-
nowość
Sezon cierni - ebook
Sezon cierni - ebook
Zaczął się Sezon Róż. Jeśli chcesz go przetrwać, musisz stać się najostrzejszym z cierni.
W Daradonie, królestwie rządzonym twardą ręką przez młodego monarchę, dla wielu mieszkańców życie w strachu to codzienność. Powołany przez króla oddział Łowców poszukuje Widmowładnych – ludzi obdarzonych mocą, dzięki której mogą niepostrzeżenie otwierać zamki, przenosić przedmioty, a nawet odbierać życie. Widmowładni w obawie przed egzekucją ukrywają swoją prawdziwą tożsamość.
Alissa Paine, dziedziczka potężnego rodu Łowców, skrywa śmiertelnie niebezpieczną tajemnicę: sama jest Widmowładną. Przez osiemnaście lat pod czujnym okiem ukochanego ojca uczyła się panować nad swoim darem, wiedząc, że jej sekret w każdej chwili może wyjść na jaw. Jednak gdy ataki Łowców przybierają na sile, Alissa nie może dłużej bezczynnie patrzeć na krzywdę ludzi takich jak ona. Pod pretekstem udziału w Sezonie Róż udaje się na królewski dwór, by znaleźć sposób na powstrzymanie brutalnych polowań.
Uwikłana w sieć intryg, w której centrum znajdują się czarujący, lecz bezlitosny król i tajemniczy, charyzmatyczny ambasador sąsiedniego królestwa, Alissa wie, że za każdy błąd przyjdzie jej zapłacić życiem – nie tylko swoim, ale i wszystkich tych, których pragnie chronić.
„Sezon cierni” to powieść idealna dla fanów „Czerwonej królowej” Victorii Aveyard i „Szkarłatnej Ćmy” Kristen Ciccarelli.
Kiera Azar – urodziła się i wychowała w hrabstwie Surrey. Od najmłodszych lat pisała piosenki, śpiewała i występowała na scenie. Zanim napisała swoją pierwszą książkę i postanowiła w pełni poświęcić się opowiadaniu historii, studiowała nauki biomedyczne. Z ekscytacją myśli o książkach, których jeszcze nie przeczytała, muzyce, którą dopiero odkryje, i historiach, które czekają, by je opowiedziała. Jej debiutancka powieść – „Sezon cierni” – trafiła na pierwsze miejsce listy bestsellerów „New York Timesa”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8399-545-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ze wszystkich popełnionych przeze mnie zdradzieckich czynów akurat to nie za ten powinni mnie złapać.
Przy każdym gorączkowym pociągnięciu gąbką przez palce przepływała mi zabarwiona na czerwono woda. Jednak nawet mój spieniony atak mydłem i octem nie był w stanie zetrzeć Znaku Łowców, rozmazywałam jedynie farbę i zacierałam różany wzór, który Marge naszkicowała w zeszłe lato nad kołatką na drzwiach.
Tyle, jeśli chodzi o zachowywanie pamięci o niej.
Usłyszałam za sobą odgłos kroków i odwróciłam się z wściekle bijącym sercem. Powietrze wciąż było zamglone i przesycone rosą niczym brzoskwinia o poranku, domy pomalowane na barwy klejnotów ledwie ukazywały swe kolory, a żeby ujrzeć postacie przez mgłę, musiałam mrużyć oczy.
Odetchnęłam. To nie gwardziści, tylko dzieciaki biegające po pokrytej mozaiką drodze, zbyt zajęte swoją zabawą, by mnie zauważyć. Zniknęły za rogiem i ulica powróciła do stanu sennego milczenia. Srebrzyste wiśnie szumiały na wietrze niczym cekiny.
Kilka ulic dalej targ przeciągał się z ziewnięciem, wydychając odór róż. Już niedługo święto Sezonu Róż wyciągnie mieszkańców z łóżek.
Kończył mi się czas.
Wsadziłam gąbkę do wiadra i jeszcze raz chlasnęłam nią po drzwiach. Szorowałam tak mocno, że od wyziewów octu aż zaczęły mnie piec oczy. Marge uwielbiała pierwszy dzień Sezonu Róż. W zeszłym roku tak się objadła maczanymi w syropie ciastkami, że odwołałyśmy zaplanowaną wcześniej karcianą rozgrywkę i zaparzyłyśmy miętę. Wstałam wcześnie tego ranka i na wspomnienie jej słodkiej, pełnej wdzięku twarzy zdałam sobie sprawę, że nie mogę na kolejny dzień zostawić Znaku Łowców na jej drzwiach.
Dziesiątego Znaku Łowców, który pojawił się w królestwie Daradonu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.
Łowcy nigdy wcześniej nie uderzali tak często w tak krótkim czasie i ten nagły, niewytłumaczalny wzrost sprawił, że na stałe zaczęło mi towarzyszyć uczucie trzepotania w piersiach.
Miejscowi też stali się nerwowi.
Słyszałam ich szepty: _Jeszcze jedna Widmowładna żyła pośród nas przez cały ten czas! Pozwoliłam jej raz przypilnować dzieci!_ Zupełnie jakby Marge nie była wolontariuszką w klinice, jakby nie soliła lodu na gankach sąsiadów, jakby nie rozdawała koszy cytryn, gdy obrodziły jej zasadzone w doniczkach drzewka. Zupełnie jakby samo jej istnienie było skandalem, a jej zaszlachtowanie niedogodnością.
Ścisnęłam gąbkę i woda spłynęła po mojej oliwkowobrązowej skórze. Marge powinna była pozwolić połamać im kości na lodzie. Ja bym tak zrobiła.
Rozpoznałam charakterystyczny odgłos długich kroków. Odwróciłam się, gdy moja najlepsza przyjaciółka oparła ręce na kolanach. Czarny warkocz obijał się jej o biodro.
– Gwardziści – wydyszała Tari. – Idą tu.
Z przekleństwem na ustach cisnęłam gąbkę do wiadra. Szamotałyśmy się nerwowo, by ukryć dowody. Woda rozbryznęła się, drewno zaklekotało, rudziki odleciały spłoszone hałasem.
– Tam! – Tari wskazała drugą stronę ulicy.
Trzech gwardzistów przechadzało się po chodniku w błyszczących, wyszywanych srebrem mundurach.
Przyskoczyłam do progu i zaczęłam ścierać wodę, czerwona smuga pod gąbką przypominała krew.
– Jakim sposobem dostali się tu tak szybko? Miałaś stać na warcie!
Tari skrzywiła się i pochyliła się, by mi pomóc.
– Rozkojarzyłam się.
Zielony klejnot zwisał jej z szyi niczym wahadło, błyszcząc tęczowo nad jej skórą koloru głębokiej miedzi.
Spojrzałam i zrozumiałam.
– Opuściłaś wartę dla tego czegoś?
– Była przecena!
– To podróba!
Tari się zawahała, po czym uniosła klejnot.
– Naprawdę?
Wstałam. Miałam przemoczone spodnie.
– Rozumiesz, czym się zajmuje wartowniczka?
– Rozumiesz, czym się zajmuje sprzątaczka? – Wskazała ociekający krwią znak na drzwiach. – Bogowie miłosierni, teraz wygląda jeszcze gorzej!
– Jeśli mój ojciec się o tym dowie…
Zamarłam, słysząc ponad naszą sprzeczką głosy gwardzistów. Ojciec był w tej chwili moim najmniejszym zmartwieniem.
Uniosłam wiadro, rozlewając wodę na bluzkę. Mętniejsza woda spłynęła wstęgą w dół po mozaikowych kafelkach, strażnicy ruszą tym śladem przestępców. Tari była w stanie im uciec, ale ja nie.
Uniosłam wzrok na drzwi Marge i przełknęłam głośno ślinę. Po łowach zawsze zamykało się domy.
– Alisso, nie rób tego – ostrzegła mnie Tari.
Wkrótce jednak miał na nas spocząć wzrok gwardzistów.
Tak więc popełniłam drugi zdradziecki czyn tego dnia – sięgnęłam po swoje widmo.
Rozwinęło się ze mnie niczym nitka ze środka włóczki. Odetchnęłam. Wszechobecne napięcie zelżało nieco. Choć moje widmo nie było widoczne dla innych, to dla mnie wyglądało jak miraż migoczący nad rozgrzanym betonem czy powietrze falujące ponad płomieniem – dziś marszczyło się szybciej z uwagi na moje szybko bijące serce.
Odetchnęłam głęboko, zduszając pragnienie użycia większej mocy niż to konieczne. Istniał bardzo konkretny powód, dla którego nigdy świadomie nie poznałam innego Widmowładnego: władanie niosło ze sobą ryzyko ujawnienia.
Jedna nitka będzie musiała wystarczyć.
Przelałam tę nitkę przez dziurkę od klucza, przekształcając ją tak, by wypełniła otwór. Był to jeden z pierwszych trików, jakich sama się nauczyłam. Zamek się otworzył.
Wepchnęłam Tari do środka i pośpieszyłam za nią. Zamknęłam drzwi i ogarnął nas mrok. Moje widmo zachwiało się w proteście, gdy szarpnięciem przywołałam je do moich kości. Oddychałyśmy w ciszę, kurz wirował w powietrzu niczym mgła podczas mroźnej i śnieżnej nocy.
Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i… zamarłam.
Wyobrażałam sobie potłuczone szkło i powywracane meble – ślady bójki Marge, zanim Łowcy wstrzyknęli jej do żył ćmiącze, truciznę widm, by uwięzić jej moc pod skórą.
Miejsce okazało się dużo bardziej niepokojące, ponieważ salon wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam: upstrzony kroplami farb stół i cztery różne krzesła – dla Tari, Lidii, Marge i mnie. Nienaturalna warstwa szarego pyłu pokrywała wszystkie powierzchnie, tworząc tym samym wrażenie wieloletniego zapuszczenia. Jakby świat już dawno zapomniał o Marge.
– Przecież to dopiero tydzień – wyszeptałam.
Tari zafrasowała się, na jej kanciastej twarzy malowało się napięcie.
– Wszystko w porządku? – spytała. Musiała wiedzieć, jak bardzo dotknie mnie wizyta w tym miejscu.
Wiedziała, że moje poczucie grozy płynęło ramię w ramię z pełną boleści winą przetrwania.
Trzęsąc się, odstawiłam wiadro i podeszłam do stołu. Raz na miesiąc Marge tasowała przy nim dwie talie kart do naszej partyjki. Tari i Lidia udawały, że nie oszukują, a Marge i ja wywracałyśmy oczami. Wszystkie wymieniałyśmy się miejskimi plotkami, popijając gorącą lemoniadę.
Teraz powierzchnię zajmował tylko jeden kubek, wewnątrz którego zdążyła wykwitnąć pleśń. Jego krawędź pokrywał burgundowy ślad pocałunku Marge.
W przygnębiającej wizji ujrzałam równie opuszczoną własną sypialnię: pół wypitej herbaty z granatu zostawiającej ślad na toaletce, ciemne kosmyki wystające z szerokiego grzebienia. Ostanie części mnie, które przetrwały wszystko inne.
– Pamiętasz, jak w zeszłe lato – wymamrotała Tari – wyniosłyśmy stół na zewnątrz? Lidia ukryła parę królowych w rękawie i wyleciały…
– Ale nie było wiatru – odpowiedziałam łagodnie. – Pamiętam.
– Myślisz, że Marge…?
Cały tydzień zadawałam sobie podobne pytania: czy Marge kiedykolwiek władała swym widmem przy nas, niezauważenie? Czy też, jak ja, cierpiała pod jarzmem nieustannej restrykcji?
– Nie znosiła, gdy Lidia oszukiwała – powiedziałam.
Smutny śmiech.
– Tylko dlatego, że sama nie potrafiła oszukiwać.
Ścisnęło mnie w sercu na wspomnienie oka Marge, które drgało przy każdej próbie blefu. Czy próbowała okłamywać Łowców, gdy przyszli, czy miała nadzieję, że ten tik jej nie zdradzi?
Tari, szurając, podeszła bliżej. Spod jej butów unosił się kurz.
– Czujesz to?
Wciągnęłam powietrze. Mokra koszulka opinała mi się na piersi.
– Czuję tylko ocet.
Tari pokręciła głową.
– Bardziej gorzko. Jakby coś się paliło.
Spojrzałam z ukosa na kominek. Zapach ognia nie utrzymałby się tak długo, chyba że ktoś niedawno się tu zakradł.
– Drzwi były zamknięte – odparłam.
– Zamki zatrzymują tylko Całozrodzonych. Może Marge miała krewnych, o których nam nie powiedziała. – Tari mówiła z nieśmiałą zachętą, ale ja stłamsiłam swój jaskrawy płomień nadziei.
Tari spędziła wczesne dzieciństwo w Bormii, gdzie niewielka populacja Widmowładnych żyła przez nikogo nie niepokojona. Choć Tari była Całozrodzona, zdążyła już poznać więcej Widmowładnych, niż ja poznałabym przez całe życie. Raz poprosiłam ojca o wyjazd do Bormii. Odparł, że ta nie przyjmuje uchodźców, a nawet gdyby przyjmowała, to statki Daradonu i tak nie są w stanie przeprawić się na jej terytorium przez wzburzone wody.
Od tego czasu zwykłam wyobrażać sobie, że znajdę w moim królestwie-więzieniu drugą Widmowładną, z którą mogłybyśmy uczyć się od siebie nawzajem, z którą mogłybyśmy się sobie zwierzać. Nie byłybyśmy same.
Marge jednak była tu cały czas i w życiu nie pomyślałabym, że skrywamy tę samą tajemnicę. Zawsze zdawała się wolna. Jej radosny śmiech bardzo różnił się od wszystkiego, czego spodziewałabym się po innej Widmowładnej… Znacząco różnił się od mojego.
Nawet gdybym w jakiś cudowny sposób miała znów natknąć się na inną Widmowładną, skończyłoby się w równie bolesny sposób: nie rozpoznałabym sojuszniczki do czasu, aż byłoby za późno.
Przełykając gulę emocji, wyciągnęłam rękę w stronę zakurzonego stołu Marge.
Zatchnęłam się. Moje widmo pociągnęło mnie w tył na sam dotyk.
– Co to? – spytała Tari.
Z rozdziawionymi ustami potarłam dłoń o spodnie. Kurz nie przypominał kurzu i do tego jeszcze moje widmo wiło się głęboko we mnie, skręcało, próbowało się wydostać, wydostać…
Na zasłony padł cień jakiejś postaci.
– Ktoś tu jest?
Wymieniłyśmy z Tari spanikowane spojrzenia. Błyskawicznie wgramoliłyśmy się pod stół z łokciami wciśniętymi w żebra. Tuman kurzu niebezpiecznie zbliżył nas do kaszlu. Moje widmo skręciło się ponownie.
Ktoś poruszył klamką.
– Halo?
– Ja pójdę – wyszeptała Tari. – Zostań w środku.
Złapałam ją za nadgarstek.
– Nie.
– W porządku. Udam, że mam parcha.
– I co? Nakichasz na nich?
Wywróciła oczami.
– Parch dezorientuje. Widziałam w klinice mamy.
– Zdezorientowani ludzie nie zmywają z drzwi Znaków Łowców.
– Nie? – Gwałtownie przyłożyła dłoń do czoła. Oczy miała szerokie jak spodki. – Ale proszę pana, myślałam, że to mój dom. – Jej szept unosił się i opadał w histerycznym tonie. – Ci wandale musieli przyjść w nocy!
Rzuciłam jej beznamiętne spojrzenie.
– Nikt się nie nabierze.
– No to spędzę noc w miejskim więzieniu. To będzie mój pierwszy areszt. – Uśmiechnęła się zawadiacko. – Może rodzice urządzą mi przyjęcie.
Wcale nie wyolbrzymiała. Rodzice Tari nagrodziliby ten bunt tak samo, jak mój ojciec nagrodziłby mnie za jeden dzień bez władania. Chociaż nigdy nie wytrzymałam tak długo.
Doskonale wiedziałam, że naprawdę chodziło jej o to, by gwardziści mnie tu nie złapali. Podczas gdy zbrodnia Tari zaczynała i kończyła się na progu Marge, moja zbrodnia zaczynała się wraz z moimi narodzinami.
– Szybko – rzuciła Tari. – Zanim sprowadzą ślusarza.
Odsunęła się i moja ręka trzasnęła o podłogę. Coś mnie uszczypnęło i zasyczałam. Tari się zatrzymała, a ja odwróciłam rękę.
Przeszył mnie dreszcz przerażenia.
Do mojej lepkiej ręki przyklejony był ludzki ząb.
Ostre czubki zagłębiły mi się w skórę, odkrywając różowy, mięsisty spód, gdzie dziąsło łączyło się z korzeniami. Spojrzałam jeszcze bardziej w dół i zebrało mi się na wymioty. Podłogę pokrywały ciemne i zasuszone ślady czegoś, co się rozlało.
To dlatego nie było śladów w żadnym innym miejscu. Ponieważ Marge przycupnęła właśnie tutaj, zbyt przestraszona, by zmierzyć się z Łowcami, którzy i tak ją znaleźli.
I uderzyli wystarczająco mocno, żeby wybić jej ząb.
Tari pierwsza odzyskała rezon, złapała ząb i odrzuciła go w bok z przyprawiającym o mdłości brzękiem. Na dłoni został jednak ślad – maleńkie wgłębienia, gdzie korzenie prawie przebiły skórę. Zamrugałam gwałtownie. Próbowałam nie wyobrażać sobie twarzy Łowców. Próbowałam nie zgadywać, który z nich zadał cios pozbawiający Marge zęba.
Czy zastosowali podobną przemoc wobec mojej matki, zanim ją zabili? Czy obeszliby się tak samo ze mną?
W uszach mi dzwoniło. Głosy gwardzistów zaczęły się oddalać.
– Odchodzą – oznajmiła Tari ze szklistymi oczami. – Spadajmy stąd.
Z trudem próbowałam wyrównać oddech, uspokoić szaleńczy szum widma. Następnie wybiegłyśmy przez drzwi na ulicę. Przemoczonymi ramionami obejmowałam wiadro.
Ledwie postawiłam trzy kroki, ktoś złapał mnie za ramię.
– Dobra, koniec zabawy…
Gdy się odwróciłam, gwardzista zamilknął na widok pełnego niewinności spojrzenia moich szeroko otwartych oczu. Miałam nadzieję, że nie zauważy, że drżę.
– Jakiś problem? – spytałam.
Gwardzista opuścił rękę, zaczął się jąkać.
– Lady Alissa. Nie poznałem jaśnie pani.
Przekręciłam głowę tak, by twarz rozjaśniło pierwsze światło poranka. Gwardzista był wystarczająco młody, żeby mój uśmiech zaróżowił mu policzki.
– Mam nadzieję, że nie chwytacie tak wszystkich mieszkańców. – Mój głos balansował gdzieś pomiędzy flirtem i groźbą. Głos dwórki.
Jego rumieniec jeszcze się pogłębił.
– Nie, jaśnie pani. Otrzymaliśmy informację, że ktoś niszczy miejskie mienie. – Spojrzał na ociekające drzwi Marge, w miejsce, gdzie wciąż dało się dojrzeć dwie połączone iglice Znaku Łowców, długie, ostre M z opadającym środkiem.
Ojciec powiedział mi kiedyś, że iglice reprezentują dwa bóstwa przejścia, symbol uhonorowania umarłych. Podczas mojej pierwszej wizyty na dworze zauważyłam jednak, że owe iglice odzwierciedlają dwuzębną koronę Daradonu. Nie był to więc hołd złożony bogom, ale nikczemnemu królowi trzymającemu Łowców w garści.
A mnie właśnie przyłapano na ścieraniu tych zębów.
Chwyciłam pewniej wiadro. Brodę miałam uniesioną.
– Chodzi o mnie.
Gwardzista spojrzał na Tari i zmrużył oczy na widok jej garbowanej kamizelki.
– Jaśnie pani jest pewna?
Zacisnęłam zęby. To ja __ trzymałam wiadro. To moje __ ubrania były przemoczone od farby i wody. Ale to na piersi Tari dumnie błyszczała przypinka kwiatu lotosu – kwiatu narodowego Bormii – więc to ją wolał oskarżyć.
Bormian zawsze oskarżało się o stronniczość.
– Jak się nazywasz? – spytałam, próbując ukryć kąśliwy ton.
Gwardzista się wyprostował.
– Byron, jaśnie pani.
– Byron. – Imiona mają moc. Wypowiedziałam jego imię tak, jakbym nigdy nie miała go zapomnieć. – Jesteś nowy?
– Tak, jaśnie pani. Zanim trafiłem do Vereen, szkoliłem się w gwardii królewskiej.
_Z_ gwardią królewską mogłam sobie poradzić.
– Byronie, wybacz, proszę, mojemu ojcu. Powinien był powiadomić straż, że tu będę. Z pewnością umknęło mu to przez te wszystkie przygotowania do dzisiejszego balu.
Byron się zafrasował.
– To był pomysł lorda Herona?
– Dziś zaczyna się Sezon Róż. Mieszkańcy całego królestwa przybyli do Vereen, żeby ujrzeć nasze słynne rękodzieło. – Nachyliłam się bliżej, aby konfidencjonalnie przekazać sekret. – Ta ulica jest bardzo blisko targu. Nie chcemy zniechęcać kupujących. – Ponieważ Byron wciąż wyglądał na nieprzekonanego, skrzywiłam się i skinęłam na drzwi Marge. – I zdecydowanie nie chcemy, aby kojarzono nas z nimi.
Mdliło mnie od tych słów. Od tego, jak wyraz twarzy Byrona złagodniał ze zrozumieniem. Nikt jednak nie kwestionował okrucieństwa tak, jak kwestionowano dobroć.
– Mój ojciec nie chciał przyciągać uwagi – oznajmiłam, wyciągając broń ostateczną. – Będzie zażenowany na wieść, że odciągnęłam cię od stanowiska w tak ważny dzień.
Strzał w dziesiątkę. Skoro Byron szkolił się w pałacu, z pewnością widział, jak karano członków gwardii królewskiej za niedopatrzenia. Vereen to jednak nie stolica, ale Byron tego nie wiedział. Natomiast opuszczenie stanowiska w celu zagadywania jaśnie pani Vereen to niedopatrzenie godne medalu.
Gwardzista przełknął ślinę. Wyglądał tak słabo, że prawie zrobiło mi się go żal. Następnie odezwał się, jakby to on __ robił przysługę mnie:
– Oczywiście, jaśnie pani, proszę się tym nie kłopotać. Nie wspomnę nic jego lordowskiej mości.
Odmaszerował, a mnie momentalnie zniknął z ust sztuczny uśmiech.
– Jak ty to robisz? – wymamrotała Tari w chwili, gdy zauważyłam ruch w domu po drugiej stronie ulicy. Zasłony zafurkotały, kryjąc pośpiesznie wycofującą się Lidię.
– Lidia na nas doniosła – stwierdziłam beznamiętnie. Lidia i Marge były najlepszymi przyjaciółkami, tak jak ja z Tari. Teraz Lidia nawet nie pozwoli, by drzwi Marge pozostały nieoznaczone.
Ze wszystkich tchórzy z tej ulicy Lidia była najgorsza.
– Boi się – powiedziała Tari. – Wszyscy __ się boją. To nie znaczy, że ich nic nie obchodzi.
Zamierzałam ją zakrzyczeć. Kulenie się pod stołem, szarpnięcie za ramię, dotyk zęba odrywającego się od dziąsła – to był strach.
Powstrzymałam się jednak. Tari nie miała widma. Nie rozumiała, co to znaczy naprawdę się bać. Mogła mnie wspierać, martwić się o mnie, ale byłam sama w doświadczaniu ciągłego lęku, że Łowcy w każdej chwili mogą mnie zgładzić. Gdyby odkryli moje widmo, nie przymknęliby na nie oczu, z pewnością nie zostałabym oszczędzona.
W końcu linia rodu Łowców musi pozostać nieskażona.
A ja byłam cierniem w ich drzewie rodowym.ROZDZIAŁ 2
Wracałam do domu bocznymi uliczkami, unikając targowej krzątaniny i zamieszania, uchylając się na każdym rogu, jak przystało na prawdziwą kryminalistkę. Chociaż Byron połknął moją paskudną wymówkę, to Lidia wszystko widziała. Moje parujące wzburzenie stygło w zwątpienie.
Ojciec zawsze mnie uczył, żeby _nigdy nie pokazywać swojej mocy. Nigdy nie dawać innym powodu, by spoglądali_ __ _w_ _twoją stronę_. A co ja zrobiłam? Otwarcie dopuściłam się wandalizmu Znaku Łowców, po czym w niewytłumaczalny sposób pokonałam zamknięte drzwi. Równie dobrze mogłam machać nad głową banerem z napisem „Szczęśliwego Sezonu Róż!”
To było głupie. Lekkomyślne. Jednak pomimo mojego kotłującego się niepokoju wiedziałam, że to, co zrobiłam, było słuszne.
Niektórzy wierzyli, że Łowcy pochodzą od legendarnych i starożytnych Czarotwórców, jedynych stworzeń, które były w stanie wywęszyć u kogoś moc niczym psy myśliwskie, a nawet ujarzmić niektóre jej formy, by stworzyć niezniszczalne przedmioty.
Mój ojciec znał prawdę. Jego zmarła matka, która sama była Łowczynią, wżeniła się w szlachtę, a jego odziedziczony tytuł uratował go przed koniecznością zabijania Widmowładnych razem z resztą rozległej rodziny Capewellów. Chociaż ojciec stał się przez to pośród nich zarówno wyrzutkiem, pogardzanym, jak i tym, któremu zazdroszczono, to i tak się dowiedział, jak Łowcy odnajdywali swoje cele. W rodzinie nie było ani kropli krwi Czarotwórców, ale w naszym posiadaniu znajdował się magiczny kompas.
Kompas wskazujący Widmowładnych, oddzielający ich od Całozrodzonych niczym plewy od ziarna.
Sam koncept takiego przedmiotu od zawsze mnie przerażał – ale nawet jeszcze bardziej od czasu wzmożenia Łowów. Czy ten nagły wzrost zrodził się z wypełnianej sadyzmem nudy, czy też zlecony został przez młodego króla, który chciał tym samym umocnić swoją pozycję? A co najważniejsze: czy miało się to kiedyś zmienić?
Błagałam ojca, żeby zdobył od Capewellów odpowiedzi, ale wyglądał na tak zaniepokojonego, że porzuciłam temat.
A teraz Marge nie żyła. Zaszlachtowana przez tych samych ludzi, którzy wysłali mojemu ojcu przedwczesne kondolencje, gdy jako dziecko zachorowałam na siną gorączkę. Tych samych, którzy rozmawiali z nim, jakby nie był godny wypełniać nawet połowy miejsca, które zajmował.
Ojciec tolerował Capewellów tylko po to, by nie spoglądali w moją stronę. Wierzył, że bez powodu nie użyliby kompasu wobec członków własnej rodziny.
Jeśli jednak przetrwałam tak długo wyłącznie z powodu szczęśliwego zrządzenia koneksji rodzinnych… to jak mogłam nie __ wykorzystać swego czasu do zmycia tego nienawistnego znaku z drzwi Marge?
Rdzawa woda zasychała mi sztywno na bluzce, gdy wpadłam do holu. Czułam zapach biszkoptów sezamowych, które ojciec opiekał każdego poranka. Chociaż Sezon Róż zaabsorbował resztę Vereen, nasza obsługa wiedziała, żeby majątek był strefą wolną od róż. Nie wiedziała jednak, dlaczego __ zwymiotowałam zeszłej wiosny, gdy nowa służąca ustawiła w moich komnatach wazon.
Do dziś nie wyjaśniłam przyczyn tej awersji. Nie miałam zamiaru opowiadać o mrocznych miesiącach, gdy odmawiałam opuszczenia moich komnat, a pokojówki umieszczały mi pod drzwiami świeżo upieczony chleb, by zapach zachęcił mnie do jedzenia. Tylko Amarie wiedziała o starym wspomnieniu o zapachu róży, z którym nie potrafiłam się zmierzyć. Jako że była zarządczynią domu i jedyną z obsługi, która z nami mieszkała, wyłącznie jej mój ojciec powierzał każdą tajemnicę.
Była również jedyną osobą, która rugała mnie jak dziecko.
– Wiem, wiem. – Wzdrygnęłam się na widok brudu, który wniosłam do domu, gdy pośpieszyła w moją stronę. Jej płowe włosy podskakiwały w koku. – Posprzątam…
– Wyjdź – odparła z sykiem i przegoniła mnie w stronę drzwi.
Szerokie schody zaskrzypiały i cofnęłam się. Ojciec o tej porze powinien być w swym gabinecie.
Dłoń miałam na klamce, gdy usłyszałam:
– Alissa.
Poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż w brzuch.
Nie widziałam Garreta od czasu wzmożenia łowów i nie czułam się gotowa na to spotkanie. Byłam zbyt zmęczona. Wiedziałam jednak doskonale, że gdy się odwróciłam, to pomimo woni octu, od której śmierdziałam jak mięso w marynacie, sprawiałam wrażenie równie opanowanej i zdystansowanej jak schodzący po schodach chłopak.
_Już nie chłopak_, przypomniałam sobie. Garret Shaw w swej czarnej kamizelce, marynarce i skórzanych, wypastowanych na połysk butach wyglądał dokładnie jak Capewell, którym obiecywał się nie stać. Długie kończyny i wygładzone krawędzie. Mocno opalona, ogolona skóra. Jedyną oznaką młodości była blizna sprzed ośmiu lat, przecinająca brew niczym pęknięcie maski, pamiątka po uderzeniu głową o klamkę w noc, gdy zwędziliśmy mojemu ojcu brandy.
Nie cierpiałam tej blizny bardziej niż jakiejkolwiek innej części Garreta. Zawsze przypominała mi, jak bardzo śmialiśmy się tamtej nocy.
– Co tu robisz? – spytałam, odruchowo szukając wzrokiem broni, jaką nosił pod swymi wspaniałymi szatami. Broni, której jeszcze wobec mnie nie użył. Był bowiem jedynym Łowcą, który nie potrzebowałby kompasu, by wiedzieć, czym byłam.
Popełniłam kiedyś ten błąd i wyznałam mu prawdę.
– Miałem sprawę do załatwienia z twoim ojcem. – Garret zszedł z ostatniego schodka i przyjrzał mi się uważnie. Owa ciemna brew uniosła się w opanowanym rozbawieniu. – Pływałaś?
– Malowałam.
– Przecież nie malujesz.
Nie. Mój ojciec tworzył sztukę wzdłuż mahoniowych ścian za pomocą farb barwnych jak pawie pióra, ale ja ledwie byłam w stanie narysować jabłko.
– A ty nie masz spraw z moim ojcem – zripostowałam.
Uśmiech zszedł mu z twarzy. Choć Capewellowie zaniechali już namawiania ojca, by dołączył do Łowców, zwykli to robić, dla samego faktu posiadania go – w końcu rządzącego pana – w swoich szeregach. Ojciec zawsze dawał tę samą odpowiedź: nie.
Garret zwrócił się do Amarie, która na zmianę nerwowo patrzyła to na mnie, to na Garreta.
– Daj znać, jeśli Heron zmieni zdanie. Przed __ dzisiejszym balem.
– Amarie nie jest twoją służącą – powiedziałam.
– To nie był rozkaz. – Garret uśmiechnął się słabo. – Tylko prośba.
Przysunął się do mnie. Zatrzask stalowej bransolety zalśnił w słońcu. Nawet po siedmiu latach wciąż przechodziły mnie ciarki na widok dowodu jego przysięgi.
Chociaż daradońskie prawo na nie zezwalało, to jednak bransolety przysięgi uznawane były za archaiczne. Służyły jako kajdany, które mogła ściągnąć jedynie osoba, której złożyło się przysięgę. A jeśli składający przysięgę bez pozwolenia złamał ją lub samą bransoletę, prawo nakazywało obcięcie ręki w nadgarstku.
Garret był jedynym Łowcą, który nosił taką bransoletę. Zapewne dlatego, że był jedynym Łowcą, który nie urodził się do tej roli.
Jego biologiczni rodzice zostali zabici podczas Powstania Starlingów, gdy zbuntowani Widmowładni zaatakowali Całozrodzonych w strasznej próbie wyrównania liczby ofiar przemocy. Wray Capewell, kuzyn mojego ojca, dobrze znał rodziców Garreta i wychował ich osierocone dziecko w rodzinie Łowców, traktując Garreta nie gorzej – a z pewnością nie lepiej – od wielu młodych Capewellów pałętających się po Rezydencji Capewellów.
Garret stał teraz przede mną. Zhardział w ciągu ostatnich siedmiu lat pod wpływem Łowców, można to było wyczytać z jego zimnego spojrzenia.
Zamiast mnie wybrał Łowców.
Nie cofnęłam się, gdy sięgnął przeze mnie po klamkę. Następnie, ponieważ wciąż czułam fantomowy ślad zęba Marge, a jednocześnie chciałam zadręczać się kolejnym powodem, by pogardzać Garretem, spytałam:
– Byłeś ostatnio w mieście?
Garret zatrzymał się z wyciągniętą za mną ręką i surową twarzą ledwie centymetry od mojej. Jego ciepły oddech musnął mi policzek, gdy ze zmrużonymi oczami odpowiedział:
– Nie byłem od wielu tygodni.
Nuta zmieszania sprawiła, że mu uwierzyłam. I chociaż ta odpowiedź nie zmieniła niczego między nami, chociaż zabił niezliczoną liczbę Widmowładnych, to poczułam ulgę, że to nie on zabił moją przyjaciółkę.
Spojrzał na mnie z góry i spięłam się, gdy jego spojrzenie wylądowało na moich zabarwionych na czerwono palcach.
– Uważaj, żeby nikt cię nie zobaczył – przemówił ostrożnie. – Gdy… malujesz.
Patrzyłam na niego spode łba, gdy przemknął obok, i nitką widma zatrzasnęłam za nim drzwi.
– Dostaniesz wysypki – wymamrotałam na szczycie wielkich schodów. Żar i mgła perfum zacieśniały się wokół mnie.
Ojciec drapał się po piersi przez całą godzinną podróż do stołecznego miasta Henthorn. Nie mogłam go winić. Wizyty w mieście wystawiały na próbę nerwy nas obojga. Ojciec jednak swojego niepokoju nie ukrywał.
A dworzanom nic nie umykało.
Kręcili się poniżej w morzu atłasu. Muzyka i śmiech płynęły równie swobodnie jak wino musujące. Róże owijały się wokół marmurowych filarów i wybuchały kolorami niczym wrzody pomiędzy sklepionymi przejściami. Ich płatki sączyły się ponad królewskim tronem. Ponad podestem lśniły srebrne symbole reprezentujące pięć prowincji Daradonu: karp Avanfordu, łodyga pszenicy z Creak, miecz żołnierzy z Parrey, księga uczonych z Dawningu i, pomiędzy nimi, zdobiony pierścień rzemieślników z Vereen.
– Przynajmniej mają ciastka cytrynowe. – Skinęłam w stronę stołu z deserami, gdzie słodzone tarty, kąpane w brandy śliwki i pokryte masą pistacjową trufle wypadały z ciastowego rogu obfitości. Ciastka cytrynowe, mój ulubiony deser, były najnowszym dodatkiem i zwykle można je znaleźć jedynie w vereeńskich piekarniach. – Jak potworna może być noc z ciastkiem cytrynowym w ręku?
– Nie kuś bogów – burknął ojciec.
– Bogów nie obchodzą ciastka cytrynowe. A teraz przestań się drapać i ciesz się, że nie wyglądasz, jakbyś pasował na talerz obok __ ciastek cytrynowych.
Ojciec spojrzał na mnie i się wzdrygnął. Ubrałam się dziś na henthorską modę: nisko z moich ramion zwisały bufiaste różowe rękawy, a poniżej opiętej gorsetem talii rozkładała się spódnica uszyta z obszernych warstw atłasu. Wyglądałam jak chodząca beza – a moje zamaszyste uczesanie przypominało rożek polewy czekoladowej wylanej na wykończenie.
– Nie musiałaś tego ubierać – rzucił.
– I ominąć możliwość potykania się o spódnicę w drodze na parkiet? Mam nadzieję, że zniszczę kilka dekoracji.
Ojciec w rozbawieniu ledwie poruszył ustami. Zdawał się dziś wyjątkowo niespokojny. Sezon Róż jawił się na dworze jako doroczny sezon towarzyski, podczas którego szlachta dawała upust potrzebie plotkowania, zabawy i ciężkostrawnego jedzenia, by przehibernować zimniejsze miesiące. Zwyczaj ten pochodził od bardziej formalnej tradycji, która wciąż miała się dobrze.
Każdy szlachcic i każda szlachcianka z okazji swoich osiemnastych urodzin brali udział w ceremonii zamknięcia i składali przysięgę lojalności wobec urzędującego monarchy. Choć obecność była wymagana jedynie podczas pierwszego i ostatniego wieczoru, osiemnastoletnich szlachciców i szlachcianki zachęcano – nie, oczekiwano od nich, by podczas pierwszego pobytu na dworze spędzili sześć tygodni zakończonych właśnie ceremonią.
A ten rok był moim osiemnastym.
Powiedziałam ojcu, że jestem w stanie wytrzymać na dworze przez sześć tygodni, ale był niewzruszony. Wysłanie widmowładnej córki, by mieszkała w pałacu, było niczym posłanie łani do wilczej jamy. Ojciec odetchnie dopiero, gdy tygodnie Sezonu Róż dobiegną końca.
Dzisiaj jednak, gdy świętowanie było w pełnym rozkwicie, ojciec prawie przepocił płaszcz.
Chwyciłam i ścisnęłam jego lepką dłoń.
– Plecy proste. Broda wysoko. I na miłosiernych bogów, nie zadawaj się z pijanym Rupertem. W zeszłym roku tak odetchnął przy świecy, że osmalił mi brwi.
Ojciec uśmiechnął się na to słabo. Na moment dotknął mojego policzka.
– Cóż bym bez ciebie zrobił, moja córeczko?
Poczułam nagłe ukłucie winy. Gdyby ujrzał lekko czerwone zabarwienie moich paznokci, od razu by się załamał.
Odwzajemniłam nieco wymuszony uśmiech i zeszłam po schodach u jego boku. Tym samym na białą tacę parkietu dołączyła kolejna beza. Od smrodu róż zrobiło mi się niedobrze i przysunęłam sobie do nosa nadgarstek wyperfumowany zapachem cytrusów i lawendy. Sztuczki tej nauczyła mnie Tari, która z kolei poznała ją w klinice matki. Jak zwykle zrobiło mi się po tym lepiej.
Mdłości wróciły jednak ze zdwojoną siłą, gdy zauważyłam należące do Briar Capewell włosy w odcieniu słomy, przemykające przez tłum.
Ojciec subtelnie ustawił się między nami.
Briar była jego kuzynką ze strony matki. Podczas gdy wraz z ojcem odziedziczyłam większość cech wyglądu ze strony Paine’ów, jak mocne brwi, oliwkową karnację, ciemne rzęsy okalające smutne, migdałowobrązowe oczy, Briar z kolei wyglądała jak posąg w kremowo-złotych barwach. Dziś jednak jej wysokie kości policzkowe płonęły gniewną czerwienią. Krzyżujące się ramiączka brzoskwiniowej sukni przesuwały się z każdym gwałtownym krokiem, grożąc odsłonięciem wytatuowanego na jej piersi Znaku Łowców.
Prowokująca kreacja.
Korona zabroniła Łowcom ujawniania prawdziwych tożsamości, twierdząc, że anonimowi kaci będą siać większy strach, jednak Briar Capewell, głowa rodziny Łowców, gardziła bezsilnością anonimowości. Była wcielonym koszmarem, gdy stała nad ciałem Widmowładnego w masce Łowców.
Gdy stała pośród szlachty w stroju kupieckim, wyglądała jak ludzka wersja cytryny.
– Heronie, wiesz, że statek przybił dziś rano? – spytała, zatrzymując się przed nami.
– Dzień dobry i tobie – wymamrotał ojciec.
– Przygotowano komnaty ambasadorskie. – Zaśmiała się szorstko. – Powinni byli przygotować loch.
Zmarszczyłam brwi.
– Przybył ambasador? – spytałam ojca.
Zawahał się. Zdawał się dziwnie nieskory do rozmowy przy mnie.
– Jego Wysokość gości z okazji Sezonu Róż ambasadora Ansory – oznajmiła Briar.
Musiałam powstrzymywać się przed okazaniem emocji. Ansora, rządzone przez Widmowładnych imperium po drugiej stronie morza, zawsze zdawało się iluzją migoczącą na zachodnim krańcu mapy. Choć konflikt toczący się z sąsiednim królestwem Orrenu praktycznie uniemożliwił żeglugę, ansorański kraj prosperował, jeśli idzie o kulturę i koniunkturę. Była to bezpieczna przystań zarówno dla Widmowładnych, jak i Całozrodzonych.
I jeden z ich ambasadorów tu przybył?
– Król powinien był odmówić – stwierdziła Briar, przebijając tym samym moją wizję niczym mydlaną bańkę. – Czy nie zdaje sobie sprawy z ryzyka? – W nietypowy dla siebie sposób zaczęła skubać skórkę przy paznokciu. – Jesteś rządzącym panem. Jaki sens mieć wpływy na dworze i ich nie używać?
– Nie jestem zainteresowany wpływaniem na polityczne decyzje naszego monarchy – odparł ojciec.
Briar zacisnęła usta.
– Jakiś Widmowładny będzie się tu pałętać. A co, jeśli położy swoje łapska na twojej uroczej córce?
Ojciec się spiął, ale widmo zaczęło już się we mnie burzyć. Nic dziwnego, że Briar wyglądała na tak zmartwioną.
– Ambasador jest Widmowładnym? – spytałam, pozbawiona tchu. – To potwierdzone?
– Nie. – Ojciec odpowiedział głosem jeszcze bardziej pozbawionym emocji niż jego wyraz twarzy.
Pewnie dlatego zachował te wieści dla siebie. Chciał uniknąć wzbudzenia mojego zainteresowania, nadziei. Zdecydowanie wiedział, jak pragnęłam poznać innego Widmowładnego.
I wiedział, jak bardzo byłoby to niebezpieczne.
– Wiemy tylko – kontynuował – że Ansoranie wystosowali prośbę o zaproszenie na tegoroczny Sezon Róż. Ich cesarzowa znana jest z wyjątkowej zaciekłości, jeśli się ją obrazi, i nasz król postanowił podtrzymać międzynarodowe relacje.
– Ze ścierwem_?_ – wypluła Briar.
Ojciec wzdrygnął się i ja prawie też. Sposób, w jaki większość ludzi wypowiadała słowo „Widmowładny”, __ zwykle był już wystarczająco obraźliwy. Wyobraziłam sobie teraz Briar plującą słowem „ścierwo” w Marge i musiałam głęboko odetchnąć, by uspokoić wewnętrzny tumult.
Widmo miało być naturalnym przedłużeniem fizjologii Widmowładnego – kumulacja mocy nie tylko zarządzanej przez zamiary, ale również głęboko dostrojone do podświadomości. Do najbardziej pierwotnych i instynktownych impulsów.
To tłumaczyło, dlaczego w tej chwili widmo kibicowało mojej chęci szarpania Briar za włosy.
– Zakładam, że zna pani ścierwo lepiej niż ktokolwiek inny – powiedziałam, czując żar na karku – po tak wielu latach żerowania na dworze.
– Alissa – upomniał mnie ojciec, wchodząc pomiędzy nas. Prowokowanie Łowczyni było dokładnie tym, czego nie powinnam __ robić.
Ale w swym wzburzeniu Briar zdawała się nawet nieco rozbawiona.
– Język twojej córki wyostrza się z każdym rokiem, Heronie. Powinieneś ją trenować, żeby zostawał w tej pięknej buźce, bo może wpędzić ją w kłopoty. – Uśmiechnęła się do mnie i oto ona, jedyna tajemnica, jaką dzieliłyśmy, kapiąca niczym kwas w ciszę.
Był to dokładnie ten sam uśmiech, którym obdarzyła mnie dziesięć lat temu, zaraz po tym, jak mnie spoliczkowała.
Za bardzo jej się wtedy bałam, żeby powiedzieć ojcu, co zrobiła. Ale nie była już największym potworem, jakiego znałam.
Otworzyłam usta, ale ojciec przemówił szybciej. Spojrzenie miał zacięte.
– Cicho, Briar.
Zaskoczyło mnie to. Pierś zaczęła mi rozpierać duma. Ojciec nigdy nie ryzykował obrony siebie przed Łowcami, ale mnie bronił zawsze.
Briar spojrzała na srebrną broszkę ojca, obręcz reprezentująca kwitnącą wiśnię, było to godło Paine’ów. Na królewskim dworze biżuteria informowała o statusie. Z każdego rogu pobłyskiwały rubiny, pod kryształowymi żyrandolami migotały szmaragdy, z moich uszu opuszczały się różowe diamenty. I podczas gdy broszka ojca skrzyła się ciemnoniebieskimi kserylitami – kamieniami szlachetnymi występującymi w Vereen – to jedyną ozdobą Briar był Znak Łowców na jej sercu. Tatuaż, którego nie pozwalano jej odkrywać.
Jej policzki znów zapłonęły wściekłą, pełną odrazy czerwienią.
– Mój panie – ustąpiła szyderczo. Cała jej twarz się ściągnęła jakby od nieprzyjemnego smaku. Zaiste, ludzki odpowiednik cytryny.
Ojciec zwrócił się do mnie z ponurym spojrzeniem.
– Idź poszukać Carmen.
Odeszłam, piorunując wzrokiem Briar. Bal trwał w najlepsze, ja jednak nie poszłam szukać koleżanki. Zaczęłam przyglądać się strojom w poszukiwaniu wschodzącego słońca, insygniów Anory.
Musiałam odnaleźć ambasadora.
Nie zamierzałam tu wrócić do ostatniej nocy Sezonu Róż i do tego czasu ambasador mógł już odpłynąć. Nie mogłam stracić jedynej szansy na poznanie innego Widmowładnego. Oczywiście nie zamierzałam się ujawniać. Mimo obaw ojca nie byłam aż tak __ lekkomyślna. Może po prostu sama świadomość widma innego Widmowładnego wystarczy – to więcej, niż miałam z Marge.
Przyśpieszyłam, robiłam się roztrzepana z wyczekiwania, i nagle lord Rupert z Creak ucałował moje knykcie, łaskocząc przy tym wąsami, i zaczął rozwodzić się na temat winnicy, którą nabył w Avanfordzie.
– Nie może być. – Zmarszczyłam nos. – Avanfordzkie wino jest okropnie kwaśne.
– Kwaśne? – Rupert poprawił monokl. – Fiona je uwielbiała, bogowie miejcie ją w opiece!
Skrzywiłam się w duchu na wspomnienie zmarłej żony mojego ojca, creakijskiej szlachcianki, której nigdy nie poznałam, ale której imienia nadużywałam z każdym oddechem. Śmierć lady Fiony nastąpiła tak krótko po moim urodzeniu, że ojciec był w stanie przedstawić ją światu jako moją matkę bez wzbudzania podejrzeń. Gdyby szlachta odkryła, że tak naprawdę jestem bękartem z sekretnego romansu ojca, domagałaby się odebrania mi tytułu.
A jeśli dowiedzieliby się, że moja prawdziwa matka była Widmowładną, to domagaliby się mojej śmierci.
– Jeszcze zrobię z ciebie koneserkę, moja droga – kontynuował Rupert. – Wyślę ci skrzynkę na próbę. Zmienisz zdanie.
Nastroszył się, jakby właśnie wygrał jakiś spór. Czmychnęłam czym prędzej, gdy podszedł do niego jakiś parryjski kupiec z intencją pozbycia się skrzynki rumu.
Po dalszych dwudziestu minutach poszukiwań oparłam się o stół z deserami i jednym haustem wypiłam kieliszek musującego wina. Podniosłam kolejny, przyglądając się zgromadzonym, gdy odezwał się znany mi głos.
– Nie ma go tu.
Ręka z kieliszkiem nieco mi opadła. Garret podszedł do mnie.
– Ambasadora – doprecyzował, świadomym spojrzeniem lustrując moją twarz. – Pojawi się jutro.
Nadzieja odpłynęła ze mnie tak szybko, jak się pojawiła. Poczułam się pusta.
– To twój osiemnasty rok. – Garret oparł się o stół i poprawił brunatne spinki do koszuli. – Na pewno poznasz go podczas swojego pobytu.
– Nie zostanę na dworze w tym roku – odparłam, zaskoczona rozgoryczeniem w swoim głosie. Bardziej nawet faktem, że nie było ono wymierzone w Garreta.
Zdawałam sobie sprawę, że z każdym władaniem dodawałam ojcu kolejną zmarszczkę na czole, barwiłam kolejne włosy na siwo. I ponieważ władanie było najbardziej egoistyczną rzeczą, której nie byłam w stanie zaprzestać, próbowałam dogadzać ojcu we wszystkim innym. Nie naciskałam, by przyjął do wiadomości wzmożenie łowów, nie naciskałam, by opowiadał o mojej prawdziwej matce, nie naciskałam nawet, by pozwolił mi zostać na dworze królewskim z okazji mojego osiemnastego roku.
Ale gdy zgodziłam się zostać w domu, nie miałam pojęcia, że odmawia mi tym samym spotkania innego Widmowładnego.
– Szkoda. – Słaby i autentyczny uśmiech Garreta przeszył mi żebra, zdawał się sprawiać, że jego twarz wyglądała na łagodniejszą. Młodszą. – Widziałem, jaki numer wywinęłaś Rupertowi.
To Carmen, księżniczka Daradonu, nauczyła mnie, jak czarować Ruperta, by wysyłał mi prezenty. A potem nauczyłam się, jak dostawać cokolwiek od kogokolwiek.
Nigdy nie proś o to, czego naprawdę chcesz. Poczekaj, aż dostaniesz to za darmo.
– Zawsze tu rozkwitałaś – stwierdził Garret. – To twoje rzemiosło.
Spięłam się w oczekiwaniu na obelgę. Pozostawił jednak ten komplement bez dalszych komentarzy, jako niewidzialną rękę sięgającą ponad przepaścią między nami.
Wyprostowałam się nieco. Odrzuciłam tę niewidzialną rękę.
– Tak to już jest, jeśli rodzisz się w rodzinie szlacheckiej.
– Powiedz to ojcu. – Skinął w stronę ciemnej alkowy i cała zesztywniałam. Ojciec zwykle spędzał tego rodzaju bale gdzieś na uboczu z Jacombami z Dawningu, jego najbliższymi znajomymi z dworu. Tego wieczoru wciąż jednak wysłuchiwał tyrady Briar. Zapewne była to cena za zamknięcie jej ust w zasięgu słuchu szlachty.
Moje widmo się skręcało. Z kolejnym wydechem pozwoliłam mu przebić się przez skórę. Rozwinęłam szpulę nici po chłodnej, marmurowej podłodze z uczuciem satysfakcjonującego rozluźnienia wewnątrz ciała. Następnie wsunęłam je pod but jakiegoś szlachcica, który od tego się zachwiał i runął prosto na Briar.
Zaśmiałam się pod nosem.
Garret złapał mnie za ramię. Po jego niedawnym uśmiechu nie było śladu.
– Nie rób tego.
– Czego? – Wyszarpnęłam się z niewinną miną. – Nic nie poradzę, że jest bardziej skwaszona niż zwykle. Ale dziwię się, że ma czas grymasić na ambasadora, gdy jest tak zajęta nocnymi wypadami. – Przemawiało przeze mnie rozgoryczenie. – Dziesięć łowów w dwa miesiące z pewnością człowieka zmęczy.
_–_ Mów ciszej.
Gdy Briar próbowała wydostać się spod ciężaru szlachcica, przypomniałam sobie jej wcześniejsze zacięte, zdeterminowane spojrzenie. I zrozumiałam, co oznaczało.
– Och – odetchnęłam z ponurym uśmiechem. – Nie mów mi, że lider królewskich Łowców boi się jednej małej Widmowładnej.
Garret sięgnął po moje wino.
– Chyba wypiłaś już dość.
Odsunęłam się.
– Chyba nie będziesz mi mówić, co mam zrobić.
Gdy się odwracałam, Garret chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął ku sobie. Zabrakło mi tchu, gdy zbliżyłam się do niego. Bąbelki wina zatańczyły nam na palcach.
– To dla ciebie zabawa? – wysyczał. Napierał na mnie spojrzeniem, przez co cała zesztywniałam. – Sprawdzasz, jak dalece możesz sobie pozwolić, zanim…
– Zanim co? – wysyczałam.
Zacisnął mi dłoń na nadgarstku.
Czekałam, aż powie: _Zanim cię wydam. Zanim zdecyduję, że nie warto trzymać cię przy życiu._
Widmo się uniosło, byłam bliska smagnięcia Garreta, gdy raptownie uwolnił moją dłoń i spuścił wzrok. Moim oczom ukazała się ufryzowana blond głowa, na której widok widmo znacznie się skurczyło.
Jego Wysokość Król Erik Vard z Daradonu spytał:
– Lady Alisso, czy mogę prosić o ten taniec?