Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sekretna miłość - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
2659 pkt
punktów Virtualo

Sekretna miłość - ebook

Mezalians od zawsze był powodem skandali, plotek i rodzinnych konfliktów. Różnica pochodzenia potrafiła zniszczyć niejedną miłość. Ci, którzy odważyli się sprzeciwić zasadom społecznym, rzadko znajdowali szczęście, a ci, którzy zrezygnowali z szansy na prawdziwe uczucie w imię rozsądku, nosili w sercu żal przez całe życie.

Dziś, choć świat wydaje się bardziej nowoczesny, dylemat pozostaje ten sam: pieniądze czy miłość?

Koniec XIX wieku. Kiedy Radosław Pawlicki, dziedzic szlacheckiego dworu, spotyka Hanię – skromną dziewczynę z pobliskiej wioski – między nimi natychmiast rodzi się uczucie. Ich związek od początku nie ma jednak szans. On nie pasuje do jej świata, ona do jego, a wpływowy ojciec Radosława zrobi wszystko, by rozdzielić parę.

Współcześnie. Natalia, córka zamożnego przedsiębiorcy, dorasta w „złotej klatce”. Wychowana na przyszłą spadkobierczynię rodzinnego imperium, żyje pod czujnym okiem ojca, który oczekuje od niej posłuszeństwa i rozsądnych wyborów. Związek z kierowcą zatrudnionym w firmie? Nie do pomyślenia. Między nimi jest przepaść społeczna i finansowa. A jednak i tutaj iskra pojawia się od razu.

Dwie pary, dwie epoki, jedna próba miłości. Czy mezalians to tylko motyw ze starych romansów, czy wciąż żywy problem? Jakie decyzje podejmą zakochani – i czy będą gotowi ponieść ich konsekwencje?

Wzruszająca opowieść o uczuciu silniejszym niż czas, konwenanse i społeczne uprzedzenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68647-55-6
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Była piąta rano. Gospodarstwo jeszcze spało, a świat za oknem trwał w szarówce poprzedzającej świt. Hania wiedziała jednak, że lada moment koguty poderwą wszystkich na nogi, ojciec ciężko westchnie, usiądzie na skraju łóżka, zawoła, by wstawać, i dzień ruszy w swoją stałą, pracowitą rutynę.

Zwykle była tą, która ostatnia wychodziła z posłania, ale dziś, nie po raz pierwszy w ostatnich dniach, wysunęła się cicho spod pierzyny, zanim ktokolwiek inny zdążył choćby podnieść powiekę. Stanęła przy oknie, czując chłód szyby pod palcami, i patrzyła w stronę drogi biegnącej przez wieś. Panowała tam cisza gęsta jak dym z wiosennego ogniska.

I wtedy to usłyszała. Najpierw jakby ledwie szept, coś delikatnego, rytmicznego. Trzeba było dobrze się wsłuchać, aby odróżnić ten dźwięk od sennych skrzypnięć chaty. Ale Hania znała go wyjątkowo dobrze. Końskie kopyta. Z początku ciche stuknięcie, potem kolejne, coraz lepiej rozpoznawalne, choć jeszcze niezbyt głośne. Ten koń zawsze poruszał się miękko, jakby nawet jego stąpanie było szlachetnie ułożone.

Ale zaraz potem usłyszała go bardzo wyraźnie.

Syn dziedzica pędził przed siebie na swoim rasowym wierzchowcu, pochylony lekko w siodle w taki sposób, jakby człowiek i zwierzę tworzyli jedną całość. W okolicy powtarzano, że Radosław Pawlicki jest najlepszym jeźdźcem, jakiego widziano. Nic dziwnego, spędził na koniu całe dzieciństwo, więc dziś potrafił się poruszać tak, jakby się urodził w galopie.

– A ty tak nie wypatruj – mruknęła Zosia, młodsza siostra, szturchając ją łokciem. – Jeszcze ci zaszkodzi. Myślisz, że nie wiem, po co się tak skoro świt zrywasz?

Hania westchnęła, lecz nie oderwała wzroku od drogi. Siostra położyła się z powrotem, naciągnęła pierzynę po sam nos. O tej porze dnia można było złapać jedną z nielicznych chwil, kiedy w łóżku było naprawdę ciepło. Zimne wieczory sprawiały, że posłanie, do którego się kładło po całym dniu, witało chłodem, teraz po całej nocy kusiło przyjemnie. Ale Hania, obejmując drżące z zimna ramiona, i tak wychyliła się mocniej w stronę znajdującego się niedaleko okna, próbowała jeszcze coś dostrzec.

– Po prostu patrzyłam – szepnęła do siostry. Nie chciała, by rodzina nabrała jakichś podejrzeń. Czasem nie trzeba dużo, by sobie narobić poważnych kłopotów.

– Akurat! – prychnęła Zosia. – Jakoś zawsze wtedy, kiedy on przejeżdża – skomentowała jeszcze. – Już była taka jedna, co sobie przez to życie złamała – dodała, ale w jej głosie nie było nagany, tylko czysta troska.

Hania poczuła, jak policzki zaczynają ją piec.

– Nie chcę źle dla ciebie – powiedziała siostra jeszcze łagodniej. – Jesteś młoda. Ale takich dziewczyn, co im się serce zaplątało nie tam, gdzie trzeba, jest więcej, niż ludzie mówią. I każda źle skończyła. Każda! – powtórzyła z mocą.

– Przecież wiem. – Hania westchnęła. – I nie masz racji, mówi się o wszystkich. I to bardzo często. Słyszę te historie ciągle – dodała cicho.

– No właśnie – szepnęła Zosia. – Tata zawsze cię chwali, że jesteś mądra. Ludzie też. To sama rozumiesz, że lepiej schować się z powrotem pod pierzynę i nie wychylać głowy tam, gdzie łatwo można oberwać.

– Wiem... – przyznała szybko Hania. – Tylko czasem mi się wydaje, że on jest taki nieszczęśliwy... – wyrwało się jej po chwili.

Siostra aż otworzyła oczy i uniosła się na łokciu.

– Chybaś oszalała! – powiedziała trochę głośniej. – To dziedzic! Czego mu brakuje? Śpi na materacach, okrywa się miękkim puchem. A jak wstanie, kucharka tylko patrzy, co mu pod nos podsunąć. Białe bułeczki, mleko, mięso w dzień powszedni, jajka... Czego dusza zapragnie. I nikt mu kromek chleba nie wylicza – zakończyła z mocą, choć już znacznie ciszej, żeby nie obudzić śpiącego kilka metrów dalej ojca.

Brzuchy obu dziewczyn zareagowały równie boleśnie na samo wspomnienie jedzenia. Do śniadania było jeszcze daleko, a mama z całą pewnością nie poda dziś niczego obfitego. Resztki jesiennych zapasów trzeba było dzielić sprawiedliwie, by starczyło do czasu, aż znów coś urośnie. Przednówek, moment poprzedzający nadejście wiosny, zawsze jest najcięższy. Pszenicy mieli mało. Ziemniaków jeszcze mniej. Kapusty – tyle co nic. A dni jak zwykle o tej porze zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

– I do miasta sobie jeździ – ciągnęła siostra z wyrzutem, nadal zakotwiczona przy poprzednim temacie. – Czekoladki kupuje... – to ostatnie zdanie zostało wypowiedziane ze szczególnym żalem.

Hania uśmiechnęła się słabo. Bardzo kochała Zosię. Urodziły się rok po roku, od początku wychowywały razem. Spały w jednym łóżku. Wspierały w każdej sprawie. Wiedziała, że siostra lubi wszystko, co słodkie, a tak mało ma okazji, by tego choćby spróbować.

– Wyobrażasz sobie, jak to smakuje? – zapytała Zosia wciąż tak samo rozmarzona, poprawiając rozwichrzone od snu włosy. – Ja tak czasem myślę sobie przy robocie, do czego to mogłoby być podobne.

– Mówią, że słodkie – powiedziała Hania. Mogła się tylko domyślać. Nigdy bowiem nie miała okazji zjeść ani jednej czekoladki. – Może jak miodownik, co matka na święta robi? – wciągnęła się w te rozważania, wciąż wyglądając przez okno.

– Boże, on twardy jak kamień – zaprotestowała Zosia. – Nie może tak być.

– Albo jak kołacz na Wielkanoc? – zastanawiała się jeszcze Hania, czując jednocześnie, jak coraz głośniej burczy jej w brzuchu.

– No – zgodziła się Zosia. – On mięciutki... – przypomniało jej się. – Ale takie czekoladki to chyba jednak lepsze.

Zosia spojrzała w jej stronę.

– A u ciebie skąd takie myśli? I to tyle naraz? – Uśmiechnęła się.

– Widziałam na targu dziedzica z pudełkiem – odpowiedziała Zosia. – Takie wielkie niósł. Może dla gości, bo kto by to sam zjadł? I suszone owoce w polewie też miał... – dodała. – Pachniały tak, że aż serce bolało. Ale mnie wyrzucili z tego sklepu – wyznała zaraz potem, spuszczając głowę. – Wiedzieli, że nie mam pieniędzy...

Siostra wsunęła się z powrotem do łóżka i objęła ją ramieniem. Zrobiło jej się tak bardzo przykro.

– Moja kochana... – powiedziała z czułością. – Chciałabym, żebyś kiedyś doświadczyła, jak to jest. Dostała okazję wszystkiego spróbować. Gdybym tylko mogła, dawałabym ci coś dobrego każdego dnia.

– To się nigdy nie stanie. – Zosia nie miała złudzeń. – Lepiej wiedzieć, jak życie wygląda, a nie mamić się mrzonkami. Dobrze, jak kromek chleba na dziś starczy, bo już wieczorem widziałam, jak matka cienko kroi i w kółko liczy.

– Ale marzyć można. – Hania oderwała się w końcu na dobre od okna, za którym dawno już ustał tętent końskich kopyt, po czym wsunęła jeszcze głębiej pod pierzynę.

– Może i można. – Ku jej zaskoczeniu siostra nawet się zgodziła. – Ale za synem dziedzica się oglądać to bardzo źle... – W tej kwestii wciąż pozostawała wyjątkowo stanowcza.

Rozmowę przerwał ciężki głos ojca:

– A wy co tak od rana gadacie? Wyspać się nie można, trajkoczą tu jak kokoszki. Szkoda, że jajek z tego nie będzie, bo by się naprawdę przydały.

– Już jesteśmy cicho, tatku – powiedziały obie jednocześnie.

– Za późno. – Tata usiadł na łóżku, podrapał się jak co dzień po brodzie, zafrasowany, jakby miał na głowie cały świat. W pewnym sensie tak właśnie było. Los licznej rodziny w znaczącym stopniu zależał od jego myślenia, działania, starań. – Teraz do roboty! Wstawajcie, skoro jesteście już takie wyspane – zarządził. – Stajnie trzeba oporządzić. Do lasu po chrust pójść.

– Nic nie ma – mruknęła Hania, przeciągając się w łóżku. – Wczoraj żeśmy tak daleko chodziły. Wszystko już zebrane do ostatniego ździebełka.

– To jeszcze dalej pójdziecie. Albo coś znajdziecie, albo będzie zimno w chacie – odparł tata surowo, choć bez złości.

Ojciec był człowiekiem twardym, życie nie pozostawiało mu wyboru. W przeciwnym razie rodzina by nie przetrwała.

– Ubierać się – dodał. – Bo zimno jak nie wiem co.

To fakt. Poza łóżkiem było zdecydowanie mniej przyjemnie. Mama otuliła się chustą i wkładała do pieca to, co zostało jeszcze z zapasów drewna. Starszy brat ruszył z wiadrem do studni. Zosia włożyła wełniany sweter i poszła podoić krowy, żeby przynieść do domu ciepłe, pyszne mleko. Najmłodsze dzieci siedziały w łóżku, przytulone do siebie, żeby nie zmarznąć. Czekały na swój moment, żeby wstać i też się zabrać do pracy. Każdy tu miał coś do zrobienia i był potrzebny.

Hania westchnęła ciężko, otuliła się swetrem i pobiegła na dwór. Zimno jak diabli, człowiek wolałby nie sikać, ale nic się na to nie dało poradzić. Drewniana wygódka za szopą była jedyną możliwą opcją.

Hania wiedziała, że śniadanie dostaną dopiero wtedy, gdy uda się rozpalić w piecu. Czekała na ten moment jak na coś niezwykle pięknego i cennego. Żołądek ściskał jej się z głodu, ciało drżało przejęte porannym chłodem. Ale uśmiechała się, wokół niej było tyle bliskich jej osób. Cieszyła się na swoją kromkę chleba, porcję ciepłego mleka i chwilę z rodziną, zanim każdy ruszy do swojej pracy. Bardzo to lubiła.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij