-
nowość
-
promocja
Siła nielicznych - ebook
Siła nielicznych - ebook
Wszystko, co potrójne, jest doskonałe
Hierarchia wciąż nazywa mnie Visem Telimusem. Wciąż ogłasza mnie Catenicusem. Wszyscy, jak jeden mąż, wciąż wierzą, że wiedzą, kim jestem.
Jednak coś się zmieniło. Wygrałem Iudicium i wiele straciłem – a teraz, choć wydaje się to niemożliwe, starożytne urządzenie ukryte za Labiryntem powieliło mnie w trzech osobnych światach. Inna wersja mnie w każdym z nich: w Obiteum, Luceum i Res. Trzy różne ciała, trzy różne życia. Muszę się ukrywać, walczyć, grać w polityczne gierki. Muszę trenować, ufać i kłamać. Muszę zabijać, uzdrawiać i udowadniać swoją wartość raz za razem, na nowo i bez końca.
Jestem kochany, nienawidzony i całkowicie sam.
Przede wszystkim jednak muszę znaleźć odpowiedzi, zanim będzie za późno. Zrozumieć naturę tego, co mi zrobiono – i dlaczego.
Muszę znaleźć sposób, by powstrzymać nadchodzący Kataklizm, ponieważ jeśli wszystko, czego się dowiedziałem, jest prawdą... mogę być jedynym, który jest w stanie to zrobić.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8375-221-1 |
| Rozmiar pliku: | 7,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Strach, jak powiedział mi kiedyś ojciec, to po prostu świadomość utraty kontroli. Nic więcej. Właśnie dlatego czasem jedyny sposób, aby się nie bać, to zawierzyć ludziom, którzy – jak się zdaje – tę kontrolę mają.
CZEKAJ. UCIEKAJ.
Szkarłat niemal całkowicie przesłania te słowa. Krew spływa po przegubie, rozlewa się na dłoni, ciemne kropelki kapią z palców na ziemię. Pędzę za Caerorem przez czerwony, rozmigotany tunel; mąci mi się w oczach. Krąg brązowych ostrzy został daleko za nami. Labirynt musi być już blisko. Rany bolą. Brat Ulciscora próbował mi przed chwilą wytłumaczyć, dlaczego musiałem wyryć ten napis na własnym ciele. To była wiadomość.
Przesłana do mnie samego.
Znajdującego się w innym świecie.
Wyjaśnienie brzmi zbyt dziwnie, bym mógł je w tym momencie w pełni zaakceptować. Właśnie ta nieustanna natarczywość w jego głosie skłoniła mnie do działania. Pokaleczyłem się, mimo że prośba wydała mi się absurdalna i dość makabryczna. Ton oraz rozpaczliwa, wręcz desperacka potrzeba wiary, że ten człowiek naprawdę rozumie, co tu się dzieje. Że wie, w jaki sposób uratować nas z tego koszmaru.
Że panuje nad sytuacją.
– Jak chcesz ominąć Relikty? – wykrztuszam z siebie. Wciąż jestem poważnie osłabiony. Ledwie rozumiem, co mówię. Odnoszę wrażenie, że kamienne ściany i czerwony półmrok wchłaniają mój głos.
– Relikty są w Res. – Caeror nawet się nie odwraca. – Podobnie jak labirynt.
Nie mam czasu na wątpliwości i dyskusje: tunel kończy się tuż przed nami. Wychodzi na to, że miał rację. Wyjście nie jest strzeżone. Z podłoża nie wyrasta ani jedna ściana, nasza obecność nie ożywia fali grzechoczącej, obsydianowej śmierci. Z duszą na ramieniu wybiegam do rozległej, kamiennej sali. Tej samej, w której jeszcze niecałą godzinę temu znajdował się labirynt.
Poza tym wszystko wygląda identycznie. Nawet posadzka. Kierujemy się ku ruchomej platformie, zabezpieczonej poręczą z czerwonego szkła.
– Uważaj. Musimy wsiąść jednocześnie. – Caeror przystaje, czeka, aż stanę obok. – Teraz.
Jest ciasno.
– Dotknijmy poręczy jednocześnie. I… już.
Barierka zaczyna się jarzyć. Unosimy się. Wykorzystuję te chwile, by wyrównać oddech.
Podziemna sala błyskawicznie znika. Suniemy ku górze w ciemności, rozproszonej jedynie przez szkarłatną poświatę.
Caeror odwraca głowę i przygląda mi się uważnie. Ciemna zaniedbana broda i kędzierzawe włosy okalają starą bliznę, ciągnącą się od policzka aż po miejsce, w którym powinno być lewe ucho. Pod wieloma względami mężczyzna zupełnie nie przypomina Ulciscora, ale ma identyczne, przenikliwe orzechowe oczy. Nawet gdybym o tym nie wiedział, od razu bym się domyślił, że to jego brat.
– Jesteś… rzeczywisty. Prawda? – Na jego usta nagle wypływa uśmiech. Szeroki, promienny. Rozcina napięcie gładko niczym sztylet. Caeror wpatruje się we mnie wyraźnie podekscytowany. – Powiedz mi, do cholery, że jesteś prawdziwy…
– T…tak. – Czuję się skołowany. Co innego niby miałbym odpowiedzieć?
Mój towarzysz zadziera głowę i, ku mojemu przerażeniu, wyje triumfalnie prosto w ziejącą nad nami otchłań. W okrzyku pobrzmiewa dzika, niepohamowana radość. Po chwili milknie, rozluźnia zaciśnięte na poręczy palce, nabiera powietrza i znów się wydziera. Ostatecznie odgłos przechodzi w pełen ulgi śmiech. Caeror aż dygocze z emocji.
– Tak! Na bogów przegniłych, tak! Nareszcie, do licha. Siedem lat. A niech cię… Mówiłeś, że jak się nazywasz?
– Vis.
– Vis! Słuchaj, Vis, kiedy stąd wyjdziemy, mocno cię wyściskam. I będzie to uścisk znacznie dłuższy, niż byłoby stosowne w kulturalnym towarzystwie. Za co z góry najmocniej przepraszam. – Ponownie zanosi się śmiechem, w którym mieszają się satysfakcja i obłęd. – Na bogów przegniłych!
Jestem spięty, zdezorientowany i obolały, lecz ta jego czysta, dziecięca niemal wesołość okazuje się na tyle zaraźliwa, że powoli się uspokajam, choć serce wciąż wali mi jak młotem.
– Cieszę się, że jesteś zadowolony. – Idę za przykładem Caerora i ostrożnie odrywam jedną rękę od świecącej barierki. – Ale przedtem wspomniałeś… że jesteśmy w Obiteum. Że to… inny świat? – Ostatnie słowa podkreślam niepewnym chichotem. Bo przecież musiałem się przesłyszeć. Ta sugestia wypowiedziana na głos wydaje się jeszcze bardziej niedorzeczna.
Caeror przestaje rechotać. Cichnie, aczkolwiek wciąż szczerzy się do mnie szeroko.
– Tak, wiem. Niełatwo to zrozumieć. A zanim będę mógł ci to wszystko wytłumaczyć, jeszcze niejedno cię zaskoczy. Teraz jednak nie pora. Dopóki nie wydostaniemy się z tej wyspy, grozi nam poważne niebezpieczeństwo. – Nadal jest wesoły, lecz jakaś nuta w jego tonie wskazuje, że to nie żarty. – Pozwolisz, że odłożymy wyjaśnienia na potem? Obiecuję, że później odpowiem na każde twoje pytanie.
– Zgoda. – W sumie nie była to prośba.
Caeror życzliwie kiwa głową, zauważa, że rozcieram ramię.
– Boli?
– Boli. Pewnie od tych skaleczeń. – Wzruszam ramionami.
– Jesteś pewien?
– Nie wiem. Dopiero co poczułem. – Nie myślałem o tym, lecz zainteresowanie towarzysza sprawia, że zaczynam się zastanawiać. – Prawdę mówiąc, boli mnie całe ramię.
Caeror ponownie kiwa głową. Nie sprawia wrażenia zaskoczonego. Wyjmuje coś z kieszeni.
– Przywiąż to do ręki. Kamieniem do skóry.
Wręcza mi zawieszony na rzemieniu amulet.
Wytężam wzrok w czerwonej poświacie. Precyzyjnie rzeźbiony, kamienny medalik o średnicy około cala. Przedstawia skarabeusza.
– Co to?
– Vitaerium. – Caeror pokazuje mi swoją rękę, na której nosi identyczny amulet. – Tylko pamiętaj, nie zgub go pod żadnym pozorem.
– Dlaczego? – Nie kryję niepokoju.
Vitaeria służą podtrzymywaniu ludzi przy życiu. Zazwyczaj bardzo chorych.
– Dzięki niemu nie ucierpisz wskutek niepożądanego przecieku z Res albo Luceum. – Caeror wymownie muska szramę widniejącą w miejscu, gdzie powinno być ucho. – Poza tym tutejsze powietrze jest… jak by to ująć… niezbyt zdrowe. Na zewnątrz, bez tego amuletu, już po jakiejś godzinie twoje gardło i płuca pokryłyby się pęcherzami. Ale, Vis? – Unosi brew. – Zadajesz pytania, a jeszcze się nie wydostaliśmy.
Powstrzymuję ciętą ripostę, która ciśnie mi się na język, i pragnienie rozwikłania tajemnic. Szybkimi ruchami zawiązuję rzemień na ręce. Skarabeusz płasko przywiera do skóry. Niespecjalnie się na tych kwestiach znam, ale jak przez mgłę pamiętam, że tego rodzaju amulety działają wyłącznie na ludzi, którzy odwiedzili Aurora Columnae.
– Jest tylko taka sprawa, że… – zaczynam.
Medalion dopasowuje się do mojego ciała, przenika mnie dreszcz. Ciarki przemykają od stóp do głów. Ból ustaje.
– Lepiej?
– Tak. – Masuję lewą rękę. Zaskoczony, znacznie spokojniejszy niż przed momentem.
– Więc teraz się skup.
Do końca drogi wysłuchuję pospiesznych wyjaśnień. Dowiaduję się, czego powinienem się spodziewać po wyjściu; Caeror udziela kilku prostych wskazówek i instrukcji. Powietrze będzie sprawiało ból przy oddychaniu, lecz to normalne i wkrótce przywyknę. Z wejścia dostaniemy się na dół dzięki czemuś w rodzaju windy. W tym punkcie mój osobliwie rozbawiony towarzysz wyraził radość, że nie cierpię na lęk wysokości. Co do pory, to mamy właśnie świt lub jest niewiele później, a moim zadaniem będzie bacznie obserwować niebo i dać znać, kiedy tylko wypatrzę na nim cokolwiek ruchomego. Dosłownie cokolwiek.
Ostatnie napomnienie powtarza aż trzykrotnie i przy tym nawet jego wyśmienity nastrój nieco przygasa, a ton staje się poważny.
Kilka razy na dłuższą chwilę milknie i popada w zadumę. Jego żywiołowość napawa mnie otuchą. Czuję się pewnie, nie muszę zadawać mu dodatkowych pytań, wystarczy, że po prostu zaufam.
– Jesteśmy prawie na miejscu – obwieszcza nagle Caeror, zerkając ku górze.
Równie niespodziewanie z otaczającej nas pustki wyłania się pionowa ściana, widoczna w czerwonym blasku bijącym z poręczy. Platforma hamuje i staje na równi z wylotem wąskiego korytarza. Mimo że wiem, iż przejście wiedzie na zewnątrz, pozwalam prowadzić towarzyszowi.
– Scintres Exunus! – wykrzykuje przed siebie Caeror. Odpowiada mu donośny zgrzyt i majaczące przed nami schody zalewa blask wstającego dnia. W świetle dostrzegam wyraźnie ściany. Nie widzę w pobliżu ani jednego bezokiego trupa.
– Za czym się tak rozglądasz? – Dostrzega moje zdumienie. Przystaje.
– Za niczym – odpowiadam, lecz on świdruje mnie natarczywym wzrokiem. – Przedtem były tu ciała, zwłoki.
– Przebite obsydianowymi ostrzami? – dopytuje się, a kiedy niepewnie potakuję, wyraz jego twarzy się zmienia. – Kolejna adaptacja. – Rzuca okiem na moje zakrwawione lewe ramię, lecz jeśli nawet przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, to natychmiast go odrzuca. – Cóż, od początku było wiadomo, że bez odrobiny szczęścia się nie obejdzie. Ale teraz musimy przede wszystkim jak najszybciej się stąd wydostać. Chodź.
Ruszam jego śladem.
Już od jakiegoś czasu powietrze stopniowo gęstnieje, lecz mniej więcej w połowie schodów duchota staje się nie do zniesienia. Gęsty, lepki opar okleja mi płuca. Kaszlę i przez moment, ogarnięty nagłą paniką, próbuję wziąć głęboki oddech. Piecze mnie całe gardło, zaciska się przełyk.
– Ach, słodka woń Obiteum. – W ironicznej uwadze towarzysza wybrzmiewa nuta współczucia.
Zaciskam pięści i opieram się nimi o najbliższą ścianę. Zwieszam głowę. Zaciskam zęby. Czuję, jakby w piersi rozszalał mi się pożar.
– Już dobrze – chrypię po dłuższej chwili i prostuję się z wysiłkiem. Nie mam pojęcia, ile to trwało, ale ból zmalał. Nie zniknął, gdyż płuca nadal buntują się przy każdym wdechu, ale stał się znośny.
– Jesteś przytomny? Nic nie mąci ci myśli? – Caeror mierzy mnie wnikliwym spojrzeniem.
Potwierdzam. Odgarnia z twarzy kosmyk czarnych włosów i rusza dalej po schodach. Żwawo, z determinacją.
– Zatem naprzód!
Docieramy na górę. Ukazuje nam się wyjście. Zwalniam. Staram się zrozumieć, co widzę. Poza trójkątnym otworem rozpościera się jedynie bezkres porannego nieba. Przepełnia mnie ulga. Niestety jednak, przelotna.
Zielone zbocze, z którego wszedłem do kopuły, zniknęło bez śladu. W jego miejsce pojawiło się…
Właściwie to nic. Pustka. Z ostrożnych rachunków wynika, że znajdujemy się jakiś tysiąc stóp nad ziemią. Podchodzę do wyjścia i z wolna odsłania się przede mną jałowy pejzaż. Jak okiem sięgnąć nic, tylko zniszczenie. Piach i kamienie. Lasy i rzeki zniknęły. Nie udaje mi się wypatrzyć nawet jednej plamki zieleni.
Dostaję zawrotów głowy. W moim sercu wzbiera groza. Protest.
Po raz pierwszy w pełni dociera do mnie, że Caeror nie żartował.
– Na bogów przegniłych… – szepczę, omiatając pustkowie niedowierzającym spojrzeniem. – Na bogów przegniłych…
– Tak, całkiem trafny komentarz.
Przenoszę wzrok na odległy ocean. Po chwili uświadamiam sobie, że to rzeczywiście jest szkielet Solivagus, ale jedynym znajomym elementem krajobrazu są bielejące monolity Morskiego Muru. Między nimi a plażą woda ledwie faluje, lecz poza ich obrębem… Tam piętrzą się wysokie bałwany. Ciemne masy wody, strzeliste niczym górskie szczyty. Na moich oczach jedna z nich uderza w mur. Tuż za słupami gwałtownie się kurczy, opada. Jednak pod samymi kolumnami dochodzi do prawdziwych eksplozji. Raz po raz wylatują ku górze tumany gęstej, mokrej mgły, która ledwie zdąży opaść przed nadejściem kolejnej fali.
Skoro widzę je z tej odległości, muszą mieć… Trudno mi obliczyć. Sto stóp wysokości? Więcej?
Odrywam spojrzenie od morza. Podchodzę bliżej wyjścia, przytrzymuję się ręką i ostrożnie wyglądam. Zerkam w górę i w dół. W lewo, w prawo. Czerwone szklane ściany niemal natychmiast znikają z pola widzenia. Zatrzymuję się tam jeszcze na chwilę w porywistym wietrze, wpatrując się w oszałamiająco odległą, jałową ziemię.
– Domyślam się, że próbowali to zniszczyć. – Caeror posyła mi życzliwy uśmiech, a gdy cofam się znad przepaści, wydobywa coś z kieszeni. Trójkątny kawałek obsydianu, opatrzony kilkoma cienkimi jak igła kolcami. Wielkości przeciętnej monety.
– Oni? Czyli kto? – Przyglądam się drobiazgowi ciekawie. Zgodnie z zapowiedzią towarzysza oddycha mi się coraz łatwiej.
– Siła walcząca po stronie Ka. To, co nazywają Zbieżnością. – Caeror wpatruje się w trójkąt, gładząc skołtunioną brodę. Nagle zauważa moje puste spojrzenie. – Veridius nie opowiedział ci o Zbieżności? Nie wiesz, przeciwko komu walczymy? Nie wiesz, dlaczego się tu znalazłeś?
– Nie. Mówiłem ci przecież, że to nie Veridius mnie przysłał. Studiuję w Akademii, a on jest po prostu jej principalisem. To wszystko. – Może nie jest to cała prawda, ale nie pominąłem zbyt wiele.
– Aha… – Brat Ulciscora patrzy mi w oczy. – No tak… – Raczej nie jest przerażony, ale ewidentnie zbity z tropu.
Unosi rękę i przyciska sobie obsydianowy trójkąt do potylicy. Syczy przez zęby, przywiera do ściany. Kiedy się odwraca, zauważam, że kamień pokrywają znaki. Czyżby pismo? Są zbyt małe, by stwierdzić cokolwiek jednoznacznie, ale bardziej przypominają obrazkowe symbole niż litery. Kojarzą mi się z pismem nyripkiańskim, aczkolwiek z tym językiem dalekiej północy miałem za mało styczności, więc trudno o pewność.
Caeror opuszcza rękę. Nadal stoi do mnie plecami. Trójkąt pozostał na miejscu. Nie popłynęła nawet kropla krwi. Moment później towarzysz się otrząsa, ignoruje moje zaniepokojone spojrzenie i podchodzi do wyjścia. Spogląda w przepaść.
– Tak, to rzeczywiście musi być dla ciebie poważny wstrząs – przyznaje po dłuższej chwili.
– Coś w tym rodzaju. – Parskam śmiechem, który wywołuje w płucach nieprzyjemne kłucie.
– Skoro tak, to co właściwie o tym wszystkim wiesz, Vis? – Caeror wciąż patrzy w dół.
– Niewiele. Prawie nic – odpowiadam.
Wreszcie zwraca się ku mnie. Nie komentuje, tylko mruży oczy.
– Cóż – zaczynam – wiedziałem, na przykład, że istnieje takie miejsce jak Obiteum.
– Dlaczego więc, na grobowce bogów, przebiegłeś labirynt? – Brat Ulciscora zanosi się pełnym niedowierzania śmiechem. – Domyślam się, że nie dla zabawy. Ani przez przypadek. – Zawiesza głos. Zamyśla się. – Chociaż to byłaby cudowna anegdota.
– Szczerze mówiąc, starałem się dowiedzieć, co cię spotkało.
Caeror wychyla się raz jeszcze. Przestępuję niepewnie z nogi na nogę, wpatruję się w jego kark. Czy to wyobraźnia płata mi figle, czy te znaki świecą zielonym blaskiem?
Wtem moją uwagę przykuwa gwałtowny ruch. Tuż poza trójkątnym wyjściem pojawia się okrągła płyta z gładkiego, czarnego kamienia. Ma jakieś cztery stopy szerokości. Nieruchomieje z głuchym zgrzytem na poziomie posadzki. Ją również pokrywają symbole przypominające nyripkiańskie pismo. Większe niż na trójkącie, lecz równie enigmatyczne. Z platformy dobywa się rytmiczny pomruk.
Wyraźnie zadowolony Caeror wykonuje zapraszający gest. Jak gdyby uprzejmie ustępował mi przejścia w drzwiach.
Wpatruję się w błyszczący kamienny dysk, który wisi w powietrzu tysiąc stóp nad ziemią. Podnoszę wzrok na towarzysza.
– Nie, dziękuję.
– Nic ci nie grozi.
Stanowczo kręcę głową, ale Caeror tylko unosi brew i dalej znacząco pokazuje mi platformę. Ostatecznie krzywię się i kapituluję. Podchodzę niepewnie na sam próg.
– To nie jest platforma Woli. – W orzechowych oczach Caerora maluje się niezmącony spokój. – Nie taka, jaką mógłbyś sobie wyobrazić. – Postukuje palcem w zawieszony na karku trójkąt. – Pochodzi z czasów wojny przeciwko Zbieżności. Naprawdę jest bezpieczna. Poza tym wybacz, że się powtórzę, ale naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. – W jego tonie słyszę obawę.
Vek.
Kucam. Muskam kamienny dysk ręką. Powierzchnia leciutko drży. A widoczna pod nią ziemia jest przerażająco, koszmarnie odległa.
Vek. Vek. Vek.
No cóż, postanowiłem mu przecież zaufać.
Chwytam krawędź wyjścia i ostrożnie stawiam stopę na czarnym kole. Zerkam za siebie, z rozpaczliwą nadzieją, że mimo wszystko źle zrozumiałem. Caeror jednak po prostu kiwa głową z serdecznym uśmiechem. Zbieram się w sobie i stopniowo przenoszę swój środek ciężkości naprzód, aż w końcu dociera do mnie, że obsydianowa platforma rzeczywiście nie spada.
Z sercem w gardle odrywam dłoń od ściany.
Natychmiast uderza mnie wiatr. Niemal tracę równowagę. Siadam, bardzo powoli, plecami do wejścia, tak by zostawić miejsce towarzyszowi. Oddech mi przyspiesza, przez co płuca znów zaczynają palić. Pod palcami czuję chłodny, niepokojąco gładki kamień. Jedynymi nierównościami są na nim linie, układające się w zagadkowe inskrypcje.
Po chwili czuję na grzbiecie plecy Caerora, który dołącza do mnie na platformie. Gdy zbieram się na odwagę i rzucam okiem przez ramię, okazuje się, że jedziemy już na dół. Ciemniejące w ścianie wyjście majaczy jakieś dwadzieścia stóp wyżej. Całe pole widzenia wypełnia mi czerwona, szklana ściana. Ogromna. Nieskończenie większa, niż zapamiętałem.
– Nie zapomnij, Vis. Odpowiadasz za niebo po swojej stronie – odzywa się Caeror. W jego głosie słyszę ewidentne skupienie.
– Czego właściwie mam wypatrywać?
– Drapieżców – rzuca mój towarzysz, po czym przypomina sobie, z kim rozmawia. – To nasi wrogowie. Naprawdę wyjątkowo nieprzyjemne kreatury. Latające. Więc jeśli coś zobaczysz, choćby drobny punkcik na horyzoncie, natychmiast daj znać.
Ponownie spoglądam przed siebie. Omiatam wzrokiem błękitny bezkres.
– Nawet jeżeli to będzie zwyczajny ptak?
– To nie będzie ptak – chichocze nerwowo Caeror. – O bogowie. Ptak. Wszystko bym dał, żeby to był ptak. – Milknie. Zapada dziwnie ponure milczenie.
– A co zrobimy, jeżeli zobaczę jednego z tych Drapieżców?
– Będziemy się modlić, żeby spaść i szybko zginąć. – Znów urywa, ale już po chwili mruczy pod nosem: – Przepraszam. To było nie na miejscu. Jestem po prostu odrobinę zajęty.
Przebiega mnie dreszcz.
– Czyli znasz mojego brata. I trafiłeś tutaj z mojego powodu. – Szklista platforma wibruje, na moment wpadam w panikę. Caeror syczy. – Chyba… powinienem bardziej się skupić. Ale wiesz? Wykorzystajmy ten czas. Opowiedz mi, jakim cudem się tu znalazłeś. A później ja wypełnię luki w twojej wiedzy. Bo widzę, że są niemałe.
Słyszę, jak bardzo jest spięty, więc nie dyskutuję. W najprostszy możliwy sposób relacjonuję ostatni rok swojego życia, a platforma tymczasem – w irytująco ślimaczym tempie – opada ku wyschniętej ziemi. Opowiadam o tym, jak odnalazł mnie Ulciscor; o zleconym przez niego śledztwie w sprawie domniemanego zabójstwa brata, o które podejrzewał Veridiusa. Opisuję odkrycie ruin. Mówię o tym, jak usilnie Ulciscor nalegał, bym przebiegł labirynt. Oczywiście pomijam przy tym kwestię swojej zamierzchłej przeszłości. Może i jesteśmy w jakimś innym świecie, lecz Caeror był przecież typowym przedstawicielem Hierarchii, więc nie widzę powodu, by silić się na wyjawianie prawdy w każdym szczególe. Poza tym jednak opowiadam otwarcie i szczerze.
Jednocześnie przez cały czas bacznie obserwuję widnokrąg. Niebo jest bezchmurne i aż nienaturalnie puste. Powyżej poziomu potężnych, pieniących się w dali fal nie porusza się nic. W dół nie patrzę. Brak mi odwagi.
Obsydianowa platforma kołysze się już tylko raz. W momencie, gdy po raz pierwszy pada z moich ust imię Lanistii.
– Poznałeś Lani?
Odzyskuję władzę nad mięśniami sparaliżowanymi strachem i odczekuję chwilę, by przerażone serce przynajmniej odrobinę zwolniło. Wciąż suniemy w dół.
– Trenowała mnie. Mogę ci o niej opo…
– Nie – syczy cicho, mimo że jest zajęty czymś wymagającym niemałej koncentracji. – Dzięki, ale… nie w tej chwili.
Niedługo później zbliżamy się do szaro-brązowej ziemi. Z westchnieniem ulgi zsuwam się z połyskliwego dysku i rozkoszuję dotykiem twardego, stabilnego podłoża. Platforma ląduje z głuchym stuknięciem.
Odwracam się. Caeror nadal siedzi z pochyloną głową. Dygocze na całym ciele. Obsydianowy trójkąt wciąż tkwi mu w karku.
– Daj mi momencik – szepcze pomiędzy rwanymi oddechami, gdy wyczuwa mój niepokój.
Bez słowa kiwam głową i rozglądam się dokoła. Zjechaliśmy na dno gigantycznego krateru, wypełnionego skruszonymi skałami i ziemią, szerokiego na przynajmniej pięć mil i całkowicie pustego. Nie ma tu żywych stworzeń, brakuje jakichkolwiek wyróżniających się elementów krajobrazu. Krawędzie pustynnej misy piętrzą się na sto stóp, i to najmarniej.
Moją uwagę przykuwa jednak potężny cień na skraju pola widzenia. Odwracam się i zadzieram głowę.
Niemal połowę nieba przesłania szybująca, niewiarygodnie wręcz olbrzymia kula z czerwonego szkła.
Cofam się o krok. Ile może mieć średnicy…? Trzy tysiące stóp? Więcej? Nic jej nie podtrzymuje, na niczym nie wisi. Widok oszałamia. Dezorientuje zmysły.
– Niczego nie zauważyłeś po drodze? – Caeror doszedł do siebie na tyle, by wstać. Blask poranka pada na jego bladą twarz, kamienny trójkąt wciąż trzyma się na karku.
– Niczego.
Brat Ulciscora kilkoma kopnięciami zasypuje błyszczącą platformę piachem. Kamienny dysk znika. Caeror przygląda się swemu dziełu i po chwili na jego twarz powraca wyraz nieco wcześniejszej, wszechogarniającej ekscytacji. Podnosi promienne spojrzenie. Przyjaźnie klepie mnie po ramieniu.
– No, już prawie. Idzie ci znacznie lepiej niż mnie, kiedy tutaj trafiłem.
– Musiałeś przechodzić przez to wszystko sam?
– Nie, na grobowce bogów. Też miałem pomoc. – Jego oczy przesłania cień smutku. Znika jednak niemal od razu.
– Skąd wiedziałeś, że pojawię się właśnie dzisiaj?
– Nie wiedziałem. Spędziłem tu jakieś… dwa tygodnie. Zapasów wystarczyłoby mi jeszcze na co najmniej miesiąc. To coś w rodzaju wakacji. Pozwalam sobie na nie raz na półtora roku – dodaje z nikłym uśmiechem.
Zastanawiam się przez chwilę.
– Masz na myśli okres, w którym Akademia urządza Iudicium?
– Nie inaczej. – Caeror przeciąga się i przywołuje mnie skinieniem. – Musimy wejść na ten grzbiet. Tak szybko jak się da.
Ruszamy na zachód. Pod naszymi stopami chrzęści żwir.
– Więc… czym szantażował cię Ulciscor? – Towarzysz zerka na mnie z ukosa.
– Zagroził mi zesłaniem na Płyty.
– Na bogów przegniłych… – Caeror na ułamek chwili zwalnia. Gdy znowu się odzywa, odnoszę wrażenie, że zanurzył się w głąb siebie, we własne wspomnienia. – Tak mi przykro, Vis – mówi szczerze. Lekko się garbi.
– Przecież nie mogłeś przewidzieć, co się wydarzy.
– Nieprawda, wiedziałem. Właśnie dlatego próbowałem dać mu znać, co robimy z Veridiusem. – Nerwowo skubie rękaw. Odruch przypomina mi jego brata. – Kiedy Ulciscor się na coś uwziął, zawsze potrafił być cholernie groźny. Ale w głębi duszy wcale taki nie jest. Rozumiem, przeżył koszmar, ale czegoś takiego nikomu by nie zrobił. Nigdy w życiu.
Ograniczam się do milczącego potaknięcia. Słyszę w słowach przewodnika rozpaczliwą nadzieję, że nie zaprzeczę. Wyczuwam, że Caeror chce zadać mi znacznie więcej pytań, dowiedzieć się czegoś nowego o Ulciscorze i świecie, który zostawił przed siedmioma laty. To jednak może zaczekać.
– Kiedy się tu znalazłem, wspomniałeś coś o wojnie? To właśnie jej ślady widzimy dokoła?
– Tak, oczywiście, że tak. – Ściąga brwi. Zastanawia się, od czego zacząć. – Powinienem cię ostrzec. Są sprawy, o których dowiedziałem się od Veridiusa. Inne rzeczy wyczytałem i przetłumaczyłem z inskrypcji w ruinach. Jeszcze kolejne poznałem dopiero tutaj. Ale wiele z tego to nadal tylko moje… domysły. W tej historii wciąż jest wiele luk i starałem się je jakoś wypełnić.
– Jasne.
– No dobrze. – Brat Ulciscora robi długi wydech. Ciszę w niecce krateru mąci jedynie grzechot kamyków uskakujących spod naszych nóg. Ponure zbocze staje się coraz bardziej strome. – Chyba najprościej będzie zacząć od wojny. Wybuchła przed tysiącami lat, przeciwko nieprzyjacielowi znanemu jako Zbieżność. Wróg chciał wszystkich zniewolić i z tego, co zdołaliśmy ustalić z Veridiusem, w pewnym momencie był bliski sukcesu. – Krzywi się lekko. – Wtedy nasza strona podzieliła świat na trzy niemal identyczne części. Res, świat, z którego pochodzimy; Obiteum, czyli tutaj; i Luceum. Nie pytaj mnie, jak tego dokonali – rzuca z przebiegłym uśmiechem.
Mimowolnie kiwam głową. Historia brzmi niewiarygodnie, aczkolwiek pasuje do wszystkiego, co już usłyszałem. I co zobaczyłem.
– Tylko w czym właściwie miało to pomóc? Niemal identyczne, mówisz?
Przedtem, zaraz po moim przybyciu, powiedział coś innego.
– Pod względem fizycznym są takie same, co do najdrobniejszego szczegółu. Chcieli natomiast ograniczyć moc Woli. Trzy światy powstały, by ją osłabić, rozdzielić jej zastosowania i możliwości. – Caeror przyspiesza kroku, nie pozwala mi zadać żadnego z miliona pytań tłoczących się w mojej głowie. – Ludzie nazwali to Rozdarciem. Potem wojna wciąż trwała, lecz siły oporu w każdym z trzech światów walczyły z różnym powodzeniem. Wola w każdym umożliwiała co innego. Stawali w obliczu odmiennych wyborów. Wszystko się rozbiegło, zróżnicowało.
Oszołomiony próbuję zebrać myśli i dopasować do siebie wszystkie elementy układanki.
– „Obiteum stracone. Nie otwieraj bramy” – mamroczę pod nosem, przypominając sobie upiorny refren, powtarzany przez bezokie trupy w ruinach. O Rozdarciu wspominali też Artemius i strażnicy labiryntu. – Czyli Zbieżność zwyciężyła tutaj, a na Res została pokonana? – To jedyny logiczny wniosek, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że staramy się pozostać niezauważeni. Nie ulega wątpliwości, że grozi nam jakieś niebezpieczeństwo.
Szybująca za nami kula przypomina zimne, martwe słońce. Tyle że wypełnia nienaturalnie dużą część pola widzenia. Caeror milczy tak długo, iż zaczynam wątpić, czy usłyszał pytanie.
– Co wiesz na temat Kataklizmu? – pyta.
Nie odpowiadam od razu. Zaskoczył mnie nagłą zmianą tematu.
– No… Chyba tyle, co wszyscy… Trzysta lat temu wydarzyło się coś strasznego. Potężna katastrofa, która pochłonęła niemal całą ludzką populację. Ocalały głównie dzieci, a wszelkie wcześniejsze zapiski uległy zniszczeniu. Cywilizacja upadła. Uczeni do dziś snują rozmaite teorie na temat przyczyn i przebiegu Kataklizmu, ale prawda jest taka, że nikt nie wie nic konkretnego.
– To nie do końca prawda – zauważa Caeror i milknie. Waha się. Ma współczującą minę człowieka, który musi przekazać bardzo złą wiadomość. – Ruiny, które znalazłeś w pobliżu Akademii… Wcześniej powstał tam kompleks zabudowań właśnie po to, by powstrzymać Kataklizm. Jego architekci wiedzieli, co się zbliża. – Przeciera twarz dłońmi, po czym posyła mi szczery, smutny uśmiech. – To po prostu planowy ubój, Vis. Kataklizmy przypominają ograniczanie liczebności ludzkiego stada przez przeciwnika, o którego istnieniu zapomnieli mieszkańcy naszego świata. Ta katastrofa, której usiłowali zapobiec architekci, była jedenasta z kolei. Jedenasta w ciągu trzech tysięcy lat. A jednak, choć dysponowali naprawdę sporą wiedzą, ponieśli klęskę.
Teren od pewnego czasu zaczyna przypominać bardziej strome urwisko niż zbocze. Pniemy się niestrudzenie pomiędzy głazami i odłamkami skał. Do grani zostało nam niecałe pięćset stóp. Idę za Caerorem, próbuję wszystko zrozumieć. Ogarnąć myślami skalę tego, o czym opowiada. Oswoić się z otaczającą nas pustką.
– Czyli podczas Kataklizmu to Zbieżność po prostu zabiła tych wszystkich ludzi?
– Tak, w każdym razie ja tak to rozumiem. I zrobi to ponownie. A potem znowu – szepcze. Przystaje, podaje mi rękę, a kiedy wchodzę wyżej, zerka ponad moim ramieniem. – Vis, przeciwnik nie zwyciężył jedynie tutaj. Moim zdaniem wygrał wszędzie.
Zatrzymuję się i odwracam. Patrzę za wzrokiem przewodnika. Zaszliśmy dość wysoko, by otworzyła się przed nami zupełnie nowa perspektywa. Czerwona kula wciąż wisi nad sercem krateru, szklane ściany migoczą w porannym świetle.
Z wolna, zdjęty rosnącym lękiem, rozpoznaję ten widok. Znam to miejsce. Ruiny w pobliżu Akademii. Przypomina mi się jedna z makiet utkanych z białego światła. Jedna z trzech wersji Solivagus, oświetlających bezokie trupy stojące w niszach.
Dostrzegam coraz więcej szczegółów. Na powierzchni są wyryte linie. Co prawda zauważyłem je już wcześniej, lecz z oddali wyglądały inaczej. Nie są to inskrypcje, lecz też nie zostały rozmieszczone chaotycznie. Tworzą znajome kształty, zarysy.
Kiedy odnajduję spojrzeniem kontury wybrzeża Suus, Caeror kładzie mi dłoń na ramieniu. Ruchem głowy wskazuje grzbiet krateru.
– Przykro mi. Wiem, że niełatwo ci tego słuchać, ale musimy iść dalej.
To wszystko mnie przytłacza, lecz jego spokój, współczucie i determinacja pozwalają mi się opanować. Biorę głęboki haust powietrza.
Ruszamy przed siebie.
Po drugiej stronie grzbietu, gdy niecka krateru niknie za naszymi plecami, ponownie ukazują mi się fale. Niewiarygodnie wielkie, mimo że wciąż oddalone o całe mile. Ryk spienionej wody niesie się po jałowych wzgórzach niczym burzowe grzmoty.
Zbieram i porządkuję rozbiegane myśli. Wierzę Caerorowi, że jesteśmy w innym świecie. Dowody na to są liczne i oczywiste. Ale co do całej reszty…
– Powiedziałeś, że zostałem skopiowany – rzucam i milknę. Poruszył wiele niepokojących kwestii, ale ta wydaje mi się najgorsza.
– Tak. Urządzenie, w którym byłeś, brama, bada drobiazgowo wszystko, co trafi do niej na Res, i tworzy nowe wersje w Luceum i Obiteum. Doskonałe repliki.
– Chcesz powiedzieć, że na Res istnieje inna wersja mnie? Oryginał?
– Zgadza się.
– I jest jeszcze jedna kopia w trzecim świecie? W Luceum?
– Tak.
Kręcę głową. Mdli mnie. Nie chcę przyjąć tych słów do wiadomości.
– Nie czuję się kopią.
Caeror mierzy mnie wzrokiem, po czym ponownie wpatruje się w puste, poranne niebo.
– Być może „kopia” jest w tym przypadku zbyt prymitywnym określeniem. To bardziej jak… – Ściąga usta, poszukuje w myślach lepszego wyjaśnienia. – Nie jesteśmy mniej sobą niż tamci. Pomyśl o tym, jakbyś w pewnym momencie skręcił w inną odnogę drogi. Ty to nadal ty. Tyle że wędrujesz innym szlakiem niż pozostali.
Staram się przetrawić te słowa. Mimo jego życzliwego tonu nie wyciągam zbyt wesołych wniosków.
– A czy cały ten świat jest w takim razie kopią naszego?
– Nie wiem. Być może to jest oryginał. Ale… taki stan zaistniał tysiące lat temu. W każdym razie ja tak to rozumiem.
Wpatruję się w roziskrzone bałwany, nieustannie rozbijające się o Morski Mur. Tumany wilgotnej mgiełki tryskają ku górze.
– Czyli tutejszy świat wędruje innym szlakiem już szmat czasu – zauważam półgłosem.
Wspinamy się na kolejny pagórek. Ze szczytu dostrzegam coś, co zapewne stanowi nasz cel. Sporych rozmiarów obsydianowe koło. Mniej więcej pięćdziesiąt stóp od nas. Gładka, ciemna powierzchnia płyty wyraziście kontrastuje z burym otoczeniem, lecz mój wzrok przyciągają przede wszystkim srebrne linie, które przecinają to czarne zwierciadło.
Nawet stąd trudno o pomyłkę. Widzę znajomy trójkąt, wymierzony w dalekie fale.
– Daj mi chwilę. – Podchodzimy i Caeror bez wahania wchodzi na szklistą powierzchnię. Idę za nim ostrożnie. Prosto do wierzchołka symbolu Hierarchii.
Mój towarzysz zdejmuje z szyi amulet. Większy od tych, które nosimy na ramionach, również wykonany z obsydianu. Widnieje na nim symbol, skrzyżowane ze sobą bicz i pasterska laska.
Caeror kuca, po czym wciska medalion we wgłębienie w samym wierzchołku herbu Hierarchii. Energicznym ruchem przekręca go, obracając tym samym niewielki, kilkucalowy fragment czarnego kamienia.
– Gotowe. – Spogląda na horyzont i nagle rozciąga wargi w szerokim, promiennym uśmiechu. – Na bogów przegniłych. Wciąż trudno mi uwierzyć, że naprawdę tu jesteś. – Kręci głową.
Tuż ponad amuletem pojawia się kilka świetlistych punkcików. Początkowo są niemal niezauważalne, giną w promieniach słońca, lecz jarzą się coraz mocniej, aż wreszcie tworzą kolejne znaki, podobne do tych, jakimi opatrzony jest trójkąt tkwiący w karku Caerora.
Nie podzielam wesołości przewodnika. Odrywam spojrzenie od lśniących punktów i ponownie rozglądam się po pustkowiu.
– Czy można stąd jakoś wrócić?
Caeror z westchnieniem podchodzi do świetlistych symboli. W tej chwili już się nie uśmiecha. Przyklęka i dotyka kolejno kilku znaków. Powietrze wypełnia głuchy pomruk kumulującej się energii, kamienny krąg nagle przebiega drżenie. Aż dotąd byłem przekonany, że to jednolity kawał skały, lecz teraz dzieli się na unoszące się fragmenty. Całe sekcje obracają się i składają. W efekcie pojawia się przed nami wysoka na dziesięć stóp, trójkątna brama. W ciemnych ścianach przegląda się błękitne niebo.
– Nie, Vis – szept Caerora jest tak cichy, że ledwie go słychać. – Stąd nie ma powrotu.
Mój towarzysz wyciąga medalion z wgłębienia, a następnie staje na srebrnym znaku. Pomruk nie ucichł, przeciwnie, brzmi coraz bardziej natarczywie. Caeror przywołuje mnie gestem.
Zbliżam się z niepokojem. Podstawa obsydianowej bramy jaśnieje coraz mocniej. Robi się przejrzysta jak szkło. Z wolna przezroczyste stają się też oba ramiona trójkąta.
– Kataklizm, któremu nie udało się zapobiec. Ten w… naszym świecie. – Wciąż trudno mi mówić o tym na głos. – Wspomniałeś, że był jedenasty. I że nastąpił trzy tysiące lat po pierwszym.
Matematyka nie jest skomplikowana. Aczkolwiek przeliczyłem wszystko już kilkanaście razy.
Caeror rzuca mi przepraszający uśmiech.
– Przecież nie znalazłem się tutaj, bo uznałem, że mamy masę czasu.
Vek.
– Ale czy do poprzednich katastrof zawsze dochodziło w regularnych odstępach? – W moim głosie narasta desperacja.
– Tak wynika z tekstów, które zdołaliśmy przetłumaczyć z Veridiusem. Dzieje się to dość regularnie.
Markotnieję.
Od ostatniego Kataklizmu minęły trzysta dwa lata.
Emissa. Callidus. Eidhin. Aequa, Lanistia… Nawet ten przeklęty przez bogów Ulciscor.
– Ale znasz sposób, w jaki można temu zapobiec?
Veridius przysyłał tu studentów. Robił to, nie licząc się z konsekwencjami. Oczyma duszy widzę zmasakrowane zwłoki Belli na ścianie labiryntu. To jedyne możliwe wytłumaczenie jego działań.
– Mam nadzieję. Tak uważam. Z twoją pomocą.
Pomruk przeradza się w przenikliwy pisk i nagle, w momencie gdy cała brama wygląda już jak wykonana z kryształu, zapada cisza.
Słychać tylko odgłosy odległych fal. Sekunda. Trzy sekundy. I nic.
Wtem, gwałtownie i niespodziewanie, ze szklanej konstrukcji unosi się mgła. Ciągnie się niczym smuga dymu, zostawiając w powietrzu trójkątny, eteryczny tunel. W jego ścianach jaśnieje milion widmowych odbić bramy. Przejście kieruje się prosto ku roziskrzonym w oddali masom wody.
Srebro pod naszymi stopami zaczyna rytmicznie migotać białym światłem. Coraz bardziej jaskrawym.
– Jak?
Moje serce kołacze w zgodnym rytmie z pulsującym blaskiem. Mimo przerażenia idę za przykładem Caerora i stoję całkiem nieruchomo.
Bijąca z dołu poświata podkreśla cienie na twarzy towarzysza. Caeror przeszywa mnie spojrzeniem orzechowych oczu, jego wargi układają się w krzywy uśmiech.
– To proste, Vis. Musimy zabić boga.
Mgnienie później pochłania nas światło.PODZIĘKOWANIA
Przy pracy nad kilkoma ostatnimi książkami, za każdym razem, kiedy docieram do tego momentu, zaczynam się martwić, że dziękując nieustannie tym samym osobom, mogę wywołać wrażenie, iż po prostu recytuję utarte, niewiele znaczące formułki. W tym konkretnym wypadku, istotnie, mógłbym skopiować podziękowania zamieszczone w „Woli wielu” i w znacznej mierze spełniłyby swoje zadanie, gdyż pasują i do tej powieści. Im dłużej jednak piszę, tym bardziej rozumiem, w jak fantastycznej sytuacji się znalazłem – od wielu lat otacza mnie grupa ludzi utalentowanych, solidnych i godnych zaufania. Osoby te nieustannie sprawiają, że pisanie nie jest dla mnie ciężką pracą, a wspaniałym przeżyciem. To niesamowity atut. Z tego powodu mam wielką nadzieję, że wszyscy tu wymienieni zdają sobie sprawę, iż nawet jeśli ich nazwiska pojawiają się „znowu”, nie znaczy to, że dziękuję im mniej szczerze, a wręcz przeciwnie – wasze wsparcie, zarówno wymierne, jak i niewymierne, sprawiło, że ta książka stała się lepsza. Dziękuję zatem:
Swojemu agentowi Paulowi Lucasowi, człowiekowi zawsze służącemu znakomitymi radami, pracującemu niezmordowanie po to, bym mógł skupić się na rzeczach, na których się znam, zamiast użerać się i zamartwiać o czysto biznesowy aspekt pisarskiego życia.
Redaktorowi Joe Montiemu, który dba o to, by moje książki trafiały do czytelników w jak najlepszym kształcie, a na dodatek od początku jest wielkim zwolennikiem cyklu powieści o Catenie.
Czytelnikom wstępnych wersji tekstu – w tym Sonji, Elisabeth, Chiarze, Lowellowi, Nicki i Jordanowi. Autorowi, który poświęcił na pisanie jednej książki kilka lat życia, nie jest łatwo spojrzeć na dzieło z dystansu i zauważyć, co w opowieści się sprawdza, a co niekoniecznie. Właśnie dlatego pierwsze wrażenia i komentarze są dla mnie tak ważne.
Pracownikom wydawnictw Saga, Simon & Schuster oraz australijskiego Text Publishing za nieprzeciętny entuzjazm i wiarę w powodzenie tego cyklu.
Jaimiemu Jonesowi za wspaniałe ilustracje okładkowe.
Euanowi Mortonowi za cudowne odczytanie wersji audio oraz załodze Audible za wydanie tak znakomitych audiobooków z moimi opowieściami.
Elisabeth, swojej asystentce, za to, że niesłychanie sprawnie i skutecznie wciela się w zawrotną ilość ról, dzięki czemu mogę poświęcać czas pisaniu, a nie rozwiązywaniu niezliczonych problemów.
Swoim dzieciom, których wyobraźnia dalece przerasta moją, za to, że zapewniają mi zewnętrzny punkt widzenia oraz radość, bez których moje książki byłyby znacznie uboższe.
I wreszcie: swojej cudownej żonie Sonji, nie tylko za to, że ze mną wytrzymuje, lecz także za to, że jest jedyną osobą na świecie, której ufam na tyle, że nie boję się jej pokazać najgorszych wersji swoich tekstów, i wiem, że bezbłędnie wychwyci i wskaże wszystkie ich wady. Sonja jest i zawsze pozostanie najważniejszą postacią w całym moim procesie twórczym.