Seks, erotyka i romanse Weroniki oraz innych „ogarniętych” bohaterek — książka erotyczna o pożądaniu i rozkoszy (18+). - ebook
Seks, erotyka i romanse Weroniki oraz innych „ogarniętych” bohaterek — książka erotyczna o pożądaniu i rozkoszy (18+). - ebook
Uwaga: ta książka podnosi temperaturę. Jeśli szukasz literatury erotycznej bez „cięcia” w kluczowym momencie, z emocją, rozkoszą i pragnieniem, które nie daje spokoju – ta książka jest dla Ciebie. Seks, erotyka i romanse Weroniki oraz innych „ogarniętych” bohaterek to książka erotyczna (18+) złożona z 8 opowiadań, w których każda historia ma inną kobietę, inny układ i inny rodzaj napięcia. Zaczyna Weronika – a potem pojawiają się kolejne bohaterki: pewne siebie, ostrożne, spragnione, nieprzyzwoicie szczere. Z pozoru mają wszystko pod kontrolą… dopóki pożądanie nie przejmie steru. To erotyka dla dorosłych kobiet, gdzie romans miesza się z fizycznością: są sceny intymne opisane wprost, bez udawania. Jest emocja, jest rozkosz, jest pragnienie, które nie daje spokoju — czasem czułe, czasem bezczelne, zawsze intensywne. Wejdź w te historie i wybierz bohaterkę, z którą zaczniesz dziś wieczorem. (18+)
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 126 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
I ROMANSE
WERONIKI
ORAZ INNYCH
OGARNIĘTYCH
KOBIET
książka erotyczna
o pożądaniu i rozkoszy (18+)
Roxy Black
Tytuł: Seks, erotyka i romanse Weroniki oraz innych „ogarniętych” kobiet — książka erotyczna o pożądaniu i rozkoszy (18+).
Autor: Roxy Black
© 2026 Roxy Black. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, powielana, rozpowszechniana ani przechowywana w systemach wyszukiwania danych w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny, kserograficzny, nagraniowy lub inny) bez uprzedniej pisemnej zgody autora — z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w recenzjach i omówieniach.
Oświadczenie: Niniejsza książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, zdarzeń lub miejsc jest przypadkowe.
O Autorce
Roxy Black tworzy erotyczne opowieści dla kobiet, w których głód spotyka odwagę, a pragnienie wygrywa z grzecznością. Pisze o bohaterkach, które przestają się tłumaczyć i zaczynają wybierać siebie — nawet jeśli to wybór niebezpiecznie przyjemny. Jej historie łączą emocje z wyraźnymi, intensywnymi scenami erotycznymi i nie uciekają w niedopowiedzenia.
Dla dorosłych (18+):
Publikacja zawiera treści erotyczne, w tym opisy intymnych zbliżeń oraz tematykę przeznaczoną wyłącznie dla dojrzałego odbiorcy. Książka jest przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat lub nie czujesz się komfortowo z taką tematyką, prosimy o przerwanie lektury. Dyskrecja czytelniczki/czytelnika jest zalecana.
Wydanie: 1
Rok wydania: 2026
jeśli trafiłaś tutaj, to prawdopodobnie znasz ten stan: dzień wygląda normalnie, uśmiech działa, rozmowy się kleją… a pod spodem żyje coś, co nie chce już być grzeczne. Głód. Taki, którego nie da się zagadać kawą, pracą ani „jakoś to będzie”.
W tych opowiadaniach spotkasz różne kobiety i różne powody — ale zawsze ten sam moment, kiedy ciało przestaje kłamać. Czasem to jest zemsta za zdradę. Czasem ucieczka od rutyny. Czasem decyzja, której nikt nie planował… a która zostaje w pamięci na długo.
Każda historia prowadzi do punktu, w którym przestajesz tłumaczyć się światu — i wreszcie robisz coś dla siebie.
To nie jest książka o „miłych uczuciach”.
To jest książka o prawdzie — tej najbardziej prywatnej, najciemniejszej i najbardziej wyzwalającej.
Jeśli lubisz krótkie formy, które wciągają od pierwszej strony, napięcie, które rośnie, i finały, po których pozostaje delikatne ciepło pod skórą — jesteś we właściwym miejscu.
Otwórz pierwsze opowiadanie
A jeśli po ostatnim zdaniu poczujesz, że chcesz więcej… wróć po kolejne tomy tej serii.
Z czułością, i bez wstydu
Roxy Black
Nie planowałam niczego.
To jest najgorsze kłamstwo, jakie potrafię sobie sprzedać w kilka sekund — „nic”. Jakby człowiek mógł wejść w noc z pustymi rękami, bez ciężaru dnia, bez napięcia w karku, bez tej ciasnej obręczy pod żebrami, która zaciska się zawsze wtedy, gdy przez cały dzień byłam dla wszystkich, tylko nie dla siebie.
Wyszłam z biura później, niż obiecałam sobie rano. Znowu. Ostatni mail był niby krótki, niby prosty, niby „na szybko”, ale ostatecznie wciągnął mnie jak wir: doprecyzowania, poprawki, przerzucanie odpowiedzialności w grzecznych zdaniach. „Weroniko, możesz jeszcze…?” — to „jeszcze” brzmiało jak przekleństwo, które ktoś powtarza codziennie, żeby sprawdzić, ile jeszcze wytrzymam.
Uśmiechałam się, bo trzeba. Kiwałam głową, bo tak się robi. Dziękowałam, bo w mojej głowie nadal siedział ten stary mechanizm: jeśli będę miła, jeśli będę pomocna, to w końcu ktoś przestanie ode mnie brać i zacznie pytać, czy ja czegoś potrzebuję.
Nikt nie pytał.
Gdy zamknęłam laptopa, poczułam w palcach drżenie. Nie ze strachu, raczej ze zmęczenia, które w pewnym momencie przestaje być fizyczne, a zaczyna być… ciche i wściekłe. Takie, które nie krzyczy, tylko robi się twarde. Nieprzepuszczalne.
W toalecie poprawiłam makijaż, choć nie miałam na to siły. Pociągnęłam tuszem rzęsy i zobaczyłam w lustrze kobietę, której twarz jest uprzejma, ale oczy już nie. Oczy były moje. Zbyt przytomne.
W domu byłam tylko po walizkę — krótko, technicznie. Zrzuciłam buty, wzięłam prysznic, ale taki „na szybko”, żeby spłukać dzień. Włosy były związane gumką od rana. Niby detal, a jednak zawsze działał jak obietnica: „później się rozplączę”. Później.
Telefon zawibrował.
Wiadomość od szefa.
Jutro rano spotkanie. Zmiana sali. Dodatkowe materiały. Prośba, żebym była wcześniej.
Patrzyłam na ekran tak długo, aż litery przestały być literami. Czułam, jak we mnie rośnie coś, co nie jest już zwykłym zmęczeniem. To był bunt, który nie potrafił znaleźć bezpiecznego ujścia.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu.
Ten gest był mały. Prawie dziecinny. Ale w moim ciele wywołał dreszcz, jakby ktoś przesunął paznokciem po wewnętrznej stronie przedramienia. Jakby mój organizm od dawna czekał na moment, w którym powiem „nie teraz” choćby do kawałka plastiku i szkła.
Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę hotelu, w którym miałam spędzić noc przed spotkaniem. Delegacja. Wygoda. Logistyka. Racjonalne słowa, które miały przykryć fakt, że najchętniej położyłabym się w ciemności i pozwoliła, żeby świat przestał ode mnie wymagać.
Droga była mokra, światła miasta rozmazywały się na szybie. W radiu grało coś spokojnego, zbyt spokojnego, jakby ktoś próbował mnie uspokoić na siłę. Wyłączyłam dźwięk.
W ciszy usłyszałam własny oddech.
Był płytszy, niż powinien.
Zauważyłam to dopiero po kilku minutach: ramiona miałam uniesione, szczękę zaciśniętą. Jakby w każdej chwili ktoś miał mnie zawołać, czegoś chcieć, coś dorzucić. Jakbym była w gotowości do spełniania cudzych potrzeb.
A moje?
Moje były gdzieś pod skórą, uparte i gorące. Nie chodziło nawet o seks — nie wprost, jeszcze nie. Bardziej o to, że moje ciało od dawna było mi obce. Używane jak narzędzie, transportowane z miejsca na miejsce, ubierane i rozbierane w pośpiechu, karmione tym, co akurat było pod ręką. Zasypiające w ubraniu, budzące się z bólem karku. Ciało, które pracuje.
Kiedy ostatni raz czułam, że żyję w nim naprawdę?
Nie odpowiedziałam sobie. Nie chciałam. Bo odpowiedź była zbyt prosta, a ja byłam zbyt zmęczona, żeby ją przyjąć.
Jednak już w czasie postoju na stacji benzynowej nastąpił nieoczekiwany zwrot. Sklep był prawie pusty, światło jarzeniówek ostre i bezlitosne. Stałam w kolejce za mężczyzną w garniturze, który pachniał drogimi perfumami i pewnością siebie. W jednej dłoni trzymał kluczyk. W drugiej miał telefon. Rozmawiał cicho i spokojnie, jakby wszystkie rzeczy w jego życiu działały tak, jak powinny.
Nie znałam go. Nie obchodził mnie.
A jednak mój mózg odnotował szczegół — dłoń.
Długa, pewna, z żyłkami na wierzchu, jakby stworzona tylko do tego, żeby coś trzymać. Żeby prowadzić. Żeby kłaść się na czyjejś skórze tak naturalnie, jakby to było prawo, nie przywilej.
Zanim zdążyłam się zganić, obraz w mojej głowie już się otworzył — jak drzwi, których nie da się cofnąć.
Seba.
Ręka Seby była podobna, tylko cieplejsza. Zawsze ciepła, nawet zimą. Kiedy dotykał, czułam to nie na powierzchni skóry, tylko głębiej, jakby ciepło miało masę i potrafiło mnie przestawiać w środku. Pamiętam, jak potrafił głaskać tak, że nie robił nic „wielkiego” — po prostu przesuwał dłonią po moim udzie, wolno, jakby sprawdzał fakturę materiału, a ja już wtedy traciłam koncentrację. Jakby jego palce znały drogę do mojego ciała lepiej niż ja sama.
Pamiętam ten bezczelny spokój: że mógł dotykać, a potem przestać, zostawiając mnie w pół oddechu. Pamiętam, jak jego kciuk przechodził po mojej skórze, a ja udawałam, że nic się nie dzieje, chociaż w środku robiło mi się miękko i mokro tylko od tego jednego, pozornie niewinnego ruchu.
Jak dawno to było?
Zbyt dawno.
Zbyt długo byłam grzeczna.
Zbyt długo „nie było czasu”, „nie było nastroju”, „nie było sensu”. Zbyt długo pozwalałam, żeby moje ciało spało jak zamknięty pokój w mieszkaniu: niby istnieje, ale nie wchodzisz tam, bo i po co. Zbyt długo seks był wspomnieniem, albo czymś, co się „kiedyś ogarnie”.
A ja… ja nie uprawiałam seksu tak długo, że czasem aż bolało mnie to w środku, jakby głód potrafił boleć fizycznie. Nie cały czas. Tylko wtedy, gdy coś go obudziło: cudza dłoń, czyjś głos, przypadkowy zapach.
Taki jak teraz.
Złapałam butelkę wody i odwróciłam wzrok natychmiast, jakby to było nieprzyzwoite. Jakby patrzenie na cudzą rękę było zdradą — nie jego, tylko siebie.
Zapłaciłam i wyszłam. Chłód powietrza uderzył mnie w policzki, ale nie ugasił tego, co delikatnie zapaliło się wewnątrz brzucha.
W samochodzie odkręcałam korek, zauważając, że moje palce zadrżały.
To było nic. Przypadek. Zwykły detal.
A jednak w mojej głowie wciąż tkwiło wspomnienie Seby. Ciepło jego dłoni. Ten moment, kiedy przyciągał mnie bliżej, jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie — i kiedy jednocześnie w jego dotyku było coś, co robiło mi porządek w środku: „ty jesteś tu i ja jestem tu, reszta nie istnieje”.
Przełknęłam wodę i poczułam, jak zimno spływa mi do gardła, a potem znika, zostawiając po sobie pustkę. Pustkę, którą coś we mnie chciało wypełnić. Ciepłem. Dotykiem. Uwagą.
Nie dlatego, że byłam zdesperowana.
Dlatego, że byłam głodna.
To nie jest romantyczne słowo, „głód”. Jest zwierzęce. Prawdziwe. I przez to wstydliwe.
A ja całe życie byłam nauczona wstydu.
Wcisnęłam kierunkowskaz i ruszyłam.
„Jutro rano spotkanie.”
Powtarzałam to w głowie jak zaklęcie.
Jakby rozsądek mógł być pasem bezpieczeństwa.
Hotel pojawił się w końcu między budynkami: szkło, światło, elegancki spokój. Stał w miejscu, gdzie miasto nagle robiło się ciche. Jakby nawet ulice rozumiały, że tu ludzie przyjeżdżają odpocząć… albo przynajmniej udawać, że odpoczywają.
Wjechałam na parking podziemny. Zgasiłam silnik. Przez chwilę siedziałam w bezruchu.
W tej chwili ciszy dotarło do mnie, że jestem sama. Naprawdę sama. Bez współpracowników, bez szefa, bez telefonów, bez rozmów, które trzeba prowadzić, bo tak wypada.
To powinno mnie uspokoić.
A jednak poczułam coś innego: dreszcz. Taki sam jak przy odłożeniu telefonu ekranem do dołu. Jakby samotność była nie tylko pustką, ale też… możliwością.
Wysiadłam. Walizka na kółkach zaskrzypiała. Pociągnęłam ją za sobą pewniej, niż czułam się w środku.
Drzwi do lobby otworzyły się automatycznie i uderzyło mnie ciepło. Zapach — czysty, świeży, jak pościel, ale też coś bardziej luksusowego, jak drogie mydło, jak drewno, jak obietnica, że tu wszystko działa.
Przez sekundę poczułam, że zrzucam z siebie zewnętrzny świat.
Portier skinął mi głową. Uśmiechnęłam się odruchowo, jak zawsze. Ale w środku byłam już w innym miejscu. W takim, gdzie nie chcę być uprzejma. Gdzie chcę być… prawdziwa. Choćby przez chwilę.
Recepcja była jasna i spokojna. Za ladą młody chłopak, idealnie ułożone włosy, koszula, która wyglądała, jakby nigdy nie widziała potu. Zazdrościłam mu tej świeżości. Albo raczej — tego, że nie wyglądał jak człowiek, który właśnie walczył cały dzień.
— Dobry wieczór — powiedziałam.
— Dobry wieczór, witamy — odpowiedział z uprzejmym uśmiechem. — Nazwisko?
Podałam. Kiedy wpisywał je do komputera, ja odruchowo poprawiłam gumkę na nadgarstku. Jakby ta gumka miała utrzymać mnie w ryzach.
— Tak, mam rezerwację. I… — chłopak zawahał się na sekundę. — Widzę też informację o zmianie pokoju na wyższy standard. To już przygotowane. Przepraszamy za niedogodność.
— Niedogodność? — powtórzyłam, jakbym sprawdzała sens tego słowa.
— To standardowa procedura, kiedy… — urwał, jakby nie musiał tłumaczyć. — Oczywiście bez dodatkowych kosztów. Wszystko jest w mailu, który wysłaliśmy.
Mail. Tak. Miałam go.
W środku poczułam coś dziwnego — drobną satysfakcję, jakby świat przez pomyłkę dał mi coś za darmo. Coś lepszego — nagrodę, na którą nie trzeba było zasłużyć.
A ja byłam tak przyzwyczajona do zasługiwania.
Wzięłam kartę do pokoju. Metaliczny prostokąt, zimny w palcach. Chłopak podał mi też drugą — „na wszelki wypadek” — z uśmiechem, który był zbyt miły, żeby go nie odwzajemnić.
Podziękowałam jak zawsze, i dość pewnym krokiem ruszyłam w stronę windy.
Po drodze minęłam lustro w lobby.
Zatrzymałam się na ułamek sekundy — nie po to, żeby sprawdzić makijaż. To było coś bardziej prywatnego, bardziej instynktownego. Jakbym chciała zobaczyć, czy widać po mnie moje myśli. Czy w moich oczach da się dostrzec, że wewnątrz jestem rozpięta jak guzik, o którym nikt nie wie.
Widać było zmęczenie.
Ale pod nim… coś jeszcze. Coś miękkiego i niebezpiecznego.
Spojrzałam niżej, na własne ciało w odbiciu: na linię szyi, obojczyki, na to, jak materiał bluzki układa się na piersiach. I to wystarczyło, żeby pamięć zrobiła swoje — bez pytania, bez ostrzeżenia.
Seba kiedyś patrzył na moje piersi tak, jakby były jedyną rzeczą na świecie, której nie da się „załatwić” w mailu ani odhaczyć w tabelce. Z takim skupieniem, od którego robiło mi się wstydliwie ciepło. Pamiętam jego dłonie, kiedy obejmował mnie od tyłu, a ja stałam przy oknie w jego mieszkaniu, w samej bieliźnie, udając, że oglądam miasto. Nie oglądałam niczego. Byłam tylko ciałem.
Pamiętam, jak jego usta przesuwały się powoli — nie pośpiesznie, jakby chciał mnie „mieć”, tylko jakby chciał mnie… nauczyć. Jakby każde muśnięcie miało znaczenie. Jakby w tej czułości ukrywał się głód, który trzymał na smyczy.
A potem, kiedy przestawał być czuły, kiedy jego dotyk robił się mocniejszy, pewniejszy… pamiętam, jak moje ciało odpowiadało szybciej niż mój umysł. Jak w sekundę przestawałam być kobietą od „ogarnięcia” i stawałam się kobietą od oddechu, od jęków w gardle, od tej wstydliwej prawdy, że lubię, kiedy ktoś wie, jak mnie rozłożyć na czynniki pierwsze.
Jak dawno to było?
Zbyt dawno.
Przełknęłam ślinę, a ciepło, które wspomnienie obudziło, poszło w dół brzucha jak fala. Przez sekundę naprawdę poczułam swoje piersi — cięższe, wrażliwsze, jakby sama myśl dotknęła ich od środka.
Odwróciłam wzrok. Zbyt późno, bo ciało nie zapomina.
I kiedy stojąc w lobby, w świetle, które było zbyt eleganckie jak na moje brudne myśli, poczułam to delikatne napięcie, nie potrafiłam już udawać, że „to tylko noc”.
Weszłam do windy.
Drzwi zamknęły się cicho, prawie bezszelestnie. Nacisnęłam numer piętra, które miałam w mailu. Winda ruszyła, a ja zauważyłam, że serce bije ciut szybciej.
„To tylko hotel,” powiedziałam sobie w myślach.
„To tylko noc.”
Tylko że w tej samej chwili mój mózg — ten złośliwy, czujny mózg — dodał szeptem:
„W hotelach ludzie robią rzeczy, których nie robią nigdzie indziej.”
Zacisnęłam palce na rączce walizki. Kółka cicho zaszurały po podłodze windy. Złapałam oddech. Spróbowałam wrócić do planu: prysznic, łóżko, jutro.
Ale gdzieś w środku mój głód poruszył się, jak zwierzę, które poczuło zapach jedzenia.
Nie planowałam niczego.
Ale moje ciało…
Moje ciało było jak zapalona zapałka schowana w kieszeni. Mała. Niepozorna.
I wystarczyło, żeby tej nocy coś ją musnęło.
* * *
Winda jechała gładko, bez szarpnięć, jakby ten hotel w ogóle nie znał pojęcia „problem”. Światło w środku było miękkie, prawie intymne, i przez sekundę poczułam się jak w pudełku wyłożonym ciszą. Nikt do mnie nie mówił. Nikt niczego nie chciał. Miałam tylko swój oddech i to delikatne napięcie, które zostało mi w ciele po całym dniu — napięcie, które nie znikało, tylko zmieniało formę.
Zamknęłam na moment oczy.
I od razu zobaczyłam Sebę. Nie jego twarz, nawet nie uśmiech — tylko drobne okruchy wspomnień, które wracają zawsze nieproszone, jakby mózg miał swoje własne priorytety: ciepło jego dłoni, ciężar jego spojrzenia, ten sposób, w jaki potrafił zrobić z jednej sekundy coś, co zostawało na długo.
Najgorsze w takich wspomnieniach było to, że nie były idealne. Nie były cukierkowe ani romantyczne. Były cielesne. Prawdziwe, i przez to skuteczne.
Jakby moje ciało pamiętało lepiej niż ja.
Otworzyłam oczy i natychmiast złapałam się na tym, że stoję trochę inaczej niż zwykle — biodra lekko przesunięte, jakby szukały wygodniejszego ustawienia. Jakby moje wnętrze próbowało znaleźć pozycję, w której to ciepło w brzuchu będzie mniej dokuczliwe.
„Ogarnij się”, powiedziałam do siebie w myślach.
To też było znajome. Ten ton: surowy, kontrolujący, taki jak w pracy. Tak jakbym mogła zmusić własne ciało do posłuszeństwa.
Winda zwolniła. Drzwi rozsunęły się cicho.
Na korytarz wyszłam pewniej, niż się czułam. Walizka potoczyła się za mną, kółka wydawały stłumiony dźwięk na dywanie. Przede mną długi, hotelowy tunel — przygaszone światło, drzwi w równych odstępach, tabliczki z numerami. Wszystko poukładane. Wszystko w porządku.
A ja… ja byłam jedynym elementem, który nie pasował do tej sterylnej harmonii, bo w środku miałam chaos.
Zatrzymałam się na sekundę, żeby sprawdzić numer pokoju. Telefon w dłoni był ciepły od moich palców. Otworzyłam maila z recepcji — ten o zmianie standardu. Wciąż tam był, jak dowód na to, że świat czasem coś daje, zanim zdążę na to zasłużyć.
Piętro 6.
Pokój 614.
Przeczytałam jeszcze raz, choć już znałam go na pamięć. Bo lubiłam mieć pewność. Lubiłam wiedzieć, dokąd idę, co mnie czeka.
I znowu uderzyło mnie, jak bardzo to pasuje do mojego życia: wszystko musi być sprawdzone, potwierdzone, zapisane. Jakbym bez tego mogła się rozsypać.
Ruszyłam wzdłuż korytarza.
Za pierwszym zakrętem zobaczyłam wózek „room service” — puste talerze przykryte serwetką, dwa kieliszki po winie. Na jednym pozostał wyraźny ślad szminki. Ten drobiazg, zupełnie nie mój, zupełnie obcy, poruszył we mnie coś dziwnego. Jak mała opowieść w jednym obrazie: ktoś tu był, ktoś tu spędził już wieczór, ktoś tu pozwolił sobie na coś, co nie jest „do ogarnięcia”.
Przez sekundę poczułam ukłucie zazdrości, które nie było o mężczyznę, nie było nawet o wino.
Było o swobodę.
Przeszłam obok i mimowolnie zwolniłam, jakbym chciała usłyszeć resztę tej historii. Ale korytarz był cichy. Hotel umiał trzymać sekrety.
A jednak mój mózg — ten wredny, czujny, zbyt wyobrażeniowy — dopowiedział je za hotel.
Najpierw zobaczyłam ją: kobietę z tą szminką na ustach. W jakiejś sukience, którą ściąga się jednym ruchem, albo w bluzce, którą ktoś rozpiął nie do końca, bo dłonie mu drżały od pośpiechu. Widziałam, jak śmieje się cicho, bo coś go w niej rozbawiło, albo jak próbuje zachować powagę, chociaż już dawno ją traci. Widziałam, jak opiera się biodrem o blat w pokoju, jak przechyla kieliszek, jak wino zostawia ciemny ślad na jej ustach — podobny do tego, który potem odbił się na szkle.
A obok niej… on. Nie twarz, tylko detale: szerokie ramiona w koszuli, którą poluzował pod szyją, rękawy podwinięte do przedramion. Dłoń, która obejmuje jej szyję tak, jakby robiła to od zawsze — pewnie, ale nie brutalnie. Ten ruch, który mówi: chodź, a ona… ona idzie bez pytania.
W mojej głowie było to bardziej dźwiękiem niż obrazem: cichy śmiech, oddech urwany w pół zdania, szelest materiału, stłumione kroki po dywanie. Taki rodzaj ciszy, który w hotelu nie brzmi jak samotność, tylko jak przyzwolenie. Jak przestrzeń, w której nie trzeba się tłumaczyć.
Wyobraziłam sobie, że ten talerz nie był pusty od razu. Że dzielili deser na pół, karmili się bez sensu, tylko po to, żeby dotknąć palcami swoich ust. Że on wytarł jej kącik wargi kciukiem, niby troskliwie, a tak naprawdę po to, żeby sprawdzić, czy ona zadrży. I że ona zadrżała.
Widziałam, jak jego spojrzenie robi się cięższe. Jak przestają mówić, bo słowa są zbyt wolne. Jak ona stawia kieliszek na wózku albo na stoliku byle jak, a on ujmuje jej dłoń, i prowadzi do łóżka jak do miejsca, które już zna. Jakby to był tylko kolejny krok, nie decyzja na miarę życia.
I to była najpiękniejsza część tego wyobrażenia — brak wielkich dramatów. Brak negocjacji z samą sobą. Brak myśli o jutrze. Tylko ten moment, w którym oboje wiedzą i nie muszą udawać, że nie wiedzą.
Poczułam, jak nagle w gardle robi mi się sucho.
Zazdrość zmieniła się w coś bardziej niebezpiecznego: w pragnienie, które nie chciało już być grzeczne. Jakby ten ślad szminki na kieliszku był nie tylko śladem cudzych ust, ale zaproszeniem do myśli, których nie powinnam mieć na korytarzu.
Mocniej zacisnęłam palce na rączce walizki, jakbym chciała wrócić do realności przez dotyk czegoś twardego, mechanicznego, pewnego.
A jednak jeszcze przez sekundę stałam obok wózka, patrząc na tę serwetkę, na kieliszek, na ślad szminki — i myśląc nie o nich.
Myślałam o sobie.
O tym, jak dawno moja noc wyglądała tak, jak wyglądała ich. Jak dawno pozwoliłam sobie na spontaniczność, na bezczelność, i na to przyjemne poczucie, że nie muszę być “ogarnięta”, bo ktoś inny trzyma pewnie moją dłoń.
W końcu ruszyłam dalej.
Ale kiedy odchodziłam, miałam wrażenie, że hotel nie tylko starannie ukrywa swoje sekrety.
On je też prowokuje.
* * *
„Prysznic. Sen” — przypomniałam sobie.
Tylko że kiedy szłam, poczułam na karku to lekkie mrowienie, które pojawia się, gdy ma się wrażenie, że jest się widzianą. Nie spojrzeniem konkretnym, nie czyimiś oczyma — raczej obecnością, której nie potrafię nazwać.
Zatrzymałam się i obejrzałam.
Pustka. Drzwi. Cisza.
Nic.
A jednak moje ciało już zareagowało: serce przyspieszyło o pół uderzenia, oddech zrobił się płytszy. To było absurdalne. W pracy potrafię stać przed salą pełną ludzi i mówić spokojnie. A tu, na korytarzu hotelu, sama, w ciszy — wystarczył cień myśli, a ja nagle czułam się rozpięta od środka.
Przesunęłam dłonią po pasku walizki, jakby kontakt z twardym i realnym materiałem mógł mnie przywołać do rzeczywistości.
Zadziałało.
Tylko ja i mój własny głód.
Szłam dalej.
Po kilku krokach zatrzymałam się przy oknie na końcu odcinka korytarza. Noc za szybą była czarna, miasto daleko, lampy jak rozlane złoto. W tym widoku było coś… obcego. Jak przypomnienie, że jestem w miejscu, które nie jest moim domem. Że nikt mnie tu nie zna, więc mogę być kim chcę.
To uczucie było niebezpieczne.
Oparłam czoło o chłodną szybę na sekundę. Zamknęłam oczy.
I znowu wrócił Seba.
Szczególnie zapamiętałam jedną noc z nim — zwyczajną, bez żadnych fajerwerków, a jednak wracającą do mnie jak piosenka, której nie da się wyrzucić z głowy. Leżeliśmy po ciemku, a on bawił się moimi włosami. Niby nic. Tylko że w tym „nic” było wszystko: uwaga, czułość, czas. To, co dziś jest luksusem. To, czego nie umiem już sobie dać.
A potem przesunął dłoń niżej, po karku, po ramieniu… a ja pamiętam to uczucie jak błysk. Jakby ktoś dotknął we mnie miejsca, które było zamknięte na głucho.
Nie muszę przywoływać reszty. Ciało i tak dopowie.
Odsunęłam się od szyby. Szybko wciągnęłam powietrze.
„Nie teraz”, powiedziałam sobie.
Tylko że „nie teraz” nie działało jak kiedyś.
To było jak próba zakrycia ognia kartką papieru.
Wróciłam na środek korytarza i ruszyłam w stronę mojego pokoju. Numer był coraz bliżej. Każdy krok brzmiał miękko na dywanie. Walizka toczyła się posłusznie.
W połowie drogi usłyszałam cichy dźwięk — jakby gdzieś dalej, za drzwiami, ktoś odkręcił wodę. Prysznic. Normalność. Ktoś już się rozbrajał z dnia, tak jak ja powinnam.
I nagle wyobraziłam sobie, jak to będzie: ciepła woda na skórze, para, którą wdycham, rozluźnienie w karku, napięcie wypływające ze mnie kroplami.
A zaraz potem — bez pytania — przyszła ponownie ta myśl.
Że w takich hotelach, w takich pokojach, w takich łazienkach, ludzie robią rzeczy, których nie robią nigdzie indziej.
Że tu łatwiej jest powiedzieć sobie: „to tylko noc”.
Moje policzki zrobiły się cieplejsze.
Przystanęłam przy lustrze we wnęce korytarza — wąskim, dekoracyjnym, ustawionym tak, żeby optycznie powiększać przestrzeń. Zobaczyłam w nim siebie z walizką i torbą, trochę rozmazaną w tym miękkim świetle.
Widać było zmęczenie.
Widać było też coś jeszcze — tę drobną nerwowość w spojrzeniu, to napięcie w ustach, które nie miało nic wspólnego ze spotkaniem rano.
Poprawiłam kosmyk włosów, choć nadal były spięte. Odruchowo przesunęłam też palcami po gumce na nadgarstku, jakby to była bransoletka, jakby była ozdobą, a nie narzędziem porządku.
I wtedy moje spojrzenie zsunęło się niżej — na linię szyi, obojczyki, na moje piersi.
To był moment.
Wystarczył jednak, żeby pamięć uderzyła we mnie znowu jak fala.
Seba kiedyś stawał za mną, kiedy patrzyłam w lustro. Ja całkiem nago, on tylko w koszulce, tak blisko, że czułam na plecach ciepło jego erekcji. Nie dotykał jeszcze. Tylko patrzył. A ja czułam się wtedy jak coś cennego, jak coś, co warto oglądać powoli.
Pamiętam jego oddech na mojej szyi — spokojny, pewny. Pamiętam, jak powiedział coś półgłosem, tak, że słowa były mniej ważne niż ton. I pamiętam, jak moje ciało odpowiedziało zanim zdążyłam pomyśleć, że to „nieodpowiednie” albo „za dużo”.
Pamiętam, jak miał zwyczaj zatrzymywać dłonie na moich piersiach dłużej, niż wypada. Jakby sprawdzał ciężar, jakby uczył się mnie na pamięć. Jakby lubił to, że ja się wstydzę, a jednocześnie nie potrafię przestać oddychać szybciej.
To wspomnienie było tak żywe, że aż ścisnęło mi gardło.
Przez moment naprawdę poczułam własne ciało. Nie jako “ja”, która ma obowiązki, tylko jako skórę, oddech, napięcie. Jako coś, co można dotknąć, i co odpowiada.
Wzięłam głębszy oddech. Zmuszałam się do powrotu.
„Idziesz spać,” przypomniałam sobie.
Ale w środku coś we mnie prychnęło, jakby to była naiwna bajka.
Ruszyłam dalej.
Numer pokoju był już bardzo blisko. Wyjęłam kartę z koperty z logo hotelu i moim imieniem. Poczułam w palcach zimno plastiku. Ten chłód miał mnie otrzeźwić, ale zamiast tego poczułam, jak kontrast temperatur robi mi kolejną falę ciepła w brzuchu.
To było absurdalne, ale prawdziwe. Im bardziej próbowałam trzymać się planu, tym bardziej moje ciało robiło swoje.
Stanęłam przed drzwiami pokoju.
Spojrzałam na numer. Sprawdziłam maila jeszcze raz. Potem znowu numer. 614 — wszystko się zgadzało.
Wsunęłam kartę do czytnika.
„Pik”
Chwila ciszy.
Czerwone światło.
Zamarłam.
Drugi raz.
„Pik”
Czerwone.
Poczułam, jak coś we mnie pęka — nie dramatycznie, nie w stylu filmu, tylko cicho, wstydliwie. Jakby ta mała awaria była kolejną rzeczą w ciągu dnia, która mówi — “nawet tu nie możesz po prostu wejść i odpocząć”.
Poczułam gorąco w policzkach. Złość. Bezsilność.
I coś jeszcze.
Bo w takich momentach, kiedy kontrola nie działa, w człowieku odzywa się ten inny głos: “a gdyby przestać kontrolować?”
Zacisnęłam palce na rączce walizki, jakbym mogła się tego trzymać. Jakbym mogła trzymać się porządku, który właśnie się rozsypuje.
Spojrzałam w głąb korytarza.
Cisza. Żadnych ludzi. Żadnych twarzy.
Tylko to miękkie światło i dywan, który tłumi kroki, jakby w ogóle nie chciał, żebym była słyszana.
Przez sekundę przyszła mi do głowy myśl, żeby po prostu zostać tu chwilę. Stać w korytarzu, oddychać, aż złość przejdzie. Jak dziecko, które nie chce wracać do świata dorosłych.
Ale rozsądek wygrał. Jeszcze.
Wzięłam telefon, odblokowałam ekran i spojrzałam na maila. Tak, „zmiana pokoju”, „wyższy standard”, „przepraszamy za niedogodność” — jakby to miało cokolwiek tłumaczyć teraz, gdy stoję przed drzwiami jak idiotka.
Zdecydowanym ruchem schowałam kartę do koperty, sięgnęłam po walizkę i ruszyłam w stronę windy.
Kroki miałam szybsze. Złość mnie niosła. Złość i coś pod spodem — to narastające ciepło, które nie chciało się uspokoić. Jakby ta awaria była pretekstem, żeby przestać udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
Winda przyjechała po chwili. Weszłam. Nacisnęłam „0”.
W lustrze windy znów moja twarz. Zbyt napięta. Zbyt żywa. Jakbym nie wracała do recepcji po nową kartę, tylko… jakbym jechała po coś, czego nie potrafię nazwać.
„To tylko karta,” powiedziałam sobie.
A moje ciało odpowiedziało milczeniem, które brzmiało jak— “Nie tylko”.
Winda zjechała i drzwi rozsunęły się w lobby. Ciepło uderzyło mnie znowu, ale teraz było w tym też coś kojącego — jakby dół hotelu był światem, w którym wszystkie problemy da się rozwiązać.
Recepcjonista spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
— Czy wszystko w porządku?
Uśmiechnęłam się, choć nie czułam w sobie uśmiechu.
— Karta nie działa — powiedziałam spokojnie, jakbym mówiła o czymś banalnym. — Pokój… ten z maila.