-
nowość
-
promocja
Simurg - ebook
Simurg - ebook
Książka „Simurg” Stanko Andricia, którą gatunkowo można określić jako połączenie autobiografii z fikcją literacką, jest wybitnym przykładem prozy współczesnej, nowoczesnej i wyrafinowanej. Rzadko się zdarza, aby polski czytelnik mógł przeczytać książkę, dla której inspiracją są przestrzenie – również te historyczne i wyobrażeniowe – Kotliny Panońskiej, chorwackiej Slawonii.
W prozie tej spotykają się dwa sposoby myślenia – intelektualny i codzienny. Andrić stworzył narratora – znakomitego gawędziarza – w którym zderzają się głosy wiejskiego dziecka i erudyty, głosy „wtedy” i głosy „teraz”. Czytelnik odbiera tę dwoistość jako zaproszenie do literackiej gry, z której wyłania się obraz dzieciństwa, wspaniały i pociągający, ale wcale niewyidealizowany, co najwyżej zabarwiony lekką nutą nostalgii. Autor przyznaje, że jednym z najważniejszych dla niego literackich wzorców (obok Danilo Kiša) jest polski pisarz o żydowskich korzeniach, Bruno Schulz. Może Andrić jest mniej liryczny niż Schulz, ale nie mniej magiczny.
Miejsce narodzin tej poetyckiej opowieści – bezkresne równi¬ny Slawonii i materialne ślady wcześniejszych kultur i cywilizacji – jest źródłem nieustannej refleksji. Można odnieść wrażenie, że narratora łączy jakaś tajemnicza więź z krajobrazem i z czasem minionym i stara się przełożyć te wrażenia na zrozumiały dla nas język. Ten powiew przeszłości jest wszechobecny i urzeczenie nią staje się obsesją narratora. Ta żywa obecność starożytnych tradycji i warstw kulturowych stanowi doskonały kontrapunkt dla codziennego życia na wsi, które jest w istocie ahistoryczne.
Chorwacki krajobraz stereotypowo postrzegamy z perspektyw wybrzeża Adriatyku i Gór Dynarskich. Większość tłumaczeń pisarzy chorwackich na język polski utrwala tę ideę. Dlatego „Simurg” może wzbogacić mozaikę chorwackich tradycji, z którymi zapoznaje się polski czytelnik.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7963-265-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ogród jest oazą pradawnego porządku świata. Jego pierwotną barwą jest czerwień. Gdy ze swoją babcią, która trzyma mnie za rękę, otwieramy jego okratowane wrota i wstępujemy na jego ścieżkę, objawia nam swoją niezwykłą moc.
Widzimy kwietniki o nadzwyczaj wyrazistych barwach. Pękata kora drzew promienieje swoją prastarą siłą. Sterczące wśród krzaków porzeczek i agrestu kolorowe figurki krasnali emanują nadprzyrodzoną i srogą mocą. Lśniące miedziane sklepienie, niczym płonące bóstwo, góruje nad ogrodem.
Dom, do którego ów ogród przynależał, opuściliśmy, gdy skończyłem trzy lata. Był to dom rodziny Šumarów, w którym dorastał mój ojciec. Pamiętam, że przewijali się przezeń znani i nieznani mi ludzie. Nie mogłem zrozumieć istoty zdarzeń, w których wszyscy braliśmy udział.
Stałymi domownikami byli: babcia, dziadek (rodzice ojca), prababka i pradziad (rodzice dziadka), stryj i stryjenka, matka i ojciec, ja i moja młodsza o rok siostra. Zapoznając się z tymi ludźmi w nadchodzących tygodniach i miesiącach, tworzyłem królestwo swojej wyobraźni. Był to pierwszy tchnący nowością okres w moim życiu. Każdego dnia pojawiał się w domu lokalny świniarz, staruszek Mata Bartolavin, niewysoki i zmarniały wujaszek o zaczerwienionej twarzy, namiętny palacz fajki. (W późniejszym okresie zrozumiałem, jakie więzi łączyły go z nami: był naszym dalszym krewniakiem, zubożałym i pospolitym przedstawicielem jakiejś usychającej gałęzi na drzewie genealogicznym, na którym my byliśmy najbardziej rozgałęzioną i prominentną odnogą).
Tymczasowymi bywalcami naszego domu byli również inni goście z najbliższego sąsiedztwa. Niektórzy z nich wywoływali we mnie niczym nieuzasadniony lęk, zwłaszcza ich twarze i ubiór. Wszyscy byli nadzwyczaj hałaśliwi, śmiali się gromko i zadawali rozmaite pytania, na przykład jak się nazywam. Bawiło ich, że moje odpowiedzi były nieprecyzyjne.
Nie byłem jeszcze całkiem świadom tego, co się dzieje w moim najbliższym otoczeniu, a już pojawiła się w nim śmierć. Najpierw zmarł pradziadek. Czasem zdaje mi się, że potrafię go w swojej pamięci odtworzyć, ale pewnie piętno odcisnęła na niej fotografia. Bardziej mną jednak wstrząsnęło kolejne odejście – śmierć starego domowego kota, z którym nawiązałem bliższą relację. Nazywał się Mujo i zmarł ze starości w gąszczu kwietników w ogrodzie. To niepojęte zdarzenie wywołało we mnie niepokój. Wszystkim wokół opowiadałem o tej śmierci, choć sam jej nie rozumiałem.
Sąsiedzi mnie zanudzali, więc odpowiadałem na ich pytania w sposób nader grubiański: „Obyś sczezł w ogrodzie”. I tak krok po kroku dawałem wyraz tej nieznośnej przypadłości, dla której istnienie bliźniego jest jedynie uciążliwą i nic nieznaczącą okolicznością. W tych najwcześniejszych latach mego dzieciństwa cierpiałem na nużącą ekskrecję z powikłaniami. Nie miałem jeszcze wtedy wiedzy na temat teorii doktora Freuda, ale wszystkie jej prawidłowości niemiłosiernie zaczęły się u mnie ujawniać. Stękając przy wydalaniu swoich ekskrementów, bezpowrotnie kształtowałem swój analny charakter, przyszły rys osobnika zgryźliwego i przewrażliwionego.
Następnie na skraju wsi zmarła nasza prababcia, babka naszej matki. Ponieważ pradziadek nie miał męskich potomków, ktoś z młodszych krewnych musiał się do niego wprowadzić, by nie został na świecie sam w podeszłym wieku. Choć ojciec nasz był najstarszym synem, a więc dziedzicem domu po ojcu, zgodził się na przenosiny. Wypełniliśmy po brzegi wóz naszymi rzeczami, pozostawiając rodzinny dom Šumarów na zawsze. Nie mieszkaliśmy już w centrum wsi, w pobliżu kościoła. Zabolało mnie to rozstanie. Więź z miejscem okazała się jedną z najważniejszych cech mojego charakteru. Z naszym nowym domem nawiązywałem uczucia niemrawo.
Dom ów zamieszkiwał tylko ten niemal osiemdziesięcioletni osobnik – mój pradziadek. Dnie spędzał na doglądaniu tej części podwórka, w której znajdowały się róże i inne kwiaty. Całkowicie zaprzestał zajmowania się gospodarstwem. Zwykł w studni napełniać wiadro zimną wodą, które następnie zostawiał na słońcu, by jego zawartość stała się letnia. Po południu mył się w niej powoli z wszelką dbałością, obnażywszy swoje żółte jak pergamin plecy, na których widniała masa pieprzyków. W ten sposób pochłaniał promienie słońca. Rzeczy ziemskie go nie zajmowały. Ostatnie słoneczne dni jesienią przesiadywał na zydelku, otoczony różami, podśpiewując na zmianę pieśni kościelne i lokalne piosnki szokackie1*. Sporadycznie, gdy tak siedział pod pożółkłym niebem, otwierał sfatygowany modlitewnik i głośno recytował jakiś fragment, wieńcząc go medytacyjną aprobatą.
Gdy się urodził, był dwudziestym dziewiątym członkiem zadrugi2*. Obecnie był już jej ostatnim żyjącym przedstawicielem.
Codziennie bywał na mszy, odkupując grzechy swojej odległej młodości, ale i występki wieku dorosłego. Dożyje lat dziewięćdziesięciu. Zdaje się, że Bóg umożliwił mu odpokutowanie jeszcze za życia grzechów ciążących na jego sumieniu. Był zawsze nieco obok nas, z dala od dzieci swoich dzieci. Zdawało się, że w tej niechęci do nas mieszają się lęk i awersja. Owszem, uważał nas za swoich, ale utrzymywał dystans. Nie mógł dopuścić, byśmy zakłócili jego wszechświat, który zaaprobował i pobłogosławił sam wszechmogący.
Nasze nowe podwórze otoczone było budynkami o rozmaitym przeznaczeniu. Tuż przy domu stał silos, wykonany z solidnych dębowych desek na podmurówce w formie filarów zrobionych z dziwnego, podziurawionego kamienia. Ta niezwykła budowla, unosząca się w powietrzu, by zabezpieczyć żyto przed wilgocią podłoża, umożliwi nam czołganie się pod nią, pośród rozmaitych odpadów i kawałków rozbitych naczyń. Nieco dalej znajdowała się stajnia, w której zamieszkiwały konie i krowy, a następnie także wozownia. Z czasem poznaliśmy ciężar dębowych drzwi z zapadkami, ceglane podłoże nasiąknięte moczem oraz gładkie przegrody żłobów, stale penetrowane przez wilgotne zwierzęce nosy. Ostrożnie zdobywaliśmy wiedzę o życiu stajni. Gdy zapadał zmrok, obserwowaliśmy krowy zajęte przeżuwaniem i innymi niewinnymi czynnościami przy świetle czerwonawej żarówki, niemal całkowicie pokrytej śladami zostawionymi przez muchy. Byliśmy codziennymi bywalcami ciepłego krowiego domu, wśród zwierząt odpoczywających po ciężkim i pełnym przygód dniu. Wierzyliśmy, że krowy nocą nie śpią, że cały czas czuwają i melancholijnie wspominają dawne czasy, świadcząc sobie czasem nawzajem przyjemne usługi swoimi chropowatymi językami.
Stajenne okienko nęciło nas, rozbudzając naszą wyobraźnię. W momencie, w którym pojawiały się w nim nasze twarze (a musieliśmy wspiąć się na murek, podciągnąć na drewnianej futrynie i trzymać palce u stóp w szczelinach między cegłami), cielęta natychmiast przekrzywiały swoje łby bez rogów i wlepiały w nas swoje zastygłe ślepia. Dopiero wtedy zauważały nas ich krowie matki, zwolna przekręcając swe dostojne, pełne życiowej mądrości łepetyny. Przyzwyczajonych do nieszczęść przynoszonych przez spotkania z innymi stadami, wściekłymi psami, burzami czy leśnymi bezdrożami, doświadczonych krów nie zaskakiwały takie niewinne osobniki jak my. Ach te nadzwyczajne i niedoścignione zwierzęta, przysadziste anioły stróże naszego dzieciństwa! W myślach naszych powstawały niestworzone historie. Każda krowa jawiła się jako szafka na podnóżkach, w której znajduje się naczynie na mleko oraz miejsce na karmę i jeszcze nienarodzone cielę. Wydawało się, że można ją ujeżdżać. Krowia głowa zdawała się być odrębną i łagodną istotą, dziwacznie uzbrojoną w barbarzyńskie rogi, znajdujące się nad nieruchomymi oczami, znakiem rozpoznawczym wikingów, atawistycznym reliktem dawnej przeszłości...
Wyobrażaliśmy sobie odległe przestworza, które krowy przemierzają od rana do nocy pod opieką doświadczonego pasterza łączącego w sobie postać pątnika, wodza i włóczęgi...
Bezpośrednio po przeprowadzce moją jedyną towarzyszką była młodsza ode mnie o rok siostra. Zawsze uważałem ją za istotę wielce przebiegłą. Czasy zawieszenia broni między nami były rzadkie i krótkotrwałe. Ponieważ zaś często chętnie kłamała, proceder ów opanowała w stopniu najwyższym. Moje prawdziwe twierdzenia wypowiadane do rodziców brzmiały nierzadko mniej przekonująco niż jej oczywiste szachrajstwa. Doprowadzało mnie to do szaleństwa. Kilka razy nawet ją zaatakowałem, wyrządzając jej – wprawdzie nie całkiem świadomie – krzywdę, czego później żałowałem. Ręka sprawiedliwości rodziców, która mnie w końcu dosięgała, niwelowała moją fizyczną przewagę nad siostrą. Nigdy nie udało mi się jej całkowicie spacyfikować.
Kilka lat później urodził się nasz brat, a następnie jeszcze jeden. Ten pierwszy był tęgawy, więc mówiliśmy na niego Gruby, co zostało mu w pewnym sensie i później, nawet wtedy, kiedy już wcale nie był gruby. Tak w ogóle była to istota łagodna i wielce nieporadna. Często się przewracał. Miał siniaki i guzy, które powodowały, że jego głowa wydawała się jeszcze bardziej przysadzista. Czasem pojękiwał. Z kolei drugi brat słynął z tego, że wystarczył mu byle powód, by wpaść w gromki płacz. My starsi chętnie go podżegaliśmy, wywołując w nim wściekłość; mama go broniła, dając nam kuksańce, a on tonął we łzach i dusił się w spazmach. A był przy tym – co tylko na pierwszy rzut oka może się wydawać zaskakujące – wojowniczy i żądny zemsty. Gdy tworzyliśmy sojusze, ja przede wszystkim mogłem liczyć na młodszego, a siostra na starszego brata. Ot, taka sieć wzajemnych relacji, wielce ciekawa, ale to nie jest czas, by ją rozkładać na czynniki pierwsze.
Kilka lat później na świat przyszła jeszcze kolejna nasza siostra. Umiłowane dziecko matki, słabe i nieco stare malutkie. Na liczbie siedem zakończył się załadunek naszego rodzinnego statku. Załoga była w komplecie, więc mogliśmy żwawo wyruszyć w rejs pod sztandarami naszej wiary.
Szybko uczyłem się gramatyki pór roku – tej nęcącej materii, która słusznie zajmuje poczesne miejsce w programach szkół ludowych, a przy tym całego czterodzielnego podziału świata: wiosna, lato, jesień, zima oraz równie ważnego wschód, zachód, północ i południe czy wreszcie Jan, Mateusz, Marek i Łukasz. Nie można nie dodać do tego czterech rodzajów zbóż: pszenicy, jęczmienia, owsa i kukurydzy, z których to ostatnie góruje nad pozostałymi wielkością płodów oraz innymi cechami, zupełnie tak samo jak Jan różni się od pozostałych ewangelistów.
Dzieciństwo upłynęło mi w aurze nocnych krzyków młodszego rodzeństwa (ponoć sam również nie należałem do szczególnie cichych, w co daję wiarę). Z początkiem wiosny wszyscy łapaliśmy choróbska. Przeszliśmy wszelakie dziecięce choroby zakaźne – świnkę, odrę i ospę wietrzną. Regularnie mieliśmy też przeziębienia i grypę. Piliśmy wówczas herbatę z cytryną, kręciliśmy się po pokojach i wiercili w łóżkach, nie wychylając nawet nosa z domu. Wreszcie w kwietniu wychodziliśmy na podwórko, oszołomieni światłem, wiotcy, na drżących nogach. Wiosenne słońce wywoływało katar. Tuż przy oborze walały się gałęzie winogron, właśnie przycinane przez naszego ojca. Już wszędzie ostra igła wiosny wydobywała zieloną nić z wyliniałego piernata zimy. Biegaliśmy po wszelakich zakamarkach podwórza. Nogi tonęły nam w grząskiej ziemi pokrytej młodą trawą. W płytkich rowach wzdłuż miedzy i na poboczach dróg wiejskich pobłyskiwały strumyki wody. Były to pozostałości wiosennych podtopień, powstałych na skutek deszczy i topniejącego śniegu. Każdego dnia wody było coraz mniej. Wkrótce miejsca te zagospodaruje ziemia w jakichś dziwacznych kształtach pokrytych zieloną powłoką. Już wcześniej wyczekiwaliśmy ciepłego lata – przestworza indiańskiej letniej prerii naszych zabaw.
Gdy wieczorem nasze oczy były już przez jakiś czas zamknięte, gdy pierzaste zwoje kołdry sięgały niemal naszych nozdrzy, pozostawiając im wystarczająco dużo przestrzeni do wykonywania swoich nocnych obowiązków, i gdy nasza oszołomiona świadomość właśnie dogorywała – wtedy do naszych uszu dochodziły dalekie odgłosy muczenia, wyrażające poczucie głębokiej dezorientacji. Była to zagubiona gdzieś w lesie krowa, której pasterze, rezygnując z dalszych poszukiwań, pozostawili możliwość samotnego powrotu do wsi.
I tak się działo. Późną nocą krowa wracała opustoszałą drogą, mijając uśpione domostwa. Był to magiczny, nieco melodramatyczny kres jej przygody. Pod srebrzystym światłem księżyca, niemal jak na scenie, romantycznie przemykała pod cieniami rzucanymi przez drzewa. W jej gwałtownym ryczeniu dało się wyczuć urazę, ale i słabnący lęk.
Wkrótce po tym zdarzeniu noc bezwzględnie puściła w niepamięć poprzedni dzień, włączając go w ciąg nieprzebranych przeszłych dni, oszołomiona pośpiesznym porankiem rogu wiejskiego pasterza (_čordaša_), którym wzywał chłopów, by sposobili swoje bydło. Był to wielki krowi róg, niezgrabny i kapryśny instrument, więc niestrudzony _čordaš_ musiał włożyć sporo energii, by wydobyć z niego nieco płaczliwego dźwięku. Ten osobliwy i tęskny zew, ta pieśń wydobywająca się z krowiego rogu, błogo wyścieliła szumiący prąd powietrza unoszącego się za nim za sprawą pojemnych płuc pasterza. Ale właśnie ta niestosowność wysiłku, ta utrata tchu i ta siermiężność instrumentu – wszystko to najlepiej dawało świadectwo dawnego pochodzenia i całkowitej nieprzystawalności tego przyrządu do obecnych czasów...
------------------------------------------------------------------------
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
------------------------------------------------------------------------PRZYPISY
1* Šokci – ludność katolicka zamieszkująca Slawonię, Srijem, Baranję i Baczkę, uznająca się za Chorwatów o nie do końca jasnej etnogenezie. Przypuszcza się, że jeśli Szokcy byli odrębną grupą etniczną, to przybywali na tereny Slawonii z Bośni od XVI wieku. Dzisiaj żyją głównie w Chorwacji, ale również na południowych Węgrzech. Posługują się najczęściej dialektem starosztokawskim, odmiennym od języka literackiego, opartego na narzeczach nowosztokawskich (przypisy oznaczone gwiazdką pochodzą od tłumacza, oznaczone cyframi arabskimi od autora). ↩
2* Zadruga – tradycyjna wspólnota rodowa lub związek domostw charakterystyczny dla równinnych obszarów Slawonii, Baczki i Srijemu. Wspólnoty te w Slawonii zniknęły na przełomie XIX i XX wieku lub przekształciły się, kiedy rozpadły się lub zostały podzielone na mniejsze rodziny. Tylko nieliczne przetrwały dłużej. Choć niektórzy badacze twierdzą, że zadrugi powstały w czasie podróży Słowian na południe lub nawet później, to zdaniem innych wywodzą się one wprost z kultury prasłowiańskiej. Tak czy inaczej, zadrugi były w XIX i XX wieku traktowane jako relikt kultury słowiańskiej i wokół nich kształtowały się systemy ważnych pojęć politycznych. ↩