Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Siedem obrączek - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3584 pkt
punktów Virtualo

Siedem obrączek - ebook

Siedem obrączek. Pradawna klątwa. I kobieta, która może ją złamać.

Gdy Sonya MacTavish dziedziczy tajemniczą posiadłość na wybrzeżu Maine, nie spodziewa się, że stanie się częścią historii pełnej duchów, dawnych namiętności i niewyjaśnionych tragedii. Z czasem poznaje prawdę na temat siedmiu obrączek skrywających mroczną klątwę, która przez pokolenia niszczyła życie kolejnych kobiet.

W miarę jak Sonya odkrywa sekrety przeszłości, zaczyna rozumieć, że tylko ona może przerwać krąg cierpienia. Pomaga jej Trey, mężczyzna, który z czasem stanie się dla niej kimś więcej niż tylko sprzymierzeńcem.

Nora Roberts łączy w Siedmiu obrączkach romans, tajemnicę i elementy nadprzyrodzone w hipnotyzującą opowieść o miłości silniejszej niż czas.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-53-4
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

W latach osiem­dzie­sią­tych XVIII wieku Arthur Poole, młody czło­wiek o wiel­kich ambi­cjach, wsiadł na sta­tek pły­nący przez Atlan­tyk. Podróż zawio­dła go na ska­li­ste, sma­gane wia­trem i falami wybrzeże Maine, do Nowego Świata, który szybko uznał za wła­sny.

Tu pra­co­wał, uczył się i roz­wi­jał.

Jako chło­pak z wizją, zajął się budową łodzi, two­rząc pod­wa­liny przed­się­bior­stwa szkut­ni­czego. W tro­sce o jego przy­szłość wże­nił się w zamożną, wysoko posta­wioną rodzinę.

Z cza­sem, niczym kwiat na ugo­rze, w jego mał­żeń­stwie roz­kwi­tła miłość.

Z myślą o dal­szych latach i następ­nych poko­le­niach kon­se­kwent­nie budo­wał trwałe, solidne przed­się­bior­stwo. A na urwi­sku ponad wzbu­rzo­nym, huczą­cym morzem posta­wił wielki – tak samo trwały i solidny – dom o kamien­nych, kry­tych drew­nem ścia­nach, z wie­życz­kami wznie­sio­nymi ku niebu i potęż­nymi drzwiami z naj­szla­chet­niej­szego maho­niu.

Jako miło­śnik morza, zadbał o to, by na dachu domo­stwa zna­lazł się taras. Sto­jąc na nim, śle­dził wzro­kiem wypro­du­ko­wane w jego fir­mie statki, sunące po kapry­śnych wodach Atlan­tyku.

To tu, w tej posia­dło­ści, przy­cho­dziły na świat, a potem bawiły się, bie­gały po ogro­dach, wędro­wały po pobli­skim lesie, uczyły się jeź­dzić konno i żeglo­wać jego dzieci.

Arthur Poole był z sie­bie zado­wo­lony. Wie­dział, że odniósł suk­ces – nie tylko jako przed­się­biorca, który z nędzy doszedł do bogac­twa i mieszka w rezy­den­cji góru­ją­cej nad mia­stecz­kiem nazwa­nym od jego nazwi­ska, lecz rów­nież jako speł­niony mąż i ojciec. Że jest nie tylko głową rodziny, lecz przede wszyst­kim w pełni odda­nym jej czło­wie­kiem.

Był dumny ze swo­ich dzieci, w szcze­gól­no­ści z pier­wo­rod­nego syna – jed­nego z bliź­nia­ków – który zdo­był serce i sta­rał się o rękę uro­czej (i zamoż­nej) panny.

Col­lin Poole miał się oże­nić z Astrid Gran­dville nie ze względu na awans spo­łeczny czy pie­nią­dze, lecz z miło­ści.

Pew­nego chłod­nego, jesien­nego dnia, który miał się oka­zać ostat­nim dniem jego życia, Arthur jechał konno przez las, roz­my­śla­jąc – jak to czę­sto bywało – o przy­szło­ści. Snuł wizję uda­nego ślubu syna – naj­pięk­niej­szej i naje­le­gant­szej uro­czy­sto­ści, jaką miało oglą­dać mia­steczko Poole’s Bay. Pla­no­wał też roz­bu­dowę domu, by zapew­nić miej­sce i wygodę przy­szłym wnu­kom.

Nie wie­dział jesz­cze, że nie będzie mu dane ich poznać, ani nawet uczest­ni­czyć w uro­czy­sto­ści zaślu­bin syna. Że w ten chłodny, jesienny dzień pad­nie ofiarą wiedźmy goto­wej posu­nąć się do wszyst­kiego, byle dostać w swe ręce jego wła­sność.

Nie cho­dziło jej jed­nak ani o rodzinę, ani o firmę, ani nawet o mają­tek.

Gra toczyła się o dom. W dąże­niu do tego, by zostać panią Domu Poole’ów, Hester Dobbs nie miała zaha­mo­wań.

Ci zaś, któ­rzy znali i kochali Arthura Poole’a, nie mogli odża­ło­wać tego, co go spo­tkało – tra­gicz­nego w skut­kach upadku z konia.

Gdy się oka­zało, że śmierć Arthura Poole’a nie przy­nie­sie Hester Dobbs tego, czego pra­gnęła, wiedźma z zimną krwią zamor­do­wała Astrid Gran­dville Poole w dniu jej ślubu.

Ponie­waż bestial­ski mord, krew Poole’ów na rękach i na języku, a obrączka Astrid na palcu rów­nież nie wystar­czyły, Dobbs rzu­ciła klą­twę na upra­gniony dom wraz z całą jego przy­szło­ścią.

Odtąd miała w nim zgi­nąć panna młoda z każ­dego poko­le­nia Poole’ów.

Ucie­kł­szy spod stryczka, obłą­kana wiedźma powró­ciła do domu, na któ­rego punk­cie miała obse­sję. Gdy zegar wybił trze­cią w nocy, pod bie­le­jącą nad ciem­nym morzem pełną tar­czą księ­życa przy­pie­czę­to­wała klą­twę wła­sną krwią.

Rzu­ciła się z murka oka­la­ją­cego urwi­sko.

Kamienny dom przez ponad dwa stu­le­cia góro­wał nad bez­kre­sem morza. Jego mury były świad­kami pierw­szych i ostat­nich tchnień. Zgod­nie z zamie­rze­niem Arthura Poole’a wycho­wy­wały się w nim jego wnuki, ich dzieci, a potem ich dzieci i wnuki.

W każ­dym poko­le­niu docho­dziło jed­nak do tra­ge­dii: panna młoda padała ofiarą bez­li­to­snej Hester Dobbs.

Miało się tak dziać aż do czasu, gdy zgi­nie ich sie­dem, a na pal­cach wiedźmy zalśni sie­dem ślub­nych obrą­czek.

W murach tego domu uwię­zione były teraz ich duchy. Pozo­sta­wał tu także duch Dobbs oraz duchy innych ludzi, któ­rzy albo sami posta­no­wili tu zostać, albo nie zna­leźli dotąd spo­sobu, by się stąd wydo­stać.

Błą­dzili więc po jego kory­ta­rzach, pra­co­wali i obser­wo­wali.

Trwali w ocze­ki­wa­niu na kogoś, kto zdej­mie klą­twę.

I oto przy­była – kobieta, w któ­rej żyłach pły­nęła krew Poole’ów, choć ona sama nie miała o tym poję­cia. Nie wie­działa też, że jej ojciec miał brata bliź­niaka ani że po śmierci ich matki, która tuż po poro­dzie padła ofiarą klą­twy Hester Dobbs, dzieci zostały w okrutny spo­sób roz­dzie­lone.

Nie była świa­doma obec­no­ści duchów, ist­nie­nia złego czaru ani roli, jaką sama miała ode­grać w tej spra­wie.

Lecz z cza­sem o wszyst­kim się dowie­działa.

Przy­była do domu samot­nie, choć nie miała samotna pozo­stać. Poznała nie­obecną dotąd w jej życiu rodzinę, jej histo­rię, a także przy­czynę, dla któ­rej jej ojciec został bru­tal­nie wyrwany z rodzin­nego gniazda.

Jak to moż­liwe, że choć przed tra­giczną, przed­wcze­sną śmier­cią ni­gdy nie gościł w tym domu, spor­tre­to­wał go na obra­zie? I jakim cudem, choć ni­gdy nie poznał swego bliź­niaka, nary­so­wał lustro w ramie rzeź­bio­nej w dra­pieżne zwie­rzęta, a w jego tafli – odbi­cie swego sobo­wtóra?

Cho­dząc po domu, żyjąc w nim i pra­cu­jąc, Sonya stop­niowo pozna­wała odpo­wie­dzi na te pyta­nia.

Kiedy poczuła zew zwier­cia­dła, prze­szła przez nie na drugą stronę. Tra­fiła do prze­szło­ści, gdzie na jej oczach roze­grały się sceny śmierci sied­miu panien mło­dych. Opła­kała je. Będąc świad­kiem kra­dzieży sied­miu obrą­czek, przy­się­gła je odzy­skać.

To, co Sonya Mac­Ta­vish uzna­wała dotąd za nie­moż­liwe, stało się teraz jej codzien­no­ścią. Zro­zu­miała, że aby zdjąć klą­twę z Domu Poole’ów i na zawsze prze­pę­dzić z niego Hester Dobbs, musi zdo­być obrączki sied­miu jej ofiar.

Ze względu na wszyst­kich, któ­rzy żyli tu przed jej przy­by­ciem, ze względu na miej­sce, w któ­rym odna­la­zła praw­dziwy dom i ze względu na sie­dem nie­szczę­snych panien mło­dych – obie­cała sobie, że tu zosta­nie. Że będzie szu­kać i wal­czyć.

Że wytrwa, mimo że wszę­dzie wokół cza­iła się śmierć.Rozdział 1

Umarli wypeł­niali swą obec­no­ścią dom, ale nie w spo­sób, do któ­rego Sonya przy­wy­kła i który w pew­nym sen­sie nawet polu­biła. Teraz wypeł­niali go krwią, oka­le­czo­nymi cia­łami, ago­nią i roz­pa­czą.

Sonya zaś, patrząc na powięk­sza­jącą się czer­woną plamę na bia­łej sukni Astrid Poole i spo­glą­da­jąc na koły­szące się na stryczku ciało pierw­szego Col­lina Poole’a, prze­ży­wała ich ból i prze­ra­że­nie niczym wła­sne.

U stóp scho­dów obok ciała pierw­szej panny mło­dej w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji leżało zalane krwią ciało tej ostat­niej – Johanny Poole. Obok niej, z dło­nią na jej dłoni, spo­czy­wał Col­lin Poole, który, prze­żyw­szy żonę o kilka dekad, zmarł po upadku z tych samych oka­za­łych scho­dów.

Choć umie­rał jako czło­wiek dużo star­szy niż jego bliź­niak, Sonya roz­po­zna­wała w jego twa­rzy rysy ojca. Teraz oprócz bólu i stra­chu malo­wał się na niej smu­tek – rap­towny i nie­spo­dzie­wany.

Chcąc poczuć cie­pło i życie, Sonya odru­chowo chwy­ciła Treya za rękę.

– To Col­lin. Brat mojego taty.

– Tak. Leży dokład­nie tak jak wtedy, gdy go zna­la­złem.

Dla Treya, czyli Oli­vera Doyle’a III, praw­nika z trze­ciego poko­le­nia Doyle’ów, przy­ja­ciela i kochanka Sonyi, Col­lin Poole był czło­wie­kiem tak bli­skim jak czło­nek rodziny. W odru­chu współ­czu­cia Sonya przy­tu­liła się do męż­czy­zny.

– Jest mi tak strasz­nie przy­kro, Treyu. Tak przy­kro. – Mocno zaci­snęła powieki. – Boże, sły­szy­cie ich? Sły­szy­cie ich wszyst­kich?

– Sły­szę. Owe­nie! – Trey odwró­cił się do przy­ja­ciela, kuzyna Sonyi.

– Trudno sły­szeć cokol­wiek innego, oczy­wi­ście prócz wycia psów.

– Postaw mnie już. – Cleo szturch­nęła Owena w pierś, by odsta­wił ją na zie­mię. – Upu­ści­łam szklankę. Uwa­żaj­cie pod nogi, wszy­scy jeste­śmy boso.

Pode­szła do Sonyi, wzięła ją za rękę i stwier­dziła, że dłoń przy­ja­ciółki jest tak samo lodo­wata jak jej wła­sna.

– Ja posprzą­tam. – Owen się zgło­sił na ochot­nika.

Cleo spio­ru­no­wała go spoj­rze­niem.

– Ani mi się waż stąd ruszać. Ani mi się waż.

– Musimy coś zro­bić. – Sonya nie wytrzy­mała i zakryła uszy rękami. – Ona ich tor­tu­ruje. Musimy to ukró­cić.

– Pamię­taj­cie, Dobbs się karmi stra­chem – przy­po­mniała im Cleo. – Ze wszyst­kich sił sta­ram się nie dać jej ani odro­biny, ale… – zawie­siła głos i skie­ro­wała spoj­rze­nie na schody. – O, mój Boże. Nie!

Stała tam Johanna w towa­rzy­stwie jakiejś nie­wy­raź­nej postaci. Mimo hałasu wyraź­nie usły­szeli chrup­nię­cie, towa­rzy­szące gwał­tow­nemu ruchowi jej głowy, i bez­władne ciało kobiety runęło w dół po scho­dach – tak samo jak w dniu jej ślubu.

– Ponow­nie je zabija. Wszyst­kie, jak leci. Każda umiera powtór­nie. Musimy coś z tym zro­bić – oznaj­miła Sonya. – Pie­przyć ten cho­lerny strach. – Ście­rała łzy z policz­ków, czu­jąc, że nara­sta­jący gniew wypala jej prze­ra­że­nie. – Każe im to prze­ży­wać jesz­cze raz, drę­czy je na naszych oczach, a na nas wywiera pre­sję.

Kiedy mówiła, pierw­szy Col­lin Poole ze strycz­kiem na szyi sko­czył ze scho­dów. Dało się sły­szeć trza­śnię­cie sznura podobne do chrup­nię­cia jego karku.

– Bru­talne – mruk­nął Owen. – Jeśli cho­dzi o pie­prze­nie stra­chu, jestem cały na tak.

– Two­rzymy krąg, złap­cie się za ręce! – roz­ka­zała Cleo.

– Dla­czego?

– Słu­chaj, Owe­nie, wiem, że jestem ama­torką, ale w jed­no­ści siła. Przy­po­mnij sobie, co zro­bi­łeś, kiedy Pye popę­dziła pod drzwi Zło­tego Pokoju pod­czas napadu wście­kło­ści tej jędzy?

– Pobie­głem za nią.

– I zaczą­łeś śpie­wać. Więc śpie­wajmy, do cho­lery. No, już. Wszy­scy razem – śpiew.

– Co? – zdu­miał się Trey. – Mam teraz śpie­wać?

Cleo wzru­szyła ramio­nami.

– Lep­sze to niż tylko stać i patrzeć, i dalej słu­chać. Clo­ver poro­zu­miewa się z nami za pomocą muzyki, więc dla­czego by nie.

– Dobra, śpie­wamy, tylko co? – zasta­no­wił się Owen, mocno ści­ska­jąc dło­nie Cleo i Sonyi, pod­czas gdy Astrid Poole z ręką przy­ci­śniętą do krwa­wią­cej rany chwiej­nie scho­dziła po scho­dach.

– Cho­lera, nie mam poję­cia. Nic mi nie przy­cho­dzi do głowy.

– Jeste­śmy wku­rzeni! – zawo­łał Trey, a jego twarz wykrzy­wiła się z wście­kło­ści, gdy ciało męż­czy­zny, któ­rego kochał jak dru­giego ojca, sto­czyło się po scho­dach.

– Jeste­śmy, i to jak! – Choć łzy spły­wały po jej policz­kach, Sonya powtó­rzyła: – Jeste­śmy cho­ler­nie wku­rzeni.

– W takim razie lecimy z tym kok­sem. – Trey prze­krzy­ki­wał płacz, szlo­chy i wycie. – _Keep you in the dark, you know they all pre­tend_ (_Nie mówi­łem ci, ale wiesz, że wszy­scy udają_) – zaśpie­wał pio­senkę Foo Figh­ters_._

Jego głos – głos daw­nego lidera lice­al­nej kapeli z sie­dzibą w garażu – zabrzmiał mocno i czy­sto. Natych­miast pod­ła­pał go Owen.

Sonya odszu­kała w pamięci te upiorne słowa i wraz z Cleo włą­czyła się w śpiew.

– „Dawaj tu swoje szkie­lety”.

Pio­senka pie­kiel­nie dobrze pasuje do oko­licz­no­ści, pomy­ślała. Śpie­wali o opo­rze i wyzwa­niu, z mocą wykrzy­ku­jąc słowa, w któ­rych nie wybrzmie­wał nawet cień stra­chu.

Świa­tła zapa­lały się i gasły, drzwi otwie­rały się i zamy­kały z trza­skiem. Ale kosz­marne odgłosy udręki powoli, stop­niowo cichły.

Kiedy doszli do refrenu, a póź­niej zaśpie­wali dalej o „ręce, która cię znisz­czy”, Sonya wczuła się w tekst całym ser­cem.

Gdy skoń­czyli, w domu zapa­no­wała cisza. W holu przy scho­dach nie leżało żadne ciało; nikt nie koły­sał się na stryczku nad ich gło­wami.

– Foo Figh­ters. – Owen i Trey stuk­nęli się pię­ściami. – To był natchniony wybór.

– Uzna­łem, że _The Pre­ten­der_ (_Uzur­pa­tor_) będzie ide­alny, bo tym wła­śnie jest Dobbs. Uzur­pa­torką, któ­rej się zdaje, że jest panią tego domu. – Uniósł dłoń Sonyi do ust. – Dobrze się czu­jesz, skar­bie?

– Nie, ale zaraz się poczuję. – Dziew­czyna się schy­liła, by pogła­skać Yodę drep­czą­cego u jej stóp. – Ale się wystra­szy­łeś, co? Wszyst­kie się wystra­szy­ły­ście, pie­ski.

– Moja dama też – rze­kła Cleo, gdy czarna kotka prze­śli­zgnęła się mię­dzy jej nogami, a potem otarła o łydkę Owena. – Całej czwórce przyda się krótki spa­cer. Sama też chęt­nie ode­tchnę świe­żym powie­trzem.

– Tylko nie zamy­kaj drzwi – popro­siła Sonya. – Niech się tro­chę prze­wie­trzy. A ja posprzą­tam szkło.

– Daj, ja to zro­bię. – Trey zgło­sił się na ochot­nika. – Ty idź się przejść z Cleo.

Kiedy Sonya zago­niła na dwór Yodę, Mookiego – psa Treya oraz Jonesa, nie­od­łącz­nego towa­rzy­sza Owena, Trey ruszył do kuchni po szczotkę. Wró­ciw­szy, zastał Owena wpa­trzo­nego w miej­sce, gdzie przed chwilą leżał Col­lin.

– Widzia­łeś, jak spa­dał – rzekł Trey.

Owen ski­nął głową.

– Tak. Zawsze się oba­wia­łem, że mogła to być jego wła­sna decy­zja, że miał dość życia bez Johanny. Albo jesz­cze gorzej – że Dobbs mu to zro­biła.

– A on się zwy­czaj­nie potknął. Też podej­rze­wa­łem to co ty, ale nie, on się potknął. Był na wpół przy­tomny, wyrwany ze snu.

– Od paru dni męczyło go prze­zię­bie­nie.

– Ach, więc tym bar­dziej. Ale coś go zbu­dziło, zasko­czyło. Myślę, że widział…

– …Johannę – dokoń­czył Owen. – U stóp scho­dów. Nie wiem, czy naprawdę ją widział, czy tylko ją sobie wyobra­żał, czy sobie przy­po­mniał, że ją tam zna­lazł – w każ­dym razie wytrą­ciło go to z rów­no­wagi.

– Nie sądzę, by to była sprawka Dobbs. Col­lin zwy­czaj­nie potknął się, upadł i runął.

– Trzy­mał dłoń na dłoni Johanny. Teraz, kiedy go widzie­li­śmy. Raczej nie zro­bił tego celowo, ale myślę, że było mu przy­jem­nie. Dobbs popeł­niła błąd, że nam to poka­zała, bo dzięki temu czuję się lepiej. Kiedy wiem, że stra­cił rów­no­wagę i spadł ze scho­dów, ale osta­tecz­nie było mu przy­jem­nie. Poko­namy ją, Owe­nie.

– To nie ulega wąt­pli­wo­ści, bez­sprzecz­nie tak. – Owen wyszcze­rzył zęby. – Odkry­wam w sobie nie­koń­czące się pokłady muzycz­nych natchnień.

Clo­ver, szó­sta panna młoda i zara­zem bab­cia Sonyi, puściła utwór Rihanny _Don’t Stop the Music_ (_Nie wyłą­czaj muzyki_).

– Się robi, laska. A idąc dalej tym tro­pem, zjadł­bym jakieś śnia­da­nie. Za godzinę i tak trzeba by było wsta­wać. – Owen zer­k­nął na otwarte drzwi. – Jak myślisz, jaka jest szansa, że namó­wię Cleo do zro­bie­nia nam omle­tów przed świ­ta­niem?

– Sam powi­nie­neś wie­dzieć, to ty z nią sypiasz.

– Sza­cuję, że pięć­dzie­siąt pro­cent, a jeśli będę na nią cze­kał z kawą, to nawet wię­cej.

Trey ze szczotką i śmiet­niczką pełną odłam­ków szkła wró­cił do kuchni.

– Rób tę kawę – pora­dził. – Wszy­scy potrze­bu­jemy chwili na ochło­nię­cie. To było zupeł­nie coś innego niż zwy­kła świa­do­mość, że miesz­kamy pod jed­nym dachem z duchami. Patrzy­li­śmy, jak umie­rają. Sły­sze­li­śmy to. I czu­li­śmy.

– Dobbs uci­chła. Przy­go­to­wa­nie tego wido­wi­ska kosz­to­wało ją sporo ener­gii.

– Chciała ich skrzyw­dzić. Wszyst­kich, któ­rzy prze­by­wają w tym domu, żywych czy umar­łych. Jedy­nym spo­so­bem jej uniesz­ko­dli­wie­nia jest odna­le­zie­nie obrą­czek. Ode­bra­nie ich. Zdję­cie klą­twy. Wtedy stąd znik­nie.

– A Sonya widziała już wszyst­kie sie­dem panien mło­dych. Ich śmierć.

– Wła­śnie. Od tej chwili będzie tylko trud­niej, Owe­nie. – Trey, który sie­dział przy kuchen­nej wyspie, wbił rękę w zmierz­wione włosy. – Nie możemy prze­cież tu być dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. A dziew­czyny tu miesz­kają. Pra­cują.

Włą­czyw­szy eks­pres do kawy, Owen wyjął jajka, ser i bekon. Uznał, że jeżeli nie uda mu się nakło­nić Cleo do zro­bie­nia śnia­da­nia, sam coś skleci.

– Rozu­miem, co masz na myśli. Też się mar­twię. Ale tak szcze­rze? – Rzu­cił przy­ja­cie­lowi krót­kie spoj­rze­nie. – Nie znam dwóch innych kobiet – co tam kobiet, ludzi! – któ­rzy radzi­liby sobie z czymś takim lepiej niż one.

– Zwier­cia­dło, kiedy się pojawi, nie zosta­wia wyboru. Sonya musi przez nie przejść. To sil­niej­sze od niej.

– A ty nie możesz iść z nią. – Owen, mie­rząc Treya sta­now­czym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu Poole’ów, podał mu kubek z kawą. – Za to ja mogę. O ile tu jestem. Ale ty i Cleo musi­cie zostać po tej stro­nie. Rozu­miem, jakie to trudne do prze­łknię­cia dla faceta, który ma w natu­rze poma­ga­nie ludziom i napra­wia­nie świata. I ma do tego wszel­kie pre­dys­po­zy­cje.

– Powiem ci, że za każ­dym razem coraz trud­niej jest mi wie­rzyć, że stam­tąd wró­ci­cie.

– Oto, co myślę. – Owen wziął do ręki kubek z kawą. – Ponie­waż rama lustra rzeź­biona jest w dra­pież­niki, czło­wiek odru­chowo myśli, że zaraz pożre go żyw­cem. Ale na zdrowy rozum musi być odwrot­nie: lustro jest po naszej stro­nie, bo ina­czej po co poka­zy­wa­łoby Sonyi, co ma robić, by pozbyć się tej wiedźmy?

– Też to sobie powta­rzam. Z tego, co wiemy lub uzna­jemy za prawdę, Col­lin i ojciec Sonyi nawią­zy­wali ze sobą kon­takt. Może ni­gdy tak naprawdę nie poj­mo­wali, jak to moż­liwe ani dla­czego.

– Ojciec Sonyi raczej nie poj­mo­wał, ale Col­lin musiał do tego dojść – zwłasz­cza po tym, jak twój tata opra­co­wał drzewo gene­alo­giczne Poole’ów. Kiedy się dowie­dział, że ma brata bliź­niaka, z któ­rym go roz­dzie­lono i któ­rego oddano do adop­cji, musiał to roz­pra­co­wać.

– A kiedy to roz­pra­co­wał i posta­no­wił się skon­tak­to­wać z Andrew Mac­Ta­vi­shem, ten już nie żył.

– Tak, nie żył, więc zapi­sał dom jego jedy­nej córce. Ty się w niej zako­cha­łeś. Ona spro­wa­dziła tu swoją kum­pelę, w któ­rej zako­cha­łem się ja. Widzę tu pewną syme­trię. Nie mam poję­cia, co ona ma ozna­czać, ale nie da się ukryć, że ist­nieje.

Doszły do nich odgłosy wbie­ga­ją­cych do domu psów.

– Zobaczmy, czy zako­chała się we mnie na tyle, by mi zro­bić omlet.

Zanim Cle­opa­tra Faba­res prze­pro­wa­dziła się z Bostonu do Maine, wschody słońca zda­rzało jej się obser­wo­wać wyłącz­nie po zarwa­nych nocach – czy to na impre­zo­wa­niu, czy na pracy twór­czej.

Jeśli zaś cho­dzi o szy­ko­wa­nie śnia­dań – lub w ogóle jakich­kol­wiek posił­ków – to zde­cy­do­wa­nie nie zda­rzało jej się to ni­gdy.

Ale to było kie­dyś. A teraz się zmie­niło.

Cleo przy­jęła pro­po­zy­cję Sonyi, by wpro­wa­dzić się do jej domu w Maine, i bez chwili waha­nia zaanek­to­wała stu­dio malar­skie Col­lina Poole’a w wie­życzce. Posta­wiła jed­nak waru­nek, że zaj­mie się zaku­pami i kuch­nią.

Opa­no­wa­nie sztuki kuli­nar­nej kosz­to­wało uro­dzoną w Luizja­nie pla­styczkę sporo zachodu, ale powio­dło się. I co wię­cej, dawało Cleo mnó­stwo frajdy.

A ponie­waż ostat­nia pobudka o trze­ciej nad ranem i póź­niej­sze mocne prze­ży­cia, które po niej nastą­piły, pobu­dziły rów­nież jej ape­tyt, o zro­bie­nie omle­tów nie trzeba było jej długo pro­sić.

Teraz zebrała w koczek burzę kar­me­lo­wych loków i wysłała Owena do ogródka po pie­truszkę i estra­gon. Po czym zabrała się do pracy.

Cie­szyła się, że ma się czym zająć, a co waż­niej­sze – wie­działa, że daje przy­ja­ciółce czas na wyci­sze­nie emo­cji.

W Sonyi na­dal kipiał gniew, a Cleo była ostat­nim czło­wie­kiem, który chciałby go stłu­mić. Zauwa­żyła jed­nak, że Sonya pobla­dła, a widoczne w jej ciem­no­zie­lo­nych oczach zmę­cze­nie spo­wo­do­wane jest czymś dużo poważ­niej­szym niż nie­prze­spana noc.

To ona dźwi­gała na sobie naj­więk­szy cię­żar. A oni – pozo­stała trójka – mogli jej w tym pomóc, lecz nie mogli wziąć jej brze­mie­nia na sie­bie.

Poma­gamy, jak możemy, pomy­ślała Cleo. Robiąc śnia­da­nie, dotrzy­mu­jąc towa­rzy­stwa, wyko­nu­jąc ruty­nowe czyn­no­ści.

Trey i Sonya nakar­mili zwie­rzaki, a Owen roz­sta­wił naczy­nia na stole.

Zamie­sza­nie, zwy­czajne życie, bycie razem – to wszystko nio­sło ulgę.

Brzęk­nął timer. Sonya wyjęła bekon z pie­kar­nika, a Trey, który aku­rat wkła­dał chleb do tostera, pod­niósł na nią wzrok.

Boi się, że Sonya się roz­sy­pie, pomy­ślała Cleo, zsu­wa­jąc trzeci z czte­rech omle­tów z patelni na talerz i wkła­da­jąc go do nagrza­nego pie­kar­nika, by nie wystygł.

Ale ona się nie roz­sy­pie.

W każ­dym razie nie bar­dziej, niż roz­sy­pa­liby się Trey czy Owen po przy­mu­so­wym oglą­da­niu na żywo śmierci kogoś bli­skiego.

Żaden z nich by się nie roz­sy­pał.

Kiedy ostat­nia por­cja masła spie­niła się na patelni, Cleo wylała na nią masę jajeczną z serem i zio­łami.

– Chyba pójdę dziś malo­wać w ogro­dzie na tyłach domu. Może jakiś siel­ski wido­czek. O, wiem! Nama­luję wiste­rię na per­goli.

– Ze względu na mnie nie musisz trzy­mać się bli­sko domu, Cleo.

– Ale mogę, jeśli aku­rat mam na to ochotę. A czuję, że chce mi się malo­wać w ogro­dzie i tyle. Chyba że namó­wię cię na wspólny rejs moją ślicz­niutką łódeczką? Hm? Nie chcia­ła­byś prze­wie­trzyć głowy?

– Muszę zro­bić parę rze­czy w związku z kam­pa­nią dla Ryder Sports. Nie, dziś nie daję sobie wol­nego.

– To co, w naj­bliż­szy week­end?

Sonya się uśmiech­nęła, ale jej oczy patrzyły z powagą.

– W week­end chęt­nie, rzecz jasna.

Kiedy ostatni omlet wraz z beko­nem i tostem wylą­do­wał na tale­rzu, usie­dli razem przy stole, a wszyst­kie cztery zwie­rzaki zapa­dły w poranną drzemkę.

– Cleo, wspa­niałe te omlety – powie­działa Sonya.

– Uwie­rzę ci, jak zoba­czę, że jesz.

– Będę jadła. Prze­pra­szam, jestem dziś tro­chę… przy­cięż­kawa.

– Nie jesteś – zapro­te­sto­wał Trey.

– Ale tak się czuję. Widzia­łam… widzia­łam wpraw­dzie zdję­cia, a Col­lin w chwili śmierci był dużo star­szy niż mój tata, ale… nie wiem, jakoś nie byłam przy­go­to­wana na to podo­bień­stwo. Dla cie­bie i Owena musiało to być jesz­cze gor­sze doświad­cze­nie, wiem, ale sama nie mogę się na razie z tego otrzą­snąć. A od wczo­raj wie­czo­rem, kiedy skoń­czyła się impreza, nie sły­sze­li­śmy w ogóle Clo­ver. A prze­cież ona ma zawsze tyle do powie­dze­nia. Teraz się mar­twię, że…

Kiedy to mówiła, tablet leżący na kuchen­nym bla­cie zagrał _I’m Still Stan­ding_ (_Cią­gle się trzy­mam_) Eltona Johna.

Do oczu Sonyi napły­nęły łzy, a Trey wycią­gnął do niej rękę.

– Nie, nie, już mi lżej. Wła­śnie to potrze­bo­wa­łam usły­szeć. My też się trzy­mamy, Clo­ver. – Nadziała na wide­lec kawa­łek omleta i wło­żyła do ust. Kiedy się uśmiech­nęła, zro­biła to całą sobą. – Cleo, jest tak świetny, na jaki wygląda.

Ludzie jedli, zwie­rzęta spały, a tablet grał. Jakby się wcze­śniej umó­wili, nie roz­ma­wiali o tym, co się zda­rzyło w nocy. Na razie. Wie­dzieli, że przyj­dzie na to czas, lecz na razie sprawa musiała się odle­żeć.

– Ech, Lafay­ette, ty to masz talent. – Owen pochło­nął ostatni kęs omleta.

– No, na to wygląda.

– Ale dziś wie­czo­rem dajemy ci wolne – ode­zwał się Trey. – Co wy na to, żeby­śmy przy­wieźli coś na wynos?

– Moje uczu­cia na tym nie ucier­pią – zapew­niła go Cleo. – Będę miała wię­cej czasu na malo­wa­nie. Kiedy już zade­cy­duję, czy to będzie lekka akwa­relka czy mocny olej.

– A w jaki spo­sób decy­du­jesz? – zacie­ka­wił się Owen.

– Spon­ta­nicz­nie. – Spoj­rzała na niego zmru­żo­nymi oczami. – Uwiel­biam iść przez życie na spon­ta­nie.

– Bar­dzo się cie­szę, że robisz sobie wolne, żeby malo­wać. – Sonya wzięła do ręki kubek z kawą i odchy­liła się na opar­cie krze­sła. – I zoba­czysz, twoja jesienna wystawa w Bay Arts zrobi furorę.

– O tym się dopiero prze­ko­namy, ale tak, ja też się cie­szę. A kiedy lato minie, znów będę gotowa ilu­stro­wać. Boże, zapo­mnia­łam ci powie­dzieć, że dosta­łam prze­uro­czy liścik od Burta Sprin­gera, któ­remu wysła­łam egzem­plarz uko­cha­nej książki jego wnuczki z auto­gra­fami – moim i autorki.

– Burt jest prze­mi­łym gościem. Naprawdę uwiel­biam z nim współ­pra­co­wać. Ja nie żyję ani nie pra­cuję na spon­ta­nie, ale fre­elan­cerka zawio­dła mnie w zupeł­nie nowe miej­sca. Rok temu nie wyobra­ża­łam sobie, że będę pro­wa­dzić wła­sną firmę gra­ficzną.

– I to z jakim suk­ce­sem – rzu­cił Trey, a ona się do niego uśmiech­nęła.

– Tak. W życiu sobie tego nie wyobra­ża­łam. Ani też tego, że zamiesz­kam we wspa­nia­łym, ogrom­nym, nawie­dzo­nym wik­to­riań­skim domu na wybrzeżu Maine. Ani że będę mieć ulu­bio­nego kuzyna – dodała, uno­sząc kubek z kawą w stronę Owena. – Ani też że będę z tobą, praw­ni­kiem w trze­cim poko­le­niu, który będzie mi przy­wo­ził kola­cję z mia­steczka i utwier­dzał mnie w prze­ko­na­niu, że daję radę. – Sonya odrzu­ciła do tyłu włosy i wes­tchnęła. – Żadne numery Dobbs tego nie zmie­nią. Ona nas nie powstrzyma. Cleo już to mówiła, i to prawda. Nasy­camy ten dom świa­tłem i życiem. I nie prze­sta­niemy.

– Połowa roku to wcale nie za wcze­śnie, by zacząć pla­no­wać wielką imprezę świą­teczną, prawda?

Sonya wyce­lo­wała pal­cem w przy­ja­ciółkę.

– Nie. Ani odro­binę nie za wcze­śnie.

– I znowu nas zaprzę­gną do dźwi­ga­nia mebli, stary. – Owen wstał. – Będę się zbie­rał, ale naj­pierw ogarnę naczy­nia. Domy­ślam się, że Molly też ma za sobą ciężką noc.

Cleo wstała razem z nim, poło­żyła dło­nie na jego pociem­nia­łych od wczo­raj­szego zaro­stu policz­kach i z entu­zja­zmem go poca­ło­wała.

– Nale­żysz do wytraw­nych face­tów, Owe­nie, ale masz w sobie aku­rat tyle sło­dy­czy, ile trzeba. Słońce może i wstało, ale ja? Kładę się spać.

– Po takim śnia­da­niu i cze­kaj… ilu kawach? Dwóch?

– Nie ma takiej siły, która powstrzy­ma­łaby Cleo od spa­nia, jeśli Cleo chce spać.

– W prze­ci­wień­stwie do mojej przy­ja­ciółki, która już rusza do pracy, mimo że nie ma jesz­cze szó­stej.

– Robota czeka, klienci muszą być zado­wo­leni.

Z tabletu dobie­gły dźwięki utworu Johnny’ego Casha i June Car­ter Cash _Time’s a Wastin’_ (_Nie ma czasu do stra­ce­nia_).

– Nie wydaje mi się, żeby to była pio­senka o pracy. – Owen spon­ta­nicz­nie objął Cleo, prze­giął ją do tyłu i z zapa­łem poca­ło­wał.

– Cóż, zależy, co kto ma na myśli.

– Zawsze mam to na myśli, ale Jones i ja też mamy huk roboty i klien­tów, któ­rych też trzeba zado­wo­lić.

– Wpisz­cie i mnie na tę listę. – Trey wstał. – Pomogę Owe­nowi i też zni­kam. Wyką­pię się i prze­biorę u sie­bie. Wrócę z kola­cją. Jakieś spe­cjalne zamó­wie­nia?

– Nie, zaskocz nas – popro­siła Sonya.

– Nie ma sprawy.

Teraz ona ujęła jego twarz w dło­nie i zaj­rzała mu w jaskra­wo­błę­kitne oczy.

– Prze­szła­bym przez to i bez cie­bie, bo nie mia­ła­bym wyj­ścia. Ale cie­szę się, że nie musia­łam.

Oto­czyła go ramio­nami i przy­trzy­mała.

– Naprawdę się cie­szę. – Przy­ci­snęła wargi do jego ust. – Idę na górę, tro­chę się ogarnę i sia­dam do pracy.

– Dzwoń, gdyby coś się działo.

– Jasne.

– Idę wypu­ścić Pye i Yodę, a potem się kładę. W razie czego szu­kaj nas na górze.

Wszyst­kie cztery czwo­ro­nogi chęt­nie wybie­gły na dwór, a Cleo przy­sta­nęła w otwar­tych drzwiach.

– Och, to będzie ide­alny dzień na malo­wa­nie _en plain air_. Sonya da sobie radę – dodała, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od traw­nika, ogrodu i ciem­nej ściany lasu. – Przy­wią­zała się do tego miej­sca, a kiedy Sonya jest cze­muś oddana, naprawdę trudno ją do tego znie­chę­cić.

Odwró­ciła się.

– Wła­śnie dla­tego trzy­mała się Bran­dona, mimo że miała wąt­pli­wo­ści, czy powinna za niego wycho­dzić. A kiedy nakryła go w łóżku z kuzynką? – Cleo pstryk­nęła pal­cami. – Nastą­pił koniec. Gdyby ten dupek oka­zał skru­chę, może by mu wyba­czyła, ale na pewno by do niego nie wró­ciła. Przy­ta­czam jego przy­kład tylko po to, żebyś się o nią tak strasz­nie nie mar­twił. To, że Sonya się nie podda, to jedno. A to, że się wyrwie, jeśli ją przy­przeć do muru, to dru­gie. Ostat­nia noc to był błąd. – Cleo wska­zała pal­cem w górę, na Złoty Pokój i Hester Dobbs. – Potężny błąd.

– Co kon­kret­nie masz na myśli? – spy­tał Owen, prze­ry­wa­jąc łado­wa­nie zmy­warki.

– To, co ta zołza uczy­niła sied­miu pan­nom mło­dym. Będzie musiała za to zapła­cić. Trzeba ją powstrzy­mać. Ale to wszystko prze­szłość. Mimo że Sonya prze­szła na drugą stronę lustra i widziała to na wła­sne oczy, te rze­czy już się wyda­rzyły. Kie­dyś. Dawno. A wczo­raj­sza noc? Wczo­raj Dobbs skrzyw­dziła ludzi, któ­rzy są nam dro­dzy. To się zda­rzyło tu i teraz. I było wymie­rzone w nas.

– Sonya musiała się otrzą­snąć ze smutku i odna­leźć w sobie żar.

Cleo uśmiech­nęła się do Treya.

– Znasz ją. Mówię to jako ktoś, kto ją zna i kocha dłu­żej niż ty. Że ona się nie zła­mie. Nie podda.

– Cza­sem strasz­nie mnie to mar­twi.

– Potrze­buje tego domu i wszyst­kiego, co go sta­nowi – z jed­nym wyjąt­kiem, oczy­wi­ście – a ten dom i wszystko, co go sta­nowi, potrze­buje jej. Moc jest po naszej stro­nie. Trzeba w to wie­rzyć.

– Mogę cię o coś pro­sić? Trzy­maj się dziś w pobliżu.

– Jasne. A teraz wpusz­czę Yodę i Pye, żeby­ście mogli spo­koj­nie odje­chać. A potem idę spać. Brak snu szko­dzi na urodę.

Wycho­dząc, prze­cią­gnęła pal­cem po policzku Owena. Ten zaś, patrząc za nią, pokrę­cił głową.

– Ech, bra­chu, wpa­dłem na całego. Ta kobieta ma mnie w małym paluszku. I wiesz co? Ona się nie myli. We wszyst­kim, co powie­działa, ma rację.

– Wiem. Dam radę z tym żyć. Ty też.

– Pew­nie, że ja też. Napisz mi, jak będziesz gotowy jechać po żar­cie, to się spo­tkamy.

Kiedy po dłu­gim, gorą­cym prysz­nicu Sonya wyszła z łazienki, zastała w sypialni Yodę, a na schlud­nie poście­lo­nym łóżku – parę leg­gin­sów do pół łydki i luźny tiszert.

Głę­boko wzdy­cha­jąc, powstrzy­mała łzy.

– Dzięki, Molly. Z przy­jem­no­ścią się w to ubiorę.

Młoda irlandzka poko­jówka z dawno minio­nych cza­sów nie prze­sta­wała jej usłu­gi­wać. I robiła to raczej z miło­ści niż z obo­wiązku – Sonya nie tylko to wyczu­wała, lecz szcze­rze w to wie­rzyła.

Te same motywy kie­ro­wały Jac­kiem – chłop­cem, który zmarł w tym domu, nie mając nawet dzie­się­ciu lat – kiedy po kry­jomu bawił się z Yodą. A także Jerome’em, który czu­wał nad całą posia­dło­ścią i dba­jącą o domową zie­leń Ele­anor.

Ich duchy – wraz z duchami innych, któ­rych imion Sonya nie znała – były tu na­dal obecne i sta­no­wiły część Domu Poole’ów, tak samo jak szyby w oknach i deski pod­łóg.

Sonya miała wobec nich zobo­wią­za­nia – tak wobec nich, jak i wobec sied­miu panien mło­dych: Astrid, Cathe­rine, Marianne, Aga­thy, Lis­beth, Clo­ver i Johanny. To dla nich – jesz­cze bar­dziej niż dla sie­bie i dla Cleo – pra­gnęła zacho­wać ten dom.

Dom, który miał pozo­stać i pozo­sta­nie Domem Poole’ów – czyli tym, czym był od początku.

To dla nich – myślała, ubie­ra­jąc się – zostanę tu, będę tu pra­co­wać i wal­czyć. Odbiorę jędzy skra­dzione obrączki i zła­mię jej klą­twę.

Jeśli ma to ozna­czać pobudki o trze­ciej nad ranem – czyli o godzi­nie, o któ­rej Hester Dobbs rzu­ciła się z urwi­ska, by wła­sną krwią przy­pie­czę­to­wać klą­twę – będę wsta­wać o trze­ciej. Jeśli ma to ozna­czać cią­głe prze­cho­dze­nie na drugą stronę lustra, by być świad­kiem kosz­ma­rów – będę prze­cho­dzić przez lustro.

I znajdę wresz­cie spo­sób, by zdjąć z pal­ców mar­twej wiedźmy wszyst­kie nie­na­le­żące do niej obrączki.

Mimo snu­cia tych myśli Sonya wcale nie wie­działa, jak tego dokona.

Zamiast od razu wysu­szyć włosy, zaplo­tła je w war­kocz. Trudno, gdyby zda­rzyło jej się spo­tka­nie online, sko­rzy­sta z awa­ryj­nego zestawu do maki­jażu, który trzy­mała w biurku.

Gdy ruszyła do drzwi, Yoda zerwał się, prze­biegł przez salo­nik i razem z nią wyszedł na kory­tarz. Zauwa­żyła, że drzwi sypialni Cleo są lekko uchy­lone. To pew­nie dla Pye, by mogła do woli krą­żyć w tę i z powro­tem.

Ponie­waż dosko­nale znała swoją przy­ja­ciółkę – w aka­de­miku dzie­liły wszak pokój – spo­dzie­wała się, że Cleo pośpi co naj­mniej do połu­dnia.

Żało­wała, że sama tak nie potrafi.

Nie pozo­sta­wało jej nic innego, jak tylko pójść do odle­głej wie­życzki, miesz­czą­cej biblio­tekę, w któ­rej urzą­dziła sobie gabi­net.

Rzu­ciw­szy okiem na tablicę inspi­ra­cji, usia­dła za biur­kiem usta­wio­nym na wprost sze­ro­kich drzwi.

Ależ tu cisza, pomy­ślała, gdy Yoda mościł się u jej stóp, by dotrzy­mać towa­rzy­stwa w pracy. Zza okien dobie­gał tylko huk morza. Sonya poko­chała już odgłos fal z impe­tem ude­rza­ją­cych o skały. Do pokoju wpa­dało poranne słońce. Na para­pe­cie kwi­tła na różowo Xena – fio­łek afry­kań­ski, poda­ro­wany jej przez Cleo pierw­szego dnia na uczelni.

Tu, w dwu­po­zio­mo­wej biblio­tece, ota­czały ją książki, piękno i histo­ria.

Pra­co­wało jej się tu dosko­nale – twór­czo i sku­tecz­nie – wie­działa, że to się nie zmieni. Wyko­nała tu już kawał dobrej roboty – i wykona jesz­cze nie­je­den.

Ten gabi­net, ten dom oraz wszystko, co się w nim znaj­do­wało, nale­żało teraz do niej. Podob­nie jak duże pie­nią­dze, dzięki któ­rym mogła żyć i pra­co­wać na wła­snych warun­kach, ponie­waż Col­lin Poole prze­ka­zał jej, córce swego brata, cały mają­tek. Jego śmierć przy­nio­sła jej nowe życie. A ona nie mogła prze­stać o tym myśleć.

Włą­czyła kom­pu­ter.

Naj­pierw mejle – prze­czy­tać i odpo­wie­dzieć. Wpro­wa­dzić zmiany i poprawki do dotych­cza­so­wych, roz­po­czę­tych już pro­jek­tów. I dopiero przejść do tych bie­żą­cych.

Nagle przy­ci­snęła palce do oczu.

– Boże, Clo­ver. Muszę to powie­dzieć i mam nadzieję, że mnie teraz słu­chasz. Strasz­nie się z tym czuję, że zafun­do­wała ci taki kosz­mar. Potwor­nie mi żal wszyst­kich panien mło­dych, ale cie­bie naj­bar­dziej. Ona ode­brała życie tobie, lecz Char­lie sam je sobie ode­brał. Ukra­dła ci nie tylko ślubną obrączkę, lecz także wszyst­kie marze­nia. Dom, który chcie­li­ście z Char­liem tu stwo­rzyć. Sztukę, która miała tu powstać. Ogród, który pra­gnę­li­ście upra­wiać. I dzieci, które mogły się wam jesz­cze uro­dzić.

Zro­biła głę­boki wdech, by się uspo­koić.

– A zeszłej nocy, kiedy to wszystko sły­sza­łam, widzia­łam i czu­łam – jed­no­cze­śnie – nagle coś do mnie dotarło i skle­iło się w całość. Gdyby te straszne rze­czy nie przy­tra­fiły się tobie, wam wszyst­kim, począw­szy od Astrid, a skoń­czyw­szy na Johan­nie, mnie by tu nie było. – Zamil­kła. – Nie mia­ła­bym tego, co mam. Czasu cof­nąć nie mogę, ale przy­się­gam, że znajdę spo­sób, aby to napra­wić. Żeby nie wiem co, wyna­gro­dzę to tobie, wam wszyst­kim. Zro­bię to dla cie­bie. Bo jesteś matką mego ojca. Moją naj­bliż­szą rodziną. I jestem ci to winna.

Tablet zagrał pio­senkę _Invi­si­ble String_ (_Nie­wi­dzialna nić_) Tay­lor Swift.

Sonya otarła łzę. Obie­cała sobie, że to już ostat­nia, która sto­czyła się dziś po jej policzku.

– Tak, tak, to prawda. Wła­śnie to nas łączy. Nas wszyst­kich. I przy­się­gam, że jej nie zerwę. Graj nam dalej, dobrze? Co tylko chcesz. Myślę, że muzyka służy nam obu.

Wresz­cie uspo­ko­jona otwo­rzyła pierw­szy mejl i przy­stą­piła do pracy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij