-
nowość
Silniejsza od mafii - ebook
Silniejsza od mafii - ebook
Basia Trzyńska zostawiła dawne życie za sobą. Dzięki Annie Archiallis odzyskała nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale nauczyła się, jak funkcjonować w świecie mafii. Na Rodos odnalazła swój rytm i ludzi, którzy choć niebezpieczni, zawsze gotowi są stanąć po jej stronie.
Podczas wyjazdu do tureckiego Marmaris wszystko jednak wymknęło się spod kontroli. Basia poznała Sedata, mężczyznę, który nie przypomina nikogo, kogo spotkała wcześniej. Nie uwodzi pustymi obietnicami, nie próbuje jej zdobywać za wszelką cenę. Między nimi rodzi się uczucie ciche, magnetyczne i od początku skazane na niebezpieczeństwo.
Sedat nie jest wolnym człowiekiem. Każdy jego krok należy do Arslana Özdoğana – lokalnego mafiosa, który lojalność kupuje pieniędzmi, a ludzi traktuje jak swoją własność. Każde spotkanie z Basią jest dla Sedata aktem buntu, a dla Arslana – wypowiedzeniem wojny.
Gdy sieć zależności zaczyna się zaciskać, Anna po raz kolejny musi wkroczyć do gry. Chłodna, bezwzględnie skuteczna i zawsze o kilka ruchów przed przeciwnikami zrobi wszystko, by ochronić swoich ludzi. Tym razem jednak stawką nie są wyłącznie pieniądze ani wpływy, lecz życie tych, którzy stali się dla niej rodziną.
W świecie, gdzie lojalność ma swoją cenę, a zdrada oznacza wyrok, jedno uczucie może rozpętać wojnę. „Silniejsza od mafii” to kontynuacja powieści „Mafijne rozgrywki”, opowiadająca o kobietach, które odważyły się przeciwstawić ludziom przekonanym, że mogą kontrolować wszystko i wszystkich.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181536058 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ostrze spoczywające na gardle ukochanego mężczyzny wyglądało na niezwykle ostre. Lśniło złowieszczo w świetle barowych lamp i tylko na nim potrafiłam się teraz skupić. Moje bezpieczeństwo zeszło na drugi plan. Chociaż nie, to nie było dokładnie tak. Po prostu w głowie szalało mi tornado zrodzone z miliona myśli oraz potencjalnie niebezpiecznych scenariuszy możliwej eskalacji problemu. Nerwowo przełknęłam ślinę, nie bardzo wiedząc, co powinnam teraz zrobić, ponieważ sytuacja wyglądała na nieco absurdalną. Groził nam nie do końca wyrośnięty smarkacz, który sam w sobie nie stanowił tak naprawdę żadnego zagrożenia. Niestety, miał po swojej stronie bandziorów opłacanych przez szemranego tatusia, a jak wiadomo, w pewnych kręgach pieniądze bywają bogiem.
Od zawsze szybko poddawałam się skrajnym emocjom, chociaż zwykle potrafiłam nad tym panować. Teraz jednak nie miałam pojęcia, czy przeważyć powinien strach o mężczyznę, czy też nieposkromiona furia, która powoli pozbawiała mnie resztek umiejętności racjonalnego myślenia. To właśnie złość kazała mi rozwalić cały ten bar w drobny pył, nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Wzięłam głęboki, spokojny oddech, licząc przy tym do dziesięciu. Napawałam się życiodajnym tlenem rozchodzącym się po całym ciele i przynoszącym chwilową ulgę.
– Chcesz mnie pobić smarkaczu? – spytałam w końcu dzieciaka, któremu wąs ledwie sypnął się niepozornym meszkiem pod nosem – Proszę bardzo! Sądzisz, że bijąc kobietę, zarobisz jakiś super punkty w konkursie na „maczo miesiąca”?
– Ty kurwo – padło w odpowiedzi. – Myślisz, że się ciebie boję? Jesteś nikim! Nikim! Rozumiesz? – Głos z pewnością miał brzmieć groźnie i męsko, ale chłopak przechodził dopiero mutację, więc końcówka tej tyrady zabrzmiała jak wyciągnięty pisk operowej primadonny.
– Nie myślę – odpowiedziałam hardo, cały czas spoglądając na podrzędnego bandziora trzymającego nóż na gardle Sedata. – Ja to wiem. Pewnego pięknego dnia, i to wkrótce, będziesz mnie błagał o przebaczenie i odszczekasz każdą zniewagę, jakiej się względem mnie dopuściłeś.
Odpowiedział mi śmiech. Trochę taki przesadzony, nieco wymuszony, a po części również nadal dziecięcy. Nie zniechęciło mnie to, wręcz przeciwnie, spotęgowało tylko nienawiść rodzącą się właśnie w sercu.
– Teraz odejdę… – zaczęłam lekkim tonem, bo nie miałam ochoty doprowadzać do dalszego nasilenia bezsensownego konfliktu, który nie powinien w ogóle mieć dziś miejsca.
– I nigdy tu nie wracaj suko – przerwał moją wypowiedź młody chłopak, syn właściciela, wydający rozkazy bezmyślnym marionetkom będącym podwładnymi jego ojca.
Nie odezwałam się już. Po prostu uśmiechnęłam się lekko, ale w tym uśmiechu nie było nic sympatycznego. Dawno temu podejrzałam tę sztuczkę u swojej pracodawczyni Anny i świetnie zdawałam sobie sprawę, że pomimo swojej niepozorności potrafiła zdziałać cuda. Lekki ruch kącików usta zwiastował bowiem kłopoty, które zamierzałam dopiero sprawić.
– Jak sobie życzysz dzieciaku – rzuciłam zaczepnie, specjalnie podkreślając, kim dla mnie jest mający się za Bóg wie kogo smarkacz. – Pojawi się tu ktoś inny, a wtedy módl się, by był łaskawszy niż ja.
Spojrzałam ostatni raz na Sedata – mężczyznę, któremu nieco wbrew sobie oddałam serce, po czym lekkim krokiem, wcale się nie śpiesząc, opuściłam bar, w którym byłam częstym gościem w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że jedno niepozorne spojrzenie, rzucone bezwiednie, mogło doprowadzić do otwartego konfliktu. Cóż, jeśli tak miało być, to nie zamierzałam się cofnąć przed niczym.
Wezmę przykład z Anny: pokonam swoich wrogów, chociażby i w otwartej wojnie. I tak jak Anna nie pozwolę, by coś lub ktoś stanął na drodze do mojego zasłużonego szczęścia. Nie teraz, kiedy znalazłam partnera, z którym mogłam cieszyć się życiem oraz zwykłą codziennością.
Dopiero po przejściu jakichś stu metrów, pozwoliłam sobie na okazanie emocji. Panika w jednej chwili przejęła kontrolę nad moim ciałem i umysłem. Zaczęłam nerwowo oddychać, łapiąc każdy kolejny urwany oddech. Kilka łez złości przemieszanej z bezsilnością spłynęło po moim policzku. Policzyłam do dwudziestu i postanowiłam wziąć się w garść. Anna na pewno nie okazałaby takiej słabości, więc i ja nie powinnam.
Krocząc nadmorską promenadą, oświetloną jedynie wątłym światłem ulicznych latarni zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Sytuacja, w której się znalazłam, nie należała w końcu do najlepszych, ale przecież ponad dwa lata temu wybrnęłam ze znacznie poważniejszych kłopotów. Nie każda kobieta dająca się naciągnąć na duże pieniądze oszustowi matrymonialnemu miała szansę na zemstę na swoim oprawcy. I to taką, która odbiła się na całym jego życiu. Ja tego dokonałam, no dobrze, zrobiła to za mnie nieoceniona Anna, ale potem i ja dołożyłam do tego nie jedną, a kilkadziesiąt cegiełek.
Dzięki swojej szefowej udało mi się odbudować wiarę w siebie i zyskać pracę, której dziś, za żadne skarby, nie zamieniłabym na inną. Owszem, z biegiem czasu stanęłam na czele armii panów do towarzystwa dla bogatych dam, przejmując obowiązki założycielki całego tego biznesu, ale też byłam niemal pewna, że zasiliłam szeregi czegoś większego, niebezpieczniejszego. Zostałam zaufaną asystentką szefowej Mafii i to takiej pisanej przez duże “M”. A przynajmniej tak lubiłam to sobie wyobrażać. Jak bowiem inaczej mogłabym wytłumaczyć nagłą przeprowadzkę do Grecji, strzelaninę na Sycylii i wszystko to, co działo się tuż po niej? Zatapiając się we wspomnieniach na jeden, krótki moment zapomniałam o teraźniejszości i aktualnie gnębiącym mnie problemie.
Bezwiednie przysiadłam na krzesełku mijanej właśnie, a o tej porze nieczynnej już restauracji i rozejrzałam się w koło. Marmaris zdawało się pogrążone we śnie. Nic dziwnego, dochodziła trzecia w nocy. Tylko gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze osoby lub niewielkie grupki turystów powracających do swoich hoteli. Powinnam pójść w ich ślady, w końcu o poranku musiałam dostać się na prom płynący na grecką wyspę Rodos. Nie miałam jednak na to ochoty. Adrenalina nadal krążyła szybko w moim krwiobiegu, nie pozwalając na ochłonięcie. Musiałam zredukować jej poziom, by móc zaznać odrobiny odpoczynku.
Nagle poderwałam się z miejsca, myśląc o Sedacie. Poznałam go niemal sześć miesięcy temu, kiedy spontanicznie przypłynęłam do Marmaris na kilkudniowe wakacje. Spacerując nadmorską promenadą, zatrzymałam się w jednym z barów i właśnie wtedy go zobaczyłam. Wysoki, posturą przypominający groźnego niedźwiedzia. Miał krótkie czarne włosy i gęstą brodę, dzięki której wyglądał niczym wiking. Wiking, który nagle znalazł się wbrew sobie w XXI wieku. Jego piwne oczy zdradzały nadprzeciętną inteligencję, a jego uśmiech był w stanie stopić niejedno skute lodem serce. Skąd o tym wiedziałam? Właśnie to uczynił z moim mięśniem pompującym krew.
Od razu zorientowałam się, że był tam kimś ważnym. Nie serwował napojów klientom, a jedynie stał przy kasie, wydając polecenia, i cały czas zerkał na mnie, gdy myślał, że tego nie widzę.
Nie, nie poznaliśmy się w trakcie tamtego urlopu. Nasza interakcja ograniczała się do standardowych powitań, kilku grzecznościowych zdań wymienianych podczas regulowania rachunku oraz rzucanych ukradkiem spojrzeń.
Aby zamienić z nim kilka prywatnych słów, jeszcze trzy razy przypłynęłam do Marmaris. Czasami pojawiałam się rano, wracając do Grecji po południu, innym razem zostawałam na dzień lub dwa. Tak naprawdę połączył nas zupełny przypadek. Wpadliśmy na siebie w jednym ze sklepów w centrum. Przywitał się, dla pewności przypominając mi, skąd się „znamy”, a potem nieśmiało zapytał, czy nie napiłabym się z nim herbaty w pobliskiej kawiarence przy piekarni. Do dziś pamiętam, jak szeroko się uśmiechnął, gdy przystałam na jego propozycję.
Sedat ujął mnie swoją nieśmiałością oraz tym, że w miejscu pracy zachowywał się bardzo profesjonalnie w odróżnieniu od wszystkich innych mężczyzn, którzy początkowo próbowali mnie podrywać. Biorąc pod uwagę moje przeszłe doświadczenia, to właśnie tym pełnym szacunku dystansem najbardziej zyskał w moich oczach, zapewniając sobie coraz większe uznanie. Na końcu zaś niepostrzeżenie skradł moje serce. I właśnie z tego powodu nie mogłam teraz tak po prostu odejść, tracąc dobrego mężczyznę. Drugiego takiego pewnie nie udałoby mi się znaleźć.Sedat
Odetchnąłem głęboko dopiero wtedy, gdy Emrah zdjął nóż z mojego gardła. Nie mogłem uwierzyć w to, że ktoś, kogo uważałem za dobrego znajomego, w okamgnieniu mógł obrócić się przeciwko mnie. I to na czyje polecenie? Dzieciaka, któremu z reguły wieczorami udzielałem korepetycji z matematyki.
Odkąd zacząłem pracować w tym barze pięć lat temu, zdawałem sobie sprawę, że działam na polecenie ludzi wpływowych, ale też pochodzących z nizin społecznych. Obce im było eleganckie czy wyszukane słownictwo, dobre maniery lub chociażby podstawowe zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Jednak to, co właśnie się wydarzyło, przerosło moje najśmielsze wyobrażenie o ich bezmyślności oraz chamstwie.
Tak bardzo cieszyłem się, że Basi udało się wyrwać na jedną noc z Rodos. Zwłaszcza że to była ta noc, podczas której wreszcie miałem poznać tajemnice jej ciała. Planowałem rozkoszować się seksem, by później zasnąć, trzymając ją w ramionach. Niestety po raz kolejny wydarzyło się coś, co sprawiło, że moja męskość musiała obejść się smakiem. Westchnąłem ciężko, opadając na jeden z barowych foteli.
Czułem strach, bezsilność, ale też obawy o to, co przyniesie przyszłość. Gdyby chodziło tylko o moje życie, to nie wahałbym się nawet przez sekundę. Ustawiłbym tego małolata do pionu i nie pozwoliłbym mu odzywać się w ten sposób do Basi. Niestety, musiałem myśleć o młodszym bracie, który miał tylko mnie. Po tragicznej śmierci naszych rodziców stałem się jego prawnym opiekunem oraz jedyną szansą na dobre życie. Nie miałem prawa ich rozczarować, zawsze powtarzali mi, że niezależnie od okoliczności muszę opiekować się Muratem.
Nie chciałem też zawieść siebie oraz osoby, która w tak krótkim czasie stała się dla mnie niezwykle ważna. Do tej pory nie wierzyłem, że można kogoś pokochać za piękne serce, więc los przewrotnie sprawił, że tak właśnie się stało. No dobrze, przed sobą mogę się przyznać również do tego, że jej ciało i krągłe kształty działały na mnie od chwili, kiedy pierwszy raz pojawiła się w barze. Wpływała na moje zmysły do tego stopnia, że mówiąc jej zwykłe „dzień dobry”, fantazjowałem o tym, jak przyszpilam ją do ściany i całuję głęboko, by zafundować zarówno sobie, jak i jej fantastyczne popołudnie. Nie znałem wtedy nawet jej imienia, a wyobrażałem sobie, jak wpatruje się we mnie tymi pięknymi oczami w momencie przeżywania ekstazy.
Rozejrzałem się wkoło, lekko zdezorientowany. Nadal próbowałem zrozumieć, co tak właściwie się stało i dlaczego ten narwany dzieciak wywołał całą tę awanturę. Przecież Basia siedziała tak jak zwykle przy barze, interesując się mną bardziej niż czymkolwiek innym. Cały czas czułem na sobie jej spojrzenie, jej zachwyt, może nawet kiełkującą w jej sercu miłość.
Może, ale tylko może raz czy dwa przesunęła wzrokiem po sylwetce ciągle kręcącego się wokół mnie Mehmeta. Zresztą trudno by było nie zauważyć dzieciaka, który za zgodą ojca dowodził całym tym burdelem na kółkach, pozwalając sobie na więcej niż niejeden starszy od niego chłopak. I to właśnie on nagle, zupełnie bez przyczyny urządził awanturę o to, że moja kobieta patrzy na niego z nienawiścią, i kazał jej wypierdalać, bo inaczej ją zabije. Oczywiście natychmiast skoczyłem, aby przerwać tę absurdalną sprzeczkę, ale wtedy Emrah przystawił mi nóż do gardła, czyniąc absolutnie bezsilnym.
Bezwiednie zerknąłem na sprawcę dzisiejszych problemów, a ten jakby natychmiast to wyczuł, ponieważ popatrzył na mnie. W jego spojrzeniu chyba po raz pierwszy dostrzegłem pogardę.
– Pamiętaj! Nie podskakuj mi, bo inaczej tata zajmie się tobą albo tym twoim wychuchanym braciszkiem! – zagroził dzieciak, wychodząc z baru – A teraz ogarnij wszystko i zamknij, w końcu masz klucze!
Czułem, jak opanowuje mnie furia. Niestety, wiedziałem, że nie mogę nic zrobić. Musiałem przełknąć tę gorzką pigułkę zaserwowaną mi przez los, jeśli chciałem zachować życie. Ale tylko teraz… Od jutra zacznę myśleć, jak wyplątać się z tej sieci zależności i raz na zawsze zakończyć pracę dla tych ludzi.
#
Zamknąłem bar, tak jak kazał mi syn właściciela, i poszedłem do służbowego mieszkania, które dzieliłem z młodszym bratem. Na tyłach budynku znajdowały się drzwi prowadzące na strych. Przystanąłem w nich, uświadamiając sobie, jak wiele w moim życiu się zmieniło.
Lokum nad barem oraz dnie przepełnione pracą i opieką nad Muratem przestały mi wystarczać. Moja dusza pragnęła czegoś innego, czegoś większego, czegoś doskonalszego. Chciałem, aby Basia stała się częścią mojej codzienności. Chciałem stworzyć z nią wszechświat, w którym będzie miejsce dla nas i naszego szczęścia. Niestety, aby tego dokonać, będę musiał stoczyć wiele ciężkich i długich bitew. Byłem jednak na to gotowy.
Wchodząc po schodach, przystawałem co moment, zastanawiając się, od czego zacząć. Gdy dotarłem na górę, wiedziałem, że powinienem zadzwonić do mojej ukochanej. Musiałem upewnić się, że bezpiecznie dotarła do hotelu. Dopiero potem zacznę opracowywać precyzyjny plan wprowadzenia zmian w swoim życiu.
– Basiu, skarbie – odezwałem się, gdy tylko odebrała. – Czy wszystko w porządku?
– Co to było? – usłyszałem w odpowiedzi.
– Nie wiem, nie mam pojęcia. Nigdy dotąd ten rozpieszczony dzieciak tak się nie zachowywał. Owszem sodówka uderzyła mu nieco do głowy, gdy ojciec przekazał mu władzę nad barem, ale to… Sam nic nie rozumiem!
– A ten nóż? Co to? Jakiś domorosły gang nożowników? – spytała, a w jej tonie mogłem usłyszeć realny strach.
– Wiesz… – przez chwilę wahałem się, czy wyznać jej prawdę, ale zrozumiałem, że z całą pewnością na nią zasługuje – nóż, pistolet czy kij bejsbolowy, dla nich to bez różnicy. Wszelkie problemy, które pojawiają się na ich drodze, załatwiają siłą. W ich rozumieniu to jedyny słuszny argument.
Westchnęła przeciągle, ale ja poczułem, że ją tracę. Nie mogłem na to pozwolić, nie teraz, kiedy wreszcie odnalazłem szczęście u jej boku i zdawałem sobie sprawę, że powinienem zmienić to i owo.
– Odejdź z tego baru, błagam – szepnęła, a ból w jej głosie sprawił, że poczułem go niemal fizycznie.
Gdyby to wszystko było takie proste… Niestety nie było!
– Askım – nazwałem ją pieszczotliwie tureckim zwrotem, oznaczającym „moja miłości” – ty nie rozumiesz! Ja nie mogę tak po prostu opuścić tego miejsca i tych ludzi. To nie jest tak kulturalne towarzystwo, do jakiego przywykłaś. Daleko im do kółka wzajemnej adoracji stworzonego z eleganckich oraz wykształconych właścicieli pięciogwiazdkowych kurortów w Grecji. Wiem i widziałem zbyt wiele rzeczy; rzeczy, które nigdy nie powinny wypłynąć na światło dzienne.
– Czy ty twierdzisz, że ci ludzie to mafia?
Nie sądziłem, że zapyta wprost. Cholera! I co ja mogłem jej na to odpowiedzieć? Tak? Przecież, nawet jeśli to potwierdzę, to z pewnością nie zrozumie powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem. Po prostu przestraszy się i już nigdy jej nie zobaczę. Nie? Wtedy będę mijał się z prawdą tak bardzo, że zahaczę o kłamstwo, a tego robić z całą pewnością nie chciałem.
– Mafia to chyba jednak zbyt duże słowo – zacząłem dyplomatycznie, próbując oględnie ująć to, czym była struktura podwładnych Arslana. – Owszem, zdarza mu się złożyć komuś propozycje nie do odrzucenia, czasami wymusić jakieś działanie siłowo bądź skutecznie uciszyć niewygodnego dla siebie człowieka, ale nie ma podstaw, by porównywać go do bossów z hollywoodzkich filmów. Nie ma do tego ani predyspozycji, ani aparycji.
– To, co opisujesz, brzmi jak typowe działania mafii. – Basia uparcie obstawała przy używaniu akurat tego określenia, dodając całej sytuacji większego dramatyzmu.
– Jeśli nawet, to tylko na małą skalę.
Wsłuchując się w jej spowalniający oddech, doszedłem do wniosku, że chyba udało mi się nieco ją uspokoić. Po cichu nawet zacząłem gratulować sobie sukcesu, gdy przerwał mi jej przytłumiony głos.
– Czy w Marmaris jest ktoś silniejszy od niego, przed kim musiałby czuć respekt?
Cholera! Znowu niewygodne pytanie, a odpowiedź na nie z pewnością nie przypadnie jej do gustu. Zresztą jak tak teraz myślałem o tym wszystkim, co widziałem i słyszałem, to zacząłem dochodzić do wniosku, że odpowiedzi na jej pytania nie podobają się również mnie. Nie o takim życiu marzyłem, kończąc studia.
– Raczej nie… – odrzekłem szczerze, prosząc Boga o to, aby nie drążyła dalej.
– A jeśli pojadę, dajmy na to sto kilometrów dalej, to czy tam twój szef nadal będzie szychą?
Uff, na to pytanie odpowiedź była prosta i czułem, że z pewnością przypadnie jej do gustu!
– Zdecydowanie nie.
Cisza. To zaskakujące, ile emocji kryje się w chwili, gdy żaden dźwięk nie jest w stanie podpowiedzieć, jakie procesy myślowe zachodzą w głowie twojego rozmówcy. A przecież może tam dziać się dosłownie wszystko, od pogodzenia się z faktami, po chęć zakończenia kłopotliwej i tylko z pozoru źle rokującej relacji.
– Co zamierzasz teraz zrobić? – padło pytanie, które nadal pozostawiało zbyt szerokie spektrum możliwości interpretacyjnych.
Bałem się, czy będę w stanie udzielić na nie oczekiwanej odpowiedzi.
– Nie chce cię stracić, to na pewno – wyznałem szczerze w nadziei, że potraktuje moje słowa serio. – Postaram się stamtąd odejść, ale nie wiem, ile to potrwa. Może miesiąc, a może rok…
– A może nie uda ci się tego zrobić nigdy – weszła mi w słowo, dosyć smutnym tonem. – Wiesz, oglądałam Ojca chrzestnego, Rodzinę Soprano i kilka innych produkcji na temat mafii – dodała, siląc się na dosyć czarny humor.
– Basiu…
Nawet nie wiedziałem, czy mam prawo błagać ją o cokolwiek, zresztą, o co w takiej sytuacji powinienem prosić? Zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy na samym początku wspólnej drogi, a ona miała pełne prawo wycofać się w obliczu tego, co wydarzyło się dziś wieczorem w barze.
– Zrób, co możesz, aby się stamtąd uwolnić – poprosiła cichym, niemal niesłyszalnym tonem. – Odezwę się za kilka dni, kiedy przemyślę sobie to i owo.
– Nie spotkamy się dziś w nocy? – spytałem jak ostatni idiota, wiedząc, że minęła czwarta nad ranem, a ona o ósmej musi być w porcie.
Jednego byłem pewien – czułem, że muszę ją zobaczyć, chociażby na sekundę. Przytulić, pocałować, zapewnić, że wszystko będzie dobrze!
– A czy ma to sens? – westchnęła zmęczonym tonem, ale wyczułem w nim pojedynczą nutkę nadziei.
– Za dziesięć minut będę pod twoim hotelem – obiecałem, mając nadzieję, że uda mi się złapać taksówkę o tej skandalicznej porze. – Zdaje sobie sprawę, że jesteś wycieńczona, ale chcę poczuć cię w swoich ramionach, ucałować twoje usta i poczuć zapach twojej skóry. Nie mam przecież pojęcia, kiedy następnym razem będę mieć szansę zrobić to ponownie. Niechaj więc moja tęsknota za tobą karmi się tymi skąpymi wspomnieniami.
– Będę czekać przed recepcją – zapewniła, po czym przerwała połączenie.
Nadzieja na nowo wstąpiła w moje serce. Zbiegając po schodach, obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by jej nie stracić. Ba, przy najbliższej okazji postaram się, by zacieśnić łączącą nas więź i poznać jej ciało. W końcu ta kobieta była najcudowniejszą rzeczą, jaką podarował mi los, i musiałem upewnić się, że pozostanie w moim życiu na zawsze.
Ujrzałem ją z okna taksówki, kiedy stała lekko zgarbiona przed hotelem. Wyglądała na zmęczoną, ale też kruchą jak porcelana. Rzuciłem kierowcy dwieście lirów i szybko wysiadłem z auta, aby nie musiała czekać na mnie dłużej, niż to było niezbędne. Wyprostowała się na mój widok, a ja szybko zamknąłem ją w swoich ramionach. Przymknąłem oczy, rozkoszując się ciepłem jej ciała, jej miękkością oraz kobiecością, która tak bardzo na mnie działała. Najchętniej porwałbym ją do najbliższego wolnego pokoju i sprawił, abyśmy oboje zapomnieli o wydarzeniach dzisiejszej nocy. Wiedziałem jednak, że nie tego po mnie oczekiwała, a ja nie chciałem jeszcze bardziej zawieść jej oczekiwań.
Poczułem, że lekko się trzęsie. Początkowo wziąłem to za objaw zimna, w końcu noce o tej porze roku nadal były bardzo chłodne, ale po chwili zrozumiałem, że ona płacze! Delikatnie wyswobodziłem ją ze swoich objęć, by móc po raz pierwszy od incydentu w barze spojrzeć jej w oczy. Jej piękne błękitne tęczówki zasnute były smutkiem, którego niestety nie potrafiłem ukoić, a to sprawiało, że czułem jeszcze większość wściekłość nie tylko na Mehmeta, ale też na samego siebie.
– Przepraszam – szepnąłem, nie bardzo wiedząc, co jeszcze mógłbym powiedzieć. – To wszystko moja wina, ale uwierz mi, zrobię wszystko, aby to odkręcić.
Nic nie odpowiedziała. Po prostu chwyciła za materiał mojej bluzy i stając na palcach, sięgnęła ust. Oniemiałem. Moja słodka, niewinna Basia właśnie nie tylko zainicjowała pocałunek, ale też pokazała poprzez niego, że nadal jej na mnie zależy!
Jej ciepłe wargi delikatnie muskały moje, jakby obawiając się odrzucenia. Niepewnie badała, kusiła i zachęcała. Nie mogłem więc pozwolić, aby pozostawała dłużej w niepewności co do moich uczuć lub pragnień. Odpowiedziałem dużo bardziej namiętnie i nieco bardziej natarczywie. Nie potrafiłem się powstrzymać ani tym bardziej czekać dłużej. Chciałem nie tylko brać, ale i dawać. Musiałem wypalić na jej duszy piętno, aby nie zdecydowała się porzucić mnie dla kogoś innego. Zaatakowałem jej usta językiem, zmuszając do uległości. Wtargnąłem do ich wnętrza, pragnąc odebrać jej oddech i wywołać zawroty głowy.
Jęknęła cichutko, wtulając się we mnie mocniej. Domagała się bliskości gwarantującej jej chwilę wytchnienia od problemów, ale też obietnicy szczęśliwego zakończenia. Boże! Gdyby tylko zdawała sobie sprawę, jak bardzo na mnie działała! To nie był ani odpowiedni czas, ani miejsce, ale przecież mogłem dać jej chociaż przedsmak tego, czego mogliśmy razem doświadczyć.
Chwyciłem ją dłońmi za pośladki, zmuszając, by objęła mnie nogami w pasie, co po chwili zwłoki uczyniła. Przymknąłem na moment powieki, czując miękkość jej ciała. Owszem, całowaliśmy się już wcześniej, ale nigdy nie zatraciliśmy się w naszej namiętności tak daleko. Nieco po omacku przeszedłem kilka metrów, by dosłownie przyszpilić ją do bocznej ścianę hotelu. Obejmowała mnie mocno za szyję, nie przerywając pocałunków. Ściskała mocno udami, sam już nie widziałem czy po to, aby nie upaść, czy by zintensyfikować doznania płynące z bliskości naszych ciał. To był czysty szał, jakiego jeszcze chyba nigdy nie doświadczyłem. Traciłem panowanie nad sobą, pragnąc zagłębić się w jej wnętrzu tu i teraz, bez zbędnego czekania.
– Co wy tu robicie?! – krzyknął głos dochodzący z oddali. – Wynocha stąd! Wstydu nie macie?
Niechętnie wypuściłem Basię z objęć i spojrzałem w stronę, skąd padły pełne złości słowa. Starszy mężczyzna w służbowym uniformie nie wyglądał, jakby potrafił zrozumieć nagły poryw namiętności dwójki zafascynowanych sobą osób.
– To porządny hotel, a nie jakaś rudera z pokojami na godziny – dodał w tym czasie nieznajomy, robiąc kolejne kilka kroków w ich stronę.
– Abi – zacząłem tureckim zwrotem „bracie”, używanym względem starszych mężczyzn, jako oznaka szacunku – przepraszamy bardzo za to chwilowe uniesienie. To już się nie powtórzy – zapewniłem.
– A pewnie, że nie! – Ochroniarz nie dał się tak łatwo udobruchać. – Mieszkacie tu? To do pokoju! Nie mieszkacie? To won! – dodał ostro, dzielnie walcząc o dobrą opinię miejsca, w którym pracował.
Westchnąłem lekko, tęsknie zerkając na zdezorientowaną i zakłopotaną Basię. Mimo wątłego światła latarni byłem w stanie dostrzec, jak bardzo się zaczerwieniła. Dotknąłem dłonią jej ramienia, aby dodać jej otuchy, co tylko spotęgowało furię mężczyzny.
– Nie rozumiecie, jak się do was mówi? To wzywam policję i przed nimi się tłumaczcie!
– Nie ma potrzeby – zapewniłem – powiem jej tylko dobranoc i znikam. Może pan nam dać dosłownie minutę na pożegnanie?
Ku memu zaskoczeniu skinął głową, po czym taktownie oddalił się na kilkanaście metrów, bacznie obserwując nas z dystansu.
– Uwierz mi, zrobię wszystko, by jak najszybciej wydostać się z tego baru, tylko proszę: poczekaj na mnie!
Chciała rzucić mi się w ramiona, ale powstrzymałem ją. I tylko Bóg mógł zaświadczyć, ile wysiłku mnie to kosztowało. Niestety, nie mogłem ryzykować nowej utarczki z ochroniarzem ani rozstania bez powiedzenia „do zobaczenia”.
Spuściła wzrok, rozumiejąc, że na inne zakończenie wieczoru nie mamy szansy. Odeszła o krok, później drugi, jakby sama nie wiedziała, co powinna zrobić lub powiedzieć. Dopiero po chwili uniosła lekko głowę i spojrzała mi prosto w oczy.
– Uważaj na siebie – szepnęła ledwo słyszalnym głosem – i… miejmy nadzieję do zobaczenia wkrótce!
Nie zdążyłem jej nawet odpowiedzieć, ponieważ niemal biegiem ruszyła w kierunku wejścia do hotelu, zostawiając mnie samego na ulicy. Jakaś część mnie poczuła strach, strach, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.Anna
Poranna kawa w towarzystwie Alessandra od prawie dwóch lat stanowiła stały, niezmienny punkt programu w moim uporządkowanym i nieco nudnym schemacie dnia. Dlatego zasiadając w ulubionym fotelu, byłam pewna, że nikt przy zdrowych zmysłach, oczywiście bez racjonalnego powodu, nie ośmieliłby się zakłócać mi tej wyczekiwanej chwili spokoju. Kierując działaniami całej rodziny, musiałam znaleźć sposób, by zregenerować nie tylko siły, ale również zachować balans psychiczny.
Pojawienie się Stavrosa w drzwiach gabinetu mogło i z pewnością zwiastowało kłopoty, ja natomiast wstrzymałam oddech, zastanawiając się, jak poważne one będą. Wyraz twarzy nowo przybyłego utwierdził mnie w tym czarnowidztwie. Naznaczone już zmarszczkami, ale nadal przystojne oblicze zdradzało zdenerwowanie, co było niepodobne do Greka, który stanął przed nami. Mocno zaciśnięta szczęka oraz poważne spojrzenie wskazywały na to, że i jemu nie podoba się to, co zamierzał mi obwieścić.
Odstawiłam filiżankę z kawą na stolik.
– Mamy problem? – spytałam, chcąc jak najszybciej przejść do konkretów.
Lubiłam, gdy wszystko stawało się jasne od pierwszego momentu. Owijanie w przysłowiową bawełnę tylko niepotrzebnie mnie irytowało, a tego chciałam uniknąć za wszelką cenę.
– Mamy – przytaknął i ku memu zaskoczeniu na tym poprzestał.
Czekałam, aż rozwinie nieco to dosyć lakoniczne stwierdzenie, ale niestety się zawiodłam. Najwyraźniej zaufany współpracownik mojego świętej pamięci dziadka sam nie wiedział, w jaki sposób przekazać mi złe wieści i zwlekał, licząc na jakiś bliżej nieokreślony cud. Atmosfera panująca w pomieszczeniu powoli zaczęła się zagęszczać, jedynie potęgując niepokój chwili.
Alessandro, nieśpiesznie wodził wzrokiem między mną a moim podwładnym. Zupełnie jakbyśmy rozgrywali jakiś niewerbalny mecz tenisowy, na koniec zaś nerwowo kaszlnął, chcąc sprowokować któreś z nas do jakiejkolwiek reakcji.
– Powiesz mi w końcu, o co chodzi? Albo chociaż zdradzisz, co jest istotą problemu? – spytałam, nie mogąc znieść napięcia wypełniającego mój całkiem sporych rozmiarów gabinet.
– Basia – padło w odpowiedzi.
Owszem, byłam przyzwyczajona do tego, że Stavros nigdy nie był zbytnio wylewny, w tym właśnie zawierał się jego urok, ale jego milczkowatość zaczęła mnie irytować i to bardzo. Gdybym była bardziej nerwowa lub grała w jakimś serialu o mafii, to w tym momencie powinnam zacząć strzelać.
– Basia? – powtórzyłam za nim, po części nie wierząc w to, co słyszę, po części zastanawiając się, co to słodkie dziewczę mogło zdziałać, że wywołało tak nietypową reakcję u człowieka z reguły tak bardzo opanowanego, jak stojący przede mną Grek.
– Nie wiem dokładnie, co się stało – przyznał niechętnie, jakby wstydząc się, że nie udało mu się dotrzeć do istoty rzeczy – ale wróciła z tej Turcji bardzo wzburzona. Rozstawiała po kątach chłopaków, nakrzyczała na nową recepcjonistkę, po czym stwierdziła, że zabijanie niekiedy bywa sposobem na uwolnienie społeczeństwa od niebezpiecznych jednostek. Nie to jednak najbardziej mnie martwi. Obawiam się, że może zechcieć wcielić w życie te nowe, dosyć radykalne poglądy, ponieważ słyszałem, chociaż nadal mam nadzieję, że coś źle zrozumiałem, jak prosiła jednego z chłopaków, by w wolnym czasie zaczął ją uczyć, jak posługiwać się bronią. I nie mówię tu o jakimś żeńskim, małym pistoleciku, który zmieści się do wieczorowej torebki. Wymieniała Glocka, a także Uzi!
– Uzi? – powtórzył za nim były włoski policjant, będący aktualnie moim życiowym partnerem. – W co ta dziewczyna się wpakowała?
Słysząc to pytanie z jego ust, nerwowym gestem odgarnęłam z twarzy niesforny kosmyk złotobrązowych włosów, który cały czas opadał mi na prawy policzek, wywołując irytację. Przypomniałam sobie dzień, a raczej wieczór, kiedy poznałam płaczącą i całkowicie załamaną Basię. To wspomnienie było tak odległe, że zdawało się pochodzić z innego, minionego życia. Uśmiechnęłam się nawet na myśl o tym, jak bardzo zmieniła się moja podopieczna, jak lubiłam o niej myśleć. Z bardzo niepewnego siebie brzydkiego kaczątka na moich oczach wyrósł piękny łabędź, który nauczył się trudnych zasad prowadzenia interesów w zdominowanym przez męskich szowinistów świecie.
– Cokolwiek by to nie było, powinna wiedzieć, że zawsze może na nas liczyć. W końcu jest częścią rodziny, więc jeśli ktoś zadziera z nią, a ewidentnie z tego typu problemem mamy tu do czynienia, to tak, jakby wypowiadał wojnę nam. Nie ukrywam, boli mnie, że nie przyszła z tym prosto do mnie – przyznałam, czując nieprzyjemne uczucie zawodu ściskające okolice mojego serca.
– Kochanie, może po prostu nie chciała zawracać ci głowy jakąś drobnostką? – pocieszył mnie natychmiast Alessandro.
– Drobnostką? – powtórzyłam za nim, siląc się na resztki spokoju. – Mówimy o Basi, biegającej Bóg wie, gdzie i za kim z Uzi w ręku! To brzmi jak zapowiedź Trzeciej Wojny Światowej, a nie coś, co jest tylko możliwym do zignorowania szczegółem.
Mężczyzna siedzący w fotelu naprzeciwko mnie westchnął ciężko, po czym zerknął na taktownie milczącego w tym czasie Stavrosa. Panowie wciąż pałali do siebie antypatią, chociaż chwilowo straciła ona na intensywności w obliczu większego problemu. Starszy mężczyzna zdawał się bowiem zgadzać z wypowiedzianymi przeze mnie słowami.
– Znasz ją zdecydowanie lepiej. Jeśli uważasz, że nie jest to standardowe dla niej zachowanie, to oznacza, że czas spokoju, którym się rozkoszowaliśmy, właśnie dobiega końca – mruknął szczerze zmartwiony Alessandro. – Proszę tylko, żebyś na siebie uważała niezależnie od tego, co by się nie działo.
Z pewnością nadal miał w pamięci dni przepełnione strachem, gdy postrzelona przez mojego byłego męża walczyłam o odzyskanie przytomności, a później pełnej sprawności. Dobijał go też fakt, że zamiast mnie przed tym wszystkim ochronić, dał się zmanipulować i niczym młody szczupak połknął przynętę i został wywabiony w odpowiednim momencie z Sycylii.
Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że chociaż nie rozumiał zbytnio wyborów mojej asystentki, nie znał jej jako człowieka, a co gorsze wcale nie starał się zmienić tego stanu rzeczy, to mimo wszystko na swój sposób lubił tę młodą kobietę. Zresztą w naszej małej rodzinie nie było chyba nikogo, kto nie darzyłby sympatią tej wiecznie uśmiechniętej dziewczyny.
– Ona ma nadzwyczajny talent do pakowania się w kłopoty – podsumowałam bardziej do siebie, niż do niego – a ja jakimś cudem potem muszę ją z nich wyciągać.
Rozsiadłam się wygodniej, moszcząc sobie miejsce pomiędzy miękkimi poduszkami, i sięgnęłam po filiżankę z kawą. Nie chciałam mówić tego na głos, ale jakaś część mnie nawet się ucieszyła, że wreszcie coś się dzieje. Ta stagnacja i siedzenie w fotelu, niczym na tronie zbudowanego przez dziadka imperium zaczynała mnie już powoli nudzić.
– Co zatem powinniśmy zrobić w jej sprawie? – spytał Stavros, wypowiadając na głos pytanie dręczące całą naszą trójkę.
– Dajmy jej dzień lub dwa – zdecydowałam w nadziei, że przeczucia mnie nie mylą. – Albo sama rozwiąże ten tajemniczy problem, albo przyjdzie z nim do mnie. Znając ją, byłam pewna, że nie będzie długo trwać w zawieszeniu.
– Costas nie wie, czy może udzielić jej tych wskazówek – wtrącił Stavros, najwidoczniej nie do końca zadowolony z planu, które zaproponowałam.
– Niech wstrzyma się z tym do końca tygodnia, ale wymyśli na tyle dobrą wymówkę, by Basia w nią uwierzyła i cierpliwie czekała na pierwszą lekcję. Ostatnie czego nam trzeba to, żeby szukała innych, bardziej radykalnych rozwiązań kłopotów, w jakie prawdopodobnie umyślnie bądź też nie się wpakowała.
Obaj mężczyźni przytaknęli, zgadzając się z moim ostatnim stwierdzeniem. Jako że nie pozostało już nic do dodania, Stavros ukłonił się lekko, po czym nie siląc się na zbędne komentarze, ruszył w kierunku drzwi wyjściowych.Anna
Zamknęłam terminarz, symbolicznie kończąc na dziś swoją pracę, po czym przyjrzałam się uważnie swojej asystentce, a także innym osobom zgromadzonym w gabinecie. Wszyscy milczeli, czekając, aż pierwsza zabiorę głos.
W oczach dziewczyny mogłam dostrzec strach i niepewność, ale też nadzieję oraz wiarę w lepsze jutro. Oblicza mężczyzn natomiast zdradzały niecierpliwość przemieszaną z oczekiwaniem na nowiny.
– I jak? Czy twój Sedat wspominał o jakimś niecodziennym zdarzeniu w barze? – zagaiłam uprzejmie, chcąc poznać szczerą odpowiedź mojej podwładnej.
Dzieciak wynajęty dyskretnie przez Aseela za pomocą darkwebu poinformował mojego podwładnego o wykonaniu zleconego mu zadania. Teraz natomiast jak najszybciej chciałam dowiedzieć się, czy udało się nam osiągnąć oczekiwany efekt.
– Nie, raczej nie… – zawahała się przez moment, po czym uśmiechnęła bardzo szeroko, jakby nagle doznała olśnienia. – Ta ryba była od nas?
Gdyby nie mój wiek oraz pozycja, to pewnie w tym momencie wykonałabym popularny wśród młodzieży palmface. Alessandro i Stavros chyba również podzielali moją konsternację. Przyznam szczerze, że zabrakło mi słów, i nie miałam pojęcia, jak wytłumaczyć jej, co chcieliśmy tą wiadomością osiągnąć.
– Tak, ta ryba była od nas – potwierdził zniecierpliwiony przedłużającą się ciszą Grek – a teraz najbardziej interesuje nas, jaka była ich reakcja na wiadomość. Przestraszyli się? Dyskutowali, kto może im wysyłać ostrzeżenie? Gdybali, którego z nielegalnych interesów mogło ono dotyczyć?
Basia zmieszała się lekko, po czym czerwieniąc po korzonki swoich blond włosów, prawie niesłyszalnym głosem wyznała:
– Urządzili sobie grilla i zjedli ją na obiad. To znaczy, Arslan zjadł, z nikim się nie dzieląc – uściśliła na koniec.
– Cazzo – zaklął po włosku wyraźnie zniesmaczony taką reakcją Alessandro.
Cóż, nie mogłam mu się dziwić. Ten domorosły mafiozo, jak nazywała go Basia, zhańbił jeden z tradycyjnych symboli i kultywowanych przekazów włoskiej mafii, wykazując się ignorancją, graniczącą z jawną głupotą.
– Malaka – podsumował po grecku Stavros, dusząc się ze śmiechu.
Ten, jak widać, podszedł do całego zdarzenia z humorem, nie oczekując zbyt wiele po człowieku, dla którego takie finezyjne przesłania prawdopodobnie były zupełnie niezrozumiałe.
– Stavros wiesz, co masz robić?
Mężczyzna wywołany do odpowiedzi wyprostował się nieznacznie, po czym przestał się śmiać, zmuszając się do zachowania poważnego wyrazu twarzy.
– Rekonesans?
Skinęłam głową, bo to było jedyne rozsądne wyjście.
– Jeśli ten głupek jest tam głównym graczem, to czy likwidując go, zamierzasz przejąć kontrolę nad miastem? – włączył się do rozmowy mój mężczyzna, tonem swojego głosu zdradzając dręczące go obawy.
– Bez przesady – uspokoiłam go natychmiast. – Nie zamierzam bawić się w ustanawianie nowych stref wpływów, zależy mi na utrzymaniu obecnej równowagi. Będziemy działać po cichu i miejmy nadzieje, że na tyle szybko, by nikt nie odnotował naszej obecności. Znikniemy po tym, jak wyeliminujemy Arslana, a powstała w ten sposób próżnia sama się wypełni. Mnie nic do tego. Jak mawiamy w Polsce: „nie mój cyrk, nie moje małpy!”. Naszym celem jest jedynie pomoc Basi… Smarkacz zadarł nie z tą kobietą, co trzeba, i musi za to zapłacić – sprecyzowałam plany, aby w razie czego, nie powstały jakieś niedomówienia mogące prowadzić do błędnego zrozumienia moich rozkazów. – Owszem, pewnie kupimy jakąś knajpę albo hotel, ale to zawsze można ponownie spieniężyć po wykonaniu roboty.
– Jaki będzie nasz pierwszy krok? – spytał rzeczowo mój podwładny, od razu przechodząc do meritum sprawy.
Zastanowiłam się przez dłuższą chwilę, spoglądając w milczeniu na trójkę obecnych w gabinecie osób. Prawdopodobnie każde z nich miało odmienną wizję załatwienia problemu, ale to od mojego widzimisię zależało to, jak potoczą się sprawy. Analizowałam różne scenariusze, ale koniec końców zdecydowałam się na najbardziej rozsądny.
– Basiu – zwróciłam się do swojej asystentki – mam wrażenie, że ostatnio zbyt dużo pracujesz! Powinnaś popłynąć do Marmaris na tydzień i trochę odpocząć.
Młoda kobieta ochoczo kiwnęła głową, uśmiechając się przy tym lekko. Z całą pewnością moja decyzja przypadła jej do gustu, zyskiwała bowiem szansę na spędzenie nieco czasu ze swoim ukochanym.
– Stavros – wypowiedziałam imię prawej ręki mojego dziadka – to samo tyczy się ciebie!
– Ale… – starał się zaoponować, jednak skutecznie mu to uniemożliwiłam.
– Pakuj torbę i chcę cię widzieć razem z Basią na porannym promie do Turcji. Wynajmijcie sobie jakieś pokoje w przyzwoitym hotelu, najlepiej obok siebie, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Skinął głową, doskonale rozumiejąc moje polecenie. Poderwał się z miejsca, po czym żegnając się ze wszystkimi, ruszył w kierunku wyjścia. Moja asystentka również zrozumiała, że spotkanie dobiegło końca, dlatego poszła w ślady starszego Greka, zostawiając Alessandra i mnie samych.
– Wiesz, że chcesz rozpętać wojnę? – spytał mój mężczyzna, przyglądając mi się uważnie spod lekko przymrużonych powiek.
– Od razu wojnę! – oburzyłam się natychmiast. – To tylko odpowiedź na to, jak potraktowano Basię. Jaką rodziną byśmy się okazali, jeśli nie zadbamy o interesy jednego z nas?
Na to pytanie istniała tylko jedna prawidłowa odpowiedź i on, jako rodowity Sycylijczyk, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Praktycznie nie miałam wyjścia. Ktoś groził osobie z mojego najbliższego otoczenia, nawet jeśli nie zdawał sobie sprawy z powagi podejmowanych czynów, więc musiał za to zapłacić. Poza tym ostrzeżenie, jakie wystosowaliśmy, zostało potraktowane jako nic nieznaczący obiad, a nie dobra rada od życzliwego nieznajomego. A to już była przesada.
– Myślisz, że obecność Stavrosa wystarczy? Nie zrozum mnie źle, wiem, że on ma ogromne doświadczenie, ale na jego niekorzyść powoli zaczyna przemawiać wiek. Czy facet pod sześćdziesiątkę poradzi sobie z kilkoma silnymi dwudziestolatkami? Chciałbym z całą pewnością powiedzieć, że tak, ale nie jestem pewien…
Jego słowa dały mi do myślenia. Ja sama spoglądałam na starego przyjaciela, bo tak mogłam go określić, z perspektywy wspomnień z lat młodzieńczych. Był wysoki, przystojny, bardzo męski i silny. Świetnie sprawdzał się w sytuacjach krytycznych, doskonale potrafił wydobyć informacje od człowieka konkurencji, ale czy…
Zawahałam się, nie wiedząc, co powinnam zrobić. W końcu chodziło o bezpieczeństwo Basi, odpowiedzialnej za całą działalność związaną z „Panami do towarzystwa”, jak zwykłam była nazywać ten biznes. Z całą pewnością nie była tylko szeregową pracowniczką, stanowiła jeden z filarów tworzących rodzinę. Poza tym była moją przyjaciółką.
– Masz rację – niechętnie zgodziła się z jego słowami – trzeba będzie rozważyć tę kwestię i może zdecydować się na… Zresztą wszystko wyjdzie w praniu. Na razie Stavros musi jedynie zebrać dla nas kilka informacji, zasłyszanych plotek i czuwać nad tym, by żaden małolat nie pokusił się o podniesienie ręki na Basię.
– Mogę coś doradzić?
– Jasne, wiesz, że cenię sobie twoje zdanie – odpowiedziałam, starając się ukryć zdziwienie faktem, jak bardzo mój mężczyzna przejął się całą tą sprawą.
– Podrzucając tę nieszczęsną rybę, Aseel udowodnił, że ma tam dojścia do ludzi, którzy zrobią wiele za odpowiednią opłatą. Może niech załatwi kogoś, najlepiej lokalsa, by w razie potrzeby wkroczył i zaczął czuwać nad naszymi odpoczywającymi od jutra w Marmaris przyjaciółmi?
– Może faktycznie tak właśnie trzeba zrobić – przyznałam na głos, cały czas rozważając słuszność tego pomysłu. – Lepiej mieć plan awaryjny i z niego nie skorzystać, niż w razie potrzeby szukać byle kogo. Zaraz zadzwonię w tej sprawie do Akaby.
Ta z pozoru prosta sprawa zaczynała nabierać coraz okazalszych kształtów, wymagając zaangażowania poważniejszych zasobów, niż pierwotnie zakładałam. Ale skoro zaoferowałam pomoc, to nie mogłam, zresztą też nie chciałam się z niej teraz wycofać.