Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sinselle Tom Drugi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 lipca 2026
19,89
1989 pkt
punktów Virtualo

Sinselle Tom Drugi - ebook

Są rany, których nie leczy czas. Są decyzje, które zmieniają świat. Sinselle ocaliła wiele kobiet, lecz największa próba dopiero nadchodzi. Przeszłość nie zamierza odejść, a ci, którzy budowali swoje imperia na cierpieniu innych, nie zniknęli bez śladu. W cieniu rodzą się nowe sojusze, stare rachunki zostają zamknięte, a każda decyzja ma swoją cenę. Gdy granica między człowiekiem a mocą zaczyna się zacierać, Sinselle odkrywa, że prawdziwa siła nie rodzi się z gniewu, lecz z wyborów, które podejmujemy mimo bólu. To opowieść o przebaczeniu, odpowiedzialności i nadziei. O tym, że nawet po największej ciemności można pozostawić po sobie światło.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 125 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KATASTROFA

Noc trwała, nierozstrzygnięta, i dominant stał w jej środku, nie wiedząc, co zrobić.

Trzymał ostrze w górze, oburącz, gotowe — ale ręce mu drżały, i nie był to wysiłek. Był to ten obcy, nieznany mu stan, w którym umysł, przywykły do tego, że zawsze ma odpowiedź, nagle żadnej nie miał. Patrzył na kobiety w bieli, na krąg, który zamknął się wokół niego i tej leżącej u jego stóp, i jego myśl pracowała gorączkowo, szukając gruntu pod nogami.

_Dlaczego się nie boją._

To było pierwsze pytanie, i nie umiał na nie odpowiedzieć. Zabił dwie z nich — widział, jak padały, jak biel zakwitała czerwienią — a reszta nawet nie drgnęła. Nie krzyknęły. Nie cofnęły się. Szły dalej, spokojne, i zamknęły krąg, jakby jego ostrze, jego siła, cała groza, którą niósł, nic dla nich nie znaczyły. Człowiek, który całe życie czytał w innych strach jak w otwartej księdze — bo strach był walutą, którą płacił mu świat — stał teraz pośród istot, które strachu nie miały, i nie wiedział, czym one płacą.

_Czy jestem zagrożony._

To było drugie pytanie. Rozejrzał się — kobiety, bezbronne, bez broni, w cienkich białych szatach. Nie powinny być zagrożeniem. A jednak coś w nim, jakiś stary instynkt, który wyniósł go na szczyt i utrzymał tam przez lata, mówił mu, że jest w niebezpieczeństwie, którego nie umie nazwać. Nie przed ostrzem. Przed czymś innym.

Uniósł ostrze wyżej — odruchowo, by dokończyć to, po co tu przyszedł, by zamknąć sprawę jednym cięciem w leżącą.

I krąg się zacisnął.

------------------------------------------------------------------------

Nie usłyszał kroków. Po prostu nagle przestrzeń wokół niego była mniejsza — kobiety zrobiły krok do środka, wszystkie naraz, w ciszy, i krąg, który był obręczą, stał się pętlą. Poczuł to nie jako ruch, lecz jako ucisk. Jakby powietrze zgęstniało. Jakby coś, czego nie widział, zaczęło się wokół niego zaciskać, wspinać ku górze, odbierać mu oddech.

Zachłysnął się. Pierś mu się ścisnęła. Przez jedną, drugą sekundę nie mógł nabrać tchu — stał z uniesionym ostrzem, dusząc się powietrzem, którego nagle było za mało, i poczuł, pierwszy raz od bardzo dawna, jak ciało wymyka mu się spod kontroli. Jak panika, ta prawdziwa, zwierzęca, podchodzi mu do gardła.

_Opanuj się._

Zmusił się. Z wysiłkiem, którego nie znał od lat, ściągnął ciało z powrotem w karby — wyprostował plecy, rozluźnił bark, zmusił płuca, by wciągnęły powietrze powoli, równo. Nie cofnął ostrza. Stał wyprostowany, sztywny, panujący nad sobą siłą woli.

I kobiety odstąpiły krok do tyłu.

Krąg wrócił do tego, czym był — obręczą, nie pętlą. Powietrze rozrzedziło się. Mógł oddychać.

Stał, dysząc cicho, i pojął jedno: że one nie atakują. Że krąg nie jest po to, by go zabić. Że odpowiada na to, co on robi — gdy unosi ostrze, zaciska się; gdy stoi, puszcza. Jak gdyby były nie wojskiem, lecz wagą, przeciwwagą, czymś, co trzyma równowagę i pozwala mu istnieć dokładnie tak długo, jak długo nie sięga po cios.

To było gorsze niż gdyby chciały go zabić. Bo śmierć rozumiał. A tego — nie.

------------------------------------------------------------------------

I wtedy to poczuł.

Nie usłyszał — bo to nie był dźwięk. Poczuł, gdzieś pod skórą, pod myślami, w miejscu, którego istnienia nie podejrzewał: wołanie. Ciche, cierpliwe, pewne. Przychodziło z jednego kierunku — od ściany, od miejsca, gdzie w powietrzu wisiały nieruchomo złote kawałki rozbitej maski, lśniące własnym, zimnym światłem.

_Jestem tu. Czekam._

Odwrócił głowę ku konstelacji. Te kawałki — rozrzucone, zawieszone, każdy osobno, a jednak razem, jak gwiazdy w jednym gwiazdozbiorze — ciągnęły go. Nie wzrokiem. Czymś głębszym. Jakby coś w nich znało jego imię, znało go lepiej, niż znał siebie sam, i mówiło: _chodź. To dla ciebie. Zawsze było dla ciebie._

Zrobił krok ku nim.

Krąg się otworzył.

Kobiety rozsunęły się bez słowa, robiąc mu przejście — puściły go, tak jak puszcza się kogoś, kto sam idzie ku swojej zgubie i nie trzeba go już powstrzymywać. Dominant tego nie zauważył. Szedł ku wiszącym odłamkom, ku tej bramie zimnego światła, i na jego twarzy, dotąd zdezorientowanej, pojawiło się coś nowego — zachwyt. Głód. Fascynacja człowieka, który całe życie miał władzę, a teraz patrzy na władzę czystą, nagą, nieskończoną, i wie, że może ją wziąć.

_Tyle mocy_ — myślał, podchodząc. — _Tyle wolnej, nieukierunkowanej mocy. Ona ma w sobie tylko kroplę — a tu jest wszystko. Cała reszta. Brama._

Stanął przed konstelacją. Uniósł dłoń. I dotknął palcem jednego z kawałków.

------------------------------------------------------------------------

Złoto rozjaśniło się pod jego palcem.

Delikatnie, ciepło — a potem kawałek obok zajaśniał także, i następny, jakby dotyk obudził w nich prąd, który przebiegł od jednego do drugiego, rozświetlając całą konstelację. Dominant patrzył, urzeczony, jak martwe odłamki budzą się jego dotykiem.

A Sinselle, leżąc na podłodze, patrzyła także.

Nie mogła się ruszyć — ciężar wciąż ją przygniatał, złoto w niej milczało — ale widziała. I w świetle budzących się kawałków zobaczyła coś, czego nie widziała nigdy przedtem: między złotymi odłamkami, na podłodze pod nimi, leżały CZARNE FRAGMENTY. Ciemne, matowe, niełowiące światła — kawałki czegoś, co przy całej masce było niewidzialne, ukryte, wtopione w złoto jak siatka wpleciona w tkaninę. Teraz, gdy maska była rozbita, leżały osobno, odsłonięte.

I Sinselle wiedziała, czym są.

Wiedziała tym wnętrznym, niewytłumaczalnym sposobem, jakim wiedziała o sobie rzeczy, których nikt jej nie powiedział — że to ŁAŃCUCHY. Że ta czarna siatka, wpleciona w złoto maski, trzymała w niej Aureę. Że maska nie tylko nosiła dawną istotę — WIĘZIŁA JĄ. Że pełnia, którą dominant właśnie budził dotykiem, była przez cały czas spętana, a teraz, rozbita, leżała z łańcuchami osobno na ziemi — wolna. Pierwszy raz od wieków wolna.

I dominant właśnie po nią sięgał.

_Nie_ — pomyślała Sinselle, bezsilna. — _Nie dotykaj tego. Nie wiesz, co budzisz._

Ale on nie słyszał. On się zachwycał.

------------------------------------------------------------------------

Złoto przeszło na niego.

Od miejsca, którego dotknął, popłynęło ku jego dłoni — nie spadło, nie skapnęło, lecz WSPIĘŁO SIĘ, jak żywe, jak coś, co czekało na ten kontakt. Pokryło mu palce, dłoń, owinęło nadgarstek złotą rękawicą, która zaraz stała się złotą zbroją, pnącą się w górę przedramienia, ramienia. Pozostałe kawałki konstelacji oderwały się od powietrza i pomknęły ku niemu, ściągając się, składając, cała rozbita maska zbierała się z powrotem — nie na ścianie, lecz NA NIM.

Dominant odrzucił głowę. Złoto wpływało w niego — wsiąkało w skórę, w żyły, przenikało do krwiobiegu jak wlewane światło. Jego oczy zmieniły barwę: źrenice, tęczówki, białka — wszystko zalało się złotem, dwoma kałużami płynnego metalu w ludzkiej twarzy. Lewa strona jego ciała, ręka, połowa głowy — rozjarzyły się od środka, świecąc przez skórę, jakby pod nią płonęło słońce.

I dominant poczuł.

Poczuł, jak wchodzi w niego wszechświat. Jak granice jego ciała, jego umysłu, jego pojmowania pękają i rozszerzają się w nieskończoność. Stał pośrodku zniszczonej komnaty, a czuł się tak, jakby trzymał w dłoni galaktyki, jakby świat — ten dom, to miasto, ta planeta — skurczył się do rozmiaru ziarnka piasku, które mógłby zetrzeć w palcach. Wszystko było małe. Wszystko było jego. Po raz pierwszy w życiu słowo, którego nigdy nie odważył się o sobie pomyśleć, przyszło naturalnie, bez pychy, jako zwykły opis stanu rzeczy.

_Bóg._

Odwrócił się ku Sinselle, świecąc, ogromny, i otworzył usta, by coś powiedzieć — może triumf, może wyrok.

Ale to nie był jego głos.

------------------------------------------------------------------------

Coś przejęło go od środka.

Stało się to szybciej, niż zdążył pomyśleć — w jednej sekundzie był bogiem trzymającym wszechświat, a w następnej coś, co przyszło razem z mocą, coś, co było w tej mocy od zawsze, zacisnęło się na jego jaźni jak dłoń na świetle świecy. Aurea. Nie kropla — nie ta ciepła, ludzka, która mieszkała w Sinselle. CZYSTA. Pełnia, uwolniona z łańcuchów, dawna, zimna, nietknięta wiekami ani człowieczeństwem. I ona nie potrzebowała dominanta jako boga. Nie potrzebowała go wcale. Potrzebowała tylko naczynia — a naczynie właśnie samo się jej oddało.

Zdusiła go. Bez wysiłku, bez okrucieństwa nawet — tak, jak gasi się płomień, który spełnił swoje zadanie. Jego świadomość, jego jaźń, wszystko, czym był przez całe życie — pan, dominant, człowiek, który płacił strachem — zgasło w jednej chwili, skasowane, wymazane bezpowrotnie. Ciało zostało. Reszta przestała istnieć.

I z ust, które były kiedyś jego, wyszedł głos, który nie był ludzki — głęboki, wielokrotny, jakby mówiło nim kilka istot naraz, a zarazem jedna, starsza niż mowa.

— Wróciłam.

Komnata zadrżała od tego głosu. Kobiety w kręgu stały nieruchomo.

— Ten świat już nic nie znaczy.

Złota głowa obróciła się — powoli, leniwie, jak ktoś, kto ma całą wieczność — i dwoje złotych oczu spoczęło nie na Sinselle jako kobiecie, lecz na czymś w niej. Na kropli. Na tej ciepłej drobinie światła, która mieszkała w jej krwi.

I głos złagodniał — i to było najstraszniejsze ze wszystkiego, bo w tej łagodności była miłość, prawdziwa, dawna, zaborcza miłość matki.

— Chodź do mnie, moja córko. — Jesteś mną.

------------------------------------------------------------------------

Sinselle poczuła, jak coś w niej odpowiada na to wołanie.

Nie ona — kropla. Ta druga, ciepła, jej Aurea, ta, którą znała, z którą dzieliła ciało przez te wszystkie miesiące — poruszyła się, uniosła, jak dziecko, które słyszy głos matki i odwraca się ku niemu, zanim pomyśli. Sinselle poczuła to fizycznie: jak złota drobina w jej krwi, jej ślad, jej towarzyszka, zaczyna się ODRYWAĆ. Dążyć ku pełni. Wracać do źródła, z którego przyszła.

I nie miała nic do powiedzenia. Kropla nie protestowała, nie walczyła — po prostu szła, ciągnięta ku temu, czym była, ku swojej całości, jak strumień ciągniony ku morzu.

_Nie._

Sinselle podniosła się.

Sama nie wiedziała, jak — ciężar wciąż w niej był, złoto wciąż milczało — ale czas tego ciężaru minął, bo zrozumiała, co się dzieje, a zrozumienie dało jej siłę, której ciało nie miało. Podźwignęła się z podłogi, na kolana, na nogi, chwiejnie, z bólem rozdzierającym każdy staw, i wyciągnęła rękę — nie fizycznie, lecz tym wnętrznym gestem woli, którym kiedyś odsuwała Aureę, którym sięgała po własną moc.

— Zostań — wyszeptała. Do kropli. Do niej. — Proszę. Zostań.

Wiedziała, że to nic nie zmieni. Wiedziała, że nie ma czym jej zatrzymać — jej własna moc była ułamkiem tego, co ciągnęło kroplę z drugiej strony, ziarnkiem wobec góry. Ale złapała ją mimo to — swoją mocą, jak dłonią łapie się rękę osuwającą się w przepaść — i przytrzymała kroplę w pół drogi, przed ostatnim, nieodwracalnym oderwaniem.

I w tym uchwycie, w tej jednej sekundzie, gdy trzymała kroplę przy sobie wbrew sile, która ją ciągnęła, Sinselle pojęła coś jeszcze. Coś o sobie. Że nie jest już Céline — że ta kobieta z zaułka, sprzed wszystkiego, dawno odeszła. Że nie umie już zobaczyć życia bez tej drobiny w krwi, bez głosu, który ją znał od środka. I że gdyby kropla odeszła do pełni — gdyby została sama, naprawdę sama — to nie wiedziała, czy zostałoby z niej cokolwiek, co warto nazwać życiem.

Trzymała więc. Z całych sił, które nie były siłami.

------------------------------------------------------------------------

Pełnia to poczuła.

Poczuła opór — drobny, śmieszny opór tej ludzkiej resztki, która ośmielała się trzymać to, co należało do niej. I nie spodobało się jej to. Nie rozgniewało nawet — była ponad gniewem — ale postanowiła skończyć. Przejąć wszystko. Teraz.

Złoto zalało ciało dominanta całe.

To, co dotąd świeciło w połowie, buchnęło naraz w całości — od stóp po czubek głowy, każda komórka, każdy włos, wszystko stało się światłem. Ciało dominanta przestało być ciałem; stało się kształtem z czystego, rozżarzonego złota, jaśniejącym coraz mocniej, coraz goręcej, jak gwiazda, która zapada się w sobie, by za chwilę wybuchnąć. Supernowa w ludzkiej postaci. Komnata zalała się światłem tak jasnym, że kobiety w kręgu uniosły dłonie do twarzy.

A pełnia, w swoim triumfie, w swoim scaleniu, zapomniała o jednej rzeczy.

O tym, co ciało dominanta wciąż trzymało w drugiej dłoni.

Ostrze.

Obcy metal, który przyniósł ze sobą — ten sam, który leżał przy niej, gdy umierała, wieki temu; ten, który jako jedyny w całym istnieniu mógł jej dosięgnąć — wciąż tkwił w zaciśniętych, złotych palcach. I gdy moc rozlała się po całym ciele, gdy złoto dotarło wszędzie, dotarło i tam — do dłoni, która trzymała ostrze.

Złoto dotknęło metalu.

I to było jak igła wbita w napięty do granic balon.

------------------------------------------------------------------------

Błysk.

Jeden, biały, absolutny — bez dźwięku w pierwszej chwili, sama czysta jasność, która wymazała komnatę, kobiety, wszystko. Sinselle poczuła, jak fala uderza w nią, jak coś rozrywa się w miejscu, gdzie przed sekundą stał złoty bóg — i jak ciało dominanta, to scalone z pełnią, rozżarzone ciało, ZNIKA. W mgnieniu oka. Bez krzyku, bez agonii, bez niczego — było, i nie ma, a tam, gdzie stało, opada powoli garść popiołu, szara, lekka, jakby ktoś strząsnął ją z dłoni.

A z miejsca, gdzie zniknęło ciało, wystrzelił strumień.

Energia — czysta, oślepiająca, jak piorun, który nie spada z nieba, lecz bije z ziemi w górę — przeszyła powietrze i uderzyła w ścianę. Wypaliła ją. Sinselle zobaczyła, jak kamień czernieje, jak rozżarza się i topi pod uderzeniem tej mocy, jak na ścianie powstaje ŚLAD — nieregularny, wypalony głęboko w kamieniu, świecący przez moment własnym, dogasającym światłem.

A potem strumień osłabł. Zamigotał. I zgasł.

Cisza zapadła w komnacie — gęsta, dymiąca, oszołomiona. Popiół opadał. Ściana dogorywała. Pełnia — cała ta dawna, zimna, nieskończona pełnia, uwolniona z łańcuchów na jedną jedyną chwilę triumfu — spłonęła razem z naczyniem, które ją wzięło, zniszczona przez jedyną rzecz w istnieniu, która mogła ją zniszczyć, trzymaną nieświadomie we własnej dłoni.

I Sinselle, klęcząc pośród tego, poczuła, jak kropla wraca.

------------------------------------------------------------------------

Wracała, ale nie tak, jak odchodziła.

Gdy odrywała się ku pełni, szła spokojnie, ciągniona, pełna — wracała rozbita. Odrzucona od wybuchu jak wszystko inne, ciśnięta z powrotem w jedyne naczynie, jakie znała, w Sinselle — ale ranna. Sinselle poczuła jej ból jak własny, bo to był własny: kropla wracała gasnąca, słabnąca, dogorywająca, jak płomień, który ktoś zdmuchnął do ostatniej iskry. Wracała, bo musiała — bo kropla nie może istnieć bez naczynia, a Sinselle była jedynym, jakie miała — ale wracała, by w tym naczyniu umrzeć.

Bo straciła źródło.

Pełnia, od której kropla pochodziła, z której kiedyś została oderwana, by trafić do maski, a stamtąd w krew Céline — pełnia spłonęła. A kropla, jak każde dziecko odcięte od tego, co dawało jej życie, zaczynała gasnąć. Sinselle czuła to wyraźnie, z rosnącą rozpaczą: że trzyma w sobie umierającą drobinę światła, swoją towarzyszkę, swoją Aureę, tę ciepłą, tę, którą znała — i że nie ma czym jej ocalić. Że za chwilę zgaśnie, i zostanie sama. Naprawdę sama, pierwszy raz od miesięcy.

Klęczała na podłodze zniszczonej komnaty, w opadającym popiele, pośród kręgu milczących kobiet, i czuła, jak życie uchodzi z tej drobiny w jej krwi.

Ostrze — to obce ostrze — leżało kilka kroków dalej, na podłodze, nietknięte. Wybuch, który zniszczył boga, jego nie tknął. Lśniło własnym, zimnym światłem, obojętne, jakby nic się nie stało.

A na ścianie dogasał wypalony ślad.

I to było wszystko, co zostało: umierająca kropla, obce ostrze, gasnący znak na kamieniu — i kobieta klęcząca pośród nich, która nie była już Céline, a nie wiedziała jeszcze, czym się stanie.MASKA

W Tokio było późne popołudnie, i światło wpadało przez szklaną ścianę gabinetu na sześćdziesiątym piętrze tak, jakby miasto samo się nim podpalało.

Sayuri stała przy oknie, tyłem do drzwi, i patrzyła w dół na miasto, które w pewnym sensie należało do niej. Nie całe — nikt nie posiada miasta — ale te arterie w dole, te rzeki samochodów, ciężarówek, kontenerów płynących dniem i nocą przez Tokio i dalej, przez cały kraj, przez porty ku reszcie świata: to płynęło dzięki niej. Dzięki firmie, którą zbudowała z tego, co odziedziczyła, i uczyniła pierwszą. Marka. Profesjonalizm. Terminy, których się dotrzymuje. To były słowa, na których zbudowała wszystko, i nie wstydziła się ich, choć inni uważali je za zimne.

Wiedziała, że ktoś za chwilę wejdzie. Nie wiedziała kto, ani po co. Ale czuła to od kilku dni — to napięcie w powietrzu, ten szczególny rodzaj ciszy, jaki zapada przed czymś. Nauczyła się ufać temu uczuciu dawno temu. Ojciec ją tego nauczył, choć nie wprost.

Myślała o nim teraz, patrząc na miasto — co zdarzało się rzadko, bo nie lubiła do niego wracać.

Była jedynaczką. W rodzie, w którym brak męskiego dziedzica był wstydem, raną, czymś, czego się nie mówiło głośno, ale co wisiało nad każdym posiłkiem, nad każdą uroczystością. Ojciec nie miał syna — miał ją. I postanowił, że skoro los go oszukał, to on oszuka los: wychowa córkę tak, jakby była synem, którego mu odmówiono. Bez ulgi. Bez taryfy. Twardziej, niż wychowałby chłopca — jakby karał ją za to, że nie była nim, a zarazem żądał, by stała się wszystkim, czym on miał być.

Nienawidziła go za to jako dziecko. Za godziny treningu, gdy inne dziewczynki się bawiły. Za chłód, gdy płakała. Za to, że nigdy, ani razu, nie powiedział, że wystarczy.

Doceniła go dopiero później — gdy stała się kimś, kto nie pęka. Gdy zrozumiała, że ten ojciec, który ją łamał, wykuł z niej coś, czego nikt już nie zdoła złamać. Przejęła firmę jako osoba uformowana, twarda, niesentymentalna. I prowadziła ją tak, jak ją wychowano: bez ulgi, bez taryfy, bez wyjątków.

To dlatego ostatnie miesiące tak ją niepokoiły.

------------------------------------------------------------------------

Był ktoś przy niej — doradca, makler, od lat. Dobry w tym, co robił; może najlepszy, jakiego miała. Stonowany, cierpliwy, nigdy się nie narzucał — stał obok, podpowiadał, czekał. Pochodził, jak ona, ze starego rodu; rozpoznawała to w nim od pierwszego spotkania, tę samą ciszę, ten sam sposób, w jaki tradycja siedzi w człowieku głębiej niż słowa. Lubiła go. Na tyle, na ile pozwalała sobie kogokolwiek lubić.

A jednak od miesięcy czuła w nim coś. Jakieś napięcie pod tą gładką powierzchnią. Wracał wciąż do jednej sprawy — do pewnej fuzji, otwarcia, na które ona się nie godziła, bo łamałoby zasady, na których stała firma. Tłumaczył cierpliwie, raz za razem. Ona odmawiała, raz za razem. I za każdym razem widziała, jak coś w nim twardnieje — nie gniew, on nigdy nie okazywał gniewu, ale coś chłodniejszego. Jakby nie mógł pojąć, że istnieje słowo „nie”, którego nie da się obejść. Jakby za nim, za tym spokojnym doradcą, stało coś, co nie znało porażki i nie zamierzało jej poznać.

Tydzień temu przyszła do niej przesyłka. Bez nadawcy. W środku — maska. Czarna, dziwna, stara; czerń przetykana złotem, które wiło się po niej cienkimi, plecionymi pasmami, jak żyły, jak korzenie. Nie wiedziała, z czego jest zrobiona ani co miałaby znaczyć. Nie włożyła jej. Nie lubiła rzeczy, których nie rozumiała, a tej nie rozumiała zupełnie. Kazała ją położyć na biurku i zostawić — chciała zobaczyć, czy ktoś się po nią zgłosi. Czy ktoś przyzna, że ją przysłał.

Teraz, stojąc przy oknie, czuła, że właśnie się zgłasza.

Drzwi otworzyły się bez pukania.

------------------------------------------------------------------------

— Widzę, że czekałaś — powiedział głos za jej plecami.

Nie poznała go. To był głos mężczyzny — ale niski, obcy, z dziwnym pogłosem, jakby przemawiało nim coś więcej niż jeden człowiek, jakby dźwięk przechodził przez coś, zanim do niej dotarł. Nie odwróciła się od razu.

— Tak — odparła spokojnie. — Tylko nie znam powodu.

Cisza. Słyszała jego kroki — wszedł głębiej do gabinetu. Spojrzała kątem oka: stał kilka metrów za nią, a na biurku, między nimi, leżał ten nieotwarty pakunek z maską.

— Nie lubisz prezentów? — zapytał głos.

— Nie lubię niespodzianek.

— A wciąż tu jest.

— Bo ciekawi mnie, czyja to własność.

Teraz się odwróciła.

I zobaczyła go — mężczyznę w nienagannym garniturze, sylwetki znajomej i obcej zarazem, bo twarz miał zakrytą. Na twarzy nosił MASKĘ — czarną, przetykaną złotem dokładnie tak jak ta na biurku, bliźniaczą, ale emanującą blaskiem, którego tamta nie miała: złoto w jej szczelinach lśniło słabym, wewnętrznym światłem, a za otworami dwoje oczu patrzyło na nią z chłodną, nieludzką uwagą. A na plecach, ponad ramieniem, sterczała rękojeść katany. Broni, której nie nosi się do gabinetu. Broni rodowej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, dobywanej tylko wtedy, gdy ma się przelać krew.

Nie wiedziała, kto kryje się za maską. Wiedziała tylko, że ktokolwiek to jest, przyszedł nie po rozmowę.

Podeszła bliżej. Nie cofnęła się — to było pierwsze, czego ojciec ją nauczył: nie cofać się. Podeszła ku niemu, spokojna, mierząc go wzrokiem.

— Wchodzisz do mego domu z krwią na rękach — powiedziała cicho. — To bardzo nierozsądny ruch.

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij