Serce w butelce rumu - ebook
Niebezpieczny sojusz może ocalić królestwo. Albo pociągnie je ze sobą na dno.
Wojna rozdziera cztery stolice Sureanu i wyniszcza królestwo od środka. Penelopa Alsandir, władczyni złotego miasta Daren, za wszelką cenę chce ją zakończyć. Zmuszona do ostateczności, opracowuje plan, który może ocalić jej lud – albo doprowadzić do całkowitej klęski.
Pozbawiona wsparcia, sięga po pomoc tych, którym ufać nie powinna: czarodziejki skonfliktowanej z Radą, więzionego przez lata czarownika oraz… słynnych piratów.
Arien Scarletmain, Virael Moonstar, William Swan i Raisel Kresent nie przeczuwają, jak trudne będzie zadanie postawione przez królową. Kluczem do zakończenia wojny jest bowiem artefakt, który zaginął przed wiekami.
Ta czwórka ma umiejętności, by go odnaleźć i siłę, by go zdobyć, ale nie wie jednego… Nadciągają sztormy – na morzu i w ich sercach. A przetrwać je mogą tylko nieliczni.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-274-3 |
| Rozmiar pliku: | 822 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Daren, Aliferas
6 czerwca, 1216…
Letni poranek, a wraz z nim wznoszące się zza dalekich gór słońce. Ciepłe, bijące jasnym, przyjemnym blaskiem, budzącym pobliskie wioski i miasta królestwa. Zmuszające do otwarcia oczu, wstania, wzięcia się do pracy. Targi o tej porze zaczynały ożywać, najróżniejsi sprzedawcy z różnych części kraju rozstawiać się, hołota ruszała do pracy, a lordowie do swych jakże ważnych siedzib. Zapracowani pasterze, farmerzy, szlachta i inni bogacze – każdy odgrywał jakąś rolę, każdy rankiem ruszał wypełniać swe codzienne ziemskie powinności. Wielu narzekało, każdy jednak żył pogrążony w swojej rutynie. Nawet on – Arien Scarletmain. Z własnej czy niewłasnej woli.
Wysoka, cienka wieża o przenikliwej, mrocznej aurze, przy podstawach spowita cierniami dla pewności, że zamknięty w niej więzień nie ucieknie, teraz powoli zaczynała się mienić. Czarne jak proch bloki dyktrytu mieniły się jak kryształy. Wśród mieszkańców miasta wiadomym było, kogo ten cud architektury ma trzymać w ryzach. Krążyły wśród ludzi plotki, jakim to więzień jest szaleńcem, niepragnącym niczego innego jak krwi niewinnych.
Arien Scarletmain? Ten młody mag tutaj? Czy wieża da radę go powstrzymać? – takie myśli snuli mieszkańcy trzydzieści lat temu, kiedy prawda o jego pojmaniu wyszła na jaw. Z biegiem czasu wszystko uspokoiło się, a widok mrocznej, smutnej twierdzy straszył już tylko dzieci, dla reszty stając się codziennością. Do teraz.
– Otworzyć bramy! – krzyknął strażnik żandarmerii, a jego rozkaz został natychmiast wykonany.
Przez główną bramę wpadł zakapturzony osobnik, pędzący na dość osobliwym rumaku.
– Niemożliwe! To naprawdę on?!
– Głupcze, nie wypuszczono by go ot tak!
– To ona! Nie on! Czarodziejka z północy!
Miasteczko było dziś ożywione i niespokojne. Pełne negatywnej energii i niepewności, szczególnie po zobaczeniu jej – Vixen. Pędziła na koniu w gepardzie łaty, mającym dwie pary czerwonych jak u pająka oczu, a ogon i grzywę złote. Wierzchowiec był wielki, ale zwinnie wymijał przeszkody w postaci wozów towarowych i zebranych ludzi, aby dotrzeć do celu – wrót w zamkowych murach.
Jeździec zsiadł ze zwierzęcia i odsłonił twarz. Zebrany wokół tłum w trwodze przyglądał się czarodziejce.
Spod złotego, oplecionego białą nicią płaszcza wyłoniła się ruda głowa. Długie, piękne loki nie były ułożone, a żyły własnym życiem, plącząc się i kołtuniąc. To wręcz nie przystawało magowi, ale czy ją to obchodziło? Nie.
– Czego się tak przyglądacie? Nigdy żeście czarodzieja nie widzieli? – Głos miała damski, lecz ton męsko dostojny i bałamutny. To właśnie była cała ona. Virael Moonstar, Vixen i Lisica z Północy. – Jeśli boicie się mnie, ciekawa jestem, jak zareagujecie na niego.
Wystarczyło zdjąć kaptur, by wyłoniły się spod niego fale ognistych, rudych loków. Teraz w pełnej dostojności mierzyła umalowanymi czernią złotymi oczami otoczenie. Kocie źrenice sprawiały, że tęczówki przypominały bursztyny, a ich wygląd hipnotyzował. W dodatku świetnie komponowały się z resztą twarzy czarodziejki – wąską i zaróżowioną, z delikatnie zarysowaną szczęką, zadartym, małym nosem i symetrycznymi prostymi ustami. Virael słynna była z wdzięku, którego nie niweczyły nawet piegi.
Kogo jednak miała na myśli?
Odpowiedź była prosta. Przed nią bramy się otworzyły, natomiast przed nim jeszcze nie.
Słońce zdążyło unieść się na wysokość jedynej okiennicy w wieży dyktrytowej. Na myśl przychodziło, że wnętrze musi być zimne i puste, jeśli porównywać z chłodem z zewnątrz, ono było jednak… wygórowane. Zaprojektowane jak nie dla więźnia, a szlachcica. Wszystkie meble, jak i zdobienia, były z wyższej półki, drogie, eleganckie. Niejeden przestępca sczezłby z zazdrości, a wielu uznałoby że nie było to karą mieć na własność tak bogatą, królewską komnatę.
Przy ogromnym piecyku, w którym żywo żarzył się ogień, siedział on. Słynny więzień, Arien Scarletmain. Błogo uśmiechał się do samego siebie, popijając herbatę i czytając książkę, którą w ciągu trzydziestu lat pewnie już poznał na pamięć. Jak na maga z mianem „jednego z najniebezpieczniejszych i najbardziej nieokrzesanych” wyglądał całkiem miło – wysoka, zgrabna szyja, chuda twarz o małej brodzie i niesamowicie wyrazistej, wąskiej szczęce. Usta miał delikatne i symetryczne, nieco szerokie, teraz ułożone w lekki uśmiech, a nos długi i kruczy, choć mimo to kształtny. Natomiast oczy wąskie, za to bardzo zmysłowe, przy kącikach wyciągnięte w górę. Im dłużej człowiek im się przyglądał, tym więcej szczegółów dostrzegał, na przykład delikatny, dymowy, brązowy makijaż czy mieniące się różnymi odcieniami fioletu tęczówki.
Postać wyglądała jak stworzona przez mistrza figurek. Cała twarz była symetryczna, a blady odcień skóry podkreślał tylko jej atuty. Mężczyzna odgarnął długie czarne włosy za wyjątkowo spiczaste ucho, przewracając kolejną stronę. Dopóki ktoś mu nie przerwał.
Ściana ksiąg zaczęła nagle zanikać, rozpraszając się w proch. Arien nie oderwał jednak wzroku od słów księgi, nawet kiedy ściana zniknęła już całkowicie, a w czarnej wyrwie pojawiła się nowa osoba – kobieta z wielkim, różowym afro. Miała ciemną skórę, śliczną, małą buzię i ciemne oczy, nie wyglądała na tak radosną, jak można by zakładać po jej „wesołym” ubiorze. Nuli Cacai. Radna królestwa Daren, w którym znajdował się więzień.
– To już czas? – Głos, którym się odezwał, zupełnie do niego pasował. Melodyjny i cichy, był czysty, ale mimo lekkości wyrazisty. Arien wypowiadał się w tonie wręcz monarchicznym, jakby jego krew spływała błękitem, a on sam był częścią jakiejś ważnej rodziny królewskiej.
– Owszem, wiesz jednak, że nie puszczę cię ot tak. – W porównaniu do dziewczyny mag brzmiał lepiej. Mówiła jak dziecko, dwunasto- bądź trzynastoletnia dziewczynka, myśląca, że może podbić świat. Jej głos był infantylny i dziwnie wysoki. Jakby przy kuracji-transformacji coś stanowczo poszło nie tak.
– Po kajdanach, które trzymasz, wnioskuję, iż nie mam za bardzo wyboru. – Rzeczywiście, trzymała w dłoni kajdany z tego samego materiału, z którego zbudowana była wieża. Sama nosiła rękawiczki, chroniące ją przed wpływem dyktrytu. – Dalej bawi mnie fakt, że tak się mnie boicie.
– Mnie również. – Wymienili uśmiechy, po czym Arien westchnął ciężko.
– Chodźmy więc. Mam już dość tego niby-więzienia.
Powstał, zarzucając na siebie szatę, z materiału lekkiego i przejrzystego, podkreślającego jego właściwy strój. Była nim dobrze zaprojektowana suknia, prawdopodobnie droga, czarna niczym noc. Dał się zakuć w kajdany, po czym ruszył za nią. Widząc niekończące się schody, wywrócił oczami. Zanosiło się na długą „podróż”. A on dobrze wiedział, jak umilić sobie czas.
– Po co królowa mnie do siebie wzywa? Dlaczego teraz, po trzydziestu latach? Ach, nie, moment, teraz przecież panuje inna, prawda? Córka Elizy, Penelopa. Czyżby młoda królowa chciała na własne oczy ujrzeć zdrajcę stanu? Nie zdziwiłbym się, każdy dobry władca chyba chce mieć świadomość tego, kogo trzyma w swoich sidłach. Nie szkodzi, lubię poznawać nowych ludzi. No, chyba że celem tego spotkania jest wydanie na mnie wyroku śmierci. Wtedy już nie.
– Możesz przestać jojczyć i iść w ciszy?
Dziewczyna w końcu się zirytowała. Aż przystanęła na stopniu. Wywołało to u maga uśmiech triumfu. Fakt, że prawie na nią wpadł, pominął… Przybrał za to pewny, wyniosły uśmiech.
– Jeszcze dobrze nie zacząłem. Mogę kontynuować.
– Prosiłabym nie.
– Spokojnie, Nuli. Żartowałem tylko. Nie sprawiłbym ci tej przyjemności.
– Udowadniasz tylko to, co inni mówili: żeś upierdliwy.
– Oceniasz mnie na podstawie tego, co powiedzieli ci inni? Dam ci zatem dobrą radę: nie słuchaj osób, którym nie ufasz do grobowej deski. Albo wiesz co? Nie słuchaj najlepiej nikogo, jeśli będzie mówił ci o kimś. Ludzie lubią kantować i oczerniać. – Chciał ją pouczyć, unosząc się wiedzą. Dziewczyna uśmiechnęła się wrednie, ciągnąc za kajdany.
– Ty coś o tym wiesz, co? – Twarz Ariena spochmurniała. Stała się chłodna i bez wyrazu.
– Nawet nie wiesz, jak wiele.
Tymczasem, gdy rozmowa między młodymi magami ucichła, a w twierdzy słychać było już tylko echa ich kroków, nad morzem miała miejsce prawdziwa wrzawa.
Zaniepokojeni wcześniej czarodziejką ludzie? Zapomnijmy o nich. Teraz wszyscy, dosłownie wszyscy, zaczęli zbierać się w porcie. Od starszych, zakorzenionych już na lądzie staruszków po ich rozkoszne wnuczęta, wspinające się po beczkach na dachy, aby widzieć więcej. Dziatki były chyba najbardziej rozradowane. Emocje panujące wśród tłumu były kompletnie inne od poprzednich. Teraz każdy wręcz wyczekiwał kolejnych gości, z rękoma otwartymi i z oczami pełnymi ciekawości.
– Spodziewałbyś się, że przywitają nas właśnie tak? – zwrócił się do wysokiego mężczyzny skrzekliwym głosem rudzielec. Patrzący przez lunetę rozmówca wzruszył ramionami.
– Ach, ci miastowi! Jakby nigdy nie widzieli…
– Piraci! – krzyknęła blondynka na lądzie, wypatrując wciąż dalekiego statku, za którym pędził kolejny, równie potężny galeon.
– Przestań, idiotko! To nie piraci! A jeśli tak, to powinnaś się bać, nie cieszyć. – Identyczna dziewczynka, tyle że o włosach o wiele dłuższych, trzepnęła siostrę w ramię. Ta pisnęła boleśnie.
– Ciara, Madison! Co wy wyprawiacie?! – Matka dziewczynek, widząc je na dachu, oburzyła się nie na żarty. – Złaźcie stamtąd!
– Daj się małym przyjrzeć z bliska, Calanthe. To pierwszy raz, kiedy widzą piracki statek. – Wkroczył ojciec dzieci. W oczach blondynek pojawiły się iskierki.
– A nie mówiłam! To piraci!
– I to nie byle jacy… – kontynuował ojciec, ściągając dziewczynki na ziemię. Swoim tajemniczym, bajkowym tonem przyciągnął również uwagę innych. – To sam William Swan i jego słynny statek Żaruga. A widzicie ten czarny okręt tuż za nim? Kolejna legenda! Błękitna Księżniczka pod dowództwem Raisel Bezgłowej Kresent…
– Dlaczego „bezgłowej”? – spytała jedna z dziewczynek. Odpowiedź na to dał jednak ktoś inny. Rudowłosy, chudy młodzian, równie podekscytowany jak reszta tłumu.
– Bo ponoć straciła głowę! W sensie… no… jak to się mówi…
– Ponoć jest szurnięta i zdolna do wszystkiego. Nawet najgorsze czyny nie tułają się po jej sumieniu. Choć tak właściwie go nie ma… – dokończył pulchny, przerażony osiłek.
– Tak, tak! A wiecie, skąd wzięła się nazwa jej okrętu?
– Skąd?! – spytały żwawo dziewczynki. A choć ojciec już chciał powstrzymać nowego członka rozmowy, bezzębny staruszek odpowiedział równie strasznie, jak wyglądał.
– Ponoć miała romans z księżniczką jednej z większych wysp! Weszła jednak w zatarg z jej rodzinką, więc królewnę na pożarcie rekinom! Rzeki tego nieszczęsnego królestwa ponoć długo spływały krwią… Swój statek nazwała na cześć jej śmierci. Błękitna Księżniczka. A legendy mówią, że właśnie takimi barwami sławiło się królestwo…
– Tato, tato!
– Widzisz co zrobiłeś, staruchu? Wystraszyłeś moje dziewczynki! – krzyknęła rozzłoszczona kobieta, parskając głośno. – Piraci, nie piraci. Pytanie brzmi, czego chcą. Z tego, co wiem, nie zapuszczają się w te rejony. A na pewno nie ten cały William i ta Raisel.
– Raisel – poprawił ją mąż, na co kobieta przywaliła mu w ramię.
– Słyszałem plotki, że to królowa zażądała, by ich widzieć… – zaczął szeptać szczerbaty sprzedawca ryb.
– Nonsens! – krzyknął ważniak w zielonym kubraczku. Mężczyzna prosto z miasta. – Piraci się cenią! Nawet królowa musiałaby zapłacić, aby ich tu ściągnąć.
– I właśnie to mnie w tym martwi! – odparł lękliwie sprzedawca. – Dlaczego miałaby im płacić?
– To proste… – Wzrok zebranych skupił się na nowej osobie, szczególnie wyróżniającej się z tłumu i dobrze wszystkim znanej. Vixen. – Aby przepędzać takie przekupki jak wy. No już! Rozejść się!
Rudzielec machnął dłońmi, z których uleciała para, a skupisko niemalże od razu rozbiło się, uciekając po kątach. Czarodziejka została sama. Prawie sama.
– Nie powinnaś przypadkiem być w zamku?
Postawny, blondwłosy rycerz o krzywym nosie, ale za to ładnych, brązowych oczach i szerokiej szczęce, stanął u jej boku.
– Powinno, ale jak widzisz, musiałam rozprostować moje czarodziejskie nóżki. A teraz chodźmy na przystań! Trzeba ładnie odprowadzić drogich piratów do zamku!
– Po to tu jestem…
Na morzu natomiast humor był dość mieszany. Piraci nie byli zadowoleni z wymuszonego powrotu na ląd. Szczególnie jeden z nich. William Swan, wspomniany wcześniej czwarty kapitan Żarugi, statku nazwanego na cześć jego pierwszego kapitana, który takim właśnie mieniem się określał. Postawny mężczyzna wyglądał bardzo męsko, dojrzale i pewnie w skórzanym, podartym płaszczu i rozpiętej koszuli. Brązowe włosy targał mu morski wicher, a jego zielone oczy połyskiwały w pełnym słońcu. Miał rozbudowaną szczękę, okrytą niezbyt gęstą brodą i wąsami, oraz cienkie wargi, achillesowy nos i powściągliwe spojrzenie. Choć wyglądał młodo, to jego spojrzenie napawało respektem.
Jego zadumanie bliskim lądem przerwał krzyk. O dziwo, niski, ale jakże dziki! Jakże szalony!
– Aye, wy tam! Słuchajcie jeno psy morskie! Oto ląd, który niegdyś zakazany, teraz sam nas z otwartymi ramionami zaprasza do siebie! Żagle chcę widzieć rozłożone jak nogi tutejszych dziwek, im szybciej dotrzemy, tym lepiej!
Bujająca się na siatce zwisającej wzdłuż masztu piratka nie była nikim innym jak szurniętą Raisel Bezgłową Kresent. Tyle, że ona miała głowę. Owalną i szeroką jak jej krągłe usta, błyszczącą parą dużych, pełnych życia i iskierek brązowych oczu. Po swoim typowym rozkazie usłyszała głośne „Aye, kapitanie!”. Niemalże od razu odwróciła głowę do Williama, którego statek był tuż obok. Ten uśmiechnął się, spodziewając się, że piratka zastosuje typowy manewr, skacząc w piruecie z siatki na siatkę, ze statku na statek. Idealnie zjeżdżając po owej sieci, wylądowała na pokładzie z gracją, od razu wstając i chwiejnym krokiem podchodząc do przyjaciela. Czarnoskóra, o włosach w części splecionych w dredy, w części puszczonych luzem, owinęła ramię wokół ramienia Swana, wdychając głośno powietrze.
– Czujesz to, Williamie? Czujesz ten zapach? – rzuciła marzycielsko, jeszcze bardziej krzywiąc się w uśmiechu.
– Jedyne, co czuję, to bijący od ciebie fetor gorzałki. Nic się nie zmieniłaś i nigdy nie zmienisz. – Ta zaśmiała się, a Will pokiwał tylko głową, nie mogąc powstrzymać się od głupiego uśmiechu, kiedy usłyszał rechot przyjaciółki.
– Chodziło mi o bogactwo, Will! Bogactwo! Ta cała królowa oblała nas złotem za samo pojawienie się w Daren! Jak myślisz, co dla nas szykuje?
– Szubienicę, mam nadzieję.
– Ha, ha, bardzo zabawne, Willie. Wiesz, zamiast być piratem, mogłeś robić za klauna na dworze. Nadawałbyś się wręcz idealnie!
– Może wtedy miałbym spokój od pijaka u mego boku…
– Och, nie udawaj, słońce, że tylko ja tu chleję. Jesteś kapitanem piratów, William, piratów! Nie zapominaj o tym!
Odpowiedziała jak zawsze w prześmiewczym tonie, wracając powoli do siebie. Will czasami nie mógł pojąć, jakim cudem jeszcze nie skończyła na dnie. Co gorsza, jej załoga była prawie tak samo szalona jak sama Raisel. Ta Willa przynajmniej zdawała się mieć jakiekolwiek maniery. Cóż, nie do przesady.
– Zwiększyć prędkość! I nie ociągać się przy tych żaglach! Poza tym ten pokład ma lśnić, psie mordy! Witamy w jednej z czterech stolic, panie, panowie i drodzy kompani!
Daren. Miasto płynące złotem, najbogatsze z czterech potężnych miast, które znajdują się na terenie Sorean, najbardziej ekskluzywnego kraju, uważanego za centrum świata odzianego w wodny płaszcz. Faktem jest albowiem, że świat ten nie jest taki jak inne. W tym żywiołem dominującym jest woda. W tym to piraci mają władzę nad oceanami, a królowe i królowie władają wyspami i nielicznymi ziemiami. A choć Sorean jest tym najlepszym, najbardziej upragnionym przez innych, to nie ma nawet stolicy. Cztery miasta walczyły o to miano – Daren, Ezruwia, Letera i Wratan. Państwa po kolei: bogate, magiczne, uduchowione i zbrojne. Do czego posuną się, aby zwyciężyć? Tego nie wiedział nikt. Ani rudowłosa Virael, z wyczekiwaniem wbijająca wzrok w nadciągające statki. Ani ich kapitanowie, którzy sami nie mieli pojęcia, w jaką sprawę się pchają. Ani nawet mag, Arien Scarletmain, który właśnie w tym momencie myślał, że jedzie na skazanie, oglądając świat i znane mu dobrze ulice zza szyby czarnego powozu.
A dzwonnice złotego zamku biją i bić będą, póki cała czwórka nie stanie przed obliczem Penelopy Alsandir, lwiej królowej Daren, o oczach nieziemsko błękitnych, a włosach czarnych jak noc. O sumieniu czystym, ale z planami, których żaden z wezwanych nie spodziewał się usłyszeć.