdy nagle jej uwagę przykuła drewniana klatka schodowa, na wpół ukryta za zasłoną z czerwonego aksamitu.

– Dokąd prowadzą te schody? – zapytała, zbliżywszy się do nich. – Czy tam znajdują się pokoje służby?

Zdawało się, że majordomus zastygł w bezruchu.

– Kiedyś tak było – odpowiedział ostrożnie. – Teraz posiadamy własny aneks, a jedna osoba nocuje w przyziemiu, koło kuchni. Latem tu, na górze, jest gorąco jak w piecu. Ale proszę się nie martwić, panno Charlotte, jesteśmy do dyspozycji o każdej porze.

– A więc co się tam teraz znajduje?

Charlotte zrobiła kilka kroków w stronę drewnianych schodów, kierowana jakąś nieodpartą pokusą. Jak gdyby mury same zapraszały ją do wejścia na górę.

– Panienko – zaczął tłumaczyć się majordomus – niestety nie pozwolono mi oprowadzić panienek po… tamtym miejscu. Nawet służba może tu wchodzić tylko sporadycznie, gdy zachodzi potrzeba sprzątania.

Charlotte skinęła głową. Pomyślała o tumanach kurzu nagromadzonego przez miesiące, o zaschniętych owadach i o ciężkim, zastanym powietrzu zamkniętych pomieszczeń. Nieco zdziwiona, że można zostawić jakieś miejsce bez doglądania na tak długo, zaczęła przygotowywać się do zejścia do ogrodu.

Całe życie spędziła w Berlinie i nagle została przerzucona do Poczdamu – nie mogła nawet zabrać ze sobą wszystkich dzieł sztuki, które kolekcjonowała przez lata, ani ulubionych partytur, ani, co najgorsze, swoich własnych płócien. A potem, po niespełna miesiącu, znalazła się w willi na brzegu jeziora, która niezaprzeczalnie miała swój urok, lecz Charlotte czuła się w niej wyobcowana. Samotna. Starała się przekonać samą siebie, że mimo żalu, jaki żywiła do matki, i bólu spowodowanego zmianami to miejsce zasługiwało przynajmniej na jakiś wysiłek z jej strony. A może mimo wszystko miała wybór? Obiecała sobie, że wieczorem napisze do Franza, z którym nawet nie dane jej było się pożegnać, i poprosi go o radę, zapyta, jaką trasę po włoskich miastach obrać, aby nauczyć się jak najwięcej. Może dołączy do listu szkic willi i poprosi o techniczne wskazówki? A może odważy się wyjawić więcej, niż ośmieliła się do tej pory?

– Pozwolą panienki, że dotrzymam im towarzystwa na zewnątrz. Ogród przynależący do willi to miejsce doprawdy niezwykłe. Same panienki się przekonają! – zakrzyknął majordomus z nadmierną emfazą. – Rośnie tu ponad pięćset gatunków roślin! Zabraknie panienkom lata, by wszystkie je zapamiętać!

Gdy znalazły się w ogrodzie, Charlotte zaparło dech w piersiach. Altany otoczone cytrusami oraz żywopłoty z kamelii wraz ze stu pięćdziesięcioma odmianami azalii tworzyły cudowny spektakl kolorów i zapachów. Charlotte spacerowała między rododendronami, palmami, cedrami i wiekowymi drzewami iglastymi, mając wrażenie, że została przeniesiona do jakiejś zaczarowanej krainy. W Poczdamie błonia pielęgnowano i porządkowano na wzór angielski, tymczasem tutaj, we Włoszech, ogrody były źródłem nieustających niespodzianek: zdawało się, że za każdym sekretnym zagajnikiem skrywał się kolejny.

– Charlotte, spójrz, koń! – usłyszała krzyk Marie.

Gdy się obróciła, ujrzała blondwłosego chłopca, który szarpał przestraszonego karosza pełnej krwi. Młodzieniec ich nie zauważył. Usiłował zaciągnąć konia do stajni, bynajmniej nie patyczkując się ze zwierzęciem.

– Zrobicie mu krzywdę! – krzyknęła Marie.

Dopiero wtedy chłopak obrócił się w ich stronę. Poczerwieniał na twarzy.

– Panienki wybaczą – odparł, zwracając się do nich obu.

Marie podbiegła pogłaskać konia.

– Kim jesteś? – spytała Charlotte, nadal wstrząśnięta tym, co zobaczyła.

– Nazywam się Giovanni, panno Charlotte. Do usług panienki.

– W czym ci zawiniło to zwierzę? – skarciła młodzieńca Charlotte.

Chłopiec spuścił tylko głowę i oddalił się razem z wierzchowcem. Marie odprowadzała go wzrokiem, nim ten nie zniknął im z oczu.

– Ileż wigoru mają ci Włosi – zauważyła.

Charlotte uśmiechnęła się do siostry.

– Nie da się ukryć.

Letnia rezydencja zakupiona przez Marianne była ucztą dla oczu i duszy, jednak poza całą tą monumentalną wspaniałością Charlotte przyciągała przede wszystkim aura tajemnicy otaczająca to miejsce. Zaczynało już zmierzchać. Jezioro mieniło się odcieniami fioletu, a okna willi zdawały się do niego uśmiechać. Po obu stronach bramy wznosiły się dwie statuy, które teraz, u schyłku dnia, zdawały się bacznie obserwować horyzont, jak gdyby chciały chronić mieszkańców willi przed jakimś zagrożeniem. Charlotte wyobraziła sobie, że to zaklęte w kamień damy, które niegdyś pokochały to domostwo i zastygły przed wejściem, aby już na wieki trzymać nad nim pieczę.

Gdy Charlotte po raz pierwszy znalazła się w swoim nowym pokoju, nie zdołała powstrzymać okrzyku zachwytu. Każdy element wyposażenia był nadzwyczaj wyrafinowany: od łoża z baldachimem, poprzez komodę z mahoniu, po ogromne okna balkonowe wychodzące na samo jezioro. Mimo że nadal żywiła urazę do Marianne, musiała przyznać, że willa była wspaniała. Położyła się na łóżku w ubraniu. Wcześniej poinformowała Annette, że nie potrzebuje pomocy z przebraniem się, a po kolacji, spożytej w saloniku z Luise, Marianne i Marie, potrzebowała zostać sama. Wiedziała jednak, że sen prędko nie przyjdzie. Odkąd przeniosły się z Berlina do Poczdamu, cierpiała na bezsenność, i obawiała się, że ostatnia przeprowadzka, do Tremezzo, nie pomoże jej odzyskać spokoju. Teraz więc nie miała nawet zamiaru się rozbierać. Zamknęła oczy, wyrzuciła z głowy wizję, która męczyła ją od jakiegoś czasu – obraz Marianne w jednym ze wspomnień z dzieciństwa – i zaczęła nasłuchiwać. Przez otwarte okno słychać było szum jeziora.

A to co takiego? Pozytywka? Charlotte podniosła się gwałtownie. Dźwięk był przytłumiony, ale jeśli dobrze się wsłucha, powinna odgadnąć, skąd dobiega. Otworzyła wszystkie szuflady i ogromną mahoniową szafę, zajrzała pod łóżko i za zasłony i zastygła w bezruchu, nasłuchując.

Dźwięk dochodził z korytarza. Wahała się przez moment, lecz ciekawość wygrała. Otworzyła drzwi i spojrzała raz w jedną, raz w drugą stronę: tak, to tam, między jej pokojem a pokojem Marie. W środku nocy dziwną melodię wygrywała stojąca tam prześliczna szkatułka na biżuterię.

To, że przedmiot nagle znalazł się na samym środku korytarza, było dość niepokojące, jednak niepohamowana chęć, by się przekonać, co jest w środku, sprawiła, że Charlotte szybko podniosła szkatułkę i otworzyła ją z niecierpliwością. Ujrzała dwie przegródki i małe lusterko, ale zamiast klejnotów – może pereł – których się spodziewała, znalazła jedynie nieco pogniecioną, złożoną na czworo kartkę.

To wiadomość dla mnie? – pomyślała rozgorączkowana i rozłożyła pospiesznie bilecik.

Jeśli Charlotte miała jeszcze jakieś nadzieje na sen, to rozwiały się w jednej chwili.

Pochodnia w korytarzu dawała dość światła, by Charlotte mogła sobie uświadomić, że oto trzyma w dłoni wyrwaną z pamiętnika stronicę. Zaczęła czytać gorączkowo, dziękując w duchu, że zna włoski i że pismo było staranne, nawet jeśli nierówne.

Tremezzo, 13 sierpnia 1845

Postanowiłam prowadzić dziennik.

Wprawdzie teraz trudno mi znaleźć czas na pisanie, lecz stryj Mario wrócił z jednej ze swoich niesamowitych podróży i przywiózł specjalnie dla mnie oprawiony w skórę notatnik, tak więc każdą wolną chwilę postaram się poświęcić doskonaleniu pisania. Muszę tylko znaleźć dogodne miejsce, by ukryć w nim dziennik, wstydziłabym się przecież, gdyby ktokolwiek miał zajrzeć między te strony.

Odkąd nauczyłam się pisać, najchętniej robiłabym to cały czas. Mama wydała wszystkie pieniądze, jakie udało jej się zarobić, na to, bym zdobyła choćby minimalne wykształcenie, którego ona sama nie miała, i kiedy usłyszała o szkółce dla dziewcząt, zapragnęła wysłać mnie tam nawet za cenę pozbawienia się mąki. Cała moja wdzięczność wobec niej nigdy nie będzie wystarczająca.

Stryj, na podstawie listów, które mu wysyłałam, ocenia, że idzie mi bardzo dobrze, że muszę jedynie popracować nad charakterem pisma i starać się używać bardziej precyzyjnych terminów, aby opisywać rzeczy, które mnie otaczają. Odparłam, że gdybym miała możliwość opuszczenia Tremezzo, gdzie się urodziłam i dorastałam, byłoby mi o wiele łatwiej, ponieważ miałabym o wiele więcej bodźców.

„Nie spiesz się z dorastaniem, Eleno”, odpowiedział mi wtedy. „Jeszcze się sama przekonasz, jak trudne jest życie, gdy ma się pewne obowiązki”.

Ta rada z ust stryja, który dwa lub trzy razy do roku wyruszał do różnych krajów (ostatnio, podobnie jak wszyscy, zakochał się w Japonii), brzmi mało przekonująco.

Nigdy mu nie powiedziałam, że wszystkie te obowiązki, o których mi mówi, ja czuję już w środku, że Valsecchiowie to rodzina, której trudno się służy, zarówno kiedy są nieobecni, jak i gdy są na miejscu. Od kiedy wynajęli willę w Tremezzo od państwa Sommarivów i od kiedy polecono nam, abyśmy, jako służba, wraz ze starą kucharką zajęli się domem, nie ma spokoju, szczególnie latem. Valsecchiowie noszą się jak arystokracja, choć wiadomo, że swoją fortunę zawdzięczają nagłemu spadkowi od wuja, o którego istnieniu nawet nie wiedzieli. Gotowizna spadła na nich z dnia na dzień. Postanowili wkraść się w łaski wyższych sfer, kupując willę, gdzie zatrzymywali się książęta i hrabiny. Szkoda, że nigdy nie będą tacy jak oni: dłonie Alfonsa Valsecchiego są pokryte zgrubieniami, ponieważ zanim zaczął udawać hrabiego, budował domy, wszyscy w okolicy o tym wiedzą. Ona z kolei robi się na wielką damę, a w rzeczywistości jest córką pomywaczki, zmieniła nawet imię z Ady na Adeline, ponieważ wydawało jej się bardziej modne, ale dla mnie to śmieszne. Tak samo śmieszne jest to, że muszę nazywać ją panią Adeline oraz że muszę dygnąć, nim się do niej odezwę.

Ich dzieci są pełne pogardy dla innych, oceniają mnie i moją rodzinę, widzę, jak na mnie patrzą, gdy myję posadzki lub zamiatam liście na schodach przed wejściem. Syn, Ruben, ma ogromną głowę, małe rączki i wyłupiaste oczy, prawdopodobnie jest w moim wieku, a zachowuje się jak dziecko przebrane za dorosłego. Córka, wyniosła Lorena Valsecchi, jest większa ode mnie, ma silną budowę ciała, nic nie robi, tylko cały czas przymierza suknie i stoi przed lustrem. Słyszę, jak ona i jej matka nieustannie rozmawiają o sezonie debiutów, o tym, jak Lorena powinna znaleźć dobrą partię. Ale arystokraci nie są głupi, zdają sobie sprawę, że Valsecchiowie tylko starają się ich naśladować – ale nie są stworzeni do życia wśród wyższych sfer.

Wydaje mi się też, że Lorena ledwo potrafi pisać. Bawi mnie to niezmiernie, ponieważ jak w takim razie będzie czytać listy od swoich wielbicieli?

Gdy tatko powiedział, że znalazł pracę dla całej rodziny, matula dopiero co skończyła karmić małą Albę, była zmęczona i miała nadzieję na coś lepszego, jednak mając dwie córki, musieli zadowolić się służbą u rodziny Valsecchich. Musieliśmy przeprowadzić się na poddasze willi, my, którzy zawsze mieszkaliśmy w naszej rodzinnej chatce nad jeziorem, gdzie słychać było szum fal. Wnieśliśmy cały swój dobytek po trzech poziomach schodów. Poddasze jest prawie wygodne, jest gdzie przyrządzić posiłek, jest małe okienko, przez które widać niebo. W deszczowe dni uwielbiam wsłuchiwać się w krople uderzające o dach. Problem w tym, że gdy schodzę usługiwać Valsecchim i widzę pejzaż roztaczający się z ich okien na wodę, na moje jezioro Como, to przypomina mi się, że jestem nikim i że aby przeżyć, muszę gnieść się z moją rodziną na niewielkiej przestrzeni, że nic nie posiadam i że gdy pragnę pobyć sama, tak by moi rodzice mnie nie widzieli, muszę zaciągnąć zasłonkę i wcisnąć się w kąt pod spadem dachu, gdzie znajduje się moje posłanie. W niektóre noce nie mogę spać przez płacz Alby. Ma już prawie dwa latka, lecz mama mówi, że jest inna niż ja, o wiele wrażliwsza.

Wcześniej wypływałam z tatą na połowy alozy jeziornej, pomagałam mu łapać ryby w sieć, a później sprzedawaliśmy je na targu. Podobało mi się wypływać tak nocą, zapalać latarnię i czekać. Miało to w sobie coś romantycznego, nawet jeśli było to męczące. Dawało mi to poczucie wolności.

Teraz natomiast moim zadaniem jest przyrządzanie ich, aloz, to znaczy: misultin z polentą to ulubione danie pani Valsecchi, a latem jest zdecydowanie zbyt gorąco, żeby stać cały czas przy rondlu i mieszać. Czasem wypływam jeszcze na ryby, lecz nie wolno nam żadnej odsprzedać, wszystkie są przeznaczone dla Valsecchich oraz ich gości. Za każdym razem, gdy państwo wydają przyjęcie, musimy nabłyszczyć meble, wypolerować kryształy, nawet wyczyścić wszystkie klamki. Potem przychodzi kolej na dywany, które należy wytrzepać, a żeby to zrobić, należy jeden po drugim zwinąć je w rulon i wynieść na podwórze. Tata koordynuje pracę i niczym majordomus rozdziela zadania. Zazwyczaj nie zleca mi czyszczenia sreber i porcelany, ponieważ wie, jak bardzo mnie to nudzi. Przyjęcia Valsecchich zawsze są urządzane z przepychem, mnie jednak przyprawiają o mdłości. Naturalnie, pozycja, z której je oglądam, jest dość niewygodna: muszę wspiąć się na drzewo figowe, z którego roztacza się widok na ogromną salę balową. Raz, chcąc lepiej przyjrzeć się tańcom, niemal spadłam i skręciłam sobie kark.

„Miałabyś za swoje”, skarciła mnie matula, która wie o moim wymykaniu się, ale nie donosi tatkowi, ponieważ boi się, że ten się zdenerwuje.

Moja matula, Sofia, musi dzielić czas między pranie dla rodziny Valsecchich a opiekę nad małą Albą. Będzie mi ich wszystkich brakować, kiedy odejdę.

A stać tak się musi: jeżeli nie chcę, by los mojej matki stał się moim udziałem, muszę porzucić to jezioro najszybciej, jak to możliwe. Nie mówiłam jeszcze o tym rodzicom, ponieważ nie przyjęliby tego dobrze: mam dopiero szesnaście lat i obawialiby się najgorszego, gdyby wiedzieli, że tułam się po jakimś nieznanym kraju. Co więcej, jestem świadoma, że potrzebna im każda pomoc tutaj, w willi. Dom jest strasznie wielki, a o ogród należy dbać aż do granic wyczerpania. Lecz wiem też, że jeśli tutaj zostanę, jedynym, co mnie może spotkać, jest poślubienie mężczyzny, który zaprzęgnie mnie do pracy jak oślicę, tak jak to było w przypadku matuli, kiedy wyszła za mojego biednego ojca. On wprawdzie obiecał jej życie godne bogatej pani, bo miał nadzieję, że zbije fortunę na rybim targu, lecz dla takich jak my sprawy nigdy nie układają się pomyślnie, nie należy zbyt wiele oczekiwać od życia.

Nie powiedziałam jeszcze o tym nikomu, ale mam zamiar poprosić stryja Maria, żeby zabrał mnie ze sobą w swoją następną podróż, choćby do Japonii. Będę ciężko pracować, będę uczyć się języków, odłożę trochę pieniędzy i nigdy nie wrócę do Włoch. Czuję, że powinnam wziąć swoje życie w swoje ręce i odkryć, czego tak naprawdę pragnę, albo już zawsze będę posługiwać bogatym rodom, w czepcu na głowie i z mydłem marsylskim w cebrze. Nie chcę spędzić życia jako pomywaczka.

W końcu zbiorę się na odwagę, by powiedzieć o tym matuli. Będzie mi żal, że nie mogę obserwować, jak Alba dorasta, być może będę tęsknić za łowieniem aloz, ale z pewnością nie będzie mi brakować państwa Valsecchich, ich arogancji i przekonania, że są lepsi od innych.

Charlotte usłyszała zbliżające się kroki i zdała sobie sprawę, że nadal jest ubrana jak za dnia, choć jest już środek nocy, i na dodatek jest sama. Złożyła z powrotem kartkę na czworo i chwyciła pozytywkę.

Ktoś biegł. Podniosła wzrok i ujrzała niewielką białą sylwetkę zbiegającą po schodach. Nie była w stanie dojrzeć, czy to ktoś ze służby, czy dziecko. Kroki poniosły się echem w korytarzu.

– Mama! – rozległ się głos.

Charlotte zmroziło krew w żyłach.

– Boże w niebiesiech – wyszeptała. Czyżby widziała ducha? Była więcej niż pewna, że w willi nie było żadnych dzieci.

Nagle poczuła muśnięcie dłoni na ramieniu.

Krzyknęła.

– Charlotte, na miłość boską, to ja, twoja babcia!

Tuż za nią stała babcia Luise, w samej tylko nocnej koszuli. Odkąd przybyły do willi, ta pełna energii kobieta zdawała się pojawiać w najmniej spodziewanych momentach.

– Babciu, na śmierć mnie przestraszyłaś! Też ją słyszałaś?

Babcia zmarszczyła czoło.

– Co takiego?

– Była tu dziewczynka – wyszeptała Charlotte, nagle niepewna tego, co mówi.

Babcia przyglądała jej się uważnie. Charlotte zawsze czuła się przez nią oceniana, i choć był to osąd życzliwy, pozostawał jednak oceną wielkiej damy, pod której bacznym okiem dorastała.

– Posłuchaj, dziecko, wracaj do łóżka. A co to jest?

Charlotte kusiło, by powiedzieć prawdę, jednak coś ją powstrzymało.

– To jedna z moich pozytywek, babciu.

Babcia Luise pokiwała głową.

– W takim razie dobrej nocy. Zaufaj mi, cokolwiek wydawało ci się, że słyszałaś lub widziałaś, nie jest prawdziwe. Często tak na nas wpływają nowe miejsca, domy, do których się przeprowadzamy. Sprawiają wrażenie, jakby skrywały więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. A później się okazuje, że to tylko przeciąg.

Charlotte przytaknęła, po części uspokojona słowami babci. Ale nadal coś jej się tu nie zgadzało. Była absolutnie pewna, że widziała ubraną na biało postać, czuła się jednak znacznie lepiej, zakładając, że tylko jej się przywidziało. Była przecież zmęczona, a do wielu rzeczy musiała się jeszcze przyzwyczaić: klimat był znacznie cieplejszy i bardziej wilgotny, pokoje mniejsze, a ogród skrywał tysiące zakamarków.

Wróciła myślami do słów Eleny, do jej życia w tej willi. Zastanawiało ją, co takiego skłoniło dziewczynę do schowania pamiętnika – i to w takim miejscu. No i na koniec największa zagadka: kto i z jakiego absurdalnego powodu mógł chcieć, by Charlotte znalazła tę pozytywkę? Najbardziej niepokoił ją to, że najwyraźniej do willi można się było dostać w sposób niezauważony. Powinna zalecić majordomusowi i strażnikom większą czujność. Zamknęła drzwi swojego pokoju i dwukrotnie przekręciła klucz. Przebierając się, pomyślała, że i tej nocy, wskutek wszystkich nowych odkryć, sen nie przyjdzie jej łatwo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij