Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Serce w butelce rumu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lutego 2026
2913 pkt
punktów Virtualo

Serce w butelce rumu - ebook

Niebezpieczny sojusz może ocalić królestwo. Albo pociągnie je ze sobą na dno.

Wojna rozdziera cztery stolice Sureanu i wyniszcza królestwo od środka. Penelopa Alsandir, władczyni złotego miasta Daren, za wszelką cenę chce ją zakończyć. Zmuszona do ostateczności, opracowuje plan, który może ocalić jej lud – albo doprowadzić do całkowitej klęski.

Pozbawiona wsparcia, sięga po pomoc tych, którym ufać nie powinna: czarodziejki skonfliktowanej z Radą, więzionego przez lata czarownika oraz… słynnych piratów.

Arien Scarletmain, Virael Moonstar, William Swan i Raisel Kresent nie przeczuwają, jak trudne będzie zadanie postawione przez królową. Kluczem do zakończenia wojny jest bowiem artefakt, który zaginął przed wiekami.

Ta czwórka ma umiejętności, by go odnaleźć i siłę, by go zdobyć, ale nie wie jednego… Nadciągają sztormy – na morzu i w ich sercach. A przetrwać je mogą tylko nieliczni.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-274-3
Rozmiar pliku: 822 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Daren, Aliferas

6 czer­wca, 1216…

Letni por­anek, a wraz z nim wznoszące się zza dalekich gór słońce. Ciepłe, bijące jasnym, przyjemnym blaskiem, budzącym pob­liskie wioski i miasta królestwa. Zmusza­jące do ot­war­cia oczu, wstania, wzię­cia się do pracy. Targi o tej porze za­czyn­ały oży­wać, najróżniejsi sprzedawcy z róż­nych części kraju roz­stawiać się, hołota rusz­ała do pracy, a lor­dowie do swych jakże waż­nych siedzib. Zapra­cow­ani pas­terze, farm­erzy, szlachta i inni bogacze – każdy odgry­wał jakąś rolę, każdy rankiem ruszał wypełniać swe codzi­enne ziem­skie pow­in­ności. Wielu nar­zekało, każdy jed­nak żył po­grążony w swo­jej rutynie. Nawet on – Arien Scar­let­main. Z włas­nej czy niewłas­nej woli.

Wysoka, cienka wieża o przenik­li­wej, mrocznej aurze, przy pod­st­awach spow­ita ci­er­niami dla pewności, że zamknięty w niej więzień nie ucieknie, teraz po­woli za­czyn­ała się mienić. Czarne jak proch bloki dyktrytu mien­iły się jak kryształy. Wśród mieszkańców miasta wiadomym było, kogo ten cud ar­chitek­tury ma trzymać w ryz­ach. Krążyły wśród ludzi plotki, jakim to więzień jest sza­leńcem, nieprag­nącym niczego in­nego jak krwi niewin­nych.

Arien Scar­let­main? Ten młody mag tutaj? Czy wieża da radę go powstrzymać? – takie myśli snuli mieszkańcy trzy­dzieści lat temu, kiedy prawda o jego po­j­maniu wyszła na jaw. Z biegiem czasu wszys­tko uspokoiło się, a widok mrocznej, smut­nej twi­er­dzy straszył już tylko dzieci, dla reszty sta­jąc się codzi­en­noś­cią. Do teraz.

– Ot­worzyć bramy! – krzyknął strażnik żan­darm­erii, a jego rozkaz został na­tych­mi­ast wykon­any.

Przez główną bramę wpadł za­kapturzony os­ob­nik, pędzący na dość os­ob­li­wym ru­maku.

– Niemożliwe! To naprawdę on?!

– Głup­cze, nie wy­puszczono by go ot tak!

– To ona! Nie on! Czar­odziejka z północy!

Mi­asteczko było dziś oży­wione i niespoko­jne. Pełne negaty­wnej en­er­gii i niepewności, szczegól­nie po zobaczeniu jej – Vixen. Pędz­iła na koniu w ge­pardzie łaty, ma­jącym dwie pary czer­wo­nych jak u pa­jąka oczu, a ogon i grzywę złote. Wi­erzchow­iec był wielki, ale zwin­nie wymi­jał przeszkody w postaci wozów to­warow­ych i zebra­nych ludzi, aby dotrzeć do celu – wrót w zamkow­ych mur­ach.

Jeździec zsi­adł ze zwi­erzę­cia i odsłonił twarz. Zebrany wokół tłum w trwodze przy­glądał się czar­odziejce.

Spod złot­ego, ople­cionego bi­ałą nicią płaszcza wyłon­iła się ruda głowa. Dłu­gie, piękne loki nie były ułożone, a żyły własnym ży­ciem, plącząc się i koł­tuniąc. To wręcz nie przys­t­awało magowi, ale czy ją to obchodz­iło? Nie.

– Czego się tak przy­glą­dacie? Nigdy żeście czar­odzieja nie widzieli? – Głos mi­ała dam­ski, lecz ton męsko dosto­jny i bałamutny. To właśnie była cała ona. Vir­ael Moon­star, Vixen i Lis­ica z Północy. – Jeśli boicie się mnie, ciekawa jestem, jak za­re­agujecie na niego.

Wys­tar­czyło zdjąć kaptur, by wyłon­iły się spod niego fale og­nis­tych, rudych loków. Teraz w pełnej dosto­jności mierzyła uma­low­anymi czernią złotymi oczami otoczenie. Kocie źrenice sprawiały, że tęczówki przy­po­m­in­ały bursztyny, a ich wy­gląd hipnotyzował. W dod­atku świet­nie kom­ponowały się z resztą twarzy czar­odziejki – wąską i za­różowioną, z de­likat­nie za­ryso­w­aną szczęką, za­dartym, małym nosem i sy­metrycznymi prostymi ustami. Vir­ael słynna była z wdz­ięku, którego nie ni­weczyły nawet piegi.

Kogo jed­nak mi­ała na myśli?

Odpow­iedź była prosta. Przed nią bramy się ot­worzyły, na­to­mi­ast przed nim jeszcze nie.

Słońce zdążyło unieść się na wyso­kość je­dynej oki­en­nicy w wieży dyktrytowej. Na myśl przy­chodz­iło, że wnętrze musi być zi­mne i puste, jeśli porówny­wać z chło­dem z zewnątrz, ono było jed­nak… wygórow­ane. Zapro­jek­tow­ane jak nie dla więźnia, a szlach­cica. Wszys­tkie meble, jak i zdobi­enia, były z wyższej półki, dro­gie, el­eg­anckie. Niejeden przestępca sczezłby z za­zdrości, a wielu uzn­ałoby że nie było to karą mieć na włas­ność tak bog­atą, królewską komnatę.

Przy ogromnym piecyku, w którym żywo żar­zył się ogień, siedział on. Słynny więzień, Arien Scar­let­main. Błogo uśmiechał się do samego siebie, pop­i­jając her­b­atę i czyta­jąc książkę, którą w ciągu trzy­dzi­estu lat pewnie już poznał na pam­ięć. Jak na maga z mi­anem „jed­nego z na­jniebezpieczniejszych i na­jbardziej nieokrzes­a­nych” wy­glądał całkiem miło – wysoka, zgrabna szyja, chuda twarz o małej brodzie i nies­am­ow­icie wyrazistej, wąskiej szczęce. Usta miał de­likatne i sy­metryczne, nieco szer­okie, teraz ułożone w lekki uśmiech, a nos długi i kruczy, choć mimo to kształtny. Na­to­mi­ast oczy wąskie, za to bardzo zmysłowe, przy ką­cikach wyciąg­nięte w górę. Im dłużej człow­iek im się przy­glądał, tym więcej szczegółów dostrzegał, na przykład de­likatny, dy­mowy, brązowy maki­jaż czy mien­iące się różnymi odcieniami fio­letu tęczówki.

Postać wy­glądała jak stworzona przez mis­trza fig­urek. Cała twarz była sy­metryczna, a blady odcień skóry podkreślał tylko jej atuty. Mężczyzna odgarnął dłu­gie czarne włosy za wyjątkowo spicza­ste ucho, prze­wraca­jąc kole­jną stronę. Dopóki ktoś mu nie przer­wał.

Ściana ksiąg za­częła nagle zanikać, roz­prasza­jąc się w proch. Arien nie oder­wał jed­nak wzroku od słów księgi, nawet kiedy ściana zniknęła już całkow­icie, a w czarnej wyr­wie po­jaw­iła się nowa osoba – kobi­eta z wielkim, różowym afro. Mi­ała ciemną skórę, śliczną, małą buzię i ciemne oczy, nie wy­glądała na tak ra­dosną, jak można by za­kładać po jej „wesołym” ubiorze. Nuli Ca­cai. Radna królestwa Daren, w którym zna­j­dował się więzień.

– To już czas? – Głos, którym się odezwał, zu­pełnie do niego pasował. Melodyjny i cichy, był czysty, ale mimo lekkości wyrazisty. Arien wypo­wiadał się w tonie wręcz mon­arch­icznym, jakby jego krew spły­wała błękitem, a on sam był częś­cią jakiejś ważnej rodz­iny królewskiej.

– Owszem, wiesz jed­nak, że nie puszczę cię ot tak. – W porównaniu do dziew­czyny mag brzmiał lepiej. Mówiła jak dziecko, dwunasto- bądź trzyn­astolet­nia dziew­czynka, myśląca, że może pod­bić świat. Jej głos był in­fantylny i dzi­wnie wysoki. Jakby przy kur­acji-trans­form­acji coś stanow­czo poszło nie tak.

– Po ka­jdanach, które trzymasz, wnioskuję, iż nie mam za bardzo wyboru. – Rzeczy­wiście, trzymała w dłoni ka­jdany z tego samego ma­ter­i­ału, z którego zbudow­ana była wieża. Sama nosiła rękaw­iczki, chron­iące ją przed wpły­wem dyktrytu. – Dalej bawi mnie fakt, że tak się mnie boicie.

– Mnie również. – Wymi­enili uśmiechy, po czym Arien west­ch­nął ciężko.

– Chodźmy więc. Mam już dość tego niby-więzi­enia.

Powstał, za­r­zu­ca­jąc na siebie sz­atę, z ma­ter­i­ału lekkiego i przejrzys­t­ego, podkreśla­jącego jego właś­ciwy strój. Była nim dobrze zapro­jek­tow­ana suknia, praw­do­podob­nie droga, czarna niczym noc. Dał się za­kuć w ka­jdany, po czym ruszył za nią. Widząc niekończące się schody, wy­wró­cił oczami. Zanosiło się na długą „podróż”. A on dobrze wiedział, jak umilić sobie czas.

– Po co królowa mnie do siebie wzywa? Dlaczego teraz, po trzy­dzi­estu latach? Ach, nie, mo­ment, teraz prze­cież panuje inna, prawda? Córka Elizy, Penelopa. Czyżby młoda królowa chciała na własne oczy ujrzeć zdra­jcę stanu? Nie zdzi­wiłbym się, każdy dobry władca chyba chce mieć świado­mość tego, kogo trzyma w swoich sidłach. Nie szkodzi, lu­bię pozn­awać now­ych ludzi. No, chyba że celem tego spotkania jest wydanie na mnie wyroku śmierci. Wtedy już nie.

– Możesz przestać jojczyć i iść w ciszy?

Dziew­czyna w końcu się zirytowała. Aż przys­tanęła na stopniu. Wy­wołało to u maga uśmiech tri­umfu. Fakt, że prawie na nią wpadł, pom­inął… Przy­brał za to pewny, wyniosły uśmiech.

– Jeszcze dobrze nie za­cząłem. Mogę kontynuować.

– Prosiłabym nie.

– Spoko­jnie, Nuli. Żar­towałem tylko. Nie spraw­iłbym ci tej przyjem­ności.

– Udowad­ni­asz tylko to, co inni mówili: żeś upierd­liwy.

– Ocen­i­asz mnie na pod­stawie tego, co pow­iedzieli ci inni? Dam ci zatem dobrą radę: nie słuchaj osób, którym nie ufasz do grobowej deski. Albo wiesz co? Nie słuchaj na­jlepiej nikogo, jeśli będzie mówił ci o kimś. Ludzie lu­bią kan­tować i oczer­niać. – Chciał ją pouczyć, un­osząc się wiedzą. Dziew­czyna uśmiech­nęła się wred­nie, ciągnąc za ka­jdany.

– Ty coś o tym wiesz, co? – Twarz Ariena spoch­mur­ni­ała. Stała się chłodna i bez wyrazu.

– Nawet nie wiesz, jak wiele.

Tym­cza­sem, gdy roz­mowa między mło­dymi magami ucichła, a w twi­er­dzy słychać było już tylko echa ich kroków, nad morzem mi­ała miejsce prawdziwa wrz­awa.

Zaniepoko­jeni wcześniej czar­odziejką ludzie? Za­pom­ni­jmy o nich. Teraz wszy­scy, dosłownie wszy­scy, za­częli zbi­erać się w porcie. Od starszych, za­korzenio­nych już na lądzie staruszków po ich rozkoszne wnuczęta, wspina­jące się po beczkach na dachy, aby widzieć więcej. Dzi­atki były chyba na­jbardziej rozrad­ow­ane. Emocje panujące wśród tłumu były kom­plet­nie inne od poprzed­nich. Teraz każdy wręcz wyczekiwał kole­j­nych gości, z rękoma ot­wartymi i z oczami pełnymi cieka­wości.

– Spodziewałbyś się, że przy­witają nas właśnie tak? – zwró­cił się do wyso­kiego mężczyzny skrzekli­wym głosem rudzielec. Patrzący przez lun­etę rozmówca wzruszył rami­onami.

– Ach, ci miastowi! Jakby nigdy nie widzieli…

– Pir­aci! – krzyknęła blon­dynka na lądzie, wypatrując wciąż dalekiego statku, za którym pędził kole­jny, równie potężny ga­leon.

– Przestań, idi­otko! To nie pir­aci! A jeśli tak, to pow­in­naś się bać, nie cieszyć. – Identyczna dziew­czynka, tyle że o włosach o wiele dłuższych, trzepnęła si­o­strę w ramię. Ta pis­nęła boleśnie.

– Ciara, Madison! Co wy wyprawiacie?! – Matka dziew­czynek, widząc je na dachu, oburzyła się nie na żarty. – Złaźcie stamtąd!

– Daj się małym przyjrzeć z bliska, Calanthe. To pier­wszy raz, kiedy widzą pir­acki statek. – Wk­roczył oj­ciec dzieci. W oczach blon­dynek po­jaw­iły się is­ki­erki.

– A nie mówiłam! To pir­aci!

– I to nie byle jacy… – kontynuował oj­ciec, ściąga­jąc dziew­czynki na ziemię. Swoim ta­jem­niczym, ba­jkowym tonem przy­ciągnął również uwagę in­nych. – To sam Wil­liam Swan i jego słynny statek Żaruga. A wid­z­icie ten czarny okręt tuż za nim? Kole­jna le­genda! Błękitna Księżn­iczka pod dowództ­wem Raisel Bezgłowej Kresent…

– Dlaczego „bezgłowej”? – spy­tała jedna z dziew­czynek. Odpow­iedź na to dał jed­nak ktoś inny. Rudowłosy, chudy młodzian, równie podek­scytow­any jak reszta tłumu.

– Bo ponoć stra­ciła głowę! W sen­sie… no… jak to się mówi…

– Ponoć jest szurnięta i zdolna do wszys­tkiego. Nawet na­jgor­sze czyny nie tułają się po jej sum­i­eniu. Choć tak właś­ciwie go nie ma… – dokończył pulchny, przer­ażony os­iłek.

– Tak, tak! A wiecie, skąd wzięła się nazwa jej okrętu?

– Skąd?! – spy­tały żwawo dziew­czynki. A choć oj­ciec już chciał powstrzymać nowego członka roz­mowy, bezzębny staruszek odpow­iedział równie strasznie, jak wy­glądał.

– Ponoć mi­ała ro­mans z księżn­iczką jed­nej z więk­szych wysp! Weszła jed­nak w zatarg z jej rodzinką, więc królewnę na pożarcie rekinom! Rzeki tego nieszczęs­nego królestwa ponoć długo spły­wały kr­wią… Swój statek nazwała na cześć jej śmierci. Błękitna Księżn­iczka. A le­gendy mówią, że właśnie takimi bar­wami sław­iło się królestwo…

– Tato, tato!

– Widzisz co zrobiłeś, staruchu? Wys­traszyłeś moje dziew­czynki! – krzyknęła rozzłoszczona kobi­eta, parska­jąc głośno. – Pir­aci, nie pir­aci. Py­tanie brzmi, czego chcą. Z tego, co wiem, nie za­puszczają się w te re­jony. A na pewno nie ten cały Wil­liam i ta Raisel.

– Raisel – poprawił ją mąż, na co kobi­eta przy­waliła mu w ramię.

– Słysz­a­łem plotki, że to królowa za­żądała, by ich widzieć… – za­czął szeptać szczer­baty sprzedawca ryb.

– Non­sens! – krzyknął ważniak w zielonym kub­raczku. Mężczyzna prosto z miasta. – Pir­aci się cenią! Nawet królowa mu­si­ałaby za­pła­cić, aby ich tu ściągnąć.

– I właśnie to mnie w tym martwi! – odparł lęk­li­wie sprzedawca. – Dlaczego mi­ałaby im pła­cić?

– To proste… – Wzrok zebra­nych skupił się na nowej os­obie, szczegól­nie wyróżniającej się z tłumu i dobrze wszys­tkim zn­anej. Vixen. – Aby przepędzać takie przekupki jak wy. No już! Roze­jść się!

Rudzielec mach­nął dłońmi, z których ule­ciała para, a skupisko niemalże od razu rozbiło się, ucieka­jąc po kątach. Czar­odziejka została sama. Prawie sama.

– Nie pow­in­naś przypadkiem być w zamku?

Postawny, blond­włosy rycerz o krzy­wym nosie, ale za to ład­nych, brązow­ych oczach i szer­okiej szczęce, stanął u jej boku.

– Pow­inno, ale jak widzisz, mu­si­ałam roz­prostować moje czar­odziejskie nóżki. A teraz chodźmy na przys­tań! Trzeba ład­nie odprowadzić dro­gich pir­atów do zamku!

– Po to tu jestem…

Na morzu na­to­mi­ast hu­mor był dość miesz­any. Pir­aci nie byli zad­o­woleni z wymuszonego powrotu na ląd. Szczegól­nie jeden z nich. Wil­liam Swan, wspom­ni­any wcześniej czwarty kapitan Żarugi, statku nazwanego na cześć jego pier­wszego kapitana, który takim właśnie mieniem się określał. Postawny mężczyzna wy­glądał bardzo męsko, dojrzale i pewnie w skórz­anym, podartym płaszczu i rozpiętej koszuli. Brązowe włosy tar­gał mu mor­ski wicher, a jego zielone oczy połyskiwały w pełnym słońcu. Miał rozbudow­aną szczękę, okrytą niez­byt gęstą brodą i wąsami, oraz cien­kie wargi, achillesowy nos i powś­ciągliwe spojrzenie. Choć wy­glądał młodo, to jego spojrzenie na­pawało re­spek­tem.

Jego zad­u­manie bliskim lą­dem przer­wał krzyk. O dziwo, niski, ale jakże dziki! Jakże sz­a­lony!

– Aye, wy tam! Słuchajcie jeno psy mor­skie! Oto ląd, który nieg­dyś za­kazany, teraz sam nas z ot­wartymi rami­onami zaprasza do siebie! Żagle chcę widzieć rozłożone jak nogi tu­tejszych dzi­wek, im szy­b­ciej dotrzemy, tym lepiej!

Bu­ja­jąca się na si­atce zwisa­jącej wzdłuż masztu pir­atka nie była nikim innym jak szurniętą Raisel Bezgłową Kresent. Tyle, że ona mi­ała głowę. Owalną i szer­oką jak jej krągłe usta, błyszczącą parą dużych, peł­nych ży­cia i is­kierek brązow­ych oczu. Po swoim ty­po­wym rozkazie usłysz­ała głośne „Aye, kapit­anie!”. Niemalże od razu odwró­ciła głowę do Wil­li­ama, którego statek był tuż obok. Ten uśmiech­nął się, spodziewa­jąc się, że pir­atka za­stosuje ty­powy manewr, skacząc w piruecie z si­atki na si­atkę, ze statku na statek. Ideal­nie zjeżdża­jąc po owej sieci, wylą­dowała na pokładzie z gracją, od razu wsta­jąc i chwiejnym krokiem pod­chodząc do przy­ja­ciela. Czarnoskóra, o włosach w części splecio­nych w dredy, w części puszczo­nych luzem, ow­inęła ramię wokół rami­enia Swana, wdychając głośno powietrze.

– Czujesz to, Wil­li­amie? Czujesz ten za­pach? – rzu­ciła mar­zy­ciel­sko, jeszcze bardziej krzy­wiąc się w uśmiechu.

– Je­dyne, co czuję, to bijący od ciebie fetor gorz­a­łki. Nic się nie zmi­en­iłaś i nigdy nie zmi­en­isz. – Ta za­śmi­ała się, a Will pokiwał tylko głową, nie mo­gąc powstrzymać się od głupiego uśmiechu, kiedy usłyszał re­chot przy­ja­ciółki.

– Chodz­iło mi o bogactwo, Will! Bogactwo! Ta cała królowa ob­lała nas złotem za samo po­jawienie się w Daren! Jak myśl­isz, co dla nas szykuje?

– Szu­bi­en­icę, mam nadzieję.

– Ha, ha, bardzo za­bawne, Wil­lie. Wiesz, zami­ast być pir­atem, mo­głeś robić za klauna na dworze. Nadawałbyś się wręcz ideal­nie!

– Może wtedy mi­ałbym spokój od pi­jaka u mego boku…

– Och, nie udawaj, słońce, że tylko ja tu chleję. Jesteś kapitanem pir­atów, Wil­liam, pir­atów! Nie za­pom­inaj o tym!

Odpow­iedzi­ała jak za­wsze w prześmiew­czym tonie, wraca­jąc po­woli do siebie. Will cza­sami nie mógł po­jąć, jakim cu­dem jeszcze nie skończyła na dnie. Co gor­sza, jej za­łoga była prawie tak samo sz­a­lona jak sama Raisel. Ta Willa przyna­jm­niej zdawała się mieć jakiekolwiek mani­ery. Cóż, nie do przesady.

– Zwięk­szyć prędkość! I nie ociągać się przy tych żaglach! Poza tym ten pokład ma lśnić, psie mordy! Wit­amy w jed­nej z czter­ech stolic, panie, panowie i drodzy kom­pani!

Daren. Miasto płyn­ące złotem, na­jbog­at­sze z czter­ech potęż­nych mi­ast, które zna­j­dują się na terenie Sorean, na­jbardziej ek­skluzy­wnego kraju, uważanego za centrum świ­ata odzi­anego w wodny płaszcz. Fak­tem jest al­bowiem, że świat ten nie jest taki jak inne. W tym ży­wiołem domin­ującym jest woda. W tym to pir­aci mają władzę nad ocean­ami, a królowe i królowie władają wyspami i nielicznymi ziemiami. A choć Sorean jest tym na­jlepszym, na­jbardziej up­ragnionym przez in­nych, to nie ma nawet stolicy. Cztery miasta wal­czyły o to mi­ano – Daren, Ezruwia, Let­era i Wratan. Państwa po kolei: bog­ate, ma­giczne, uduch­ow­ione i zbro­jne. Do czego posuną się, aby zwyciężyć? Tego nie wiedział nikt. Ani rudowłosa Vir­ael, z wyczekiwaniem wbi­jająca wzrok w nad­ciąga­jące statki. Ani ich kapit­anowie, którzy sami nie mieli po­ję­cia, w jaką sprawę się pchają. Ani nawet mag, Arien Scar­let­main, który właśnie w tym mo­mencie myślał, że jedzie na skazanie, ogląda­jąc świat i zn­ane mu dobrze ulice zza szyby czarnego po­wozu.

A dz­won­nice złot­ego zamku biją i bić będą, póki cała czwórka nie stanie przed ob­liczem Penelopy Als­andir, lwiej królowej Daren, o oczach niez­iem­sko błękit­nych, a włosach czar­nych jak noc. O sum­i­eniu czystym, ale z planami, których żaden z wezwa­nych nie spodziewał się usłyszeć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij