-
nowość
Silva rerum. Rekonstrukcja dziejów kresowej rodziny - ebook
Silva rerum. Rekonstrukcja dziejów kresowej rodziny - ebook
Silva Rerum to nie kronika. To las.
Gęsty, splątany, pełen nieoczywistych ścieżek. Każde drzewo – osobna historia, która się rozgałęzia, a jednak wszystkie sięgają tych samych korzeni.
Czworo rodzeństwa – i cały świat w tle.
Juliusz Petry, pionier polskiego radia we Lwowie, Wilnie i Wrocławiu. Janina Petry-Przybylska – artystka, o której mówiono: „druga Stryjeńska”. Kazimiera Petry – skrzypaczka przez dekady związana z Operą Warszawską. Maria Sahankowa – pianistka, która przeszła przez Rosję, Iran, Indie i Afrykę, by znaleźć dom w Anglii.
Ich losy rozrzucone przez historię tworzą opowieść o Polsce.
Nie tej z podręczników, ale tej codziennej – utkanej z pracy, talentu i cichej wytrwałości. To również zapis mozolnego śledztwa: autorka tropi publikacje, dokumenty, listy, fotografie i wspomnienia. Odsłania nieznane, obala mity, wydobywa z cienia postaci, które na to zasługują. Można czytać tę książkę, by poznać losy niezwykłej rodziny, która zostawiła swój znaczący ślad w polskiej kulturze.
Można – żeby zajrzeć do codzienności minionych czasów i zobaczyć, jak naprawdę wyglądało życie. A można też – żeby poszukać własnych korzeni. Albo przypomnieć sobie, że się je ma. Bo czasem wystarczy cudza opowieść, by zacząć lepiej rozumieć swoją.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Wstęp
GALICJA WSCHODNIA
Zasiedlanie Galicji
WIEK XIX I POCZĄTEK XX
Leśnicy
Józef Petry, Bolechów
Żeńczakowie
Szyszkowscy
Felicja pisze list do Seweryna Goszczyńskiego
Juliusz
Edukacja – IV Gimnazjum we Lwowie
Kornel Makuszyński
Jan Parandowski
Ossolineum
CZAS WOJEN 1914-1920
I wojna światowa
Obrona Lwowa
Wojna z bolszewikami
WRESZCIE POLSKA NIEPODLEGŁA!
Kazia
Młoda skrzypaczka w Operze Warszawskiej
Juliusz
Literat i pedagog
Mocarze
Lwie serca
Janka
Janina Petry- Przybylska, artystka – malarka, rzeźbiarka, lalkarka, scenografka
Szkoła Przemysłu Artystycznego
Jan Marcin Szance
Seweryn Przybylski
Teatrzyki marionetkowe
Lalki artystyczne
„Świat kobiecy”
Współpraca z firmą cukierniczą Zalewskich
Plakaty na Międzynarodowe Targi Wschodnie
Scenografka
Okładki dla Książnicy Atlas
Juliusz
Dyrektor Polskiego Radia Lwów
Rzeźbimy tylko posąg nocy
Podwyższenie poziomu muzycznych upodobań
„Radio chorym” księdza Rękasa
W radiowym „uniwersytecie powszechnym”
Liga Morska i Kolonialna
Wesoła Lwowska Fala
A metody działania dyrektora?
Ta awantura powinna przejść do historii polskiej radiofonii
„Wesoła fala i fala oburzenia”
I cofa się bałwan ponury
Albertyństwo Haliny Górskiej
Rok 1936 we Lwowie
Tymczasem Wilno
Za taką rzecz można tylko bić w twarz
Rozumieją się bez słów, miasto Wilno z miastem Lwów
Ryk krowy wstrząsa radiofonią
Prasa nie mówi już jednym głosem
Musiała zniknąć jedna wesoła fala w morzu smutnych bałwanów
Walka, jaką wydano humorowi radiowemu
Mit
Po powrocie do Lwowa
Rozważania rekolekcyjne Józefa Teodorowicza
ZNOWU WOJNA I TE STRASZNE LATA
Lwów tragicznym symbolem całej Polski
Czerwony lep – kolaboranci
Juliusz
Na kompromisy nie poszedł
Rysia
Nie uniknęła wywózki
Joszkar Oła
List ze Lwowa do „Kochanego Jerzyka”
Kolejna „zimowa” kartka
Witold chce pisać pamiętniki o L(eninie)
Zmiana układów sojuszniczych
Exodus
„Andres jak Mojżesz wyprowadził nas z pustyni”
Iran – szałas (‘hut’) nr 83
Indie – Valivade
Juliusz
W konspiracji
Pierwsza Polowa Czołówka teatralna – Wesoła Fala
Janka
Karpacki rozbójnik Dobosz z Czarnohory
Kazia
W Powstaniu Warszawskim
PO WOJNIE
Rysia
Ciągle bezdomna (1946-1956)
Ram Gopal był wybitnym tancerzem
Haneczka tańczyła dla Nehru
Bardzo chcielibyśmy Cię wraz z Hanką tu widzieć
W Ugandzie – obóz Koja
Brytyjski narzeczony
W obozie dla polskich uchodźców w hrabstwie York
Benedykt Dytrych
To nie androny o miłości
We własnym domu w Londynie
Kwitnie korespondencja między siostrami
Juliusz
Fiasko prób ratowania Lwowa
W jesieni lat nowe życie
Wiadomości o Jasiu
Nie ma życia poza radiem
Na procesie Stanisława Wasylewskiego
Dziki Zachód na Ziemiach Odzyskanych
„Tu Polskie Radio Wrocław”
Ja przyszłam, a Petry mówi
Ob. J. Petry! (…) Ze swej strony Marszałek życzy
Janka
W Krakowie
Pyza na stalinowskich dróżkach
Na stanowisku scenografa
Małżeństwo najpierw trochę na odległość
Ona nie musiała odejść
Juliusz
Na ogólnopolskiej konferencji programowej w Soplicowie
Humor potrzebuje swobodnego tchu
Chciałbym zobaczyć Joasię
Limpopo
W Milanówku
Celina Nahlik
Lania. An American Woman in Nazi-Occupied Poland
Pierwszy szef Telewizji Polskiej
Wieloletnia spirala chorób
Julek dostał od radia polskiego telewizor
Jeden z najszlachetniejszych ludzi
Kazia
Całe życie poświęciłam operze
Spoiwo mojej rodziny
Drzewo genealogiczne rodziny Józefa Petry i Felicji Szyszkowskiej
Drzewo genealogiczne rodziny Juliusza Petri i Zofii Seidler
Bibliografia
Aneks: Wybrane prace Janiny Petry-Przybylskiej
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788380437036 |
| Rozmiar pliku: | 9,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedy jesteśmy młodzi, tak skutecznie wciąga nas teraźniejszość, że brakuje nam czasu i zainteresowania tym, co było. Nie słuchamy, nie pytamy, zajęci doraźnymi, wydaje się nam ważniejszymi, sprawami. Kiedy już je pozałatwiamy i zrozumiemy, że kwiat nie byłby „sobą”, gdyby nie ciągnął soków z korzeni, zaczynamy je doceniać, ale nie ma już kogo słuchać ani kogo pytać. Ten pokoleniowy mechanizm powtarza się boleśnie często, choć bywają wyjątki. Więc rada – spieszmy się pytać starszych, tak szybko odchodzą.
To powiedziawszy, mogę dzisiaj winić tylko siebie. Nie żebym nie słuchała. Słuchałam, ale nie mówiło się za dużo. Mogłam jednak wykazać się większą dociekliwością.
Za rekonstrukcję losów pokolenia moich dziadków zabrałam się późno. Wcześniej było mnóstwo innych spraw do zrobienia i tematów do opisywania. Niedawno jednak ze strony ludzi świata sztuki zaczęły napływać pytania o moją cioteczną babkę, Janinę Petry-Przybylską. Nastąpił jakiś renesans zainteresowania zapomnianą artystką, którą czasem nazywano „drugą Stryjeńską”. Trzeba z wdzięcznością wymienić panią prof. Annę Myczkowską-Szczerską, która stała się „matką chrzestną” mojego przedsięwzięcia. Nie licząc na znalezienie memuarów w starym kufrze na strychu, zaczęłam szperać, gdzie się tylko dało, i robić drobne odkrycia.
Wkrótce zrodził się też pomysł opisania postaci Dziadka Juliusza Petryego. Był dyrektorem Polskiego Radia we Lwowie, w Wilnie, a po wojnie we Wrocławiu. Miał swój pionierski udział w tworzeniu polskiej telewizji. Dziesiątki przyjaciół i znajomych zachowało go we wdzięcznej pamięci. O pamięć o nim dbał również mój Ojciec Jan Krzysztof, gdy proszono go o napisanie jakichś wspomnień. Przekazywał mi potem te teksty. Były to jednak czasy Polski Ludowej. Ojciec przygryzał wargi, a raczej cenzurował pióro. Dlatego pisanie o Dziadku, rekonstrukcja Jego losów teraz, w innej rzeczywistości (i w błogosławionej dobie zeskanowanych dokumentów) wydała się zamysłem sensownym. Naturalną koleją rzeczy stało się „dopisanie” dziejów pozostałych dwóch Jego sióstr. Rysia, pianistka i pedagog, wywieziona ze Lwowa w 1940 roku, przeszła przez Rosję, gdzie straciła męża i dwóch synów, potem z ocalałą córką wędrowała przez Iran, Indie i Ugandę, aż znalazły się w Anglii. Kazia „zaliczyła” Powstanie Warszawskie i ponad czterdzieści lat w operze jako skrzypaczka, koncertmistrz.
Więc temat jest! Chociaż na początku materiał był onieśmielająco skąpy, rósł w miarę pracy. W Wielkiej Brytanii znalazła się kuzynka z mojego pokolenia, Marysia Graham, wielce życzliwa wnuczka ciotecznej babki Rysi. Okazało się, że odziedziczyła archiwum pamiątek, którymi się ze mną hojnie podzieliła. Przekazała mi zachowane listy. W Warszawie objawił się młody radiowiec pasjonat, pan Krzysztof Sagan, który już wcześniej w swoich hobbystycznych studiach nad radiem od jego początków natknął się na ślady Dziadka i jakoś go szczególnie polubił za profesjonalizm i charakter. Podzielił się ze mną wiedzą i bezcennymi wycinkami starej prasy. Czy to nie wspaniały sygnał, że warto badać rodzinne dzieje?
To wszystko nie wystarczyłoby jednak do podjęcia trudu spisania tej historii. Pisze się – choć bywają oczywiście inne względy – z myślą o czytelnikach. W moim zamyśle są nimi nasze dzieci, a zwłaszcza wnuki, którym tę pracę dedykuję.
Niemniej jest to próba odtworzenia prawdy o kresowej rodzinie. Stąd dygresyjny natłok wydarzeń, ludzi, którzy zapisali się w historii i kulturze swojej epoki. Dziadek z racji swojej pracy znał ich krocie. Jego siostry również obracały się wśród wielu wybitnych postaci. Cztery życia ludzkie na morzu burzliwej, sztormowej historii, wśród przygód i kataklizmów. Rozbitkowie. Albo inaczej – to knieja (bo przecież wywodzimy się z klanu leśników), gdzie każde drzewo ciekawe, poszycie różnorodne, splątane, bujna roślinność ciągnąca soki z bogatej, wiekami nawarstwianej gleby. Stąd tytuł – _Silva rerum_. W tej scenerii objawiło się wreszcie coś arcyważnego... świadectwo szlachetnego życia. Ta opowieść to także lekcja, jak pracować, kultywować talent, żyć uczciwie, pomagać innym; jaką wartość mają patriotyzm, otwartość, życzliwość, humor.
Powstała rzecz skondensowana, trudna. Mam świadomość, że wymaga od czytelnika wysiłku. Meandrów i niuansów trudnego życia nie da się namalować zbyt prostymi kreskami. Bardziej do wiersza niż do traktatu jest ona podobna. Staramy się oddać sprawiedliwość biegowi życia, ale trzeba nierzadko cofać się w przeszłość albo wybiegać w przyszłość.
Gdy kończyłam pracę nad tą książką, wpadła mi w ręce nowość z anglojęzycznego rynku wydawniczego, kolejna z serii, jak w tych niezbyt sprzyjających rodzinie czasach, wychowywać młode, zagrożone ze wszystkich stron pokolenie. _Zła terapia_, Abigail Shrier1. Wydawałoby się, że bez związku z moim przedsięwzięciem. A jednak i tu mamy cenne przypomnienie, że historia nawet ta mała, indywidualna jest nauczycielką życia. Autorka konkluduje: Sieć więzów rodzinnych jest źródłem poczucia sensu w ludzkim życiu. Kiedy odcinamy dzieci od poprzednich pokoleń, nie pozwalamy im stwierdzić, że odporność mają w genach. Pozbawieni zrozumienia wagi egzystencjalnej ciągłości, perspektywy historycznej, wyalienowani, osamotnieni młodzi ludzie widzą swoje problemy w izolacji i niemal dosłownie zabija ich samotność. Być może absurdalny chwilami teatr wielopokoleniowej rodziny wyrobi w nich stadną odporność wobec rozpaczy w obliczu nieuniknionych trudności i cierpień.
Ajschylos powiedział: czas sprawia, że wszystko staje się przeszłością. Młodzi, jakkolwiek byłoby to bolesne, muszą zdać sobie z tego sprawę. Motto książki podejmuje ten wątek. I – miejmy nadzieję – cała reszta również.Jesteśmy w Galicji, a raczej w Królestwie Galicji i Lodomerii, od pierwszego rozbioru Polski (1772) do odzyskania niepodległości (1918) wchodzącej w skład przemianowywanej Monarchii Habsburgów, Cesarstwa Austriackiego i wreszcie Austro-Węgier. Obejmowała ziemie południowej Małopolski, Roztocze Wschodnie, Podkarpacie Wschodnie i Wyżynę Podolską na zachód od Zbrucza. Nieformalnie dzieliła się na Galicję Zachodnią z głównym miastem Krakowem i Galicję Wschodnią z ośrodkiem we Lwowie. _De facto_ to Lwów, po Warszawie, był wtedy drugim pod względem znaczenia miastem polskim.
Mapa nr 1.
Galicja i lodomeria
1772-1918
Aby dowiedzieć się czegoś o antenatach, korzystam ze zdygitalizowanych szematyzmów, rejestrów urzędników państwowych w Galicji. Co za dobrodziejstwo! Księgi te zaopatrzone są w indeks nazwisk i odsyłają do strony, która opisuje funkcję pracownika. Nie oferują danych personalnych, ale dowiadujemy się, że ten a ten w tym a tym roku pracował tam a tam na takim a takim stanowisku. Karta tytułowa pierwszego dostępnego w internecie dokumentu głosi: _KALENDARZ TYTULARNY CZYLI IMIONA Y NAZWISKA WSZYSTKICH DYGNITARZÓW Y URZĘDNIKÓW I.C.K. A. MOŚCI W KRÓLESTWACH GALICYI Y LODOMERYI ZOSTAJĄCYCH, TUDZIEŻ CZESKIEY Y AUSTRYACKIEY NADWORNEY KANCELLARYI ORAZ Y NAJWYŻSZEGO TRYBUNAŁU SĄDÓW NADWORNYCH NA ROK 1781 W LWOWIE._ Tom nie jest tak obszerny, jak późniejsze, bo też dygnitarzy nie aż tak wielu. W miarę upływu czasu szematyzmy tyją, bowiem, jak wiadomo, biurokracja zwykła się rozrastać w postępie arytmetycznym czy nawet geometrycznym.
W szematyzmach znajdujemy Johanna von Petry z Hartenfels w Palatynacie. Od 1809 roku zajmuje niebagatelne stanowisko w Kancelarii w Kołomyi. Pracuje tu do 1855 roku. Inna postać to Ludwig Petri, który jest nauczycielem gimnazjalnym w Przemyślu, a wreszcie dyrektorem w Tarnowie. Ale to niekoniecznie właściwa droga poszukiwania przodków. Według wszelkiego prawdopodobieństwa bowiem antenaci o nazwisku Petry, Petri (stosowano obie wersje obocznie) przybyli do Galicji w czasie kolonizacji józefińskiej.
Zasiedlanie Galicji
Zasiedlanie Galicji ruszyło ostro za Józefa II, syna Franciszka I Lotaryńskiego i Marii Teresy, która ją zapoczątkowała. Cesarz rzymski, w latach 1765-1790 Józef II Habsburg, przedstawiciel absolutyzmu oświeconego, w czasie urzędowania wdrożył wiele reform. Akcji kolonizacyjnej, bardzo jak się okazało kosztownej dla skarbu państwa, oprócz osadnictwa na słabo zaludnionych terenach zawłaszczonych w I rozbiorze Polski (1772) przyświecał zamysł germanizacji Galicji – wzmocnienie szeregów niemieckojęzycznych urzędników, instruktorów, nauczycieli.
I co ciekawe, Galicja uchodziła za Eldorado. Chętnych było bardzo wielu. Tak wielu, że cesarz zakazał przyjmowania osadników z terenów austriackich. Co przyciągało? Taniość i atrakcyjne warunki: nadanie ziemi, wolność religijna, od sześciu do dziesięciu lat zwolnienia od podatku, danin – chociaż „mały druczek” mówił, że dotyczy to ziem wcześniej nieuprawianych. Przy dobrych, folwarcznych posiadłościach, koloniści płacili podatek już w następnym roku od zasiedlenia.
Zwolnienie od służby wojskowej stosowano wobec rzemieślników, którzy notabene byli bardzo poszukiwani.
Zwerbowanych kolonistów z Nadrenii, Palatynatu, Bawarii kierowano do Wiednia. Teraz socjologowie stawiają tezę, że żadna europejska nacja nie jest tak duchowo predysponowana do opuszczania swoich ziem jak Niemcy. Niemiec, słyszymy, opuszcza ziemię bez żalu, z poczuciem wyższości, i asymiluje się szybko. Ochotnicy przemieszczali się zwykle Dunajem, wsiadając na statek w Ginzburgu, poniżej Ulmu, oraz w samym Ulmie. Czasem szli pieszo przez Wirtzburg, Norymbergę. W Wiedniu przyjmował ich specjalnie ustanowiony urzędnik. Odbierał paszporty sprokurowane przez komisarzy werbunkowych i wydawał nowe uprawniające do kolonizacji. Spisywano członków rodzin, ustalano marszrutę. Za podróż zwracano dwa grosze od mili.
Osadnikom rozdzielano dobra tzw. królewskie czyli „państwowe”, majątki klasztorów zniesionych przez jaśnie panującego cesarza Józefa. Kolonistów dzielono na dość zabawne kategorie – ćwierć, pół i cały chłop, a inaczej kolejno – chałupnik, zagrodnik, kmieć. Rzemieślnikowi asygnowano dom, półrolnikowi/półrzemieślnikowi – dom ze stodołą, rolnikowi – dom ze stodołą i stajnią. Wyposażenia domowego osadnicy nie dostawali, zaopatrywano ich natomiast w narzędzia i przyznawano inwentarz, bo cesarzowi zależało na podniesieniu poziomu hodowli. Osadnicy mogli na jarmarkach kupować konie w wieku poniżej sześciu lat oraz krowy – poniżej czterech.
W Galicji w 137. miejscowościach osiedliło się nieco ponad trzy tysiące niemieckich rodzin chłopskich. Przy średniej liczebności tych rodzin oznaczało to około piętnastu tysięcy osób.
W notatkach rodzinnych znajduję daty urodzenia w Kałuszu Jana Wilhelma Petry (1819) i jego żony Agnieszki Żak (1822). Prapradziadek Jan Wilhelm, syn Jakoba Petry (1794-1841) i jego żony Kathariny (1794-1864), z domu Delwo, Telvo, Delvou, a są też inne transkrypcje tego nazwiska sugerujące jego wallońskie (Delvaux?) pochodzenie, posiada liczne rodzeństwo. To Filip Jakub, Małgorzata, Józef, Konrad, zmarła w dzieciństwie Barbara, Maria Barbara, Maria Elżbieta i Mikołaj. Tu pomógł mi pan Janusz Leszczyński, historyk z Sanoka, były wicedyrektor Zespołu Szkół Leśnych w Lesku, który znalazł mnie rozpracowując losy nauczycieli bolechowickiej szkoły.
Mapa nr 2.
Województwo stanisławowskie
1920-1939
Wilhelm Petry pojawia się w szematyzmach w 1856. Do 1875 roku, czyli przez blisko dwadzieścia lat, zasiada w urzędzie podatkowym starostwa w Dolinie. Ten rejon administracyjny obejmuje Dolinę, Bolechów, Rożniatów.
W tym samym dziale wyżej, bo zapewne jest starszy, może o całe pokolenie, pracuje jako kontroler Józef Żak. W szematyzmach przy tym nazwisku kropka nad „Z” czasem jest, a czasem jej nie ma, niemniej stanowisko pozostaje takie samo przez lata. (Wcześniej, w 1850 roku pracował w inspektoracie w Jarosławiu). Funkcje urzędowe w tym fachu są następujące: poborca, kontroler i oficyał, czyli urzędnik. Można wydedukować, że w 1856 roku obaj urzędnicy są w stosunku powinowactwa. Wilhelm Petry zostaje mężem Agnieszki z domu Żak, córki starszego kolegi z pracy. Z książki prof. S.S. Niciei _Kresowa Atlantyda_, tom XVI, dowiadujemy się, że na cmentarzu w Bolechowie pochowany jest Wilhelm Petry i Agnieszka Petryowa, zmarła w wieku siedemdziesięciu trzech lat, czyli za jej datę śmierci należałoby uznać 1895 rok. (Została tam również pochowana Amalia z Petrych Olpińska, siostra pradziadka Józefa).
Ślub Wilhelma i Agnieszki musiał odbyć się przed 1850 rokiem. Nie mamy po nich żadnych pamiątek. Na szczęście inaczej jest już z ich synem Józefem. To mój pradziadek. Wiemy, że urodził się w 1851 roku w Boryni nieopodal Turki nad Stryjem, niemal na samym południowym skraju województwa lwowskiego. Pierwszy ślad piśmienniczy dotyczący tej osady pochodzi z połowy XVI wieku. Według Wikipedii w 1870 roku znaleziono tam monety z czasów cesarza Trajana.