-
nowość
Sekrety pana Syntezy. Część 1 - ebook
Sekrety pana Syntezy. Część 1 - ebook
Sekrety pana Syntezy to powieść francuskiego pisarza Louisa Boussenarda należąca do gatunku fantastyki naukowej, publikowana w odcinkach: marzec 1888 – luty 1889 rok w tygodniku popularnonaukowym „La Science Illustrée”. Opowiada historię genialnego wynalazcy, pana Syntezy, który dąży do odtworzenia inteligentnego życia.
Louis Boussenard przedstawia niezwykłego naukowca, dość typowego dla ówczesnych produkcji: genialnego, lecz całkowicie amoralnego naukowca. Pan Synteza jest naukowcem szwedzkiego pochodzenia o obywatelstwie szwajcarskim i amerykańskim, posiadającym ogromny majątek. Jest twórcą licznych wynalazków: pigułek dostarczających wszystkich niezbędnych składników odżywczych, urządzenia wywołującego stan sztucznego snu przy jednoczesnym zachowaniu świadomej aktywności. Wśród jego bieżących projektów ma zamiar zmodyfikować kształt Ziemi, aby zmienić jej oś i ostatecznie odchylić jej bieg, kierując ją w przestrzeni zgodnie ze swoimi pragnieniami. Jednak jego najbardziej bezpośredni projekt dotyczy jego „Wielkiego Dzieła”, próby „wymuszenia ewolucji”. Podejmuje się on bowiem odtworzenia nowej ludzkości z pojedynczej komórki – którą umieści na nowej ziemi, czyli stworzonego od podstaw lądu jakby wydobytego z dna morza.
Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68739-06-0 |
| Rozmiar pliku: | 7,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).
Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.
Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”.
Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.
Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 tomów.
PrologRozdział I
W biurze prefekta policji – Skradziony portfel – Raport Numeru 27 – Pan Synteza – Kredyt w wysokości stu milionów – Człowiek, który żyje bez jedzenia i snu – Zamówienie i dostawa pięciuset skafandrów – Cios nożem – Agent numer 32 – Profesor od „substancji wybuchowych” – Alexis Pharmaque – Słowa ulatują, pisma są ukradzione – Ślad – Znowu pan Synteza – Tajemniczy dom przy ulicy Galvani – Zamknięte drzwi – Sztywna dyspozycja – Flota pana Syntezy – Wielkie Dzieło
Tego dnia, na początku kwietnia 1884 roku, prefekt policji wydawał się być w stanie gwałtownego niepokoju. Siedząc przed ogromnym biurkiem zasypanym papierami, przeglądał zawartość portfela i często przerywał tę czynność, aby podkręcić swoje cienkie, już posiwiałe wąsy lub przeczesać pukle włosów, harmonijnie ułożone za pomocą małego żelazka.
Następnie, gdy jego niecierpliwość raczej wzrosła, niż opadła, podrażniona tymi szarpaniami za włosy; gwałtownie wstał, kopnął piętą krzesło, które odsunęło się z brzękiem, i zaczął chodzić nerwowymi krokami po gabinecie wyłożonym zielonym rypsem1, tym niezmiennym rypsem, bez którego nie ma sztuki dekoracyjnej w naszych współczesnych administracjach.
– A ten głupi agent nie przychodzi! – burknął, spoglądając ukradkiem w duże lustro w czarnej ramie przymocowane nad kominkiem.
Po raz trzeci nacisnął przycisk z kości słoniowej, który uruchomił cały system elektrycznych dzwonków.
W tym samym momencie bardzo poważny odźwierny, gładko ogolony, z lśniącą czaszką, otworzył drzwi, zrobił trzy kroki z pewnego rodzaju uroczystą gorliwością i wydawał się zakorzenić w środku rozety na dywanie.
– Numer 27? – zapytał krótko prefekt.
– Numer 27 przybył punktualnie i właśnie czeka w przedpokoju na rozkazy pana prefekta.
– Niech wejdzie…!
– No dalej… pospiesz się! – powiedział, popychając wciąż uroczystego odźwiernego, którego nogi poruszały się z majestatyczną powolnością.
Następnie prefekt westchnął z zadowoleniem, usiadł w fotelu, przykrył zawsze otwartą teczkę bibułką, wziął pilnik do paznokci, aby nadać sobie powagę, przybrał poważną minę i czekał.
– Numer 27! – ogłosił odźwierny.
– Dobrze! Teraz nie ma mnie dla nikogo.
Następnie, dostrzegając nowo przybyłego mężczyznę w wieku około trzydziestu lat, o inteligentnej ale wyjątkowo bladej twarzy, zwrócił się do niego szorstko, nawet nie odpowiadając na jego pozdrowienie:
– W końcu pan przyszedł! Jak to! Jest dziesiąta rano, a ja czekam na pana od wczorajszego wieczora…! Powierzyłem panu poufną, bardzo ważną misję, z wyraźnym zaleceniem, aby wykazał się pan jak największą starannością, a pan zostawił mnie na dwanaście godzin „głodnego jak wilk”!
– Ależ, panie prefekcie…
– Milcz! Nie wiem jeszcze, czy wykonał pan swoje zadanie dobrze, czy źle, ale zamiast przybiec, bawisz się w gapienie i jak głupiec dajesz się okraść z portfela zawierającego moje instrukcje i raport, który jest dla mnie tak ważny!
Funkcjonariusz, szczerze zmieszany, widząc swojego szefa poinformowanego o szczególe, który, jak sądził, znał tylko on sam i złodziej, nie mógł powstrzymać gestu zaskoczenia.
Następnie ten gest, natychmiast stłumiony, został zastąpiony szybkim jak myśl wyrazem twarzy wskazującym na proces myślowy, który można sformułować w następujący sposób:
„Patrzcie…! Patrzcie…! Czy szef byłby silniejszy, niż myślałem? Czy on mi nie ufa? Czy to on sprawił, że ukradziono mi portfel? Ale po co!”.
– No cóż! Nic pan nie powie…? Co ma pan na swoje usprawiedliwienie?
– Że to prawda. Ukradziono mi portfel… Och, bardzo subtelnie, a łotr, który to zrobił, był sprytny. Jednak tylko na pół sprytny, bo mój łotr został okradziony jako pierwszy, ponieważ z jednej strony portfel nie zawierał ani grosza, a mój raport jest napisany szyfrem, do którego tylko ja posiadam klucz.
– Tak pan uważa? – zapytał ironicznie prefekt.
– Absolutnie, panie prefekcie.
– A gdybym pokazał panu ten dokument, a raczej jego tłumaczenie na poprawny język francuski, co by pan powiedział?
– Że to niemożliwe!
– Proszę, młody człowieku, oto oryginał napisany przez pana ołówkiem, a oto tłumaczenie… Zatrzymam to ostatnie… Proszę przeczytać na głos swoje sprawozdanie, a ja w tym czasie będę je porównywał.
Jednak funkcjonariusz, całkowicie oszołomiony, sądząc, że śni, pozostał jak skamieniały, z rękami przylegającymi do ciała, nawet nie widząc ruchu swojego szefa, który podawał mu papier.
Prefekt przez chwilę rozkoszował się swoim triumfem, po czym ponownie przemówił surowym głosem:
– Wydaje mi się, że czekam!
Numer 27 wydawał się dokładać ogromnych wysiłków, wyciągnął z kieszeni chusteczkę, otarł pot spływający po jego bladym obliczu, wziął papier i przeczytał zmienionym głosem:
Sprawa Syntezy.
Zgodnie z rozkazami mojego szefa starałem się zgromadzić informacje na temat tajemniczej postaci, która od około miesiąca stanowi dla paryskiego społeczeństwa swego rodzaju żywą zagadkę…
– Oto, jeśli się nie mylę, prawdziwa literatura z tanich gazet – przerwał ironicznie prefekt. – Ale proszę kontynuować… porównujemy… Krytyka nadejdzie w odpowiednim czasie.
– …Ta postać, znana pod dziwnym nazwiskiem pana Syntezy, mieszka w Grand Hotelu. Pan Synteza jest wysokim starcem, którego wieku nie da się określić, ale pomimo swojej świeżości można zapewnić, że przekroczył już sześćdziesiątkę…
– Coraz bardziej przypomina to powieść w odcinkach – mruknął prefekt.
– …Wydaje się być pochodzenia holenderskiego lub szwedzkiego – kontynuował Numer 27 – a jego życie jest niezwykle dziwne. Rzadko przyjmuje gości. Jego dwaj służący, odrażający Murzyni, prawdziwe cerbery2, poddają odwiedzających swego rodzaju egzaminowi, pytają ich o hasła i surowo ich odprawiają, gdy odpowiedzi nie są zadowalające.
Mówi się, że pan Synteza jest maniakalnym naukowcem, zawsze zajętym wypełnianiem czystych kartek wzorami chemicznymi i równaniami algebraicznymi, i że jest to jedyny powód tego surowego odosobnienia, jakie sobie narzucił.
Mówi się również, że jego majątek jest kolosalny, że w jego mieszkaniu najcenniejsze klejnoty: diamenty, szafiry i rubiny, leżą dosłownie wszędzie, a on sam posiada kilka skrzyń wypełnionych tymi kamieniami szlachetnymi.
Być może jest to nieco przesadzone, ale mogę potwierdzić, że posiada on kredyt w wysokości stu milionów w domu Rothschildów3.
– Czy naprawdę pan powiedział: sto milionów?
– Informację tę uzyskałem od głównego kasjera.
– Do diabła! To jest pewne. Jego kamienie mogą być tylko zwykłymi kamieniami… ale złoto panów Rothschildów jest prawdziwe. Proszę kontynuować.
– …Dodaje się, i wydaje się to nadmiernie potwierdzone przez zapewnienia pracowników hotelu, że pan Synteza nie je i nigdy nie śpi. Nie zszedł ani razu do restauracji hotelowej i nigdy nie zamówił sobie posiłku do swojego apartamentu. Jego czarni słudzy nigdy nie wnosili zapasów do hotelu i mówią każdemu, kto chce ich słuchać, że ich pan nie wie, czym jest sen. Poza tym w apartamencie nie ma łóżek, kanap ani szezlongów4. Te bardzo dziwne osobliwości mogłyby wystarczyć, aby zwrócić dyskretną uwagę władz na tę postać…
– Ma pan rację, a pańska literatura czasami jest warta zachodu. Dyskretna uwaga… tak, właśnie tak… Trzeba być dyskretnym wobec ekscentryka, który może zarobić sto milionów, a jednak warto coś o nim wiedzieć.
– …Dyskretnej uwadze władz – powtórzył Numer 27, zadowolony z aprobaty swojego szefa – gdyby ten niezaprzeczalny fakt, ponieważ należy do sfery rzeczywistego życia, nie pojawił się w tej tajemniczej egzystencji.
Pan Synteza, kilka dni po przybyciu do Paryża, skontaktował się z ważną firmą Denayrouze i Rouquayrole5 i złożył zamówienie na pięćset skafandrów nurkowych.
Te udoskonalone urządzenia są wyposażone w zbiornik o wymiarach zbliżonych do plecaka żołnierza. Powietrze do oddychania, magazynowane w tym zbiorniku pod wysokim ciśnieniem, może zaspokoić potrzeby nurka przez sześć godzin. Pompy służące do wtłaczania powietrza do oddychania, a także rury łączące się z urządzeniami, zostały w ten sposób wyeliminowane, a człowiek, zabierając ze sobą zapas powietrza, ma pełną swobodę ruchów i działania. Skafandry te nazywane są „niezależnymi”.
Dostawa została zrealizowana pięć dni temu na dworzec Saint-Lazare, opłacona gotówką i wysłana do Hawru specjalnym pociągiem. Pięćset aparatów jest już załadowanych do ładowni dużego parowca „Anna”, zacumowanego przy nabrzeżu basenu Eure.
– To wszystko, nieprawdaż?
– Na razie to wszystko, panie prefekcie.
– Dobrze! Pańskie hieroglify są w pełni zgodne z moim tłumaczeniem. Nie mam żadnych zastrzeżeń do treści tego raportu, który miło rekompensuje mi prozę, do której przyzwyczaili mnie moi pomocnicy.
Jest to zresztą dopiero początek śledztwa. Nie wątpię, że wkrótce uda się panu wydobyć z tej serii tajemnic solidną i merytoryczną notatkę policyjną, rygorystyczną jak równanie, i w sposób satysfakcjonujący wyjaśnić wszystkie te zjawiska. Ale proszę być niezwykle ostrożnym i nie dać się już więcej głupio okraść…
– Och! Panie prefekcie, nie dla przyjemności zostałem okradziony z mojego portfela i dźgnięty nożem…
– Pan! Dźgnięty nożem… Gdzie? Kiedy?
– Wczoraj wieczorem, o dziewiątej, około pół godziny po kradzieży, wracałem do domu, bardzo poruszony, aby napisać z pamięci drugi raport. Mieszkam, jak pan wie, przy nabrzeżu Béthune6. Nieznajomy, który szedł tuż za mną, nagle mnie wyprzedził, zatrzymał się przede mną, przez chwilę mi się przyglądał, po czym wyciągnął rękę i uderzył mnie z całej siły.
Poczułem się, jakbym otrzymał cios pięścią w klatkę piersiową… Krzyknąłem… Zobaczyłem tańczące płomienie latarni gazowych, a potem upadłem na chodnik. Nieznajomy uciekł, a na mój krzyk podbiegło dwóch policjantów. Podnieśli mnie, przywrócili do przytomności. Przedstawiłem się im, a oni zabrali mnie do szpitala Hôtel-Dieu7.
Dyżurny internista opatrzył mi ranę, stwierdził, że nie stanowi ona żadnego zagrożenia, nalegał jednak, aby zatrzymać mnie na noc, a pół godziny temu wypuścił mnie do domu. Oto, panie prefekcie, dlaczego nie mogłem stawić się przed panem o wyznaczonej godzinie.
– Ach, mój biedny chłopcze, czemu nie powiedziałeś tego wcześniej! Jak to, pchnięcie nożem! A więc to prawda, że w Paryżu dochodzi do morderstw?
– Tak się wydaje, panie prefekcie.
– To znacznie komplikuje sytuację. A propos, nie ma sensu dłużej trzymać pana w niepewności. Zna pan ten portfel?
– To jest mój portfel.
– Mężczyzna, który go panu ukradł, został zatrzymany jakiś czas później podczas bójki i przewieziony na komisariat. Przeszukano go i znaleziono przy nim ten notes z pańską legitymacją służbową oraz różne dokumenty, które komisarz miał na tyle rozsądku, aby mi natychmiast przesłać. Znalazłem pański raport i kazałem go rozszyfrować jednemu z moich pracowników… To wszystko jest oczywiste. Jednak znacznie mniej jasna, a dla pana nie mniej nieprzyjemna, jest próba, której padł pan ofiarą. Czy nie ma związku między tymi dwoma faktami?
– Wydaje mi się to bardzo prawdopodobne.
– Cóż, zobaczymy. Na razie proszę zachować spokój; proszę pozostać w domu przez kilka dni, ponieważ sądzę, że jest pan „spalony”. Na czas oczekiwania, oto rekompensata dla pana.
Po tych słowach prefekt otworzył sejf, wyjął garść luidorów8 i włożył je do ręki agenta, który obsypał go podziękowaniami.
– Jeszcze jedno słowo, zanim pan odejdzie. Usiądź pan na chwilę, bo jesteś zmęczony. Powiedz mi, jaka jest pańska osobista ocena dostawy pięciuset skafandrów? To wydaje się obecnie kluczową kwestią. Nie ma dla nas znaczenia, że pan Synteza nie je i nie śpi! Ma pełną swobodę, by powtórzyć eksperymenty doktora Tannera9 i prześcignąć ekscentrycznego Amerykanina. Ale kombinezony!
– Ma pan rację, panie prefekcie. Żadna osoba prywatna, nawet gdyby była generalnym dzierżawcą wszystkich łowisk przy Cejlonie lub oszalała na punkcie perspektywy zostania jedynym właścicielem akcji Vigo10, czyli nawet gdyby była arcymilionerem lub arcyszaleńcem, nigdy nie pomyślałaby o zamówieniu wyposażenia dla tej przyszłej armii nurków…
– To prawda! Pułk, jeśli nie armia nurków!
– Moim zdaniem, skoro zaszczycił mnie pan prośbą o wyrażenie opinii, dobrze byłoby nałożyć embargo na „Annę”, parowiec pana Syntezy.
– To poważna sprawa i muszę zgłosić ją ministrowi. Z drugiej strony należy sprawdzić, czy ta osoba jest obcokrajowcem, aby nie narazić się na niepotrzebne komplikacje dyplomatyczne. Nie można jednak pozwolić na wywiezienie z francuskiego portu pięciuset skafandrów bez wiedzy, gdzie trafią.
Przechodzimy obecnie przez rodzaj kryzysu, którego przejawy przybierają różne formy… Kryzysy polityczne, rolnicze, finansowe, handlowe… Jest wielu niezadowolonych… Ludzie spiskują, partie się burzą, narody zbroją się… Prywatne osoby są zazdrosne o siebie nawzajem… Narody się nienawidzą…
Czy ta tajemnica, która nas obecnie intryguje, nie jest jakąś niewidzialną nicią powiązaną z tym stanem stagnacji, który łatwiej jest odgadnąć niż sformułować? Kto wie, czy nie jesteśmy na tropie spisku przeciwko istnieniu władcy lub bezpieczeństwu narodu…?
Prefekt policji musiał być naprawdę bardzo zdezorientowany, skoro pozwolił sobie na monolog przed swoim skromnym współpracownikiem. Kiedy w końcu zdał sobie sprawę, że myśli na głos, nagle przerwał swoją tyradę i odprawił Numer 27, ponownie zalecając mu jak największą ostrożność.
Chciał wykorzystać tę rzadką chwilę samotności, aby ponownie przeanalizować zagadkę, której słowem kluczowym był pan Synteza, kiedy ponownie pojawił się odźwierny, nadal poważny i uroczysty.
– Numer 32 czeka w małym gabinecie – powiedział łagodnym głosem.
– Proszę go wprowadzić – odpowiedział prefekt z rezygnacją człowieka, który wie, że nie jest panem swojego czasu. – Patrzcie, to pan! Myślałem, że jest pan w Szwajcarii, zajęty obserwowaniem nihilistycznych uciekinierów.
– Wróciłem tydzień temu.
– I jeszcze pana nie widziałem?
– Śledziłem osobę, która sprawiała mi sporo kłopotów, a ponieważ sam byłem śledzony, nie wiedząc dokładnie przez kogo, uznałem, że nie byłoby rozsądne pojawiać się w „Domu”.
– W porządku, co nowego?
– Wiele nowego, panie prefekcie.
– Czy ma pan szczegółowy raport?
– Raport ustny, panie prefekcie.
– Dlaczego nie jest napisana notatka?
– Ponieważ przysłowie: Verba volant, scripta manent jest fałszywe, jak większość przysłów, a które znaczy: słowa ulatują, to co zostało napisane, pozostaje…
– To prawda. Proszę opowiedzieć mi swoją historię i nie obawiać się podawać szczegółów. Wszystko, co dotyczy czynów i zachowań osób, które ma pan nadzorować, ma ogromne znaczenie.
– Od pięciu tygodni przebywałem w Genewie i dzięki agentom, których moskiewska policja utrzymuje w mieście, byłem doskonale poinformowany o działaniach i zachowaniach uchodźców. Moje zadanie było zresztą łatwe, ponieważ musiałem zajmować się tylko tymi, którzy przyjeżdżali do Francji lub wracali z Francji do Szwajcarii.
Szczególnie zainteresowała mnie osoba o dziwnym wyglądzie, niespójnym zachowaniu, co najmniej wątpliwej narodowości, ale o doskonale określonym zawodzie. Był chemikiem, ale chemikiem, jakich już nie spotyka się, który wydawał się pochodzić z jednego z tych laboratoriów pełnych retort, kolb, barokowych urządzeń i wypchanych słomą krokodyli, w których średniowieczni alchemicy zajmowali się swoją magią. Wszystko w nim było niezwykłe, łącznie z nazwiskiem, które od razu mnie uderzyło. Nazywał się, a raczej nazywa się Alexis Pharmaque.
– Ależ to nie jest nazwisko, to gra słów. „Alexipharmaque”, pisane razem oznacza, jak sądzę, odtrutkę, lekarstwo na chorobotwórczą substancję.
– Słownik Pierre’a Larousse’a11 udzielił mi informacji na ten temat.
– To może być tylko pseudonim.
– Bardziej niż prawdopodobne. W każdym razie mój Alexis Pharmaque posiadał w zacisznym domu na skraju przedmieścia wspaniale wyposażone laboratorium, w którym od rana do wieczora i od wieczora do nocy wytwarza całą gamę znanych i nieznanych materiałów wybuchowych.
– Do diabła!
– Pioruniany, piroksyliny, nitrobenzen, belinit, seranina, petrolit, sebastyna, panklastyt, mataziette, tonit, glonoina, dynamit, dualina, glikoksylina, saxifragina, niszczycielska żelatyna i wiele innych, których nazw nie znam – eksperymentował ze wszystkimi i żył spokojnie jak bóg Terminus12, pośród tych grzmotów w butelkach.
W międzyczasie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie, uczył chemii rosyjskich uchodźców, a zwłaszcza tej części nauki, która dotyczy substancji wybuchowych. Byłem jednym z jego uczniów, jeśli nie najbystrzejszym, to przynajmniej najbardziej gorliwym.
Życie naszego profesora upływało w absolutnym spokoju, niezakłócone w żaden sposób przez niepewne i co najmniej kontrowersyjne eksperymenty, aż pewnego dnia nieoczekiwane wydarzenie całkowicie je zmieniło. List, zwykły list, który przybył pewnego pięknego poranka z Francji, wyrwał pana Alexisa Pharmaque’a z jego laboratorium, od jego formuł i eksperymentów.
„Wzywają mnie do Paryża – powiedział bez wstępów. – Wybitny naukowiec wzywa mnie do siebie. Otrzymam wspaniałe wynagrodzenie, co nie ma dla mnie większego znaczenia, ale będę miał możliwość zajmowania się chemią transcendentalną13 jako asystent pana Syntezy, którego nazwisko…”.
– Co takiego! – przerwał oszołomiony prefekt policji. – Powiedział pan: pan Synteza?
– Tak, panie prefekcie. Cóż za dziwne nazwisko, obok tego nazwiska Alexis Pharmaque! Prawdopodobnie kolejny pseudonim… Ci uczeni nie potrafią robić nic tak jak wszyscy inni!
Bez dalszej zwłoki nasz profesor pożegnał się z nami, za śmieszną sumkę pozostawił swoje laboratorium jednemu z Rosjan, spakował swoje rękopisy do kufra i wsiadł do pierwszego pociągu do Paryża.
Wyczuwając przygodę, zmieniłem wygląd, aby podróżny mnie nie rozpoznał, wsiadłem do tego samego pociągu i wróciłem z nim do Francji.
– Bardzo dobrze…! Bardzo dobrze.
– Po przyjeździe do Paryża śledziłem mojego człowieka, który zabrał mnie powozem na ulicę Galvani14, nową ulicę biegnącą od ulicy Laugier do bulwaru Gouvien-Saint-Cyr. Pojazd zatrzymał się przed wysokim murem ogrodzenia z małą furtką i szeroką bramą z dwoma żelaznymi skrzydłami. Po pierwszym dzwonku otworzyły się szeroko, a potem zamknęły za powozem, dając mi ledwie czas, by dostrzec między podwórkiem a ogrodem przestronny parterowy dom i rozciągające się dalej budynki gospodarcze.
Przez godzinę czekałem na próżno, aż fiakier wyjedzie; zmęczony walką musiałem wrócić do domu, obiecując sobie, że wyjaśnię sprawę następnego dnia, z samego rana.
W zasadzie wydaje się to bardzo łatwe – wejść do paryskiego domu, porozmawiać z ludźmi i uzyskać informacje o jego mieszkańcach. Dla nas to podstawy naszego zawodu.
Jednak musiałem znacznie obniżyć swoje oczekiwania w obliczu bezlitośnie zamkniętych drzwi, irytującego milczenia ludzi, którzy nie chcieli nic powiedzieć, nieugiętych zasad i absolutnej nieprzeniknioności ludzi i rzeczy. Oczywiście wciągnęło mnie to, tym bardziej, że widziałem, jak tajemnica staje się coraz bardziej nieprzenikniona.
Wykorzystywałem wszelkie preteksty, powiedziałbym nawet, że wszelkie środki, aby zdobyć informacje na miejscu lub przynajmniej się tam dostać. Zostałem kolejno posłańcem, telegrafistą, inspektorem gazowym i wodociągowym miasta… Musiałem ponieść koszty przebrania.
Ledwie zadzwoniłem do przeklętych drzwi, pojawił się wielki diabeł w liberii, który zwrócił się do mnie w języku dla mnie niezrozumiałym; a gdy próbowałem mówić do niego po francusku, odprawił mnie z krzywym uśmiechem, który sprawiał, że wyglądał jak buldog.
Wściekałem się tym bardziej, że widziałem, w mniej więcej nieregularnych odstępach czasu, powóz zaprzężony w czarnego konia, szybkiego jak wiatr, z podniesionymi drzwiami, wjeżdżający galopem przez bramę, która otworzyła się i zamknęła, że tak powiem, automatycznie. Ponieważ nie widziałem, żeby wyjeżdżał stamtąd, tak samo jak fiakier mojego byłego nauczyciela, doszedłem do wniosku, że istnieje wyjście prowadzące na bulwar Gouvion-Saint-Cyr.
To właśnie tam ustawiłem się na posterunku tego popołudnia, w powozie zaprzężonym w doskonałego konia i powożonym przez jednego z naszych agentów.
– To dobrze – przerwał prefekt, coraz bardziej zainteresowany.
– Na honor, moja cierpliwość została nagrodzona nawet wcześniej, niż się spodziewałem. Nie minęła godzina, odkąd się tam ustawiłem, gdy nagle otworzyły się drzwi w wielkim murze, który, jak sądziłem, otaczał leżący odłogiem grunt: pojawił się powóz i pomknął jak strzała.
Mój woźnica, wcześniej wyposażony w odpowiednie instrukcje, bezzwłocznie ruszył za nim, nie zważając na to, że jego koń może się zajechać, byle tylko nie stracić z oczu szaleńczego rumaka. Po fantastycznej przejażdżce przez Paryż dotarliśmy do rogu placu Sorbonne15, naprzeciwko wielkich zakładów chemicznych Fontaine et Cie, i miałem szczęście zobaczyć wysiadającego Alexisa Pharmaque’a we własnej osobie.
Pozwoliłem mu wejść do magazynu, a sam zacząłem przechadzać się po chodniku, udając bezczynnego spacerowicza. Wykorzystałem moment, w którym mój człowiek wyszedł po załatwieniu spraw, aby lekko go potrącić, jakby przez nieuwagę.
– Och, to pan, drogi mistrzu! – zawołałem z radością.
– Ach, drogi panie… pan tutaj…! Jak to się stało?
– Zostałem wezwany do Paryża z powodu poważnej choroby mojego ojca i przyszedłem zapisać się do sekretariatu wydziału nauk ścisłych.
– Nadal pan studiuje?
– Cóż, pod pańskim fachowym kierownictwem polubiłem chemię i chcę kontynuować te tak dobrze rozpoczęte studia.
– To wspaniale, gratuluję panu.
– A pan, drogi mistrzu, co u pana słychać?
– Och, ja jestem u szczytu swoich marzeń. Proszę sobie wyobrazić, że kieruję laboratorium wielkości Sorbony i Collège de France16 razem wziętych, że mam do pomocy wybitnych chemików, a moim patronem jest najwspanialszy człowiek na obu półkulach.
– Tak, pan Synteza. Przypomniałem sobie ten dziwny pseudonim osoby, która w zeszłym tygodniu wezwała pana z Genewy.
– Chodzi panu o jego prawdziwe nazwisko. Cudowna, wysublimowana, nieporównywalna istota, bardziej uczona niż sama Biblioteka Narodowa, bogatsza niż wszyscy finansiści świata, potężniejsza niż wszyscy monarchowie i książęta wymienieni w kalendarzu z Gotha!17
– A więc, dodałem na wszelki wypadek, zrezygnował pan ze specjalnych badań nad substancjami wybuchowymi?
– Ależ mój drogi, to są dziecinne sprawy, skoro stoimy u progu podjęcia gigantycznego, niespotykanego, niewiarygodnego dzieła, którego sama idea budzi we mnie podziw, a nawet przerażenie. Nie potrafię znaleźć słów, aby opisać moje uczucia, ponieważ słowa są tylko słowami, a mój język nie jest w stanie wyrazić myśli, które przepełniają mój umysł. Poza tym ta tajemnica nie należy do mnie i nie mogę powiedzieć panu nic więcej Wiedz tylko, że wkrótce usłyszysz o nas; że nazwisko pana Syntezy i jego skromnych współpracowników rozbłyśnie na całym świecie jak meteor, kiedy zrealizujemy Wielkie Dzieło, genialną koncepcję naszego wspólnego mistrza! Ale teraz muszę odejść… Żegnaj pan, a raczej do zobaczenia. Czas mnie goni, a mam jeszcze tyle do zrobienia, aby zakończyć ostatnie przygotowania!
– Czy wkrótce pan gdzieś wyjeżdża?
– Za osiem lub dziesięć dni, z ogromną ekipą. Cztery statki, dobrze pan słyszy, cztery wielkie parowce, dosłownie wypełnione wszelkiego rodzaju środkami chemicznymi, nieznanymi maszynami, cudownymi urządzeniami, będą przewozić pana Syntezę i jego pomocników…
– To niesamowite…!
– Dobrze powiedziane, niesamowite. Aby dać panu proste i bardzo ogólne pojęcie o znaczeniu tego przedsięwzięcia, powiem ci, że między innymi akcesoriami jeden z naszych statków przewiezie pięćset skafandrów…!
1 Ryps – tkanina o wypukłych, drobnych prążkach.
2 Cerber – srogi i czujny strażnik; od imienia mitologicznego trójgłowego psa czuwającego u wrót świata zmarłych, Hadesu.
3 Rotschild – któryś z przedstawicieli sławnej rodziny finansistów.
4 Szezlong – kanapa w kształcie wydłużonego fotela, na której można odpoczywać w pozycji półleżącej.
5 Auguste Denayrouze (1837-1883) – u L. Boussenarda: Denayrouse, francuski oficer marynarki i wynalazca, w roku 1864 wraz z Benoît Rouquayrolem (1826-1875), francuskim inżynierem górniczym uzyskał patent na skafander nurkowy jako pierwszy dozujący powietrze podczas nurkowania i pozwalający na niezależne ruchy pod wodą, bez połączenia z pompą.
6 Nabrzeże Béthune – nabrzeże położone wzdłuż Sekwany na wyspie Świętego Ludwika w 4. okręgu Paryża.
7 Szpital Hôtel-Dieu (Boże Schronienie)– szpital położony na Île de la Cité w 4. okręgu Paryża; założony w 651 roku jest najstarszym paryskim szpitalem.
8 Luidor (fr. louis) – główna jednostka monetarna Francji do roku 1792; po reformie określano tak 20 franków.
9 Henry Samuel Tanner (1831-1918) – amerykański lekarz i zwolennik postu; w 1880 roku podjął 40-dniowy post w Nowym Jorku pod nadzorem swoich kolegów z Nowojorskiej Akademii Medycznej.
10 Zatoka Vigo – zatoka morska w hiszpańskiej prowincji Galicia; tu chodzi o rzekomy skarb na zatopionych statkach podczas bitwy morskiej w zatoce Vigo (pod Randą) w 172 toku między flotami angielsko-holenderską a hiszpańsko-francuską.
11 Pierre Larousse (1817-1885) – francuski redaktor i encyklopedysta, w roku 1852 założył wydawnictwo Librairie Larousse, w którym ukazywały się różne słowniki, w tym języka francuskiego; jego główne dzieło, 17-tomowy Grand dictionnaire universel du XIXe siècle (Wielki słownik powszechny XIX wieku) 1866-1877, zdobyło wielką popularność.
12 Terminus – w mitologii rzymskiej bóg granic między prywatnymi posiadłościami, ale przede wszystkim granic państwowych. Był również bóstwem opiekuńczym samych znaków granicznych, które po łacinie nosiły tę samą nazwę co bóstwo i były z nim czasem utożsamiane.
13 Transcendentalny – znajdujący się poza zasięgiem ludzkiego doświadczenia i poznawalnego świata.
14 Ulica Galvani – ulica publiczna położona w 1. okręgu Paryża; zaczyna się pod numerem 65 przy ulicy Laugier i kończy pod numerem 19 przy bulwarze Gouvion-Saint-Cyr.
15 Plac Sorbonne – plac położony w dzielnicy Sorbona w 5. okręgu Paryża.
16 Collège de France (Kolegium Francuskie) – wyższa szkoła mieszcząca się w Paryżu, założona w 1530 roku przez francuskiego króla Franciszka I (do 1795 roku nosiła nazwę Collegium Regium Galliarum); jej założeniem było zdobywanie wiedzy, a nie stopni naukowych.
17 Kalendarz z Gotha (niem. Gothaische Hofkalender) – znany, coroczny informator, opublikowany po raz pierwszy w roku 1763 przez dom wydawniczy mieszczący się w miejscowości Gotha w Niemczech; ukazywał się do II wojny światowej.