-
nowość
Sekrety pana Syntezy Część 2 - ebook
Sekrety pana Syntezy Część 2 - ebook
Sekrety pana Syntezy to powieść francuskiego pisarza Louisa Boussenarda należąca do gatunku fantastyki naukowej, publikowana w odcinkach: marzec 1888 – luty 1889 rok w tygodniku popularnonaukowym „La Science Illustrée”. Opowiada historię genialnego wynalazcy, pana Syntezy, który dąży do odtworzenia inteligentnego życia.
Louis Boussenard przedstawia niezwykłego naukowca, dość typowego dla ówczesnych produkcji: genialnego, lecz całkowicie amoralnego naukowca. Pan Synteza jest naukowcem szwedzkiego pochodzenia o obywatelstwie szwajcarskim i amerykańskim, posiadającym ogromny majątek. Jest twórcą licznych wynalazków: pigułek dostarczających wszystkich niezbędnych składników odżywczych, urządzenia wywołującego stan sztucznego snu przy jednoczesnym zachowaniu świadomej aktywności. Wśród jego bieżących projektów ma zamiar zmodyfikować kształt Ziemi, aby zmienić jej oś i ostatecznie odchylić jej bieg, kierując ją w przestrzeni zgodnie ze swoimi pragnieniami. Jednak jego najbardziej bezpośredni projekt dotyczy jego „Wielkiego Dzieła”, próby „wymuszenia ewolucji”. Podejmuje się on bowiem odtworzenia nowej ludzkości z pojedynczej komórki – którą umieści na nowej ziemi, czyli stworzonego od podstaw lądu jakby wydobytego z dna morza.
Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68739-07-7 |
| Rozmiar pliku: | 15 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).
Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.
Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”.
Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.
Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 tomów.Rozdział VI
Heroiczne środki przeciwpożarowe – Co oznacza zatopienie statku – Przegrody i komory wodoszczelne – Częściowe zalanie – Torpeda – Łódź-torpedowiec – Eksplozja – Pożar ugaszony, ale jakim kosztem! – „Wolałbym wszystko wysadzić w powietrze!” – Powrót do Singapuru – Dlaczego ten powrót denerwuje dziewczynę – Konieczność nie zna prawa – Odwaga i naiwność – Trzeba będzie kupić inny statek – Ptaki i kwiaty – Wiatr się wzmaga – Nagła cisza – Niekorzystne prognozy – Po pożarze, huragan
Próba ścigania „Indusa”, który zniknął w ciemnościach, byłaby szaleństwem.
Dopóki kapitan Christian wierzył w możliwość dogonienia statku i zabrania wszystkich na pokład, nie przejmował się zbytnio „Godaveri”. Naprawa uszkodzonej maszyny, a nawet gaszenie pożaru były dla niego mniej pilne niż pomoc za wszelką cenę swojemu towarzyszowi.
Ale teraz, gdy sam znalazł się zdany wyłącznie na własne siły, bez nadziei i możliwości uzyskania pomocy z zewnątrz, musiał podjąć najpilniejsze działania, aby uniknąć śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Pożar, podsycany przez szybkość poruszania się, rozprzestrzenił się w straszliwym tempie, a zwykłe środki stosowane do jego opanowania okazały się bezsilne. Na próżno zatkano wszystkie otwory; na próżno pompy i maszyna wyrzucały strumienie wody i pary; na próżno też ludzie wyposażeni w przenośne gaśnice, ryzykując życie, próbowali przedostać się do głównego ogniska pożaru.
Płomienie ryczały pod pokładami, z których wydobywały się gęste kłęby duszącego dymu, pomimo zamknięcia luków, zakratowanych okien i iluminatorów. Przegrzane blachy poszycia trzeszczały na poziomie linii wodnej.
Pierwszy oficer, który na wyraźny rozkaz kapitana wracał wraz ze swoimi ludźmi, pojawił się, zataczając, na wpół uduszony, z przypalonymi brwiami i brodą. Odciągnął swojego szefa na bok i w zaufaniu poinformował go, że przednia część ładowni, w której doszło do eksplozji, stała się całkowicie niedostępna i że bez podjęcia zdecydowanych, a raczej heroicznych działań statek jest stracony.
Kapitan miał zaufanie do swojego podwładnego i nie bez powodu. Aby wyraził taką opinię, sytuacja musiała być niemal beznadziejna.
– Mówi pan, oficerze, że potrzebne jest heroiczne rozwiązanie, prawda? Cóż, znalazłem takie rozwiązanie i to pan je zastosuje.
– Dziękuję, dowódco. Może pan na mnie liczyć.
– Nie miałem czasu rano sprawdzić grodzi wodoszczelnych.
– Są w idealnym stanie.
– Zasuwy są opuszczone, prawda?
– To pierwsza czynność, którą nakazałem wykonać zaraz po wybuchu.
– Czy jest pan pewny, że pożar jest zlokalizowany za przegrodą kolizyjną?
– Na razie tak, dowódco.
– Cóż, mój przyjacielu, naszym jedynym ratunkiem jest zatopienie statku.
– Zatopienie statku…!
– Za pomocą torpedy, którą bezzwłocznie wystrzelisz – odpowiedział spokojnie kapitan Christian, jakby wydawał najprostsze polecenie na świecie.
– Na rozkaz, kapitanie!
– Wiesz, co masz robić. Powiadom mnie, kiedy wszystko będzie gotowe.
– Dziękuję! Za cztery lub pięć minut będę gotowy.
Operacja, do której ostatecznie uciekał się dowódca „Godaveri”, choć pozornie beznadziejna, była jedyną, która mogła uratować steamer.
Zatopienie statku oznacza wykonanie w jego kadłubie, poniżej linii wodnej, dużego otworu, przez który do wnętrza statku wlewa się potężny strumień wody. Dzięki specjalnej konstrukcji nowoczesnych statków manewr ten, którego celem jest zastąpienie pożaru całkowitym zatopieniem, można wykonać bez większych niedogodności. Ta prosta, ale genialna konstrukcja polega na obecności wodoszczelnych przegród.
Ścianki wodoszczelne mają na celu podzielenie żelaznego statku na pewną liczbę przedziałów, tak aby woda, która dostała się do jednego z tych przedziałów, nie mogła zalać całego statku w przypadku przebicia kadłuba. Są one zawsze wykonane z blachy, umieszczone poprzecznie od stępki do pokładu i przynitowane do poszycia na całym obwodzie. Ponadto są one wyposażone w rozmieszczone w określonych odstępach pionowe kątowniki, które sprawiają, że są one w stanie wytrzymać nacisk wody, gdy przedział, który ograniczają, zostanie wypełniony. Jeśli chodzi o te przedziały, ich objętość musi być taka, aby w przypadku wypełnienia jednego z nich wodą statek pozostał na powierzchni dzięki pozostałym przedziałom.
Każdy parowiec posiada co najmniej cztery wodoszczelne przegrody tworzące pięć przedziałów. Jedna z nich, znajdująca się na samym dziobie, nazywana przegrodą zderzeniową, dwie obejmujące miejsce, w którym znajdują się maszyny, oraz jedna z tyłu, w której znajduje się dławik wału śruby. Jest to oczywiście minimum, ponieważ duże statki pasażerskie mają nawet osiem przegród, które je dzielą na dziewięć przedziałów1.
Przegrody te wyposażone są w zawory, które można obsługiwać z pokładu. Zwykle są one otwarte, aby umożliwić odpływ wody z różnych części ładowni do wspólnego zbiornika, skąd jest ona odprowadzana przez pompę maszyny. W przypadku pojawienia się przecieku w jednym z przedziałów, lokalizuje się go, natychmiast zamykając dwa odpowiednie zawory.
Oczywiste jest, że w takim przypadku statek, obciążony ogromną ilością wody, zanurza się o wartość równą masie dodatkowego płynu. Jeśli jednak zawory działają prawidłowo, a przegrody są całkowicie szczelne, statek nadal płynie i dzięki częściowemu zanurzeniu unika całkowitego zatonięcia. Można to nazwać robieniem miejsca dla wody.
Ponieważ pompy na statku „Godaveri” były bezsilne w powstrzymaniu postępu pożaru; ponieważ niemożliwe było wprowadzenie wody do tych tysięcy zakamarków, gdzie szalały i wiły się płomienie; ponieważ magazyn żagli i lin został dotknięty pożarem, a ogień zbliżał się do międzypokładu i mógł rozprzestrzenić się na zapasy węgla, łatwo zrozumieć, dlaczego kapitan Christian postanowił zatopić cały przedział.
Byłoby bardzo trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe, natychmiastowe wykonanie wystarczającego otworu w burcie statku, gdyby nie to, że ten na szczęście był wyposażony w różnego rodzaju materiały wybuchowe. W związku z tym posiadał kilka torped, zabranych niegdyś przez pana Syntezę, aby wysadzić skały koralowe, które mogłyby utrudniać instalację aparatury, a nawet przeszkadzać w żegludze statków płynących do atolu.
Gdy tylko pierwszy oficer udał się do magazynu prochu, kapitan kazał spuścić na morze dużą łódź. Łódź ta była wyposażona z przodu w pierścień linowy, przez który oficer nakazał przełożyć około dziesięciometrowy drzewiec, oparty jednym końcem na ławce, a drugim wystający jak bukszpryt.
Minęły cztery minuty od momentu, gdy pierwszy oficer otrzymał rozkaz. Pojawił się, poprzedzony mężczyzną trzymającym latarnię, a sam niosąc podłużny, sztywny pakunek, zamknięty w ciemnej osłonie, obwiązany jak kiełbasa.
– Jestem gotowy, panie kapitanie. Uznałem, że wystarczy prosta torpeda, wypełniona dziesięcioma kilogramami bawełny strzelniczej2.
– Bardzo dobrze. Łódź jest gotowa, drzewce, które ma przyjąć torpedę, jest na miejscu, proszę powiadomić swoich ludzi.
Łódź z załogą pozostała zawieszona na bloczkach tuż nad relingiem. Drugi oficer, nadal niewzruszony, położył paczkę na ławce i rzekł tylko:
– Uwaga, chłopcy… to torpeda.
Przeskoczył przez reling, zajął miejsce na samym dziobie i oglądał proste urządzenie, przygotowane podczas jego krótkiej nieobecności.
Drewniany drąg, który miał służyć za trzonek torpedy, był dobrze utrzymywany przez pierścień linowy, który zapobiegał jego wysunięciu się na bok, pozostawiając jednocześnie wystarczającą swobodę, aby mógł się swobodnie przesuwać do przodu i zanurzać się po skosie pod własnym ciężarem powiększonym o ciężar ładunku wybuchowego.
Podczas tej szybkiej kontroli łódź została spuszczona na wodę. Pozostawała przez chwilę nieruchoma, podczas gdy oficer wymieniał szeptem kilka słów z kapitanem… Następnie ten ostatni wydał głośny rozkaz:
– Płyńcie!
Łódź natychmiast odbiła, ślizgnęła się po spokojnych falach, popędziła w ciemność i zniknęła.
Trzy minuty później skrzypienie wioseł w dulkach3 i rytmiczne pluskanie wody zwiastowały jej powrót.
Pojawiła się pędząc z pełną prędkością, pośrodku kręgu światła rzucanego przez płomienie, kierując się prosto na statek. Ten krótki czas wystarczył, aby zamontować torpedę na końcu drzewca, które wystawało około ośmiu metrów przed dziób, ale nadal pozostawało w równowadze i równolegle do powierzchni fal dzięki energicznemu naciskowi wywieranemu przez Drugiego na tylny koniec. Nacisk ten wystarczył, aby zapobiec jego zanurzeniu się końcówką.
W odległości dwudziestu metrów od kadłuba parowca pierwszy oficer pozwolił drzewcu zanurzyć się, które pod ciężarem torpedy przechyliło się do przodu i zanurzyło się w falach pod kątem około 45 stopni.
Nieustraszony oficer wskoczył na skrzynię na dziobie, chwycił się kawałka drewna, utrzymał go prostopadle do osi statku i czekał na uderzenie.
Łódź, która nadal płynęła, nagle się zatrzymała.
Rozległ się głuchy, stłumiony odgłos, przypominający wybuch miny. Wielka kolumna wody uniosła się pionowo wzdłuż żelaznej ściany. Statek, wstrząśnięty gwałtownym drżeniem, podskoczył od stępki po szczyty masztów.
– Wiosłujcie do tyłu! – rozkazał kapitan grzmiącym głosem niewzruszonym wioślarzom będących jakby pod prysznicem.
Łódź, miotana przez fale, wróciła do równowagi i oddaliła się, aby przybić do burty w odpowiednim czasie i miejscu.
Otwór wyrwany w żelaznej ścianie przez eksplozję musiał być znaczny, ponieważ statek, nagle obciążony ogromną ilością wody, zaczął tonąć.
Ale także heroiczne remedium kapitana zadziałało jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Ze wszystkich stron płomienie, w dużej mierze ugaszone, syczały i trzeszczały w kontakcie z wodą, wydzielając ogromne wiry białej pary. Między tymi dwoma żywiołami toczyła się krótka, ale decydująca walka. Wkrótce gęsta para wydobywająca się z dziobu staje się coraz jaśniejsza, przenikliwe buczenie ucichło, wszelkie odgłosy ustały. Pożar został opanowany, ale jakim kosztem!
Steamer, choć nie znajdował się w absolutnie krytycznej sytuacji, nie był w stanie kontynuować podróży. Aby uniknąć kolejnych wypadków, które mogłyby doprowadzić do jego nieodwracalnej utraty, musiał dotrzeć do najbliższego portu, czyli Singapuru, oddalonego już o ponad czterysta kilometrów.
W normalnych warunkach, przy nienaruszonym kadłubie i sprawnej maszynie, wystarczyłyby mu tylko dwadzieścia cztery godziny, przy średniej prędkości dziesięciu węzłów. Niestety, maszyna nie działała z powodu braku ciągu. Konieczne było jej wyłączenie w celu przeprowadzenia poważnej naprawy, co spowodowało co najmniej jednodniową stratę czasu.
Kapitan wydał już rozkaz postawienia żagli, zmiany kursu i skierowania się w stronę angielskiej wyspy. Jednak z jednej strony parowiec, który stał się zwykłym żaglowcem, a z drugiej strony nadmiernie obciążony przez zalanie przedniej komory, stał się mniej zwrotny. Poruszał się niezwykle wolno, mimo że miał postawione wszystkie żagle. Na szczęście sprzyjał mu monsun.
Kapitan, być może bardziej zaniepokojony, niż chciałby to przyznać, z gorączkową niecierpliwością czekał na nadejście dnia, aby wysłać nurków do wnętrza statku w celu oceny szkód spowodowanych pożarem i rozpoznania rozmiaru wyrwy spowodowanej przez torpedę.
Chodził tam i z powrotem po rufie, rozmyślając o tej serii nie mniej nieoczekiwanych, co dramatycznych wydarzeń i nie mogąc pogodzić się z rzeczywistością takiej katastrofy. „Indus” został przejęty przez zbuntowanych Chińczyków, sztab i załoga zostali wymordowani, a „Godaveri” znalazł się w niebezpieczeństwie w najbardziej krytycznym momencie dzięki zbrodniczej zmowie kogoś z załogi!
Kim był ten nędznik? Gdzie go znaleźć? Kogo podejrzewać…?
Z drugiej strony, czy wszelkie niebezpieczeństwo zostało zażegnane? Czy „Indus”, który stał się ofiarą piratów, nie powróci na wody „Godaveri”, aby go ścigać, co niestety było zbyt łatwe, zaatakować go i spróbować przejąć bogactwa, które przewoził? Czyż ci ludzie nie byli gotowi na wszystko?
Na tę myśl ogarniała go nagła wściekłość i krzyknął głośno, odgryzając cygaro:
– Wolałbym wszystko wysadzić w powietrze!
– Jak to, kapitanie, wszystko wysadzić w powietrze…! Nawet mnie!? – zapytał świeży, krystaliczny głos za oficerem, który zatrzymał się zaskoczony.
W tym samym czasie na rufówce pojawiła się smukła, biała postać i powoli zbliżała się.
– Pani tutaj! – odparł z pewną żywiołowością. – Dałem jednak rozkaz, aby uniemożliwiono pani wyjście… a raczej poproszono… aby… pozostała pani u siebie.
– Dlatego też wykonałam polecenie z posłuszeństwem zwykłego marynarza, dopóki uważałam, że moja obecność może przeszkadzać w manewrze. Ale teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, nie mogę się doczekać, aby dać trochę odpocząć moim biednym nerwom… Wbrew sobie uchwyciłam jedną z pańskich uwag… Czy zdaje sobie pan sprawę, że nie była ona wcale uspokajająca?
– Przepraszam… Nie wiedziałam o pani obecności.
– Bardzo się cieszę, że ją usłyszałam, ponieważ wątpię, czy wypowiedziałby pan ją, wiedząc, że tu jestem.
– Oczywiście, że nie, proszę pani.
– A zatem w każdej chwili grozi mi, że nagle porwie mnie eksplozja, która roztrzaska ten nieszczęsny statek i rozrzuci nas na wszystkie strony…
– Och! Proszę pani – rzekł kapitan z heroiczną naiwnością – nie bez uprzedzenia pani!
– Dziękuję! Jest pan bardzo miły i doceniam wartość tego postępowania, choć wydaje mi się ono nieco… gwałtowne!
– Niestety, niektóre sytuacje wymagają desperackich rozwiązań.
– Co? Czy już doszliśmy do tego punktu? – odrzekła dziewczyna, której głos nie zdradzał najmniejszych oznak wzburzenia.
– Nie, na szczęście jeszcze nie, ale w naszej sytuacji musimy być gotowi na wszystko… przynajmniej dopóki nie dotrzemy do Singapuru.
– Co? Muszę wrócić do tego okropnego miasta, gdzie wszystko jest hałasem, ruchem, gorączką i upałem? Być zmuszoną do towarzystwa tych hałaśliwych panien, które żyją tylko dla krykieta, koni i tenisa ziemnego…? Chcę wrócić do mojego dziadka.
– Spełnię pani życzenie, ale najpierw musimy zawrócić do Singapuru… To dla nas kwestia życia lub śmierci.
– Proszę wyjaśnić.
– Wie pani o strasznych wydarzeniach, które miały miejsce. Wysłałem do pani lekarza, aby ostrzegł panią, zachowując wszelką dyskrecję…
– Pański lekarz niemal doprowadził mnie do śmierci z niecierpliwości, swoją powściągliwością. Czy pan sądzi, że nie słyszałam wystrzałów armatnich, odgłosów walki na „Indusie” i nie widziałam sygnałów alarmowych? Czy pan sądzi, że nie zauważyłam pożaru, który omal nie strawił naszego statku, i awarii maszyny, która zmusiła nas do płynięcia pod żaglami? Czy w końcu sądzi pan, że marynarze, przechodząc obok moich otwartych iluminatorów, dzieląc się swoimi wrażeniami naśladowali powściągliwość doktora?
– Drżę na samą myśl o tym, jak wielki musiał być pani niepokój!
– Przez pół godziny, a może nawet dłużej – minuty w takich przypadkach są długie – byliśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Cóż, zapytaj pan doktora, czy dałam jakikolwiek znak emocji. Oczywiście płakałam, gdy na „Indusie” dochodziło do rzezi. Ale czysto materialne katastrofy, których tutaj doświadczyliśmy, pozostawiły mnie niewzruszoną.
– Wiem, że jest pani dzielna i nikt bardziej niż ja nie podziwia pani energii, ale…
– W związku z tym proszę traktować mnie jak mężczyznę i powiedzieć mi prawdę. Czego się pan obawia?
– Ofensywnego powrotu bandytów, którzy przejęli władzę nad „Indusem”, i możliwości, że nie będę w stanie stawić im zwycięskiego oporu moim na wpół uszkodzonym statkiem. Dlatego właśnie ta brutalnie sformułowana przez marynarza refleksja wymknęła mi się przed chwilą, na myśl o wpadnięciu w ich ręce, a zwłaszcza o tym, że pani wpadnie.
– Dobrze, kapitanie, tak właśnie trzeba mówić! Wysadzimy się więc w powietrze, jeśli będzie trzeba… ale powtarzam, że za pogorszenie sytuacji uważam podróż do Singapuru!
– Nie ma potrzeby, abym wymieniał główne powody, które zmuszają mnie do sprzeciwienia się pani. Po pierwsze, troska o pani bezpieczeństwo i bezpieczeństwo załogi.
– Powiedz raczej o nasze bezpieczeństwo, ponieważ jesteśmy tu solidarni.
– Po drugie, z Singapuru będę mógł wysłać do wszystkich portów na całym świecie telegramy informujące o katastrofie statku „Indus”, podając jego dane identyfikacyjne i wzywając władze wszystkich krajów do zatrzymania go wraz z buntownikami.
– Ma pan rację.
– Muszę również skierować nasz nieszczęsny statek do suchego doku, aby naprawić ogromną wyrwę w jego burcie spowodowaną przez torpedę. Jednak w całym regionie jedyny basen znajduje się w Singapurze.
– Ta naprawa będzie prawdopodobnie długotrwała?
– Potrwa co najmniej dwa tygodnie, zakładając jednak, że znajdzie się wolny basen.
– Umrę w tym okropnym mieście…!
– Może byłby pewien sposób.
– Jaki?
– Należałoby za wszelką cenę kupić inny statek i natychmiast wypłynąć.
– Proszę mi powiedzieć, czy statek jest bardzo drogi?
– Aby znaleźć statek, który posiadałby cechy „Godaveri”, luksusowe wyposażenie, trzeba by wydać ponad milion.
– Milion, to dla mnie niewiele znaczy. Nigdy nie zajmowałam się kwestiami finansowymi, ponieważ mój dziadek zawsze dbał o zaspokojenie wszystkich moich pragnień. Myślę jednak, że musi to być dość znaczna kwota.
– Na szczęście nie dla nas – odparł oficer, uśmiechając się do tej naiwności rozpieszczonego dziecka, dla którego pojęcia bogactwa, przeciętności czy nędzy były tylko abstrakcjami. – Mam na pokładzie znaczną ilość diamentów, które mogę korzystnie sprzedać i zamienić na gotówkę. Ponadto przed wypłynięciem pan Synteza podpisał mi weksle kredytowe w najlepszych bankach na całym świecie. W razie potrzeby mogę w ciągu kilku godzin uzyskać około pięćdziesiąt milionów.
– Więc płyńmy szybko kupić piękny i dobry statek.
– Być może uda mi się znaleźć jacht spacerowy… to byłoby prawdziwe szczęście, gdyż statki handlowe są zazwyczaj wyposażone w bardzo podstawowy sposób. Chyba że kupimy statek pasażerski, który agencja generalna w Singapurze sprzeda nam za cenę złota.
– Tak jest… statek pasażerski. Widzieliśmy takie piękne statki obsługujące duże wyspy Indo-Malajskie! Następnie będziemy kontynuować tę piękną podróż, udając się tam, gdzie tylko zechcemy. Nie zatrzymuj się na kwestii pieniędzy… To musi być takie nudne, liczyć… Poza tym dziadek daje mi swobodę.
– Dołożę wszelkich starań, aby zapewnić pani wszelkie wygody, a także maksymalne bezpieczeństwo.
– Kupi mi pan ptaki, prawda… ptaki, które śpiewają. I kwiaty… mnóstwo kwiatów. Na lądzie wypuszczam ptaki na wolność, a kwiaty pozostawiam w ogrodach, wystarczy mi je słyszeć i oglądać. Na morzu ich obecność sprawi mi radość i wypełni godziny samotności.
– Będzie pani miała ptaki i kwiaty do swojej dyspozycji.
– Och, jak miło z pana strony, kapitanie, że tak bardzo stara się pan spełnić moje pragnienia… Kiedy wrócimy tam, opowiem dziadkowi o wszystkich pańskich uprzejmościach i zobaczy pan, jak bardzo będzie zadowolony. Do widzenia, kapitanie, wracam do siebie. Proszę zobaczyć, jak moje biedne Murzynki mnie szukają i boją się, że przeziębię się na tym paskudnym, silnym wietrze, który zaczyna wiać.
Wtedy beztroska dziewczyna, zapominając już o złowieszczych słowach wypowiedzianych przez oficera na początku tej swobodnej rozmowy, zniknęła, śpiewając słodką hinduską melodię.
Kapitan, być może bardziej pochłonięty tą rozmową, niż sam sobie uświadamiał, zauważył, że wiatr się wzmaga. Bryza świstała w takielunku, napełniała żagle i sprawiała, że omasztowanie skrzypiało. Statek przechylał się, ale wydawało się, że nabiera nieco prędkości.
Nagle wiatr ucichł, pozostawiając żagle w łopocie. Przez kilka minut panuje ciężka cisza. Potem pojawia się nowa bryza.
Oficer, zauważając te nagłe zmiany w podmuchach monsunu, obawiał się, nie bez powodu, gwałtownego skoku wiatru. Szybko sprawdził barometr i zauważył znaczny spadek ciśnienia, który nastąpił w ciągu kilku minut. Przypomniał sobie wtedy stan nieba poprzedniego wieczora, krótko przed zachodem słońca. Atmosfera była niezwykle przejrzysta, z dużymi białymi, puszystymi chmurami, rozproszonymi, kilkoma tęczami i krwistoczerwonym horyzontem. Wydarzenia tej nocy sprawiły, że na chwilę zapomniał o tej osobliwości.
„No cóż – pomyślał, reagując na gwałtowne, ale przemijające emocje – próby nie mają końca. Po buncie i morderstwie nastąpił pożar, a po pożarze burza…! Bo albo się bardzo mylę, albo za pół godziny uderzy w nas tajfun”4.
1 Wspaniałe statki, które firma Transatlantique ostatnio przeznaczyła na linię z Hawru do Nowego Jorku: „Champagne”, „Gascogne”, „Bourgogne” i „Bretagne”, mają po trzynaście przedziałów .
2 Bawełna strzelnicza (nitroceluloza, piroksylina) – związek organiczny, azotan celulozy o zawartości azotu wyrażonej w % wagowych: 11,0-12,3 oraz 13-13,45; materiał wybuchowy kruszący; dawniej stosowany do napełniania min, obecnie do wyrobu prochów bezdymnych.
3 Dulki – podparcia wioseł wykonane w kształcie obrotowych widełek mocowanych na burcie łodzi lub okutego otworu.
4 Tajfun – lokalna nazwa cyklonów tropikalnych używana we wschodniej i południowo-wschodniej Azji; jest odpowiednikiem huraganu, określenia stosowanego dla identycznych zjawisk nad akwenami Oceanu Atlantyckiego.Rozdział VII
Tajfun – Nagła zmiana wiatru – Walka z huraganem – Genialne manewry – „Godaveri” w dryfie – Skazany na śmierć – Okaleczenie – Trzeba ściąć maszty – Panika – Statek nadal ucieka przed pogodą – Podwodna skała – Osadzenie na mieliźnie – Agonia statku – Stanowczość – Objawienie charakteru młodej dziewczyny – „Wyjdę przedostatnia” – Szalupy na morze! – Jak olej uspokaja fale – Pęknięcie fokmasztu – Straszna katastrofa – Pośród fal – „Godaveri” przestał istnieć – Sami – Desperacka walka – Czy to koniec?
Tajfuny to huragany występujące na morzach Dalekiego Wschodu, zwłaszcza w Chinach. Pojawiają się z piorunującą szybkością i prawie bez żadnych znaków zapowiadających ich nadejście. Dlatego też zazwyczaj trudno jest przewidzieć, nawet w krótkim okresie, tę straszną katastrofę, ponieważ czerwony kolor nieba, mgła na horyzoncie, dość częsta zresztą w okolicach Chin i Indochin, morze smagane przeciwnymi falami, nie są pewnymi oznakami ich nadejścia, nawet jeśli mają pewną wartość.
Nagły spadek ciśnienia barometrycznego ma bardzo duże, a nawet zasadnicze znaczenie. Niestety, zbyt często zdarza się, że spadek ten poprzedza pierwsze podmuchy wiatru, tak że statek, który napotka tajfun, może od samego początku znaleźć się w poważnym niebezpieczeństwie, mimo że jego kapitan nie zawiódł w kwestii przewidywalności.
Wreszcie, tajfun szaleje z jeszcze większą furią w pobliżu wybrzeża, co czyni go szczególnie niebezpiecznym dla statków stojących na redzie lub żeglujących w pobliżu lądu.
Tak było w przypadku „Godaveri”, który znajdował się w stosunkowo niewielkiej odległości od wschodniego wybrzeża Malakki.
Kapitan Christian, chcąc uniknąć ewentualnego pościgu ze strony statku „Indus”, okrył swój statek płótnem i płynął pod pełnymi żaglami po wzburzonych falach. Widząc, że wiatr nagle słabnie i nie mogąc przewidzieć, z której strony nadejdzie uderzenie, wskoczył na mostek, wezwał wszystkich do manewrów i zabrał się do zmniejszania ożaglowania.
– Ze względu na bliskość wybrzeża – powiedział do oficera stojącego obok niego – uważam, że należy pilnie zmienić kierunek i wypłynąć na otwarte morze.
– Całkowicie się z panem zgadzam, kapitanie. Zagraża nam tajfun, nie ma co do tego wątpliwości. Jeśli wiatr zacznie wiać z północy, jak to zwykle bywa na początku huraganu, możemy płynąć jak najbliżej w kierunku północny wschód, aby uniknąć prądu, który wkrótce skieruje nas na zachód.
– Ma pan rację – odpowiedział kapitan – i uważam, że z drugiej strony…
Nagle w masztach rozległ się przerażający trzask, który przerwał wypowiedź oficera. Wiatr znów zaczął wiać z północy z ogromną siłą, ale nie osiągnął jeszcze intensywności, jaką będzie miał za chwilę tajfun.
– Uwaga tam na dole! – krzyczeli marynarze, uciekając na rufę.
W tym samym czasie maszt z bramslami przewrócił się na dziobie, łamiąc się jak zapałka. „Godaveri”, który właśnie ruszył pod wpływem podmuchu wiatru, ponownie zatrzymał się i zaczął wyostrzać z niepokojącą szybkością.
– Ster na wiatr…! Cały…! – rozkazał kapitan.
Następnie pospiesznie nakazał oczyścić dziób, ponieważ szczątki masztu, które spadły z tej samej burty, pozostawały zawieszone na linach takielunku i uniemożliwiały sterowanie statkiem. Gdy tylko zakończono tę manewr wykonany z niezwykłą szybkością, rozległ się głośny szum. Prawdziwa trąba powietrzna uderzyła w statek, który, płynąć prawym halsem, zaczął przechylać się na lewą burtę, sprawiając wrażenie, że zaraz się przewróci.
Kapitan miał nadzieję, że będzie miał jeszcze trzydzieści minut wytchnienia, ale huragan nie dał mu nawet pięciu!
– Ster na zawietrzną…! Cały…! Poluzować wszystkie szoty…! Obrócić na prawą burtę…! Trzymać dobrze…! Przywiązać…! Ster zero…!
Na szczęście załoga „Godaveri” składała się z wyszkolonych ludzi. Wszystkie te rozkazy zostały wykonane z szybkością i regularnością, które uratowały statek. Sytuacja trzymasztowca nie była jednak mniej tragiczna, ponieważ płynął on teraz prawie z wiatrem, z prędkością czternastu węzłów, w kierunku lądu, kołysząc się straszliwie pośród wzburzonego morza. Maszty skrzypiały ponuro i w każdej chwili groziły zwaleniem.
– Dziesięciu ludzi na fokmaszt…! Dziesięciu ludzi na grotmaszt…! Osiem osób na bezanmaszt…! Sześciu ludzi na dziób…!
Marynarze rzucili się na swoje stanowiska.
– Zwinąć główne bramsle! – krzyczał kapitan głosem, który dominował nad wichurą.
Wsłuchani w oczekiwane polecenie, ludzie udali się do gordingów i brasów, podczas gdy inni rzucali się na fały, szoty, brasy, które zwalniali na polecenie:
– Ściągnąć…! Zwinąć…! Następnie natychmiast: Zwolnić liny marsli…! Obrócić do wiatru…! Zwolnić fały…! Obciążyć gordingi…! Trzymać mocno…! Luzować…! Spuścić bezan…! Spuścił kliwer…! Spuścić bomkliwer…! Opuścić latacz!
Dzięki tym manewrom, wykonanym bez opóźnienia i bez żadnych incydentów, „Godaveri” płynął pod grotżaglem i fokżaglem.
Kapitan wolał zachować dolne żagle zamiast marsli ze względu na masę wody wypełniającą przednią część statku. Uważał, nie bez powodu, że żagle górne zbytnio obciążą dziób i spowodują „przechylenie” statku.
Wkrótce nawet uznał, patrząc na sposób, w jaki statek zanurzał dziób w falach, że grotżagiel jest zbędny i kazał go zwinąć.
Tymczasem nastał dzień. Był to dzień ponury i pochmurny, ledwo oświetlający ołowiane fale, które zdawały się zderzać z czarnymi jak atrament chmurami.
Morze, jeśli to w ogóle było możliwe, jeszcze bardziej się wzburzyło. Potworne fale uderzały w „Godaveri” i z przerażającą siłą rozbijały się o nieszczęsny statek, który kołysał się z boku na bok.
Na rozkaz kapitana łodzie, wyciągnięte na żurawikach, zostały podniesione tak, aby dotykały want. Podwójnie wzmocniono mocowania dwóch łodzi umieszczonych między masztowinami oraz same masztowiny. Na lukach przybito brezenty, a na lewej i prawej burcie zainstalowano liny, aby umożliwić ludziom wykonanie manewrów.
Po półtorej godzinie sytuacja stała się nie do zniesienia. Z każdą minutą można było sądzić, że maszty złamią się pod uderzeniami bałwanów.
Kapitan postanowił postawić statek w dryf.
– Ustawcie fok…! skręćcie na wiatr…! podciągnąć przy lewej burcie…! Ster na zawietrzną…! Podnieść mały fok! Podnieść główny marsel! Postawić sztaksel! Podnieść bezan! Wszędzie pościskać! Sternik…! uważaj na gwałtowne zboczenia…!
Przytłaczani przez fale, które z furią rozbijały się o pokład, ogłuszani przez słupy wody, przemoczeni do suchej nitki, marynarze trzymali się mocno za wyblinki want, aby nie zostać porwanymi przez fale.
Obciążony przez wodę, która wypełniała jego przedział, „Godaveri” w każdej chwili mógł zatonąć. Nie mógł podnieść się na fali i zanurzał się jak śmiertelnie ranny ptak morski.
– No cóż! Co o tym sądzisz? – zapytał między dwoma uderzeniami wiatru dowódca pierwszego oficera.
– Myślę, że za pół godziny zatoniemy.
– A może znów zaczniemy uciekać z wiatrem…?
– Wytrzymamy jeszcze godzinę.
– Jestem tego samego zdania. Ponieważ wolę godzinę niż trzydzieści minut, popłyniemy śladem. Zwinąć bezan…! Zwinąć sztaksel…! Zwinąć grotmarsel. Sternik…! Ster na zawietrzną!
Ale statek nie płynął.
– Ster na zawietrzną…! Cały…! Podnieść kliwer…!
Ten ostatni manewr w końcu sprawił, że statek skręcił na lewą burtę.
– Ster prosto…! Opuścić kliwer…! Poluzować szot bomkliwra! A gdy statek zanurzał się dziobem: – Poluzować szoty fokmasztu…!
Statek płynął teraz pod fokżaglem i bomkliwerem. Fale znów uderzały w rufę, spływając kaskadami na pokład. Ludzie, wyczerpani tą straszną walką, bez wytchnienia, bez litości, a także bez nadziei, niestety!, desperacko trzymali się wyblinek.
Sytuacja była nie do utrzymania. Nieuchronna i nieodwracalna katastrofa była tuż-tuż, ponieważ nie miano już możliwości manewru. Pozostawała tylko ostatnia ofiara, aby przedłużyć agonię trzymasztowca. Ta ofiara, a raczej okaleczenie, polegało na ścięciu masztów. Miano zrobić jak chirurg, który amputuje rannemu dotkniętemu gangreną kończyny, aby ocalić tułów.
– Przygotować siekiery! – rozkazał kapitan, którego energiczna twarz lekko zbladła.
W tym momencie kilkunastu mężczyzn: maszyniści, palacze lub pomocnicy mechaników, ogarniętych paniką i przerażonych widokiem statku przechylonego na bok, sądziło, że statek się wywróci. Nie będąc przyzwyczajeni, tak jak marynarze, do tego potężnego szaleństwa żywiołów, być może mniej zdyscyplinowani, z pewnością mniej odważni w obliczu huraganu, rzucili się jak stado w kierunku dużej szalupy i chcieli przeciąć cumy, aby ją zrzucić na wodę.
Ten szalony czyn mógł być zaraźliwy.
– Do tysiąca piorunów! – krzyknął kapitan, wyciągając zza pasa rewolwer. – Pierwszemu, który nie wykona rozkazu, rozwalę łeb! Wszyscy po siekiery…!
Wiedząc, że oficer jest człowiekiem, który natychmiast spełni swoją groźbę, zaraz podążyli za swoimi towarzyszami, którzy chwiejąc się jak pijani, kierowali się do pomieszczenia na rufie w poszukiwaniu siekier.
Nadszedł fatalny moment.
Nagle „Godaveri” przechylił się tak bardzo na lewą burtę podczas gwałtownego skrętu, że woda wdarła się na pokład, a jego dziób zniknął pod falami.
– Ster na wiatr…! Cały…! Przełóż fał fokowy pod wiatr…! Odważnie, chłopcy…! Naciągnijcie bomkliwer…!
Statek nie płynął. Ster, całkowicie wynurzony z wody, nie działał. Nie było już czasu na wahanie.
– Zrąbać bezanmaszt!
Część ludzi rzuciła się do masztu i zaczęła go rąbać siekierami, podczas gdy inni przecinali podwięzi want i padun pod masztem, sztagi grotmarsla i grotbramsla, oraz liny na prawej i lewej burcie.
Maszt był w połowie odcięty.
– Cięcie od podwietrznej!
Rozległo się dziesięć uderzeń siekierą. Wanty i paduny z prawej burty świsnęły w powietrzu.
Maszt rufowy zwalił się na lewą burtę z potężnym trzaskiem i zniknął na grzbiecie fali, która porwała go i uniosła w swoim szaleńczym pędzie. Statek jeszcze nie zareagował.
– Ściąć grotmaszt…!
Marynarze, ogarnięci prawdziwą furią niszczenia, jeszcze spotęgowaną przez zbliżające się niebezpieczeństwo, rzucili się na maszt główny, który, podcięty ze wszystkich stron, dołączył do masztu rufowego.
Krzyk radości wydobyły się z wszystkich piersi, gdy okaleczony „Godaveri” w końcu podniósł się i kontynuował swoją drogę, uciekając przed huraganem.
Tajfun szalał przez cały dzień, popychając nieszczęsny statek w kierunku wybrzeża. To prawdziwy cud, że jeszcze się nie rozbił, ponieważ, niestety!, brzeg musiał być już bardzo blisko.
Jak więc uniknąć osiadania na mieliźnie, które w takich okolicznościach jest jeszcze bardziej niebezpieczne niż zmierzenie się z samym pełnym morzem?
Kapitan postanowił ponownie ustawić statek w dryf pod fokiem, aby pokonywać jak najmniejszą odległość.
– Sternik…! ster na zawietrzną…! Zwiń szot fokżagla po zawietrznej…! zwiń bomkliwer…!
Statek natychmiast skręcił i przeszedł na prawą burtę.
Zbliżała się noc, ale wiatr wydawał się znacznie słabnąć. Ponadto barometr, który spadł do 728 milimetrów, teraz wzrósł do 739.
Wszyscy odzyskali nadzieję i cieszyli się, że w tak cudowny sposób uniknęli strasznej śmierci.
Kapitan nakazał podwojenie racji dla wyczerpanej załogi, gdy nagle potężne uderzenie przewróciło oficerów i marynarzy i wstrząsnęło fokmasztem, który zatrzeszczał aż do pięty. Dwa szybkie uderzenia bałwanów wstrząsnęły statkiem, który wkrótce pozostał nieruchomy. „Godaveri” podczas dryfowania został wyrzucony na rafę wynurzoną tuż nad powierzchnię wody.
Gdyby w tym momencie nadal płynął z wiatrem, z pełną prędkością, zostałby rozcięty na pół i zatonął. Natomiast dryfując, pokonując niewielką odległość, został niejako wyrzucony przez falę między dwie skały, które podtrzymywały go z obu stron.
Długi wrzask przerażenia zastąpił radosne okrzyki, a wszędzie, pośród chaosu marynarzy, którzy podnieśli się, potykając się, spanikowani, rozbrzmiewał ten ponury krzyk:
– Jesteśmy zgubieni…! Ratuj się, kto może!
Po raz drugi, w interesie tych nieszczęśników, kapitan musiał uciec się do groźby, aby powstrzymać ich przed rzuceniem się do dwóch łodzi.
Spokojny, jakby jego statek płynął po gładkim morzu, w kilku krótkich, pełnych odwagi i rozsądku słowach pokazał im bezsensowność ich postępowania.
– Pozwólcie mi więc – rzekł im na koniec – zadbać o wasze bezpieczeństwo. Poczekajcie przynajmniej, aż morze się uspokoi… Jutro będę wiedział, gdzie jesteśmy i jak daleko znajdujemy się od brzegu… Jeśli, wbrew moim oczekiwaniom, statek będzie zagrożony zatonięciem, jako pierwszy doradzę jego natychmiastowe opuszczenie. No dalej, chłopcy, miejcie odwagę i wiarę w swojego kapitana!
Ale sytuacja, choć nie była beznadziejna, to jednak nie mniej straszna. Czy „Godaveri” wytrzyma do końca nocy atak fal, które uderzały w niego z przerażającą siłą, prosto w prawą burtę?
Co się stanie, jeśli zostanie nagle wyrwany ze skał, które go otaczają, lub jeśli jego burta ustąpi pod nieustannym, nieodpartym naciskiem płynnych gór?
Co się stanie, jeśli fokmaszt, który trzymał się tylko cudem, zwali się? Na pokładzie pozostały tylko dwie szalupy, ponieważ wszystkie łodzie opuściły statek wraz z grotmasztem i bezanmasztem. Jak uda się zwodować te ciężkie łodzie, skoro brak fokmasztu uniemożliwia użycie masztu do podniesienia ładunku!
Marynarze odzyskali pewność siebie, widząc, że łodzie są wyposażone i gotowe do wypłynięcia na morze na pierwsze polecenie. W końcu zdecydowali się coś zjeść i odpocząć.
W międzyczasie kapitan, który od dwudziestu czterech godzin ani na chwilę nie opuścił mostka kapitańskiego, mimo że uspokoiła go nieustraszona postawa dziewczyny, której stanowczość nie osłabła ani na chwilę, udał się do jej kajuty, aby zachęcić ją do przygotowania się na wszelką ewentualność.
– A więc – powiedziała, witając go swoim wdzięcznym uśmiechem – nie płyniemy już do Singapuru?
– Niestety, nie…!
– Mówi to pan z taką smutną miną!
– Gdybym był sam, bez wahania pogodziłbym się z sytuacją, której finał może być dla pani tragiczny…
– Więc sytuacja jest rozpaczliwa…?
– Oczywiście, że nie, ale drżę na samą myśl, że narażona jest pani na niebezpieczeństwo rozbicia statku na niegościnnym wybrzeżu, zamieszkanym przez okrutnych Malajów.
– Cóż mogę zrobić, drogi kapitanie, podzielę los innych…
– Ale pani jest tylko dzieckiem… jeszcze chorym… przyzwyczajonym do wszystkich wygód życia.
– Do wszystkiego można się przyzwyczaić! Ech, popatrz! Nie wiem, czy to złudzenie, ale wydaje mi się, że już wcale nie jestem chora. Jeśli, jak mam nadzieję, nasza kampania zakończy się bez innych strat niż materialne, to naprawdę nie zapłacę zbyt wysokiej ceny za wyzdrowienie. Poza tym mój dziadek jest tak bogaty!
Ponieważ oficer, zdumiony takim spokojem, który być może wynikał z całkowitej nieświadomości niebezpieczeństwa, nie dodał ani słowa, dziewczyna kontynuowała:
– Tak więc, wszystko jest jasne: staniemy się rozbitkami… opuścimy biedny „Godaveri”. Czytałam w książkach podróżniczych i zawsze ze współczuciem, które wyciskało mi łzy z oczu, opisy takich nieszczęść…! Teraz nas to dotknęło…! Wydawało mi się, że nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji. Powiedz mi, kapitanie, jak przebiega ewakuacja tonącego statku?
– Och, w bardzo prosty sposób, proszę pani. Kiedy ma się szczęście tak jak my, mieć trochę czasu, ładuje do łodzi zapasy, wodę, broń, sprzęt obozowy, instrumenty nawigacyjne itd. Pasażerowie, jeśli są na pokładzie, zaczynając od kobiet i dzieci, wsiadają jako pierwsi, a następnie marynarze, zaczynając od nowicjuszy, a kończąc na oficerach. Pierwszy oficer statku i pierwszy porucznik zajmują miejsca w pierwszej łodzi, a potem żegnajcie! Pozostali marynarze, bosmani i drugi porucznik wsiadają do drugiej łodzi, a następnie kapitan, który jako ostatni opuszcza pokład.
– W takim razie, jako pasażerka, mam wsiąść do pierwszej łodzi wraz z moimi służącymi.
– Oczywiście.
– A jeśli nie będę chciała!
– Będzie pani musiała.
– Powtarzam, jeśli nie będę chciała…!?
– Nawet jeśli będę musiał użyć siły, wsiądzie pani pierwsza.
– A ja, nawet jeśli będę musiała rzucić się w fale, oświadczam, że opuszczę statek tuż przed kapitanem.
– Ależ to szaleństwo!
– Być może, ale szaleństwo całkowicie świadome. Nie umknęły mi pewne oznaki nieposłuszeństwa, które w pewnym momencie mogły wywołać panikę. Pan reprezentuje władzę w całym jej formalnym, niepodważalnym wymiarze… ja reprezentuję mistrza. Pańskie obowiązki nakazują panu pozostać tutaj do końca… moje pochodzenie nakazuje mi dzielić nieszczęścia moich sług i myśleć o swoim bezpieczeństwie dopiero wtedy, gdy ich bezpieczeństwo zostanie zapewnione. Nie wątpię, że sama pańska obecność zapobiegnie wszelkim nieporządkom, ale jestem również pewna, że mój przykład przyczyni się do utrzymania w posłuszeństwie tych ludzi, którzy być może są przerażeni zbliżającym się niebezpieczeństwem.
W chwili, gdy kapitan, pełen podziwu dla tej stanowczości, jakiej nie podejrzewał, zaskoczony również nieoczekiwanym ujawnieniem takiego charakteru, pochylił się, pokonany, wzruszony, z każdej strony rozległy się krzyki przerażenia.
– Toniemy…! Toniemy…!
Zła wiadomość okazała się zbyt prawdziwa. „Godaveri”, miotany przez fale, które w każdej chwili groziły jego zniszczeniem, zaczynał powoli tonąć od rufy.
– Nie martw się o mnie, kapitanie – dodała poważnie dziewczyna. – Idź tam, gdzie wzywa cię obowiązek, będę blisko ciebie.
Morze nadal szalało. Jednak fale uderzały w prawą burtę, prostopadle do statku, co powodowało względny spokój po lewej burcie. Dzięki temu przypadkowemu zbiegowi okoliczności wodowanie łodzi miało szansę zakończyć się sukcesem. Z drugiej strony, dowódca, chcąc maksymalnie ułatwić tę operację, kazał wyciągnąć na pokład beczki z olejem służącym do smarowania maszyn. W momencie, gdy pierwsza łódź, zawieszona na żurawikach, przesunęła się nad relingiem, rozbito jedną z beczek, a jej zawartość wylano na wzburzone fale. W jednej chwili cała powierzchnia pokryta cienką warstwą oleju uspokoiła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Łódź natychmiast opadła, nie kołysząc się zbytnio, i szybko się oddaliła, obładowana swoją załogą, która krzyczała: „Hurra!”.
Kolejna beczka oleju była umieszczona na dziobie łodzi. Zatyczka została wcześniej usunięta, a ręczna pompa zanurzyła się w szeroko otwartym otworze. Jeden człowiek nieustannie poruszał pompą i wyrzucał strumień oleju, który natychmiast rozlewał się wokół łodzi, tworząc coś w rodzaju małego, całkowicie spokojnego jeziora pośród wzburzonych fal.
Po raz drugi rozległa się komenda:
– Szalupa na morze…!
„Godaveri” tonął coraz bardziej. Kołysał się od rufy do dziobu i znów zaczynał się zanurzać. Każda chwila była cenna, minuty były warte godzin. Kapitan nakazał powtórzyć operację, która zakończyła się sukcesem.
Z kolejnej beczki oleju, rozbitej siekierą, wylewała się zawartość przez lewą burtę na fale, które na chwilę się uspokoiły, ale już znów zaczęły szaleć.
Wsiadanie ludzi przebiegało metodycznie, bez pośpiechu, bez najmniejszych oznak chaosu. Ludzie, pełni zaufania do swojego dowódcy, który właśnie dał im tak przekonujący dowód swoich umiejętności, bez zastrzeżeń podziwiali również heroiczną młodą dziewczynę, która zrezygnowała ze wszystkich swoich przywilejów i nie chciała opuścić swojego miejsca, dopóki nie zostanie zapewnione bezpieczeństwo wszystkim. Ta wzniosła bezinteresowność nie poszła na marne, ponieważ dzięki niej można uniknąć wszelkiego chaosu. Nikt nie ośmielał się ani nie mógł myśleć o sobie w tak przejmującym momencie, kiedy wystarczyło jedno słowo, jeden gest, aby rozpętały się wszelkie pożądliwości, aby dać upust przejawom najpotworniejszego egoizmu.
Szybkim spojrzeniem kapitan upewnił się, że został sam na pokładzie z dziewczyną.
– Do dzieła! – rzekł krótko, podtrzymując ją silną ręką i czekając na moment, w którym szalupa, uniesiona przez falę, dotknie burty statku. A ponieważ mężczyźni, obawiając się, że łódź rozbije się o burtę statku, ściągnęli nieco linę, dodał: – Trzymajcie mocno cumę…!
Czy to zła wola, czy raczej niemożliwość fizyczna, odległość dzieląca łódź od wraku wydawała się rosnąć.
– Trzymajcie dobrze cumę…! – polecił z kolei grzmiącym głosem drugi porucznik, drżąc na myśl o niebezpieczeństwie, jakie groziło jego dowódcy i dziewczynie.
Przerażające trzaśnięcie przerwało mu w pół słowa.
Statek z niespotykaną siłą uderzył o dno. Maszt przedni, który już dawno pękł, nie wytrzymał siły uderzenia. Złamał się nagle metr nad pokładem, pozrywał wanty i sztagi po prawej burcie i pod naporem wiatru spadł na szalupę, rozbijając ją!
Nieszczęśnicy, którzy nie zginęli na miejscu, zostali wyrzuceni do morza i porwani przez fale, pośród szczątków, których desperacko próbowali się uchwycić.
Zszokowana tą nieoczekiwaną katastrofą, rozumiejąc niejasno, że jedyna nadzieja na ratunek właśnie przepadła, nieszczęsna dziewczyna cofnęła się gwałtownie i rzuciła na swojego towarzysza przerażone spojrzenie.
– Odwagi! – krzyknął oficer, którego energia zdawała się rosnąć, przygotowując się do samotnej walki z niemożliwym, z niesamowitym.
W swoim płodnym umyśle szukał sposobu, jakiegokolwiek sposobu, aby wyrwać z otaczającej ich śmierci tę kruchą egzystencję, cenniejszą dla niego – w tej strasznej chwili w końcu odważył się to sobie przyznać – cenniejszą dla niego niż cokolwiek innego na świecie. Ale nie miał już czasu na zastanawianie się.
Liczyła się każda sekunda. Nagle statek przechylił się na bok, uniósł się rufą i opadł…
– Woda…! Woda…! – zawołała dziewczyna, której stopy właśnie zmoczyła fala uderzająca ukośnie w dziób.
Kapitan poczuł, jak pokład usuwa się spod jego stóp. Czuł, że ciśnienie powietrza zgromadzonego wewnątrz statku przełamie wszystkie bariery, wywołując efekt eksplozji.
Wtedy dziewczyna, której energia do tej pory nie osłabła, nagle straciła siły na widok szarych fal, które zamierzały ją pochłonąć.
Zrozpaczona, dysząc, z zaciśniętymi dłońmi, wydała z siebie krzyk najwyższej rozpaczy:
– Christian…! mój bracie…! mój przyjacielu… Na pomoc…! Christian…! na pomoc…!
– Och! Uratuję cię! – krzyknął oficer, który nie tracąc ani sekundy, objął ją lewym ramieniem i pociągnął za sobą w fale.
Silny jak starożytny gladiator, nieustraszony pływak, kapitan Christian, podtrzymując swoją towarzyszkę, która słabo się broniła, spieszył się, aby jak najszybciej oddalić się od konającego „Godaveri”. Ważne bowiem było, aby uniknąć eksplozji ściśniętego powietrza pod pokładem, który wybuchnie jak mina, a także wiru, który powstanie w miejscu, gdzie kadłub zostanie pochłonięty przez fale.
Oficer, mając uzasadnioną nadzieję, że ląd nie może być daleko, poddał się falom, które pchały go w kierunku wybrzeża, zaskoczony i zrozpaczony, że nie spotyka żadnego ze swoich marynarzy. Czy więc załoga drugiej łodzi padła ofiarą katastrofy aż do ostatniego człowieka?
Gdy oddalił się o około dwieście metrów od skały, na której rozbił się jego statek, rozległ się potężny huk. Deszcz szczątków spadł ze wszystkich stron, ale na szczęście nie dosięgnął ani jego, ani jego towarzyszki.
„Godaveri” ożył!
Dopiero wtedy kapitan pomyślał o bogactwach, które posiadał: o diamentach przechowywanych w kasetce zamkniętej w sejfie w jego pokoju oraz o wekslach podpisanych przez pana Syntezę. O wszystkim tym całkowicie zapomniał podczas strasznej serii wydarzeń, które miały miejsce w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin!
Diamenty, choć niewielkie, stanowiły prawdziwą fortunę, zresztą zupełnie bezużyteczną w dzikim kraju, ale mogącą zapewnić środki na wszelkie ewentualności, gdyby statek dotarł do lądu zamieszkałego przez cywilizowanych ludzi. Ale tu chodziło o diamenty, fortunę, cywilizowanych ludzi, a nawet dzikusów! To ląd trzeba osiągnąć! Ląd, który wydawał się uciekać, podczas gdy siły nieszczęsnego oficera wyczerpywały się, a dziewczyna, nieruchoma, nie dawała już znaku życia.
Pogoda się poprawiła, gwiazdy świeciły na niebie, wiatr coraz bardziej słabł, tylko morze nadal było wzburzone.
Od godziny trwała ta ostateczna walka, a kapitan z przerażeniem zauważył, że jego kończyny zaczynają drętwieć. Obciążony cennym ładunkiem, płynął powoli, czasami miał duże trudności z koordynacją ruchów i posuwał się naprzód tylko dzięki ogromnemu wysiłkowi.
Co by nie dał, żeby znaleźć kawałek rei, drzewca, deskę, cokolwiek, czego mógłby się na chwilę złapać i wyciągnąć swoje skurczone lewe ramię.
– No dalej – mówi do siebie – jeszcze dziesięć minut!
Następnie ogarnął go straszny niepokój na widok nieruchomej towarzyszki. Obawiał się, że trzyma już tylko zwłoki…
Mijały minuty. Narastało zmęczenie… niepokój się potęgował.
– Już nie daję rady! Czy wytrzymam jeszcze pięć minut…? Ach, gdybym był sam…! To straszne, czuć, jak umieramy razem…! Jeszcze…! No dalej…! Trzymaj się…!
Nieszczęśnik nagle zatonął, wynurzył się, wziął głęboki oddech, popłynął jeszcze kilka metrów, ponownie zatonął i wynurzył się na fali, która go uniosła, nie przestając obejmować dziewczyny.
Ogarniał go straszny niepokój tonącego człowieka. Wydawało mu się, że jej włosy są jak rozgrzane w ogniu igły.
Z jego gardła wydobyło się rozdzielające łkanie.
– Czyżbym był przeklęty, skoro nie mogę jej uratować…!
Następnie, chcąc w heroicznym, ostatnim wysiłku przedłużyć choćby o sekundę życie biednego dziecka, uniósł je ponad fale, bełkocząc rozgorączkowane pożegnanie…