Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Silniejsza od mafii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 sierpnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
42,90 zł
Audiobook
42,90 zł
42,90
4290 pkt
punktów Virtualo

Silniejsza od mafii - ebook

Basia Trzyńska zostawiła dawne życie za sobą. Dzięki Annie Archiallis odzyskała nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale nauczyła się, jak funkcjonować w świecie mafii. Na Rodos odnalazła swój rytm i ludzi, którzy choć niebezpieczni, zawsze gotowi są stanąć po jej stronie.

Podczas wyjazdu do tureckiego Marmaris wszystko jednak wymknęło się spod kontroli. Basia poznała Sedata, mężczyznę, który nie przypomina nikogo, kogo spotkała wcześniej. Nie uwodzi pustymi obietnicami, nie próbuje jej zdobywać za wszelką cenę. Między nimi rodzi się uczucie ciche, magnetyczne i od początku skazane na niebezpieczeństwo.

Sedat nie jest wolnym człowiekiem. Każdy jego krok należy do Arslana Özdoğana – lokalnego mafiosa, który lojalność kupuje pieniędzmi, a ludzi traktuje jak swoją własność. Każde spotkanie z Basią jest dla Sedata aktem buntu, a dla Arslana – wypowiedzeniem wojny.

Gdy sieć zależności zaczyna się zaciskać, Anna po raz kolejny musi wkroczyć do gry. Chłodna, bezwzględnie skuteczna i zawsze o kilka ruchów przed przeciwnikami zrobi wszystko, by ochronić swoich ludzi. Tym razem jednak stawką nie są wyłącznie pieniądze ani wpływy, lecz życie tych, którzy stali się dla niej rodziną.

W świecie, gdzie lojalność ma swoją cenę, a zdrada oznacza wyrok, jedno uczucie może rozpętać wojnę. „Silniejsza od mafii” to kontynuacja powieści „Mafijne rozgrywki”, opowiadająca o kobietach, które odważyły się przeciwstawić ludziom przekonanym, że mogą kontrolować wszystko i wszystkich.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181536058
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ba­sia

Ostrze spo­czy­wa­jące na gar­dle uko­cha­nego męż­czy­zny wy­glą­dało na nie­zwy­kle ostre. Lśniło zło­wiesz­czo w świe­tle ba­ro­wych lamp i tylko na nim po­tra­fi­łam się te­raz sku­pić. Moje bez­pie­czeń­stwo ze­szło na drugi plan. Cho­ciaż nie, to nie było do­kład­nie tak. Po pro­stu w gło­wie sza­lało mi tor­nado zro­dzone z mi­liona my­śli oraz po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych sce­na­riu­szy moż­li­wej eska­la­cji pro­blemu. Ner­wowo prze­łknę­łam ślinę, nie bar­dzo wie­dząc, co po­win­nam te­raz zro­bić, po­nie­waż sy­tu­acja wy­glą­dała na nieco ab­sur­dalną. Gro­ził nam nie do końca wy­ro­śnięty smar­kacz, który sam w so­bie nie sta­no­wił tak na­prawdę żad­nego za­gro­że­nia. Nie­stety, miał po swo­jej stro­nie ban­dzio­rów opła­ca­nych przez szem­ra­nego ta­tu­sia, a jak wia­domo, w pew­nych krę­gach pie­nią­dze by­wają bo­giem.

Od za­wsze szybko pod­da­wa­łam się skraj­nym emo­cjom, cho­ciaż zwy­kle po­tra­fi­łam nad tym pa­no­wać. Te­raz jed­nak nie mia­łam po­ję­cia, czy prze­wa­żyć po­wi­nien strach o męż­czy­znę, czy też nie­po­skro­miona fu­ria, która po­woli po­zba­wiała mnie resz­tek umie­jęt­no­ści ra­cjo­nal­nego my­śle­nia. To wła­śnie złość ka­zała mi roz­wa­lić cały ten bar w drobny pył, nie li­cząc się z żad­nymi kon­se­kwen­cjami.

Wzię­łam głę­boki, spo­kojny od­dech, li­cząc przy tym do dzie­się­ciu. Na­pa­wa­łam się ży­cio­daj­nym tle­nem roz­cho­dzą­cym się po ca­łym ciele i przy­no­szą­cym chwi­lową ulgę.

– Chcesz mnie po­bić smar­ka­czu? – spy­ta­łam w końcu dzie­ciaka, któ­remu wąs le­d­wie syp­nął się nie­po­zor­nym mesz­kiem pod no­sem – Pro­szę bar­dzo! Są­dzisz, że bi­jąc ko­bietę, za­ro­bisz ja­kiś su­per punkty w kon­kur­sie na „ma­czo mie­siąca”?

– Ty kurwo – pa­dło w od­po­wie­dzi. – My­ślisz, że się cie­bie boję? Je­steś ni­kim! Ni­kim! Ro­zu­miesz? – Głos z pew­no­ścią miał brzmieć groź­nie i mę­sko, ale chło­pak prze­cho­dził do­piero mu­ta­cję, więc koń­cówka tej ty­rady za­brzmiała jak wy­cią­gnięty pisk ope­ro­wej pri­ma­donny.

– Nie my­ślę – od­po­wie­dzia­łam hardo, cały czas spo­glą­da­jąc na pod­rzęd­nego ban­dziora trzy­ma­ją­cego nóż na gar­dle Se­data. – Ja to wiem. Pew­nego pięk­nego dnia, i to wkrótce, bę­dziesz mnie bła­gał o prze­ba­cze­nie i od­szcze­kasz każdą znie­wagę, ja­kiej się wzglę­dem mnie do­pu­ści­łeś.

Od­po­wie­dział mi śmiech. Tro­chę taki prze­sa­dzony, nieco wy­mu­szony, a po czę­ści rów­nież na­dal dzie­cięcy. Nie znie­chę­ciło mnie to, wręcz prze­ciw­nie, spo­tę­go­wało tylko nie­na­wiść ro­dzącą się wła­śnie w sercu.

– Te­raz odejdę… – za­czę­łam lek­kim to­nem, bo nie mia­łam ochoty do­pro­wa­dzać do dal­szego na­si­le­nia bez­sen­sow­nego kon­fliktu, który nie po­wi­nien w ogóle mieć dziś miej­sca.

– I ni­gdy tu nie wra­caj suko – prze­rwał moją wy­po­wiedź młody chło­pak, syn wła­ści­ciela, wy­da­jący roz­kazy bez­myśl­nym ma­rio­net­kom bę­dą­cym pod­wład­nymi jego ojca.

Nie ode­zwa­łam się już. Po pro­stu uśmiech­nę­łam się lekko, ale w tym uśmie­chu nie było nic sym­pa­tycz­nego. Dawno temu po­dej­rza­łam tę sztuczkę u swo­jej pra­co­daw­czyni Anny i świet­nie zda­wa­łam so­bie sprawę, że po­mimo swo­jej nie­po­zor­no­ści po­tra­fiła zdzia­łać cuda. Lekki ruch ką­ci­ków usta zwia­sto­wał bo­wiem kło­poty, które za­mie­rza­łam do­piero spra­wić.

– Jak so­bie ży­czysz dzie­ciaku – rzu­ci­łam za­czep­nie, spe­cjal­nie pod­kre­śla­jąc, kim dla mnie jest ma­jący się za Bóg wie kogo smar­kacz. – Po­jawi się tu ktoś inny, a wtedy módl się, by był ła­skaw­szy niż ja.

Spoj­rza­łam ostatni raz na Se­data – męż­czy­znę, któ­remu nieco wbrew so­bie od­da­łam serce, po czym lek­kim kro­kiem, wcale się nie śpie­sząc, opu­ści­łam bar, w któ­rym by­łam czę­stym go­ściem w prze­ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy. Wciąż nie mo­głam uwie­rzyć, że jedno nie­po­zorne spoj­rze­nie, rzu­cone bez­wied­nie, mo­gło do­pro­wa­dzić do otwar­tego kon­fliktu. Cóż, je­śli tak miało być, to nie za­mie­rza­łam się cof­nąć przed ni­czym.

We­zmę przy­kład z Anny: po­ko­nam swo­ich wro­gów, cho­ciażby i w otwar­tej woj­nie. I tak jak Anna nie po­zwolę, by coś lub ktoś sta­nął na dro­dze do mo­jego za­słu­żo­nego szczę­ścia. Nie te­raz, kiedy zna­la­złam part­nera, z któ­rym mo­głam cie­szyć się ży­ciem oraz zwy­kłą co­dzien­no­ścią.

Do­piero po przej­ściu ja­kichś stu me­trów, po­zwo­li­łam so­bie na oka­za­nie emo­cji. Pa­nika w jed­nej chwili prze­jęła kon­trolę nad moim cia­łem i umy­słem. Za­czę­łam ner­wowo od­dy­chać, ła­piąc każdy ko­lejny urwany od­dech. Kilka łez zło­ści prze­mie­sza­nej z bez­sil­no­ścią spły­nęło po moim po­liczku. Po­li­czy­łam do dwu­dzie­stu i po­sta­no­wi­łam wziąć się w garść. Anna na pewno nie oka­za­łaby ta­kiej sła­bo­ści, więc i ja nie po­win­nam.

Kro­cząc nad­mor­ską pro­me­nadą, oświe­tloną je­dy­nie wą­tłym świa­tłem ulicz­nych la­tarni za­sta­na­wia­łam się, co po­win­nam zro­bić. Sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam, nie na­le­żała w końcu do naj­lep­szych, ale prze­cież po­nad dwa lata temu wy­brnę­łam ze znacz­nie po­waż­niej­szych kło­po­tów. Nie każda ko­bieta da­jąca się na­cią­gnąć na duże pie­nią­dze oszu­stowi ma­try­mo­nial­nemu miała szansę na ze­mstę na swoim oprawcy. I to taką, która od­biła się na ca­łym jego ży­ciu. Ja tego do­ko­na­łam, no do­brze, zro­biła to za mnie nie­oce­niona Anna, ale po­tem i ja do­ło­ży­łam do tego nie jedną, a kil­ka­dzie­siąt ce­gie­łek.

Dzięki swo­jej sze­fo­wej udało mi się od­bu­do­wać wiarę w sie­bie i zy­skać pracę, któ­rej dziś, za żadne skarby, nie za­mie­ni­ła­bym na inną. Ow­szem, z bie­giem czasu sta­nę­łam na czele ar­mii pa­nów do to­wa­rzy­stwa dla bo­ga­tych dam, przej­mu­jąc obo­wiązki za­ło­ży­cielki ca­łego tego biz­nesu, ale też by­łam nie­mal pewna, że za­si­li­łam sze­regi cze­goś więk­szego, nie­bez­piecz­niej­szego. Zo­sta­łam za­ufaną asy­stentką sze­fo­wej Ma­fii i to ta­kiej pi­sa­nej przez duże “M”. A przy­naj­mniej tak lu­bi­łam to so­bie wy­obra­żać. Jak bo­wiem ina­czej mo­gła­bym wy­tłu­ma­czyć na­głą prze­pro­wadzkę do Gre­cji, strze­la­ninę na Sy­cy­lii i wszystko to, co działo się tuż po niej? Za­ta­pia­jąc się we wspo­mnie­niach na je­den, krótki mo­ment za­po­mnia­łam o te­raź­niej­szo­ści i ak­tu­al­nie gnę­bią­cym mnie pro­ble­mie.

Bez­wied­nie przy­sia­dłam na krze­sełku mi­ja­nej wła­śnie, a o tej po­rze nie­czyn­nej już re­stau­ra­cji i ro­zej­rza­łam się w koło. Mar­ma­ris zda­wało się po­grą­żone we śnie. Nic dziw­nego, do­cho­dziła trze­cia w nocy. Tylko gdzie­nie­gdzie można było do­strzec po­je­dyn­cze osoby lub nie­wiel­kie grupki tu­ry­stów po­wra­ca­ją­cych do swo­ich ho­teli. Po­win­nam pójść w ich ślady, w końcu o po­ranku mu­sia­łam do­stać się na prom pły­nący na grecką wy­spę Ro­dos. Nie mia­łam jed­nak na to ochoty. Ad­re­na­lina na­dal krą­żyła szybko w moim krwio­biegu, nie po­zwa­la­jąc na ochło­nię­cie. Mu­sia­łam zre­du­ko­wać jej po­ziom, by móc za­znać odro­biny od­po­czynku.

Na­gle po­de­rwa­łam się z miej­sca, my­śląc o Se­da­cie. Po­zna­łam go nie­mal sześć mie­sięcy temu, kiedy spon­ta­nicz­nie przy­pły­nę­łam do Mar­ma­ris na kil­ku­dniowe wa­ka­cje. Spa­ce­ru­jąc nad­mor­ską pro­me­nadą, za­trzy­ma­łam się w jed­nym z ba­rów i wła­śnie wtedy go zo­ba­czy­łam. Wy­soki, po­sturą przy­po­mi­na­jący groź­nego niedź­wie­dzia. Miał krót­kie czarne włosy i gę­stą brodę, dzięki któ­rej wy­glą­dał ni­czym wi­king. Wi­king, który na­gle zna­lazł się wbrew so­bie w XXI wieku. Jego piwne oczy zdra­dzały nad­prze­ciętną in­te­li­gen­cję, a jego uśmiech był w sta­nie sto­pić nie­jedno skute lo­dem serce. Skąd o tym wie­dzia­łam? Wła­śnie to uczy­nił z moim mię­śniem pom­pu­ją­cym krew.

Od razu zo­rien­to­wa­łam się, że był tam kimś waż­nym. Nie ser­wo­wał na­po­jów klien­tom, a je­dy­nie stał przy ka­sie, wy­da­jąc po­le­ce­nia, i cały czas zer­kał na mnie, gdy my­ślał, że tego nie wi­dzę.

Nie, nie po­zna­li­śmy się w trak­cie tam­tego urlopu. Na­sza in­te­rak­cja ogra­ni­czała się do stan­dar­do­wych po­wi­tań, kilku grzecz­no­ścio­wych zdań wy­mie­nia­nych pod­czas re­gu­lo­wa­nia ra­chunku oraz rzu­ca­nych ukrad­kiem spoj­rzeń.

Aby za­mie­nić z nim kilka pry­wat­nych słów, jesz­cze trzy razy przy­pły­nę­łam do Mar­ma­ris. Cza­sami po­ja­wia­łam się rano, wra­ca­jąc do Gre­cji po po­łu­dniu, in­nym ra­zem zo­sta­wa­łam na dzień lub dwa. Tak na­prawdę po­łą­czył nas zu­pełny przy­pa­dek. Wpa­dli­śmy na sie­bie w jed­nym ze skle­pów w cen­trum. Przy­wi­tał się, dla pew­no­ści przy­po­mi­na­jąc mi, skąd się „znamy”, a po­tem nie­śmiało za­py­tał, czy nie na­pi­ła­bym się z nim her­baty w po­bli­skiej ka­wia­rence przy pie­karni. Do dziś pa­mię­tam, jak sze­roko się uśmiech­nął, gdy przy­sta­łam na jego pro­po­zy­cję.

Se­dat ujął mnie swoją nie­śmia­ło­ścią oraz tym, że w miej­scu pracy za­cho­wy­wał się bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie w od­róż­nie­niu od wszyst­kich in­nych męż­czyzn, któ­rzy po­cząt­kowo pró­bo­wali mnie pod­ry­wać. Bio­rąc pod uwagę moje prze­szłe do­świad­cze­nia, to wła­śnie tym peł­nym sza­cunku dy­stan­sem naj­bar­dziej zy­skał w mo­ich oczach, za­pew­nia­jąc so­bie co­raz więk­sze uzna­nie. Na końcu zaś nie­po­strze­że­nie skradł moje serce. I wła­śnie z tego po­wodu nie mo­głam te­raz tak po pro­stu odejść, tra­cąc do­brego męż­czy­znę. Dru­giego ta­kiego pew­nie nie uda­łoby mi się zna­leźć.Se­dat

Ode­tchną­łem głę­boko do­piero wtedy, gdy Em­rah zdjął nóż z mo­jego gar­dła. Nie mo­głem uwie­rzyć w to, że ktoś, kogo uwa­ża­łem za do­brego zna­jo­mego, w oka­mgnie­niu mógł ob­ró­cić się prze­ciwko mnie. I to na czyje po­le­ce­nie? Dzie­ciaka, któ­remu z re­guły wie­czo­rami udzie­la­łem ko­re­pe­ty­cji z ma­te­ma­tyki.

Od­kąd za­czą­łem pra­co­wać w tym ba­rze pięć lat temu, zda­wa­łem so­bie sprawę, że dzia­łam na po­le­ce­nie lu­dzi wpły­wo­wych, ale też po­cho­dzą­cych z ni­zin spo­łecz­nych. Obce im było ele­ganc­kie czy wy­szu­kane słow­nic­two, do­bre ma­niery lub cho­ciażby pod­sta­wowe za­sady funk­cjo­no­wa­nia w spo­łe­czeń­stwie. Jed­nak to, co wła­śnie się wy­da­rzyło, prze­ro­sło moje naj­śmiel­sze wy­obra­że­nie o ich bez­myśl­no­ści oraz cham­stwie.

Tak bar­dzo cie­szy­łem się, że Basi udało się wy­rwać na jedną noc z Ro­dos. Zwłasz­cza że to była ta noc, pod­czas któ­rej wresz­cie mia­łem po­znać ta­jem­nice jej ciała. Pla­no­wa­łem roz­ko­szo­wać się sek­sem, by póź­niej za­snąć, trzy­ma­jąc ją w ra­mio­nach. Nie­stety po raz ko­lejny wy­da­rzyło się coś, co spra­wiło, że moja mę­skość mu­siała obejść się sma­kiem. Wes­tchną­łem ciężko, opa­da­jąc na je­den z ba­ro­wych fo­teli.

Czu­łem strach, bez­sil­ność, ale też obawy o to, co przy­nie­sie przy­szłość. Gdyby cho­dziło tylko o moje ży­cie, to nie wa­hał­bym się na­wet przez se­kundę. Usta­wił­bym tego ma­ło­lata do pionu i nie po­zwo­lił­bym mu od­zy­wać się w ten spo­sób do Basi. Nie­stety, mu­sia­łem my­śleć o młod­szym bra­cie, który miał tylko mnie. Po tra­gicz­nej śmierci na­szych ro­dzi­ców sta­łem się jego praw­nym opie­ku­nem oraz je­dyną szansą na do­bre ży­cie. Nie mia­łem prawa ich roz­cza­ro­wać, za­wsze po­wta­rzali mi, że nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści mu­szę opie­ko­wać się Mu­ra­tem.

Nie chcia­łem też za­wieść sie­bie oraz osoby, która w tak krót­kim cza­sie stała się dla mnie nie­zwy­kle ważna. Do tej pory nie wie­rzy­łem, że można ko­goś po­ko­chać za piękne serce, więc los prze­wrot­nie spra­wił, że tak wła­śnie się stało. No do­brze, przed sobą mogę się przy­znać rów­nież do tego, że jej ciało i krą­głe kształty dzia­łały na mnie od chwili, kiedy pierw­szy raz po­ja­wiła się w ba­rze. Wpły­wała na moje zmy­sły do tego stop­nia, że mó­wiąc jej zwy­kłe „dzień do­bry”, fan­ta­zjo­wa­łem o tym, jak przy­szpi­lam ją do ściany i ca­łuję głę­boko, by za­fun­do­wać za­równo so­bie, jak i jej fan­ta­styczne po­po­łu­dnie. Nie zna­łem wtedy na­wet jej imie­nia, a wy­obra­ża­łem so­bie, jak wpa­truje się we mnie tymi pięk­nymi oczami w mo­men­cie prze­ży­wa­nia eks­tazy.

Ro­zej­rza­łem się wkoło, lekko zdez­o­rien­to­wany. Na­dal pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć, co tak wła­ści­wie się stało i dla­czego ten na­rwany dzie­ciak wy­wo­łał całą tę awan­turę. Prze­cież Ba­sia sie­działa tak jak zwy­kle przy ba­rze, in­te­re­su­jąc się mną bar­dziej niż czym­kol­wiek in­nym. Cały czas czu­łem na so­bie jej spoj­rze­nie, jej za­chwyt, może na­wet kieł­ku­jącą w jej sercu mi­łość.

Może, ale tylko może raz czy dwa prze­su­nęła wzro­kiem po syl­we­tce cią­gle krę­cą­cego się wo­kół mnie Meh­meta. Zresztą trudno by było nie za­uwa­żyć dzie­ciaka, który za zgodą ojca do­wo­dził ca­łym tym bur­de­lem na kół­kach, po­zwa­la­jąc so­bie na wię­cej niż nie­je­den star­szy od niego chło­pak. I to wła­śnie on na­gle, zu­peł­nie bez przy­czyny urzą­dził awan­turę o to, że moja ko­bieta pa­trzy na niego z nie­na­wi­ścią, i ka­zał jej wy­pier­da­lać, bo ina­czej ją za­bije. Oczy­wi­ście na­tych­miast sko­czy­łem, aby prze­rwać tę ab­sur­dalną sprzeczkę, ale wtedy Em­rah przy­sta­wił mi nóż do gar­dła, czy­niąc ab­so­lut­nie bez­sil­nym.

Bez­wied­nie zer­k­ną­łem na sprawcę dzi­siej­szych pro­ble­mów, a ten jakby na­tych­miast to wy­czuł, po­nie­waż po­pa­trzył na mnie. W jego spoj­rze­niu chyba po raz pierw­szy do­strze­głem po­gardę.

– Pa­mię­taj! Nie pod­ska­kuj mi, bo ina­czej tata zaj­mie się tobą albo tym twoim wy­chu­cha­nym bra­cisz­kiem! – za­gro­ził dzie­ciak, wy­cho­dząc z baru – A te­raz ogar­nij wszystko i za­mknij, w końcu masz klu­cze!

Czu­łem, jak opa­no­wuje mnie fu­ria. Nie­stety, wie­dzia­łem, że nie mogę nic zro­bić. Mu­sia­łem prze­łknąć tę gorzką pi­gułkę za­ser­wo­waną mi przez los, je­śli chcia­łem za­cho­wać ży­cie. Ale tylko te­raz… Od ju­tra za­cznę my­śleć, jak wy­plą­tać się z tej sieci za­leż­no­ści i raz na za­wsze za­koń­czyć pracę dla tych lu­dzi.

#

Za­mkną­łem bar, tak jak ka­zał mi syn wła­ści­ciela, i po­sze­dłem do służ­bo­wego miesz­ka­nia, które dzie­li­łem z młod­szym bra­tem. Na ty­łach bu­dynku znaj­do­wały się drzwi pro­wa­dzące na strych. Przy­sta­ną­łem w nich, uświa­da­mia­jąc so­bie, jak wiele w moim ży­ciu się zmie­niło.

Lo­kum nad ba­rem oraz dnie prze­peł­nione pracą i opieką nad Mu­ra­tem prze­stały mi wy­star­czać. Moja du­sza pra­gnęła cze­goś in­nego, cze­goś więk­szego, cze­goś do­sko­nal­szego. Chcia­łem, aby Ba­sia stała się czę­ścią mo­jej co­dzien­no­ści. Chcia­łem stwo­rzyć z nią wszech­świat, w któ­rym bę­dzie miej­sce dla nas i na­szego szczę­ścia. Nie­stety, aby tego do­ko­nać, będę mu­siał sto­czyć wiele cięż­kich i dłu­gich bi­tew. By­łem jed­nak na to go­towy.

Wcho­dząc po scho­dach, przy­sta­wa­łem co mo­ment, za­sta­na­wia­jąc się, od czego za­cząć. Gdy do­tar­łem na górę, wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem za­dzwo­nić do mo­jej uko­cha­nej. Mu­sia­łem upew­nić się, że bez­piecz­nie do­tarła do ho­telu. Do­piero po­tem za­cznę opra­co­wy­wać pre­cy­zyjny plan wpro­wa­dze­nia zmian w swoim ży­ciu.

– Ba­siu, skar­bie – ode­zwa­łem się, gdy tylko ode­brała. – Czy wszystko w po­rządku?

– Co to było? – usły­sza­łem w od­po­wie­dzi.

– Nie wiem, nie mam po­ję­cia. Ni­gdy do­tąd ten roz­piesz­czony dzie­ciak tak się nie za­cho­wy­wał. Ow­szem so­dówka ude­rzyła mu nieco do głowy, gdy oj­ciec prze­ka­zał mu wła­dzę nad ba­rem, ale to… Sam nic nie ro­zu­miem!

– A ten nóż? Co to? Ja­kiś do­mo­ro­sły gang no­żow­ni­ków? – spy­tała, a w jej to­nie mo­głem usły­szeć re­alny strach.

– Wiesz… – przez chwilę wa­ha­łem się, czy wy­znać jej prawdę, ale zro­zu­mia­łem, że z całą pew­no­ścią na nią za­słu­guje – nóż, pi­sto­let czy kij bejs­bo­lowy, dla nich to bez róż­nicy. Wszel­kie pro­blemy, które po­ja­wiają się na ich dro­dze, za­ła­twiają siłą. W ich ro­zu­mie­niu to je­dyny słuszny ar­gu­ment.

Wes­tchnęła prze­cią­gle, ale ja po­czu­łem, że ją tracę. Nie mo­głem na to po­zwo­lić, nie te­raz, kiedy wresz­cie od­na­la­złem szczę­ście u jej boku i zda­wa­łem so­bie sprawę, że po­wi­nie­nem zmie­nić to i owo.

– Odejdź z tego baru, bła­gam – szep­nęła, a ból w jej gło­sie spra­wił, że po­czu­łem go nie­mal fi­zycz­nie.

Gdyby to wszystko było ta­kie pro­ste… Nie­stety nie było!

– Askım – na­zwa­łem ją piesz­czo­tli­wie tu­rec­kim zwro­tem, ozna­cza­ją­cym „moja mi­ło­ści” – ty nie ro­zu­miesz! Ja nie mogę tak po pro­stu opu­ścić tego miej­sca i tych lu­dzi. To nie jest tak kul­tu­ralne to­wa­rzy­stwo, do ja­kiego przy­wy­kłaś. Da­leko im do kółka wza­jem­nej ad­o­ra­cji stwo­rzo­nego z ele­ganc­kich oraz wy­kształ­co­nych wła­ści­cieli pię­cio­gwiazd­ko­wych ku­ror­tów w Gre­cji. Wiem i wi­dzia­łem zbyt wiele rze­czy; rze­czy, które ni­gdy nie po­winny wy­pły­nąć na świa­tło dzienne.

– Czy ty twier­dzisz, że ci lu­dzie to ma­fia?

Nie są­dzi­łem, że za­pyta wprost. Cho­lera! I co ja mo­głem jej na to od­po­wie­dzieć? Tak? Prze­cież, na­wet je­śli to po­twier­dzę, to z pew­no­ścią nie zro­zu­mie po­wagi sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­la­złem. Po pro­stu prze­stra­szy się i już ni­gdy jej nie zo­ba­czę. Nie? Wtedy będę mi­jał się z prawdą tak bar­dzo, że za­ha­czę o kłam­stwo, a tego ro­bić z całą pew­no­ścią nie chcia­łem.

– Ma­fia to chyba jed­nak zbyt duże słowo – za­czą­łem dy­plo­ma­tycz­nie, pró­bu­jąc oględ­nie ująć to, czym była struk­tura pod­wład­nych Ar­slana. – Ow­szem, zda­rza mu się zło­żyć ko­muś pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia, cza­sami wy­mu­sić ja­kieś dzia­ła­nie si­łowo bądź sku­tecz­nie uci­szyć nie­wy­god­nego dla sie­bie czło­wieka, ale nie ma pod­staw, by po­rów­ny­wać go do bos­sów z hol­ly­wo­odz­kich fil­mów. Nie ma do tego ani pre­dys­po­zy­cji, ani apa­ry­cji.

– To, co opi­su­jesz, brzmi jak ty­powe dzia­ła­nia ma­fii. – Ba­sia upar­cie ob­sta­wała przy uży­wa­niu aku­rat tego okre­śle­nia, do­da­jąc ca­łej sy­tu­acji więk­szego dra­ma­ty­zmu.

– Je­śli na­wet, to tylko na małą skalę.

Wsłu­chu­jąc się w jej spo­wal­nia­jący od­dech, do­sze­dłem do wnio­sku, że chyba udało mi się nieco ją uspo­koić. Po ci­chu na­wet za­czą­łem gra­tu­lo­wać so­bie suk­cesu, gdy prze­rwał mi jej przy­tłu­miony głos.

– Czy w Mar­ma­ris jest ktoś sil­niej­szy od niego, przed kim mu­siałby czuć re­spekt?

Cho­lera! Znowu nie­wy­godne py­ta­nie, a od­po­wiedź na nie z pew­no­ścią nie przy­pad­nie jej do gu­stu. Zresztą jak tak te­raz my­śla­łem o tym wszyst­kim, co wi­dzia­łem i sły­sza­łem, to za­czą­łem do­cho­dzić do wnio­sku, że od­po­wie­dzi na jej py­ta­nia nie po­do­bają się rów­nież mnie. Nie o ta­kim ży­ciu ma­rzy­łem, koń­cząc stu­dia.

– Ra­czej nie… – od­rze­kłem szcze­rze, pro­sząc Boga o to, aby nie drą­żyła da­lej.

– A je­śli po­jadę, dajmy na to sto ki­lo­me­trów da­lej, to czy tam twój szef na­dal bę­dzie szy­chą?

Uff, na to py­ta­nie od­po­wiedź była pro­sta i czu­łem, że z pew­no­ścią przy­pad­nie jej do gu­stu!

– Zde­cy­do­wa­nie nie.

Ci­sza. To za­ska­ku­jące, ile emo­cji kryje się w chwili, gdy ża­den dźwięk nie jest w sta­nie pod­po­wie­dzieć, ja­kie pro­cesy my­ślowe za­cho­dzą w gło­wie two­jego roz­mówcy. A prze­cież może tam dziać się do­słow­nie wszystko, od po­go­dze­nia się z fak­tami, po chęć za­koń­cze­nia kło­po­tli­wej i tylko z po­zoru źle ro­ku­ją­cej re­la­cji.

– Co za­mie­rzasz te­raz zro­bić? – pa­dło py­ta­nie, które na­dal po­zo­sta­wiało zbyt sze­ro­kie spek­trum moż­li­wo­ści in­ter­pre­ta­cyj­nych.

Ba­łem się, czy będę w sta­nie udzie­lić na nie ocze­ki­wa­nej od­po­wie­dzi.

– Nie chce cię stra­cić, to na pewno – wy­zna­łem szcze­rze w na­dziei, że po­trak­tuje moje słowa se­rio. – Po­sta­ram się stam­tąd odejść, ale nie wiem, ile to po­trwa. Może mie­siąc, a może rok…

– A może nie uda ci się tego zro­bić ni­gdy – we­szła mi w słowo, do­syć smut­nym to­nem. – Wiesz, oglą­da­łam Ojca chrzest­nego, Ro­dzinę So­prano i kilka in­nych pro­duk­cji na te­mat ma­fii – do­dała, si­ląc się na do­syć czarny hu­mor.

– Ba­siu…

Na­wet nie wie­dzia­łem, czy mam prawo bła­gać ją o co­kol­wiek, zresztą, o co w ta­kiej sy­tu­acji po­wi­nie­nem pro­sić? Zda­wa­łem so­bie sprawę, że je­ste­śmy na sa­mym po­czątku wspól­nej drogi, a ona miała pełne prawo wy­co­fać się w ob­li­czu tego, co wy­da­rzyło się dziś wie­czo­rem w ba­rze.

– Zrób, co mo­żesz, aby się stam­tąd uwol­nić – po­pro­siła ci­chym, nie­mal nie­sły­szal­nym to­nem. – Ode­zwę się za kilka dni, kiedy prze­my­ślę so­bie to i owo.

– Nie spo­tkamy się dziś w nocy? – spy­ta­łem jak ostatni idiota, wie­dząc, że mi­nęła czwarta nad ra­nem, a ona o ósmej musi być w por­cie.

Jed­nego by­łem pe­wien – czu­łem, że mu­szę ją zo­ba­czyć, cho­ciażby na se­kundę. Przy­tu­lić, po­ca­ło­wać, za­pew­nić, że wszystko bę­dzie do­brze!

– A czy ma to sens? – wes­tchnęła zmę­czo­nym to­nem, ale wy­czu­łem w nim po­je­dyn­czą nutkę na­dziei.

– Za dzie­sięć mi­nut będę pod twoim ho­te­lem – obie­ca­łem, ma­jąc na­dzieję, że uda mi się zła­pać tak­sówkę o tej skan­da­licz­nej po­rze. – Zdaje so­bie sprawę, że je­steś wy­cień­czona, ale chcę po­czuć cię w swo­ich ra­mio­nach, uca­ło­wać twoje usta i po­czuć za­pach two­jej skóry. Nie mam prze­cież po­ję­cia, kiedy na­stęp­nym ra­zem będę mieć szansę zro­bić to po­now­nie. Nie­chaj więc moja tę­sk­nota za tobą karmi się tymi ską­pymi wspo­mnie­niami.

– Będę cze­kać przed re­cep­cją – za­pew­niła, po czym prze­rwała po­łą­cze­nie.

Na­dzieja na nowo wstą­piła w moje serce. Zbie­ga­jąc po scho­dach, obie­ca­łem so­bie, że zro­bię wszystko, by jej nie stra­cić. Ba, przy naj­bliż­szej oka­zji po­sta­ram się, by za­cie­śnić łą­czącą nas więź i po­znać jej ciało. W końcu ta ko­bieta była naj­cu­dow­niej­szą rze­czą, jaką po­da­ro­wał mi los, i mu­sia­łem upew­nić się, że po­zo­sta­nie w moim ży­ciu na za­wsze.

Uj­rza­łem ją z okna tak­sówki, kiedy stała lekko zgar­biona przed ho­te­lem. Wy­glą­dała na zmę­czoną, ale też kru­chą jak por­ce­lana. Rzu­ci­łem kie­rowcy dwie­ście li­rów i szybko wy­sia­dłem z auta, aby nie mu­siała cze­kać na mnie dłu­żej, niż to było nie­zbędne. Wy­pro­sto­wała się na mój wi­dok, a ja szybko za­mkną­łem ją w swo­ich ra­mio­nach. Przy­mkną­łem oczy, roz­ko­szu­jąc się cie­płem jej ciała, jej mięk­ko­ścią oraz ko­bie­co­ścią, która tak bar­dzo na mnie dzia­łała. Naj­chęt­niej po­rwał­bym ją do naj­bliż­szego wol­nego po­koju i spra­wił, aby­śmy oboje za­po­mnieli o wy­da­rze­niach dzi­siej­szej nocy. Wie­dzia­łem jed­nak, że nie tego po mnie ocze­ki­wała, a ja nie chcia­łem jesz­cze bar­dziej za­wieść jej ocze­ki­wań.

Po­czu­łem, że lekko się trzę­sie. Po­cząt­kowo wzią­łem to za ob­jaw zimna, w końcu noce o tej po­rze roku na­dal były bar­dzo chłodne, ale po chwili zro­zu­mia­łem, że ona pła­cze! De­li­kat­nie wy­swo­bo­dzi­łem ją ze swo­ich ob­jęć, by móc po raz pierw­szy od in­cy­dentu w ba­rze spoj­rzeć jej w oczy. Jej piękne błę­kitne tę­czówki za­snute były smut­kiem, któ­rego nie­stety nie po­tra­fi­łem ukoić, a to spra­wiało, że czu­łem jesz­cze więk­szość wście­kłość nie tylko na Meh­meta, ale też na sa­mego sie­bie.

– Prze­pra­szam – szep­ną­łem, nie bar­dzo wie­dząc, co jesz­cze mógł­bym po­wie­dzieć. – To wszystko moja wina, ale uwierz mi, zro­bię wszystko, aby to od­krę­cić.

Nic nie od­po­wie­działa. Po pro­stu chwy­ciła za ma­te­riał mo­jej bluzy i sta­jąc na pal­cach, się­gnęła ust. Onie­mia­łem. Moja słodka, nie­winna Ba­sia wła­śnie nie tylko za­ini­cjo­wała po­ca­łu­nek, ale też po­ka­zała po­przez niego, że na­dal jej na mnie za­leży!

Jej cie­płe wargi de­li­kat­nie mu­skały moje, jakby oba­wia­jąc się od­rzu­ce­nia. Nie­pew­nie ba­dała, ku­siła i za­chę­cała. Nie mo­głem więc po­zwo­lić, aby po­zo­sta­wała dłu­żej w nie­pew­no­ści co do mo­ich uczuć lub pra­gnień. Od­po­wie­dzia­łem dużo bar­dziej na­mięt­nie i nieco bar­dziej na­tar­czy­wie. Nie po­tra­fi­łem się po­wstrzy­mać ani tym bar­dziej cze­kać dłu­żej. Chcia­łem nie tylko brać, ale i da­wać. Mu­sia­łem wy­pa­lić na jej du­szy piętno, aby nie zde­cy­do­wała się po­rzu­cić mnie dla ko­goś in­nego. Za­ata­ko­wa­łem jej usta ję­zy­kiem, zmu­sza­jąc do ule­gło­ści. Wtar­gną­łem do ich wnę­trza, pra­gnąc ode­brać jej od­dech i wy­wo­łać za­wroty głowy.

Jęk­nęła ci­chutko, wtu­la­jąc się we mnie moc­niej. Do­ma­gała się bli­sko­ści gwa­ran­tu­ją­cej jej chwilę wy­tchnie­nia od pro­ble­mów, ale też obiet­nicy szczę­śli­wego za­koń­cze­nia. Boże! Gdyby tylko zda­wała so­bie sprawę, jak bar­dzo na mnie dzia­łała! To nie był ani od­po­wiedni czas, ani miej­sce, ale prze­cież mo­głem dać jej cho­ciaż przed­smak tego, czego mo­gli­śmy ra­zem do­świad­czyć.

Chwy­ci­łem ją dłońmi za po­śladki, zmu­sza­jąc, by ob­jęła mnie no­gami w pa­sie, co po chwili zwłoki uczy­niła. Przy­mkną­łem na mo­ment po­wieki, czu­jąc mięk­kość jej ciała. Ow­szem, ca­ło­wa­li­śmy się już wcze­śniej, ale ni­gdy nie za­tra­ci­li­śmy się w na­szej na­mięt­no­ści tak da­leko. Nieco po omacku prze­sze­dłem kilka me­trów, by do­słow­nie przy­szpi­lić ją do bocz­nej ścianę ho­telu. Obej­mo­wała mnie mocno za szyję, nie prze­ry­wa­jąc po­ca­łun­ków. Ści­skała mocno udami, sam już nie wi­dzia­łem czy po to, aby nie upaść, czy by zin­ten­sy­fi­ko­wać do­zna­nia pły­nące z bli­sko­ści na­szych ciał. To był czy­sty szał, ja­kiego jesz­cze chyba ni­gdy nie do­świad­czy­łem. Tra­ci­łem pa­no­wa­nie nad sobą, pra­gnąc za­głę­bić się w jej wnę­trzu tu i te­raz, bez zbęd­nego cze­ka­nia.

– Co wy tu ro­bi­cie?! – krzyk­nął głos do­cho­dzący z od­dali. – Wy­no­cha stąd! Wstydu nie ma­cie?

Nie­chęt­nie wy­pu­ści­łem Ba­się z ob­jęć i spoj­rza­łem w stronę, skąd pa­dły pełne zło­ści słowa. Star­szy męż­czy­zna w służ­bo­wym uni­for­mie nie wy­glą­dał, jakby po­tra­fił zro­zu­mieć na­gły po­ryw na­mięt­no­ści dwójki za­fa­scy­no­wa­nych sobą osób.

– To po­rządny ho­tel, a nie ja­kaś ru­dera z po­ko­jami na go­dziny – do­dał w tym cza­sie nie­zna­jomy, ro­biąc ko­lejne kilka kro­ków w ich stronę.

– Abi – za­czą­łem tu­rec­kim zwro­tem „bra­cie”, uży­wa­nym wzglę­dem star­szych męż­czyzn, jako oznaka sza­cunku – prze­pra­szamy bar­dzo za to chwi­lowe unie­sie­nie. To już się nie po­wtó­rzy – za­pew­ni­łem.

– A pew­nie, że nie! – Ochro­niarz nie dał się tak ła­two udo­bru­chać. – Miesz­ka­cie tu? To do po­koju! Nie miesz­ka­cie? To won! – do­dał ostro, dziel­nie wal­cząc o do­brą opi­nię miej­sca, w któ­rym pra­co­wał.

Wes­tchną­łem lekko, tę­sk­nie zer­ka­jąc na zdez­o­rien­to­waną i za­kło­po­taną Ba­się. Mimo wą­tłego świa­tła la­tarni by­łem w sta­nie do­strzec, jak bar­dzo się za­czer­wie­niła. Do­tkną­łem dło­nią jej ra­mie­nia, aby do­dać jej otu­chy, co tylko spo­tę­go­wało fu­rię męż­czy­zny.

– Nie ro­zu­mie­cie, jak się do was mówi? To wzy­wam po­li­cję i przed nimi się tłu­macz­cie!

– Nie ma po­trzeby – za­pew­ni­łem – po­wiem jej tylko do­bra­noc i zni­kam. Może pan nam dać do­słow­nie mi­nutę na po­że­gna­nie?

Ku memu za­sko­cze­niu ski­nął głową, po czym tak­tow­nie od­da­lił się na kil­ka­na­ście me­trów, bacz­nie ob­ser­wu­jąc nas z dy­stansu.

– Uwierz mi, zro­bię wszystko, by jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tego baru, tylko pro­szę: po­cze­kaj na mnie!

Chciała rzu­cić mi się w ra­miona, ale po­wstrzy­ma­łem ją. I tylko Bóg mógł za­świad­czyć, ile wy­siłku mnie to kosz­to­wało. Nie­stety, nie mo­głem ry­zy­ko­wać no­wej utarczki z ochro­nia­rzem ani roz­sta­nia bez po­wie­dze­nia „do zo­ba­cze­nia”.

Spu­ściła wzrok, ro­zu­mie­jąc, że na inne za­koń­cze­nie wie­czoru nie mamy szansy. Ode­szła o krok, póź­niej drugi, jakby sama nie wie­działa, co po­winna zro­bić lub po­wie­dzieć. Do­piero po chwili unio­sła lekko głowę i spoj­rzała mi pro­sto w oczy.

– Uwa­żaj na sie­bie – szep­nęła le­dwo sły­szal­nym gło­sem – i… miejmy na­dzieję do zo­ba­cze­nia wkrótce!

Nie zdą­ży­łem jej na­wet od­po­wie­dzieć, po­nie­waż nie­mal bie­giem ru­szyła w kie­runku wej­ścia do ho­telu, zo­sta­wia­jąc mnie sa­mego na ulicy. Ja­kaś część mnie po­czuła strach, strach, że już ni­gdy wię­cej jej nie zo­ba­czę.Anna

Po­ranna kawa w to­wa­rzy­stwie Ales­san­dra od pra­wie dwóch lat sta­no­wiła stały, nie­zmienny punkt pro­gramu w moim upo­rząd­ko­wa­nym i nieco nud­nym sche­ma­cie dnia. Dla­tego za­sia­da­jąc w ulu­bio­nym fo­telu, by­łam pewna, że nikt przy zdro­wych zmy­słach, oczy­wi­ście bez ra­cjo­nal­nego po­wodu, nie ośmie­liłby się za­kłó­cać mi tej wy­cze­ki­wa­nej chwili spo­koju. Kie­ru­jąc dzia­ła­niami ca­łej ro­dziny, mu­sia­łam zna­leźć spo­sób, by zre­ge­ne­ro­wać nie tylko siły, ale rów­nież za­cho­wać ba­lans psy­chiczny.

Po­ja­wie­nie się Sta­vrosa w drzwiach ga­bi­netu mo­gło i z pew­no­ścią zwia­sto­wało kło­poty, ja na­to­miast wstrzy­ma­łam od­dech, za­sta­na­wia­jąc się, jak po­ważne one będą. Wy­raz twa­rzy nowo przy­by­łego utwier­dził mnie w tym czar­no­widz­twie. Na­zna­czone już zmarszcz­kami, ale na­dal przy­stojne ob­li­cze zdra­dzało zde­ner­wo­wa­nie, co było nie­po­do­bne do Greka, który sta­nął przed nami. Mocno za­ci­śnięta szczęka oraz po­ważne spoj­rze­nie wska­zy­wały na to, że i jemu nie po­doba się to, co za­mie­rzał mi ob­wie­ścić.

Od­sta­wi­łam fi­li­żankę z kawą na sto­lik.

– Mamy pro­blem? – spy­ta­łam, chcąc jak naj­szyb­ciej przejść do kon­kre­tów.

Lu­bi­łam, gdy wszystko sta­wało się ja­sne od pierw­szego mo­mentu. Owi­ja­nie w przy­sło­wiową ba­wełnę tylko nie­po­trzeb­nie mnie iry­to­wało, a tego chcia­łam unik­nąć za wszelką cenę.

– Mamy – przy­tak­nął i ku memu za­sko­cze­niu na tym po­prze­stał.

Cze­ka­łam, aż roz­wi­nie nieco to do­syć la­ko­niczne stwier­dze­nie, ale nie­stety się za­wio­dłam. Naj­wy­raź­niej za­ufany współ­pra­cow­nik mo­jego świę­tej pa­mięci dziadka sam nie wie­dział, w jaki spo­sób prze­ka­zać mi złe wie­ści i zwle­kał, li­cząc na ja­kiś bli­żej nie­okre­ślony cud. At­mos­fera pa­nu­jąca w po­miesz­cze­niu po­woli za­częła się za­gęsz­czać, je­dy­nie po­tę­gu­jąc nie­po­kój chwili.

Ales­san­dro, nie­śpiesz­nie wo­dził wzro­kiem mię­dzy mną a moim pod­wład­nym. Zu­peł­nie jak­by­śmy roz­gry­wali ja­kiś nie­wer­balny mecz te­ni­sowy, na ko­niec zaś ner­wowo kaszl­nął, chcąc spro­wo­ko­wać któ­reś z nas do ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji.

– Po­wiesz mi w końcu, o co cho­dzi? Albo cho­ciaż zdra­dzisz, co jest istotą pro­blemu? – spy­ta­łam, nie mo­gąc znieść na­pię­cia wy­peł­nia­ją­cego mój cał­kiem spo­rych roz­mia­rów ga­bi­net.

– Ba­sia – pa­dło w od­po­wie­dzi.

Ow­szem, by­łam przy­zwy­cza­jona do tego, że Sta­vros ni­gdy nie był zbyt­nio wy­lewny, w tym wła­śnie za­wie­rał się jego urok, ale jego milcz­ko­wa­tość za­częła mnie iry­to­wać i to bar­dzo. Gdy­bym była bar­dziej ner­wowa lub grała w ja­kimś se­rialu o ma­fii, to w tym mo­men­cie po­win­nam za­cząć strze­lać.

– Ba­sia? – po­wtó­rzy­łam za nim, po czę­ści nie wie­rząc w to, co sły­szę, po czę­ści za­sta­na­wia­jąc się, co to słod­kie dziew­czę mo­gło zdzia­łać, że wy­wo­łało tak nie­ty­pową re­ak­cję u czło­wieka z re­guły tak bar­dzo opa­no­wa­nego, jak sto­jący przede mną Grek.

– Nie wiem do­kład­nie, co się stało – przy­znał nie­chęt­nie, jakby wsty­dząc się, że nie udało mu się do­trzeć do istoty rze­czy – ale wró­ciła z tej Tur­cji bar­dzo wzbu­rzona. Roz­sta­wiała po ką­tach chło­pa­ków, na­krzy­czała na nową re­cep­cjo­nistkę, po czym stwier­dziła, że za­bi­ja­nie nie­kiedy bywa spo­so­bem na uwol­nie­nie spo­łe­czeń­stwa od nie­bez­piecz­nych jed­no­stek. Nie to jed­nak naj­bar­dziej mnie mar­twi. Oba­wiam się, że może ze­chcieć wcie­lić w ży­cie te nowe, do­syć ra­dy­kalne po­glądy, po­nie­waż sły­sza­łem, cho­ciaż na­dal mam na­dzieję, że coś źle zro­zu­mia­łem, jak pro­siła jed­nego z chło­pa­ków, by w wol­nym cza­sie za­czął ją uczyć, jak po­słu­gi­wać się bro­nią. I nie mó­wię tu o ja­kimś żeń­skim, ma­łym pi­sto­le­ciku, który zmie­ści się do wie­czo­ro­wej to­rebki. Wy­mie­niała Glocka, a także Uzi!

– Uzi? – po­wtó­rzył za nim były wło­ski po­li­cjant, bę­dący ak­tu­al­nie moim ży­cio­wym part­ne­rem. – W co ta dziew­czyna się wpa­ko­wała?

Sły­sząc to py­ta­nie z jego ust, ner­wo­wym ge­stem od­gar­nę­łam z twa­rzy nie­sforny ko­smyk zło­to­brą­zo­wych wło­sów, który cały czas opa­dał mi na prawy po­li­czek, wy­wo­łu­jąc iry­ta­cję. Przy­po­mnia­łam so­bie dzień, a ra­czej wie­czór, kiedy po­zna­łam pła­czącą i cał­ko­wi­cie za­ła­maną Ba­się. To wspo­mnie­nie było tak od­le­głe, że zda­wało się po­cho­dzić z in­nego, mi­nio­nego ży­cia. Uśmiech­nę­łam się na­wet na myśl o tym, jak bar­dzo zmie­niła się moja pod­opieczna, jak lu­bi­łam o niej my­śleć. Z bar­dzo nie­pew­nego sie­bie brzyd­kiego ka­czątka na mo­ich oczach wy­rósł piękny ła­będź, który na­uczył się trud­nych za­sad pro­wa­dze­nia in­te­re­sów w zdo­mi­no­wa­nym przez mę­skich szo­wi­ni­stów świe­cie.

– Co­kol­wiek by to nie było, po­winna wie­dzieć, że za­wsze może na nas li­czyć. W końcu jest czę­ścią ro­dziny, więc je­śli ktoś za­dziera z nią, a ewi­dent­nie z tego typu pro­ble­mem mamy tu do czy­nie­nia, to tak, jakby wy­po­wia­dał wojnę nam. Nie ukry­wam, boli mnie, że nie przy­szła z tym pro­sto do mnie – przy­zna­łam, czu­jąc nie­przy­jemne uczu­cie za­wodu ści­ska­jące oko­lice mo­jego serca.

– Ko­cha­nie, może po pro­stu nie chciała za­wra­cać ci głowy ja­kąś drob­nostką? – po­cie­szył mnie na­tych­miast Ales­san­dro.

– Drob­nostką? – po­wtó­rzy­łam za nim, si­ląc się na resztki spo­koju. – Mó­wimy o Basi, bie­ga­ją­cej Bóg wie, gdzie i za kim z Uzi w ręku! To brzmi jak za­po­wiedź Trze­ciej Wojny Świa­to­wej, a nie coś, co jest tylko moż­li­wym do zi­gno­ro­wa­nia szcze­gó­łem.

Męż­czy­zna sie­dzący w fo­telu na­prze­ciwko mnie wes­tchnął ciężko, po czym zer­k­nął na tak­tow­nie mil­czą­cego w tym cza­sie Sta­vrosa. Pa­no­wie wciąż pa­łali do sie­bie an­ty­pa­tią, cho­ciaż chwi­lowo stra­ciła ona na in­ten­syw­no­ści w ob­li­czu więk­szego pro­blemu. Star­szy męż­czy­zna zda­wał się bo­wiem zga­dzać z wy­po­wie­dzia­nymi przeze mnie sło­wami.

– Znasz ją zde­cy­do­wa­nie le­piej. Je­śli uwa­żasz, że nie jest to stan­dar­dowe dla niej za­cho­wa­nie, to ozna­cza, że czas spo­koju, któ­rym się roz­ko­szo­wa­li­śmy, wła­śnie do­biega końca – mruk­nął szcze­rze zmar­twiony Ales­san­dro. – Pro­szę tylko, że­byś na sie­bie uwa­żała nie­za­leż­nie od tego, co by się nie działo.

Z pew­no­ścią na­dal miał w pa­mięci dni prze­peł­nione stra­chem, gdy po­strze­lona przez mo­jego by­łego męża wal­czy­łam o od­zy­ska­nie przy­tom­no­ści, a póź­niej peł­nej spraw­no­ści. Do­bi­jał go też fakt, że za­miast mnie przed tym wszyst­kim ochro­nić, dał się zma­ni­pu­lo­wać i ni­czym młody szczu­pak po­łknął przy­nętę i zo­stał wy­wa­biony w od­po­wied­nim mo­men­cie z Sy­cy­lii.

Jed­no­cze­śnie zda­wa­łam so­bie sprawę, że cho­ciaż nie ro­zu­miał zbyt­nio wy­bo­rów mo­jej asy­stentki, nie znał jej jako czło­wieka, a co gor­sze wcale nie sta­rał się zmie­nić tego stanu rze­czy, to mimo wszystko na swój spo­sób lu­bił tę młodą ko­bietę. Zresztą w na­szej ma­łej ro­dzi­nie nie było chyba ni­kogo, kto nie da­rzyłby sym­pa­tią tej wiecz­nie uśmiech­nię­tej dziew­czyny.

– Ona ma nad­zwy­czajny ta­lent do pa­ko­wa­nia się w kło­poty – pod­su­mo­wa­łam bar­dziej do sie­bie, niż do niego – a ja ja­kimś cu­dem po­tem mu­szę ją z nich wy­cią­gać.

Roz­sia­dłam się wy­god­niej, mosz­cząc so­bie miej­sce po­mię­dzy mięk­kimi po­dusz­kami, i się­gnę­łam po fi­li­żankę z kawą. Nie chcia­łam mó­wić tego na głos, ale ja­kaś część mnie na­wet się ucie­szyła, że wresz­cie coś się dzieje. Ta sta­gna­cja i sie­dze­nie w fo­telu, ni­czym na tro­nie zbu­do­wa­nego przez dziadka im­pe­rium za­czy­nała mnie już po­woli nu­dzić.

– Co za­tem po­win­ni­śmy zro­bić w jej spra­wie? – spy­tał Sta­vros, wy­po­wia­da­jąc na głos py­ta­nie drę­czące całą na­szą trójkę.

– Dajmy jej dzień lub dwa – zde­cy­do­wa­łam w na­dziei, że prze­czu­cia mnie nie mylą. – Albo sama roz­wiąże ten ta­jem­ni­czy pro­blem, albo przyj­dzie z nim do mnie. Zna­jąc ją, by­łam pewna, że nie bę­dzie długo trwać w za­wie­sze­niu.

– Co­stas nie wie, czy może udzie­lić jej tych wska­zó­wek – wtrą­cił Sta­vros, naj­wi­docz­niej nie do końca za­do­wo­lony z planu, które za­pro­po­no­wa­łam.

– Niech wstrzyma się z tym do końca ty­go­dnia, ale wy­my­śli na tyle do­brą wy­mówkę, by Ba­sia w nią uwie­rzyła i cier­pli­wie cze­kała na pierw­szą lek­cję. Ostat­nie czego nam trzeba to, żeby szu­kała in­nych, bar­dziej ra­dy­kal­nych roz­wią­zań kło­po­tów, w ja­kie praw­do­po­dob­nie umyśl­nie bądź też nie się wpa­ko­wała.

Obaj męż­czyźni przy­tak­nęli, zga­dza­jąc się z moim ostat­nim stwier­dze­niem. Jako że nie po­zo­stało już nic do do­da­nia, Sta­vros ukło­nił się lekko, po czym nie si­ląc się na zbędne ko­men­ta­rze, ru­szył w kie­runku drzwi wyj­ścio­wych.Anna

Za­mknę­łam ter­mi­narz, sym­bo­licz­nie koń­cząc na dziś swoją pracę, po czym przyj­rza­łam się uważ­nie swo­jej asy­stentce, a także in­nym oso­bom zgro­ma­dzo­nym w ga­bi­ne­cie. Wszy­scy mil­czeli, cze­ka­jąc, aż pierw­sza za­biorę głos.

W oczach dziew­czyny mo­głam do­strzec strach i nie­pew­ność, ale też na­dzieję oraz wiarę w lep­sze ju­tro. Ob­li­cza męż­czyzn na­to­miast zdra­dzały nie­cier­pli­wość prze­mie­szaną z ocze­ki­wa­niem na no­winy.

– I jak? Czy twój Se­dat wspo­mi­nał o ja­kimś nie­co­dzien­nym zda­rze­niu w ba­rze? – za­ga­iłam uprzej­mie, chcąc po­znać szczerą od­po­wiedź mo­jej pod­wład­nej.

Dzie­ciak wy­na­jęty dys­kret­nie przez Ase­ela za po­mocą dar­kwebu po­in­for­mo­wał mo­jego pod­wład­nego o wy­ko­na­niu zle­co­nego mu za­da­nia. Te­raz na­to­miast jak naj­szyb­ciej chcia­łam do­wie­dzieć się, czy udało się nam osią­gnąć ocze­ki­wany efekt.

– Nie, ra­czej nie… – za­wa­hała się przez mo­ment, po czym uśmiech­nęła bar­dzo sze­roko, jakby na­gle do­znała olśnie­nia. – Ta ryba była od nas?

Gdyby nie mój wiek oraz po­zy­cja, to pew­nie w tym mo­men­cie wy­ko­na­ła­bym po­pu­larny wśród mło­dzieży palm­face. Ales­san­dro i Sta­vros chyba rów­nież po­dzie­lali moją kon­ster­na­cję. Przy­znam szcze­rze, że za­bra­kło mi słów, i nie mia­łam po­ję­cia, jak wy­tłu­ma­czyć jej, co chcie­li­śmy tą wia­do­mo­ścią osią­gnąć.

– Tak, ta ryba była od nas – po­twier­dził znie­cier­pli­wiony prze­dłu­ża­jącą się ci­szą Grek – a te­raz naj­bar­dziej in­te­re­suje nas, jaka była ich re­ak­cja na wia­do­mość. Prze­stra­szyli się? Dys­ku­to­wali, kto może im wy­sy­łać ostrze­że­nie? Gdy­bali, któ­rego z nie­le­gal­nych in­te­re­sów mo­gło ono do­ty­czyć?

Ba­sia zmie­szała się lekko, po czym czer­wie­niąc po ko­rzonki swo­ich blond wło­sów, pra­wie nie­sły­szal­nym gło­sem wy­znała:

– Urzą­dzili so­bie grilla i zje­dli ją na obiad. To zna­czy, Ar­slan zjadł, z ni­kim się nie dzie­ląc – uści­śliła na ko­niec.

– Cazzo – za­klął po wło­sku wy­raź­nie znie­sma­czony taką re­ak­cją Ales­san­dro.

Cóż, nie mo­głam mu się dzi­wić. Ten do­mo­ro­sły ma­fiozo, jak na­zy­wała go Ba­sia, zhań­bił je­den z tra­dy­cyj­nych sym­boli i kul­ty­wo­wa­nych prze­ka­zów wło­skiej ma­fii, wy­ka­zu­jąc się igno­ran­cją, gra­ni­czącą z jawną głu­potą.

– Ma­laka – pod­su­mo­wał po grecku Sta­vros, du­sząc się ze śmie­chu.

Ten, jak wi­dać, pod­szedł do ca­łego zda­rze­nia z hu­mo­rem, nie ocze­ku­jąc zbyt wiele po czło­wieku, dla któ­rego ta­kie fi­ne­zyjne prze­sła­nia praw­do­po­dob­nie były zu­peł­nie nie­zro­zu­miałe.

– Sta­vros wiesz, co masz ro­bić?

Męż­czy­zna wy­wo­łany do od­po­wie­dzi wy­pro­sto­wał się nie­znacz­nie, po czym prze­stał się śmiać, zmu­sza­jąc się do za­cho­wa­nia po­waż­nego wy­razu twa­rzy.

– Re­ko­ne­sans?

Ski­nę­łam głową, bo to było je­dyne roz­sądne wyj­ście.

– Je­śli ten głu­pek jest tam głów­nym gra­czem, to czy li­kwi­du­jąc go, za­mie­rzasz prze­jąć kon­trolę nad mia­stem? – włą­czył się do roz­mowy mój męż­czy­zna, to­nem swo­jego głosu zdra­dza­jąc drę­czące go obawy.

– Bez prze­sady – uspo­ko­iłam go na­tych­miast. – Nie za­mie­rzam ba­wić się w usta­na­wia­nie no­wych stref wpły­wów, za­leży mi na utrzy­ma­niu obec­nej rów­no­wagi. Bę­dziemy dzia­łać po ci­chu i miejmy na­dzieje, że na tyle szybko, by nikt nie od­no­to­wał na­szej obec­no­ści. Znik­niemy po tym, jak wy­eli­mi­nu­jemy Ar­slana, a po­wstała w ten spo­sób próż­nia sama się wy­pełni. Mnie nic do tego. Jak ma­wiamy w Pol­sce: „nie mój cyrk, nie moje małpy!”. Na­szym ce­lem jest je­dy­nie po­moc Basi… Smar­kacz za­darł nie z tą ko­bietą, co trzeba, i musi za to za­pła­cić – spre­cy­zo­wa­łam plany, aby w ra­zie czego, nie po­wstały ja­kieś nie­do­mó­wie­nia mo­gące pro­wa­dzić do błęd­nego zro­zu­mie­nia mo­ich roz­ka­zów. – Ow­szem, pew­nie ku­pimy ja­kąś knajpę albo ho­tel, ale to za­wsze można po­now­nie spie­nię­żyć po wy­ko­na­niu ro­boty.

– Jaki bę­dzie nasz pierw­szy krok? – spy­tał rze­czowo mój pod­władny, od razu prze­cho­dząc do me­ri­tum sprawy.

Za­sta­no­wi­łam się przez dłuż­szą chwilę, spo­glą­da­jąc w mil­cze­niu na trójkę obec­nych w ga­bi­ne­cie osób. Praw­do­po­dob­nie każde z nich miało od­mienną wi­zję za­ła­twie­nia pro­blemu, ale to od mo­jego wi­dzi­mi­się za­le­żało to, jak po­to­czą się sprawy. Ana­li­zo­wa­łam różne sce­na­riu­sze, ale ko­niec koń­ców zde­cy­do­wa­łam się na naj­bar­dziej roz­sądny.

– Ba­siu – zwró­ci­łam się do swo­jej asy­stentki – mam wra­że­nie, że ostat­nio zbyt dużo pra­cu­jesz! Po­win­naś po­pły­nąć do Mar­ma­ris na ty­dzień i tro­chę od­po­cząć.

Młoda ko­bieta ocho­czo kiw­nęła głową, uśmie­cha­jąc się przy tym lekko. Z całą pew­no­ścią moja de­cy­zja przy­pa­dła jej do gu­stu, zy­ski­wała bo­wiem szansę na spę­dze­nie nieco czasu ze swoim uko­cha­nym.

– Sta­vros – wy­po­wie­dzia­łam imię pra­wej ręki mo­jego dziadka – to samo ty­czy się cie­bie!

– Ale… – sta­rał się za­opo­no­wać, jed­nak sku­tecz­nie mu to unie­moż­li­wi­łam.

– Pa­kuj torbę i chcę cię wi­dzieć ra­zem z Ba­sią na po­ran­nym pro­mie do Tur­cji. Wy­naj­mij­cie so­bie ja­kieś po­koje w przy­zwo­itym ho­telu, naj­le­piej obok sie­bie, je­śli wiesz, co mam na my­śli.

Ski­nął głową, do­sko­nale ro­zu­mie­jąc moje po­le­ce­nie. Po­de­rwał się z miej­sca, po czym że­gna­jąc się ze wszyst­kimi, ru­szył w kie­runku wyj­ścia. Moja asy­stentka rów­nież zro­zu­miała, że spo­tka­nie do­bie­gło końca, dla­tego po­szła w ślady star­szego Greka, zo­sta­wia­jąc Ales­san­dra i mnie sa­mych.

– Wiesz, że chcesz roz­pę­tać wojnę? – spy­tał mój męż­czy­zna, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie spod lekko przy­mru­żo­nych po­wiek.

– Od razu wojnę! – obu­rzy­łam się na­tych­miast. – To tylko od­po­wiedź na to, jak po­trak­to­wano Ba­się. Jaką ro­dziną by­śmy się oka­zali, je­śli nie za­dbamy o in­te­resy jed­nego z nas?

Na to py­ta­nie ist­niała tylko jedna pra­wi­dłowa od­po­wiedź i on, jako ro­do­wity Sy­cy­lij­czyk, do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę. Prak­tycz­nie nie mia­łam wyj­ścia. Ktoś gro­ził oso­bie z mo­jego naj­bliż­szego oto­cze­nia, na­wet je­śli nie zda­wał so­bie sprawy z po­wagi po­dej­mo­wa­nych czy­nów, więc mu­siał za to za­pła­cić. Poza tym ostrze­że­nie, ja­kie wy­sto­so­wa­li­śmy, zo­stało po­trak­to­wane jako nic nie­zna­czący obiad, a nie do­bra rada od życz­li­wego nie­zna­jo­mego. A to już była prze­sada.

– My­ślisz, że obec­ność Sta­vrosa wy­star­czy? Nie zro­zum mnie źle, wiem, że on ma ogromne do­świad­cze­nie, ale na jego nie­ko­rzyść po­woli za­czyna prze­ma­wiać wiek. Czy fa­cet pod sześć­dzie­siątkę po­ra­dzi so­bie z kil­koma sil­nymi dwu­dzie­sto­lat­kami? Chciał­bym z całą pew­no­ścią po­wie­dzieć, że tak, ale nie je­stem pe­wien…

Jego słowa dały mi do my­śle­nia. Ja sama spo­glą­da­łam na sta­rego przy­ja­ciela, bo tak mo­głam go okre­ślić, z per­spek­tywy wspo­mnień z lat mło­dzień­czych. Był wy­soki, przy­stojny, bar­dzo mę­ski i silny. Świet­nie spraw­dzał się w sy­tu­acjach kry­tycz­nych, do­sko­nale po­tra­fił wy­do­być in­for­ma­cje od czło­wieka kon­ku­ren­cji, ale czy…

Za­wa­ha­łam się, nie wie­dząc, co po­win­nam zro­bić. W końcu cho­dziło o bez­pie­czeń­stwo Basi, od­po­wie­dzial­nej za całą dzia­łal­ność zwią­zaną z „Pa­nami do to­wa­rzy­stwa”, jak zwy­kłam była na­zy­wać ten biz­nes. Z całą pew­no­ścią nie była tylko sze­re­gową pra­cow­niczką, sta­no­wiła je­den z fi­la­rów two­rzą­cych ro­dzinę. Poza tym była moją przy­ja­ciółką.

– Masz ra­cję – nie­chęt­nie zgo­dziła się z jego sło­wami – trzeba bę­dzie roz­wa­żyć tę kwe­stię i może zde­cy­do­wać się na… Zresztą wszystko wyj­dzie w pra­niu. Na ra­zie Sta­vros musi je­dy­nie ze­brać dla nas kilka in­for­ma­cji, za­sły­sza­nych plo­tek i czu­wać nad tym, by ża­den ma­ło­lat nie po­ku­sił się o pod­nie­sie­nie ręki na Ba­się.

– Mogę coś do­ra­dzić?

– Ja­sne, wiesz, że ce­nię so­bie twoje zda­nie – od­po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się ukryć zdzi­wie­nie fak­tem, jak bar­dzo mój męż­czy­zna prze­jął się całą tą sprawą.

– Pod­rzu­ca­jąc tę nie­szczę­sną rybę, Aseel udo­wod­nił, że ma tam doj­ścia do lu­dzi, któ­rzy zro­bią wiele za od­po­wied­nią opłatą. Może niech za­ła­twi ko­goś, naj­le­piej lo­kalsa, by w ra­zie po­trzeby wkro­czył i za­czął czu­wać nad na­szymi od­po­czy­wa­ją­cymi od ju­tra w Mar­ma­ris przy­ja­ciółmi?

– Może fak­tycz­nie tak wła­śnie trzeba zro­bić – przy­zna­łam na głos, cały czas roz­wa­ża­jąc słusz­ność tego po­my­słu. – Le­piej mieć plan awa­ryjny i z niego nie sko­rzy­stać, niż w ra­zie po­trzeby szu­kać byle kogo. Za­raz za­dzwo­nię w tej spra­wie do Akaby.

Ta z po­zoru pro­sta sprawa za­czy­nała na­bie­rać co­raz oka­zal­szych kształ­tów, wy­ma­ga­jąc za­an­ga­żo­wa­nia po­waż­niej­szych za­so­bów, niż pier­wot­nie za­kła­da­łam. Ale skoro za­ofe­ro­wa­łam po­moc, to nie mo­głam, zresztą też nie chcia­łam się z niej te­raz wy­co­fać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij