Signatum - ebook
„Co winny rozwiązał, winny musi zawiązać…” Sierpień 2025. Gorąca noc na Mazurach, alkohol i brawura za kierownicą. Dla grupy przyjaciół wakacje kończą się w ułamku sekundy, gdy na drodze pojawia się postać, której nie zdążyli ominąć. Czy można uciec przed wyrokiem, który został wydany nie na sali sądowej, lecz w głębinach? I co oznacza prastare prawo: Quod generatum est, signatum est? Signatum to duszny, psychologiczny horror o winie, przed którą nie ma ucieczki — nawet w wysokie góry.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-303-7 |
| Rozmiar pliku: | 938 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROZDZIAŁ 1: Wakacje
Gorąca, ciemna noc. Sierpień 2025.
Bas z głośnika w wynajętej chatce nad jeziorem pulsował w rytm cykad. Zapach grillowanego mięsa mieszał się z aromatem taniego piwa i drogiego ginu.
— Pusto! — Czarek odwrócił butelkę do góry dnem, demonstrując ostatnią kroplę spływającą na trawę. — Kto jedzie?
— Nikt nie jedzie, wszyscy piliśmy — rzuciła Marta, mrużąc oczy od dymu papierosowego.
— Daj spokój, stacja jest trzy kilometry stąd, przez las. Nikt tamtędy nie jeździ o pierwszej w nocy — Igor, pewny siebie jak zawsze, wyciągnął kluczykami od swojego SUV-a i rzucił je w stronę Artura.
— Łap. Ty prowadzisz.
Artur złapał kluczyki w locie, choć jego refleks był wyraźnie spowolniony.
— Ja? Też piłem, Igor.
— Ale najmniej z nas wszystkich. Ja już widzę podwójnie, a Czarek ledwo stoi — zaśmiał się Igor, klepiąc go po plecach. — Nie bądź miękki. To tylko kawałek, Artur. Wskakiwać.
W aucie panowała euforia, ale Artur czuł, jak dłonie pociły mu się na skórzanej kierownicy. Otwarte okna wpuszczały chłodny pęd powietrza, Igor z miejsca pasażera podkręcał radio i dociskał kolanem deskę rozdzielczą, a Czarek i Sonia śpiewali fałszując z tyłu. Marta siedziała cicho za fotelem kierowcy, jakby wyczuwała napięcie Artura.
Artur czuł szum w głowie. Światła drogowe wycinały z mroku tylko wąski tunel drzew, a prędkościomierz powoli wspinał się w górę, poganiany krzykami Igora: „Szybciej, młody, bo zamkną!”.
Wszystko wydawało się być pod kontrolą. Do momentu, w którym światła długie wyłoniły z mroku sylwetkę na środku drogi.
Artur nacisnął hamulec, ale jego reakcja była spóźniona o ułamki sekund — te same ułamki, które zabrał mu alkohol.
Głuche tąpnięcie. Dźwięk pękającego szkła i gnącej się blachy.
Auto zatrzymało się z piskiem opon kilkanaście metrów dalej. Artur siedział sztywno, kurczowo ściskając kierownicę, jakby to mogło cofnąć czas. Cisza, która zapadła, była gorsza niż krzyk.
— Co to było? — szepnęła Sonia. Jej głos drżał.
Wyszli z samochodu. W świetle tylnych świateł postać leżała nienaturalnie wygięta. To był mężczyzna w średnim wieku, może miejscowy rybak. Jego klatka piersiowa zapadała się z mokrym charkotem. Maska SUV-a była wgnieciona.
— On żyje! Musimy zadzwonić po pomoc! — krzyknął Artur, sięgając po telefon drżącymi rękami. To on uderzył. To była jego wina.
Igor dopadł do niego w sekundę. Wyrzucił mu telefon z ręki w wysoką trawę.
— Pojebało cię?! Prowadziłeś, Artur! Jesteś pijany! — syknął mu prosto w twarz Igor, a w jego oczach widać było zimną kalkulację. — Wszyscy piliśmy. Zrobią ci badania i pójdziesz siedzieć na lata za spowodowanie wypadku po alkoholu. A my razem z tobą za współudział.
— Potrąciłem człowieka, Igor! — Artur próbował go odepchnąć, ale nogi miał jak z waty.
— Potrąciłeś trupa! — Igor szarpnął nim mocno. — Spójrz na niego. On już nie wstanie. Chcesz zmarnować sobie życie? Chcesz, żeby Marta rodziła, jak będziesz gnił w więzieniu?
Artur spojrzał na Martę. Stała blada, z dłonią na ustach. Sonia płakała cicho, Czarek wymiotował w krzakach.
— Co… co mamy zrobić? — wykrztusił Artur, czując, jak wola walki z niego uchodzi.
— Jezioro jest blisko — powiedział Igor twardo, przejmując dowodzenie. — Za barierą jest skarpa i woda. Nikt go nie znajdzie. Albo to robimy, albo idziesz siedzieć, Artur. Jaka decyzja?!
W absolutnej panice, działając jak w amoku, chwycili bezwładne ciało. Artur czuł na dłoniach lepką, ciepłą krew człowieka, którego zabił. Czuł ciężar jego nóg, gdy nieśli go w stronę bariery. Człowiek jeszcze raz, ostatni raz zacharczał, gdy wrzucali go do czarnej toni jeziora. Plusk był krótki. Woda zamknęła się nad tajemnicą.
Powrót do domku odbył się w milczeniu. Artur siedział teraz na miejscu pasażera — Igor przejął kierownicę, twierdząc, że „Artur się do niczego nie nadaje”. Siedzieli w salonie, patrząc w różne strony, dopóki słońce nie zaczęło wychodzić zza horyzontu.
— Pakujcie się — powiedział cicho Igor. — Wracamy do domu. Zapominamy o tym. Jak ktoś komuś piśnie, to go znajdę. A ty, Artur… pamiętaj, czyje ręce były na kierownicy.
Gdy odjeżdżali, Artur spojrzał ostatni raz na jezioro. Powierzchnia była gładka jak lustro, ale on wiedział, że pod spodem coś zostało. Coś, co czekało na sędziego.
ROZDZIAŁ 2: Echo Jeziora
Wrzesień 2025 roku przyszedł niespodziewanie chłodny, ale dla Artura upał tamtej sierpniowej nocy nigdy nie zelżał. Każdego ranka budził się z tym samym wrażeniem — że jego prześcieradło jest wilgotne, przesiąknięte zapachem jeziora, mułu i gnijących trzcin. Otwierał oczy w panicznym lęku, dotykając klatki piersiowej, by upewnić się, że nie tonie. W rzeczywistości dusił się we własnym mieszkaniu, w którym każdy kąt przypominał mu o tym, co się wydarzyło.
Przez pierwsze tygodnie Artur stał się niewolnikiem ekranu. W pracy, przed biurkiem, obsesyjnie odświeżał lokalne portale informacyjne z Mazur. Wpisywał w wyszukiwarkę frazy, które paliły go w oczy: „Zaginięcie wędkarza”, „Nierozwiązane zagadki pojezierza”, „Wypadek i ucieczka sprawcy”. Sieć była jednak głucha. Jezioro przyjęło ofiarę i milczało, a ta cisza była dla Artura głośniejsza niż jakikolwiek sygnał policyjnej syreny. Brak wiadomości nie przynosił ulgi — popadał w paranoję. Skoro nikt go nie znalazł, to znaczy, że on tam wciąż jest. Czeka. Gnije w ciemnej toni, wpatrując się martwymi oczami w lustro wody, po której teraz pewnie pływają beztroscy turyści.
Relacja z Martą, która wcześniej była his bezpiecznym portem, zmieniła się w pole minowe. Mieszkali razem na trzydziestu pięciu metrach kwadratowych, ale dystans między nimi stał się niezmierzony.
— Znowu to robisz — powiedziała pewnego wieczoru, gdy siedzieli w kuchni. Głos miała matowy, pozbawiony iskry, która kiedyś go w niej urzekła.
Artur drgnął, niemal wylewając kawę na blat.
— Co robię?
— Patrzysz na swoje dłonie. Myjesz je dziesiąty raz w ciągu godziny, Artur. Są już czerwone.
Spojrzał na palce. Skóra była sucha i pękała od nadmiaru mydła. W jego mózgu wciąż jednak czuł tę lepką, ciepłą krew, która spływała mu po nadgarstkach, gdy chwytał bezwładne ramiona tamtego człowieka.
— Wydaje mi się, że wciąż czuję ten zapach, Marta. Zapach wody, on nie schodzi.
Marta nie podeszła, by go przytulić. Nie potrafiła. Każdy dotyk przypominał im o wspólnym uścisku na ciele nieznajomego. Stali się dla siebie lustrami własnej zbrodni. Kiedy kładli się do łóżka, pilnowali, by ich stopy się nie zetknęły. Przestrzeń między nimi była wypełniona obecnością kogoś trzeciego — kogoś, kogo zostawili na dnie.
Październik przyniósł pierwsze mgły, a wraz z nimi pogorszenie stanu reszty grupy. Sonia, zawsze radosna fotografka, przestała robić zdjęcia ludziom. Przysłała Arturowi wiadomość: „Nie mogę patrzeć przez obiektyw. Wydaje mi się, że w każdym kadrze, gdzieś na marginesie, widzę kształt, który nie powinien tam być. Coś wysokiego, co stoi i patrzy”. Artur skasował SMS-a, ale dłonie trzęsły mu się tak mocno, że telefon o mało nie wypadł mu na chodnik.
Czarek, który zawsze był duszą towarzystwa, przestał wychodzić z domu. Krążyły plotki, że pije na umór, byle tylko nie zasnąć po trzeźwemu. Z kolei Igor stał się agresywny. Gdy Artur spotkał go raz przypadkiem, niemal go zaatakował.
— Zachowuj się normalnie, do cholery! — syknął Igor, ściskając ramię Artura tak mocno, że zostawił siniaki. — Myślisz, że jesteś jedynym, który ma sny? Ale my milczymy. Rozumiesz? Pakt to pakt. Jak pękniesz, pociągniesz nas wszystkich na dno. Dosłownie.
W połowie listopada, podczas wyjątkowo ciemnego popołudnia, Artur zauważył pierwszą anomalię, której nie potrafił wyjaśnić stresem. Mył twarz, gdy nagle z kranu zamiast czystej wody buchnęła ciemna, brunatna ciecz. Pachniała bagnem i starym drewnem. Przetarł oczy ręcznikiem, a gdy spojrzał ponownie — woda była krystaliczna. Kilka dni później, gdy wracał wieczorem z biura, zobaczył na szybie swojego auta odcisk dłoni. Długie, nienaturalnie chude palce. Ślad był mokry, jakby zostawił go ktoś, kto przed chwilą wyszedł z jeziora.
Wtedy zadzwonił Igor. Jego głos był inny — mniej agresywny, bardziej desperacki.
— Jedziemy w góry. Sudety. Znam schronisko, które jest teraz puste. Musimy uciec z tego miasta, bo ono nas pożre. Góry są czyste, Artur. Tam nie ma wody. Tam jest tylko kamień i śnieg. Oczyścimy głowy.
Artur zgodził się bez wahania. Czuł, że jeśli zostanie w mieszkaniu jeszcze tydzień, sam pójdzie do rzeki i wejdzie do niej, byle tylko przestać się bać. Myślał, że ucieczka od jeziora wystarczy. Tego wieczoru, gdy telefon od Igora wreszcie zamilkł, Artur poczuł nagły przypływ determinacji. Nie chciał kolejnej nocy spędzonej na drżeniu pod kołdrą. Wyjął z szuflady biurka małe, metalowe pudełko, które trzymał na czarną godzinę. W środku był Blant — skręcony jeszcze w wakacje, przed tym wszystkim.
— Marta? — zawołał cicho.
Siedziała na kanapie, owinięta w gruby koc, patrząc w wygaszony telewizor. Artur usiadł obok i pokazał jej skręta. Marta spojrzała na niego, a w jej oczach po raz pierwszy od miesięcy zobaczył cień uśmiechu.
— Naprawdę? Tutaj? — zapytała.
— Tutaj. Musimy chociaż na chwilę przestać o tym myśleć.
Zapach słodkawego dymu szybko wypełnił mały salon, zagłuszając duszny fetor jeziora, który Artur czuł w każdym kącie. Magia chwili zaczęła działać. Mięśnie, napięte od tygodni jak postronki, wreszcie odpuściły. Marta oparła głowę na jego ramieniu, a on poczuł jej ciepło — realne, żywe, nie skażone chłodem.
— Myślisz, że te jaskinie to dobry pomysł? — zapytała sennie, wypuszczając chmurę dymu. — Co mi tam w ogóle możemy robić? znaleźć coś?
— Pewnie błoto, ciemność i traumę dla twoich nowych butów — zaśmiał się Artur, a dźwięk własnego śmiechu wydał mu się dziwnie obcy, ale przyjemny.
— A jak trafimy na niedźwiedzia? — Marta uniosła głowę, mrużąc oczy. — Co wtedy zrobimy, panie cwaniaku?
Artur udawał, że się zastanawia.
— Dam mu miodu. Albo Czarka. Niedźwiedzie lubią żartownisiów, są bardziej lekkostrawni.
Marta parsknęła śmiechem, a potem on do niej dołączył. Przez moment byli znów tymi samymi dzieciakami, co w sierpniu.
— A pójdziemy na narty? — zapytała nagle z dziecięcą ekscytacją. — Ostatni raz jeździłam, jak byłaam mała. Pamiętam ten pęd, to było… takie czyste. Wszystko było białe.
— Jeśli tylko znajdziemy stok, to pójdziemy. Zjedziemy choćby na byle czym, nawet na tyłkach — obiecał, uśmiechając się i odgarniając jej kosmyk włosów z twarzy.
W blasku ulicznych latarni wpadającym przez okno, jej twarz wyglądała tak, jakby czas się cofnął. Strach wyparował, ustępując miejsca dawnej namiętności, która zbyt długo była tłamszona przez winę. Artur zbliżył się do niej, a ich oddechy się połączyły. Pocałunek był najpierw ostrożny, jakby oboje bali się, że zaraz pryśnie czar, ale po chwili zamienił się w coś gwałtownego i desperackiego.
Kochali się tej nocy na kanapie, namiętnie i zachłannie, próbując zmyć z siebie dotykiem brud ostatnich miesięcy. W tamtej krótkiej chwili, w ramionach Marty, Artur uwierzył, że góry naprawdę ich ocalą.
ROZDZIAŁ 3: Ulga
Grudniowy wieczór był lodowaty. Wiatr wył między blokami, tnąc twarze przechodniów niczym brzytwa. Artur i Marta szli w milczeniu, trzymając się za ręce, ale ich dłonie, mimo grubych rękawiczek, wydawały się zimne. Zebrali się w mieszkaniu Igora, by omówić szczegóły trasy. Lokal instruktora zawsze lśnił czystością, ale teraz ta sterylność wydawała się wręcz patologiczna. Na środku salonu, niczym na ołtarzu, leżał starannie ułożony sprzęt: liny, uprzęże, kaski i czołówki. Każdy karabinek lśnił w świetle ledów.
— Pijcie, bo patrzeć na was nie mogę — rzucił Igor na powitanie, stawiając na stole butelkę whisky. Sam jednak nie tknął alkoholu. His oczy były podkrążone, a dłonie, mimo że silne, co chwilę zaciskały się w pięści. — Jutro o piątej rano ruszamy. Musimy być skupieni.
Czarek, który kiedyś nie przepuścił żadnej okazji do żartu, siedział teraz wciśnięty w głąb fotela. Wyglądał, jakby skurczył się w sobie, a jego dawna postura sportowca ustąpiła miejsca skulonej sylwetce lękowego pacjenta. Trzymał szklankę obiema rękami, a lód uderzał o szkło w rytm jego niekontrolowanego tętna.
— Igor, po co nam te jaskinie? — wychrypiał. — Nie możemy po prostu pojechać tam, gdzie są ludzie? Gdzie jest jasno?
— Ludzie zadają pytania, Czarek — syknął Igor, nachylając się nad nim tak blisko, że Czarek odchylił głowę. — A ty, w tym stanie, wypaplałbyś wszystko przy pierwszej lepszej okazji. Jaskinie są puste. Tam nikt nas nie usłyszy. Musimy to z siebie wyrzucić w miejscu, które nie ma świadków.
Marta siedziała sztywno obok Soni. Fotografka, dawniej pełna energii i kolorów, teraz wydawała się wyblakła, nieobecna. Jej aparat leżał w torbie, nietknięty od tygodni. Zamiast niego, na kolanach trzymała talię kart tarota, owiniętą w kawałek czarnego aksamitu. Jej palce nerwowo gładziły materiał.
— Zróbmy to — szepnęła Sonia, przerywając ciężką ciszę. — Musimy wiedzieć, czy ta podróż ma sens. Czy… czy tam się uda zapomnieć.
Igor prychnął pogardliwie, ale Artur, czując dziwny chłód bijący od srebrnego łańcuszka na swojej szyi, skinął głową.
— Rozkładaj, Sonia. I tak nie mamy co robić, a ty Igor polej jeszcze.
Artur podszedł do swojego plecaka i po raz kolejny wyciągnął swoje pudełeczko, dzięki któremu już raz zapomniał o wszystkim i poczęstował znajomych.