Facebook - konwersja
Pobierz fragment
Czytaj fragment

Sen wioski Ding - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Tłumacz:
Rok wydania:
2019
Pobierz fragment
Czytaj fragment
34,65
Cena w punktach Virtualo:
3465 pkt.

Sen wioski Ding - ebook

Książka jednego z najbardziej utalentowanych i najbardziej cenzurowanych współczesnych autorów chińskich. Oparta na prawdziwych wydarzeniach z końca lat 90. – epidemii AIDS dziesiątkującej całe wsie, których mieszkańcy, zachęcani przez lokalnych aparatczyków, starali się wyjść ze skrajnej nędzy sprzedając osocze. Książka o śmierci, odpowiedzialności, winie bez kary, bezduszności nowych Chin, które pogardę dla człowieka łączą z kultem pieniądza. Proza urzekająca pięknem, na poły oniryczna, jednak na tyle mocna i wierna rzeczywistości, by trafić na listę książek w ChRL zakazanych.

Spis treści

 

Tom I

Tom II

Tom III

Tom IV

Tom V

Tom VI

Tom VII

Tom VIII

Zapaść twórcza (zamiast posłowia)

Przypisy

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66272-38-5
Rozmiar pliku: 7,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TOM I

Sen podczaszego

Widziałem we śnie krzew winny, który rósł przede mną. Na tym zaś krzewie były trzy gałązki. Krzew wypuścił pączki i zakwitł, a potem jego grona wydały dojrzałe jagody. W moim ręku był puchar faraona. Zerwałem te jagody, wycisnąłem je do pucharu faraona i wręczyłem ów puchar faraonowi.

Sen przełożonego piekarzy

Ja zaś miałem taki sen: Trzymałem na głowie trzy kosze białego pieczywa. W koszu, który był na wierzchu, znajdowało się wszelkie pieczywo, jakie wyrabia piekarz dla faraona. A ptactwo wydziobywało je z tego kosza, który był na mojej głowie.

Sen faraona

Śniło mu się, że stał nad Nilem. I oto z Nilu wyszło siedem krów pięknych i tłustych, które zaczęły się paść wśród sitowia. Ale oto siedem innych krów wyszło z Nilu, brzydkich i chudych, które stanęły obok tamtych nad brzegiem Nilu. Te brzydkie i chude krowy pożarły siedem owych krów pięknych i tłustych. Faraon przebudził się. A kiedy znów zasnął, miał drugi sen. Przyśniło mu się siedem kłosów wyrastających z jednej łodygi, zdrowych i pięknych. A oto po nich wyrosło siedem kłosów pustych i zniszczonych wiatrem wschodnim. I te puste kłosy pochłonęły owych siedem kłosów zdrowych i pełnych.

(Biblia Tysiąclecia, Rdz 40–41)ROZDZIAŁ 1

1

Wieczór u schyłku jesieni. Równina wschodniego Henanu w świetle zachodzącego słońca okrywa się szkarłatem. Niebo i ziemia stają skąpane we krwi. Wszędzie rozpościera się czerwień. Jesienny zmierzch ma odcień czerwieni, czerwień ma odcień jesiennego zmierzchu. Z końcem jesieni chłód staje się coraz bardziej dokuczliwy. Pustoszeją drogi we wsi.

Psy chowają się do bud.

Kury sadowią się na żerdziach.

Krowy grzeją się w oborach.

Wieś pogrążona jest w gęstniejącej ciszy, milkną głosy i oddechy. Wioska Ding żyje, ale jakby umarła. W ciszy, w jesieni, w mroku, wieś więdnie i ludzie więdną. Dni usychają jak zwłoki pogrzebane w ziemi.

Dni jak trupy.

Trawa na równinie zmarniała.

Obumarły drzewa na równinie.

Po krwawym potopie uschły zboża na piaszczystych glebach równiny.

Ludzie skulili się w domach, przestali wychodzić na zewnątrz.

Gdy mój dziadek, Ding Shuiyang, wrócił z miasta, zmierzch na dobre rozgościł się już nad równiną. Autobus, który go przywiózł, przyjechał od strony miasteczka powiatowego Wei i pojechał dalej w kierunku odległego Kaifengu, wyrzucając dziadka przy drodze jak liść strącony z gałęzi. Betonowa droga do wioski Ding została zbudowana przez mieszkańców dziesięć lat temu, w czasach gdy sprzedawano tu krew. Dziadek stał tak sobie przy tej drodze, spoglądając na wioskę. Powiew wiatru otrzeźwił go nieco, wyrywając z otępienia znużony podróżą umysł. Sprawy, które próbował zrozumieć przez całą drogę, teraz stały się dlań oczywiste. Wyruszył z wioski wcześnie rano. Po całym dniu wysłuchiwania mętnych wyjaśnień urzędników w starostwie dopiero tutaj, stojąc na wiejskiej drodze, pojął, co się wydarzyło, jakby słońce nagle wzeszło nad jego myślami.

Zrozumiał, że jak po chmurach nadchodzi deszcz i jak wraz z jesienią nastają chłody, tak ludzie, którzy przed dziesięciu laty sprzedawali krew, teraz muszą zachorować na gorączkę. A zachorowawszy, muszą umrzeć, opaść z sił jak drzewa z liści i umrzeć.

Gorączka kryła się we krwi. Dziadek krył się w snach.

Gorączka kochała krew. Dziadek kochał sny.

Dziadek codziennie miał sny. Przez trzy dni z rzędu nawiedzał go ten sam obraz. Widział we śnie, jak w miasteczku powiatowym Wei i mieście Kaifeng kanałami biegnącymi pod ziemią niczym pajęcza sieć płynie krew. Z nieszczelnych rur wytryska w powietrze czerwoną fontanną i opada jak szkarłatny deszcz, zapachem drażniąc nozdrza. I zobaczył, że na równinie woda w studniach i rzekach stała się czerwona i unosił się od niej kwaśny zapach krwi. Wszyscy lekarze z miasta i wiosek płakali na myśl o tej gorączce, ale jeden doktor we wsi Ding co dzień z uśmiechem przechadzał się ulicami. Na ulicach, skąpanych w złotym słońcu, panowały spokój i cisza. Ludzie pozamykali się w domach, tylko ten doktor w średnim wieku, w długim, białym kitlu, jak gdyby nigdy nic, najpierw przystanął na drodze, odstawiając na moment apteczkę, po czym usiadł pod starym perełkowcem i śmiał się. Śmiał się, przycupnąwszy na kamieniu pod drzewem. Śmiał się w głos. Śmiał się do rozpuku. A śmiech jego, donośny i dźwięczny, niósł się jak jesienny wiatr, przemykający ulicami wioski, strącający pożółkłe liście z drzew.

Po tym śnie dziadek został wezwany na zebranie do powiatu. W wiosce Ding nie było sołtysa, w zastępstwie więc wzywano zwykle dziadka. Po powrocie dziadek nagle zrozumiał cały łańcuch wydarzeń.

Dotarło do niego, że po pierwsze, ta gorączka to nie żadna gorączka, lecz coś, co naukowo nazywa się AIDS. Po drugie, że ci, którzy wtedy sprzedawali krew, jeśli w okresie od dziesięciu do piętnastu dni od oddania krwi gorączkowali, teraz z pewnością są chorzy na AIDS. Po trzecie, że kolejne objawy, podobne do tych początkowych, pojawiają się po ośmiu czy nawet dziesięciu latach, przypominają przeziębienie i ustępują po lekach przeciwgorączkowych. Ale za parę miesięcy, może za pół roku, choroba znów atakuje z całą mocą. Wtedy człowiek traci siły, na skórze i języku robią się wrzody, życie usycha, jakby zostało pozbawione wody. Śmierć następuje zwykle po upływie kolejnych trzech do sześciu miesięcy. Niektórym udaje się wytrzymać osiem, ale roku nie przeżywa niemal nikt.

Opadają jak liście z drzew.

Gaśnie światło. Człowiek znika z ziemi.

Po czwarte, dziadek uświadomił sobie, że w ciągu ostatnich dwóch lat nie było w wiosce miesiąca bez pogrzebu. Praktycznie w każdym domu ktoś umarł. Łącznie ponad czterdziestu ludzi. Na wiejskim cmentarzu zrobiło się gęsto od mogił jak na polu po żniwach od snopków. Niektórzy chorzy myśleli, że to zapalenie wątroby, inni nazywali to cieniem na płucach, jeszcze inni nie mieli żadnych problemów z wątrobą ani płucami, ale nie byli w stanie nic przełknąć. Po dwóch tygodniach głodówki, wychudzeni jak gałązki chrustu, zaczynali kasłać, wypluwając po pół miski krwi. I tak umierali. Opadali jak liście z drzew. Gasło światło, człowiek znikał z ziemi. Ludzie mówili wtedy, że on czy ona umarła na żołądek albo na wątrobę, albo na płuca, podczas gdy tak naprawdę to wszystko była gorączka. Wszystko to było AIDS.

Po piąte, dziadek zdał sobie sprawę, że oto gorączka, która zdawała się dotąd chorobą zagraniczną, chorobą ludzi z miasta, chorobą odszczepieńców, pojawiła się także w Chinach, pojawiła się na wsi, i że dotknęła porządnych obywateli. Zaatakowała jak niszcząca plony plaga szarańczy, która gdy tylko się zjawi, pożera wszystko. Po szóste, każdy, kto zachoruje, musi umrzeć. Na świecie rozpanoszyła się nowa nieuleczalna choroba. Choćby ktoś wydał fortunę na leczenie, nie wyrwie się z jej objęć. Po siódme, właściwie choroba dopiero się zaczęła, naprawdę zaatakuje w przyszłym roku albo nawet za dwa lata. Wtedy ludzie będą padać jak wróble, jak ćmy, jak mrówki. Ci, którzy umierają teraz, umierają jak psy. W porównaniu z wróblem, ćmą czy mrówką, pies zajmuje na tym świecie stosunkowo wysoką pozycję. Po ósme, ja, jego wnuk, którego pochował za swoim domkiem, kiedy umarłem, miałem zaledwie dwanaście lat, byłem w piątej klasie. Zjadłem pomidora i umarłem. Idąc drogą, podniosłem pomidora z ziemi, zjadłem i umarłem. Pomidor był zatruty. Pół roku wcześniej ktoś otruł nasze kury. Miesiąc później świnia hodowana przez mamę zjadła kawałek marchewki, który ktoś rzucił na drogę, i zdechła. Kolejnych kilka miesięcy później ja podniosłem pomidora, którego ktoś zostawił, i umarłem. To był zatruty pomidor, jakiś człowiek zostawił go na kamieniu przy drodze, którą wracałem do domu ze szkoły. Jak tylko zjadłem, rozbolał mnie brzuch, jakby mi wycinano nożyczkami wnętrzności. Po paru krokach upadłem na ziemię. Kiedy ojciec przyniósł mnie na rękach do domu i położył na łóżku, z ust zaczęła mi lecieć biała piana i umarłem.

Umarłem, ale nie od gorączki czy od AIDS. Umarłem od wielkiego handlu krwią, który mój ojciec rozpoczął dziesięć lat temu w wiosce Ding. Od kupowania i sprzedawania krwi. Umarłem od tego, że mój ojciec był największym dostawcą krwi w obrębie Ding, Liu, Li’er, Huangshui i kilkunastu innych okolicznych wiosek. Był królem. Potentatem rynku krwi. Gdy umarłem, ojciec nie płakał. Usiadł koło mnie i zapalił papierosa. A potem on i wujek, jeden z ostrą łopatą w ręku, a drugi z połyskującym tasakiem, wyszli na główne skrzyżowanie we wsi, wrzeszcząc i klnąc na całe gardło.

Wujek wygrażał:

– Jak masz jaja, to wyłaź, a nie będziesz mi tu, kurwa, po kryjomu rozrzucał truciznę! Pokaż no mi się. Nie nazywam się Ding Liang, jeśli cię na miejscu nie pokroję na kawałki!

Ojciec, wymachując łopatą, krzyczał:

– Nie podoba wam się, że ja, Ding Hui, mam pieniądze i nie mam gorączki? Zazdrościcie, prawda? Pierdolę waszą rodzinę osiem pokoleń wstecz. Otruliście mi kury, otruliście świnie, a teraz jeszcze śmieliście otruć dzieciaka?

I tak krzyczeli i klęli, od południa do późnej nocy, ale nikt nie wyszedł, nikt nie zareagował na obelgi ojca i wujka.

W końcu nie pozostało im nic innego, jak pochować mnie.

No i pochowali. Zakopali w ziemi.

Ponieważ miałem dopiero dwanaście lat, czyli nie byłem pełnoletni, zgodnie z tradycją nie można mnie było złożyć w rodzinnym grobowcu. Dlatego dziadek wziął moje malutkie ciałko i pogrzebał za swoim domkiem, który znajdował się na terenie wiejskiej podstawówki, w małej, białej trumience, do trumienki zaś włożył razem ze mną podręczniki, zeszyty i przybory do pisania.

Dziadek był wykształcony. Ponieważ dzwonił szkolnym dzwonkiem, a właściwie gongiem, w który uderzało się gałęzią lub prętem, i wyglądał na intelektualistę, ludzie we wsi nazywali go profesorem Ding. Dlatego właśnie do trumny dołożył także książki. Wybór baśni. Do tego mity i legendy. I dwa słowniki.

A potem – potem dziadek, nie mając nic innego do roboty, stawał nad moim grobem i rozmyślał, czy ludzie ze wsi dalej będą truć naszą rodzinę. Czy otrują jego wnuczkę, a moją młodszą siostrzyczkę, Yingzi? Czy otrują jedynego wnuka, który mu pozostał, syna wujka Lianga, małego Juna? Toteż umyślił sobie, żeby ojciec i wujek obeszli wszystkie domy we wsi i złożyli mieszkańcom tradycyjny pokłon na znak przeprosin, błagając, żeby więcej nie truli naszej rodziny. Żeby nie pozostawili rodziny Ding bez potomków. Kiedy tak rozmyślał, okazało się, że wujek też dostał gorączki. Dziadek doszedł do wniosku, że to zemsta losu, bo wujek zachorował, pomagając ojcu w handlu krwią. Uznał to za wystarczające zadośćuczynienie ze strony wujka. Porzucił odtąd myśl, by ojciec z wujkiem chodzili po domach oddawać pokłon, chciał, żeby ojciec sam chodził.

Wreszcie, po dziewiąte, dziadek uświadomił sobie, że za rok czy dwa na równinie wybuchnie potężna epidemia gorączki. Gorączka jak potop zaleje wioski Ding, Liu, Huangshui, Li’er i setki innych osad. Przetoczy się jak Żółta Rzeka, która przerwała wały. Wtedy ludzie będą umierać jak mrówki, ziemia będzie usłana trupami niczym liśćmi strąconymi z drzew. Pogasną jak światła, opadną jak liście. Wtedy wymrą właściwie wszyscy mieszkańcy wioski Ding. Wioska Ding zniknie z tego świata. Ludzie z Ding, jak liście z wiekowego drzewa, najpierw zmarnieją, potem pożółkną, wreszcie z szelestem jeden po drugim opadną na ziemię. Wystarczy podmuch wiatru, by zdmuchnąć liść jak wioskę Ding.

By zdmuchnąć wioskę Ding jak liść.

Ach, no i jeszcze po dziesiąte. Po dziesiąte, w starostwie postanowiono wszystkich chorych zgromadzić w jednym miejscu, żeby nie pozarażali tych, którzy nigdy nie sprzedawali krwi. Powiedzieli dziadkowi:

– Profesorze Ding, w okresie handlu krwią pana starszy syn był potentatem rynku krwi. Dziś czas, by pan zadziałał. Zbierzcie wszystkich chorych w jednym miejscu, niech zamieszkają razem.

Usłyszawszy to, dziadek długo milczał. Do teraz zresztą w sercu kłębią mu się emocje, których nie sposób wyrazić słowami. Po dziś dzień, gdy tylko wspomina moją śmierć i sukcesy mojego ojca w krwawym biznesie, przychodzi mu do głowy, że czas skłonić ojca, by poszedł i pokajał się przed mieszkańcami wioski, i najlepiej, żeby po tym, jak już się pokaja, umarł. Żeby się rzucił do studni, połknął truciznę, powiesił się – wszystko jedno.

Byleby tylko umarł co prędzej.

Byleby tylko umarł na oczach mieszkańców wioski.

Myśl o tym, by ojciec pokajał się i umarł, wstrząsnęła dziadkiem. Wstrząśnięty tą myślą dziadek ruszył w kierunku wsi.

Ruszył w kierunku naszego domu.

Naprawdę ruszył.

Zamierzał powiedzieć ojcu, żeby się pokajał i umarł.

2

W wiosce Ding zaszły wypadki nie do pomyślenia. W miejscowości liczącej nie więcej niż ośmiuset mieszkańców, mniej niż dwieście gospodarstw, w przeciągu niespełna dwóch lat zmarło ponad czterdziestu ludzi. Z rachunków wynika, że to średnio jedna śmierć na dziesięć do piętnastu dni. Około trzy śmierci na miesiąc. Co więcej, to przecież dopiero początek sezonu umierania. W przyszłym roku trupów będzie tyle, co ziarna po żniwach. Mogiły wznosić się będą jak snopki pszenicy na polach. Najstarsi ze zmarłych mieli po pięćdziesiąt parę lat, najmłodsi zaledwie kilka. Z zasady każdy z nich przed głównym atakiem choroby przez dziesięć do piętnastu dni zmagał się z wysoką temperaturą. Stąd też chorobę przyjęło się nazywać gorączką. Gorączka rozprzestrzeniała się stopniowo, zaciskając pętlę na gardle wioski Ding. Zabierała kolejnych mieszkańców. Żałobie nie było końca.

Stolarze zajmujący się wyrobem trumien zdążyli już zużyć po trzy czy cztery komplety narzędzi.

Śmierć jak najczarniejsza noc przykryła swym mrocznym cieniem wioskę Ding i okoliczne przysiółki. Czarne wieści krążyły między ludźmi jak kruki. To ktoś dostał gorączki, to znów ktoś umarł wczoraj o północy. W którejś rodzinie na przykład zmarło się mężczyźnie, żona szykuje się do wyprowadzki, wyjdzie za kogoś z daleka, gdzieś tam w górach, opuści to przeklęte gniazdo chorób i nieszczęść.

Życie stało się nie do zniesienia. Śmierć co dzień przemykała między domami jak komar. Do którego domu wpadła, w tym domu ktoś dostawał gorączki i w ciągu paru miesięcy miał umrzeć złożony chorobą.

Umierało tak wielu. W niektórych rodzinach opłakiwano zmarłego przez dzień czy pół, po czym za resztki oszczędności chowano nieboszczyka w czarnej trumnie. W innych domach wcale nie było łez, tylko czuwanie godzinami w ciszy i smutku przy zwłokach, parę westchnień i pochówek.

Paulownie, z których drewna zwykle wykonywano trumny, dawno wycięto w pień.

Z trzech wiejskich stolarzy, z powodu nadmiaru pracy przy trumnach, dwóch nabawiło się lumbago.

Panu Wangowi, który zajmował się robieniem kwiatów z bibuły, na dłoniach powyskakiwały od nożyczek wielkie bąble, które później popękały. Pęknięta skóra zaschła, pozostawiając na rękach kilkanaście dodatkowych żółtych pęcherzy.

Żywi przestali interesować się życiem. Śmierć warowała na progach domostw. Nikomu nie chciało się uprawiać pola ani wyjeżdżać ze wsi za chlebem. Siedzieli całymi dniami w domach, za zamkniętymi drzwiami, odgrodzeni od świata, ze strachu, by śmierć nie wemknęła się do środka. Dzień w dzień czekali. Dzień w dzień czuwali. Ktoś powiedział, że od teraz po chorych na gorączkę rząd ma przysyłać ciężarówki wojskowe i wywozić wszystkich na pustynię w Gansu, gdzie będą ich grzebać żywcem, tak jak podobno niegdyś grzebało się zadżumionych. Niby wiadomo było, że to tylko plotka, ale jednak gdzieś głęboko w sercach zasiała ona wśród ludzi wątpliwość. Czekali i czuwali więc w domach, za zamkniętymi drzwiami, a gorączka i tak przychodziła, i umierali.

Wraz z mieszkańcami umierała wioska.

Ziemia jałowiała, nieorana.

Pola wyschły, nienawadniane.

W niektórych domach, gdy ktoś umarł, rodzina, co prawda, nadal spożywała posiłki, ale nie myto garnków ani miseczek. Jadano brudnymi pałeczkami z brudnych naczyń.

Gdy kogoś od dziesięciu do piętnastu dni nie widywano na ulicach, nie trzeba było pytać – rozumiało się samo przez się, że umarł.

I zwykle tak właśnie było.

Jeśli po jakimś czasie ktoś natknął się na niego na przykład w drodze do studni, patrzyli na siebie w osłupieniu. Jeden pytał: „To ty jeszcze żyjesz?”. Drugi odpowiadał: „Przez kilka dni bolała mnie głowa, myślałem, że to gorączka, ale okazało się, że nie”. I uśmiechali się do siebie radośnie, po czym, minąwszy się, jeden odchodził z wiadrem pełnym wody, a drugi szedł dalej z nosidłem w kierunku studni.

Oto czym stała się wioska Ding. Wioska w agonii gorączki i oczekiwania.

Kiedy dziadek dotarł do wsi, przy targowisku spotkał jednego z chorych na gorączkę, Ma Xianglina, który przez całe życie uwielbiał śpiewać ludowe ballady. Ma Xianglin siedział pod okapem dachu swojego domu w promieniach zachodzącego słońca, majstrując coś przy nieużywanej od kilku lat dwustrunowej lutni, z której zaczynała schodzić farba. Trzypokojowy domek z czerwonej cegły, kryty dachówką, postawiony został za pieniądze ze sprzedaży krwi. Ma Xianglin siedział tak przy ceglanej ścianie pod dachem z dachówką i naprawiając lutnię, głosem szorstkim jak kora drzewa wyśpiewywał:

Słońce wstaje nad Morzem Wschodnim

i ginie za Zachodnią Górą,

na przemian dni niedoli

i dni radości zwiastując.

Sprzedam zboże, żeby mieć na życie,

jednego dnia w biedzie, drugiego w dobrobycie.

Wyglądał tak samo, jak kiedy był zdrowy. Ale dziadek dostrzegł na jego obliczu kolor śmierci, zielonkawy cień, który przesuwał się po jego zwiędłych policzkach i pęczniejące wrzody pokrywające mu twarz jak wysuszony groszek. Kiedy Ma Xianglin zobaczył dziadka, odłożył lutnię i uśmiechnął się, odsłaniając żółte zęby. Patrzył na niego spojrzeniem głodnego, który błaga o jedzenie. W głosie pozostała mu śpiewna nuta.

– Profesorze Ding, był pan na zebraniu? Rozmawiał pan z władzami?

Dziadek, wpatrując się w niego, odpowiedział pytaniem:

– Xianglin, jak to się stało, że tak wychudłeś?

– Nie wychudłem. Na jeden posiłek nadal zjadam po dwie sztuki mantou… Powiedzieli w końcu, czy tę chorobę da się wyleczyć?

Dziadek zastanowił się przez moment.

– Można. Niedługo przyślą nowe lekarstwo. Jak tylko przyjdzie ten lek, wystarczy mały zastrzyk i po wszystkim.

Twarz Xianglina rozjaśniła się na tę wieść.

– A kiedy będzie to nowe lekarstwo?

– Powinno dotrzeć niebawem.

– Niebawem, znaczy kiedy?

– Niebawem, znaczy na dniach.

– Czyli konkretnie, ile tych dni?

– Za jakiś czas pojadę jeszcze raz i zapytam – odpowiedział dziadek.

I odszedł.

Dziadek szedł przed siebie, przy drzwiach domów po obu stronach alejki ponaklejane były wypisane na białych zwojach żałobne kuplety, nowe i stare, bijące w oczy bielą, jakby cały hutong przysypany był śniegiem. Dziadek minął dom swojego kuzyna, któremu zmarł niespełna trzydziestoletni syn. Kuplet przy głównej bramie domostwa głosił: „Bez ciebie dom stoi pusty od trzech jesieni, / światła pogasły, słońce się skryło, trzeba nam przetrwać zachód”. Dalej mieściło się gospodarstwo państwa Li, którzy niedawno stracili synową. Przyniosła ona gorączkę z rodzinnego domu i po ślubie zaraziła nią męża, a potem ich wspólne dziecko. Z nadzieją, że wnukowi się poprawi, dziadkowie ułożyli następujący dwuwiersz: „Księżyc zaszedł, dom zatonął w ciemnościach, / z utęsknieniem czekając promieni słońca”. W bramie kolejnego domu zaś widniały jedynie puste białe pasy papieru bez jednego znaku. Dziadek nie za bardzo rozumiał, dlaczego naklejono wstęgi, ale nic na nich nie napisano, podszedł więc bliżej, przejechał dłonią po powierzchni i zorientował się, że pod pustym papierem pozostały dwie inne warstwy. Domyślił się, że w tej rodzinie musiały już umrzeć przynajmniej trzy osoby i że się boją albo zwyczajnie mają dość wywieszania kolejnych kupletów, dlatego nalepili tylko biały papier i na tym poprzestali.

Z zamyślenia wyrwał dziadka głos Ma Xianglina, który przybiegł za nim, wołając z daleka:

– Profesorze Ding, skoro wkrótce ma nadejść nowe lekarstwo, może uczcijmy to jakoś. Niech pan zbierze ludzi w szkole, a ja zaśpiewam i zagram dla wszystkich. Wie pan, że świetnie śpiewam. Trzeba ich jakoś wyrwać z domów, bo inaczej się zakiszą w swoich czterech ścianach.

Dziadek odwrócił głowę i spojrzał na niego.

Ma Xianglin zbliżył się o kilka kroków.

– Szkoła to doskonałe miejsce na taki koncert – powiedział. – Na pana wezwanie wszyscy się stawią. Tak jak wtedy, gdy nawoływał pan do sprzedawania krwi. Wystarczyło jedno pana słowo i cała wieś przyłączyła się do akcji. I wszyscy sprzedawali pana synowi, Ding Huiowi. Kiedy pobierał krew, używał tego samego wacika u trzech różnych dawców, przecierając każdemu rękę w miejscu wkłucia po dziewięć razy – ale nie czas teraz na wyrzuty, wiedziałem, że tak robi, ale i tak zawsze wszystko sprzedawałem jemu – a dzisiaj co? Przechodząc ulicą, nawet „dzień dobry” nie powie. Nic to, było minęło, nie warto roztrząsać. Chciałbym tylko, żeby pan zwołał ludzi do szkoły, żebym mógł dla nich pośpiewać. Profesorze Ding, naprawdę nie mam żalu, po prostu chcę, by mieli okazję posłuchać paru ludowych piosenek. Niech mi pan pozwoli zaśpiewać w oczekiwaniu na ten nowy lek, w przeciwnym razie obawiam się, że mogę nie doczekać chwili jego zażycia.

Ma Xianglin stał w odległości paru kroków od dziadka ze spojrzeniem głodnego żebraka proszącego o jedzenie i wodę. Dziadek popatrzył na niego, za jego plecami widząc jeszcze kilkoro innych chorych z wioski – Li Sanrena, Zhao Xiuqin i Zhao Dequana. Z ich twarzy i oczu wyczytał, że i oni przyszli do niego z pytaniami.

Dziadek domyślał się, że wszyscy chcieliby się czegoś dowiedzieć o tym nowym lekarstwie.

– Nowy lek będzie już niebawem. Ma Xianglinie, kiedy chciałbyś zaśpiewać? – powiedział głośno, by wszyscy słyszeli.

Twarz Ma Xianglina rozpromieniła się w jednej chwili:

– Jeśli dziś wieczorem nie zdążymy, to może być jutro. Jeżeli słuchaczom się spodoba, mogę śpiewać codziennie.

3

Pożegnawszy się z Ma Xianglinem, któremu obiecał koncert, dziadek podążył w kierunku naszego domu.

Mieszkaliśmy przy ulicy Nowej, w południowej części wsi.

Ulica Nowa, jak sama nazwa wskazuje, była nowa. Powstała po tym, jak wioska Ding zaczęła się bogacić. Kto tylko miał pieniądze, budował dom i przenosił się ze starej części wsi na ulicę Nową. Zgodnie z rządowymi regulacjami wolno było zbudować dom nie wyższy niż dwie kondygnacje. Działki miały powierzchnię jednego mu¹ każda. Na końcu każdej stał dom z trzech stron otoczony murem. Wszystkie domy były pokryte płytkami ceramicznymi, a wszystkie mury zbudowane z czerwonej cegły. Płytki przez cały rok pachniały bielą, a cegły czerwienią. Dokoła unosiła się więc biało-czerwona woń z lekkim odcieniem złotawego zapachu siarki.

Na całej ulicy unosił się siarkowy zapach nowych cegieł i dachówek.

Wszystkie cztery pory roku pachniały tym zapachem.

Cały świat pachniał tym zapachem.

Mój dom stał pośród tego właśnie zapachu. Woń siarki dzień w dzień drażniła nozdrza, wdzierała się do uszu i oczu, a także do ludzkich serc, wywołując w nich podziw i zazdrość. Wielu mieszkało w tym siarkowym zapachu. Wielu pragnęło w nim mieszkać. Dlatego wszyscy sprzedawali krew.

Dlatego wszyscy dostali gorączki.

Przy ulicy Nowej znajdowało się dwadzieścia kilka domów. Właściciele dwudziestu kilku domów w tamtym czasie wszyscy trudnili się pośrednictwem w handlu krwią. Handel krwią przynosił ogromne zyski, dlatego mogli sobie wybudować domy przy ulicy Nowej. Co też uczynili. Stąd właśnie wzięła się ulica Nowa. Mój ojciec był pierwszym, który skupował i sprzedawał krew. Potem stał się największym potentatem lokalnego rynku krwi. Królem krwi. I dlatego nasz dom stał w samym środku ulicy Nowej, i miał trzy kondygnacje, a nie dwie. Przepisy rządowe pozwalały jedynie na parter i piętro, ale my mieliśmy dwa piętra.

Gdy inni usiłowali budować dwupiętrowe domy, rząd wkraczał do akcji, ale kiedy my zbudowaliśmy dwa piętra, nikt się nie czepiał.

Dom nie od razu miał dwa piętra. Początkowo był jedynie parterowy. Ojciec wybudował go z najprawdziwszej cegły, kiedy inni mieszkali jeszcze w lepiankach i chatach krytych strzechą. Kiedy inni zaczęli budować parterowe domy z cegły, ojciec dobudował do naszego piętro. Kiedy inni zaczęli stawiać domy jednopiętrowe, ojciec znów dołożył dodatkową kondygnację. Kiedy inni chcieli podwyższać o jeszcze jedno piętro albo od razu stawiać dom dwupiętrowy, rząd nie pozwolił, mówiąc, że w naszym powiecie obowiązujący model budownictwa wiejskiego to budynki jedno-, a nie dwupiętrowe.

Mój dom miał dwa piętra. Dwa piętra to o jedno więcej niż jedno piętro.

W podwórzu naszego domu, wybudowanego na modłę zachodnią, znajdowały się nijak niepasujące do ogólnej koncepcji chlew i kurnik, a także klatki dla gołębi. Stawiając dom, ojciec we wszystkim naśladował zachodnią architekturę, jaką znał z Kaifengu. Podłoga w pomieszczeniach wyłożona była białymi i różowymi płytkami, zaś dziedziniec betonowymi kostkami o boku metra. Tradycyjną kucaną latrynę na dworze zastąpił sedes w domowej łazience, ale moi rodzice, choćby mieli siedzieć do usranej śmierci na takim sedesie, nie byli w stanie się załatwić w tej pozycji, dlatego ostatecznie za domem zrobili sobie dodatkowo wychodek z dziurą, nad którą można było przykucnąć.

W pralni mieliśmy pralkę automatyczną, ale mama i tak wolała przychodzić do pralni z misą i prać ręcznie.

I tak, sedes stał u nas wyłącznie na pokaz.

Pralka też stała na pokaz.

Potem przybyła lodówka, również na pokaz.

Podobnie jadalnia i stół jadalniany.

Kiedy dziadek dotarł do naszego domu, brama gospodarstwa była zamknięta, a cała rodzina siedziała na podwórzu przy kolacji. Bielutkie mantou, ryż na wodzie, makaron z rzepą i kapustą. Drobinki chili na liściach kapusty wyglądały jak strzępki podartych obrazków noworocznych. Rodzice siedzieli na niskich taboretach przy okrągłym stole pośrodku podwórka. Dziadek zapukał do bramy. Otworzyła mu moja młodsza siostra. Mama podała dziadkowi zupę, przyniosła stołek, ale dziadek zamiast jeść, z pałeczkami w dłoni wpatrywał się nieruchomo w mojego ojca. Chłodno, jak gdyby patrzył na zupełnie obcego człowieka.

Ojciec też patrzył na dziadka chłodno, jak na obcego.

– Tato, jedz – odezwał się w końcu ojciec.

– Synu, długo myślałem i w końcu postanowiłem, że muszę ci coś powiedzieć – zaczął dziadek.

– Nic nie musisz mówić. Jedz – przerwał mu ojciec.

Dziadek nie dawał za wygraną:

– Jak nie powiem, to jedzenie mi nie przejdzie przez gardło. Nie będę mógł spać po nocach.

Ojciec odłożył miseczkę na stół, pałeczki umieścił obok niej i spojrzał przelotnie na dziadka.

– No to mów.

– Byłem dzisiaj w powiecie na zebraniu – powiedział.

– Czyżby była mowa o tym, że gorączka to AIDS? I że AIDS to nowa nieuleczalna choroba? – wtrącił się znów ojciec. – Tato, jedz lepiej. Wszystko to wiem bez twojego opowiadania. Dwie trzecie ludzi we wsi już wie. Nie wiedzą tylko sami chorzy. A ci spośród nich, którzy wiedzą, udają, że nie wiedzą.

Ojciec raz jeszcze spojrzał na dziadka z lekceważącą miną. Jak uczeń, gdy spogląda na nauczyciela trzymającego w ręce za łatwy sprawdzian, który uczeń dawno potrafi rozwiązać. Po czym podniósł miseczkę i pałeczki, i zabrał się do jedzenia, nie zwracając uwagi na dziadka.

Mój dziadek uchodził za nauczyciela, choć faktycznie przez całe życie dzwonił szkolnym dzwonkiem. W tym roku skończył sześćdziesiąt lat i nie wyglądało na to, by cokolwiek miało się zmienić w kwestii jego obowiązków zawodowych. Czasami zdarzało się, że opiekował się dziećmi w zastępstwie za chorego nauczyciela albo gdy ten nie mógł przyjść z innych powodów. Dziadek prowadził wtedy przez parę godzin lekcję chińskiego dla pierwszej klasy. „Góra, dół, środek, lewo i prawo” – zapisywał na tablicy kredą znakami wielkimi jak miseczka do ryżu.

Również ojciec był w dzieciństwie uczniem dziadka, ale ich relacje dawno przestały przypominać stosunki ucznia i nauczyciela, z należnym temu drugiemu szacunkiem. Dziadek wyczytał z oczu syna ten brak szacunku. Widząc, jak mój ojciec je, zajęty sobą, dziadek odstawił swoją miseczkę na stół.

– Synu, nie mówię, żebyś poszedł i zabił się na oczach wszystkich, ale powinieneś przynajmniej pójść i złożyć pokłon w geście przeprosin – powiedział w końcu.

Ojciec wpatrywał się w dziadka z niedowierzaniem.

– A niby z jakiej racji?

– Byłeś handlarzem krwi.

– Na ulicy Nowej wszyscy handlowali krwią.

– Bo poszli za twoim przykładem. Poza tym nikt z nich nie dorobił się na krwi takiej fortuny jak ty.

Ojciec raz jeszcze z hukiem odstawił miseczkę, rozpryskując dookoła zupę. Rzucił pałeczki na stół, a te za chwilę sturlały się na ziemię.

– Tato – oznajmił mój ojciec, patrząc na dziadka – od dzisiaj, jeśli jeszcze raz wspomnisz o kajaniu się przed ludźmi, to nie nazywasz się więcej moim ojcem. I nie licz, że pomogę ci na starość albo wyprawię ci pogrzeb.

Dziadek trwał przez chwilę w osłupieniu, pałeczki zastygły mu w dłoni.

– Zrób to na prośbę swojego ojca, dobrze? Proszę cię, idź, uklęknij przy wszystkich, pochyl głowę, choćby tyle, dlaczego nie chcesz? – powiedział cicho.

Ojciec podniósł głos:

– Idź sobie stąd, tato. Jeszcze jedno słowo i naprawdę przestanę cię uważać za ojca.

– Hui, to tylko pokłon. Jeden pokłon i wszystko pójdzie w zapomnienie – przekonywał dziadek.

Ojciec nie słuchał.

– Wynoś się. Od dzisiaj nie jesteś moim ojcem. Ale znaj moją łaskę, jak umrzesz, to odprowadzę cię do grobu.

Dziadek posiedział przez chwilę oszołomiony, po czym wstał, odkładając pałeczki na miseczkę.

– We wsi umarło ponad czterdzieści osób. Jeden pokłon w jednym domu, łącznie czterdzieści kilka pokłonów, czy to naprawdę aż taki wysiłek dla ciebie? Zbyt męczące, co?

Dziadek sam, zdaje się, zmęczył się tymi pytaniami. Bezsilnie spojrzał na moją mamę, po czym odwrócił wzrok w stronę Yingzi.

– Yingzi, jutro w szkole dziadek będzie miał u was zastępstwo na chińskim. Wasz pan już nie wróci, od teraz będą same lekcje chińskiego.

Po tych słowach dziadek podniósł się i wyszedł.

Ojciec nie odprowadził dziadka do bramy, mama też się nie pofatygowała. Dziadek wyszedł sam, wolnym krokiem. Zgarbiony, z pochyloną głową, posuwał się niepewnie przed siebie, jak kozica po całodziennej wędrówce.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: