Sfiołkowałam - ebook
„Sfiołkowałam” to opowieść o dzikim ogrodzie, który staje się azylem dla ludzi szukających oddechu. Ofelia, zagubiona w swoim chaosie, odnajduje wsparcie w Felixie i we wspólnocie, która rodzi się z drobnych gestów. To historia o czułości, akceptacji i o tym, że każdy może zakwitnąć po swojemu.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-327-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
__
_Sfiołkowałam_
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Sfiołkowałam…_
__
_W moim ogrodzie to ja,_
_Kwiaty tam podlewam._
_Trochę krzywo, trochę dziko,_
_Ale przynajmniej coś na żywo._
_Ty nie pytasz, co jest grane,_
_Tylko bierzesz konewkę w dłoń_
_I z uśmiechem całkiem szczerym_
_Mówisz: „Dobra, będzie plon”._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem…_
__
_Inni chcą tu mieć porządek,_
_Równo przycięty każdy krzak._
_U mnie dżungla, pełna przygód,_
_I przypadkiem rośnie mak._
_Ty się śmiejesz, patrzysz na mnie,_
_Jakbym była ogrodem snów._
_Trochę chwastów, trochę magii_
_I za dużo dziwnych słów._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem._
__
_Czasem wiatr mi wszystko miesza,_
_Czasem burza zrobi show._
_Ja już nie wiem, co tu rośnie,_
_Ale Ty wiesz chyba to._
_Bo gdy gubię się we własnym_
_Zarośniętym trochę „ja”,_
_Ty prostujesz ścieżki cicho_
_I mówisz: „To dalej gra”._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Nana na na na, nana na na na,_
_Nana na na na, nana na na na…_
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem._
_Nana na na na, nana na na na,_
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie._
_Nana na na na, nana na na na,_
_Nana na na na, nana na na na,_
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie._
_Na na na na na, na na na na na._Rozdział 1 — Ogród, który nie powinien istnieć
Nie był to ogród z katalogów — tych błyszczących, w których każdy krzew stoi jak żołnierz na paradzie. Nie był też ogrodem z poradników, gdzie wszystko ma swoje miejsce, a miejsce ma swoje przeznaczenie. To był ogród jej. Dziki, krzywy, czasem śmieszny, a czasem wzruszający. Pełen roślin, które rosły tam tylko dlatego, że miały na to ochotę.
Wstawała wcześnie, zanim miasto zaczynało mruczeć. Zakładała stare, poplamione ogrodniczki i wychodziła na zewnątrz, gdzie czekał na nią jej mały świat. Podlewała kwiaty trochę niezdarnie — trochę za dużo, trochę za mało. Ale zawsze z sercem.
— No, moje kochane — mruczała do roślin — rośnijcie, jak chcecie. Ja się nie wtrącam.
I wtedy, pewnego dnia, pojawił się on.Rozdział 2 — Ogrodnik ze złotym wąsem
Nie wiedziała, skąd przyszedł. Może z sąsiedztwa, może z innego wymiaru. Miał wąs, który połyskiwał w słońcu jak złota nitka. Miał oczy, które patrzyły tak, jakby widziały więcej niż inni. I miał uśmiech — ten szczery, nieprzyzwoicie spokojny.
Podszedł do niej, gdy stała nad konewką, zastanawiając się, czy podlewa kwiaty, czy własne myśli.
— Mogę? — zapytał, biorąc konewkę z jej dłoni, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
— Ale… ja nie wiem, co tu rośnie — przyznała, trochę zawstydzona.
— To nic. Będzie plon — odpowiedział.
Tak po prostu. Bez oceny, bez śmiechu, bez poprawiania jej błędów. I wtedy to się stało. Sfiołkowała. Nie zakochała się, nie zauroczyła. Sfiołkowała — jakby w jej głowie zakwitł nagle fioletowy kwiat, który pachniał dziwnie, słodko i trochę niepokojąco.Rozdział 5 — Burza, która miesza wszystko
Pewnego dnia przyszła burza. Nie taka zwykła, z deszczem i błyskawicami. Burza w niej. Myśli się poplątały, emocje zaczęły krzyczeć. Wątpliwości rosły jak chwasty po deszczu. Nie wiedziała, co robić, co czuje i czy jej ogród ma jeszcze jakikolwiek sens. Stała pośrodku zarośniętego „ja”, zagubiona jak dziecko.
I wtedy on znów się pojawił.
— Chodź — powiedział cicho. — Pokażę Ci ścieżkę.
Nie naprawiał jej. Nie mówił, że przesadza. Nie próbował jej zmieniać. Po prostu był.Rozdział 11 — Listy z ziemi
Ofelia znalazła pierwszy list w miejscu, które zwykle było tylko przejściem: między furtką a skrzynką na listy, między chodnikiem a jej małym światem. Koperta była zmięta, papier cienki, pismo drobne i niepewne — ktoś pisał wolno, jakby każde słowo kosztowało. Na froncie, zamiast adresu, ktoś napisał tylko: _Dla ogrodu_.
W środku były trzy zdania: _Przechodzę tędy codziennie. Siadam na ławce i patrzę. Dziękuję, że to miejsce istnieje._ Pod spodem mały rysunek — dwa kółka, które mogły być oczami, i linia, która mogła być uśmiechem.
Ofelia stała z tą kartką w dłoni i nagle poczuła, że ogród nie jest już tylko jej prywatnym chaosem. Ktoś widział to, co ona widziała w porannym świetle: nieporządek, ale też coś, co trzymało oddech. Ktoś czuł się lepiej, przechodząc obok.
Nie napisała od razu odpowiedzi. Zamiast tego poszła do ogrodu, rozprostowała ręce, dotknęła ziemi. Ziemia była chłodna, wilgotna po nocnej rosie. Włożyła palce między liście i pomyślała, że odpowiedź nie musi być słowna. Zostawiła jednak małą karteczkę przy furtce: _Dziękuję za patrzenie. Jeśli chcesz, usiądź kiedyś i posłuchaj. — O._
W sobotę, o godzinie, którą sama wybrała, na ławce pojawiła się kobieta z siwymi włosami spiętymi w niedbały kok. Miała na sobie stary płaszcz i torbę z warzywami. Jej dłonie były popękane, jakby przez lata trzymała w nich ziemię i garnki. Ofelia poczuła, że serce jej przyspiesza — nie z powodu romantycznego napięcia, lecz z powodu niepewności: jak rozmawiać z kimś, kto widzi to, co ona widzi, a jednak nie zna jej historii.
— Dzień dobry — powiedziała kobieta, siadając ostrożnie. — Ja jestem Helena. Przechodzę tędy od lat. Kiedyś tu była inna działka, potem pustka, a teraz… — uśmiechnęła się, patrząc na maki i dzikie zioła — teraz jest życie.
Ofelia zaparzyła herbatę w starej, lekko pękniętej porcelanie. Rozmowa zaczęła się od roślin, ale szybko zeszła na rzeczy, które zwykle chowamy: na samotność, na to, jak trudno jest komuś powiedzieć, że potrzebuje towarzystwa, nie naprawy. Helena mówiła o mężu, który umarł cicho, o tym, jak jej dni stały się krótsze, jakby ktoś odcinał im końce. Mówiła o zapachu ziemi, który był jej domem, o dłoniach, które pamiętały sadzenie.
Ofelia słuchała i nagle zrozumiała, że ogród nie jest tylko jej azylem — jest mostem. Mostem, po którym ludzie mogą przejść, zostawić ciężar i wrócić do świata z odrobiną ulgi. To odkrycie nie było spektakularne; było ciche i powolne, jak wzrost nowego pędu.
Po tym spotkaniu przyszły kolejne listy. Niektóre były krótkie: _Dziękuję za to miejsce._ Inne miały rysunki dziecięcych rąk, które próbowały oddać kształt liścia. Pewnego dnia ktoś zostawił przy furtce mały kamyk z wygrawerowanym słowem _spokój_. Inny list zawierał przepis na zupę z pokrzyw — ktoś chciał się podzielić tym, co zna.
Felix obserwował to z boku. Nie przejmował inicjatywy, nie chciał być tym, który wszystko organizuje. Zamiast tego naprawiał skrzypiącą furtkę, przynosił dodatkowe krzesła, czasem siadał w cieniu i słuchał. Jego obecność była stała i cicha — jak ktoś, kto zna wartość milczenia. Kiedy Ofelia opowiadała mu o listach, uśmiechał się i mówił: — Ludzie szukają miejsc, gdzie mogą być bez etykiet. Dobrze, że masz taki ogród.
Z czasem ogród zaczął przyciągać ludzi, którzy nie przyszli po rady ogrodnicze, lecz po coś prostszego: po chwilę, w której ktoś ich zobaczy. Przyszedł młody ojciec z wózkiem, którego córka biegała między grządkami i śmiała się bez powodu. Przyszła nastolatka z zeszytem, która rysowała liście i zapisywała nazwy roślin. Przyszedł mężczyzna po pięćdziesiątce, który stracił pracę i przyniósł ze sobą stare narzędzia, bo chciał znów poczuć, że jego ręce coś tworzą.
Ofelia zaczęła prowadzić notatnik — nie z obowiązku, lecz z potrzeby pamiętania. Zapisywała imiona, krótkie zdania, co ktoś powiedział, jakie rośliny lubił. Notatnik stał się kroniką drobnych spotkań: kroniką, która mówiła, że przyjaźń nie musi być spektaklem, że może być prostym aktem obecności. Kiedy ktoś odchodził, zostawiał mały ślad: kawałek tkaniny, rysunek, kamyk. Ofelia zbierała te drobiazgi i wieszała je na gałęzi starego krzewu, tworząc nieformalną tablicę pamięci.
Pewnego popołudnia, kiedy deszcz zaczął padać delikatnie, Helena podała Ofelii mały kamyk. Na kamyku ktoś wygrawerował jedno słowo: _Dziękuję._ — To dla ciebie — powiedziała. — Za to, że nie zamknęłaś furtki.
Ofelia przyjęła kamyk i poczuła, że coś w niej mięknie. Nie była to miękkość słabości, lecz miękkość, która pozwalała na przyjęcie świata takim, jaki jest — z jego niedoskonałościami i drobnymi cudami. Zrozumiała, że przyjaźń, którą dzieliła z Felixem, zaczynała się rozgałęziać: nie w kierunku romansu, lecz w kierunku wspólnoty.
Wieczorem, gdy ogród pustoszał, Ofelia i Felix siedzieli na starych skrzynkach, patrząc na krople deszczu tworzące na liściach maleńkie lustra. — Kto by pomyślał — powiedziała Ofelia — że listy z ziemi mogą zmienić coś więcej niż porządek w skrzynce.
Felix spojrzał na nią z tym swoim spokojnym uśmiechem.
— Bo to nigdy nie była tylko kwestia ziemi i roślin — odpowiedział. — Stworzyłaś miejsce, w którym ludzie mogą po prostu odetchnąć. A ty razem z nimi.
Ofelia schowała kolejny list do kieszeni płaszcza — tym razem rysunek narysowany przez dziecko: słońce, drzewo, mały domek i napis: _Tu jest mój ulubiony zakątek._ Uśmiechnęła się i wiedziała, że jutro znów ktoś przekroczy próg jej ogrodu i zostawi kawałek swojej historii. I wiedziała też, że nie musi być bohaterką tej historii — wystarczy, że będzie obecna.
_Sfiołkowałam_
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Sfiołkowałam…_
__
_W moim ogrodzie to ja,_
_Kwiaty tam podlewam._
_Trochę krzywo, trochę dziko,_
_Ale przynajmniej coś na żywo._
_Ty nie pytasz, co jest grane,_
_Tylko bierzesz konewkę w dłoń_
_I z uśmiechem całkiem szczerym_
_Mówisz: „Dobra, będzie plon”._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem…_
__
_Inni chcą tu mieć porządek,_
_Równo przycięty każdy krzak._
_U mnie dżungla, pełna przygód,_
_I przypadkiem rośnie mak._
_Ty się śmiejesz, patrzysz na mnie,_
_Jakbym była ogrodem snów._
_Trochę chwastów, trochę magii_
_I za dużo dziwnych słów._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem._
__
_Czasem wiatr mi wszystko miesza,_
_Czasem burza zrobi show._
_Ja już nie wiem, co tu rośnie,_
_Ale Ty wiesz chyba to._
_Bo gdy gubię się we własnym_
_Zarośniętym trochę „ja”,_
_Ty prostujesz ścieżki cicho_
_I mówisz: „To dalej gra”._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Nana na na na, nana na na na,_
_Nana na na na, nana na na na…_
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem._
__
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie,_
_Fiołek w głowie… rośnie znów._
_Trochę dziwnie, trochę słodko,_
_Ale ciągnie mnie do Ciebie znów._
_Kochasz mój fiołek w głowie,_
_Dlatego wracam znów do Ciebie._
_Tylko przy Tobie jakoś rosnę,_
_Ogrodniku ze złotym wąsem._
_Nana na na na, nana na na na,_
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie._
_Nana na na na, nana na na na,_
_Nana na na na, nana na na na,_
_Sfiołkowałam na Twoim punkcie._
_Na na na na na, na na na na na._Rozdział 1 — Ogród, który nie powinien istnieć
Nie był to ogród z katalogów — tych błyszczących, w których każdy krzew stoi jak żołnierz na paradzie. Nie był też ogrodem z poradników, gdzie wszystko ma swoje miejsce, a miejsce ma swoje przeznaczenie. To był ogród jej. Dziki, krzywy, czasem śmieszny, a czasem wzruszający. Pełen roślin, które rosły tam tylko dlatego, że miały na to ochotę.
Wstawała wcześnie, zanim miasto zaczynało mruczeć. Zakładała stare, poplamione ogrodniczki i wychodziła na zewnątrz, gdzie czekał na nią jej mały świat. Podlewała kwiaty trochę niezdarnie — trochę za dużo, trochę za mało. Ale zawsze z sercem.
— No, moje kochane — mruczała do roślin — rośnijcie, jak chcecie. Ja się nie wtrącam.
I wtedy, pewnego dnia, pojawił się on.Rozdział 2 — Ogrodnik ze złotym wąsem
Nie wiedziała, skąd przyszedł. Może z sąsiedztwa, może z innego wymiaru. Miał wąs, który połyskiwał w słońcu jak złota nitka. Miał oczy, które patrzyły tak, jakby widziały więcej niż inni. I miał uśmiech — ten szczery, nieprzyzwoicie spokojny.
Podszedł do niej, gdy stała nad konewką, zastanawiając się, czy podlewa kwiaty, czy własne myśli.
— Mogę? — zapytał, biorąc konewkę z jej dłoni, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
— Ale… ja nie wiem, co tu rośnie — przyznała, trochę zawstydzona.
— To nic. Będzie plon — odpowiedział.
Tak po prostu. Bez oceny, bez śmiechu, bez poprawiania jej błędów. I wtedy to się stało. Sfiołkowała. Nie zakochała się, nie zauroczyła. Sfiołkowała — jakby w jej głowie zakwitł nagle fioletowy kwiat, który pachniał dziwnie, słodko i trochę niepokojąco.Rozdział 5 — Burza, która miesza wszystko
Pewnego dnia przyszła burza. Nie taka zwykła, z deszczem i błyskawicami. Burza w niej. Myśli się poplątały, emocje zaczęły krzyczeć. Wątpliwości rosły jak chwasty po deszczu. Nie wiedziała, co robić, co czuje i czy jej ogród ma jeszcze jakikolwiek sens. Stała pośrodku zarośniętego „ja”, zagubiona jak dziecko.
I wtedy on znów się pojawił.
— Chodź — powiedział cicho. — Pokażę Ci ścieżkę.
Nie naprawiał jej. Nie mówił, że przesadza. Nie próbował jej zmieniać. Po prostu był.Rozdział 11 — Listy z ziemi
Ofelia znalazła pierwszy list w miejscu, które zwykle było tylko przejściem: między furtką a skrzynką na listy, między chodnikiem a jej małym światem. Koperta była zmięta, papier cienki, pismo drobne i niepewne — ktoś pisał wolno, jakby każde słowo kosztowało. Na froncie, zamiast adresu, ktoś napisał tylko: _Dla ogrodu_.
W środku były trzy zdania: _Przechodzę tędy codziennie. Siadam na ławce i patrzę. Dziękuję, że to miejsce istnieje._ Pod spodem mały rysunek — dwa kółka, które mogły być oczami, i linia, która mogła być uśmiechem.
Ofelia stała z tą kartką w dłoni i nagle poczuła, że ogród nie jest już tylko jej prywatnym chaosem. Ktoś widział to, co ona widziała w porannym świetle: nieporządek, ale też coś, co trzymało oddech. Ktoś czuł się lepiej, przechodząc obok.
Nie napisała od razu odpowiedzi. Zamiast tego poszła do ogrodu, rozprostowała ręce, dotknęła ziemi. Ziemia była chłodna, wilgotna po nocnej rosie. Włożyła palce między liście i pomyślała, że odpowiedź nie musi być słowna. Zostawiła jednak małą karteczkę przy furtce: _Dziękuję za patrzenie. Jeśli chcesz, usiądź kiedyś i posłuchaj. — O._
W sobotę, o godzinie, którą sama wybrała, na ławce pojawiła się kobieta z siwymi włosami spiętymi w niedbały kok. Miała na sobie stary płaszcz i torbę z warzywami. Jej dłonie były popękane, jakby przez lata trzymała w nich ziemię i garnki. Ofelia poczuła, że serce jej przyspiesza — nie z powodu romantycznego napięcia, lecz z powodu niepewności: jak rozmawiać z kimś, kto widzi to, co ona widzi, a jednak nie zna jej historii.
— Dzień dobry — powiedziała kobieta, siadając ostrożnie. — Ja jestem Helena. Przechodzę tędy od lat. Kiedyś tu była inna działka, potem pustka, a teraz… — uśmiechnęła się, patrząc na maki i dzikie zioła — teraz jest życie.
Ofelia zaparzyła herbatę w starej, lekko pękniętej porcelanie. Rozmowa zaczęła się od roślin, ale szybko zeszła na rzeczy, które zwykle chowamy: na samotność, na to, jak trudno jest komuś powiedzieć, że potrzebuje towarzystwa, nie naprawy. Helena mówiła o mężu, który umarł cicho, o tym, jak jej dni stały się krótsze, jakby ktoś odcinał im końce. Mówiła o zapachu ziemi, który był jej domem, o dłoniach, które pamiętały sadzenie.
Ofelia słuchała i nagle zrozumiała, że ogród nie jest tylko jej azylem — jest mostem. Mostem, po którym ludzie mogą przejść, zostawić ciężar i wrócić do świata z odrobiną ulgi. To odkrycie nie było spektakularne; było ciche i powolne, jak wzrost nowego pędu.
Po tym spotkaniu przyszły kolejne listy. Niektóre były krótkie: _Dziękuję za to miejsce._ Inne miały rysunki dziecięcych rąk, które próbowały oddać kształt liścia. Pewnego dnia ktoś zostawił przy furtce mały kamyk z wygrawerowanym słowem _spokój_. Inny list zawierał przepis na zupę z pokrzyw — ktoś chciał się podzielić tym, co zna.
Felix obserwował to z boku. Nie przejmował inicjatywy, nie chciał być tym, który wszystko organizuje. Zamiast tego naprawiał skrzypiącą furtkę, przynosił dodatkowe krzesła, czasem siadał w cieniu i słuchał. Jego obecność była stała i cicha — jak ktoś, kto zna wartość milczenia. Kiedy Ofelia opowiadała mu o listach, uśmiechał się i mówił: — Ludzie szukają miejsc, gdzie mogą być bez etykiet. Dobrze, że masz taki ogród.
Z czasem ogród zaczął przyciągać ludzi, którzy nie przyszli po rady ogrodnicze, lecz po coś prostszego: po chwilę, w której ktoś ich zobaczy. Przyszedł młody ojciec z wózkiem, którego córka biegała między grządkami i śmiała się bez powodu. Przyszła nastolatka z zeszytem, która rysowała liście i zapisywała nazwy roślin. Przyszedł mężczyzna po pięćdziesiątce, który stracił pracę i przyniósł ze sobą stare narzędzia, bo chciał znów poczuć, że jego ręce coś tworzą.
Ofelia zaczęła prowadzić notatnik — nie z obowiązku, lecz z potrzeby pamiętania. Zapisywała imiona, krótkie zdania, co ktoś powiedział, jakie rośliny lubił. Notatnik stał się kroniką drobnych spotkań: kroniką, która mówiła, że przyjaźń nie musi być spektaklem, że może być prostym aktem obecności. Kiedy ktoś odchodził, zostawiał mały ślad: kawałek tkaniny, rysunek, kamyk. Ofelia zbierała te drobiazgi i wieszała je na gałęzi starego krzewu, tworząc nieformalną tablicę pamięci.
Pewnego popołudnia, kiedy deszcz zaczął padać delikatnie, Helena podała Ofelii mały kamyk. Na kamyku ktoś wygrawerował jedno słowo: _Dziękuję._ — To dla ciebie — powiedziała. — Za to, że nie zamknęłaś furtki.
Ofelia przyjęła kamyk i poczuła, że coś w niej mięknie. Nie była to miękkość słabości, lecz miękkość, która pozwalała na przyjęcie świata takim, jaki jest — z jego niedoskonałościami i drobnymi cudami. Zrozumiała, że przyjaźń, którą dzieliła z Felixem, zaczynała się rozgałęziać: nie w kierunku romansu, lecz w kierunku wspólnoty.
Wieczorem, gdy ogród pustoszał, Ofelia i Felix siedzieli na starych skrzynkach, patrząc na krople deszczu tworzące na liściach maleńkie lustra. — Kto by pomyślał — powiedziała Ofelia — że listy z ziemi mogą zmienić coś więcej niż porządek w skrzynce.
Felix spojrzał na nią z tym swoim spokojnym uśmiechem.
— Bo to nigdy nie była tylko kwestia ziemi i roślin — odpowiedział. — Stworzyłaś miejsce, w którym ludzie mogą po prostu odetchnąć. A ty razem z nimi.
Ofelia schowała kolejny list do kieszeni płaszcza — tym razem rysunek narysowany przez dziecko: słońce, drzewo, mały domek i napis: _Tu jest mój ulubiony zakątek._ Uśmiechnęła się i wiedziała, że jutro znów ktoś przekroczy próg jej ogrodu i zostawi kawałek swojej historii. I wiedziała też, że nie musi być bohaterką tej historii — wystarczy, że będzie obecna.
więcej..