Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sidło - Najgorsze pułapki zostawia się w cudzej głowie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 maja 2026
11,00
1100 pkt
punktów Virtualo

Sidło - Najgorsze pułapki zostawia się w cudzej głowie - ebook

Piotr Kluczycki jest nikim. Asystentem prokuratora w małym mieście, który buduje domki ze spinaczy i czeka na koniec dnia. Człowiekiem, który nie ma ambicji ani marzeń. Jest jak śnięta ryba - płynie tam, gdzie go woda poniesie, robi to, co mu każą. Aż ktoś postanawia go użyć. Byku, weź się za siebie! Tak mówi trener. Ciepły głos. Pewne ręce. Długopis, który pstryka w rytm oddechu. Piotr nie pamięta, co dzieje się podczas sesji. Wchodzi zmęczony, wychodzi pełen energii. Wchodzi nikim, wychodzi kimś. Ale kim? Opisana w książce historia jest fikcją. Ale metody są prawdziwe. W Ohio w USA skazany został Michael Fine, 59-letni adwokat rozwodowy , który oferował klientkom "ćwiczenia oddechowe". Proste techniki relaksacyjne. Kilka głębokich wdechów. Zamknięte oczy. A potem - trans hipnotyczny. Seksualne komendy. Bezbronne ciała. Gdy je budził, pamiętały niewiele. Może pomięte ubranie. Nic konkretnego. Wyrok: 12 lat więzienia. Ale ilu takich jak on nigdy nie zostało złapanych?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 357 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

ROZDZIAŁ 1 - Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie 3

ROZDZIAŁ 2 - Cocomo 8

ROZDZIAŁ 3 - Zapinka z epoki brązu 14

ROZDZIAŁ 4 - Transformacja 21

ROZDZIAŁ 5 - Kultura strzyżowska 30

ROZDZIAŁ 6 - Żyła złota 38

ROZDZIAŁ 7 - M ANTONINVS AVG 45

ROZDZIAŁ 8 - Sidło 51

ROZDZIAŁ 9 - Fenotypowanie 59

ROZDZIAŁ 10 - Cisano Bergamasco 66

ROZDZIAŁ 11 - Frunąć 73

ROZDZIAŁ 12 - Niewinni nie mają się czego obawiać 81

ROZDZIAŁ 13 - Sześć lat 89

ROZDZIAŁ 14 - Jastrząb 94

ROZDZIAŁ 15 - Jezioro Białe 99

ROZDZIAŁ 16 - Młotek 105

ROZDZIAŁ 17 - Góry Kasperskie 113

ROZDZIAŁ 18 - Nora 119

ROZDZIAŁ 19 - Porter 126

ROZDZIAŁ 20 - Orbitoklast 131

Od autora 1361 ROZDZIAŁ 1 - PROKURATURA REJONOWA W HRUBIESZOWIE

- Panie Piotrze, pan jest prawnikiem.

Głos prokuratora Leszka Karpińskiego odbił się od ścian pokoju numer siedem i nie znalazł żadnego echa - ani w twarzy Kluczyckiego, ani w jego oczach, ani w żadnym geście, który mógłby świadczyć o tym, że dwudziestoczteroletni asystent w ogóle rejestruje kierowane do niego słowa.

Pokój był taki, jakie bywają pokoje w polskich instytucjach państwowych - funkcjonalny w sposób, który dawno przestał być funkcjonalny. Biurko z płyty wiórowej, obłe na rogach, w kolorze zbliżonym do buku, ale niebędącym bukiem. Szafa na akta z zamkiem, którego kluczyk dawno zaginął, więc stała otwarta, a teczki spiętrzały się w niej jak warstwy geologiczne cudzych nieszczęść - kradzieże, bójki, wypadki, alimenty. Na biurku monitor o przekątnej siedemnastu cali, obok drukarka Brother, pod biurkiem stacja robocza ze zmęczonym wentylatorem mielącym powietrze z monotonią, która świadczyła o tym, że procesor powinien był zostać wymieniony co najmniej rok temu. Był lipiec. Trzydzieści dwa stopnie.

Karpiński miał czterdzieści pięć lat, siwiejące skronie i cierpliwość człowieka, który dwadzieścia lat spędził w prokuraturze - nadwątloną, ale jeszcze istniejącą, jak przęsło mostu, po którym wolno przejść, ale lepiej nie biec. Stał obok biurka, bo w pokoju było tylko jedno krzesło.

- Pana zadaniem nie jest przepisywanie bez błędów tego, co pan już ma - ciągnął, mierząc wzrokiem profil asystenta. - To znaczy, jest, ale to jest minimum. Podstawa. Pana prawdziwą pracą jest praca prawnicza. Miał mi pan stworzyć uzasadnienie aktu oskarżenia i bez błędów przepisać zarzut oraz dane osobowe oskarżonego.

Piotr Kluczycki siedział za biurkiem i patrzył w monitor. Trudno było powiedzieć, czy używał go do czytania, czy jako punktu zaczepienia dla wzroku, który nie chciał spocząć na przełożonym.

- Tymczasem - powiedział Karpiński i pozwolił sobie na minimalną pauzę, bo był prawnikiem i wiedział, że pauza jest narzędziem - pan popełnił literówki w danych osobowych oskarżonego. Literówki. W imieniu, w dacie urodzenia. I przepisał pan zarzut z błędem, podając zły przepis.

Cisza.

- Za to mogę pana krytykować - powiedział spokojniej, jakby sam siebie uciszał. - Mimo że pan pracuje dopiero od miesiąca. Praca odtwórcza to praca odtwórcza. Przepisuje pan coś, co już istnieje - nie wolno się pomylić. Nie oceniam pana projektu uzasadnienia, które - powiem szczerze - jest złe. Ale tego musi się pan nauczyć. Uzasadnienia nikt nie napisze dobrze na początku. Natomiast przepisywanie to nie jest kwestia nauki, ale uwagi.

Piotr Kluczycki nie powiedział nic. Nie przeprosił. Nie skinął głową. Siedział za biurkiem w pozycji, którą zajmował, zanim Karpiński wszedł, i którą - można było to przewidzieć - utrzyma po jego wyjściu. Wzrok miał obojętny. Nie wrogi, nie wyzywający - obojętny .

Karpiński stał i nie wiedział, czy ma jeszcze coś powiedzieć. Przez dwadzieścia lat spotkał ludzi, którzy się bronili, tłumaczyli, płakali, krzyczeli. Spotkał nawet takich, którzy milczeli - ale z milczenia każdego coś dawało się wyczytać. Wstyd, złość, strach. Z milczenia Kluczyckiego nie dało się wyczytać nic.

Piotr założył ręce za głowę i oparł się na fotelu.

Wtedy Karpiński zobaczył plamy potu. Dwie ciemne, rozległe aureole na błękitnym materiale. Nieświeże , bo pracowały na tę wielkość od rana, od chwili gdy Kluczycki usiadł za tym biurkiem w pokoju bez klimatyzacji.

Karpiński odwrócił się i wyszedł. Zamknął drzwi cicho.

***

Drzwi się zamknęły i Piotr Kluczycki poczuł, jak coś w nim pęka.

Nie na zewnątrz - twarz miał tę samą, ręce wciąż za głową. Ale w środku krzywda rozsadzała go na wszystkie strony. Krzywda - tak. Nie wstyd, nie wyrzuty sumienia. Krzywda.

On, Piotr Kluczycki, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, średnia pięć przecinek zero, stypendium Rektora przez cztery lata z pięciu, jest obiektem czepiania się jakiegoś prokuratora z Hrubieszowa.

Hrubieszów. Dwadzieścia tysięcy ludzi. Miasto, o którym Warszawa nie wie, że istnieje, a jeśli wie, to tylko z jakiegoś dowcipu o wschodniej Polsce. Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie - siedem pokoi, trzech prokuratorów, cztery sekretarki i on, jedyny asystent, bo nikt inny tu nie chciał przyjść.

Siedem tysięcy pięćset złotych brutto. Po odliczeniu podatku i składek: pięć tysięcy czterysta. Za pięć tysięcy czterysta złotych wynajmował kawalerkę przy Piłsudskiego - bo w Hrubieszowie każda ulica była albo Piłsudskiego, albo Trzeciego Maja, albo Listopadowa - i jadł obiady w barze mlecznym.

A teraz jeszcze to. Niech sam sobie przepisze. Niech sam sobie poprawi. Co to za problem - literówka w imieniu? Jest wydruk z policji, jest PESEL, jest adres - naprawdę ktoś nie domyśli się, że „Stanislaw” to „Stanisław”? Naprawdę musi tu przychodzić prokurator i wygłaszać morały, jakby chodziło o pomylenie artykułów kodeksu, a nie o jedną cholerną literę?

Chodziło o brak jednej litery. I o zły artykuł. Ale Piotr w tej chwili tego nie widział, bo krzywda była większa niż jakakolwiek literówka, większa niż ten pokój, niż to miasto, niż ta praca.

„Pracuję tu dopiero miesiąc. I się uczę.”

Ta myśl była jak kamień, na którym mógł stanąć. Stanął na niej i poczuł się lepiej - przez sekundę. Potem wentylator stacji roboczej znów zaczął mielić powietrze i Piotr wrócił do monitora.

***

Pokój obok był większy o trzy metry kwadratowe, co w hierarchii prokuratury rejonowej stanowiło różnicę fundamentalną. Trzy metry kwadratowe oddzielały prokuratora od szefa prokuratury - trzy metry, dywan.

Henryk Kowalczyk miał pięćdziesiąt lat, gęste wąsy i twarz człowieka, który przez prawie trzydzieści lat pracy nauczył się jednej rzeczy - że większość problemów rozwiązuje się sama, jeśli człowiek ma dość cierpliwości, żeby nie rozwiązywać ich zbyt szybko.

Leszek Karpiński wszedł bez pukania, bo znali się od piętnastu lat.

- Heniek, tego gościa trzeba zwolnić.

Kowalczyk nie podniósł wzroku znad kawy.

- Siadaj.

- Mówię mu, żeby się nie mylił. Nie pierwszy raz. Za pierwszym razem powiedziałem spokojnie: panie Piotrze, niech pan uważa. Za drugim to samo. Zero poprawy. Absolutne zero.

Karpiński usiadł naprzeciwko biurka i przetarł twarz dłonią, jakby zdejmował z niej resztki cierpliwości, których użył w pokoju numer siedem.

- Na dziesięć rzeczy, jakie ma przepisać, w dziewięciu się pomyli. Nie w jednej, nie w dwóch - w dziewięciu. To nie jest kwestia stresu. To jest kwestia... - szukał słowa i nie znalazł właściwego - ...czegoś innego. Nie wiem czego. Ale nie po to mu państwo płaci, żebym ja sprawdzał każdą literę, którą napisze.

Kowalczyk popijał kawę. Za słodką, jak zawsze - trzy łyżeczki, tyle samo co prawie trzydzieści lat temu, gdy był aplikantem i kawa z cukrem była jedynym luksusem, na jaki go było stać.

- Zobaczysz - powiedział Karpiński, pochylając się do przodu. - Będą z nim kłopoty. Mówię ci.

- Daj chłopakowi szansę.

- Jaką? Trzecią? Czwartą?

- Patrzyłem w internecie - powiedział Kowalczyk i w tym zdaniu zawarty był cały świat polskiego zarządzania kadrami. - Olimpiady z historii wygrywał. Zdolny chłopak. Może się stresuje.

- Niby czym się stresuje?

Karpiński pochylił się jeszcze bardziej.

- Stresuje się to ja, jak jadę do wypadku drogowego i oglądam trupy. Albo ty, jak masz nadzór nad sprawą, w której matka zabiła dziecko. A ten sobie siedzi za biurkiem i nie może bez błędu czegoś przepisać.

Kowalczyk odstawił kawę.

- Leszek, chłopak ma umowę na rok.

- Wiem.

- Zwolnimy go, to pójdzie na zwolnienie lekarskie i zablokuje etat. Na zwolnieniu może siedzieć pół roku, a potem jeszcze rehabilitacyjne. Przez ten czas etat jest zajęty. A jak się w końcu uwolni, muszę go zgłosić do Ministerstwa. I wiesz co wtedy?

- Zabiorą ci etat - dokończył Karpiński.

- Zabiorą mi etat. Bo mamy nadwyżkę. Bo Hrubieszów jest za mały. Bo ktoś policzy, że trzy prokuratorskie wystarczą, a asystent to luksus. I zostanę z trzema prokuratorami, z których jeden - z całym szacunkiem - idzie na emeryturę za dwa lata, i nikt mi tu nikogo nie przyśle. - Kowalczyk uniósł palec. - Porozmawiam z nim.

Karpiński wstał.

- Pogadaj. Ale mówię ci, że z tym chłopakiem jest coś... nie tak.

***

Tego samego dnia, po południu, Henryk Kowalczyk zadzwonił na telefon wewnętrzny.

- Panie Piotrze, niech pan wpadnie.

Kluczycki pojawił się po trzech minutach. Droga z pokoju numer siedem zajmowała co najwyżej minutę.

- Niech pan usiądzie.

Piotr usiadł. Bez wyrazu - ani posłuszeństwo, ani bunt, ani zainteresowanie. Usiadł, bo mu kazano. To było wszystko.

- Niech pan mi wyjaśni - powiedział Kowalczyk, opierając łokcie na biurku - dlaczego pan się myli. Prokurator Karpiński mi zgłaszał. Nie raz.

Piotr patrzył gdzieś w kierunku okna. Nie za okno - to by sugerowało marzycielskość, pragnienie ucieczki, coś zbyt ludzkiego. Patrzył w kierunku okna, bo tam akurat padał jego wzrok.

- Inni prokuratorzy się nie skarżą - powiedział w końcu. Głos miał równy, bez modulacji. Stwierdzał fakt, albo to, co uważał za fakt.

- Pracuje pan głównie z prokuratorem Karpińskim.

- Pracuję krótko.

Dwa zdania. U Kluczyckiego to był niemal monolog. Kowalczyk czekał na trzecie. Nie doczekał się.

Piotr siedział. Pod lewą pachą plama potu - ciemniejsza niż ta, którą Karpiński widział rano, rozrosła się przez dzień, wsiąkła głębiej w materiał.

- Ale pan się pomylił - powiedział Kowalczyk z rezygnacją, którą nauczył się wyrażać łagodnie.

Piotr nic nie powiedział.

Kowalczyk westchnął. Miał jeszcze trzy godziny do końca dnia, cztery sprawy do przejrzenia, jedno pismo do Prokuratury Okręgowej i podwładnego siedzącego naprzeciwko jak kukła. Przez sekundę pomyślał, że Karpiński ma rację. Potem pomyślał o etatach i o Ministerstwie.

- Panie Piotrze - powiedział tonem bliższym ojcowskiemu niż służbowemu, choć Kowalczyk nie był ojcem i nie miał dzieci. - Chodzę na siłownię, wie pan? Tam przy Listopadowej, niedaleko szkoły. Jest tam taki szyld - trener personalny, psycholog, trener mentalny. Słyszałem dobre opinie. Może by pan poszedł.

Cisza.

- Może to przez stres - dodał, choć nie bardzo w to wierzył. - Niech pan pogada z kimś.

Piotr popatrzył na niego mętnym wzrokiem. Mętnym jak woda w stawie - nie dlatego, że coś się w niej rozpuściło, ale dlatego, że nic nie jest dość przezroczyste.

Nic nie powiedział.

Kowalczyk wytrzymał pięć sekund. W prokuraturze pięć sekund ciszy to dużo - to czas, w którym podejrzany albo się przyznaje, albo prosi o adwokata. Kluczycki nie zrobił ani jednego, ani drugiego.

- No - powiedział Kowalczyk - niech pan idzie do pracy.

Piotr wstał, nie pożegnał się i wyszedł. Drzwi kliknęły za nim jak kropka na końcu zdania. Kowalczyk oparł się na fotelu, splótł ręce na brzuchu i popatrzył w sufit.

Na suficie była plama po zalaniu z dwa tysiące dziewiętnastego roku. Nigdy jej nie naprawili, bo Ministerstwo nie miało budżetu na remonty prokuratur rejonowych. Plama przypominała kształtem mapę Polski - tę z osiemnastego wieku, przed rozbiorami, gdy Rzeczpospolita sięgała daleko na wschód, do miejsc, których nazw nikt już nie pamiętał.

Kowalczyk wzdrygnął się, bo ta myśl wydała mu się zbyt poetycka jak na prokuratora, i wrócił do pism.2 ROZDZIAŁ 2 - COCOMO

Piotr Kluczycki wyszedł z prokuratury o szesnastej piętnaście - kwadrans po końcu urzędowania, bo musiał wyłączyć komputer i zamknąć okno.

Szedł ulicą Trzeciego Maja w kierunku kawalerki. Jedenaście minut normalnym krokiem, dziewięć, gdy się śpieszył. Nie śpieszył się. Nie miał dokąd.

Dwadzieścia cztery lata. Pierwsza praca. Asystent prokuratora w Prokuraturze Rejonowej w Hrubieszowie.

Krzywda szła z nim ulicą Trzeciego Maja jak towarzysz, którego nie można się pozbyć. Siedziała z nim w pokoju numer siedem, gdy Karpiński stał nad nim i mówił o literówkach. Patrzyła, gdy Kowalczyk - ten dziad - radził siłownię i psychologa, jakby Piotr był upośledzony, jakby to on miał problem, a nie wszyscy pozostali.

Czepiają się. Nie krytykują, bo krytyka zakłada rację. Nie oceniają, bo ocena zakłada kompetencję oceniającego. Czepiają się - tak jak czepia się nauczyciel, który nie lubi ucznia. Karpiński czepia się, bo jest prokuratorem z Hrubieszowa i czepianie się młodszych to jedyne, co nadaje sens jego życiu zawodowemu.

Minął sklep spożywczy. Aptekę zamkniętą o szesnastej, bo w Hrubieszowie choroby też miały godziny urzędowania. Przystanek autobusowy z rozkładem jazdy traktowanym raczej jako sugestia.

Skręcił w Listopadową.

***

Blok przy Listopadowej miał pięć pięter i parter użytkowy. Fryzjer - „Barber Studio” na szybie, w środku zwykłe krzesło z lat dziewięćdziesiątych i lustro z odpryskami na rogach. Kwiaciarnia - zamknięta, z plastikowym bukietem płowiejącym na wystawie od co najmniej dwóch lat.

Trzeci lokal był inny.

Na szyldzie napis: „Centrum Rozwoju Osobistego Cocomo”. Pod spodem logo - sztanga, nad gryfem ludzki mózg. Mózg narysowany z zachowaniem anatomicznych proporcji, z widocznymi zwojami i bruzdami, jakby autor konsultował się z podręcznikiem neuroanatomii albo przynajmniej z Wikipedią. Sztanga narysowana mniej starannie, co nie miało znaczenia, bo nikt w Hrubieszowie nie przychodziłby tu dla sztangi.

Piotr miał przejść obok. Kawalerka, ser topiony, łóżko z pościelą do wymiany.

Ale się zatrzymał.

Co mi szkodzi.

Kowalczyk chodzi tu i może pije białko, a może kituje, a może komuś opowiada o swoich problemach - bo prokuratorzy też mają problemy, tyle że polegają one na tym, że podwładni robią literówki, więc trudno traktować je poważnie.

Piotr pchnął szklane drzwi i wszedł.

***

Dzwoneczek nad framugą. Taki, jaki wiesza się w sklepach osiedlowych, żeby właściciel wiedział, że ktoś przyszedł, bo właściciel jest w zapleczu i pije herbatę.

Za kontuarem nikogo nie było.

Na ścianie trzy plakaty z kulturystami w pozach, które w świecie fitness mają nazwy, a poza nim nie mają żadnych, bo nikt nie potrzebuje nazw na coś, na co nie chce patrzeć. Kulturyści byli olśniewająco brązowi, olśniewająco naoliwieni, olśniewająco nienaturalni.

Czwarty plakat był inny. Wielki mózg - ten sam co na szyldzie, powiększony do rozmiaru filmowego. Pod spodem: SPOTKANIE AUTORSKIE - Jacek Horodelski - „Neurobiohaking”. Poniżej, złotą czcionką na czarnym tle: ZHAKUJ SWÓJ UMYSŁ. Piotr przeczytał to dwa razy. „Zhakuj.” Nie hackuj. Słowo, które nie istniało w żadnym języku, wydrukowane złotem, jakby ktoś zaprojektował okładkę książki i okładka powiedziała o książce wszystko, co trzeba było wiedzieć.

Zaśmiał się w duchu. Pierwszy raz tego dnia coś poruszyło się w nim w innym kierunku.

Już miał wyjść.

Drzwi na zapleczu otworzyły się i pojawił się mężczyzna.

Około trzydziestki, ale z tej kategorii ludzi, którym wiek nie dodaje powagi, tylko entuzjazmu. Wysoki, metr osiemdziesiąt pięć, może sześć. Włosy kręcone, gęste, jasne - jak u cherubinów w malarstwie renesansowym, z tą różnicą, że cherubiny nie mają szyi o obwodzie czterdziestu pięciu centymetrów ani ramion, które napierają na szwy koszulki polo. Muskularny w sposób, który nie pochodzi z genetyki, tylko z planu treningowego, diety, suplementacji i tysięcy powtórzeń wykonanych przez człowieka traktującego swoje ciało jak projekt do zrealizowania.

Uśmiechnął się, jakby Piotr był osobą, na którą czekał cały dzień.

- Witaj, przyjacielu! Zapraszam!

Piotr nie zdążył nic powiedzieć. Mężczyzna przeszedł kontuar w dwóch krokach, wyciągnął prawą dłoń i złapał dłoń Piotra, zanim ta zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję w sprawie uścisku. Uścisk był mocny, ciepły i trwał o trzy sekundy za długo.

- Jestem Łukasz Dębowski - powiedział, wciąż trzymając dłoń.

A potem drugą ręką objął Piotra.

Nie tak, jak obejmuje się kogoś bliskiego - tak, jak obejmuje się kogoś, kto bliskim dopiero zostanie, co jest znacznie gorsze, bo zakłada decyzję, której druga strona nie podjęła. Ramię Łukasza owinęło się wokół barków Piotra i przyciągnęło go bliżej - na odległość, z której Piotr czuł zapach wody kolońskiej, słodkawej, sandałowej, sprzedawanej w drogeriach w butelkach przypominających granaty. Strefa intymna Kluczyckiego - ta niewidzialna bańka, którą każdy człowiek nosi wokół siebie - została zgnieciona i wchłonięta przez fizyczną obecność tego człowieka.

Piotr powinien był się cofnąć.

Nie zrobił nic. Jak to miał w zwyczaju.

Podał rękę, dał się objąć i dał się nakierować tam, dokąd prowadziła ręka Łukasza - w stronę drzwi na siłownię.

***

Siłownia była większa niż sugerowała fasada. Ktoś połączył dwa lokale i wybił ścianę, co dało może sześćdziesiąt metrów kwadratowych. W warszawskich standardach studio butikowe, w hrubieszowskich - pełnowymiarowa.

Drugi trener - młodszy, łysy, w koszulce COCOMO na plecach - pomagał starszemu mężczyźnie przy wyciskaniu. Przy bramie ćwiczyła kobieta w średnim wieku z wyrazem twarzy człowieka, który jest tu z polecenia lekarza, nie z przyjemności. Na bieżni biegła dziewczyna w słuchawkach, ze wzrokiem wbitym w telefon na ramieniu, odcięta od świata w sposób, który młodzi opanowali do perfekcji.

Łukasz Dębowski zatrzymał się pośrodku sali, położył dłoń na ramieniu Piotra - znowu, ta ręka - i zawołał głosem wypełniającym całą halę:

- Ludziska! Poznajcie Piotra! Będzie się tu pojawiał częściej!

Trener przy ławce uniósł rękę. Kobieta przy bramie skinęła głową. Dziewczyna na bieżni nie zareagowała - słuchawki. Starszy mężczyzna leżał pod sztangą i nie był w pozycji, w której reaguje się na cokolwiek.

Piotr nic nie powiedział. Jeszcze nic nie postanowił. Jeszcze nic nie uzgodnił. Podał człowiekowi rękę i powiedział swoje nazwisko. A ten już ogłosił całej siłowni, że Piotr będzie się tu pojawiał częściej - jakby to był fakt, a nie hipoteza. Jakby decyzja została podjęta, a Piotr po prostu nie został o niej poinformowany.

- Zobacz - powiedział Łukasz, obracając Piotra za ramiona w stronę hantli - mamy wszystkie sprzęty. Jak w Zamościu! Co ja mówię - jak w Lublinie! Albo Warszawie!

Zestaw hantli od pięciu do czterdziestu kilogramów, trzy ławki i brama wielofunkcyjna - jak w Warszawie. Piotr Kluczycki nic na to nie powiedział.

I wtedy znowu poczuł rękę na swoich plecach.

***

Pokój był na końcu krótkiego korytarza, za drzwiami bez tabliczki. Łukasz otworzył je, delikatnie, ale stanowczo wepchnął Piotra do środka i zamknął za nimi. Kliknięcie zamka w cichym korytarzu zabrzmiało jak kropka na końcu zdania.

Trzy na trzy metry. Dwa fotele uszaki - jeden bordowy, drugi ciemnozielony, z tego samego katalogu, ale w różnych kolorach, jakby ktoś chciał stworzyć iluzję wyboru. Między nimi mały okrągły stoliczek z wizytówkami i długopisem. Żadnych okien. Jedno ciepłe, żółtawe światło sufitowe - takie z poczekalni dentystycznych, żeby pacjent nie widział zbyt wyraźnie tego, co go czeka.

- Piotrek, siadaj - powiedział Łukasz i lekko nacisnął na bark, nakierowując Piotra na bordowy fotel.

Piotr usiadł. Fotel był głębszy niż oczekiwał - zapadł się niżej niż zamierzał i patrzył na świat z perspektywy o kilka centymetrów niższej niż zwykle. Fotel Łukasza stał na lekkim podwyższeniu. Różnica niedostrzegalna dla świadomego umysłu, ale wystarczająca, żeby jeden człowiek patrzył lekko w górę, a drugi lekko w dół.

Łukasz usiadł i uśmiechnął się.

Piotr już otwierał usta, żeby coś powiedzieć - sam nie wiedział co, bo przecież zajrzał tu z ciekawości, a teraz siedział w małym pokoju z człowiekiem, którego zna od stu dwudziestu sekund, w fotelu, z którego trudno wstać.

Nie zdążył.

Bo zobaczył, że w ręku Łukasza - nagle, bez żadnego ruchu, który zdążyłby zarejestrować - pojawił się długopis.

***

Srebrny, metalowy, z klipsem. Łukasz trzymał go w prawej dłoni na wysokości klatki piersiowej i zaczął pstrykać - rytmicznie, równo, z odstępami może półtorej sekundy. Wkład wysuwał się i chował. Wysuwał się i chował. Długopis był dokładnie na wprost oczu Piotra.

Klik. Klik. Klik.

Łukasz zaczął mówić. Głos miał teraz inny niż na sali - nie entuzjastyczny. Monotonny. Równy jak metronom, jak szum wentylatora, jak dźwięk, który jest tak jednostajny, że po chwili przestaje się go słyszeć i zaczyna się go czuć.

- Siedzisz teraz, Piotrze, w fotelu i słyszysz mój głos, i myślisz o swoich problemach, i dlatego zaczynasz czuć, że tylko ja mogę ci pomóc.

Klik. Klik. Klik.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij