-
nowość
Simone de Beauvoir. W poszukiwaniu miłości i prawdy - ebook
Simone de Beauvoir. W poszukiwaniu miłości i prawdy - ebook
Paryż, rok 1929. Młoda Simone de Beauvoir chce prowadzić samodzielne życie. Studiować i pisać. Poznaje Jeana-Paula Sartre’a, enfant terrible, geniusza, który wkrótce zostaje jej kochankiem. Zawierają pakt, który ma zagwarantować im miłość, a zarazem wolność. Wspólnie formułują filozofię egzystencjalizmu, przynależą do paryskiej bohemy. Simone jednak przez długi czas nie potrafi urzeczywistnić marzenia o pisaniu – kolejni wydawcy odrzucają jej teksty jako „niestosowne”. Musi także walczyć o uratowanie swojego związku z Sartre’em. Któż bowiem zdoła pogodzić wielką miłość z dążeniem do wolności?
Snując opowieść o życiu odważnej myślicielki, Caroline Bernard zabiera nas w ekscytującą, odkrywczą podróż, a zarazem kreśli wyjątkową historię miłosną.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180986953 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Paryż, rok 1924
Tego wieczoru Simone znów pokłóciła się z ojcem.
Georges de Beauvoir, zniecierpliwiony, kroił kawałek pieczeni. Był ubrany, bo zamierzał wyjść.
Simone siedziała po jego lewej stronie. Obok talerza, jak zwykle, rozłożyła książkę. Nie marnowała czasu – chciała przeczytać założoną liczbę stron i wypełnić swój ambitny plan czytelniczy. Obecnie pochłaniała Eupalinosa Paula Valéry’ego.
– To niegodne młodej damy, by tak sobie folgować. Spójrz na swoje brudne paznokcie! – W słowa te ojciec tchnął całą swoją pogardę, jako aktor amator miał wprawę w modulowaniu głosu.
Simone nawet nie oderwała wzroku od lektury. Lewą dłonią przyciskała kartki otwartej książki, prawą zaś trzymała widelec i grzebała nim na talerzu w nadziei, że nawet na oślep złowi kawałek marchewki.
– Simone. Mówię do ciebie. Nie nauczono cię w tym domu dobrych manier?
– Georges, daj jej spokój. Ma szesnaście lat – odezwała się matka.
– No właśnie – zawołał Georges. – W tym wieku dziewczęta już dawno wiedzą, jak się należy zachować. Chodzą na poranki filmowe i mecze tenisowe, aby poznać odpowiednich młodzieńców.
– Nie chcę, żebyście szukali dla mnie męża – odparła Simone beznamiętnym tonem, przewracając stronicę.
– I tak żaden cię nie zechce. Takiej… sawantki, jak to się teraz mówi. Mężczyźni nie lubią mądrych kobiet.
Simone aż drgnęła. Czyżby ojciec nazwał ją sawantką? Przecież to on zachęcał ją do nauki i zawsze był dumny z jej najlepszych osiągnięć. Odkąd jednak zaczęła dorastać, uznał ją za niepozorną i prostacką. Od tej pory całą swą uwagę skupiał na jej siostrze Poupette, dwa lata młodszej i ładniejszej. Zmienił się zresztą nie tylko jego stosunek do córek, ale także on sam. Gdzie się podział człowiek, który co wieczór stawał przy kominku, recytował dla nich monologi i odgrywał scenki komediowe, aż ze śmiechu łzy spływały im po policzkach?
– Mężczyźni nie lubią też kobiet bez posagu – oświadczyła, unosząc na chwilę wzrok, by zobaczyć, jak zareaguje ojciec.
Zapłonął gniewem.
– Jesteś nie tylko biedna, ale i brzydka.
Simone wstała bez słowa. I tak straciła apetyt.
Za plecami usłyszała głos matki: – Simone ma rację, Georges. Gdybyś miał trochę więcej szczęścia w interesach, znalazłbyś też posag dla moich córek. Co z nimi będzie, możesz mi powiedzieć?
Simone dłużej nie słuchała. Aż za dobrze znała argumenty przytaczane w trakcie odwiecznych kłótni rodziców. Georges roztrwonił pieniądze, które Françoise wniosła w posagu. Pozbawieni służby musieli wprowadzić się do tego ciemnego mieszkania na piątym piętrze przy rue de Rennes, a przyszłość ich córek legła w gruzach.
Kłótnia trwała do momentu, gdy ojciec czmychnął z mieszkania. Simone położyła się do łóżka i naciągnęła kołdrę na głowę. Nie zareagowała nawet wtedy, gdy chwilę później do pokoju weszła Poupette. Udawała, że śpi, choć natłok myśli nie pozwalał jej zasnąć.
Zastanawiała się, dlaczego ojciec zaczął ją krytykować. Negować wszystko, co niegdyś uważał za dobre. Dlaczego nagle gardził jej pracowitością, jej szkolnymi sukcesami? Od kiedy podziw dla jej intelektu, który nazywał męskim, przemienił się w dezaprobatę? Kiedy ukochana dziewczynka, która napawała go taką dumą, stała się ciągłym utrapieniem, nieznośną sawantką?
Dotychczas Simone zawsze robiła to, czego od niej wymagano, a teraz czyniono jej z tego powodu wyrzuty. Poczuła się zdezorientowana, górę brała jednak dławiąca ją złość. Uwagi ojca dotknęły ją do żywego, nie zamierzała wszakże zmieniać swoich przekonań. Zastanawiała się, dlaczego się nie rozpłakała. Częste wybuchy płaczu przysporzyły jej wśród znajomych wątpliwej sławy. Nie pozwoliła jednak, by zniewagi ojca ją uraziły. Jego zasady już jej nie dotyczyły.
Leżąca obok niej Poupette jęczała przez sen. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by dotknąć siostry – łóżka dzieliła niewielka przestrzeń. Pokój był za mały, by pomieścić inne meble, choć Simone pragnęła miejsca do pracy, własnego biurka. Zastanawiała się, czy o nurtujących ją wątpliwościach powinna porozmawiać z siostrą. Nie, zdecydowała, Poupette by jej nie zrozumiała. Kochała młodszą siostrę, pełną uroku i inteligencji, choć pozbawioną jej ambicji i przebojowości.
Zrobiło się późno, a mimo to Simone nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała w ciszy mieszkania. Matka położyła się spać, ojciec wróci dopiero za kilka godzin. Wstała bezszelestnie i boso przemknęła do jego gabinetu. Miał ten pokój tylko dla siebie, choć prawie w ogóle nie spędzał w nim czasu. To rzecz oczywista, że mężczyzna i pan domu posiadał gabinet, nawet jeśli rzadko z niego korzystał.
Simone usiadła przy biurku Georges’a i wyjęła z szuflady kartkę. Papier lśnił w rozproszonym świetle ulicznych latarni, choć tu na górze wcale nie było ono jaskrawe. Simone sięgnęła po pióro. Naraz owładnęło nią wrażenie, jakby cały świat należał do niej. Bo mogła opisać go tak, jak według niej powinien wyglądać. W wyobraźni mogła stworzyć wszystko – wielką miłość, przygodę, nową filozofię, która ten świat by objaśniła.
No dobrze, co konkretnie miałaby napisać? Przed kilkoma miesiącami zaczęła prowadzić dziennik. Zeszyty były drogie, więc kolejne kartki zapełniała drobnym pismem. Miała też nadzieję, że matka nie będzie w stanie rozszyfrować jej bazgrołów. Zapisywała wyłącznie prawe stronice notatnika, lewe natomiast rezerwowała dla cytatów, tytułów książek oraz myśli, które wywarły na niej wrażenie i nie chciała o nich zapomnieć.
Tu jednak chodziło o coś innego: chciała spisać swoje życie. Skoro nie miała z kim porozmawiać o swoich troskach i marzeniach, będzie rozprawiać sama ze sobą, aby lepiej zrozumieć, czego w tym życiu pragnie i jakim sposobem może to osiągnąć. Przemieni się w posłuszną Simone, córkę z dobrego domu, która spełnia wszelkie oczekiwania swoich rodziców. Odpowiadać jej będzie druga Simone, która najbardziej kocha sprzeczności i niczego nie uznaje za pewnik, o ile wcześniej tego nie zakwestionuje. Która z nich zyska przewagę? Tak czy owak nie miała wątpliwości, że pisanie wyjdzie jej na dobre. Stanie się dla niej dobrowolnym wygnaniem, na którym może i będzie sama, ale nie samotna.
Simone uniosła pióro i nakreśliła nim kilka znaków w powietrzu, obserwując przy tym krążące za oknem ćmy, które zbłądziły aż tutaj i migotały w żółtym świetle gazowych latarni.
Ostrożnie odłożyła pióro na miejsce, a kartkę wsunęła z powrotem do szuflady biurka.
Będę wieść wyjątkowe życie – obiecała sobie. Życie, jakiego pragnę, a nie ów marny żywot, jakiego chcieliby dla mnie rodzice. Będę Simone de Beauvoir, a nie madame taką to a taką.
A pewnego dnia zostanę sławną pisarką.Rozdział 1
Wiosna 1927 roku
– Plus vite, Jacques, szybciej – zawołała Simone, wychylając głowę przez okno, by poczuć na twarzy muśnięcia wiatru. Nie mogła się powstrzymać i opuściła szybę, choć marcowy dzień był dość chłodny.
Chciała cieszyć się chwilą. Tego ranka zdała egzamin z literatury, i to – zgodnie z oczekiwaniami – z wyróżnieniem. Ukończenie studiów było kolejnym krokiem przybliżającym ją do urzeczywistnienia marzenia o pisarstwie, do którego wytrwale dążyła przez ostatnie dwa lata. W poszukiwaniu własnego stylu oraz tematu opowieści poświęcała lekturze każdą wolną chwilę dnia. Żadne dzieło nie umknęło jej uwagi. W księgarni Shakespeare and Company przy rue de l’Odéon pożyczała nowości wydawnicze z Ameryki, a u Adrienne Monnier naprzeciwko – autorów francuskich. Bywało, że gdy koniecznie chciała mieć jakąś książkę, a brakowało jej pieniędzy, posuwała się do kradzieży. U bukinistów nad Sekwaną czytała na stojąco wszystko, co wpadło jej w ręce. Książki, których nie znalazła nigdzie indziej, zamawiała w Bibliotece Narodowej, którą codziennie odwiedzała. Czytała tam głównie książki potrzebne jej na studiach. Poza literaturą poznawała też oczywiście życie, którym Paryż, miasto światła i sztuki, mienił się w całej jego różnorodności. Zwiedziła niemal każdą wystawę prezentowaną w okolicznych galeriach, była stałą bywalczynią wielkich muzeów. Kiedy tylko miała pieniądze, wstępowała z przyjaciółką do jednej z kawiarni na Montparnassie, siadała przy stoliku i wsłuchiwała się w głosy przesiadujących tam ludzi. Interesowało ją wszystko, nic nie ukryło się przed jej ciekawością.
Zdany egzamin znacznie przybliżył ją do celu. Ku jej radości kuzyn Jacques czekał na nią przed Institut Sainte-Marie i z uśmiechem na twarzy otworzył jej drzwi swojego nowego automobilu.
– Widzę, że nawet kobieta z dyplomem może być atrakcyjna – przyznał. – Czy mogę zabrać cię na przejażdżkę, by uczcić ten dzień?
Simone była przeszczęśliwa. W dzieciństwie ona i Jacques blisko się przyjaźnili. Później podziwiała swego starszego towarzysza. A teraz była gotowa się w nim zakochać. Ten przystojny, gustownie ubrany mężczyzna mieszkał razem z siostrą i gosposią w dużym mieszkaniu przy boulevard Montparnasse i nikt mu nie mówił, co ma robić. Był prawdziwym światowcem, często wychodził na miasto, znał wszystkie modne dancingi i galerie. To on przybliżył Simone surrealizm. Godzinami przesiadywali razem, rozmawiając o sztuce i literaturze. Jej surowa zazwyczaj matka pozwalała, by zabierał ją na spacer albo do kina. Także ojciec lubił go i cenił; kiedy Jacques wieczorami odprowadzał Simone do domu, ucinali sobie pogawędkę.
Na samą myśl o tym Simone wykrzywiała twarz. Przy takich okazjach jej ojciec i Jacques prowadzili niekończące się dyskusje o literaturze i teatrze. Ojciec potępiał modernizm i zachwalał klasyków. Simone miałaby na ten temat sporo do powiedzenia, ale niestosownie byłoby się mieszać do rozmowy – ojciec dał jej to jasno do zrozumienia. Kobieta nie powinna przerywać mężczyznom. Kiedy Georges miał dość jej obecności, kładł dłoń na ramieniu Jacques’a i razem zaszywali się w gabinecie. Simone aż kipiała gniewem.
Dzisiaj Jacques należał jednak tylko do niej. Simone opuściła daszek przeciwsłoneczny, by przejrzeć się w lusterku. W ostatnim czasie bardzo wyładniała, brzydkie kaczątko przeobraziło się w łabędzia. Choć nadal nie przywiązywała zbytniej wagi do swojego wyglądu, jej nieforemne stroje kryły sylwetkę pięknej młodej kobiety. Sama najbardziej lubiła swoje jasne oczy w kolorze niezapominajek, połyskujące na jej subtelnej twarzy. Kilka dni wcześniej ścięła długie włosy na modny obecnie bob. Jej przyjaciółka Zaza nosiła podobną fryzurę i w filcowych kapeluszach w kształcie dzwoneczka wyglądała uroczo. Simone miała jednak zbyt wiotkie włosy, a do tego pociągłą twarz, więc takie uczesanie po prostu do niej nie pasowało, choć jej kolega René Maheu, nazywany Lamą, twierdził inaczej. Był co prawda żonaty, ale kochał się w Simone. Wciąż ją podziwiał i nieustannie zachwalał to jej urodę, to mądrość, a nawet jej ochrypły głos, którym ciskała argumentami niczym wystrzeliwanymi z karabinu pociskami. Mylił się jednak w kwestii fryzury – ta była zwyczajnie nieudana. Tego dnia Simone związała włosy chustką w jasne plamki, chcąc ukryć to, co najgorsze.
Jacques najwyraźniej nie zauważył zmiany, powiedział tylko, że chustka ładnie współgra z białym kołnierzykiem jej bluzki.
– Wyglądasz na sympatycznego młodzieńca – droczył się.
Simone przechyliła się i oparła o jego ramię, gdy trąbiąc, wykonał gwałtowny manewr i wyprzedził inny samochód. Po chwili się wyprostowała, zamknęła lusterko. Jacques nie poświęcał swej aparycji wiele uwagi, był po prostu piekielnie przystojny. Simone przyglądała się z ukosa jego kształtnej twarzy. Lekko zmrużył oczy, miał w sobie coś z poszukiwacza przygód. Zauważył jej spojrzenie i się roześmiał.
– Zaraz będziemy na miejscu – oznajmił.
– Szkoda – odparła Simone. Mogłaby siedzieć obok niego całymi godzinami i cieszyć się przejażdżką. Wyjechali z miasta, kierując się na zachód. Tylko ze względu na nią Jacques wybrał trasę przez place de la Concorde, pośrodku którego ku bladoniebieskiemu niebu wznosił się obelisk, a następnie ruszył w kierunku Łuku Triumfalnego. Właśnie przejeżdżali pod rozłożystymi koronami drzew Lasku Bulońskiego. O tej porze roku były jeszcze bezlistne, ale wokół trawników Simone dostrzegła połyskujące kwiaty magnolii oraz żółć jaśminu i żonkili.
– Ależ tu pięknie – westchnęła, wystawiając rękę przez okno, by poczuć powiew chłodnego wiatru.
– We wszystkim znajdujesz coś pięknego – powiedział Jacques, kręcąc głową.
– Ależ wiosna w Paryżu jest cudowna, nie sądzisz? Spójrz na tę aksamitną zieleń. Taka barwa pojawia się tylko teraz. Za tydzień już jej nie zobaczysz. – Przymknąwszy powieki, wystawiła twarz ku słońcu, które właśnie przebiło się przez zasłonę chmur. Po chwili znów zerknęła na Jacques’a. Z werwą zaparkował samochód, po czym go obszedł, by otworzyć jej drzwi.
– Mogę prosić?
Simone uśmiechnęła się do niego.
– Na co masz ochotę? Przejażdżka łodzią czy lody?
– I to, i to – zawołała. – Ale muszę być w domu przed ósmą. Tato chce uczcić mój egzamin.
Wynajęli jedną z niewielkich łódek o kształcie łabędzia i leniwie wypłynęli na środek jeziora.
Jacques wyciągnął z kieszeni marynarki książkę. To był Mój przyjaciel Meaulnes, powieść Alaina-Fourniera, uważana przez wielu za następczynię Wertera Goethego, ponieważ opowiadała o miłości – wielkiej, nieszczęśliwej miłości – którą można poczuć tylko za młodu. Historia ta wprowadziła Simone w stan emocjonalnego chaosu, od tej pory jej subtelne uczucia do Jacques’a zyskały na intensywności. Ostatecznie pchnęło ją to do uznania literatury za substytut religii. Simone wierzyła w moc słowa, powieści stały się dla niej nową Biblią, nawet jeśli przysporzyła tym matce zmartwień o zbawienie córki.
– Nie musisz mi jej czytać. Znam na pamięć całe fragmenty.
– No dobrze, w takim razie może dasz się skusić na Chłopczycę? Twoja fryzura w sam raz do niej pasuje.
A więc zauważył moją fryzurę – pomyślała Simone, kiedy wyciągał książkę z drugiej kieszeni. Zachichotała. Powieść Victora Margueritte’a wywoływała jeden skandal za drugim, ponieważ jej główna bohaterka, Monique Lerbier, opierała się planom małżeńskim kreślonym przez rodziców, a przy tym prowadziła nader niezależne życie. Simone, a jakże, przeczytała również i tę książkę, oczywiście ukradkiem, bez wiedzy rodziców. W trakcie lektury nie raz zapragnęła pójść w ślady Monique.
– Tę także znam. – Machnęła ręką. – Tylko nie pokazuj jej mamie, bo już nigdy nie pozwoli mi z tobą wyjść.
– Czy ona nadal cenzuruje twoje lektury?
– Dała już za wygraną. – Dziewczyna potrząsnęła głową z irytacją na wspomnienie Françoise spinającej szpilkami do włosów stronice, których nie powinny czytać jej córki. Simone rzecz jasna zawsze zaczynała od tych właśnie fragmentów, a potem wbijała szpilki dokładnie w te same dziury.
– Chce, żebyś była grzeczną panienką i miała szanse dobrze wyjść za mąż – odparł Jacques.
– Ja? Dobrze wyjść za mąż? Wiesz, że to nierealne, bo tato nie może zapłacić posagu.
– Wiem też, że wcale tego nie chcesz.
– Wyjść za mąż? Zrobię to, owszem, ale nie za byle kogo, a już na pewno nie za kogoś, kogo wybiorą dla mnie rodzice. – Simone dziarsko spojrzała na niego z ukosa, by sprawdzić, czy zrozumiał jej aluzję.
Zamiast zareagować, Jacques energicznie chwycił za wiosła. Jakby chciał zapobiec wpłynięciu na mieliznę, choć od jednej ze sztucznych wysp dzieliła ich jeszcze spora odległość.
Przez resztę popołudnia znów jednak grał urzekającego czarodzieja.
Do domu dotarli w samą porę, Simone zdąży pójść z ojcem do teatru.
Podczas gdy Georges zaprowadził Jacques’a do gabinetu, chcąc zamienić z nim słowo „jak mężczyzna z mężczyzną”, Simone czmychnęła do swojego pokoju, aby spiesznie przeczesać grzebieniem rozczochrane włosy i na nowo zawiązać chustkę. Jej policzki nabrały rumieńców, a skóra zdawała się lśnić, lecz nawet to zapewne nie przekona ojca, który nie potrafił dostrzec w swojej córce nic pięknego. Ciekawe, o czym teraz rozmawia z Jakiem. O ich małżeństwie? Dla niej byłoby to spełnieniem marzeń, ojciec zaś musiałby w końcu przyznać, że mimo wszystko sama potrafi znaleźć sobie męża.
Westchnęła.
Simone nie mogła pojąć, dlaczego ojciec tak bardzo się na niej zawiódł. Jego słowa o tym, że myśli jak mężczyzna, zawsze napawały ją dumą. Uczyła się i pracowała, by sprostać temu wyobrażeniu. Dziś uzyskała swój pierwszy dyplom, chciała mu tym zaimponować. On jednak nawet nie zapytał, czego dotyczył egzamin. W ogóle go to nie interesowało.
Simone już dawno przestała się uczyć, by zrobić na ojcu wrażenie. Zakosztowała wiedzy, a każda przeczytana książka rozbudzała w niej ciekawość kolejnych lektur. Uwielbiała roztrząsać kwestie naukowe i odkrywać nowe rzeczy, wymyślać przekonujące argumenty i zaskakiwać innych swoją bystrością.
Uśmiechnęła się do siebie, po czym wróciła do pozostałych.Rozdział 2
Zima 1927 roku
Simone już dawno pogodziła się z myślą, że nie zawrze zaaranżowanego małżeństwa, co było normą dla kobiet z warstwy społecznej, do której przynależała. Jej ojciec stracił większość majątku na rosyjskich obligacjach wojennych, a pozostały kapitał roztrwonił w ryzykownych przedsięwzięciach, przez co drzwi wielu domów z wyższych sfer były przed nią zamknięte.
Simone będzie musiała sama zarobić na swoje utrzymanie. Zanim osiągnie sukces literacki, podejmie się pracy nauczycielki. Gdyby była mężczyzną, mogłaby uczęszczać do paryskiej École normale supérieure, gdzie kształcili się najlepsi nauczyciele w kraju. Z pewnością by sobie poradziła, problem w tym, że niemal nie przyjmowano tam kobiet. Zapisała się więc do różnych szkół – do Institut Catholique, Lycée Sainte-Marie w Neuilly oraz na Sorbonę – by studiować matematykę, literaturę, grekę i łacinę, a także filozofię. By dostać się z jednej szkoły do drugiej, jeździła metrem i autobusem po całym Paryżu. Poza tym matka uparła się, by codziennie wracała do domu na obiad. Simone polubiła te wędrówki, ponieważ przez nikogo niezauważona mogła w spokoju czytać i oddawać się marzeniom. Czasem wysiadała, gdzie popadło, by odkrywać nieznane zaułki lub okolice. Mimo wszystko uznała jednak, że takie życie jest dosyć męczące.
Oceniła, że nauka zajmie jej jakieś cztery lata. Toż to cała wieczność! – pomyślała. Tak długo będzie zmuszona mieszkać z rodzicami i przestrzegać licznych nakazów i ograniczeń.
– Dlaczego nie udzielasz prywatnych korepetycji? – zasugerowała matka, coraz bardziej zatroskana o zbawienie jej duszy. Córka uczęszczała do szkoły kościelnej, gdzie krytycznie odnoszono się do nauczania świeckiego, a teraz zamierzała studiować akurat filozofię.
– Chcesz robić za tapira? – oburzył się ojciec. „Tapir” było drwiącym określeniem prywatnego korepetytora. Za szczyt głupoty ojciec uznawał jednak pracę w szkole. Urzędnikami gardził jeszcze bardziej niż tapirami. – Dlaczego nie zaczniesz studiować prawa? To zawsze się przydaje – rzekł. Sam był prawnikiem, ale po wojnie musiał zrezygnować z prowadzenia kancelarii i nigdy już nie wrócił do zawodu.
Simone nie mogła dłużej tego słuchać. Już od dawna nie zważała na opinię ojca. Nie łaknęła jego pochwał. Ukończy swoje studia, potem… zobaczymy. Kiedy mu to powiedziała, wybuchnął złością. Simone wstała i wyszła z pokoju.
Tego wieczoru, gdy siostry leżały w łóżkach, Poupette zapytała:
– Dlaczego zawsze musisz się odróżniać od pozostałych? Dlaczego wszystkich do siebie zrażasz, a potem się dziwisz, że nikt cię nie lubi? – W jej głosie pobrzmiewał wyrzut, ale także nuta podziwu.
Simone nie zastanawiała się długo nad odpowiedzią.
– Jestem po prostu inna. Nie chcę, aby ktoś za mnie decydował o moim życiu. Jestem Simone, jestem sobą, a nie kimś, za kogo inni zechcą mnie uznać.
– To męczące, prawda?
Simone przytaknęła. Tak, to było wyczerpujące, czasem nawet ponad jej siły. Ale innej drogi nie znała.
Françoise nie mogła znieść, kiedy Simone pogrążała się w lekturze. Wciąż miała nadzieję, że jej córka znajdzie męża w odpowiednim towarzystwie, i korzystała z każdej okazji, by wyciągnąć ją z domu.
– Simone, proszę, szykuj się. Wiesz, że jesteśmy zaproszeni do Brugerów. – Matka otworzyła drzwi do pokoju, kiedy Simone leżała na łóżku i czytała. W głosie Françoise dało się wyczuć zniecierpliwienie. Już dwa razy upomniała córkę. Poupette stała w płaszczu za jej plecami.
– Nie idę. Muszę popracować. Jutro zaczyna się nowy semestr. – Simone ostentacyjnie przewróciła się na drugi bok.
– Ależ oczywiście, że pójdziesz – odpowiedziała matka przenikliwym, pogardliwym tonem, którego Simone tak bardzo nie znosiła. – Państwo Brugerowie są przyjaciółmi rodziny i zaprosili nas na aperitif. Będą tam również Castelletowie.
– Dla mnie ci ludzie są nudni.
– Co za nonsens! No już, ubieraj się.
Matka nie dała jej wyboru. Simone przesiedziała dwie przydługie godziny w zatłoczonym salonie Brugerów, zmuszona przysłuchiwać się jałowej paplaninie i znosić lekceważące spojrzenia madame Castellet, która wychwalała pod niebiosa własnego syna. Usiadł nieśmiało obok niej i przez całe popołudnie nie odezwał się słowem. Simone uważała go za niesłychanie durnego. Jakże nieszczerzy byli ci ludzie. Oni nie żyli, a tylko udawali! Simone skrzywiła się i nie odpowiadała na zadawane jej pytania.
– To trudny wiek – oznajmiła madame Bruger na pożegnanie. Te konszachty na dobre zirytowały Simone. Rozmawiają o niej tak, jakby nie stała tuż obok. I zachowują się, jakby wiedziały wszystko o dziewczynach w jej wieku. Simone nie była jednak jak wszystkie inne – i nigdy nie będzie.
W drodze powrotnej do domu matka robiła jej cierpkie wyrzuty. Zachowuje się niestosownie, zniechęca do siebie ludzi.
– W ten sposób nigdy nie znajdziesz męża.
Simone przystanęła i spojrzała na nią oszołomiona.
– Naprawdę chcesz mnie wydać za takiego przygłupa? Nie chcę męża. I mieć nie będę, bo papa roztrwonił mój posag, o czym wszyscy dobrze wiemy!
Françoise podniosła rękę – Simone sądziła, że matka ją uderzy – po chwili jednak ją opuściła, spostrzegłszy, że zwraca na siebie uwagę przechodniów. W milczeniu ruszyły do domu.
Matka bez wątpienia opowiedziała ojcu o jej niestosownym zachowaniu. Simone dostrzegła w jego oczach rozczarowanie, gdy następnego wieczoru siedziała przy stole przemęczona, z nieumytymi włosami i w znoszonym ubraniu, ucząc się greckich czasowników, zamiast rozpocząć uprzejme pogaduszki.
– Jesteś niewdzięcznym potworem – prychnął.
Simone poczuła się dotknięta do żywego. Nic jednak nie mogła zrobić. Ojciec już od dawna nie był dla niej wzorem do naśladowania. Nie mogła zapomnieć, że sam nie panował nad własnym życiem. Gardził książkami, które czytała. Odrzucał bezwiednie wszystko, co niefrancuskie. Był nieprzejednany i ograniczony, a do tego uległy. Każdego wieczoru wychodził na partyjkę brydża i uważał, że jednym z przyrodzonych praw mężczyzny jest przygodna niewierność, podczas gdy kobiety powinny być cnotliwe. Jakim prawem człowiek ten mówił jej, jak ma postępować?
Zerkając do książki i odmieniając w pamięci czasowniki, Simone pomyślała o Zazie. Kiedy w czwartej klasie dziewczyna zajęła obok niej miejsce w ławce, zostały najlepszymi przyjaciółkami. Simone poznała wówczas błogosławieństwo prawdziwej przyjaźni. Zaza pochodziła z bogatej, pobożnej rodziny, miała liczne rodzeństwo, a obowiązki towarzyskie wypełniała z gracją i łatwością. Umiała prowadzić rozmowę, podawać herbatę, zawsze była nienagannie ubrana. Nigdy nie podnosiła głosu ani nie śmiała się głośno. Simone podziwiała ją zarówno za jej talent pianistyczny, jak i za erudycję. Jak udawało się jej być posłuszną córką, a zarazem kimś w rodzaju przyjaciółki własnej matki? Niestety, rzadko się widywały, gdyż Zaza wciąż była zajęta rodzinnymi obowiązkami. Simone bardzo za nią tęskniła, czując dotkliwiej niż kiedykolwiek ogromną wagę ich przyjaźni.
Taki właśnie musi być mężczyzna, którego pewnego dnia pokocham – powtarzała sobie. Nie mogę mieć ani krzty wątpliwości, że jest tym jedynym, bo inaczej wciąż musiałabym zadawać sobie pytanie: dlaczego właśnie on, a nie ktoś inny?
Spojrzała na rodziców, którzy chętnie wydaliby ją za mąż za jakiegoś nudziarza. Poczuła satysfakcję z tego, jak bardzo oddaliła się od rodziców i swojej klasy społecznej. Nawet Bóg nie był dla niej ostoją – już w wieku czternastu lat uznała, że nie istnieje. Dokąd jednak zmierza? Gdzie jest jej miejsce na ziemi? Gdyby tylko miała z kim porozmawiać o swoich wątpliwościach, o nurtującym ją pragnieniu autentycznego, uczciwego życia. Nie miała nikogo, kto podzielałby jej sposób myślenia, kwestionowania świata.
Matka zauważyła jej krytyczne spojrzenie. Simone na powrót pochyliła się nad słówkami.
Przed zwątpieniem i nudą miały ją uchronić zajęcia intelektualne. Simone wyznaczyła sobie rygorystyczny harmonogram dnia – każdą minutę wypełniały jej lektury. Jeszcze mniej zważała na swój wygląd – nie dbała ani o stroje, ani o fryzurę. Gdy nie miała wykładów, całe dnie spędzała w Bibliotece Narodowej przy rue de Richelieu. Już sam spacer do jej gmachu, przez dziewiętnastowieczne zadaszone pasaże, obok hafciarni i warsztatu porcelanowych lalek, sprawiał jej czystą przyjemność. Kiedy przechodziła przez drewnianą bramkę obrotową, która, zatrzaskując się za nią, wydawała charakterystyczny dźwięk, i wkraczała do ogromnej czytelni sklepionej licznymi świetlikami, przywodzącymi na myśl rozłożone parasole, zamierało jej serce. Była przytłoczona – na piętrowych, niebotycznych regałach przechowywano książki i rękopisy, nuty i obrazy, gazety, katalogi i wszelkie druki, kryjące w sobie całą wiedzę Francji. Tu tkwi odpowiedź na każde pytanie. Zapewne w jednej z owych setek tysięcy książek znajdzie też wyjaśnienie, dlaczego jest taka nieszczęśliwa i wciąż skłócona z matką. Musi tylko odszukać właściwy tom.
Już w progu dostrzegła, że jej ulubione miejsce nadal jest wolne. Znajdowało się przy przejściu, po lewej stronie, numer 271. Podeszła szybkim krokiem, odsunęła krzesło i usiadła przy szerokim stole ze skórzaną wstawką. Włączyła lampę z zielonym szklanym kloszem, po czym na chwilę przymknęła oczy, by się skupić i rozkoszować tą niezwykłą, jakże lubianą przez siebie atmosferą.
Wokół rozbrzmiewało wszechobecne skrzypienie parkietu i zużytych krzeseł, do którego przywykła tak bardzo, że miała wrażenie, iż bez niego nie potrafiłaby się skupić na czytaniu. Co pewien czas dało się słyszeć odgłosy poczty pneumatycznej. Simone lubiła sobie wyobrażać ową wędrówkę papierów z innego piętra czy skrzydła budynku, przesyłanych pod ciśnieniem przez rury, a w końcu wypluwanych w kącie sali.
Ktoś obok niej odchrząknął. Ocknęła się. Otworzyła książkę i zaczęła czytać.
Kiedy zgłodniała, zrobiła sobie przerwę. W końcu zdołała wymusić na matce zgodę, by nie wracać w południe do domu na obiad, gdyż marnowała za dużo czasu w metrze. Poszła po bagietkę i kawałek sera, po czym usiadła w ogrodzie Palais-Royal, oddalonym zaledwie o jedną przecznicę. Od tego czasu wiosną zwykle siadała na ławce pod jednym z tulipanowców, które w tym osłoniętym ze wszystkich stron parku zakwitały wcześniej niż gdzie indziej. W razie deszczu szukała miejsca pod arkadami. Potem wracała i pracowała dalej, dopóki kierownik zmiany w czytelni nie oznajmił poważnym głosem: „Messieurs, zamykamy”. Któregoś dnia podeszła do jego biurka i zapytała, czy dotyczy to również pań, ale mężczyzna tylko spojrzał na nią bez zrozumienia. Po wyjściu na zewnątrz zanurzała się w świetle popołudnia i dopiero po chwili uświadamiała sobie, że jest w Paryżu. Wokół niej krzątali się ludzie zajęci codziennymi sprawami. Wynosili śmieci albo kupowali chleb, podczas gdy ona pogrążała się bez reszty w swoim duchowym świecie. Często chadzała aż nad Sekwanę, a kiedy wieczorne słońce oblewało liczne okna Luwru złotym blaskiem, nierzadko do oczu napływały jej łzy radości.
Mimo zadowolenia z drogi, jaką w życiu obrała, często przeszywała ją potworna niepewność i ogarniały dziwne uczucia. Całymi nocami płakała za Jakiem. Zwyczajnie nie rozumiała, jak winna traktować ten związek. Czasem nim gardziła, sądząc, że marnuje sobie życie. Przepadł na egzaminie z prawa i był tym sfrustrowany, nie podjął jednak starań, by go powtórzyć. Przez wiele tygodni nie dawał znaku życia, a ona usychała z tęsknoty.
Pociechę odnajdywała w rozmowach z Zazą. Ojciec przyjaciółki podjął nową pracę, przynoszącą znaczny dochód. Rodzina przeprowadziła się do okazałego mieszkania, kupiła samochód. Z tego względu Zaza miała jeszcze więcej obowiązków towarzyskich i prawie nie znajdowała dla Simone czasu. Nierzadko spędzały razem tylko kilka godzin w niedzielę, spacerując po Champs-Élysées. Simone zwierzała się wówczas przyjaciółce ze swych wątpliwości, opowiadała o marzeniach. Zaza starała się okazywać wyrozumiałość, uznała jednak, że Simone pragnie zbyt wiele.
– Uważam, że jesteś bardzo odważna. Ale kobieta chce mieć w końcu dzieci i męża – oznajmiła – takie jest jej przeznaczenie, prawda?
– Bo tak napisano w Biblii? – zapytała Simone ostrym tonem. – Już od dawna w to nie wierzę.
Zaza spojrzała na nią przerażona.
Swoją inteligencją oraz dobrymi stopniami Simone coraz częściej zwracała uwagę innych studentów, głównie młodych mężczyzn. Schlebiało jej, że gromadzili się wokół niej i zadawali jej pytania. Latem 1928 roku zdała egzamin z filozofii z drugim najlepszym wynikiem na roku. Trzecią lokatę zajął młody człowiek nazwiskiem Maurice Merleau-Ponty. W dniu ogłoszenia wyników przedstawił się jej i pogratulował sukcesu. Przygotowywał się do egzaminu w elitarnej École normale supérieure, co w oczach Simone czyniło go niezwykle interesującym. Może zdoła go wypytać o prowadzone tam wykłady. Jako mężczyzna wzbudzał w niej raczej obojętność; był wysoki i mało zgrabny, nie pociągał jej. Nie miało to jednak znaczenia, bo zawsze zachowywał się szarmancko, a przede wszystkim był inteligentny, czym zyskiwał w oczach Simone. Była zachwycona, gdy prowadził z nią poważne dysputy filozoficzne. W końcu znalazła dla siebie równorzędnego partnera do rozmów. Mniej ucieszyło ją to, że był zagorzałym katolikiem, ale przynajmniej miała okazję toczyć z nim wielogodzinne dyskusje o kościelnych mistykach.
Simone zaczęła prowadzić zajęcia dla młodszych uczniów w swojej dawnej szkole. Dzięki temu zyskała dodatkową swobodę. Mogła powiedzieć matce, że musi dawać lekcje, a za zarobione pieniądze kupować książki i najtańsze bilety na koncerty do Châtelet lub na przedstawienia Ballets Russes.
W wieku lat dwudziestu postanowiła zrobić wszystko, by skrócić czas studiów – im rychlej podejmie pracę, tym szybciej będzie mogła się cieszyć długo wyczekiwaną wolnością.
– Profesor Brunschvicg pozwoli mi zrobić dyplom i jednocześnie przygotować się do konkursu rekrutacyjnego w École normale supérieure. Dzięki temu zdobędę kwalifikacje do nauczania w szkołach. Jestem jedną z pierwszych przyjętych studentek. Zaoszczędzę cały rok – mówiła z dumą przy wieczornej kolacji.
Rodzice nie chcieli się na to zgodzić. Simone przez kilka tygodni nie odzywała się do nich słowem, aż w końcu ustąpili. Była przeszczęśliwa. Jeszcze tylko półtora roku i nareszcie zyska samodzielność.
Wszystko mogłoby się ułożyć, gdyby Jacques nie musiał odbyć służby wojskowej w Algierii. Nie będzie go przez czternaście długich miesięcy. Simone myślała, że skona z rozpaczy. Jak zdoła przeżyć bez ukochanego Jacques’a? Zaczęła sobie wmawiać, że i tak nie miałaby dla niego czasu, skoro chce ukończyć studia zgodnie z planem.
Z rozdartym sercem weszła do lokalu, do którego zaprosił ją na pożegnalny wieczór. Pod podanym adresem mieścił się bar w suterenie. Zdumiona zeszła po schodach. Wnętrze było ciemne i zadymione, grała muzyka, pary tańczyły blisko siebie, całowały się. Tego się nie spodziewała. Zastała Jacques’a w gronie hałaśliwych przyjaciół. Simone położyła torebkę na ławce i postanowiła cieszyć się atmosferą wieczoru. Jeszcze nigdy nie była w takim miejscu. Aura panująca w zaciemnionym lokalu pozwoliła jej na chwilę zapomnieć o początkowym rozczarowaniu. Dym tytoniowy i opary alkoholu uderzyły jej do głowy. Obserwowała innych gości, wypiła swój pierwszy koktajl i od razu polubiła słodycz ananasa – spodobała jej się też mała parasolka, którą próbowała wyłowić owoc. Przyglądając się własnemu odbiciu w lustrze i wsłuchując w sprośną paplaninę ludzi wokół siebie, zastanawiała się, co może się znajdować w licznych butelkach, zręcznie przestawianych przez barmana. Jakie smaki, jakie formy odurzenia kryły się za kolorowymi etykietami? Obrzuciła barmana przenikliwym spojrzeniem, czując się rozpustnie atrakcyjna. Jacques odwiózł ją później do domu. Simone siedziała w aucie obok niego i szukała właściwych słów.
– Zanim wrócisz, prawie skończę już studia – oznajmiła. Miała nadzieję, że podchwyci jej myśl. Czy nie czas na zaręczyny? Ale Jacques wpatrywał się niewzruszenie w ulicę.
Padał deszcz, światła Paryża rozmyły się w białe i czerwone smugi na przedniej szybie samochodu. O wiele za szybko dotarli przed dom przy rue de Rennes. Powinien wreszcie coś powiedzieć, nadeszła chwila na rozmowę w cztery oczy. Pragnęła, by ją pocałował i poprosił, żeby na niego zaczekała – pobiorą się, gdy ukończy służbę wojskową.
Ale Jacques tego nie zrobił.
– Au revoir – powiedział tylko na pożegnanie, pochylając się, by otworzyć drzwi pasażera. Wysiadła, a on odjechał.
Simone stała sama na środku chodnika i patrzyła na oddalający się samochód, zbyt oszołomiona, by cokolwiek powiedzieć lub pomyśleć.
Przez następne tygodnie wmawiała sobie, że nie tęskni za Jakiem. Nie znajdowała czasu na uczucia, ponieważ znów miała więcej obowiązków. Zajmowała się obecnie dorobkiem niemieckiego filozofa Gottfrieda Wilhelma Leibniza, które profesor Brunschvicg podsunął jej jako temat pracy dyplomowej.
Tylko w niedziele pozwalała sobie na chwilę relaksu i razem z Zazą grywały w tenisa. W ten weekend zaprosiła Merleau-Ponty’ego, a on przyprowadził Gandillaca, kolegę ze studiów. Simone znała go z widzenia i uważała za sympatycznego, bo pochodził z zamożnej rodziny, a mimo to nie był zarozumiały. Grali w debla i świetnie się przy tym bawili. W kolejną niedzielę Ponty zaprosił ją na wycieczkę łodzią.
– Proszę zabrać swoją przyjaciółkę – zaproponował.
Simone ze zdumieniem zauważyła, że Zaza zachowuje się zupełnie inaczej niż zwykle. Była żywiołowa, często się śmiała i nieustannie szarpała za obrąb sukienki. Całą swoją uwagę poświęcała Maurice’owi.
– Zadurzyłaś się w Pontym – droczyła się Simone, gdy wracały autobusem do domu.
Zaza przytaknęła zamyślona.
– To wspaniały człowiek. Myślę, że spodobałby się rodzicom.
Simone, ośmielona przeżyciami pamiętnego wieczoru pożegnalnego Jacques’a, chadzała teraz do barów razem z Poupette, która tymczasem zaczęła studiować malarstwo. Spotykały tam artystów, robotników i dziwaków, lubiły rozmawiać z ludźmi pochodzącymi z zupełnie innego świata niż ich własna rodzina. Simone wydawała pieniądze zarobione na korepetycjach. Najbardziej spodobał jej się Jockey, którego wnętrze zdobiły zdjęcia Grety Garbo i Charliego Chaplina. Razem z Poupette uwielbiały przesiadywać przy barze i popijać wódkę. Czasem udawały, że się nie znają, i urządzały hałaśliwą awanturę. Bawiło je to, że zwracają na siebie uwagę innych ludzi.
Co pewien czas przychodził list od Jacques’a. Pisał dziwne zdania, których znaczenia nie rozumiała. W przyszłym roku porządnie się za to zabierzemy. Uznała, że pisze o małżeństwie, myśl ta wprawiła ją w prawdziwy błogostan.
Lato spędziła jak zwykle na wsi. Jej rodzina miała dwa wiejskie domy. Przez pierwsze cztery tygodnie tradycyjnie już zatrzymała się w regionie Limousin. W wiosce Meyrignac, zaledwie kilka kilometrów od Uzerche, jej pradziadek kupił swego czasu dwieście hektarów ziemi wraz z domem. Wnętrze nie oferowało żadnych wygód, brakowało bieżącej wody i elektryczności. Wodę czerpano za pomocą znajdującej się przed domem pompy, której rytmiczny pisk stał się jednym z ulubionych dźwięków Simone.
Letnie wyjazdy do Meyrignac zawsze sprawiały Simone i Poupette wiele radości. Matka w niczym nie ograniczała ich swobody, całymi dniami mogły się włóczyć po okolicy. Kochały też swojego dziadka, który trzymał się ustalonego rytmu dnia i nawet wnuczkom nie pozwalał go zakłócać. Kiedy pobyt w Meyrignac dobiegał końca, na kolejne tygodnie wyjeżdżały do oddalonego ledwie o kilka kilometrów La Grillère, gdzie dom miała siostra Georges’a.
W czasie wakacji Simone powróciła do ulubionych nawyków. Czytała przez długie godziny, wyciągnięta na trawniku lub ukryta za krzewami, odbywała długie spacery i podziwiała uroki przyrody. Przez tydzień gościła u Zazy i jej rodziny, która także spędzała wakacje na prowincji. W ogromnej posiadłości kręciło się ośmioro rodzeństwa Zazy, mnóstwo krewnych, cały tłum gości oraz służby. Kwitło życie towarzyskie, organizowano przyjęcia, podwieczorki, turnieje krykieta oraz pikniki. Simone szybko zatęskniła za ciszą i spokojem Meyrignac. Zwłaszcza że ani minuty nie mogła spędzić sam na sam z Zazą, o co zadbała madame Le Coin, uznając, że Simone ma zły wpływ na jej córkę. Uważała ją za zubożałą dziewczynę pozbawioną manier, a jej ojca za bankruta.
Ku swemu rozczarowaniu Simone nie mogła również, wzorem poprzednich lat, dzielić z Zazą wspólnego pokoju. Zamiast niej w sąsiednim łóżku spała Stefa, młoda Ukrainka, choć w rodzinie Le Coinów zawsze nazywano ją mademoiselle la Polonaise, panienką z Polski. Opiekowała się młodszym rodzeństwem Zazy, była urodziwą blondynką. Simone od razu spostrzegła, jak bardzo jest inteligentna. Studiowała na Sorbonie, czym jeszcze bardziej zyskała w jej oczach.
– Dlaczego pracujesz jako guwernantka? – zapytała Simone pierwszego wieczoru. – Zaza powiedziała mi, że pochodzisz z bardzo zamożnej rodziny.
Stefa roześmiała się beztrosko.
– Matka dała mi pieniądze na studia, ale jestem okropnie rozrzutna i już dawno wszystko wydałam. Dlatego zgłosiłam się do madame Le Coin, by przyjęła mnie jako opiekunkę do dzieci.
– Jak ją sobie zjednałaś? Nie wyglądasz na zagorzałą katoliczkę.
Stefa uśmiechnęła się szelmowsko, złożyła dłonie i skierowała wzrok ku niebu.
– Udawałam pobożnisię, a ona mi uwierzyła.
Swoją zuchwałą wesołością od razu zaskarbiła sobie sympatię Simone. Od tej pory młode kobiety spędzały noce na szeptach i chichotach, plotkując o tym, jak staroświeccy, arcykatoliccy i skąpi są Le Coinowie. Stefa wciąż szokowała Simone swoją bezpruderyjnością. Już pierwszej nocy zwyczajnie zdjęła sukienkę i halkę, po czym zaczęła się myć, rozmawiając przy tym bez skrępowania. Simone jeszcze nigdy nie widziała innej osoby nago, nawet Poupette. Zakłopotana, odwróciła wzrok. Z książek wiedziała wprawdzie co nieco o kobiecej anatomii oraz o stosunkach między kobietami i mężczyznami, nie odważyłaby się jednak mówić o tych sprawach równie otwarcie jak Stefa. Nie byłaby wszakże sobą, gdyby z miejsca nie pozbyła się tych wątpliwości.
Ze szczególną uwagą słuchała opowieści o Fernandzie, hiszpańskim malarzu, którego Stefa poznała rok wcześniej w Berlinie. Dziewczyna wyznała, że się w nim zakochała – i że z nim sypia. Słysząc takie historie, Simone aż otwierała usta ze zdumienia.
Kiedy jesienią Simone wróciła do Paryża, miała umięśnione nogi, a cerę ogorzałą i promienną. Nie mogła się doczekać powrotu na studia – znów całe dnie spędzała w bibliotekach i oddawała się lekturze. W nadchodzącym semestrze czekały ją trudne dzieła Kanta. Dla urozmaicenia czytała barwne historie z greckiej mitologii.
Być może to właśnie zażyłe rozmowy ze Stefą przypomniały jej o własnej cielesności. Z upodobaniem oddawała się skłonności do marzycielstwa. W Bibliotece Narodowej zamykała oczy i wyobrażała sobie, że siedzący za jej plecami Jacques, również pogrążony w pracy, od czasu do czasu na nią spogląda. Nierzadko samo przeczucie jego obecności wystarczało, by dać się ponieść fantazji. Lubiła delektować się tymi cudownymi chwilami. Potem znów przywoływała się do porządku i na powrót pochylała nad rozłożonymi przed nią tekstami.
Studia rzadko dawały okazję do wychodzenia z domu czy spotkań z przyjaciółmi. Stefa, dysponująca większymi funduszami, zapraszała ją niekiedy na gorącą czekoladę do Deux Magots. Tam właśnie Simone któregoś dnia poznała Fernanda. Był Żydem, dorastał w Konstantynopolu, a filozofię studiował w Niemczech – u Cassirera, Husserla i Heideggera. W 1924 roku przyjechał do Paryża, by zostać malarzem. Nazwiska tych filozofów przykuły uwagę Simone, już o nich słyszała, ale jeszcze nie czytała ich dzieł. Poza tym Fernando był zdolnym biznesmenem – prowadził własną firmę i wspierał swoją zubożałą, mieszkającą w Turcji rodzinę. Stefa gorąco go kochała, co jednak nie przeszkadzało jej w przyjmowaniu konkurów innego mężczyzny. Simone lubiła Fernanda za jego rozliczne zdolności i czasem wychodzili razem na miasto. Wraz z Poupette spędzała wiele czasu w Luwrze. Po powrocie Zazy do Paryża znów urządzały wspólne spacery. Gdy któregoś popołudnia zajadały się gorącymi kasztanami w ogrodach Tuileries, Zaza wyznała, że zakochała się po uszy w Maurisie Merleau-Pontym.
– On zawsze tak na mnie patrzy. I sprawia, że rozpływam się w marzeniach.
– Wspaniale do siebie pasujecie – odparła Simone, uradowana, że oto odnalazło się dwoje jej dobrych przyjaciół.
– Mama nic jeszcze o nas nie wie – wyznała Zaza, a Simone dostrzegła na jej twarzy błogi uśmiech.
Simone była zadowolona ze swojego życia – uporządkowanego i toczącego się niezmiennym rytmem. Zauważyła, że dzięki świetnym wypracowaniom i doskonałym wynikom na egzaminach wzbudza ciekawość i szacunek coraz większej liczby studentów. Tego rodzaju dowody uznania cieszyły ją i pozwalały jej zapomnieć o pogardliwej dezaprobacie ze strony ojca.
Brakowało jej tylko… Jacques’a.