-
nowość
-
promocja
Siedem obrączek - ebook
Siedem obrączek - ebook
Siedem obrączek. Pradawna klątwa. I kobieta, która może ją złamać.
Gdy Sonya MacTavish dziedziczy tajemniczą posiadłość na wybrzeżu Maine, nie spodziewa się, że stanie się częścią historii pełnej duchów, dawnych namiętności i niewyjaśnionych tragedii. Z czasem poznaje prawdę na temat siedmiu obrączek skrywających mroczną klątwę, która przez pokolenia niszczyła życie kolejnych kobiet.
W miarę jak Sonya odkrywa sekrety przeszłości, zaczyna rozumieć, że tylko ona może przerwać krąg cierpienia. Pomaga jej Trey, mężczyzna, który z czasem stanie się dla niej kimś więcej niż tylko sprzymierzeńcem.
Nora Roberts łączy w Siedmiu obrączkach romans, tajemnicę i elementy nadprzyrodzone w hipnotyzującą opowieść o miłości silniejszej niż czas.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68812-53-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W latach osiemdziesiątych XVIII wieku Arthur Poole, młody człowiek o wielkich ambicjach, wsiadł na statek płynący przez Atlantyk. Podróż zawiodła go na skaliste, smagane wiatrem i falami wybrzeże Maine, do Nowego Świata, który szybko uznał za własny.
Tu pracował, uczył się i rozwijał.
Jako chłopak z wizją, zajął się budową łodzi, tworząc podwaliny przedsiębiorstwa szkutniczego. W trosce o jego przyszłość wżenił się w zamożną, wysoko postawioną rodzinę.
Z czasem, niczym kwiat na ugorze, w jego małżeństwie rozkwitła miłość.
Z myślą o dalszych latach i następnych pokoleniach konsekwentnie budował trwałe, solidne przedsiębiorstwo. A na urwisku ponad wzburzonym, huczącym morzem postawił wielki – tak samo trwały i solidny – dom o kamiennych, krytych drewnem ścianach, z wieżyczkami wzniesionymi ku niebu i potężnymi drzwiami z najszlachetniejszego mahoniu.
Jako miłośnik morza, zadbał o to, by na dachu domostwa znalazł się taras. Stojąc na nim, śledził wzrokiem wyprodukowane w jego firmie statki, sunące po kapryśnych wodach Atlantyku.
To tu, w tej posiadłości, przychodziły na świat, a potem bawiły się, biegały po ogrodach, wędrowały po pobliskim lesie, uczyły się jeździć konno i żeglować jego dzieci.
Arthur Poole był z siebie zadowolony. Wiedział, że odniósł sukces – nie tylko jako przedsiębiorca, który z nędzy doszedł do bogactwa i mieszka w rezydencji górującej nad miasteczkiem nazwanym od jego nazwiska, lecz również jako spełniony mąż i ojciec. Że jest nie tylko głową rodziny, lecz przede wszystkim w pełni oddanym jej człowiekiem.
Był dumny ze swoich dzieci, w szczególności z pierworodnego syna – jednego z bliźniaków – który zdobył serce i starał się o rękę uroczej (i zamożnej) panny.
Collin Poole miał się ożenić z Astrid Grandville nie ze względu na awans społeczny czy pieniądze, lecz z miłości.
Pewnego chłodnego, jesiennego dnia, który miał się okazać ostatnim dniem jego życia, Arthur jechał konno przez las, rozmyślając – jak to często bywało – o przyszłości. Snuł wizję udanego ślubu syna – najpiękniejszej i najelegantszej uroczystości, jaką miało oglądać miasteczko Poole’s Bay. Planował też rozbudowę domu, by zapewnić miejsce i wygodę przyszłym wnukom.
Nie wiedział jeszcze, że nie będzie mu dane ich poznać, ani nawet uczestniczyć w uroczystości zaślubin syna. Że w ten chłodny, jesienny dzień padnie ofiarą wiedźmy gotowej posunąć się do wszystkiego, byle dostać w swe ręce jego własność.
Nie chodziło jej jednak ani o rodzinę, ani o firmę, ani nawet o majątek.
Gra toczyła się o dom. W dążeniu do tego, by zostać panią Domu Poole’ów, Hester Dobbs nie miała zahamowań.
Ci zaś, którzy znali i kochali Arthura Poole’a, nie mogli odżałować tego, co go spotkało – tragicznego w skutkach upadku z konia.
Gdy się okazało, że śmierć Arthura Poole’a nie przyniesie Hester Dobbs tego, czego pragnęła, wiedźma z zimną krwią zamordowała Astrid Grandville Poole w dniu jej ślubu.
Ponieważ bestialski mord, krew Poole’ów na rękach i na języku, a obrączka Astrid na palcu również nie wystarczyły, Dobbs rzuciła klątwę na upragniony dom wraz z całą jego przyszłością.
Odtąd miała w nim zginąć panna młoda z każdego pokolenia Poole’ów.
Uciekłszy spod stryczka, obłąkana wiedźma powróciła do domu, na którego punkcie miała obsesję. Gdy zegar wybił trzecią w nocy, pod bielejącą nad ciemnym morzem pełną tarczą księżyca przypieczętowała klątwę własną krwią.
Rzuciła się z murka okalającego urwisko.
Kamienny dom przez ponad dwa stulecia górował nad bezkresem morza. Jego mury były świadkami pierwszych i ostatnich tchnień. Zgodnie z zamierzeniem Arthura Poole’a wychowywały się w nim jego wnuki, ich dzieci, a potem ich dzieci i wnuki.
W każdym pokoleniu dochodziło jednak do tragedii: panna młoda padała ofiarą bezlitosnej Hester Dobbs.
Miało się tak dziać aż do czasu, gdy zginie ich siedem, a na palcach wiedźmy zalśni siedem ślubnych obrączek.
W murach tego domu uwięzione były teraz ich duchy. Pozostawał tu także duch Dobbs oraz duchy innych ludzi, którzy albo sami postanowili tu zostać, albo nie znaleźli dotąd sposobu, by się stąd wydostać.
Błądzili więc po jego korytarzach, pracowali i obserwowali.
Trwali w oczekiwaniu na kogoś, kto zdejmie klątwę.
I oto przybyła – kobieta, w której żyłach płynęła krew Poole’ów, choć ona sama nie miała o tym pojęcia. Nie wiedziała też, że jej ojciec miał brata bliźniaka ani że po śmierci ich matki, która tuż po porodzie padła ofiarą klątwy Hester Dobbs, dzieci zostały w okrutny sposób rozdzielone.
Nie była świadoma obecności duchów, istnienia złego czaru ani roli, jaką sama miała odegrać w tej sprawie.
Lecz z czasem o wszystkim się dowiedziała.
Przybyła do domu samotnie, choć nie miała samotna pozostać. Poznała nieobecną dotąd w jej życiu rodzinę, jej historię, a także przyczynę, dla której jej ojciec został brutalnie wyrwany z rodzinnego gniazda.
Jak to możliwe, że choć przed tragiczną, przedwczesną śmiercią nigdy nie gościł w tym domu, sportretował go na obrazie? I jakim cudem, choć nigdy nie poznał swego bliźniaka, narysował lustro w ramie rzeźbionej w drapieżne zwierzęta, a w jego tafli – odbicie swego sobowtóra?
Chodząc po domu, żyjąc w nim i pracując, Sonya stopniowo poznawała odpowiedzi na te pytania.
Kiedy poczuła zew zwierciadła, przeszła przez nie na drugą stronę. Trafiła do przeszłości, gdzie na jej oczach rozegrały się sceny śmierci siedmiu panien młodych. Opłakała je. Będąc świadkiem kradzieży siedmiu obrączek, przysięgła je odzyskać.
To, co Sonya MacTavish uznawała dotąd za niemożliwe, stało się teraz jej codziennością. Zrozumiała, że aby zdjąć klątwę z Domu Poole’ów i na zawsze przepędzić z niego Hester Dobbs, musi zdobyć obrączki siedmiu jej ofiar.
Ze względu na wszystkich, którzy żyli tu przed jej przybyciem, ze względu na miejsce, w którym odnalazła prawdziwy dom i ze względu na siedem nieszczęsnych panien młodych – obiecała sobie, że tu zostanie. Że będzie szukać i walczyć.
Że wytrwa, mimo że wszędzie wokół czaiła się śmierć.Rozdział 1
Umarli wypełniali swą obecnością dom, ale nie w sposób, do którego Sonya przywykła i który w pewnym sensie nawet polubiła. Teraz wypełniali go krwią, okaleczonymi ciałami, agonią i rozpaczą.
Sonya zaś, patrząc na powiększającą się czerwoną plamę na białej sukni Astrid Poole i spoglądając na kołyszące się na stryczku ciało pierwszego Collina Poole’a, przeżywała ich ból i przerażenie niczym własne.
U stóp schodów obok ciała pierwszej panny młodej w nienaturalnej pozycji leżało zalane krwią ciało tej ostatniej – Johanny Poole. Obok niej, z dłonią na jej dłoni, spoczywał Collin Poole, który, przeżywszy żonę o kilka dekad, zmarł po upadku z tych samych okazałych schodów.
Choć umierał jako człowiek dużo starszy niż jego bliźniak, Sonya rozpoznawała w jego twarzy rysy ojca. Teraz oprócz bólu i strachu malował się na niej smutek – raptowny i niespodziewany.
Chcąc poczuć ciepło i życie, Sonya odruchowo chwyciła Treya za rękę.
– To Collin. Brat mojego taty.
– Tak. Leży dokładnie tak jak wtedy, gdy go znalazłem.
Dla Treya, czyli Olivera Doyle’a III, prawnika z trzeciego pokolenia Doyle’ów, przyjaciela i kochanka Sonyi, Collin Poole był człowiekiem tak bliskim jak członek rodziny. W odruchu współczucia Sonya przytuliła się do mężczyzny.
– Jest mi tak strasznie przykro, Treyu. Tak przykro. – Mocno zacisnęła powieki. – Boże, słyszycie ich? Słyszycie ich wszystkich?
– Słyszę. Owenie! – Trey odwrócił się do przyjaciela, kuzyna Sonyi.
– Trudno słyszeć cokolwiek innego, oczywiście prócz wycia psów.
– Postaw mnie już. – Cleo szturchnęła Owena w pierś, by odstawił ją na ziemię. – Upuściłam szklankę. Uważajcie pod nogi, wszyscy jesteśmy boso.
Podeszła do Sonyi, wzięła ją za rękę i stwierdziła, że dłoń przyjaciółki jest tak samo lodowata jak jej własna.
– Ja posprzątam. – Owen się zgłosił na ochotnika.
Cleo spiorunowała go spojrzeniem.
– Ani mi się waż stąd ruszać. Ani mi się waż.
– Musimy coś zrobić. – Sonya nie wytrzymała i zakryła uszy rękami. – Ona ich torturuje. Musimy to ukrócić.
– Pamiętajcie, Dobbs się karmi strachem – przypomniała im Cleo. – Ze wszystkich sił staram się nie dać jej ani odrobiny, ale… – zawiesiła głos i skierowała spojrzenie na schody. – O, mój Boże. Nie!
Stała tam Johanna w towarzystwie jakiejś niewyraźnej postaci. Mimo hałasu wyraźnie usłyszeli chrupnięcie, towarzyszące gwałtownemu ruchowi jej głowy, i bezwładne ciało kobiety runęło w dół po schodach – tak samo jak w dniu jej ślubu.
– Ponownie je zabija. Wszystkie, jak leci. Każda umiera powtórnie. Musimy coś z tym zrobić – oznajmiła Sonya. – Pieprzyć ten cholerny strach. – Ścierała łzy z policzków, czując, że narastający gniew wypala jej przerażenie. – Każe im to przeżywać jeszcze raz, dręczy je na naszych oczach, a na nas wywiera presję.
Kiedy mówiła, pierwszy Collin Poole ze stryczkiem na szyi skoczył ze schodów. Dało się słyszeć trzaśnięcie sznura podobne do chrupnięcia jego karku.
– Brutalne – mruknął Owen. – Jeśli chodzi o pieprzenie strachu, jestem cały na tak.
– Tworzymy krąg, złapcie się za ręce! – rozkazała Cleo.
– Dlaczego?
– Słuchaj, Owenie, wiem, że jestem amatorką, ale w jedności siła. Przypomnij sobie, co zrobiłeś, kiedy Pye popędziła pod drzwi Złotego Pokoju podczas napadu wściekłości tej jędzy?
– Pobiegłem za nią.
– I zacząłeś śpiewać. Więc śpiewajmy, do cholery. No, już. Wszyscy razem – śpiew.
– Co? – zdumiał się Trey. – Mam teraz śpiewać?
Cleo wzruszyła ramionami.
– Lepsze to niż tylko stać i patrzeć, i dalej słuchać. Clover porozumiewa się z nami za pomocą muzyki, więc dlaczego by nie.
– Dobra, śpiewamy, tylko co? – zastanowił się Owen, mocno ściskając dłonie Cleo i Sonyi, podczas gdy Astrid Poole z ręką przyciśniętą do krwawiącej rany chwiejnie schodziła po schodach.
– Cholera, nie mam pojęcia. Nic mi nie przychodzi do głowy.
– Jesteśmy wkurzeni! – zawołał Trey, a jego twarz wykrzywiła się z wściekłości, gdy ciało mężczyzny, którego kochał jak drugiego ojca, stoczyło się po schodach.
– Jesteśmy, i to jak! – Choć łzy spływały po jej policzkach, Sonya powtórzyła: – Jesteśmy cholernie wkurzeni.
– W takim razie lecimy z tym koksem. – Trey przekrzykiwał płacz, szlochy i wycie. – _Keep you in the dark, you know they all pretend_ (_Nie mówiłem ci, ale wiesz, że wszyscy udają_) – zaśpiewał piosenkę Foo Fighters_._
Jego głos – głos dawnego lidera licealnej kapeli z siedzibą w garażu – zabrzmiał mocno i czysto. Natychmiast podłapał go Owen.
Sonya odszukała w pamięci te upiorne słowa i wraz z Cleo włączyła się w śpiew.
– „Dawaj tu swoje szkielety”.
Piosenka piekielnie dobrze pasuje do okoliczności, pomyślała. Śpiewali o oporze i wyzwaniu, z mocą wykrzykując słowa, w których nie wybrzmiewał nawet cień strachu.
Światła zapalały się i gasły, drzwi otwierały się i zamykały z trzaskiem. Ale koszmarne odgłosy udręki powoli, stopniowo cichły.
Kiedy doszli do refrenu, a później zaśpiewali dalej o „ręce, która cię zniszczy”, Sonya wczuła się w tekst całym sercem.
Gdy skończyli, w domu zapanowała cisza. W holu przy schodach nie leżało żadne ciało; nikt nie kołysał się na stryczku nad ich głowami.
– Foo Fighters. – Owen i Trey stuknęli się pięściami. – To był natchniony wybór.
– Uznałem, że _The Pretender_ (_Uzurpator_) będzie idealny, bo tym właśnie jest Dobbs. Uzurpatorką, której się zdaje, że jest panią tego domu. – Uniósł dłoń Sonyi do ust. – Dobrze się czujesz, skarbie?
– Nie, ale zaraz się poczuję. – Dziewczyna się schyliła, by pogłaskać Yodę drepczącego u jej stóp. – Ale się wystraszyłeś, co? Wszystkie się wystraszyłyście, pieski.
– Moja dama też – rzekła Cleo, gdy czarna kotka prześlizgnęła się między jej nogami, a potem otarła o łydkę Owena. – Całej czwórce przyda się krótki spacer. Sama też chętnie odetchnę świeżym powietrzem.
– Tylko nie zamykaj drzwi – poprosiła Sonya. – Niech się trochę przewietrzy. A ja posprzątam szkło.
– Daj, ja to zrobię. – Trey zgłosił się na ochotnika. – Ty idź się przejść z Cleo.
Kiedy Sonya zagoniła na dwór Yodę, Mookiego – psa Treya oraz Jonesa, nieodłącznego towarzysza Owena, Trey ruszył do kuchni po szczotkę. Wróciwszy, zastał Owena wpatrzonego w miejsce, gdzie przed chwilą leżał Collin.
– Widziałeś, jak spadał – rzekł Trey.
Owen skinął głową.
– Tak. Zawsze się obawiałem, że mogła to być jego własna decyzja, że miał dość życia bez Johanny. Albo jeszcze gorzej – że Dobbs mu to zrobiła.
– A on się zwyczajnie potknął. Też podejrzewałem to co ty, ale nie, on się potknął. Był na wpół przytomny, wyrwany ze snu.
– Od paru dni męczyło go przeziębienie.
– Ach, więc tym bardziej. Ale coś go zbudziło, zaskoczyło. Myślę, że widział…
– …Johannę – dokończył Owen. – U stóp schodów. Nie wiem, czy naprawdę ją widział, czy tylko ją sobie wyobrażał, czy sobie przypomniał, że ją tam znalazł – w każdym razie wytrąciło go to z równowagi.
– Nie sądzę, by to była sprawka Dobbs. Collin zwyczajnie potknął się, upadł i runął.
– Trzymał dłoń na dłoni Johanny. Teraz, kiedy go widzieliśmy. Raczej nie zrobił tego celowo, ale myślę, że było mu przyjemnie. Dobbs popełniła błąd, że nam to pokazała, bo dzięki temu czuję się lepiej. Kiedy wiem, że stracił równowagę i spadł ze schodów, ale ostatecznie było mu przyjemnie. Pokonamy ją, Owenie.
– To nie ulega wątpliwości, bezsprzecznie tak. – Owen wyszczerzył zęby. – Odkrywam w sobie niekończące się pokłady muzycznych natchnień.
Clover, szósta panna młoda i zarazem babcia Sonyi, puściła utwór Rihanny _Don’t Stop the Music_ (_Nie wyłączaj muzyki_).
– Się robi, laska. A idąc dalej tym tropem, zjadłbym jakieś śniadanie. Za godzinę i tak trzeba by było wstawać. – Owen zerknął na otwarte drzwi. – Jak myślisz, jaka jest szansa, że namówię Cleo do zrobienia nam omletów przed świtaniem?
– Sam powinieneś wiedzieć, to ty z nią sypiasz.
– Szacuję, że pięćdziesiąt procent, a jeśli będę na nią czekał z kawą, to nawet więcej.
Trey ze szczotką i śmietniczką pełną odłamków szkła wrócił do kuchni.
– Rób tę kawę – poradził. – Wszyscy potrzebujemy chwili na ochłonięcie. To było zupełnie coś innego niż zwykła świadomość, że mieszkamy pod jednym dachem z duchami. Patrzyliśmy, jak umierają. Słyszeliśmy to. I czuliśmy.
– Dobbs ucichła. Przygotowanie tego widowiska kosztowało ją sporo energii.
– Chciała ich skrzywdzić. Wszystkich, którzy przebywają w tym domu, żywych czy umarłych. Jedynym sposobem jej unieszkodliwienia jest odnalezienie obrączek. Odebranie ich. Zdjęcie klątwy. Wtedy stąd zniknie.
– A Sonya widziała już wszystkie siedem panien młodych. Ich śmierć.
– Właśnie. Od tej chwili będzie tylko trudniej, Owenie. – Trey, który siedział przy kuchennej wyspie, wbił rękę w zmierzwione włosy. – Nie możemy przecież tu być dwadzieścia cztery godziny na dobę. A dziewczyny tu mieszkają. Pracują.
Włączywszy ekspres do kawy, Owen wyjął jajka, ser i bekon. Uznał, że jeżeli nie uda mu się nakłonić Cleo do zrobienia śniadania, sam coś skleci.
– Rozumiem, co masz na myśli. Też się martwię. Ale tak szczerze? – Rzucił przyjacielowi krótkie spojrzenie. – Nie znam dwóch innych kobiet – co tam kobiet, ludzi! – którzy radziliby sobie z czymś takim lepiej niż one.
– Zwierciadło, kiedy się pojawi, nie zostawia wyboru. Sonya musi przez nie przejść. To silniejsze od niej.
– A ty nie możesz iść z nią. – Owen, mierząc Treya stanowczym spojrzeniem zielonych oczu Poole’ów, podał mu kubek z kawą. – Za to ja mogę. O ile tu jestem. Ale ty i Cleo musicie zostać po tej stronie. Rozumiem, jakie to trudne do przełknięcia dla faceta, który ma w naturze pomaganie ludziom i naprawianie świata. I ma do tego wszelkie predyspozycje.
– Powiem ci, że za każdym razem coraz trudniej jest mi wierzyć, że stamtąd wrócicie.
– Oto, co myślę. – Owen wziął do ręki kubek z kawą. – Ponieważ rama lustra rzeźbiona jest w drapieżniki, człowiek odruchowo myśli, że zaraz pożre go żywcem. Ale na zdrowy rozum musi być odwrotnie: lustro jest po naszej stronie, bo inaczej po co pokazywałoby Sonyi, co ma robić, by pozbyć się tej wiedźmy?
– Też to sobie powtarzam. Z tego, co wiemy lub uznajemy za prawdę, Collin i ojciec Sonyi nawiązywali ze sobą kontakt. Może nigdy tak naprawdę nie pojmowali, jak to możliwe ani dlaczego.
– Ojciec Sonyi raczej nie pojmował, ale Collin musiał do tego dojść – zwłaszcza po tym, jak twój tata opracował drzewo genealogiczne Poole’ów. Kiedy się dowiedział, że ma brata bliźniaka, z którym go rozdzielono i którego oddano do adopcji, musiał to rozpracować.
– A kiedy to rozpracował i postanowił się skontaktować z Andrew MacTavishem, ten już nie żył.
– Tak, nie żył, więc zapisał dom jego jedynej córce. Ty się w niej zakochałeś. Ona sprowadziła tu swoją kumpelę, w której zakochałem się ja. Widzę tu pewną symetrię. Nie mam pojęcia, co ona ma oznaczać, ale nie da się ukryć, że istnieje.
Doszły do nich odgłosy wbiegających do domu psów.
– Zobaczmy, czy zakochała się we mnie na tyle, by mi zrobić omlet.
Zanim Cleopatra Fabares przeprowadziła się z Bostonu do Maine, wschody słońca zdarzało jej się obserwować wyłącznie po zarwanych nocach – czy to na imprezowaniu, czy na pracy twórczej.
Jeśli zaś chodzi o szykowanie śniadań – lub w ogóle jakichkolwiek posiłków – to zdecydowanie nie zdarzało jej się to nigdy.
Ale to było kiedyś. A teraz się zmieniło.
Cleo przyjęła propozycję Sonyi, by wprowadzić się do jej domu w Maine, i bez chwili wahania zaanektowała studio malarskie Collina Poole’a w wieżyczce. Postawiła jednak warunek, że zajmie się zakupami i kuchnią.
Opanowanie sztuki kulinarnej kosztowało urodzoną w Luizjanie plastyczkę sporo zachodu, ale powiodło się. I co więcej, dawało Cleo mnóstwo frajdy.
A ponieważ ostatnia pobudka o trzeciej nad ranem i późniejsze mocne przeżycia, które po niej nastąpiły, pobudziły również jej apetyt, o zrobienie omletów nie trzeba było jej długo prosić.
Teraz zebrała w koczek burzę karmelowych loków i wysłała Owena do ogródka po pietruszkę i estragon. Po czym zabrała się do pracy.
Cieszyła się, że ma się czym zająć, a co ważniejsze – wiedziała, że daje przyjaciółce czas na wyciszenie emocji.
W Sonyi nadal kipiał gniew, a Cleo była ostatnim człowiekiem, który chciałby go stłumić. Zauważyła jednak, że Sonya pobladła, a widoczne w jej ciemnozielonych oczach zmęczenie spowodowane jest czymś dużo poważniejszym niż nieprzespana noc.
To ona dźwigała na sobie największy ciężar. A oni – pozostała trójka – mogli jej w tym pomóc, lecz nie mogli wziąć jej brzemienia na siebie.
Pomagamy, jak możemy, pomyślała Cleo. Robiąc śniadanie, dotrzymując towarzystwa, wykonując rutynowe czynności.
Trey i Sonya nakarmili zwierzaki, a Owen rozstawił naczynia na stole.
Zamieszanie, zwyczajne życie, bycie razem – to wszystko niosło ulgę.
Brzęknął timer. Sonya wyjęła bekon z piekarnika, a Trey, który akurat wkładał chleb do tostera, podniósł na nią wzrok.
Boi się, że Sonya się rozsypie, pomyślała Cleo, zsuwając trzeci z czterech omletów z patelni na talerz i wkładając go do nagrzanego piekarnika, by nie wystygł.
Ale ona się nie rozsypie.
W każdym razie nie bardziej, niż rozsypaliby się Trey czy Owen po przymusowym oglądaniu na żywo śmierci kogoś bliskiego.
Żaden z nich by się nie rozsypał.
Kiedy ostatnia porcja masła spieniła się na patelni, Cleo wylała na nią masę jajeczną z serem i ziołami.
– Chyba pójdę dziś malować w ogrodzie na tyłach domu. Może jakiś sielski widoczek. O, wiem! Namaluję wisterię na pergoli.
– Ze względu na mnie nie musisz trzymać się blisko domu, Cleo.
– Ale mogę, jeśli akurat mam na to ochotę. A czuję, że chce mi się malować w ogrodzie i tyle. Chyba że namówię cię na wspólny rejs moją śliczniutką łódeczką? Hm? Nie chciałabyś przewietrzyć głowy?
– Muszę zrobić parę rzeczy w związku z kampanią dla Ryder Sports. Nie, dziś nie daję sobie wolnego.
– To co, w najbliższy weekend?
Sonya się uśmiechnęła, ale jej oczy patrzyły z powagą.
– W weekend chętnie, rzecz jasna.
Kiedy ostatni omlet wraz z bekonem i tostem wylądował na talerzu, usiedli razem przy stole, a wszystkie cztery zwierzaki zapadły w poranną drzemkę.
– Cleo, wspaniałe te omlety – powiedziała Sonya.
– Uwierzę ci, jak zobaczę, że jesz.
– Będę jadła. Przepraszam, jestem dziś trochę… przyciężkawa.
– Nie jesteś – zaprotestował Trey.
– Ale tak się czuję. Widziałam… widziałam wprawdzie zdjęcia, a Collin w chwili śmierci był dużo starszy niż mój tata, ale… nie wiem, jakoś nie byłam przygotowana na to podobieństwo. Dla ciebie i Owena musiało to być jeszcze gorsze doświadczenie, wiem, ale sama nie mogę się na razie z tego otrząsnąć. A od wczoraj wieczorem, kiedy skończyła się impreza, nie słyszeliśmy w ogóle Clover. A przecież ona ma zawsze tyle do powiedzenia. Teraz się martwię, że…
Kiedy to mówiła, tablet leżący na kuchennym blacie zagrał _I’m Still Standing_ (_Ciągle się trzymam_) Eltona Johna.
Do oczu Sonyi napłynęły łzy, a Trey wyciągnął do niej rękę.
– Nie, nie, już mi lżej. Właśnie to potrzebowałam usłyszeć. My też się trzymamy, Clover. – Nadziała na widelec kawałek omleta i włożyła do ust. Kiedy się uśmiechnęła, zrobiła to całą sobą. – Cleo, jest tak świetny, na jaki wygląda.
Ludzie jedli, zwierzęta spały, a tablet grał. Jakby się wcześniej umówili, nie rozmawiali o tym, co się zdarzyło w nocy. Na razie. Wiedzieli, że przyjdzie na to czas, lecz na razie sprawa musiała się odleżeć.
– Ech, Lafayette, ty to masz talent. – Owen pochłonął ostatni kęs omleta.
– No, na to wygląda.
– Ale dziś wieczorem dajemy ci wolne – odezwał się Trey. – Co wy na to, żebyśmy przywieźli coś na wynos?
– Moje uczucia na tym nie ucierpią – zapewniła go Cleo. – Będę miała więcej czasu na malowanie. Kiedy już zadecyduję, czy to będzie lekka akwarelka czy mocny olej.
– A w jaki sposób decydujesz? – zaciekawił się Owen.
– Spontanicznie. – Spojrzała na niego zmrużonymi oczami. – Uwielbiam iść przez życie na spontanie.
– Bardzo się cieszę, że robisz sobie wolne, żeby malować. – Sonya wzięła do ręki kubek z kawą i odchyliła się na oparcie krzesła. – I zobaczysz, twoja jesienna wystawa w Bay Arts zrobi furorę.
– O tym się dopiero przekonamy, ale tak, ja też się cieszę. A kiedy lato minie, znów będę gotowa ilustrować. Boże, zapomniałam ci powiedzieć, że dostałam przeuroczy liścik od Burta Springera, któremu wysłałam egzemplarz ukochanej książki jego wnuczki z autografami – moim i autorki.
– Burt jest przemiłym gościem. Naprawdę uwielbiam z nim współpracować. Ja nie żyję ani nie pracuję na spontanie, ale freelancerka zawiodła mnie w zupełnie nowe miejsca. Rok temu nie wyobrażałam sobie, że będę prowadzić własną firmę graficzną.
– I to z jakim sukcesem – rzucił Trey, a ona się do niego uśmiechnęła.
– Tak. W życiu sobie tego nie wyobrażałam. Ani też tego, że zamieszkam we wspaniałym, ogromnym, nawiedzonym wiktoriańskim domu na wybrzeżu Maine. Ani że będę mieć ulubionego kuzyna – dodała, unosząc kubek z kawą w stronę Owena. – Ani też że będę z tobą, prawnikiem w trzecim pokoleniu, który będzie mi przywoził kolację z miasteczka i utwierdzał mnie w przekonaniu, że daję radę. – Sonya odrzuciła do tyłu włosy i westchnęła. – Żadne numery Dobbs tego nie zmienią. Ona nas nie powstrzyma. Cleo już to mówiła, i to prawda. Nasycamy ten dom światłem i życiem. I nie przestaniemy.
– Połowa roku to wcale nie za wcześnie, by zacząć planować wielką imprezę świąteczną, prawda?
Sonya wycelowała palcem w przyjaciółkę.
– Nie. Ani odrobinę nie za wcześnie.
– I znowu nas zaprzęgną do dźwigania mebli, stary. – Owen wstał. – Będę się zbierał, ale najpierw ogarnę naczynia. Domyślam się, że Molly też ma za sobą ciężką noc.
Cleo wstała razem z nim, położyła dłonie na jego pociemniałych od wczorajszego zarostu policzkach i z entuzjazmem go pocałowała.
– Należysz do wytrawnych facetów, Owenie, ale masz w sobie akurat tyle słodyczy, ile trzeba. Słońce może i wstało, ale ja? Kładę się spać.
– Po takim śniadaniu i czekaj… ilu kawach? Dwóch?
– Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby Cleo od spania, jeśli Cleo chce spać.
– W przeciwieństwie do mojej przyjaciółki, która już rusza do pracy, mimo że nie ma jeszcze szóstej.
– Robota czeka, klienci muszą być zadowoleni.
Z tabletu dobiegły dźwięki utworu Johnny’ego Casha i June Carter Cash _Time’s a Wastin’_ (_Nie ma czasu do stracenia_).
– Nie wydaje mi się, żeby to była piosenka o pracy. – Owen spontanicznie objął Cleo, przegiął ją do tyłu i z zapałem pocałował.
– Cóż, zależy, co kto ma na myśli.
– Zawsze mam to na myśli, ale Jones i ja też mamy huk roboty i klientów, których też trzeba zadowolić.
– Wpiszcie i mnie na tę listę. – Trey wstał. – Pomogę Owenowi i też znikam. Wykąpię się i przebiorę u siebie. Wrócę z kolacją. Jakieś specjalne zamówienia?
– Nie, zaskocz nas – poprosiła Sonya.
– Nie ma sprawy.
Teraz ona ujęła jego twarz w dłonie i zajrzała mu w jaskrawobłękitne oczy.
– Przeszłabym przez to i bez ciebie, bo nie miałabym wyjścia. Ale cieszę się, że nie musiałam.
Otoczyła go ramionami i przytrzymała.
– Naprawdę się cieszę. – Przycisnęła wargi do jego ust. – Idę na górę, trochę się ogarnę i siadam do pracy.
– Dzwoń, gdyby coś się działo.
– Jasne.
– Idę wypuścić Pye i Yodę, a potem się kładę. W razie czego szukaj nas na górze.
Wszystkie cztery czworonogi chętnie wybiegły na dwór, a Cleo przystanęła w otwartych drzwiach.
– Och, to będzie idealny dzień na malowanie _en plain air_. Sonya da sobie radę – dodała, nie odrywając spojrzenia od trawnika, ogrodu i ciemnej ściany lasu. – Przywiązała się do tego miejsca, a kiedy Sonya jest czemuś oddana, naprawdę trudno ją do tego zniechęcić.
Odwróciła się.
– Właśnie dlatego trzymała się Brandona, mimo że miała wątpliwości, czy powinna za niego wychodzić. A kiedy nakryła go w łóżku z kuzynką? – Cleo pstryknęła palcami. – Nastąpił koniec. Gdyby ten dupek okazał skruchę, może by mu wybaczyła, ale na pewno by do niego nie wróciła. Przytaczam jego przykład tylko po to, żebyś się o nią tak strasznie nie martwił. To, że Sonya się nie podda, to jedno. A to, że się wyrwie, jeśli ją przyprzeć do muru, to drugie. Ostatnia noc to był błąd. – Cleo wskazała palcem w górę, na Złoty Pokój i Hester Dobbs. – Potężny błąd.
– Co konkretnie masz na myśli? – spytał Owen, przerywając ładowanie zmywarki.
– To, co ta zołza uczyniła siedmiu pannom młodym. Będzie musiała za to zapłacić. Trzeba ją powstrzymać. Ale to wszystko przeszłość. Mimo że Sonya przeszła na drugą stronę lustra i widziała to na własne oczy, te rzeczy już się wydarzyły. Kiedyś. Dawno. A wczorajsza noc? Wczoraj Dobbs skrzywdziła ludzi, którzy są nam drodzy. To się zdarzyło tu i teraz. I było wymierzone w nas.
– Sonya musiała się otrząsnąć ze smutku i odnaleźć w sobie żar.
Cleo uśmiechnęła się do Treya.
– Znasz ją. Mówię to jako ktoś, kto ją zna i kocha dłużej niż ty. Że ona się nie złamie. Nie podda.
– Czasem strasznie mnie to martwi.
– Potrzebuje tego domu i wszystkiego, co go stanowi – z jednym wyjątkiem, oczywiście – a ten dom i wszystko, co go stanowi, potrzebuje jej. Moc jest po naszej stronie. Trzeba w to wierzyć.
– Mogę cię o coś prosić? Trzymaj się dziś w pobliżu.
– Jasne. A teraz wpuszczę Yodę i Pye, żebyście mogli spokojnie odjechać. A potem idę spać. Brak snu szkodzi na urodę.
Wychodząc, przeciągnęła palcem po policzku Owena. Ten zaś, patrząc za nią, pokręcił głową.
– Ech, brachu, wpadłem na całego. Ta kobieta ma mnie w małym paluszku. I wiesz co? Ona się nie myli. We wszystkim, co powiedziała, ma rację.
– Wiem. Dam radę z tym żyć. Ty też.
– Pewnie, że ja też. Napisz mi, jak będziesz gotowy jechać po żarcie, to się spotkamy.
Kiedy po długim, gorącym prysznicu Sonya wyszła z łazienki, zastała w sypialni Yodę, a na schludnie pościelonym łóżku – parę legginsów do pół łydki i luźny tiszert.
Głęboko wzdychając, powstrzymała łzy.
– Dzięki, Molly. Z przyjemnością się w to ubiorę.
Młoda irlandzka pokojówka z dawno minionych czasów nie przestawała jej usługiwać. I robiła to raczej z miłości niż z obowiązku – Sonya nie tylko to wyczuwała, lecz szczerze w to wierzyła.
Te same motywy kierowały Jackiem – chłopcem, który zmarł w tym domu, nie mając nawet dziesięciu lat – kiedy po kryjomu bawił się z Yodą. A także Jerome’em, który czuwał nad całą posiadłością i dbającą o domową zieleń Eleanor.
Ich duchy – wraz z duchami innych, których imion Sonya nie znała – były tu nadal obecne i stanowiły część Domu Poole’ów, tak samo jak szyby w oknach i deski podłóg.
Sonya miała wobec nich zobowiązania – tak wobec nich, jak i wobec siedmiu panien młodych: Astrid, Catherine, Marianne, Agathy, Lisbeth, Clover i Johanny. To dla nich – jeszcze bardziej niż dla siebie i dla Cleo – pragnęła zachować ten dom.
Dom, który miał pozostać i pozostanie Domem Poole’ów – czyli tym, czym był od początku.
To dla nich – myślała, ubierając się – zostanę tu, będę tu pracować i walczyć. Odbiorę jędzy skradzione obrączki i złamię jej klątwę.
Jeśli ma to oznaczać pobudki o trzeciej nad ranem – czyli o godzinie, o której Hester Dobbs rzuciła się z urwiska, by własną krwią przypieczętować klątwę – będę wstawać o trzeciej. Jeśli ma to oznaczać ciągłe przechodzenie na drugą stronę lustra, by być świadkiem koszmarów – będę przechodzić przez lustro.
I znajdę wreszcie sposób, by zdjąć z palców martwej wiedźmy wszystkie nienależące do niej obrączki.
Mimo snucia tych myśli Sonya wcale nie wiedziała, jak tego dokona.
Zamiast od razu wysuszyć włosy, zaplotła je w warkocz. Trudno, gdyby zdarzyło jej się spotkanie online, skorzysta z awaryjnego zestawu do makijażu, który trzymała w biurku.
Gdy ruszyła do drzwi, Yoda zerwał się, przebiegł przez salonik i razem z nią wyszedł na korytarz. Zauważyła, że drzwi sypialni Cleo są lekko uchylone. To pewnie dla Pye, by mogła do woli krążyć w tę i z powrotem.
Ponieważ doskonale znała swoją przyjaciółkę – w akademiku dzieliły wszak pokój – spodziewała się, że Cleo pośpi co najmniej do południa.
Żałowała, że sama tak nie potrafi.
Nie pozostawało jej nic innego, jak tylko pójść do odległej wieżyczki, mieszczącej bibliotekę, w której urządziła sobie gabinet.
Rzuciwszy okiem na tablicę inspiracji, usiadła za biurkiem ustawionym na wprost szerokich drzwi.
Ależ tu cisza, pomyślała, gdy Yoda mościł się u jej stóp, by dotrzymać towarzystwa w pracy. Zza okien dobiegał tylko huk morza. Sonya pokochała już odgłos fal z impetem uderzających o skały. Do pokoju wpadało poranne słońce. Na parapecie kwitła na różowo Xena – fiołek afrykański, podarowany jej przez Cleo pierwszego dnia na uczelni.
Tu, w dwupoziomowej bibliotece, otaczały ją książki, piękno i historia.
Pracowało jej się tu doskonale – twórczo i skutecznie – wiedziała, że to się nie zmieni. Wykonała tu już kawał dobrej roboty – i wykona jeszcze niejeden.
Ten gabinet, ten dom oraz wszystko, co się w nim znajdowało, należało teraz do niej. Podobnie jak duże pieniądze, dzięki którym mogła żyć i pracować na własnych warunkach, ponieważ Collin Poole przekazał jej, córce swego brata, cały majątek. Jego śmierć przyniosła jej nowe życie. A ona nie mogła przestać o tym myśleć.
Włączyła komputer.
Najpierw mejle – przeczytać i odpowiedzieć. Wprowadzić zmiany i poprawki do dotychczasowych, rozpoczętych już projektów. I dopiero przejść do tych bieżących.
Nagle przycisnęła palce do oczu.
– Boże, Clover. Muszę to powiedzieć i mam nadzieję, że mnie teraz słuchasz. Strasznie się z tym czuję, że zafundowała ci taki koszmar. Potwornie mi żal wszystkich panien młodych, ale ciebie najbardziej. Ona odebrała życie tobie, lecz Charlie sam je sobie odebrał. Ukradła ci nie tylko ślubną obrączkę, lecz także wszystkie marzenia. Dom, który chcieliście z Charliem tu stworzyć. Sztukę, która miała tu powstać. Ogród, który pragnęliście uprawiać. I dzieci, które mogły się wam jeszcze urodzić.
Zrobiła głęboki wdech, by się uspokoić.
– A zeszłej nocy, kiedy to wszystko słyszałam, widziałam i czułam – jednocześnie – nagle coś do mnie dotarło i skleiło się w całość. Gdyby te straszne rzeczy nie przytrafiły się tobie, wam wszystkim, począwszy od Astrid, a skończywszy na Johannie, mnie by tu nie było. – Zamilkła. – Nie miałabym tego, co mam. Czasu cofnąć nie mogę, ale przysięgam, że znajdę sposób, aby to naprawić. Żeby nie wiem co, wynagrodzę to tobie, wam wszystkim. Zrobię to dla ciebie. Bo jesteś matką mego ojca. Moją najbliższą rodziną. I jestem ci to winna.
Tablet zagrał piosenkę _Invisible String_ (_Niewidzialna nić_) Taylor Swift.
Sonya otarła łzę. Obiecała sobie, że to już ostatnia, która stoczyła się dziś po jej policzku.
– Tak, tak, to prawda. Właśnie to nas łączy. Nas wszystkich. I przysięgam, że jej nie zerwę. Graj nam dalej, dobrze? Co tylko chcesz. Myślę, że muzyka służy nam obu.
Wreszcie uspokojona otworzyła pierwszy mejl i przystąpiła do pracy.