Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Sekret Zielonej Gruszki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 grudnia 2024
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Sekret Zielonej Gruszki - ebook

Adam — w wyniku wypadku — zyskuje moc słyszenia myśli innych, a jego realia zamieniają się w kalejdoskop absurdów.

W poszukiwaniu ciszy i spokoju ucieka do pensjonatu w Puszczy Rominckiej — miejsca, które oferuje wszystko, oprócz normalności. Intrygująca dziewczyna, pies z kryzysem egzystencjalnym i góra rodzinnych tajemnic sprawią, że zapomni o jakiejkolwiek rutynie. To absurdalna i przewrotna opowieść o tym, że nie wszystko trzeba brać na serio, a niektóre tajemnice lepiej zostawić w spokoju.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8384-862-4
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

A SŁOWO CIAŁEM SIĘ STAŁO

Adam nie znosił Świąt Bożego Narodzenia. Od lat nieprzerwanie wyglądały tak samo: matka cwałowała po chałupie w wałkach na głowie, swąd suszonych owoców rozchodził się po pokojach, a choinka miała problem z utrzymaniem pionu. Zupełnie jak wujek Stasiek, który zawsze był pierwszym gościem. I też jednym z ostatnich, o ile nie okazywało się, że matka zakupiła za mało przezroczystego napoju pierwszych Słowian, bo akurat nie było promocji w markecie. Od lat te same rozmowy przy stole, te same śledzie, ta sama gonitwa i pośpiech (wbrew wszystkiemu co głosi telewizja — jakoby czas to był pełen rozważań i zadumy) i na domiar złego nieszczęsny, smutny karp, na którym dokonywano rytualnego mordu w imię tradycji.

To też wyjaśnia, dlaczego wujek Stasiek zawsze przybywał jako pierwszy i częściowo znieczulony. Odkąd ojciec Adama postanowił spędzać wigilijne wieczory z bardziej rozrywkową rodziną swojej kochanki, zabrakło w domu mężczyzny pozbawionego skrupułów i chętnego do odrąbania głowy karpiowi.

Adam nie nadawał się na głowę rodziny, ani tym bardziej na kata. Z jednej strony, pluszcząca się w wannie ryba szybko stawała się dla niego pełnoprawnym członkiem rodziny, co skutecznie dyskwalifikowało go z tej roli, a z drugiej — Adam w kręgach rodzinnych nigdy nie był postrzegany jako mężczyzna. Niezupełnie wiadomo, czy dlatego, że zamiast podążać śladem swego ojca i pracować jak twardziel z krwi i kości na budowie, z zapałem oddawał się kopiowaniu tabelek w podrzędnej firmie, czy dlatego, że w przeciwieństwie do wszystkich mężczyzn w swojej rodzinie wykazywał minimum zaangażowania przy codziennym goleniu i układaniu włosów. Co jednak zdecydowanie upodabniało go do reszty rodziny, to występująca w zaniku ambicja i przekonanie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Poza tym przeciętność Adama objawiała się na wielu różnych poziomach. Od wyglądu, aż po styl bycia, który zdecydowanie zakładał unikanie problemów i trzymanie się z daleka od życiowych dylematów. Miał twarz, którą ludzie zapominali w sekundę po odejściu od kasy, włosy w kolorze ciemnego blondu, trudne do okiełznania, a jednak mało ekstrawaganckie i ubierał się tak, że ciężko było zgadnąć, czy idzie na spotkanie biznesowe, czy wynosić śmieci. Dość pospolitej fryzurze towarzyszyły oczy — szare, jakby żyjące własnym życiem, zbyt nieśmiałe, by próbować wyróżniać się w tłumie. Gdyby przeciętność była sportem olimpijskim, Adam mógłby śmiało walczyć o medal, choć pewnie i tu skończyłby na czwartym miejscu — nieźle, ale jednak bez podium i wystarczająco, żeby wszyscy o nim zapomnieli w przeciągu kilku minut.

Od czterech lat w tej świątecznej farsie uczestniczyła także Angela — jego dziewczyna. Zawsze wpadała spóźniona, tłumacząc się korkami na mieście. Adam wiedział, że to bzdura. Nałożenie takiej ilości tapety wymagało czasu, a Angela zdecydowanie wiedziała, jak wydłużyć ten proces. Był pewien, że nawet Michał Anioł uporał się szybciej z Kaplicą Sykstyńską, niż ona z makijażem. Zwłaszcza jeśli miała w planach zrobienie wrażenia na swojej przyszłej teściowej. Problem jednak polegał na tym, że Angela z całą pewnością nie miała tego w planach — ona po prostu musiała wyglądać perfekcyjnie i wiedziała, że każdy pośpiech przy doklejaniu rzęsy, mógł się skończyć zbiorowym poszukiwaniem tejże w wigilijnej grzybowej.

Poznał ją w pracy, prawie sześć lat temu. Wtedy zrobiła na nim imponujące wrażenie — piękna, zadbana, z lokiem, którego nie poruszyłby nawet huragan. Angela była jedną z tych kobiet, które bez wysiłku przyciągały uwagę, choć gdyby ktoś zapytał Adama, co ich łączyło poza wspólną historią, mógłby mieć problem z odpowiedzią. Wiedział tylko, że Angela była z „lepszej” rodziny, zawsze mówiła „dzień dobry” z nieudawanym uśmiechem i niezmiennie od lat robiła dobre wrażenie na jego matce. I to tyle, jeśli chodzi o większość zalet Angeli. Poza tym znała też tajniki haftu krzyżykowego, ale powiedziała o tym Adamowi w wielkiej tajemnicy, kiedy wracali z jednej z randek, mocno zaprawieni, prowadząc się chwiejnym krokiem po ośnieżonym chodniku. Właściwie nie do końca wiadomo, kto kogo prowadził bardziej. Resztę nocy Adam spędził na usłużnym trzymaniu jej włosów, kiedy oddawała tę bardzo drogą kolację w sposób, który nie przystoi kobiecie o jej pozycji. Tak, Angela uwielbiała alkohol i imprezy, a w początkach ich znajomości Adam usilnie próbował dotrzymać jej kroku w tym aspekcie. Kiedy jednak przychodziło do codziennych interakcji, ich związek wydawał się przypominać trochę jego fryzurę — z boku wszystko wyglądało w porządku, ale od środka panował chaos.

— Tu jesteś, misiu! — ryknęła od progu, trzepocząc rzęsami i uwiesiła się Adamowi na szyi. — Wszystkiego najlepszego! Spóźniłam się, prawda?

— Dopiero zupę zjedliśmy! Chodź, chodź, kochana!

Matka wystartowała dzikim galopem do kuchni, żeby podgrzać to, co zdążyło już ostygnąć. Oczywiście Wigilia bez słodkiego kłamstewka, Wigilią straconą — oprócz zupy ze stołu zniknęło już znacznie więcej pierogów i kapuchy, niż biedna, nieświadoma Angela mogła przypuszczać.

— Miejsce dla zbłąkanego jest, przecie taka tradycja! — zakrzyknął, już nieco fioletowy na twarzy, wujek Stasiek. Ciotka Aniela zgromiła go spojrzeniem.

— Ale ty jesteś prostak, Stachu!

Wujek Stasiek ciotkę Anielę wziął sobie za żonę, mając lat osiemnaście, i tak wspólnie klepali słodką biedę gdzieś na prowincji, jeszcze daleko za Zgierzem, gdzie światło księżyca bało się dotrzeć. Właściwie Adam nie potrafił zrozumieć, co w życiu wujka poszło nie tak, że zdecydował się zrezygnować z wygód życia w mieście, na rzecz przewalania gnoju i dłubania w ziemi. Dla Adama, ceniącego względny spokój i wygodę, taki scenariusz życia wydawał się co najmniej absurdalny. Gdyby miał w sobie choć odrobinę empatii, może zakwiliłby nad ich losem, ale akurat ten rzadki zasób emocjonalny u Adama był w zaniku. Nie miało znaczenia, czy chodziło o krewnych, czy ofiary głodu w Afryce — jego współczucie, jak zwykle, było oszczędnie wydawane. Samotny i skazany na tragiczną śmierć karp robił na Adamie o wiele większe wrażenie i budził więcej szlachetnych odczuć, niż jakakolwiek tragedia ludzka. I choć daleko mu było do altruisty i samarytanina, to ostatnim czego chciał, było splamienie sobie rąk krwią przerażonej, podduszonej w reklamówce ryby.

— Jak ty urosłeś, Tomku! Pewno za pannicami już się oglądasz?

Tomasz, wiosen niespełna trzynaście, przewrócił teatralnie oczami i nabrał rumieńca, słysząc ten klasyk z ust ciotki Joanny.

— No! Prędzej niż Adaś nam się ochajtnie!

Wuj Marian i ciotka Joanna byli małżeństwem ze wszech miar przypominającym karykatury ludzi, za wszelką cenę dążące do podniesienia swojego statusu społecznego mniej lub bardziej trafionymi inwestycjami. Obracając się w gronie zamożnych i poważanych (w liczbie sztuk: dwa, czyli właścicielka pensjonatu w Bukowinie Tatrzańskiej oraz jej mąż) uznali za stosowne otworzyć własną działalność gospodarczą, aby podreperować swoją pozycję i zabłysnąć w kręgach dorobkiewiczów. I tak ich własnością stało się obdrapane solarium, które szybko pochłonęło ciotkę Joannę wraz z jej wolnym czasem i resztkami zdrowego rozsądku. Bolesna prawda była taka, że jedyne, co było naprawdę imponujące w tej inwestycji to sinusoida jej rentowności. Od lat dokładali do tego interesu, ale po pierwsze — nie umieli się przyznać do porażki, a po drugie — nie umieli zrezygnować z zakupów w marketach, które sprzedaży udzielały hurtowej i tylko dla firm lub jednoosobowych działalności gospodarczych.

Stanowili dla Adama żywy przykład wszystkiego, czym gardził na poziomie niemal komórkowym. Ich wieczna pogoń za statusem społecznym, ciągłe próby wspinania się po niewidzialnej drabinie, budziły w nim coś więcej niż niechęć — były wręcz odstręczające. Adam, człowiek ceniący swoje minimum — dach nad głową, niezmąconą rutynę i święty spokój — nie rozumiał, jak można tak obsesyjnie dążyć do tego, co w jego oczach było pozbawione sensu. Ambicja była dla niego podejrzana. Owszem, był przeciętny, ale kochał swoją przeciętność. Swoje życie składał z prostych przyjemności — codziennego rytuału parzenia herbaty, spacerów do pracy, i tego, że wiedział, czego się spodziewać pojutrze.

— Przepyszne te śledzie, Helenko! Naprawdę wyjątkowe! — zaskowyczała ciotka Joanna, zerkając na matkę Adama z nieskrywanym podziwem.

— A bo sama robiłam w tym roku. Wiesz, te gotowe mają tyle chemii, że aż się ciągną po gardle, zjeść się nie da. A tu taka okazja, to mówię, że koniecznie trzeba zrobić swojskie!

— Teraz to tyle tego dowalajo, że będziem się w trumnach świecić! — dorzucił trzy grosze Stachu i kwiknął jak knurek, do głębi rozbawiony swoim żartem.

Poza tym Adam miał też młodsze rodzeństwo; sztuk: dwie. Nastoletniego brata imieniem Tomasz, który zmagał się z gimnazjalną rzeczywistością w sposób nieoczywisty, dostarczając matce wysokiego poziomu adrenaliny i niebezpiecznie skaczącego ciśnienia, oraz siostrę Wiktorię — świeżo upieczoną wegankę, która swoją postawą i zachowaniem pretendowała do miana wyemancypowanej feministki. Można by zapytać, co poszło nie tak na drodze ewolucji i które ogniwo zawiodło, skoro przecież ich rodzice — swego czasu — stanowili całkiem normalną i przeciętną rodzinę klasy średniej — bez wyszukanych zainteresowań, zamiłowania do ryzyka, czy nawet przesadnej wiary w cokolwiek (w tym także we własne możliwości).

Wisienką na torcie w tymże trio była postać Adama. Zwykłego, szarego korpoludka, który swoją pracę, raz zdobywszy, traktował jak relikwię. Przez siedem lat kurczowo trzymał się swojego stanowiska, nie robiąc ani jednego kroku w górę w korporacyjnej hierarchii. Nie dlatego, że nie miał umiejętności, bo przecież i małpa nauczyłaby się klikać w to samo przez taki szmat czasu, ale dlatego, że Adam nie widział potrzeby życiowych zmian. Angela bez przerwy na coś naciskała — wspólne mieszkanie, zaręczyny, ślub, dziecko, wspólne zwierzątko, wspólne wakacje dłuższe niż weekend nad jeziorem w starym domku wuja Henryka, wspólne cokolwiek, ale Adam zdawał się tak mocno przywrzeć do tego, co go otaczało, że odkładał i odciągał te plany w nieskończoność.

Dzisiaj obchodził trzydzieste urodziny. Wyglądało na to, że jego malkontenctwo i niechęć do wszelkich zmian była wielką złośliwością i zemstą na rodzinie, która spośród tysięcy imion, postanowiła ochrzcić go imieniem Adam, tym samym sprawiając, że wszystkie ważniejsze dla siebie święta obchodził jednego dnia. Teraz nie miało to większego znaczenia, ale Adam żył w przekonaniu, że to mu zrujnowało całe dzieciństwo i odebrało możliwość nauczenia się radosnego oczekiwania na cokolwiek.

— To kiedy ślub?

Na ten klasyk Adam czekał cały wieczór i spodziewał się, że wypłynie z szerokich, nieco żabich ust ciotki Anieli. Mimowolnie znieruchomiał, chociaż w zasadzie powinien był już przywyknąć, że to pytanie padało od kilku lat na wszystkich możliwych rodzinnych zlotach i spędach, niezależnie od tego czy był w związku i zanosiło się na jakiś przełom w tej sprawie, czy też nie. Angela jednak nie zamierzała milczeć i wbiła swoją szpilę.

— To się trzeba najpierw oświadczyć, ciociu!

— Jeszcześ się nie oświadczył?! To na co ty czekasz?

— Taka fajna ta twoja Angela, czekasz aż ci ją ktoś podbierze?

Adam wykrzesał z siebie kurtuazyjny uśmiech, choć w środku gotował się, by zakończyć tę farsę donośnym rykiem i popisać się bogatym słownictwem, którym mógłby przyćmić nawet zaprawionych w bojach podwórkowych weteranów. Zamiast tego wymienił szybkie spojrzenie z babcią. Jadwiga siedziała cicho, ale Adam dobrze wiedział, że pod tą zewnętrzną spokojną fasadą kryła się tykająca bomba.

Co roku samotna Jadwiga przyjeżdżała spędzić u nich święta i zasiadała z nimi do wigilijnej kolacji, podczas której ukradkiem sięgała do kieszeni po wiśnie w czekoladzie. Odkąd młoda doktor hepatolog ze szpitala im. Biegańskiego zabroniła jej eksperymentów z napojami wyskokowymi, babcia zmuszona była radzić sobie ze stresami dnia codziennego na inne sposoby. I choć z całą pewnością nie była fanką wiśni, to zalanie ich mocnym alkoholem bywało dla niej ratunkiem. Z pozoru niewinny słodycz, w rzeczywistości działał jak gaszenie tlącego się lontu. Bez nich babcia mogłaby odpalić prawdziwy fajerwerk złośliwych uwag lub rozpocząć tyradę, której żaden z obecnych nie chciałby być świadkiem.

Jednak nawet w swojej bardziej stonowanej wersji, Adam wyczuwał, jak oceniała wszystkich wokół. Wiedział, że teraz, kiedy jeszcze zachowywała względną trzeźwość, ukradkiem patrzyła na to, co wydała na świat — swoje pomioty i pomiociątka — pewnie nie mogąc uwierzyć, jak bardzo odbiegają od jej własnych oczekiwań.

Dziesięć osób na klasycznych widzewskich pięćdziesięciu metrach to było stanowczo za dużo do zniesienia jak na jeden wieczór, dlatego Adam kulturalnie wszystkich przeprosiwszy, postanowił wyjść na balkon, zapalić papierosa i odetchnąć. Wciąż miał wrażenie, że jeśli skamlenie ciotki Anieli wejdzie na wyższe tony, to ta Wigilia znów zakończy się towarzyską klapą, ale dla odmiany z jego powodu.

Oparł się o barierkę i popatrzył na spowite ciemnością miasto. Od kilku lat święta były błotniste, dżdże i wilgotne, więc niespecjalnie zdumiał się faktem, że i w tym roku nie spadło nawet pół płatka śniegu. Miał jednak to szczęście, że z siódmego piętra nie czuć było smrodu rozmoczonych psich odchodów spływających raźno z deszczem. Widok z balkonu obejmował niemal całą Łódź, która wyglądała jak kolorowanka wypełniona wyblakłymi farbami. Szary, brudny i przygnębiający Widzew, który zdawał się być w gorszej kondycji niż pudełko zapałek po burzy, iluminację w centrum, podświetlone wieżyczki kościołów, bijące neonowym blaskiem centra handlowe oraz samą wizytówkę miasta — kilka kominów EC. Czynnych i nieczynnych, lub czynnych w sposób inny niż zostały do tego stworzone.

Wziął głęboki oddech i się zamyślił. Dla Adama to miasto wciąż było jak herbata z cytryną — lekko cierpkie, ale z wyraźnym poczuciem, że coś się w nim dzieje.

Przez uchylone okno balkonowe słyszał toczącą się wewnątrz dyskusję i nabierał coraz większej odrazy. Nie do końca był pewien, czy bardziej nienawidził tych sztucznych uśmiechów i spotkania z rodziną po roku, czy przedświątecznych zakupów i przygotowań. Zdaje się, że przy całym tym ferworze walki o umycie oblodzonych okien, wygraniu wojny o ostatni promocyjny słoik majonezu i puszkę ananasów, ta wigilijna kolacja była jak ukoronowanie po drodze krzyżowej.

— Że was cholera na te lampki pieprzone nie trafi! Mrygajo jak w Las Vegas!

— Ta, bo ty żeś, wujek, akurat Las Vegas widział!

— Lasocin, to może tak!

— A byśta się zdziwili! Telewizor mam, to i wiem jak mryga Las Vegas i wiem, że choinka tak mrygać nie powinna, bo to na oczy szkodzi!

— No co ty, Stasiu, ile ty tu razy na święta byłeś, żeby nie wiedzieć, że odkąd Marek się wyprowadził, to tu brakuje silnej, męskiej ręki?

— Toć w zeszłym roku tak nie pełgały! Znać, że zepsute i naprawić ni ma komu!

— Stachu, ty naprawdę tak biadolić cały wieczór będziesz? Uspokójże się, w okno popatrz, śledzia przegryź, a nie w choinkę się gapisz!

— To wyłączcie to gówno w cholerę! Światło mamy i widzieć się będziem bez tego!

— Naprawię — oznajmił wreszcie Adam z nutą irytacji w głosie. Nie sądził, że świąteczne jazgotanie rodzinki, dającej popis godny miana żenady roku, kiedykolwiek zmusi go do czegokolwiek, ale przecież była tu też Angela. Ciężko znosi się tak bezpośrednie obelgi o braku pierwiastka męskiego, zwłaszcza w obecności tej, której ze wszystek sił chce się tę męskość udowodnić. Jak bardzo miękką by nie była.

Niespiesznie podszedł do choinki. Coby o niej nie mówić — lata swojej świetności miała już dawno za sobą. Pionu nie trzymała, bo dawno temu noga od stojaka trzasnęła, kiedy ojciec Adama, chowając choinkę na pawlacz wywinął koncertowego orła razem z krzesłem i stołem, na którym to krzesło ustawił. Tak gruchnęło, że aż pełni troski sąsiedzi z dołu przyszli wypytać, czy aby na pewno nie będą zmuszeni przez najbliższe tygodnie wysłuchiwać koncertu remontowego na dwa wiertła. Dopiero kiedy w drzwiach zobaczyli Marka z ręką wygiętą w nienaturalny pałąk, nieco pobladłego, ale wciąż z żądzą mordu wypisaną na twarzy, to zaprzestali dociekań i usłużnie po karetkę zadzwonili. I tak stojak odszedł w niepamięć, bo złamanie z przemieszczeniem zdecydowanie przyćmiewało blask jego chwały w każdej następnej opowieści. Od tego czasu, co roku — jak jakaś ponura retrospekcja — zatroskana matka Adama stawała nad choinką i łapała się za głowę, że znowu o stojaku zapomniała i poprzysięgała sobie uroczyście, że na przyszłe święta kupi nowy, porządny. Z tym poczuciem misji upchanym gdzieś z tyłu głowy żyła mniej więcej do marca.

Rodowód choinki sięgał głębokiego PRL-u i pamiętała ona o wiele więcej świątecznych spotkań, niż Adam mógł przypuszczać. Nie dziwota zatem, że wyglądała jakby kilkukrotnie przeżyła spotkanie bliskiego stopnia z rozpędzonym pociągiem. Co jednak dziwiło Adama najbardziej, to fakt, że co roku pielęgnowano ten sam zestaw potrzaskanych, obdrapanych bombek w kształcie grzybków, szyszek, bałwanków i sopelków, mieniących się brokatem i setką odcieni. Do tego trochę anielskiego włosia, waty, wiklinowych gwiazdek i przeterminowane sześć lat temu cukierki, które smakowały jak stracone marzenia. I te lampki. Świeczki przypinane klamerkami do gałęzi, tworzące misterną sieć kabli, zwieńczoną wielkim pudełkiem, które w jakiś magiczny sposób sprawiało, że wciąż świeciły.

Głównym problemem było jednak to, że jedyna wiedza z zakresu elektryki, jaką Adam posiadł, polegała na wieloletnich obserwacjach ojca, który co roku te same lampki próbował naprawić. I tak lut na lucie, jako te blizny po poprzednich razach, objawiły swe wymizerowane oblicze Adamowi, kiedy udało mu się odkręcić górną część magicznego pudełka. Jego zawartość, prężnie pracująca na udane święta nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat, niekoniecznie zaskoczyła Adama — miał okazję ją oglądać już parę razy przez ramię ojca. Głęboko westchnął i trącił śrubokrętem wnętrze pudełka. Ponieważ nic się nie wydarzyło, uznał, że popatrzy na to wszystko jeszcze trochę, jakby wierzył w to, że lampki naprawią się same, jeśli wystarczająco długo będzie je zaklinał.

I wtem jego uwagę przykuła szklana, zielonkawa ozdoba choinkowa w kształcie gruszki. Adam doskonale zdawał sobie sprawę, że zarówno jego rodzina, jak i on sam, dalecy byli od standardów, więc niespecjalnie go zdziwiło, że i choinka nie reprezentowała sobą ogólnie przyjętych norm. Może i nigdy nie zgłębiał wiedzy o dekorowaniu świątecznego drzewka, ale był niemal pewien, że większość normalnych rodzin stawiała jednak na jabłka, a nie gruszki. A to wyglądało zupełnie tak, jakby ktoś celowo zignorował zasady i śmiał nazywać to sztuką. Tym większe było zaskoczenie Adama, kiedy zdał sobie sprawę, że owa zielona gruszka zajmowała naprawdę zaszczytne miejsce na choince i zawieszona była z premedytacją w najlepiej widocznym miejscu. Przy tym wszystkim miał dziwne wrażenie, że kiedy na nią patrzył, mieniła się setką odcieni, mimo że szkło użyte do jej zrobienia było raczej matowe i nie odbijało żadnych refleksów. Pomyślał nawet o tym, że chciała zwrócić na siebie jego uwagę, ale ostatecznie wydało mu się to kompletnie absurdalnym spostrzeżeniem. A potem przypomniał sobie, że podobny przedmiot już kiedyś w swoim życiu widział.

Był jeszcze dzieckiem i spędzał kolejne z rzędu wakacje u babci Jadwigi. Któregoś dnia, z nudów, zakradł się na strych i zaczął go z zapałem przeszukiwać. Wtedy właśnie, pośród sterty bezużytecznych dla dziecka jego pokroju gratów, natrafił na szklaną gruszkę. Była kompletnie zakurzona, więc zaczął energicznie pocierać ją rękawem, aż zdał sobie sprawę, że szkło pod wpływem tarcia zaczynało się mienić i migotać. Wówczas zrzucił to na karb swojej wybujałej dziecięcej fantazji i uznał za przywidzenie. Tak bardzo chciał wierzyć, że znalazł odrobinę magii na zapomnianym strychu, że zobaczyłby tam nawet czarodzieja z różdżką i śpiewające w chórze szczury. W przeciwieństwie do wszelkich magicznych cech tajemniczego przedmiotu, złość Jadwigi, która go nakryła na myszkowaniu po strychu, była całkiem realna. To był jedyny w życiu raz, kiedy widział ją w przypływie takiego gniewu. I właściwie od tej pory, nie miał z nią najlepszej relacji.

Zdawało się, że biesiadnicy konsekwentnie ignorowali jego obecność, a on sam zamyślił się i zadumał nad tymi wspomnieniami tak bardzo, że zapomniał o tym, co właściwie powinien zrobić. Wreszcie zdecydował się trącić śrubokrętem jeden z pamiątkowych lutów na nieszczęsnych lampkach.

I nagle wszystko odżyło, choinka zaświeciła w pełnym blasku — niestety na ułamek sekundy — dosłownie oślepiając wszystkich dookoła. Adam, wciąż zespolony za pomocą śrubokrętu z magicznym pudełkiem, poczuł nieprzyjemne mrowienie na palcach, usłyszał trzask, który przywodził mu na myśl zwarcie na trakcji tramwajowej, a potem wszystko utonęło w jasnozielonym świetle. Rozległ się huk i Adam porażony niewidzialną siłą poszybował nad ciasnym salonikiem, który lata świetności przeżywał podczas gierkowskiej dekady, zakończywszy trajektorię lotu na drzwiach od potężnej szafy. Plecy Adama oraz kilka antykwarycznych figurek matki, których główną i jedyną funkcją było pochłanianie kurzu, niestety nie wyszły z tego starcia cało.

— Chryste, Adam!

Usłyszał przerażony krzyk swojej rodzicielki, a potem wycięło mu kilka kadrów z życia. Później było już tylko gorzej.

Do stanu względnej świadomości brutalnie przywrócił go przeraźliwy pisk, jakby ktoś właśnie rozkręcił na cały regulator telewizor wyświetlający koniec programu w telewizji publicznej. Hałas był tak uporczywy, że żaden inny bodziec nie był w stanie się przez to przebić, sprawiając, że Adam poczuł się jakby był zawieszony w próżni, gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Przez mgłę widział te wszystkie zgromadzone nad nim, jak sępy nad posiłkiem, twarze, ale nie był w stanie zareagować. Poruszali ustami, ale jemu w głowie świdrował tylko ten jeden, ciągły, nieustający i doprowadzający do szaleństwa pisk. Zacisnął oczy i złapał się za głowę, próbując wytrzymać ból, spowodowany narastającym, ostrym dźwiękiem i kiedy już myślał, że wszystko to trwa całą wieczność i jest bliski postradania rozumu, nastała błoga cisza. Tak błoga, że był niemal pewien, że jednym z efektów ubocznych tego wypadku będzie utrata słuchu. Gdyby wtedy Adam wiedział, co właściwie się z nim stało — na pewno wolałby ogłuchnąć na resztę życia.

— Chryste, Adam, powiedz coś! _Co mu się stało?_ Prąd go poraził! _Taki stary cap, a lampek naprawić nie potrafi._ Jezus, on żyje! _A może po karetkę trzeba dzwonić?_ Adam, coś cię boli? _Pieprznął jak ta lala!_ Wszystko w porządku? _Przecież tyle mocy to w żadnym gniazdku nie ma!_ Coś ty zrobił? _Ciekawe, czy będę mógł zająć jego pokój!_ Sprawdźcie, czy oddycha! _Nie wierzę, że nie umiał tego zrobić._ Oddycha, to dobrze. _Chryste, trzeba w końcu nowe lampki kupić!_ Nic nie złamane, chyba. _I stojak, stojak też kupimy, ale żyj, syneczku!_ Oczy ma otwarte to znać, że żyje. _I choinkę nową się kupi!_ Odezwij się wreszcie, no! _Dobrze, że na stół nie pieprznął, bo trzaby kolację kończyć_. Boże kochany, co to się stało? _Ile wódki by poszło, o Jezu!_ Adam, co się stało? _Taki właśnie z niego facet._ Adam? Adam!? Adam!!!

Adam nie odpowiadał i to właściwie nie z czystej niechęci — we łbie huczało mu tak głośno, że nie rozumiał z tego bełkotu absolutnie nic. W jego głowie zapanował nieustający jazgot, jakby — na domiar złego — zamierzali zadręczyć go pytaniami, więc kiedy tylko odzyskał czucie i jako taką sprawność fizyczną, nadal trzymając się za głowę, uciekł do swojego pokoju, padł na łóżko i zakopał się w pościeli. Był naprawdę przerażony i cały się trząsł, nie do końca będąc pewnym czy to jeszcze ślad po prądzie, jaki przepłynął przez jego ciało, czy puszczająca swe więzy adrenalina. Jednak na chwilę tylko odzyskał upragniony spokój, bo niedługo potem rozległo się pukanie do drzwi.

— Adam? _Jezu, żeby mi tylko nie umarł, mój synek ukochany!_ Adam? Jesteś tam?

Helena nie była kobietą, która wykazywała się minimalną cierpliwością w sytuacjach stresowych. Zdecydowanie miała tendencję do wyolbrzymiania, dramatyzowania i przeżywania wszystkiego, nawet zanim to w ogóle zdąży się wydarzyć, ale co martwiło Adama najbardziej — miała też skłonności do konfabulacji. Nie czekając dłużej na zachęty, wparowała do pokoju, zastając go w pozie embrionalnej pośród naprędce uwitego gniazda z fragmentów pościeli.

— _Matko, co mu się stało? Może mu się co w głowie poprzewracało od tego prądu?_ Adam, wszystko w porządku?

— Nie bardzo — odparł drżącym głosem.

— Jak się czujesz? _Przestraszyłam się nie na żarty, cholerny gnojku!_

Adam popatrzył na matkę zdziwiony. Znał ją od trzydziestu lat i nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek nazwała go w ten sposób, ba! Nigdy nie słyszał z jej ust gorszej obelgi niż „głupek” i to nawet wtedy, kiedy mówiła o ojcu. A on jako dziecko regularnie dostarczał jej atrakcji, po których to z powodzeniem mogłaby go mianować czymś nawet o wiele gorszym niż „gnojek”.

— Strasznie boli mnie głowa — wystękał, spoglądając na nią z wyraźnym cierpieniem w oczach.

— Może leki jakieś ci przyniosę? _Boże kochany, a jak mu nie przejdzie? Tam rodzina czeka, goście, biedna Angela, jak to tak, żeby Wigilię samemu w łóżku spędzać!_

— Poproszę. I proszę, mamo… zamknij drzwi.

— _Jeszcze jeden kłopot, jakby z Wiktorią mało zmartwień było!_

_— _Co się dzieje z Wiktorią? — próbował dociekać, ale matka popatrzyła na niego zaskoczona, podnosząc podejrzliwie jedną brew i groteskowo marszcząc czoło.

— Jaką Wiktorią? _Jezus, przecież nie mówiłam nic o żadnej Wiktorii! Może omamy ma jakieś?!_

— Mamo, nie mam żadnych omamów. Właśnie powiedziałaś, że jest z nią jakiś kłopot.

Brwi Heleny powędrowały jeszcze wyżej, chowając się pod równo przystrzyżoną grzywką, choć w zasadzie Adam nigdy nie przypuszczał, że to fizjologicznie możliwe.

— _Boże, on zwariował, oszalał, na pewno jakaś klepka mu się obluzowała!_

— Żadna klepka mi się nie obluzowała, wiem co powiedziałaś, mamo! — warknął, poruszony do głębi tym, że matka po raz kolejny próbuje przed nim zataić fakty dotyczące jego rodzeństwa.

Kiedyś już tak było. Tomek wpadł w szkole w złe towarzystwo. Oczarowany i otumaniony przez kolegów, którzy pośród normalnych nie uchodzili za absolutnie nic nadzwyczajnego, a jedyne czym mogli się poszczycić to fakt, że wciąż oddychali, mimo ewidentnego braku mózgu, postanowił podpalić szkolną przybudówkę. Wydalili go wtedy ze szkoły, choć matka cwałowała po wywiadówkach, psychologach i terapeutach, używając miliona sposobów i przekupstw, żeby ten proces powstrzymać. Niestety bezskutecznie. A Adam żył w błogiej nieświadomości, dopóki któregoś razu nie był zmuszony podrzucić brata do szkoły. Kiedy zajechali pod gmach budynku, okazało się, że Tomek od ponad pół roku uczęszcza do innej szkoły, w drugim końcu miasta. Takiej, co to niby miała prostować młodocianych kryminalistów za pomocą wyszukanego gremium podstarzałych i podsuszonych nauczycieli, o twarzach pomarszczonych jak rodzynki, święcie wierzących w swoją rycerską misję wypleniania zła z młodzieży. Tomek przyznał mu się wtedy, że z całego serca nienawidzi tej szkoły i to w zasadzie był jedyny raz, kiedy mu się z czegokolwiek zwierzył.

Helena popatrzyła gniewnie na swojego syna.

— Nic nie mówiłam! _Biedaczysko, tak go musiało popieścić, że jakieś przywidzenia ma. Oby ta tabletka pomogła._ Lepiej już pójdę po tę tabletkę.

_— _Nie mam przywidzeń!

— _Chryste!_ — krzyknęła, a Adam właśnie zdał sobie sprawę, że wzywając pana Boga nadaremno, nie poruszyła ustami.

Nagle zaczął nieśmiało przypuszczać, że może matka wcale się nie pomyliła i podczas starcia z niewidzialną, rażącą siłą prądu, faktycznie, któraś z jego kilku szarych komórek doznała poważnych obrażeń. Brzmiało to jak prawdziwy koszmar i tak nieprawdopodobnie, że znów rozbolała go głowa. Niemal natychmiast powrócił ten potworny pisk; dokuczliwy, wywiercający dziurę w czaszce. Zacisnął powieki i zagryzł z bólu zęby, kiedy drzwi od pokoju zamknęły się za Heleną.

— Adam? Mogę wejść? _Boże, niech ten dzień się już skończy, bo nie wytrzymam._ Przyniosłam ci tabletki.

Usłyszał melodyjny głos Angeli i poderwał się do pozycji siedzącej. Jak przypuszczał, została tu przywiedziona nie tyle z troski i współczucia, co z konieczności pokazania przed rodziną, że w ogóle takie cechy posiada. Angela była w tej kwestii bardzo podobna do Adama — nie wiedziała co to empatia, za to doskonale wiedziała co wypada zrobić, a czego nie. Nie czekając na zaproszenie, weszła spokojnym, dystyngowanym krokiem do pokoju. Nie zawsze się tak poruszała i Adam wiedział, że w tej chwili rozpaczliwie próbowała zwrócić uwagę na siebie, bo ten jego nieszczęsny wypadek w sposób dotkliwy zrzucił ją z piedestału i zeszła w rozmowach na boczny tor. Zastała go siedzącego na łóżku, opartego o ścianę, w wymiętolonej koszuli i potarganych włosach.

— _No nieźle, tego to jeszcze nie grali._ — Popatrzyła na niego nieco protekcjonalnie. — Jak się czujesz?

— Kiepsko, Angie. Dosłownie chce mi rozwalić łeb.

I wtedy zawibrował jej telefon.

— _O szjet, to na pewno Robert, bo cały dzień się dzisiaj nie odzywał. Zerknę tylko, przecież Adaś mnie zna i wie, że ja bez telefonu to jak bez ręki. _— Adam popatrzył smutno na swoją dziewczynę. Coraz boleśniej i dotkliwiej docierało do najczarniejszych zakamarków jego jestestwa, że… Może… Jakimś cudem, ale… zaczął słyszeć myśli innych. Jasne, było to dla niego abstrakcją rodem z taniej hollywoodzkiej produkcji, ale jak na ten moment nie znajdował żadnego innego wytłumaczenia dla tego, co słyszy w głowie, kiedy ktoś inny znajduje się w pobliżu. — _No jasne, że to Robert. A to świnia, tylko takie życzenia? Jakaś gówniana pasta z internetu, co to się do wszystkich ciotek wysyła? Boże, jeszcze ta hybryda mi odłazi. Będę musiała do Moniki napisać, bo na sylwka z takim gównem nie wystąpię przecież._

— Z kim rozmawiasz? — zapytał wreszcie Adam, uważnie przyglądając się jak jej smukłe palce, zakończone opiłowanymi w szpic paznokciami w kolorze pudrowego różu, rytmicznie uderzają w ekran telefonu.

— Z Sylwią, wiesz… Pyta czy po świętach się zobaczymy. _Poproszę Monikę tym razem o mat. I turkusy. Na jakieś turkusy mam ochotę. Nie wiem, może niepotrzebnie tę emotikonę tu wstawiłam? _— odpowiedziała, nie zaszczycając go spojrzeniem.

— Mhm.

— No, ale z tobą już lepiej? _Dobra, wysyłam, niech wie, że się nie gniewam. Święta są to może motyw sweterka sobie na paznokciach zrobić? Najwyżej mi przedłuży, a co mi tam, modne teraz._ Przyniosłam ci tabletki od twojej mamy. Masz, łyknij. _Jasna pała, nie wierzę, że nie umiał tych pieprzonych lampek naprawić. Czego on się w szkole uczył?_

Nie wiedzieć czemu, Adam nagle zaczął się zastanawiać, jak wyglądałby seks w tych nowych, ciągle jeszcze niezrozumiałych dla niego okolicznościach.

Tego magicznego, wigilijnego wieczora jeszcze kilka razy próbował powrócić do stołu, żeby dokończyć kolację w spokoju i pokazać się rodzinie, która najwyraźniej sądziła, że jego dni są policzone. Jednak za każdym razem, kiedy tylko przekraczał próg salonu, niewyobrażalny huk i jazgot rozpętywał się w jego głowie, jakby te dziewięć osób próbowało się przekrzyczeć. Przelewające się kaskady myśli, niepoukładane i nieskładne, wyrwane z kontekstu o różnej intonacji i zabarwieniu tworzyły taki harmider, że przy tym szkolna przerwa w gimnazjum zdawała się być pieszczotą dla ucha, porównywalną z odsłuchiwaniem sonaty księżycowej w pieleszach domowych.

Zbawienne właściwości ibuprofenu sprawiły, że dokuczliwy ból głowy odpuścił Adamowi. Niestety lek ten, pomimo mrowia innych zalet, nie miał mocy leczenia duszy, więc poczucie bezradności, niepewności jutra i niezrozumienia dla całej tej iście abstrakcyjnej sytuacji dosłownie wywijało mu żołądek na lewą stronę, nie pozwalając znaleźć ukojenia w regenerującym śnie. Czy to w ogóle było możliwe, żeby słyszeć myśli innych? I to w wyniku porażenia prądem!? Czy to wciąż był sen, czy już jawa, ale przedziwna, groteskowa i tak nieprawdopodobna, że ciężko było w to uwierzyć?

Był bliski przekonania samego siebie, że to tylko omamy, ale potem zastanowił się nad przypadkowo wywołanym do tablicy Robertem. Nie było mowy o tym, żeby Angie przyznała mu się do tego, że potajemnie koresponduje z innym mężczyzną, a więc… musiał usłyszeć jej myśli. Obie te informacje sprawiły, że jego rutynowy świat zatrząsł się w posadach. Bo usłyszeć czyjeś myśli, to jedno, ale przy tym od razu stracić zaufanie do kobiety, dla której planował zrezygnować z wielu wygód życia i poczynić krok naprzód? A Adam nie był idiotą. Był mało obeznany w świecie i ludzkich relacjach, izolując się od społeczeństwa i tym samym unikając konfliktów oraz ekspozycji swojej kruchej psyche na dramaty, ale umiał odczytywać sygnały wysyłane przez swoją dziewczynę. Zwłaszcza, że te — na przestrzeni lat — urosły z drobnych aluzji do śmiałych żądań i wyraźnych poleceń. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wujek Stasiek, choć niewątpliwie był prostakiem, to słusznie zauważył, że ktoś mu tę Angelę może podebrać, gdyby dalej stawiał opory i wymigiwał się od ślubnego kobierca. Właśnie dlatego, kilka miesięcy temu, Adam stał się szczęśliwym posiadaczem paszportu i kredytu w złotówkach o wartości dziesięciu tysięcy odłożonych na wspólny wyjazd i pierścionek zaręczynowy. Znał Angelę tak długo, że umiał przeliczyć jej wartość — romantyczne oświadczyny na Rudzkiej Górze podczas pełni księżyca, choć zdecydowanie ekonomiczne, na pewno nie były czymś, czego oczekiwała od mężczyzny, któremu chciałaby obiecać resztę swojego życia.

Myśląc o tym coraz intensywniej, Adam dochodził do ponurego wniosku, że ten — na pierwszy rzut oka — nieszczęśliwy wypadek, uchronił go od popełnienia największego głupstwa w życiu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij