-
nowość
-
promocja
Singielki trzy i ona jedna - ebook
Singielki trzy i ona jedna - ebook
Cztery zwariowane przyjaciółki – Marcela, Ewa, Lila i Roma. Kobiety dojrzałe i doświadczone życiowo. Każda z nich ciągnie balast życiowy, jak nie prywatny, to zawodowy. Przyjaciółki w dzieciństwie złożyły przysięgę, że zawsze będą razem i będą się wzajemnie wspierać.
Marcela jako jedyna ma poukładane życie rodzinne. Postawiła sobie zadanie – pomóc przyjaciółkom za wszelką cenę. Bo taka jest Marcela, troszczy się o innych.
Kobiety wyjeżdżają w Bieszczady na długo wyczekiwane wakacje. Chcą odpocząć w ciszy i spokoju od wielkomiejskiego gwaru w głębi lasu. Nie dany jest im jednak sielski wypoczynek w leśniczówce. Jak zakończy się urlop dla naszych bohaterek?
„Singielki trzy i ona jedna” to zabawna powieść, pełna emocji i wzruszeń ze sporą nutką sensacji. Przygotuj się na emocje, śmiech i niespodziewane zwroty akcji, które pochłoną Cię od pierwszej do ostatniej strony.
Urszula Dąbkowska
ekonomistka, wieloletnia pracownica jednostki samorządu terytorialnego, która otarła się o różne osobowości i charaktery. Uwielbia podróże. Zwiedziła nie tylko Polskę, ale prawe całą Europę i kawałek Azji.
Autorka powieści obyczajowych.
W 2021 roku wydała została komedia obyczajowa „Korzenne ciasteczka”. W 2025 roku „Ostatni Promyk Słońca” to kontynuacja „Korzennych ciasteczek”.
„Burza rudych loków” opowiadanie wydane w 2025 r. w antologii opowiadań „Piszę sam(a) w moim mieście” pod patronatem „Syndykatu Staromiejskiego” zrzeszającego lubuskich pisarzy.
„Singielki trzy i ona jedna” komedia obyczajowa wydana w 2025 roku.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-971195-1-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pogoda w maju zrobiła wszystkim psikusa. Żar lejący się z nieba był nie do wytrzymania. Nawet wiatr nie poruszał listkami i leniwie czekał, aż upał trochę odpuści. Duszne, gorące powietrze wpadało do gabinetu Marceli. Mimo porannej pory temperatura w pomieszczeniu miała już dwadzieścia pięć stopni. Marcela z obawą spojrzała na klimatyzator, który ledwo dawał radę. Intensywne promienie słoneczne rozgościły się na dobre i pląsały po ścianach i suficie tworząc różne zawijasy, zygzaki i zakrętasy, co zdecydowanie przeszkadzało Marceli w pracy. Podniosła się z za biurka i zaciągnęła rolety do połowy. Okna wychodziły na stronę wschodnią i słońce za dwie godziny przesunie się na południe i nie będzie już tak uciążliwe. Pogodynka w radiu przyjemnym głosem przypominała, żeby pić dużo wody i nie wychodzić z domu.
– Jak nie wychodzić – pomyślała ze złością Marcela klikając nerwowo palcami po klawiaturze – Każdy ma swoje plany niezależne od pogody.
Dzisiaj po południu miała ważne spotkanie. Spinała się wewnętrznie. Ocierała pot z czoła i przekładała papiery z jednego końca biurka na drugi. Jedne sprawy do załatwienia były pilne. Drugie, bo na wczoraj – pilniejsze. Bo, co by nie powiedzieć o Marceli, to była obowiązkowa. Bo taka była Marcela, obowiązek przede wszystkim, a potem tylko przyjemności. Poczuła suchość w gardle, przełknęła ślinę, nic to nie pomogło. Wstała z za biurka i podeszła do szafy ubraniowej. Wyciągnęła z torebki butelkę wody mineralnej i wypiła kilka łyków. Skrzywiła się, woda zrobiła się już ciepła. Nagle głośny warkot silników samochodowych wbił się do pomieszczenia. Poczuła niebezpieczne pulsowanie w skroniach. Było tak głośno, że nie słyszała własnych myśli, które wiły się po głowie. A, Marcela miała teraz o czym myśleć i potrzebowała spokoju. Odsunęła roletę i zerknęła w okno. Podjechały dwa Tiry, przy których kręcili się pracownicy szykujący się na wyjazd w delegację. Pakowali sprzęt i materiały potrzebne do serwisu strzelnic. Firma była potentatem w budowie strzelnic nie tylko w kraju, ale i zagranicą. Rumor był tak duży, że miała wrażenie, że za moment wielkie ciężarówki zaparkują w jej gabinecie Marcela postała chwilę przy oknie współczując mężczyznom pracującym ciężko w upale. Widziała, jak co chwilę przystają i ocierają pot z czoła. Westchnęła tylko i z ulgą rzuciła okiem na klimatyzator. Terminy goniły nie zważając na samopoczucie Marceli i temperaturę w pomieszczeniu. Marcela nie lubiła takiego tempa, ale musiała sobie poradzić z tym stosem papierologii. Bo taka była Marcela ułożona i systematyczna. Samochody wyjechały z parkingu i upragniony spokój wrócił do Marceli, która usiadła przy komputerze i wprowadzała dane do zestawień miesięcznych.
Czuła jednak niepokój, który nie wiadomo dlaczego ogarnął jej ciało. Coś niedobrego wisiało w powietrzu. Marcela czuła to intuicyjnie, może dlatego, że w biurowcu panowała irytująca cisza. Nikt nie chodził po korytarzu, telefony nie zdzwoniły, nawet muchy posnęły w tej ciszy. Wszystko wyjaśniło się koło godziny dwunastej. Na korytarzu zrobił się niesamowity gwar. Słychać było trzask zamykanych drzwi i podniesione głosy pracowników. Marcela zastanawiała się, co jest powodem takiego harmidru i uniosła się z krzesła sprawdzić, gdy do gabinetu wpadł prezes firmy. Spojrzała na jego nabrzmiałą z wściekłości twarz i pomyślała, że kroi się jakaś nieprzyjemna niespodzianka. I wcale się nie pomyliła. Prezes zaprosił wszystkich pracowników do gabinetu dyrektora, który stał pusty od jakiegoś czasu. Usiedli przy dużym, konferencyjnym stole, który stał tu od zawsze, a że nikt tam nie urzędował, był nieco przykurzony. Marcela usiadła naprzeciwko Czesława, który ze znudzoną miną bawił się długopisem. Obok niej przysiadł Adam, informatyk, dalej dziewczyny z finansów. Siedzieli wpatrzeni w prezesa i czekali na jego ruch. Ale on przez pierwsze pięć minut chodził dookoła stołu, ścierał pot z czoła i milczał. Sytuacja robiła się coraz bardziej denerwująca. Marcela kątem oka zerknęła na kobietę, która towarzyszyła prezesowi. Siedziała wyprostowana jak struna i nieprzyjemnym wzrokiem mierzyła pracowników. Nie zrobiła na Marceli dobrego wrażenia. Była wyniosła i arogancka z rozbieganymi oczkami, z których biła pewność siebie. Ubrana ekstrawagancko jak na swój wiek. Opięta garsonka z wielkim dekoltem pokazująca wysuszone piersi, które wyglądały jak dwie wyschnięte gruszki. To skojarzenie rozbawiło Marcelę, że mało nie parsknęła śmiechem. Utrzymała jednak powagę i czekała na rozwój wypadków. Wreszcie prezes głośno chrząknął, stanął przy stole, ręce oparł o blat i owiał groźnym spojrzeniem.
– Pani Roberta Kwiatek – drgający głos prezesa rozszedł się po gabinecie – od dziś przejmuje obowiązki szefa w waszym wydziale. Mam nadzieje, a właściwie jestem pewien, że naprawi wszystkie niedociągnięcia po poprzednich dyrektorach. Liczę na panią, pani Marcelo – spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem.
Słuchali z niedowierzaniem prezesa. Niby mówił spokojnie, ale rozbiegane oczka i drżące ręce mówiły całkiem coś odwrotnego. Tylko, że Marcela nie była ciekawa prezentacji nowego dyrektora, widząc krótko przycięte na pazia włosy kobiety w kolorze banana, takim już przecenionym, a może bardziej w kolorze przypalonej cebuli, bo wiedziała, że te kolory mogą przynieść tylko kłopoty. A Marcela nie lubiła kłopotów i nie lubiła jak prezes serwował im różne niespodzianki.
Wzruszyła tylko ramionami, nie miała zamiaru ułatwiać zadania nowej dyrektorce. Jeszcze po tamtych został smród, a tu oczekiwania prezesa, że będzie ją prowadziła za rękę i pokazywała, co należy do jej obowiązków, było Marceli zupełnie obojętne. Nie czuła się opiekunką przypadkowych dyrektorów z łapanki. A tak właśnie wyglądała Roberta Kwiatek, która ze znudzoną miną czekała aż prezes skończy prezentację.
– Zobaczymy jak to się potoczy – pomyślała gorzko Marcela – Coś nasza firma nie ma szczęścia do dyrektorów.
Spojrzała ironiczne na prezesa. Widziała, że czuł się niekomfortowo, ale jej wcale nie zależało na dobrym humorze prezesa, bo to, co się tu działo od jakiegoś czasu wołało tylko o pomstę do nieba. Gdy prezes skończył prezentację, wytarł ostanie krople potu z czoła i odetchnął z ulgą, jakby zrzucił wielki ciężar z ramion. Marcela poczuła, że ten ciężar teraz spada na nią.
Popatrzyła z niechęcią na kobietę, która wrednym wzrokiem spoglądała na podwładnych, chcąc wyczytać reakcję na ich twarzach. A na twarzach pracowników widać było panikę w oczach. Tylko Czesław nie reagował na zawistne spojrzenie dyrektorki. Jawnie ją lekceważył. Bawił się ze znudzoną miną długopisem. Czasami podnosił oczy i patrzył na muchy latające pod sufitem. Marcela nie odzywała się. Pomyślała tylko, że toczy się tutaj jakaś gra i to niebezpieczna. Długo znała prezesa i widziała jak miota się po gabinecie i ukradkiem spogląda na zegarek. Ta maskarada go przerosła, mimo to usiłował wybrnąć z tego kabaretu z honorem. Dla Marceli było to sztuczne i słabo wyreżyserowane przedstawienie, a poza, którą przyjęła kobieta to była jakaś farsa. Marcela to wyczuwała intuicyjnie. Bo Marcela miała w sobie coś takiego, że nigdy się nie myliła. Ze znudzeniem słuchała prezesa, który wychwalał umiejętności nowej dyrektorki pod niebiosa, wreszcie dopił kawę i poszedł sobie. Nastała cisza i ta cisza zwiastowała nowe kłopoty. Marcela była tego pewna, coś jej mówiło, że atmosfera w pracy, która powoli się poprawiała, znowu będzie napięta.
– Moi państwo – rozległ się chrapliwy głos Kwiatek, która gwałtownie odsunęła krzesło od stołu i marszowym krokiem stąpała po skrzypiącej podłodze – Mam nadzieję na dobrą współpracę, rzetelność i odpowiedzialność. To jest zespół, który musi ze sobą współgrać w każdym szczególe. Zrozumiano?
Marcela stwierdziła, że kobieta przypomina bardziej zeschniętą łodygę niż kwiatka. Wysoka i chuda z włosami przypalonej cebuli wyglądała trochę komicznie w przyciasnej garsonce w zielono – żółte paski, które raziły w oczy niczym skoszona i wysuszona trawa na pastwisku. Odwróciła wzrok od niej, poczuła mdłości gdy wpadł jej w nozdrza zapach taniej wody toaletowej. Spojrzała w stronę Czesława, inżyniera, który kreślił coś długopisem na kartce papieru i wcale nie zwracał uwagi na Kwiatka. Właściwie był nieobecny na spotkaniu, bo te esy – floresy zaczęły mu się zespalać w jedną całość. Dorysował jeszcze dwie kreski, gdy zauważył, że podeszła do niego Roberta Kwiatek. Położyła ręce na blacie stołu wzięła głęboki oddech i wysyczała:
– W każdy poniedziałek rano będzie narada zespołu i będziecie referować zadania już wykonane i plany na następny tydzień.
– Ale po, co? – zapytał Czesław odkładając długopis na stół – Znamy swoje zakresy obowiązków i nie widzę potrzeby ich omawiania w każdy poniedziałek.
– Ale ja widzę – syknęła dyrektorka – Mam znać każdy wasz krok, każde wykonane zadanie. W firmie nie ma obijania się. Zrozumiano?
Czesław z wrażenia aż otworzył usta, a Marcela pomyślała tylko, że przydałby się jakiś smar żeby naoliwić gardło Robercie, może wtedy jej skrzeczenie nie działałoby tak na nerwy i w tym momencie zrozumiała, że będzie jeszcze gorzej niż było. Po aresztowaniu poprzedniego dyrektora Marcela przejęła obowiązki szefa do czasu wyłonienia w konkursie nowego. Było ich kilku, ale żaden długo tu nie zagościł i tak Marcela w ciągłym zastępstwie szefowała firmie. Po tych wszystkich zawirowaniach, audycie, kontroli ze skarbówki i ZUS – u, prokuratora i innych ważnych instytucji atmosfera w pracy zaczynała się poprawiać, a teraz znowu rozpoczynał się demontaż ustalonych norm. Roberta Kwiatek zaczynała swoje rządy i to z grubej rury.
– Te poniedziałkowe spotkania czego mają dotyczyć? – złośliwie zapytała Marcela – Ilości, czy jakości wykonanej pracy. Jak i czym ma pani zamiar zmierzyć, czy zadania zostały wykonane?
– Mam swoje metody – prychnęła Roberta – Od zadawania pytań i rozliczania jestem ja. Zrozumiano?
– Nie bardzo – nie odpuszczała Marcela – Wnioskuję po pani wywodzie, że zaczyna pani wprowadzać atmosferę nieufności i donosu. Chyba się nie mylę?
Kwiatek się zapowietrzyła, stanęła w rozkroku i wypuściła głośno powietrze.
– O, ile wiem – parsknęła w stronę Marceli – swoje pięć minut to już pani miała.
– Nawet nie pięć, tylko dużo, dużo więcej – ironicznie odpowiedziała Marcela – Mam nadzieję, że nie dopuści pani do rzeczy niegodnych i współpraca będzie nam się układała poprawnie i nie zepsuje tego, na co tak długo pracowaliśmy. Na wzajemny szacunek – dodała.
Czesław puścił oczko do Marceli. Przyszedł do pracy w spółce już po aferze, gdzie Marcela grała pierwsze skrzypce i wiedział, że ona nie rzuca słów na wiatr. Na tyle poznał jej działania, że miał do niej całkowite zaufanie. Kwiatek nie odpowiedziała na uwagę Marceli tylko przeszyła ją zimnym wzrokiem. Wiedziała też, że nie może dać się sprowokować. Zacisnęła pięści i podeszła do okna. Chwilę postała wdychając gorące powietrze. Uspokoiła się i podeszła ponownie do stołu i oparła dłonie o blat.
– Każdy ruch w firmie, każdy przetarg, każdy zakup materiałów ma być ze mną uzgadniany – spojrzała ze złością na Czesława – Chcę wiedzieć o każdym realizowanym zadaniu. Po to tu jestem, żeby praca przebiegała prawidłowo i bez zakłóceń. Dlatego te informacje są mi potrzebne i tego się ode mnie oczekuje. Zrozumiano!
– Przecież pani się nie zna na specyfice zadań, które mam do wykonania – powiedział ze złością Czesław patrząc ironicznie w oczy Kwiatek – Biuro konstrukcyjne leży w mojej gestii, a ja nie mam zamiaru wprowadzać pani w tajniki poufne.
– Tylko tak się panu wydaje – Kwiatek stanęła na baczność patrząc bezczelnie w twarz Czesława – Ja tu jestem dyrektorem i ja ustalam zasady. Zrozumiano?
– Nie do końca – mruknął Czesław pod nosem – Pożyjemy, zobaczymy.
To było ponad siły Kwiatek. Arogancja mężczyzny wyprowadziła ją z równowagi. Postanowiła przyjrzeć się tej parze bardziej szczegółowo. Bardziej interesowała ją kobieta, która patrzyła na nią bezczelnie nie honorując jej stanowiska. Ona pójdzie na pierwszy ogień.
– Skoro mamy wszystko uzgodnione – warknęła Roberta w powietrze – To w poniedziałek spotykamy się na odprawie.
W odpowiedzi usłyszała tylko szuranie krzesłami i trzask zamykanych drzwi. Roberta zacisnęła mocno pięści. Musiała się opanować, bo wiedziała, że tylko lodowaty spokój pomoże wykonać jej powierzone zadanie. Podeszła do okna, wzięła dwa głębokie oddechy i wróciła do biurka. Chwilę posiedziała z przymkniętymi oczami i sięgnęła po telefon. W kontaktach znalazła odpowiedni numer i nacisnęła zieloną słuchawkę. Po trzecim sygnale usłyszała głos w słuchawce. Chwilę słuchała kiwając głową.
– Tak jest – odpowiedziała.
Odłożyła telefon na biurko i podeszła do szafy wyciągając akta osobowe pracowników. Zanurzyła się w czytaniu, co chwilę robiąc notatki.
Marcela wyszła wkurzona z gabinetu dyrektorki. Czesław podszedł do niej i chwycił za ramię.
– Marcela gratuluję odwagi – powiedział – ale to może się źle skończyć. Coś mi tu śmierdzi.
– Mi też coś śmierdzi, ale Łodyga nie będzie nami manipulować – odpowiedziała wściekła – znowu przysłali jakiegoś impotenta z polecenia politycznego. Czesław damy radę i otworzyła drzwi swojego gabinetu. Za nią wślizgnął się informatyk.
– Marcela – powiedział – Czas spokoju się skończył i znowu wojna. Martwię się, czy to wytrzymamy. Ta baba to wcielone zło. Widziałaś oczy tej kobiety? Ona nie ugnie się przed niczym.
– Adam – spojrzała na chłopaka – Damy radę. Różne rzeczy już tu się działy. Wracaj do pracy, ja muszę pomyśleć.
Gdy za chłopakiem zamknęły się drzwi, Marcela bezwiednie opadła na fotel. Czuła przez skórę, że obecność Roberty Kwiatek nie jest przypadkowa. Ogarnął ją dziwny, przejmujący chłód, który nieprzyjemnym drżeniem rozszedł się po ciele. Na razie nie miała dowodów, ale sposób w jaki prezes ją przedstawiał, dawało dużo do myślenia. Poniedziałkowe spotkania w gabinecie zwierzeń miały ukryty cel. Marcela wyczuwała to intuicyjnie. Zastanawiała się o czym mieli opowiadać nowej dyrektorce? O pracy, o specyfice firmy, o zadaniach i kontrahentach. Zatrudnienie kobiety o włosach przypalonej cebuli było szyte grubymi nićmi.
Marcela postanowiła sprawę rozwikłać tak szybko, jak to możliwe. Nie chciała już wracać do sytuacji, która miała miejsce kilka lat temu. Dzisiaj był piątek i miała inne plany. Machnęła tylko ręką i wzięła się za swoją robotę. Chciała urwać się szybciej z pracy, bo czekało ją umówione spotkanie z przyjaciółkami. Niestety Roberta Kwiatek popsuła jej plany. Szwendała się po firmie wtykając nos tam gdzie nie powinna, zostawiając za sobą narastający niepokój. Potem poszła na halę produkcyjną szpiegować dalej, co do tego Marcela nie miała wątpliwości. Zachowanie Roberty wiązało się z jakąś misją, którą miała tu wykonać i robiła to perfidnie, nawet się z tym nie kryjąc. Marcela widziała ją przez okno jak stała z pracownikami, którzy zrobili sobie małą przerwę na papierosa. Potem długo rozmawiała przez telefon, widać było po niej zdenerwowanie. Chodziła z komórką przy uchu, jakby słuchała dalszych instrukcji. Za chwilę weszła do budynku i do końca dnia już się nie pokazywała. Marcela ledwo wysiedziała do godziny piętnastej i wreszcie z ulgą zamknęła drzwi gabinetu. Skierowała się w stronę schodów. Miała tylko nadzieję, że po weekendzie emocje opadną i problem nie okaże się taki wielki. W korytarzu natknęła się na dyrektorkę. Marceli, wydawało się, że rzuciła jej zaczepne spojrzenie. To spojrzenie miało swój wymiar, było lodowate, a grymas na twarzy tylko to potwierdzał. Na schodach dogonił ją Adam i razem wyszli przed budynek. Na parkingu Czesław wietrzył samochód i czekał aż się auto trochę schłodzi. Pomachała mu ręką na pożegnanie i poszła w stronę pobliskiego marketu. Przed nią stało widmo ekspresowego obiadu, ale nie miała, nie tylko żadnego pomysłu, ale i chęci na gotowanie. Spojrzała na zegarek. Było już naprawdę późno i zastanawiała się, czy zdąży ze wszystkim się uporać. Czuła, że napięcie rośnie z każdą minutą. Weszła do sklepu, wtopiła się w tłum klientów. Stanęła chwilę przy stoisku z warzywami i już wiedziała, że zdąży na czas. Obładowana zakupami wpadła do domu. Zrzuciła szpilki w kąt, nastawiła wodę na makaron i zabrała się za przygotowanie sosu. Wcale nie musiała gotować obiadu, ale miała wyrzuty sumienia, że znowu zostawia męża samego i poleci na spotkanie z dziewczynami, które stało się poniekąd tradycją i żadna nawet nie chciała zmienić terminu. To były ich chwile, na które czekały cały, długi miesiąc.
– Tylko się nie spóźnić – jęczała teraz nad kuchenką gazową.
Jedną ręką mieszała makaron, bo zaczął już kipieć, drugą energicznie sos warzywny. Może nie było to wystawne danie, ale na dzisiaj musiało wystarczyć.
Sprawa wspólnego wyjazdu z przyjaciółkami na wakacje, na pewno skończy się kłótnią, jak co roku. One są po prostu nieobliczalne – przeleciała jej taka myśl przez głowę. Szybko odcedziła makaron, spróbowała sosu. Może być – oblizała łyżkę. Spojrzała na bałagan w kuchni, nogi jej się ugięły, ale nie ma zmiłuj się, nie może zostawić mężowi pobojowiska. Co mogła to wstawiła do zmywarki, przetarła stół i blaty kuchenne. Jeszcze raz spróbowała sosu, smakował jej, ale nie miała czasu nawet zjeść. Czas biegł nieubłagalnie i nawet nie wiedział, że ona jest w takich emocjach. Zerknęła jeszcze raz na patelnię z kolorowych sosem i pokręciła głową z wielką dozą wątpliwości.
– Może chociaż takim skromnym posiłkiem udobrucham Marka – pocieszała siebie w duchu. Bo, co by o niej nie powiedzieć, to dbała o niego. Raz lepiej, raz gorzej. Dzisiaj co prawda było gorzej, ale czas ją gonił. Zresztą, czy on musi jeść codziennie wykwintne obiady? Nie musi! Spojrzała na zegarek, dochodziła siedemnasta.
– Cholera! - mruknęła pod nosem – Mam mało czasu.
Weszła do łazienki zrobić szybki makijaż. Dzisiaj wszystko robiła szybko. Nerwowym ruchem nakładała puder na twarz. Trzy razy poprawiała cienie na powiekach. Czuła, że w takim tempie może, nie zdążyć. Jednym okiem patrzyła na zegarek, drugim w lustro. Spojrzała jeszcze raz w lustro i uśmiechnęła się zadowolona. Ma się tą perfekcyjną rękę – westchnęła radośnie. Usłyszała, że trzasnęły drzwi wejściowe i kroki kierują się w stronę kuchni, potem do salonu.
– Marcela! – krzyknął Marek – Gdzie jesteś?
– Tutaj! – odpowiedziała malując usta czerwoną szminką.
Marek powiesił torbę na wieszaku i skierował się w stronę dochodzącego głosu z łazienki. Stanął w progu i patrzył zaskoczony jak jego szanowna małżonka robi makijaż i to o takiej dziwnej porze.
– Co, ty robisz? – zapytał, widząc, że Marcela stoi przy lustrze i zawzięcie macha pędzelkiem po twarzy – Mamy gości? – zaniepokoił się nagle – Nic nie mówiłaś. Coś mnie ominęło?
– Zapomniałeś? – roześmiała się – Spotkanie z dziewczynami dzisiaj mam. Przecież to piątek.
– Spotkanie! Spotkanie! – mruknął pod nosem – Ten babiniec jest ważniejszy ode mnie.
– Nie ważniejszy, ale też ważny – machnęła pędzelkiem po jego nosie.
Właściwie już była gotowa do wyjścia. Spojrzała na naburmuszoną minę męża i skierowała się do sypialni. Miała problem, którą sukienkę założyć. Przejrzała szafę, wyciągała po kolei i przymierzała przed lustrem.
– Niech to szlag trafi! – mruczała ze złością pod nosem.
Chciała poradzić się Marka, ale jego mina świadczyła, że jest wściekły na jej wypad. Wreszcie zdecydowała się na białą w czerwone grochy. Stanęła przed lustrem. Tył, przód, bok, wciągnęła brzuch. Jest okay. Marek wytarł nos i naburmuszony poszedł do kuchni. Spojrzał na stojące garnki na kuchence, już miał sobie nałożyć obiad, ale zrezygnował. Wyciągnął piwo z lodówki i poszedł na taras. Marcela go zdenerwowała. Miał inne plany na wieczór, a ona znowu wybiera się na babskie spotkanie.
– Przecież niedawno się z nimi widziała – mruknął zły – O, czym one ciągle gadają? Swoje życiorysy znają już na pamięć i ciągle im mało i mało.
– O, tu jesteś – Marcela weszła na taras – Obiadu nie jesz?
Spojrzał na żonę, która wyglądała, jakby szła na randkę, a nie na spotkanie z przyjaciółkami Sukienka w kolorowe grochy owiewała jej drobną sylwetkę. Białe sandałki i dobrze zrobiony makijaż podniósł mu ciśnienie.
– Nie! – mruknął pod nosem – Straciłem apetyt.
– No, nie bądź taki zły – zmierzwiła mu czuprynę – Będę już lecieć, zaraz mam autobus.
Patrzył za nią, jak idzie lekkim, tanecznym krokiem w stronę przystanku. Poczuł ukłucie w sercu. Był o nią cholernie zazdrosny. Są już małżeństwem prawie trzydzieści lat i wydaje mu się, że Marcela stawia wyżej przyjaźń, niż ich małżeństwo. Czasami miał wrażenie, że przyjaciółki Marceli na stałe u nich mieszkają. Nieraz budził się w nocy i sprawdzał, czy dalej śpi z żoną, czy którąś z jej przyjaciółek.
Pociągnął z butelki łyk zimnego piwa. Był zmęczony. Cały dzień siedział przy mapach i pisał ekspertyzę geotechniczną na budowę gigantycznego kompleksu parku wodnego, który ma powstać na obrzeżach Zielonej Góry. Liczył na to, że ciężki tydzień zakończy z lamką dobrego wina i w ramionach żony. No, i się przeliczył.
Marcela obejrzała się i pomachała mu ręką na pożegnanie. Przyspieszyła kroku. Z daleka zobaczyła, że na przystanku stoi już gromada ludzi.
– Marcela, gdzie pędzisz? – usłyszała krzyk Dyzia.
Obróciła głowę i spojrzała na mężczyznę, który siedział na schodkach przy sklepie spożywczym z puszką najtańszego piwa.
– Na autobus – pomachała mu ręką – Jadę do Zielonej Góry.
– Piękne wyglądasz – krzyknął – Wiesz, że ciebie kocham.
– Wiem! – odkrzyknęła i stanęła pod rozłożystą lipą. Czuła lekkie zdenerwowanie. Ogarnęła nerwowo włosy. Spojrzała na zaniedbanego mężczyznę i poczuła dziwny ucisk na sercu. Dyzio jej wieloletni wielbiciel stoczył się na samo dno. Razem chodzili do podstawówki. Już wtedy mówił, że się z nią ożeni. Potem poszedł za nią do ogólniaka. Miał łebską głowę. Ścisłe przedmioty dla niego, to bułka z masłem. Wszystko w lot łapał. Ich drogi minęły się po maturze. Ona poszła na ekonomię, on na budownictwo. Ożenił się z fajną dziewczyną, ale alkohol rozwalił ich małżeństwo. Był inspektorem nadzoru budowlanego i stale była okazja do wypicia. Każda oddana inwestycja kończyła się wielkim pijaństwem. Wpadał w ciągi alkoholowe i wywalili go z pracy. Żona rozwiodła się z nim, zabrała dzieci i został sam. Szukał okazji żeby tylko wypić. Siedział cały dzień przed sklepem i czekał na cud. Często przystawała i rozmawiała z nim. Trzymał ją czule za rękę i nieporadnie głaskał.
– Gdybym się z tobą ożenił, to na pewno bym nie pił – mówił zwieszając głowę na brudne stopy – Kantem mnie puściłaś i za obcego wyszłaś za mąż. Ale i tak cię kocham.
Cały Dyzio. Troszczyła się o niego i jak tylko mogła pomagała mu. Widziała, że Marek jest niezadowolony z tej przyjaźni, ale nic sobie z tego nie robiła. To był jej Dyzio, prawdziwy przyjaciel. Spojrzała jeszcze raz na mężczyznę ale myślami była już na spotkaniu z przyjaciółkami.
Miała nadzieję, że autobus przyjedzie na czas. Obok niej stanęły dwie młode dziewczyny. Wyzywający, ostry makijaż, wcale nie pasował do ich delikatnych twarzy. Ubrane w króciutkie spódniczki i topy ledwo zakrywające piersi. Zauważyła, że jedna miała kolczyk w pępku, druga w nosie. Odwróciła głowę.
– Pewnie na dyskotekę do Demona – pomyślała zirytowana – Książkę do ręki powinny wziąć. Byłby lepszy pożytek niż nocne potańcówki.
Upał doskwierał. Stłoczeni na przystanku ludzie przestępowali z nogi na nogę. Z ulgą zobaczyła, że autobus Zielonej Linii przyjechał punktualnie. Weszła jako ostatnia. Rozejrzała się, nie było żadnego wolnego miejsca. Dziewczyny rozsiadły się na tylnym siedzeniu i już przeglądały smartfony. Przetarła ręką spocone czoło. Stanęła tuż koło drzwi, w nadziei, że chociaż lekki wiaterek wpadający przez uchylony lufcik owieje jej twarz. Spogląda z niepokojem w okno, wydawało jej się, że autobus wlecze się niemiłosiernie. Zgrzytnęła ze złości zębami, gdy stanęli na przejeździe kolejowym i z obawą spojrzała na zegarek.
– Dobrze, że tylko osobowy przeleciał – pomyślała widząc, że szlabany unoszą się do góry.
Zgodnie z planem dojechali do Zielonej Góry. Marcela z ulgą wysiadła na przystanku koło biblioteki miejskiej i puściła się biegiem na deptak. Spojrzała na zegarek, była prawie godzina osiemnasta. Punktualność była jej obsesją, z którą nie mogła sobie poradzić. Dziewczyny niby w żartach, ale drwiły z niej, że jest czepialska i rozlicza je z każdej minuty spóźnienia. Bo taka była Marcela, perfekcyjna do bólu. Teraz slalomem omijała ludzi, a tłok na deptaku był jak na targowisku. Wpadła na kobietę obładowaną zakupami.
– Sorry – warknęła uprzejmie w jej stronę.
Usłyszała za sobą spadające torby na ziemię i przekleństwa. Odwróciła się, chciała pomóc, ale tylko machnęła ręką. Czas ją gonił. Cudowne, piątkowe popołudnie, właśnie zaczynał się weekend. Kawiarenki i ogródki piwne, zapełnione były spragnionymi odpoczynku ludźmi. Gwar i skwar wdzierał się w każdą wolną szczelinę. Otarła w zdenerwowaniu pot z czoła
– Zaraz zetrę sobie cały makijaż – pomyślała ze złością.
Poprawiła tylko okulary, które przykleiły się do nosa. Poczuła, że kamyczek wpadł do sandałka, lekko ruszyła stopą, wyleciał. Spojrzała w witrynę sklepu. Nerwowo drgnęła. Wydawało się, że mignęła jej znajoma sylwetka. Obróciła się za nią, ale zniknęła w tłumie.
Usiadła na gorącym parapecie. Zamknęła oczy, zaczęła głośno oddychać.
– Wszystko w porządku? – usłyszała głos starszego mężczyzny, który się nad nią pochylał.
– Tak – kiwnęła głową i powoli ruszyła w stronę kawiarni.
– Chyba mi się wydawało – czuła się jednak nieswojo.
Przestraszyła się, że demony przeszłości wróciły i znowu może być w niebezpieczeństwie. Mrowienie na plecach nasilało się coraz mocniej. Przystanęła i wzięła głęboki oddech. Suchość w ustach zwiększyło tylko zdenerwowanie. Rozejrzała się jeszcze dookoła i szybkim krokiem ruszyła w stronę kawiarni.
– Dziewczyny pewnie już czekają z zimnym piwem – myślała spoglądając na zegarek – A, ja dalej przedzieram się przez tłum rozgrzanych słońcem ludzi.
Zadyszana wpadła do ogródka piwnego. Poczuła ulgę, że jednak się nie spóźniła. Szukała wolnego stolika w cieniu, wszystko było zajęte.
– Cholera! Przyjdzie nam się smażyć w słońcu – pomyślała wciekła.
Stała zdezorientowana. Nagle spojrzała w lewo i ujrzała, że jakieś rozbawione towarzystwo właśnie opuszczało taki z wielkim parasolem. Podbiegła i z rozmachem usiadła. Poczuła ulgę, że nie rozpuściła się w słońcu i zdążyła na czas. Z niecierpliwością rozglądała się za kelnerem.
– Jest ten, co zawsze, prawie stary znajomy – machnęła mu przyjaźnie ręką.
Dość szybko przyniósł jej zimne, bardzo zimne piwo. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Zwilżyła spieczone usta, smak goryczki był tak przyjemny, że zrobiła dużego łyka. Poczuła ukojenie, że jednak się nie odwodni. Z rozkoszą zamknęła oczy i pomyślała, że jednak ich przyjaźń przetrwała tyle lat. Każdej z nich różnie potoczyło się życie. Były wzloty i upadki, ale podnosiły się i walczyły z determinacją. Jej kochane przyjaciółki, teraz już dojrzałe kobiety, każda z nich magiczną pięćdziesiątkę przekroczyła, ale dalej trzymają się razem. Nieważne, że czasami się pokłóciły, obraziły na siebie, ale to było niegroźne i na krótko. Fajnie ich mieć, od dzieciństwa są razem. Z zamyślenia wyrwała ją Lila, która z impetem usiadła na krześle. Marcela otworzyła oczy i w zdumieniu patrzyła, jak przyjaciółka dysząc i stękając, wykonuje dziwne ruchy pod stołem.
– Cześć! – wysapała Lila – Co to, nikogo jeszcze nie ma? A, ja tak się spieszyłam, że aż nogi obtarłam. Zobacz, jak mi te moje kończyny spuchły? – ciągnęła dalej usiłując zsunąć sandały z nóg.
– A, ja to niby co, niewidzialna jestem? – powiedziała oburzona – Jakbyś ściągnęła okulary i podniosła głowę z nad stolika, to może zauważyłabyś, że już jestem. To ja na was ciągle czekam, a wy jak zwykle się spóźniacie. A, tak w ogóle, to dlaczego tak późno przyszłaś? – spojrzała z wyrzutem na Lilę.
– Z pracy wracam – wyjęczała Lila – Nie mogłam przecież klientów z banku wyrzucić i powiedzieć im, żeby załatwiali szybciej swoje sprawy, bo ja piwa chcę się napić z koleżankami.
Marcela nagle oprzytomniała, spojrzała ciepło na przyjaciółkę. Faktycznie, nie mogła im tego powiedzieć, bo prędzej sama z tego banku wyleciałaby. Oj! I to z dużym hukiem.
– Masz rację – powiedziała ugodowo. Przecież nie zamierzała się kłócić o te parę minut spóźnienia – A, te dwie zapomniały o spotkaniu. Zegarka nie mają, czy też miały jakiś tam klientów? – napięcie jednak jej nie opuszczało.
– O, Ewa już biegnie! – zawołała rozradowana Lila, machając ręką przyjaciółce.
– Nareszcie zjawiła się następna – powiedziała z przekąsem, gdy zziajana Ewa padła na krzesełko – Jak się tak będziemy zbierać, to powiemy sobie tylko „dzień dobry i do widzenia”. Nie będziemy miały czasu nawet pogadać. A, ty dlaczego się spóźniłaś, można wiedzieć?
– Gumę złapałam. Musiałam koło wymienić. Ręce utytłane mam, bo sama musiałam się z tym paprać. Żaden samochód się nie zatrzymał, żeby pomóc kobiecie w potrzebie. – przewróciła złośliwie oczami – Nie jestem blondynką z długimi nogami i nie mam osiemnastu lat żeby liczyć na pomoc facetów – dodała z przekąsem – Idę ręce umyć, a wy zamówcie mi coś zimnego do picia. Tylko nie piwo, bo muszę was jeszcze do domów porozwozić.
Ewa wstała i poszła w kierunku toalet mieszczących się w budynku. Marcela wzrokiem podążyła za nią.
– Faktycznie, na osiemnaście lat nie wygląda. Nogi też bardziej, jak u kaczuszki niż modelki i trochę za bardzo się zaokrągliła – pomyślała z rozczuleniem – więc nie ma co się dziwić, że kierowcy szerokim łukiem ją omijają. Alergia na długonogie i młode blondynki, pewnie nigdy jej nie przejdzie. W jej przypadku żadne antidotum nie pomoże.
– Jesteśmy już we trzy, a gdzie czwarta? – Ze złością warknęła Marcela – Pewnie nie przyjdzie. Ta, to ma wyczucie czasu!
– O, Roma już idzie! – zawołała uradowana Lila – Znowu się jej czepiasz! – burknęła do Marceli.
Faktycznie szła, ta nasza królowa lodowa. Krokiem majestatycznym, dreptała niespiesznie, przebijając się przez tłum ludzi. Ubrana w staromodną i nienagannie wyprasowaną garsonkę, wyciągniętą znowu z lamusa. Myszowate włosy upięte w koczek, na nosie druciane okulary. Sprawiała wrażenie, jakby dopiero wyszła z jakiegoś oficjalnego spotkania na szczycie.
– A ty, dlaczego się spóźniłaś? – syknęła do niej Marcela – Ty jedna masz najwięcej czasu i nigdy nie możesz przyjść punktualnie.
– Maturę mam. Egzamin się przeciągnął. Padam ze zmęczenia – Oznajmiła tym swoim mezzosopranem Roma – Maj jest przecież, zapomniałyście?
Spojrzały na nią z zakłopotaniem.
– Maj! – Prychnęła Marcela – Przecież żadna z nas nie jest nauczycielką, a wszystkie nasze dzieci już dawno matury pozdawały. Na studiach są, to te twoje matury umknęły nam w natłoku obowiązków.
– Czego się napijesz? – spytała się Ewa, która właśnie wróciła – Roma, co ty taka wystrojona jesteś dzisiaj?
– Matury ma – odpowiedziała Marcela z przekąsem – Musi jakoś wyglądać, jak na nauczycielkę przystało. Przecież, to egzamin dojrzałości – Marcela złośliwie nie odpuszczała – Co, nie wiesz, jak to wygląda, sama kiedyś maturę zdawałaś?
– Kawy poproszę, mocnej i dużo – jęknęła Roma, patrząc błagalnie na Ewę – Muszę jakoś dojść do siebie. Ciężki dzień dzisiaj miałam.
– A, może tak zimnego piwa napiłabyś się na ten skwar? Mózg ci trochę schłodzi – Wtrąciła Lila. – Garsonka do tyłka już ci się przykleiła
– No, wiesz! – Obruszyła się Roma – Jeszcze jakiś uczeń mnie zobaczy z kuflem i dopiero byłaby chryja. Autorytet trzeba zachować.
– Demokracja jest! – Odpaliła złośliwie Marcela – A, czy ty myślisz, że oni piwa nie piją? Nawet się z tym nie kryją, w oczy ci włażą, bo niby dorośli już są. Z tobą też chętnie napiliby się zimnego piwa. To byłaby tak zwana integracja nauczycielsko – uczniowska – parsknęła śmiechem.
– Dzień dobry pani profesor – odezwał się nagle głos za plecami Marceli, która odwróciwszy głowę i ujrzała młodego człowieka z butelką piwa, który kłaniał się z kurtuazją spanikowanej Romie.
– A nie mówiłam! – Marcela z satysfakcją popatrzyła na przyjaciółkę – Im, wolno piwo pić, a ty autorytet musisz zachować.
– Zostanę jednak przy kawie – pisnęła Roma – Nauczycielką jestem i dobry przykład muszę dawać swoim uczniom.
– Dawaj im ten dobry przykład! – Parsknęła znowu ze złością Marcela – Na pewno ciebie posłuchają i kawę zaczną pić, zamiast piwa. Młodość ma swoje prawa. Tego nie zatrzymasz nawet swoim autorytetem.
Zgrzyt między dziewczynami wisiał na włosku. Złośliwa Marcela, nie odpuszczała dumnej i świadomej o swoich przekonaniach Romie. Znowu starły się o pokolenie młodych i niezależnych ludzi. Każde ich spotkanie kończyło się krótkim spięciem. Jedna drugiej, nie odpuszczała. Lila nie wytrzymała, miała dość przepychanek słownych.
– Spokój dziewczyny! – Syknęła – Widzę, że upał wam obu szkodzi? Obie jesteście nie do wytrzymania. Niech każda pije to, na co ma ochotę. Zaraz dojdzie do awantury a, chyba nie po się spotykamy! A, ty Marcela wyluzuj trochę! – gniewne spojrzenie skierowała na przyjaciółkę – Opętało dzisiaj coś ciebie ? Czepiasz się nas od samego początku.
Marcela odpuściła i westchnęła głęboko. Ogarnęła wzrokiem siedzące dziewczyny. Może pazur czasu trochę przeciągnął je po ich fizyczności, ale jak na swój wiek, to jeszcze całkiem nieźle się trzymają. Każda z nich zadbana, oczywiście oprócz Romy. Mająca swój styl, charakter i doświadczona życiowo. Jeszcze jest na kim oko zawiesić. Dziewczyny paplały o swoich sprawach, a Marcela patrzyła na nie z rozczuleniem. Cała złość minęła jej za to spóźnienie.
Skierowała swój wzrok na Ewę. Ewa trochę za bardzo się zaokrągliła. Ale dobrze jej z tymi krągłościami. Oczy pozostały takie same, figlarne i wesołe. Ten sam uśmiech od ucha do ucha i buzia, która nigdy jej się nie zamyka. Tak, to ta sama Ewa, co przed laty. Włosy może przebłyskują już siwizną, ale rzuciła na nie kolor i zrobiła się ruda. Kiedyś była ładną blondyneczką, ale od kiedy ma uczulenie na blondyny, to kolor włosów zmienia jak rękawiczki i nie wiadomo, w jakim zjawi się na następnym spotkaniu. Rzuciła okiem na Lilę. Ta, to jeszcze całkiem niezła laska. Wysoka, szczupła, dobrze ubrana. Co prawda dzisiaj w tym garniturku służbowym, bo wyskoczyła dopiero z pracy. Ale ta biała bluzeczka z falbankami już teraz rozpięta, pokazująca jeszcze niczego sobie piersi, nieźle współgra ze spodniami, trochę rozszerzonymi jak dzwony. Włosy zrobiła na blond, czerwone pasemka dodają jej młodzieńczego uroku. Ma taki fajny styl sportowo – elegancki.
Przerzuciła wzrok na Romę. A, właściwie na Ramonę.
– Też dali jej na imię. To imię chyba się na niej mści, że nic nie idzie, tak jak powinno – prychnęła pod nosem – Bo co to jest? Wygląda jak szara mysza. Żadnego uroku, żadnego wdzięku, żadnej kobiecości. Włosy bez koloru, w głupi, babciny koczek związane. Okulary niedobrane. Makijażu zero. Usta ściśnięte, szminki nigdy nie widziały. Ubrana w staromodną garsonkę, w paskudnym szaro – burym kolorze. Przypomina wyglądem celniczkę na granicy. Tak samo nijaką, a na dodatek wredną. Chociaż Roma taka nie jest, ale tak wygląda. Jej bezkrwista cera wywołuje mieszane odczucia. Jakby anemię miała. Nawet słońce nie wysyła jej promieni słonecznych, obawiając się, że ją poparzy.
Marcela podniosła pokal do góry wypiła trzy łyki piwa, skrzywiła się. W tym upale zrobiło się ciepłe i było niesmaczne. Goryczka rozpuściła się w słońcu. Zerknęła ponownie na Romę, ale jej postać była rozmazana. Widziała tylko kontury kobiety, która uśmiechała się pokazując śnieżnobiałe zęby. Głosy dziewczyn docierały do niej jak zza mgły. Były też tak samo rozmazane, bezdźwięczne, jak wszystko co ją dookoła otaczało. Ścisnęła mocno ręce, czuła że paznokcie wbiły się skórę. Przymknęła oczy i widziała postać, która nagle odbiła się w szybie i potem zniknęła. To nie możliwe – struchlała na moment – Koszmar przeszłości wrócił. Nie dawało jej to spokoju.