Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Siara. I nic nie jest jasne - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
E-book: EPUB, MOBI
47,99 zł
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Siara. I nic nie jest jasne - ebook

Pierwsza biografia Janusza Rewińskiego.

Aktor, kabareciarz, polityk i rolnik. Był człowiekiem zagadkowym: prywatnie cichym i zamkniętym w sobie, na scenie i przed kamerą pełnym ekspresji.

Polacy pokochali go jako niezapomnianego Siarę. Wypowiedziane przez niego w „Kilerze” słowa „Mają rozmach skurwysyny” weszły do polskiej popkultury, stając się czymś więcej niż tylko filmowym cytatem. Wielu do dziś wspomina jego występy w kabarecie Tey, role dyrektora w „Kabarecie Olgi Lipińskiej” i biznesmena w „Tygrysach Europy” czy satyryczny program „Ale plama”.

Beata Biały zagląda pod maskę, którą nosił Janusz Rewiński. Pokazuje chłopca z Żar – samotnego, małomównego, a jednocześnie obdarzonego niezwykłym darem rozśmieszania. To historia, jakiej nie zobaczycie w kinie ani nie usłyszycie od sąsiada. Ożywiają ją wspomnienia jego syna Aleksandra, Krzysztofa Piaseckiego, Pawła Deląga, Beaty Ścibakówny, Krystyny Tkacz i wielu innych bliskich mu osób.

Jak naprawdę wyglądało życie człowieka, który bawił miliony, a sam najczęściej milczał?

Chciałoby się powiedzieć: „Siara. I wszystko jasne”. Ale tak naprawdę… nic nie jest jasne.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8399-529-8
Rozmiar pliku: 13 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZAMIAST WSTĘPU

Siara. I nic nie jest jasne. Z ekranu został grymas. Z roli – cytat. Z człowieka – cień. Mówiło się „Siara. I wszystko jasne”. A przecież nie jest. Było niewiele wywiadów. Mało wspomnień. Było głównie milczenie. I obecność. Właśnie taką historię chcę opowiedzieć. Nie rozjaśnić. Zbliżyć się.

Na początku była cisza. Nie taka zwyczajna, codzienna, którą przerywa telefon, śmiech sąsiada, szczekanie psa za oknem. To była głęboka, gęsta cisza, którą nosi się w sobie od dziecka, której się nie rozbija słowami, bo każde słowo mogłoby coś zdradzić. Cisza jak las w śniegu. Jak westchnienie matki w kuchni, której nie wolno było pytać o smutek. Jak pokój ojca, do którego się nie wchodziło bez pukania, nawet gdy drzwi były uchylone. W takiej ciszy dorastał Janusz Rewiński. Chłopak z Żar – z miasta mającego w sobie coś przejściowego jak poczekalnia, z której nikt nie wychodzi na zawsze. W jego dzieciństwie było dużo samotności, tej zwykłej, niebohaterskiej – kiedy nie ma się z kim podzielić zachwytem ani lękiem, więc chowa się je w sobie jak cukierek w kieszeni, który topnieje, zostawiając tylko lepki ślad.

Rewiński nigdy nie mówił o sobie dużo. Właściwie prawie wcale. Ale był obecny. Im bardziej milczał, tym więcej o nim mówiono. Jego twarz – z pozoru łatwa do sparodiowania – kryła coś, czego nie można było do końca zrozumieć. Jakby za tymi głębokimi oczami, szerokimi ramionami, niskim głosem i kabaretowym ruchem krył się człowiek, który od lat mówi szeptem, ale nikt nie słucha. Nie pozwalał podejść za blisko. Wchodził na scenę – i znikał. Wychodził z telewizora – i zapadał się w życie. Nie udzielał wywiadów, nie bywał, nie tłumaczył się. Jakby każda próba wyjaśnienia była zdradą jakiegoś wewnętrznego porządku.

Janusz Rewiński był jednym z tych, którzy potrafili się śmiać z tego, z czego nie wypadało się śmiać, i robił to w sposób niepotrzebujący aplauzu. Satyryk, który nie flirtował z publicznością. Komik, który nie sprzedawał gagów, tylko stawiał lustro. A potem, gdy zrozumiał, że nie chce już dłużej go trzymać – odszedł. Nie zrobił z tego spektaklu. Nie zamknął drzwi z trzaskiem. Nie zostawił oświadczenia, nie spisał wspomnień, nie wrócił do telewizji po latach z ironicznym uśmiechem. Po prostu przestał być tam, gdzie był zawsze – na ekranie, na scenie, w roli, w cudzysłowie.

A jednak im dłużej go nie ma, tym mocniej trwa. Bo są tacy ludzie, którzy najgłośniej mówią przez milczenie. I przez pauzę. Rewiński, wbrew pozorom, był poetą. Nie słów, ale rytmu. Wiedział, kiedy zamilknąć, by widz sam dopisał puentę. Kiedy zawiesić głos, by publiczność zaczęła się śmiać. Mistrz pauzy. Mistrz nieoczywistości. Mistrz nieopowiedzianej historii. Był aktorem, który nie znosił aktorstwa. Politykiem, który szybko zrozumiał, że scena publiczna nie znosi uczciwości. Ojcem, który najwięcej mówił wtedy, gdy milczał. Mężem, który kochał spokojem. Przyjacielem, który nie potrzebował spotkań.

Pamiętam moment, gdy pierwszy raz pomyślałam, że chcę napisać tę książkę. Zadzwonił wydawca z propozycją. To nie był błysk, żadna iluminacja. Raczej miękka, mglista obecność jak dźwięk starego telewizora w kuchni babci grającego w tle. Jak głos, który nie przemawia, ale jest. Jak ktoś, kto nie wchodzi do pokoju, ale jego cień już leży na ścianie. Zastanawiałam się: co zostało po Rewińskim? Rola w _Kilerze_? Owszem. Kultowe cytaty wciąż żyjące własnym życiem w memach, na koszulkach, w rozmowach ludzi, którzy nie pamiętają PRL-u. Lwia grzywa i głos, który rozpoznaje się po jednym zdaniu. Ale to nie wszystko. Jest też coś innego, trudniejszego do uchwycenia: jego nieobecność. Ta piękna, uparta decyzja, by niczego nie tłumaczyć. Nie odcinać kuponów. Nie stać się własnym echem.

Piszę tę książkę, bo nie zgadzam się na prostą historię. Nie chcę jej spłaszczać, układać z cytatów i dat. Nie wierzę, że życie da się opowiedzieć chronologicznie. Piszę ją, bo czuję, że za maską Siary, za śmiechem rozbrajającym publiczność, za kabaretowym geniuszem był człowiek, który pragnął, by nikt go nie dotykał. Albo dotknął, ale bardzo delikatnie. Bez osądu. Bez przekroczenia granicy, którą sam sobie wyrysował. Piszę tę książkę, bo lubię ciszę. Bo nauczyłam się jej słuchać.

Będę rozmawiać z jego bliskimi – nie o tym, co powiedział przed kamerą, ale o tym, co przemilczał przy stole. Z przyjaciółmi i kolegami, którzy znali nie tylko jego śmiech, ale też zmęczenie po występie. Będę pytać, ale też słuchać tego, co się wymyka słowom: zawieszeń głosu, przerw, gestów, których już nikt nie widzi. Może opowiedzą mi, jak wyglądał, gdy wracał z sejmu do domu. Co mówił, gdy gasił światło. Jak milczał, gdy nie chciał kłamać. To nie będzie książka pełna anegdot. Choć one się tu pojawią. Nie będzie to też laurka. Raczej spacer przez mgłę. Będą obrazy: kuchnia matki, zapach świeżo ugotowanych klusek, dym z papierosa na szkolnym korytarzu, pierwsze wyjście na scenę, głód sukcesu i większy głód świętego spokoju. Będzie Radość i Żary, Kraków i Warszawa, telewizja i cisza po niej. Będzie ciemność za kurtyną i ciepło światła, które gaśnie zbyt szybko.

Nie próbuję rozwikłać Rewińskiego. Próbuję przy nim postać. Zbliżyć się, ale nie naruszyć. Posłuchać, jak oddychał w przerwach między rolami. Jak żył, kiedy nikt nie patrzył. Bo wierzę, że prawdziwe życie dzieje się wtedy, gdy gasną światła. Gdy śmiech ucicha, a zostaje tylko człowiek z jego zmęczeniem, z jego historią, której nie umiał albo nie chciał opowiedzieć. Rewiński był jak film – wszyscy go widzieli, ale nikt nie obejrzał do końca. Jak urwane w połowie zdanie. Jak żart, który miał drugie dno, ale wszyscy zostali przy pierwszym.

Wyobrażam sobie, że siedzimy naprzeciwko siebie w jakimś pustym pokoju. On w fotelu pamiętającym czasy meblościanki. Patrzy na mnie spokojnie, uważnie. Nic nie mówi. Może tylko ten grymas, który znają wszyscy – półuśmiech, półprzytyk. Jakby chciał powiedzieć: „I co pani będzie z tego miała?”. Albo: „Niech pani uważa, bo życie to nie kabaret. Albo właśnie kabaret. Ale taki, co boli”. Nie wiem, czy zgodziłby się na tę opowieść. Może nie. A może tak – pod warunkiem że nie będzie w niej zbyt wiele ckliwości. Może pozwoliłby, żeby inni mówili za niego – ci, których kochał, którym ufał, przy których nie musiał być ani lwem, ani Siarą. Tylko Januszem.

Więc piszę – nie po to, by go zdemaskować, ale by go zobaczyć. Nie po to, by zamknąć go w słowach, ale by zbliżyć się do tego, co pozostało między nimi. Do tej ciszy, która mówi więcej niż wszystkie żarty razem wzięte. Bo może największą rolą Janusza Rewińskiego było właśnie to: zniknąć w czasach, które każą nam być widzialnymi bez końca. I zostać w pamięci nie jak obraz, ale jak cień kładący się lekko na naszych wspomnieniach. Ślad, który niczego nie narzuca. Ale nie pozwala zapomnieć.

Siara. I nic nie jest jasne. Bo ta historia nie domaga się jasności. Domaga się ciszy. I uważności. I może odrobiny czułości.

Na koniec pragnę podziękować tym, którzy zgodzili się ze mną rozmawiać, przyjęli mnie do swoich wspomnień jak do domu, który już dawno opustoszał, ale wciąż pachnie w nim niedzielnym rosołem, dymem z papierosa i czymś jeszcze – nieuchwytnym, jak ślad czyjejś obecności w drgnieniu firanki. Dziękuję za każde słowo wypowiedziane mimo tremy, mimo lęku, że może się nie uda oddać tego człowieka takiego, jaki był naprawdę. Za każde zawahanie, za westchnienia, za milczenie między zdaniami, za uśmiech przez łzy i tę szczególną pauzę, kiedy człowiek próbuje przypomnieć sobie nie tyle fakt, ile emocję. Dziękuję za opowieści – te proste i te splątane, za urwane zdania i obrazy żyjące długo po tym, gdy się je wypowie. Dziękuję, że mówiliście nie tylko o Rewińskim, ale i przy nim. Jakbyście szli ze mną przez mgłę rozstępującą się na chwilę przed obrazem z przeszłości: twarzą Janusza, jego posturą, ruchem ręki, intonacją głosu, obecnością, której nic nie mogło zastąpić. Dziękuję za wasze czułe zbliżenia i świadome wycofania, za to, że nie próbowaliście wszystkiego nazwać, a raczej pozwoliliście, by to, co najważniejsze, pozostało między słowami.

Dziękuję także tym, którzy nie zdołali rozmawiać. Którym słowa stawały w gardle, a myśli nie chciały dać się przetłumaczyć na język rozmowy. Wiem, że są takie wspomnienia, których nie da się opowiedzieć, i tacy ludzie, których odejście zasnuwa rzeczywistość ciszą trudną do udźwignięcia. Wasze milczenie nie było nieobecnością – było formą obecności najgłębszej, najprawdziwszej. W tej książce słychać także was.

I wreszcie dziękuję mojemu Synkowi. Za to, że jesteś moim kompasem, moim oddechem, moją codziennością, w której się uczę, że najważniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy nikt nie patrzy. I mojej siostrze Ewie – za nieustanne wsparcie. Za obecność, która nie wymaga słów. Za siłę, która nie potrzebuje sceny. Za światło, które nie gaśnie, nawet kiedy wszystko dookoła przycicha.

Bez was nie byłoby tej książki. I mnie też byłoby mniej.ROZDZIAŁ 1 | MIASTECZKO NA KOŃCU ŚWIATA

Żary. Miasto utkane z mgły i popiołu, z zapomnienia i snu. Miejsce, które się tliło jak żar pod skórą ziemi, jak wspomnienie, które nigdy nie gaśnie. Jak ogień, który nie pali, lecz drzemie w głębi szczelin, pod cegłą, pod brukiem, w milczeniu domów. To nigdy nie była miejscowość, z której się „pochodzi”. Raczej taka, która zapada w człowieka i już z niego nie wychodzi. Miasteczko jak niedopowiedziana bajka, jak szept nigdy niedokończonej opowieści. Ulice tam nie prowadziły do celu, lecz do wspomnienia o celu. Wszystko wydawało się przesunięte – światło, pory dnia, nawet sens słów wypowiadanych przez dorosłych. Jakby czas, raz na zawsze wykolejony przez wojnę, biegł równolegle do rzeczywistości, nie dotykając jej do końca. Żary śniły się na czerwono – z dachówek, z cegły, z wieczornego światła odbitego od torów. Bruk pod stopami pamiętał niemieckie kroki, a ściany kamienic szeptały w dwóch językach, nawet jeśli już nikt ich nie rozumiał. To stąd 1 września 1939 roku, wczesnym świtem, wyruszyła eskadra niemieckich bombowców i rozpoczęła bombardowanie Polski.

Po wojnie Żary wyglądały jak sen, z którego nikt nie zdążył się obudzić. Miasto – wcześniej, zanim świat przestał być prosty, znane jako Sorau – w kwietniu 1945 roku przeszło w ręce nowej historii. Wtedy ucichły ostatnie strzały, Armia Czerwona wypchnęła z miasta resztki niemieckiego garnizonu, a czas – choć nadal pęknięty – zaczął powoli przesączać się na nowo. Na mocy traktatu poczdamskiego tereny na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej przestały być niemieckie, ale tylko z nazwy. Nie zaczęły jeszcze na dobre być polskie. Miasto było zniszczone w 40 procentach, a połowa z tego, co ocalało, była wciąż czymś zajęta – przeważnie ciszą, szpitalnymi łóżkami i żołnierzami, których wojna nie wypuściła całkiem ze swoich ramion. W maju i czerwcu 1945 roku zaczęły się pojawiać w Żarach polskie grupy operacyjne – miały przejąć władzę od Rosjan, utworzyć nową administrację i rozpocząć coś, co z braku lepszego określenia nazwano „powojennym życiem”.

Ale nie zaczęło się ono od razu. Ulice jeszcze długo mówiły po niemiecku. Kamienice milczały jak świadkowie, którzy widzieli zbyt wiele. A ludzie? Ludzi było niewielu. Po ustaniu walk większość dawnych mieszkańców zniknęła – uciekli przed frontem albo zostali wysiedleni. Niedobitki chodziły ostrożnie, jakby każdy krok mógł obudzić coś, czego lepiej nie budzić. Polska dopiero uczyła się tu chodzić. Rejon żarski był przez lata niedoludniony, jakby ziemia sama wstrzymywała oddech, zanim przyjmie nowe imiona, nowy język, nowe dzieci. Zasiedlano go repatriantami, przyjezdnymi z Kresów, ze wschodnich miasteczek, które przestały być polskie, choć nadal pachniały barszczem, tytoniem i modlitwą. Żary – miasteczko na końcu świata. Na terenach zwanych wtedy „ziemiami odrzańsko-nysiańskimi odzyskanymi niedawno”, „prastarymi ziemiami słowiańskimi” albo „piastowskimi”. Na każdej pokrywie kanału odprowadzającego ścieki do Nysy Łużyckiej długo jeszcze widniały napisy: „Sorau n. L.”.

Właśnie wtedy, w jednym z takich wagonów, który zatrzymał się wśród cegieł i pary, przyjechali do Żar Bazyli i Filipina Rewińscy – z okolic Równego, z Wołynia. Nieśli ze sobą kufry, ciszę, kilka fotografii i ciężką pamięć tamtych stron. Nie szukali niczego wielkiego. Chcieli tylko zacząć od nowa w miejscu, które samo jeszcze nie wiedziało, czym jest. I to tu, w samym środku tego snu – nie do końca polskiego, nie do końca niemieckiego, bardziej zawieszonego niż zbudowanego – urodził się Janusz. Był wrzesień 1949 roku, kiedy w tej nieśmiałości ulic i w zawieszeniu historii przyszedł na świat – w miejscu które wyglądało jak szkicownik przeszłości. Które nie potrafiło krzyczeć, ale pamiętało wszystko. Wnętrza domów były jeszcze obce, mury pachniały dawnym językiem, a dzieci biegały po podwórkach niepamiętających ich imion. W przestrzeni, gdzie codzienność była jak cień przeszłości: ślady butów znikające w glinie, dym z parowozów jak znak zapytania na niebie. Wśród ludzi, którzy mówili mało, a milczeli z pełnym znaczeniem. Syn kobiety pachnącej gorzkim mlekiem i chlebem z popiołem. Syn mężczyzny, którego dusza już dawno została po tamtej stronie frontu, a ciało z trudem podążało za cieniami codzienności. Był dzieckiem tego miasta – jego ciszy, jego twardej gleby, jego nieufnego światła. Ale też jego miękkiego podbrzusza: śmiechu, który czasem wybuchał mimo wszystko, mimo historii, mimo nocy. Z Żar Janusz wyniósł coś, co potem nosił w sobie całe życie – poczucie, że najgłośniejsze rzeczy dzieją się w ciszy, a to, co najważniejsze, nie zawsze da się powiedzieć wprost.

Ojciec nie opowiadał wojny. Niósł ją w sobie jak worek węgla, ciężki, brudzący, obecny nawet wtedy, gdy o nim nie mówiono. Jego spojrzenie było jak zamrożony las – nieme, ciemne, pełne zwierząt, które już nigdy nie wyjdą z ukrycia. Matka dźwigała dom na plecach. Czasem można było zobaczyć, jak w kuchni, w świetle lampy naftowej, krząta się z rękami pełnymi światła. Ruchy miała ciche, jakby wciąż przepraszała za to, że żyje. Jej spódnice pachniały cebulą i modlitwą. Często powtarzała: „Nie bój się ciemności, Januszku. W niej człowiek najszybciej widzi światło”. Dzieciństwo było jak pokój z zaciągniętymi firankami. Głos odbijał się od ścian, ale nie wracał. Świat za oknem wyglądał jak sen śniony przez kogoś innego – stare niemieckie domy, których historia nie należała do nikogo, koty przechodzące przez podwórza jak duchy poprzednich mieszkańców, rynsztoki pełne liści i zapomnienia. W niedziele miasteczko stawało się niemal nierzeczywiste: przyciszone, zanurzone w dymie z pieców, w ciszy pomiędzy ludźmi, którzy nie chcieli zbyt wiele wiedzieć o sobie nawzajem.

Janusz był w tym wszystkim jak oko burzy – patrzył. Patrzył uważnie, głęboko, czasem zbyt długo. W klasie nie podnosił ręki, ale wiedział. Wiedział, jak wygląda cień matki, gdy staje przy oknie. Wiedział, że ojciec co noc budzi się nie z powodu chrapania, lecz z powodu przeszłości. Wiedział, że w Żarach milczenie ma swój alfabet – A jak „A może lepiej nic nie mówić?”, B jak „Było, minęło”, C jak „Cicho, dzieci słuchają”. Na podwórku chłopcy rzucali w siebie grudkami węgla, jakby zrzucali z siebie powojenną gorycz. Janusz zamiast tego słuchał, jak ziemia oddycha – wieczorami, kiedy wszystko staje się miękkie i podatne na zapomnienie. Wychodził wtedy za dom, kładł się na plecach i patrzył w niebo. Żarskie niebo miało w sobie coś z płótna Chagalla – nienaturalnie granatowe, jakby było zasłoną, za którą ktoś ukrył inny świat. „Całe moje dzieciństwo było jedną wielką metaforą” – pisał Bruno Schulz. Tak też było w Żarach. Czas nie płynął, lecz gęstniał. Każdy dzień był słoikiem pełnym powietrza, który należało szczelnie zakręcić, żeby nie uciekł sen. Zimą śnieg skrzypiał jak stare drewno. Latem ziemia była tak gorąca, że parzyła stopy. Ale najważniejsze rzeczy działy się pomiędzy porami roku – w tych miękkich, nieokreślonych przejściach, kiedy wszystko było pół, trochę, może. To wtedy chłopiec zaczął się śmiać w sposób, jaki miał mu zostać na zawsze – półgębkiem, z dystansu, z przewrotności. Humor był sposobem, by nie płakać. A może odwrotnie – był sposobem, by płakać, nie pokazując łez. I właśnie tam, w mieście, które tliło się pod skorupą mapy, rodził się mężczyzna. Zbudowany z rzeczy niewidocznych: z ciszy między rodzicami, z cienia ojcowskiej dłoni, z drobnych triumfów dzieciństwa – jak to, że nie zamarzły uszy w styczniu albo że ktoś pierwszy raz powiedział do niego: „Ty masz coś”.

Wychowywał się na Lotnisku – dzielnicy, która kiedyś naprawdę miała coś wspólnego z lataniem, a z czasem zyskała wszystko z zakorzenienia. Choć nazwa pachniała niebem, Lotnisko było ziemią – ciężką, czarną, nasiąkniętą deszczem i historią, która nie odeszła. Pamiętało stukot butów pilotów, brzmienie rozkazów w języku, który po wojnie miał zniknąć, a mimo to osiadał kurzem na parapetach. Bo kiedyś tu naprawdę się latało. Wiosną 1934 roku zbudowano betonowy pas startowy, powstały hangary, stacja paliw, zaczęto budować osiedle domów dla pilotów, obsługi naziemnej i nauczycieli. W marcu 1935 roku obsługiwano już regularne połączenia wojskowe, a miasto zaczęło tętnić rytmem wyznaczanym przez silniki i rozkazy. Z każdym miesiącem przybywało maszyn i ludzi – szkoleniowców, mechaników, żołnierzy. Lotnisko rosło, stając się ważnym punktem na wschodzie III Rzeszy. A potem – cisza. Po wojnie pas startowy zamilkł, a domy po niemieckich lotnikach zasiedlili repatrianci z Kresów. Jak Bazyli i Filipina Rewińscy, rodzice Janusza, szukający nowego początku na ziemi, która jeszcze nie wiedziała, do kogo należy. W tym domu nikt nie mówił o wojnie, choć wojna mieszkała w ścianach. W przedwojennych meblach, które nie należały do nich, w zdjęciach obcych ludzi wciśniętych w szuflady. Żary były miastem, które zmieniło właściciela, a mieszkańcy jakby nadal nie wiedzieli, do kogo należą. Ale dla dziecka to była po prostu dzielnica – z trzepakiem, krzywym chodnikiem, kotami drapiącymi się pod drzwiami. Mury jednak pamiętały. Tynk, ściany, piwnice oddychały opowieścią, której nikt nie chciał głośno wypowiadać. I może właśnie dlatego jego śmiech był tak gęsty – bo wyrastał z miejsca, które długo milczało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij