Serce w obłokach - ebook
Nowa powieść autorki bestsellerowego Pejzażu z Aniołem.
Mieszkańcy Miasteczka nie mogą doczekać się otwarcia cukierenki, ale czego tak naprawdę pragnie Klementyna? By spełniły się jej dziecięce marzenia o dozgonnej miłości, szczęśliwym domu i błogim spokoju? Czy uwierzy w to, że właśnie nadszedł czas, kiedy rzeczywistość okazuje się piękniejsza niż jej najskrytsze pragnienia? A może najpierw wszyscy powinni zmierzyć się z bolesną przeszłością i odpowiedzieć na coraz trudniejsze pytania zadawane przez rezolutną Dobrochnę? Zwłaszcza, że Stara Anna coraz częściej przywołuje duchy tych, o których wszyscy zdążyli już zapomnieć.
"Serce w obłokach" przekona Cię o tym, że warto słuchać siebie i wierzyć, że obok każdych zamkniętych drzwi zawsze znajdzie się szeroko otwarte okno.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-5877-8 |
| Rozmiar pliku: | 857 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Poranki, popołudnia i wieczory nie różniły się zbytnio od siebie i jednostajnie tonęły w półmroku. Nic dziwnego, że nawet najwięksi optymiści w takich warunkach tracili dużą część pogody ducha i zaczynali zastanawiać się, czy kiedykolwiek przyjdzie kres tej burości i ponurości.
A prawdę mówiąc, nic tego nie zapowiadało. Nawet to, że kwiecień niepostrzeżenie przeszedł w maj, niewiele zmieniło. Wiosna nadal niepokojąco przypominała listopad.
– To się nigdy nie skończy – zawyrokowała Klementyna, stojąc przy oknie i przyglądając się tonącemu we wszystkich odcieniach szarości rynkowi i nie zdając sobie sprawy, że wypowiada na głos obawy większości mieszkańców Miasteczka.
Nie wiedziała też, że czasami tyle wystarczy, by sprowokować to, co uśpione.lementyna ledwo uniosła głowę znad poduszki, z miejsca odnotowała, że coś się zmieniło. Poderwała się z łóżka i przez chwilę stała pośrodku ciemnego pokoju, uważnie nasłuchując, aż w końcu ją oświeciło. Zza przysłoniętego drewnianą okiennicą okna nie dochodził żaden mokry dźwięk. Zero ciurkania i melancholijnego pluskania i szemrania.
– Czyżby przestało padać? – mruknęła niedowierzająco i w tej samej chwili do sypialni wpadła Dobrochna.
– Mamo, mamo, ubieraj się! Mało brakowało, a przespałybyśmy słońce! – zawołała. – Doktor Piotruś tak powiedział! Wpadł do nas na poranne bułeczki i porcję złośliwości. Lubi, jak mu ta stara jędza, czyli moja babcia, trochę podokucza z rana.
– Dobrosiu, jak ty się wyrażasz? – oburzyła się Klementyna.
– To nie ja, to doktor Piotruś mi się zwierzył, jak go wpuściłam do domu.
– Doktor Piotruś powinien dostać w ucho! Jest jeszcze?
– A gdzie tam! Poleciał do szpitala, żeby wyciąć co komu trzeba. Podobno słońce tak na niego działa. A oddział przepełniony, tak powiedział. I zatarł ręce. Coś mi się wydaje, że doktora Piotrusia opętały krajalne instynkty.
– Matko i córko, po kim ty tyle gadasz? – jęknęła Klementyna.
– Być może po ojcu – westchnęła Dobrochna, nie zwracając uwagi na matkę, która zastygła z dłonią zaciśniętą na okiennej klamce. – To musi być w genach. Doktor Piotruś…
– Doktor Piotruś ma za długi język – przerwała jej Klementyna, z trudem dochodząc do siebie. – Mniejsza z tym. Czy mi się zdawało, czy mówiłaś coś o słońcu? Przez te zamknięte na głucho okiennice kompletnie nie widać, co się dzieje na świecie. – Umiejętnie skierowała uwagę małej na inne tory, choć w sercu nadal czuła dziwny niepokój.
Oby nie wypowiedziała tego w złą godzinę – pomyślała, z rozmachem otwierając okiennice.
I aż zmrużyła oczy. Blask, który wpadł do pokoju, wręcz oślepiał. Wszystko tonęło w jasnozłotych promieniach słońca. Po listopadowej stęchłej aurze nie pozostało zbyt wiele śladów. Jedynie większe kałuże, które jeszcze nie zdążyły wyparować, ale i one wyglądały całkiem inaczej. Lśniły i migotały. Na gałązkach rosnącej opodal brzozy świergotliwie kłóciły się wróble.
Spoglądając na ten pierwszy czarodziejski wiosenny spektakl, Klementyna poczuła, jak cały niepokój ją opuszcza. Szkoda było czasu na martwienie się tym, co jeszcze nie nastąpiło i zapewne nigdy nie nastąpi. Ostatecznie nie pierwszy raz Dobrochna wspominała o nieznanym jej, mitycznym ojcu i jak dotąd nic z tego nie wynikało.
A odkąd zamieszkał z nimi Kuba, temat ojca zszedł jakby na dalszy plan. I pewnie tak by nadal było, gdyby nie jego nagły wyjazd – Klementyna na samo wspomnienie ciężko westchnęła. To była jedna z tych spraw, które będzie musiała w końcu rozwiązać. Choć jeszcze łudziła się, że może wszystko jakimś cudem przyschnie i wyjaśni się bez jej interwencji. Dlatego chwilowo postanowiła dać sobie i Kubie czas i nikomu nic nie mówiła. Nawet Imce, najlepszej przyjaciółce, się nie zwierzyła. Dni jednak mijały, telefon milczał, a Kuba ani myślał się opamiętać.
Poczekam jeszcze kilka dni – postanowiła. – A jak nic się w tej sprawie nie ruszy, będę musiała coś zrobić – pomyślała i przygarnęła córkę do siebie.
– Doktor Piotruś miał rację, szkoda by było przespać taki piękny wiosenny poranek – rzuciła lekkim tonem i uśmiechnęła się, wystawiając twarz do słońca. – Plan jest taki: zjemy szybkie śniadanie, a potem odprowadzę cię do szkoły. Okrężną drogą. Co ty na to?
– A mamy czas? – zaniepokoiła się Dobrochna.
– Mamy. Na szczęście mamy mnóstwo czasu. Całe życie – odparła i nagle spłynęła na nią niezbita pewność, że wszystko się ułoży i nadchodzące lato przyniesie błogi spokój, którego nic ani nikt nie zakłóci.
I gdyby tylko dopuściła do głosu siebie sprzed kilku chwil, zapewne zastanowiłaby się nad tym, czy nie wypowiada tego w złą godzinę. Ale słońce, śpiew ptaków i nagrzane cudnie powietrze uśpiły jej czujność. I pewnie dlatego pozostała zupełnie głucha na pojawiające się na jej drodze znaki…roka była malutka, na tle ogromnego pnia wiekowego kasztanowca praktycznie nikła. Gdy Dobrochna do niej podbiegła, usiłowała czmychnąć, ale po dwóch niezdarnych podskokach zrezygnowała z ucieczki i skulona, przytuliła się do chropowatej kory. Żałośnie łypnęła tylko czarnym okiem na Klementynę i Dobrochnę. I tyle było w tym spojrzeniu bezradności i strachu, że Klementynie aż serce ścisnęło się z żalu. Z obawą zerknęła na Dobrochnę. Ale do dziewczynki chyba jeszcze nie dotarło, że sytuacja jest beznadziejna. Na jej wyrazistej buzi malowało się współczucie i coś na kształt postanowienia. I tego ostatniego Klementyna obawiała się najbardziej, doskonale bowiem wiedziała, co za chwilę usłyszy.
– Musimy ją stąd zabrać! – padło zgodnie z jej przypuszczeniami stanowcze żądanie.
Przez chwilę milczała, zastanawiając się, jak by tu najdelikatniej, ale zarazem skutecznie wytłumaczyć Dobrochnie, że sroczka musi zostać tu, gdzie jest. I że nie byłyby w stanie jej pomóc.
– Kochanie, zobacz, ona jest bardzo słabiutka, ledwo zip…
– To taka srocza dzidzia, to jaka ma być? – weszła jej w słowo Dobrochna. – Widziałaś kiedyś dzidzię mocarza?
– No tak, ale widzisz… Obawiam się, że tutaj natura już zdecydowała i że niewiele możemy zrobić.
– Nie znoszę natury. – Głos dziewczynki się łamał. – A doktor Piotruś mówi, że zawsze można coś! Że jak ktoś twierdzi, że jest inaczej, to jest tchórzem i miągwem!
– Miągwą… – poprawiła odruchowo Klementyna i przez moment milczała.
Daremnie szukała słów, które wyjaśniłyby tej małej ufnej istotce, jednocześnie nie zabierając jej tej wiary, że są sytuacje, w których naprawdę jedynym wyjściem jest pogodzenie się z biegiem wypadków.
– Musimy ją stąd zabrać – powtórzyła stanowczo Dobrochna.
– Dobrosiu, obawiam się, że to nic nie da. – Klementyna głośno przełknęła ślinę. – Zobacz, ona nie ma nawet siły, by przed nami uciekać. Jest chora i słaba. Może nawet sami rodzice wyrzucili ją z gniazda, wiedząc, że nie przeżyje… Gdybyśmy nawet ją zabrały, to nie zdołamy jej uratować. A tu, w naturalnych warunkach, w otoczeniu, które zna… – Klementyna przerwała, bo jak na złość właśnie w tym momencie na ukos przez trawnik przebiegł mały chłopiec, wymachując kijem.
– To mają być te warunki, które zna? – Dobrochna podążyła wzrokiem za biegnącym urwisem.
– Nie, te akurat nie, ale zrozum, będziemy mogły tylko patrzeć, jak umiera, i jedyne, co zrobimy, to dołożymy jej stresu. – Widząc, że usta małej wyginają się w podkówkę, Klementyna starała się mówić jak najłagodniej.
Ale jeżeli myślała, że zdroworozsądkowe podejście przekona małą, była w błędzie. Przez moment zapomniała, że jej córka jest bardzo do niej podobna i niełatwo się poddaje. Wychowała ją na wojowniczkę, a przy tym Dobrochna była w tym magicznym wieku, kiedy wszystko wydaje się możliwe. Nawet jeżeli musiałaby udać się za siódmą górę i siódmą rzekę, by pokonać śmierć. Albo wygrać ze złą wiedźmą. Klementyna z westchnieniem pomyślała, że niestety w tym wypadku to jej przypadła niezbyt zaszczytna rola jędzy. I że Dobrochna, tak jak bohaterowie baśni, będzie walczyła do upadłego.
– Mamo, nie możemy jej tu zostawić. – Tak jak przypuszczała, jej córka ani myślała skapitulować. – Nawet rodzice jej nie chcieli! – zawołała. – Jak ty byś się czuła, gdybyś leżała na trawniku i nikt by nic nie zrobił? Tylko by się każdy na ciebie gapił i mówił: „Eee… nic już z niej nie będzie! Wygląda, jakby lubiła trawę, na pewno umrze szczęśliwa!”. Chciałabyś tak?
Wstrząśnięta Klementyna milczała jak zaklęta.
– No, chciałabyś? – przynagliła ją do odpowiedzi Dobrochna, biorąc się wojowniczo pod boki.
– Za nic w świecie – odparła nagle Klementyna zawstydzona lekcją, której właśnie udzieliła jej ośmiolatka. – Poczekaj, tam jest sklep, może dadzą nam jakiś kartonik, trzeba ją do czegoś zapakować… – dorzuciła, idąc spiesznie w kierunku warzywniaka.
W tej chwili za nic w świecie nie zignorowałaby żadnego stworzenia. Przypuszczała nawet, że jeśli natknęłaby się na mrówkę, która mizernie by wyglądała, to też by się nią zajęła. Oczywiście przy założeniu, że mrówka może w ogóle mizernie wyglądać.
Po chwili była już z powrotem. Bez słowa ściągnęła apaszkę z szyi i owijając nią dłoń niby w rękawiczkę, sięgnęła po ptaszka. Przerażona sroczka ostatkiem sił zaczęła się szamotać, w końcu jednak udało się zakryć pudełko.
– Dobrosiu, ale wiesz, że prawdopodobnie ona…
– Umrze. – Dobrochna pogładziła wieczko kartonu. – Tak, wiem i pewnie będę bardzo płakać. Ale nie będę tchórzem – dokończyła z powagą zupełnie nielicującą ze śmiesznie sterczącymi warkoczykami i rumianymi policzkami.
Patrząc na nią, Klementyna ze wzruszeniem pomyślała, że jej córka nie wiadomo jak i kiedy na swój specyficzny, dziecięcy sposób wydoroślała. I że za moment, ani się obejrzy, te warkocze znikną i jej mała Dobrosia zmieni się w dorastającą Dobrochnę. Tak naprawdę ta przemiana już się zaczęła.
I któregoś dnia trzeba będzie powstrzymać wyciągające się, opiekuńcze ramiona i dławiący strach, wypuścić ją w świat i pozwolić na podejmowanie własnych decyzji.
– Mamo, czy ja mogłabym dzisiaj zupełnie wyjątkowo nie pójść do szkoły? – Wdarł się w jej myśli proszący głosik. – Przecież przy kartonie umierającej powinno się siedzieć. Doktor Piotruś mówił, że to bardzo ważne, żeby pacjenci, żadni pacjenci – podkreśliła – nie byli opuszczeni.
– Nie sądzę, żeby miał na myśli sroki. – Klementyna z miejsca otrząsnęła się z sentymentalnych rozważań. – Moja droga panno, ktoś, kto ma odwagę ratować świat, nie może migać się od szkoły. A do tej znajdy trzeba raczej wezwać naszą Karolinę…
– O tak! Pani Karolina ją na pewno wyleczy. – Uradowana Dobrochna klasnęła w ręce. Z niedawnej powagi i dorosłości nie pozostał nawet ślad. – I będą na zmianę z doktorem Piotrusiem czuwać przy jej pudle, a ja będę ćwiczyć bycie siostrą działową. Na pewno się ucieszą.
– O tak, już widzę, jak skaczą z radości, siostro działowa – mruknęła Klementyna, z rozbawieniem popatrując na córkę.
Małą znów owładnęła dziecięca niezbita pewność, że wszystko się uda. Żywa, uzdrawiająca woda zostanie dostarczona, a najgroźniejszy smok pokonany.
I dobrze. Niech tak zostanie – pomyślała, mocno przyciskając wieczko pudełka.
Bo w końcu dopóki się wierzy i ma nadzieję, dopóty kocha się życie.lementyna zaczęła powątpiewać, że kiedykolwiek dotrze do domu. Miała wrażenie, że wszyscy mieszkańcy Miasteczka wylegli na rozsłonecznione ulice i mają nieodpartą ochotę na pogawędkę. I nieomal każdy zagajał rozmowę, pytając o pudełko, z którego co rusz dochodziły odgłosy szamotaniny. Widać sroka nie doceniała, że to wszystko dla jej dobra i godnego zakończenia sroczego życia. Ostatkiem sił wyrywała się na wolność, której Klementyna z wiadomych względów nie mogła jej zwrócić.
I tak zanim dotarła pod bramę różowej kamieniczki, sroka zyskała sporą popularność. Nieomal każdy miał o niej coś do powiedzenia.
– Nigdy w życiu nie wziąłbym takiego draństwa do domu – oznajmił z mocą kościelny Jasiek. – Nie naraziłbym Marcelinki, swojej kruszynki najsłodszej, na kontakt z pazurami i niebezpiecznym dziobem, plawda mój skalbeczku, mlu, mlu, mlu? – zagulgotał, pochylając się nad wózkiem, w którym z miną udzielnej księżnej siedziała jego córeczka.
– Ble – poparła go z głębi spacerówki kruszynka i obrazowo wywaliła język na brodę.
– Jasiek, ale co ty wygadujesz, do licha, toż to sroczę ledwo od ziemi odrosło, do tego jest umierające i ani mu w głowie używanie szponów – wyjaśniła Klementyna i w tej samej chwili pudełko energicznie podskoczyło w jej dłoniach, a kościelny na ten widok znacząco uniósł brwi do góry. – Zresztą nieważne, muszę iść, sam widzisz, że się denerwuje, w stanie agonii to bardzo niezdrowe…
– Wydaje mi się, że w stanie agonii niewiele może jej zaszkodzić – słusznie skądinąd zauważył kościelny. – Natomiast te pasożyty, które na pewno ma na sobie, mogą wykończyć nie tylko srokę, ale i was…
– Nie kracz, nie kracz – przerwała mu bezpardonowo Klementyna. – Wybacz, ale naprawdę muszę już iść – dodała i czym prędzej umknęła. – Jak na konającą, rzeczywiście wykazujesz nadzwyczajną żywotność – mruknęła z wyrzutem w stronę kartonu.
Ledwo odetchnęła po spotkaniu kościelnego, zaraz natknęła się na sklepikarza Józka, który wlókł się noga za nogą i ogólnie sprawiał wrażenie steranego życiem. Na widok Klementyny jeszcze bardziej zapadł się w sobie i jeszcze bardziej zmarkotniał, co niepomiernie ją zdziwiło. Pewne ożywienie wykazał dopiero na widok żyjącego własnym życiem pudełka. Klementyna w kilku zwięzłych słowach opowiedziała mu o sroce.
– O biedula… – użalił się Józek, ale jakoś tak byle jak, jakby myślał zupełnie o czym innym.
Następnie wbił nieobecny wzrok w pakunek i zamilkł jak zaklęty.
– Ehe, ehe – odkaszlnęła po chwili, żeby zwrócić jego uwagę i przerwać pogłębiającą się z sekundy na sekundę niezręczną ciszę. – A u ciebie to wszystko w porządku? – zapytała wreszcie, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
– Nie bardzo… Żenię się – mruknął, wbijając wzrok w ziemię i kołysząc się na piętach. – Ale właściwie dobrze, że cię spotkałem, bo od kilku dni chciałem ci to powiedzieć…
– Że się żenisz? Czy że to niezbyt dobrze? – zaskoczona Klementyna aż uniosła do góry brwi.
– Że się żenię i że zdania nie zmienię za nic w świecie – wypalił z determinacją i popatrzył na Klementynę wyzywająco, tak jakby spodziewał się po niej, że zacznie go od obranego celu odwodzić i oprotestowywać matrymonialne zamiary.
Przez moment milczała skonsternowana i szczerze zdumiona.
– To dobrze, podziwiam stanowczość i zdecydowanie! Naprawdę jestem szczęśliwa, że o mnie pomyślałeś, w sensie, żeby mnie, nie zwlekając, powiadomić – wybąkała wreszcie. – Ha! A więc się żenisz? – dodała, usiłując nadać głosowi entuzjastyczne brzmienie. – Gratuluję! Kim jest szczęśliwa narzeczona?
– Taka jedna Kaśka – wyznał Józek markotniejąc. – Bo wiesz, bo ja… No ja… – zaciukał się i teraz już było jasne, że nie myliła się co do pierwszego wrażenia. Coś tu było nie tak.
Matko, czyżby on mi usiłował coś powiedzieć? – przeraziła się nie na żarty. Ale przecież gdyby czuł do mnie miętę, to, do choroby, bym to raczej zauważyła, pomyślała w popłochu. Choć z drugiej strony jakiś czas temu zaproponował przejście na „ty”… A ja zajęta Kubą nie zwracałam uwagi na okoliczną płeć męską. A przynajmniej nie w ten szczególny sposób! No to pięknie! Tylko po jakiego grzyba w takim razie się żeni?
– No co ty? Ziutek, wyduś to w końcu z siebie – postanowiła skończyć z tym ciągłym, niejasnym „bo wiesz, bo ja”.
– A, właściwie nic. – Zdezerterował i lekceważąco machnął ręką. Po czym dodał: – Pójdę już. – I nie czekając na jej reakcję, ruszył przed siebie.
Zanim zdumiona Klementyna zdążyła coś odrzec, spoglądała już tylko za pospiesznie oddalającymi się Ziutkowymi plecami.
– Cokolwiek miał na myśli, z całą pewnością nie wyglądał na tryskającego szczęściem przyszłego żonkosia – mruknęła do siebie.
Ciekawe, kim jest „taka jedna Kaśka” – myślała, ściskając mocniej pudełko i ruszając w drogę. – Jakieś to wszystko dziwne… – wzruszyła ramionami i zapewne myślałaby o tym jeszcze długo, gdyby nie to, że z drugiej strony ulicy zawołała do niej pani Grażynka.
– Pani Klementyno! Chleb, ten paniny ulubiony, odłożyłam! Zawsze kawaler przychodził go odebrać, ale ostatnio coś go nie widuję! – dorzuciła, a Klementyna z miejsca poczuła ścigające ją spojrzenia przechodniów.
No to pięknie – pomyślała z irytacją.
Pani Grażyna tym jednym zdaniem: „Zawsze kawaler przychodził go odebrać, ale ostatnio coś go nie widuję”, załatwiła jej dostanie się na języki co najmniej połowy Miasteczka. Za długo już tu mieszkała, żeby nie wiedzieć, jakimi torami będą biegły myśli co niektórych, oczywiście jak na złość tych najbardziej gadatliwych. Skoro kawaler nie przychodzi, to znaczy, że go nie ma, a jak go nie ma, a przedtem był, to znaczy, że ją rzucił. Żelazna logika. Znając życie, już za jej plecami zaczęły się spekulacje, kiedy, jak i dlaczego została porzucona. I póki Kuba nie wróci, nic nie zdoła tych plotek uciszyć.
A kiedy wróci, nie miała bladego pojęcia – na samą myśl i o nim, i o tym, co w najbliższych dniach o sobie usłyszy, westchnęła ciężko.
Tak czy siak, teraz należało czym prędzej powstrzymać panią Grażynę od prób uczynienia jeszcze większego spustoszenia. Bóg wie, co ta kobieta ma jeszcze do powiedzenia, ale z całą pewnością lepiej by było, żeby ogłaszała to nieco ciszej.
– Już do pani idę! – odkrzyknęła i przebiegła szosę na ukos.
Są sytuacje, które wykluczają dotarcie do przejścia dla pieszych – ledwo to pomyślała, kątem oka dostrzegła niebieski mundur.
– No i mandacik jak nic – dobiegł ją zza pleców pełen niekłamanej satysfakcji głos policjanta Gustawa. – A nie dalej jak wczoraj założyła się pani ze mną o całą paterę kremówek, że nigdy nie złapię pani na łamaniu prawa. No i proszę!
– Przedmiotem zakładu było parkowanie w niedozwolonych miejscach i dawanie złego przykładu – zaoponowała.
– No ale zły przykład to to niewątpliwie był – wtrącił się komendant Srebrny, który niespodziewanie wyłonił się z wnętrza piekarni.
– Co fakt, to fakt. A z faktami się nie dyskutuje, złapali mnie panowie na gorącym uczynku – roześmiała się. – Kremówki podrzucę na komendę.
– Jak będziecie się tak nieustannie objadać ciasteczkami, bułeczkami i kremówkami, to nasze biedne Miasteczko stanie się przestępczym rajem i każdy bandzior będzie się tu mógł czuć bezkarnie – wtrąciła naraz swoje trzy grosze właścicielka piekarni. – Chyba że to taka strategia i dążycie do tego, by móc się na nich znienacka wytaczać…
– To by się mogło nawet udać, bo poza wszystkim doszedłby element zaskoczenia – ubawiła się Klementyna. – I tak oto, pani Grażynko, wynalazłyśmy nowy typ bohatera, obok człowieka pająka, muchy i takich tam powstał człowiek kula. – Parsknęła niepohamowanym śmiechem.
– Widzisz, Gustawie, tak to jest z kobitami wdawać się w dyskusję – mruknął skonsternowany komendant Srebrny, ukradkiem wciągając brzuch. – Nie przegadasz baby za nic w świecie.
– Ale co, nieprawdę mówimy? – Pani Grażynka puściła oko do Klementyny. – Aspirant Gustaw jak tu do nas trafił na służbę, to była taka mizerota, że aż żal było patrzeć, a teraz proszę bardzo, jak na wikcie pani Klementyny się miło zaokrąglił. Ale w jego przypadku to i dobrze, bo brzuszek u mężczyzny być powinien. Jak to powiada jeden mój stały klient, dobry gospodarz zawsze trzyma konia pod dachem… – Tu zorientowała się, co właśnie powiedziała, i speszona, zamilkła.
– To ja po ten chleb to wpadnę za momencik – przyszła jej w sukurs Klementyna, z trudem utrzymując powagę. – Najpierw muszę się pozbyć bagażu – dodała i w tym samym momencie, jakby wyczuwając, o czym mowa, pudełko wydało przenikliwe skrzeknięcie i oczywiście wzbudziło zrozumiałe zainteresowanie wszystkich obecnych, ale i odwróciło uwagę od pani Grażyny.
Klementyna ponownie musiała opowiedzieć historię znalezienia sroki, a potem znów wysłuchać przestróg (choroby, robactwo, pasożyty i inne paskudztwa) oraz dobrych rad i w końcu mogła ruszyć ku bramie różowej kamieniczki.
Tym razem postanowiła za nic w świecie się nie zatrzymywać. Sroka zaprzestała wprawdzie prób ucieczki, ale co rusz z wnętrza pudełka dobiegało żałosne, ledwo słyszalne ni to popiskiwanie, ni to skrzeczenie. Należało w końcu biedne stworzenie uwolnić z klaustrofobicznego wnętrza i zapewnić mu względny spokój.
Klementyna przecięła na ukos rynek i szczęśliwie, nienagabywana już przez nikogo, dotarła do kamienicy. Gdy zamknęły się za nią ciężkie drewniane drzwi, odetchnęła z ulgą. Na moment przymknęła powieki, żeby przyzwyczaić wzrok do półmroku panującego na klatce schodowej. I w tej samej chwili po plecach przebiegł jej lodowaty dreszcz. Wyraźnie poczuła, że nie jest sama, że ktoś ją bacznie obserwuje. Zmusiła się do otwarcia oczu. Rzeczywiście, w kącie przy schodach coś jakby drgnęło.
– No, Lalka, chodź, chodź, nie czaj się tak, czekam, aż w końcu się zjawisz – rozległ się chropowaty, dobrze jej znany głos.
– Ja kiedyś padnę na zawał! – zapowiedziała, ze świstem wypuszczając wstrzymywane bezwiednie powietrze. – Że to niby ja się czaję w tych ciemnościach? Ja? – zapytała retorycznie bo doskonale wiedziała, że Stara Anna już tak ma i nie będzie się nikomu tłumaczyć.
Zawsze zjawiała się niespodziewanie. I jej wizyty nigdy nie były przypadkowe. Stara Anna nie miała w zwyczaju marnotrawić czasu na przyjacielskie odwiedziny. Co niektórzy bali się jej jak diabeł święconej wody. Odkąd Klementyna pamiętała, mówiono, że nie wolno z nią zadzierać. Szeptano o urokach, które potrafi rzucić, o jej konszachtach z duchami, o paleniu ognisk na rozstajnych drogach i dziwnych rytuałach, które miała ponoć wtedy odprawiać.
„Zabobony” – mruczeli ci bardziej nowocześni, ale jednocześnie omijali Annę z daleka.
„Czuwa nad nami” – szeptali ci bardziej wiekowi i pamiętający jeszcze czasy, w których po prostu wierzono w to, co niewidoczne gołym okiem.
Była nieodłączną częścią Miasteczka. Właściwie nikt tutaj nie pamiętał czasów sprzed Starej Anny. Była ucieleśnieniem dawnego świata – świata, w którym nie wierzono w elektryczność i urządzenia, ale nie podawano w wątpliwość istnienia tego, czego w świetle zobaczyć nie można.
– Lalka, ty uważaj – przerwała jej rozmyślania. – Przeczucie mam, że coś tu się wydarzy. Spać mi to dziś całą noc nie dawało. I ten wiatr, który się zerwał. On zawsze przywiewa coś, czego zupełnie się nie spodziewamy, a w jego podmuchach wyraźnie było słychać twoje imię – mówiąc to, złapała Klementynę za rękę. Uścisk miała nadspodziewanie mocny, sękate palce zacisnęły się niczym kleszcze na jej nadgarstku.
Słuchając świszczącego głosu, Klementyna poczuła, jak serce w jej piersi przyspiesza. W tych słowach niemówiących nic konkretnego czaiła się jakaś niewiadoma, a więc najbardziej niebezpieczna, groźba.
– To, co niespodziewane, nie zawsze musi być złe… – odchrząknęła.
W założeniu miało to zabrzmieć optymistycznie, ale głos miała zduszony i wypadło raczej słabo.
– To prastary wiatr, który urodził się na szczytach tych gór. Tych samych, z których kiedyś zeszli twoi przodkowie. Tutejszych ludzi łączy z nim nierozerwalna więź – Stara Anna zignorowała jej słowa. Głos jej złagodniał i odpłynął. Klementyna odniosła wrażenie, że teraz mówi bardziej do siebie niż do niej. – Moja babka umiała w nim czytać jak w otwartej księdze. Ja nie mam tak wielkich umiejętności. Ale co nieco słyszę. Twoje imię nie pojawiło się przypadkiem. Dlatego, Lalka, bądź uważna, wiatr nigdy się nie myli, ale też nigdy do końca nie zdradza swoich tajemnic – dodała już normalnym tonem, po czym wypuściła rękę Klementyny z żelaznego uścisku i zaczęła zbierać się do odejścia. Ale zatrzymała się, gdy jej wzrok zahaczył o pudełko.
– Mam tam srokę. – Klementyna ubiegła pytanie, które z pewnością zaraz by padło.
– Srokę? I niesiesz ją do domu?
– Historia pełna komplikacji, skracając, ptak długo nie pożyje, ale Dobrochna nie pozwoliła go zostawić na pastwę losu.
– Taaa… – Stara Anna z namysłem pokiwała głową. – A czy ty wiesz, dziecko, że sroka gości zapowiada? A ty na dokładkę bierzesz ją do siebie, wnosisz do środka… Cóż, sama prosisz się o niespodzianki. Daj mi znać, kto się zjawi pierwszy, to zaczyna być naprawdę interesujące – dodała.
Klementyna mogła się założyć, że gdyby było widniej, zobaczyłaby, jak jej małe oczka, okolone gęstą siateczką zmarszczek, rozbłyskują nagłą ciekawością.
– Dobrze. Jeżeli ktoś nietypowy się zjawi, nie omieszkam poinformować o tym Anny. Choć w tym domu drzwi się i tak nie zamykają, więc nawet najaktywniejsza sroka nie będzie tu miała zbyt wiele do roboty. No, chyba że nagle naśle na mnie całą pielgrzymkę. – Uśmiechnęła się, czując, że trochę opada z niej napięcie.
Pierwsze ostrzeżenie Anny, mimo że sama przed sobą nie chciała się do tego przyznać, wzbudziło w niej lęk, i to taki niedający o sobie zapomnieć, wryty głęboko w świadomość. Tym bardziej że przekonała się już niejednokrotnie, że słów starej kobiety nie należy lekceważyć. Ale te o sroce przypominały przesądy o pechowym czarnym kocie czy przechodzeniu pod drabiną. A w takie klitusie-bajdusie po prostu nie wierzyła. Ale co szkodziło obiecać, że będzie ją powiadamiać o potencjalnych ciekawych gościach.
– Jeżeli mam Annę na bieżąco informować, to niech mi Anna powie, gdzie ją mogę znaleźć – dodała przebiegle. – Bo ostatnio
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.