Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Siódme: nie kradnij - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
50,48
5048 pkt
punktów Virtualo

Siódme: nie kradnij - ebook

Ona jest zapracowaną nauczycielką. On — organistą, który z kieliszkiem wina w dłoni staje się bezlitosnym sędzią. Gdy Jolanta wyrzuca domowe śmieci i zepsute rzeczy męża, Marek, używając języka prawa i teologii, udowadnia jej zbrodnię. Kara zawsze jest upokarzająca. „Siódme: nie kradnij” to mroczne, mistrzowskie studium psychologicznej manipulacji i przemocy w białych rękawiczkach. Gdzie leży granica absurdu i czy ofiara w końcu się z niego wyrwie? Książka została utworzona z pomocą AI


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-090-3
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Są książki, które się czyta. Są też książki, które się rozpoznaje. „SIÓDME: NIE KRADNIJ” należy do tej drugiej kategorii. To nie jest wyłącznie powieść. To jest precyzyjnie skonstruowane studium języka, władzy, winy i psychicznego podporządkowania. To także dzieło bardzo literackie. Gęste od znaczeń. A przy tym zaskakująco przejrzyste formalnie.

Jako psycholog i prawnik czytam tę książkę z podwójnym zainteresowaniem. Z jednej strony dostrzegam w niej znakomitą obserwację mechanizmów wpływu. Z drugiej widzę niezwykle celne użycie dyskursu prawnego. Prawo nie służy tu wymiarowi sprawiedliwości. Służy dominacji. Medycyna nie służy diagnozie. Służy podporządkowaniu. Moralność nie służy sumieniu. Służy zawstydzeniu. To jest właśnie jedna z największych sił tej książki. Pokazuje, że przemoc nie musi krzyczeć. Może mówić spokojnie. Może siedzieć w skórzanym fotelu. Może mieć kieliszek wina obok dłoni. I może posługiwać się nienaganną logiką.

Autor znakomicie rozumie, że życie domowe bywa areną procesów psychologicznych o skali dużo większej niż codzienny konkret. Przedmiot wyrzucony do kosza nie jest tu tylko przedmiotem. Staje się znakiem. Staje się pretekstem. Staje się osią konfliktu, wokół której obraca się całe małżeństwo. W tym sensie każdy z szesnastu rozdziałów działa jak osobna sprawa sądowa. Ma materiał dowodowy. Ma przesłuchanie. Ma uzasadnienie. Ma wyrok. A jednak wszystkie razem tworzą jedną, konsekwentną opowieść o osaczaniu człowieka przez interpretację.

Najbardziej poruszający jest tu kontrast. Z jednej strony mamy sielski krajobraz podbydgoskiej wsi. Dom z ogrodem. Taras. Sad. Drewutnię. Ścieżki. Pory roku. Ptaki. Śnieg. Deszcz. Bez. Czereśnie. Odwilż. Wszystko to, co w polskiej imaginacji jest znakiem spokoju i ładu. Z drugiej strony mamy narastające napięcie psychiczne. W tym świecie ciepło domu nie daje bezpieczeństwa. Porządek nie daje ulgi. Codzienność nie uspokaja. Wręcz przeciwnie. To właśnie zwyczajność staje się narzędziem opresji. I właśnie dlatego książka działa tak mocno. Bo jej groza nie przychodzi z zewnątrz. Ona mieszka w kuchni, w łazience, w garażu i w szufladzie.

Postać Jolanty została poprowadzona z dużą wrażliwością. To bohaterka wiarygodna. Przeciążona. Pracowita. Uczciwa. Rozsądna. A zarazem coraz bardziej zapędzana w pułapkę cudzych definicji. Psychologia zna ten mechanizm bardzo dobrze. Człowiek poddawany systematycznemu podważaniu własnego osądu zaczyna tracić zaufanie do własnej percepcji. Zaczyna wierzyć, że źródło problemu jest w nim samym. Właśnie to dzieje się tu krok po kroku. W sposób niemal modelowy. I właśnie dlatego „Siódme: nie kradnij” można czytać jako przejmujące studium przemocy psychicznej opartej na racjonalizacji.

Równie udana jest postać Marka. To nie jest bohater jednowymiarowy. Nie jest prostym tyranem. Jest człowiekiem inteligentnym. Oczytanym. Chłodnym. Retorycznie sprawnym. Pociąga go system. Pociąga go klasyfikowanie. Pociąga go nadawanie rzeczom ostatecznych nazw. I właśnie przez to staje się tak literacko przekonujący. Czytelnik nie obcuje tu z brutalnością prymitywną. Obcuje z brutalnością ucywilizowaną. Z przemocą ubrana w argument. Z dominacją, która chce uchodzić za troskę. To bardzo dojrzały zabieg artystyczny.

Na osobne uznanie zasługuje kompozycja książki. Szesnaście rozdziałów opiera się na podobnym szkielecie, ale nie popada w monotonię. Przeciwnie. Powtarzalność pełni tu funkcję sensotwórczą. Każdy kolejny epizod wzmacnia w czytelniku świadomość, że nie chodzi o skarpetki, pudełka, żyletki czy paragony. Chodzi o władzę nad znaczeniem. Chodzi o prawo do określania, co jest ważne, a co nie. Chodzi o to, kto w domu ma monopol na interpretację rzeczywistości. To forma bardzo inteligentna. I bardzo konsekwentna.

Ta książka tworzy przy tym wyraźną, spójną całość z wcześniej ukazanymi na rynku tytułami: „A CO BYŚ ZROBIŁA…”, „WYOBRAŹ SOBIE, ŻE…”, „A GDYBYŚ WIEDZIAŁA”, „DOM KOBIETY”, „CHCĘ BYĆ DOBRĄ ŻONĄ” oraz „UKARZ MNIE”. Czytane osobno, książki te już budują mocny portret relacji opartych na nacisku, wyobrażeniu powinności i wewnętrznej tresurze emocji. Czytane razem, układają się w większy projekt literacki. W projekt, który bada granice posłuszeństwa. Granice kobiecej samokontroli. Granice języka, którym usprawiedliwia się nierówność. „SIÓDME: NIE KRADNIJ” nie jest zatem dodatkiem do tego cyklu. Jest jego logicznym i bardzo mocnym rozwinięciem.

Szczególnie cenne jest to, że autor nie poprzestaje na prostym moralizowaniu. Nie podsuwa tanich ocen. Nie upraszcza. Zamiast tego pokazuje proces. A proces, zarówno w psychologii, jak i w prawie, jest zawsze ważniejszy niż pojedynczy fakt. To, co w tej książce dzieje się między zdaniem a repliką, między oskarżeniem a samousprawiedliwieniem, między przedmiotem a jego interpretacją, stanowi jej najgłębszy wymiar. W tym sensie jest to książka wymagająca. Ale bardzo potrzebna. Bo uczy, że nie każda argumentacja jest prawdą. Nie każda konsekwencja jest sprawiedliwością. I nie każda poprawność logiczna jest moralnie niewinna.

Finał tej opowieści ma ciężar, na który czytelnik pracuje razem z bohaterką. I właśnie dlatego zostaje w pamięci. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem tylko, że autor znakomicie rozumie dramaturgię opóźnionego przełomu. Wie, jak prowadzić napięcie. Wie, kiedy powtórzenie buduje beznadzieję. I wie, kiedy z tej beznadziei może narodzić się coś nowego. To umiejętność rzadka. I godna najwyższej uwagi.

Polecam tę książkę z pełnym przekonaniem. Jako psycholog widzę w niej ważne studium mechanizmów podporządkowania i odzyskiwania podmiotowości. Jako prawnik dostrzegam błyskotliwe, chwilami wręcz demaskatorskie użycie języka norm, obowiązków i sankcji. Jako czytelnik widzę po prostu bardzo dobrą literaturę. Uważną. Oryginalną. Konsekwentną. A zarazem głęboko niepokojącą.

„SIÓDME: NIE KRADNIJ” to książka, która nie daje się zredukować do fabuły. Trzeba ją czytać jako opowieść o rzeczach. O słowach. O domu. O ciele. O pamięci. O winie. I o tym, jak łatwo cudza interpretacja może stać się cudzym panowaniem. To książka ważna. I bardzo potrzebna.Rozdział 1: Termoizolacja ogniska domowego

Wieś Osówiec budziła się powoli. Tak jak zawsze. Tak jak od stu lat.

Najpierw odezwał się kogut u Nowaczyka. Potem drugi, u Pietrzaków, za starą stodołą krytą jeszcze eternitem. Trzeci milczał, bo trzeciego koguta we wsi już nie było. Zdechł w lutym i nikt go nie zastąpił. Ale dwa wystarczały. Wystarczały, żeby o czwartej pięćdziesiąt trzy obudzić Jolantę Przybylską, nauczycielkę języka polskiego w Szkole Podstawowej imienia Mikołaja Kopernika w Osówcu, żonę organisty, matkę dwójki dorosłych już dzieci i właścicielkę największego ogrodu w promieniu trzech kilometrów.

Właścicielkę. Choć Marek pewnie miałby co do tego słowa poważne zastrzeżenia natury prawnej.

Kwiecień tego roku przyszedł łagodnie. Bez przymrozków, bez szaleństw pogodowych, bez tych lodowatych podmuchów znad Wisły, które potrafią w jedną noc zniszczyć kwitnące czereśnie. Powietrze pachniało mokrą ziemią i czymś słodkim, czego Jolanta nigdy nie umiała nazwać. Może to był zapach nadziei. Może gnijących liści z jesieni. W Osówcu jedno od drugiego trudno było odróżnić.

Jolanta zsunęła nogi z łóżka. Lewą stopą trafiła na kapcia. Prawą w podłogę. Kafelek był lodowaty. Zawsze ten sam rytuał. Zawsze ten sam kafelek. Zawsze ta sama myśl: trzeba było położyć dywanik.

Spojrzała w prawo. Marek spał. Leżał na plecach z rękami złożonymi na piersi jak rzeźba nagrobna. Oddychał miarowo. Cicho. Z godnością, która nie opuszczała go nawet we śnie. Jego twarz, oświetlona bladym blaskiem wczesnego poranka, wyglądała jak twarz człowieka, który nigdy w życiu nie musiał wstawać o czwartej pięćdziesiąt trzy. Bo nie musiał. Organista zaczyna pracę, kiedy zaczyna się msza. A pierwsza msza w Osówcu była o ósmej.

Jolanta weszła do łazienki. Odkręciła kran. Zimna woda. Ciepła będzie za dwadzieścia minut, kiedy bojler się nagrzeje. Ale ona nie miała dwudziestu minut. Nigdy ich nie miała.

Umyła zęby. Spojrzała w lustro. Czterdzieści trzy lata. Zmarszczki wokół oczu. Włosy związane w niedbały kucyk. Pod oczami cienie, które nie znikały nawet po weekendzie. Uśmiechnęła się do siebie. Uśmiech był zmęczony, ale prawdziwy. Był poniedziałek. A w poniedziałki Jolanta Przybylska robiła pranie.

Pranie w domu Przybylskich nie było zwykłą czynnością domową. Było wyprawą. Ekspedycją. Operacją logistyczną porównywalną z planowaniem desantu na plaży w Normandii. Dom miał dwieście czterdzieści metrów kwadratowych. Ogród ponad trzydzieści arów. Marek posiadał więcej ubrań niż niejedna kobieta w Osówcu. I każde z tych ubrań miało swoją historię. Swoją wartość. Swoje miejsce w kosmologii domowego porządku, którą Marek opracował z precyzją godną średniowiecznego scholastyka.

Jolanta zeszła do piwnicy. Tam stała pralka. Stara, solidna Bosch, kupiona jedenaście lat temu w promocji w Bydgoszczy. Marek mówił wtedy, że to inwestycja na pokolenia. Że Niemcy robią rzeczy na wieki. Że ta pralka przeżyje ich oboje. Na razie miał rację.

Otworzyła kosz z brudnym praniem. Segregacja. Białe osobno. Kolorowe osobno. Ciemne osobno. Delikatne osobno. To były zasady. Markowe zasady, rzecz jasna. Jolanta sama prałaby wszystko razem na czterdziestu stopniach i nie zawracała sobie głowy. Ale Marek miał zasady. A zasady w domu Przybylskich były jak prawa fizyki. Nienaruszalne.

Zaczęła sortować. Koszulka. Jeszcze jedna koszulka. Ręcznik. Dwie poszewki. Spodnie od dresu. I wtedy jej ręka natrafiła na coś, co kiedyś było skarpetką.

Kiedyś. Dawno temu. W epoce, której nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy Osówca.

Jolanta uniosła przedmiot do światła żarówki. Była to skarpetka. Teoretycznie. Praktycznie był to kawałek bawełnianej materii w kolorze, który mógł być kiedyś granatowy, ale teraz przypominał raczej kolor brunatnego szlamu na dnie rowu melioracyjnego za kościołem. Dziura na pięcie miała średnicę monety pięciozłotowej. Dziura na palcu wielkiego była jeszcze większa. Ściągacz u góry stracił wszelką elastyczność i zwisał smętnie jak chorągiew w bezwietrzny dzień.

Obok leżała druga. Bliźniacza. Choć słowo „bliźniacza” było tu nadużyciem, bo ta druga miała dziury w zupełnie innych miejscach. Jakby każda z nich przeżyła własną, odrębną tragedię.

Jolanta wiedziała, co to za skarpetki. To były te „okołodomowe”. Tak je nazywał Marek. Skarpetki, które nie nadawały się już do kościoła, nie nadawały się na wyjście do sklepu, nie nadawały się właściwie do niczego, ale zdaniem Marka doskonale spełniały swoją funkcję „koło domu”. Na tarasie. W ogrodzie. W garażu. Na podwórku. Wszędzie tam, gdzie — jak twierdził — nikt nie patrzy na stopy organisty.

Jolanta trzymała te skarpetki i myślała. Myślała intensywnie. Myślała tak, jak myśli nauczycielka języka polskiego, która przeczytała w życiu dwa tysiące lektur, poprawiła trzydzieści tysięcy wypracowań i wie, że każde słowo ma znaczenie.

Wyrzucić czy nie wyrzucić. Oto jest pytanie.

Skarpetki były zniszczone. To był fakt obiektywny. Empiryczny. Weryfikowalny. Żaden sąd na świecie, żaden biegły, żaden rzeczoznawca odzieżowy nie uznałby tych skarpetek za zdatne do użytku. Dziury, przetarcia, brak elastyczności, kolor nieokreślony. Każda przesłanka wskazywała na jedno. Śmietnik.

A jednak Jolanta wahała się.

Bo znała Marka. Znała go od dwudziestu dwóch lat. Znała każdy zakamarek jego umysłu. Każdy tryb tej precyzyjnej, bezlitosnej maszynerii logicznej, która mieściła się w głowie mężczyzny potrafiącego grać na organach Bacha i jednocześnie cytować z pamięci artykuły kodeksu cywilnego.

Ale w końcu zwyciężył rozsądek. A może zmęczenie. A może jedno i drugie.

Jolanta włożyła obie skarpetki do foliowej torby. Torba wylądowała w czarnym worku na śmieci. Czarny worek wylądował w koszu przy furtce. Koniec. Sprawa zamknięta. Proste. Czyste. Logiczne.

Potem Jolanta zrobiła pranie. Trzy pełne pralki. Rozwiesiła bieliznę na sznurach w ogrodzie. Nakarmiła kota. Zjadła dwie kromki chleba z masłem i dżemem truskawkowym. Wypiła kawę. Sprawdziła pięć klasówek z trzeciej klasy. Było źle. Było zawsze źle. Dzieci w Osówcu nie lubiły interpunkcji. Przecinki były dla nich abstrakcją porównywalną z istnieniem ciemnej materii.

O siódmej czterdzieści pięć wsiadła na rower i pojechała do szkoły. Droga zajmowała dwanaście minut. Przez pola, wzdłuż kanału, pod starymi topolami, które pamiętały jeszcze PGR. Piękna droga. Spokojna. Pachniało rzepakiem i wiosną.

Dzień w szkole był długi. Jak zawsze. Sześć lekcji. Dwie godziny dyżuru na korytarzu. Spotkanie z rodzicami Kubusia z czwartej B, który znowu nie oddał lektury. Rozmowa z dyrektorem o budżecie na nowe podręczniki. Budżetu nie było. Podręczników też nie będzie. Jolanta spisała protokół zebrania zespołu przedmiotowego. Podlała kwiaty w sali numer siedem. Poprawiła dyktanda. Umyła tablicę. Zamknęła salę na klucz.

O szesnastej piętnaście wsiadła na rower i pojechała do domu.

Droga powrotna trwała trochę dłużej. Czternaście minut. Pod wiatr. Nogi bolały. Plecy bolały. Głowa bolała od Kubusia z czwartej B i od przecinków, których nikt nie stawiał.

Kiedy wjechała na podwórko, zobaczyła, że samochód Marka stoi już pod wiatą. Wrócił wcześniej. To się zdarzało. W poniedziałki nie było wieczornej mszy, więc Marek kończył po południu i wracał do domu. Do swojego fotela. Do swojego wina. Do swojego świata.

Jolanta oparła rower o ścianę garażu. Weszła do domu. Zdjęła buty. Włożyła kapcie. W kuchni czekał na nią widok, który znała tak dobrze, że mogłaby go narysować z zamkniętymi oczami.

Marek siedział w fotelu. W tym fotelu. Skórzanym, ciemnozielonym, kupionym osiem lat temu na giełdzie staroci pod Toruniem. Fotel był ogromny. Miał szerokie podłokietniki, wysokie oparcie i tę specyficzną miękkość, która sprawia, że człowiek, który w nim usiądzie, natychmiast czuje się jak sędzia Sądu Najwyższego. Albo jak inkwizytor. Zależy od perspektywy.

Na stoliku obok stał kieliszek czerwonego wina. Wino było dobre. Marek pił tylko dobre wino. Nie drogie. Ale dobre. Znał się na tym. Tak jak znał się na anatomii. Na psychiatrii. Na prawie kanonicznym. Na medycynie średniowiecznej. Na wszystkim, co można wyczytać z książek, siedząc wieczorami w skórzanym fotelu.

Marek nie czytał. Marek patrzył. Patrzył na Jolantę tym swoim wzrokiem, który mroził krew w żyłach. Spokojnym. Analitycznym. Pozbawionym emocji. Wzrokiem chirurga, który właśnie otworzył jamę brzuszną i zastanawia się, od czego zacząć.

Na kolanach Marka leżały dwie skarpetki.

Te skarpetki.

Jolanta poczuła, jak coś ściska ją w żołądku. Zimny, ciężki kamień, który osiadł gdzieś między śniadaniowymi kromkami a szkolną kawą z automatu.

— Dzień dobry, kochanie — powiedziała, starając się, żeby jej głos brzmiał normalnie.

Marek nie odpowiedział od razu. Uniósł kieliszek. Upił łyk. Odstawił. Pogładził jedną ze skarpetek, jakby głaskał rannego ptaka.

— Jolu — powiedział wreszcie. Jego głos był cichy. Spokojny. Modulowany jak głos lektora czytającego wyrok. — Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego wracając z pracy znalazłem moje skarpetki w worku na śmieci przy furtce?

Jolanta odłożyła torbę. Oparła się o framugę drzwi. Wzięła oddech.

— Marku, one były zniszczone.

Cisza. Marek obracał skarpetę w dłoniach. Powoli. Metodycznie. Jak anatom badający preparat.

— Zniszczone — powtórzył. Nie był to pytanie. Był to raczej protokół wstępny. Rejestracja materiału dowodowego. — Zniszczone, powiadasz.

— Tak. Miały dziury. Guma nie trzymała. Kolor…

— Kolor — przerwał jej Marek, unosząc skarpetę do światła lampy. — Kolor, moja droga, jest kwestią subiektywną. Percepcja barw zależy od gęstości receptorów czopkowych w siatkówce oka, od warunków oświetleniowych, od stanu emocjonalnego obserwatora. Powołujesz się na kolor, jako przesłankę do wyrzucenia mojej własności. Czy zdajesz sobie sprawę, że na tej podstawie można by wyrzucić połowę obrazów w Luwrze?

Jolanta otworzyła usta. Zamknęła je. Otworzyła ponownie.

— Marku, to były skarpetki. Nie obrazy.

— A tutaj się mylisz, Jolu. Tutaj się fundamentalnie mylisz.

Marek odstawił kieliszek i wyprostował się w fotelu. Jego postawa zmieniła się nieznacznie. Ramiona cofnięte. Podbródek uniesiony. Oczy lekko zmrużone. Jolanta znała tę pozycję. To była pozycja prokuratorska. Początek aktu oskarżenia.

— Zacznijmy od faktów — powiedział. — Te skarpetki są moją własnością. Nabytą za pieniądze pochodzące z wynagrodzenia za pracę organisty w parafii pod wezwaniem Świętej Trójcy w Osówcu. Zgadzamy się co do tego?

— No tak, ale…

— Nie proszę o ale. Proszę o potwierdzenie faktu. Czy te skarpetki są moją własnością?

— Tak.

— Dziękuję. Fakt numer dwa. Zostały usunięte z domu bez mojej wiedzy i zgody. Zgadzamy się?

— Marek, ja tylko…

— Bez mojej wiedzy i zgody. Tak czy nie?

Jolanta poczuła, jak policzki robią jej się gorące.

— Tak.

— Doskonale. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której osoba trzecia…

— Osoba trzecia? Marku, jestem twoją żoną!

— …w której osoba zamieszkująca to samo gospodarstwo domowe, kochanie, usunęła z niego rzeczy stanowiące własność drugiej osoby, bez jej wiedzy i zgody. W języku prawnym, Jolu, istnieje na to bardzo precyzyjne określenie.

Marek zamilkł. Sięgnął po kieliszek. Upił łyk. Cisza w pokoju była tak gęsta, że Jolanta słyszała tykanie zegara w przedpokoju i bzyczenie muchy za firanką.

— Kradzież — powiedział Marek.

Słowo zawisło w powietrzu jak topór kata.

— Kradzież?! — Jolanta aż cofnęła się o krok. — Marku, na miłość boską, to były dziurawe skarpetki!

— Artykuł dwieście siedemdziesiąt osiem kodeksu karnego, paragraf pierwszy — recytował Marek tonem człowieka, który czytał ten artykuł co najmniej dwadzieścia razy. — Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do lat pięciu. Zauważ, Jolu, że ustawodawca nie wprowadza tu rozróżnienia na rzeczy nowe i stare. Na rzeczy ładne i brzydkie. Na rzeczy z dziurami i bez dziur. Rzecz jest rzeczą. A kradzież jest kradzieżą.

Jolanta poczuła, że musi usiąść. Opadła na krzesło przy stole kuchennym. Krzesło skrzypnęło. Marek nawet nie drgnął.

— To absurdalne — powiedziała cicho.

— Absurdalne? Proszę bardzo. Przejdźmy zatem od prawa do medycyny, skoro prawo wydaje ci się absurdalne.

Marek pochylił się do przodu. Jego oczy błyszczały w świetle lampy jak oczy kota, który właśnie zauważył mysz.

— Stopy, kochanie. Porozmawiajmy o stopach. Stopa ludzka to arcydzieło inżynierii biologicznej. Dwadzieścia sześć kości. Trzydzieści trzy stawy. Ponad sto mięśni, ścięgien i więzadeł. Stopa jest fundamentem. Dosłownie. Całe ciało stoi na stopach. A co chroni stopy? Co stanowi pierwszą linię obrony między delikatną tkanką naskórka a brutalnym, zimnym światem zewnętrznym?

— Skarpetki — wyszeptała Jolanta, widząc, dokąd to zmierza.

— Otóż to! Skarpetki! A ty, Jolanto, pozbawiłaś mnie tej ochrony. Celowo. Świadomie. Z pełną premedytacją.

— Marek, masz w szufladzie dwadzieścia innych par skarpetek…

— To nie jest argument! — Marek uniósł palec. — Gdyby chirurg usunął ci nerkę i powiedział, że masz jeszcze drugą, czy uznałabyś to za argument? Czy poczułabyś się uspokojona? Każda para skarpetek, Jolu, pełni swoją funkcję. Te konkretne skarpetki były moimi skarpetkami domowymi. Okołodomowymi. Przystosowanymi do warunków panujących na naszej posesji. Rozciągnięte? Tak. Bo moja stopa je ukształtowała. Dostosowała do siebie. To była symbioza, kochanie. Symbioza między stopą a tkaniną. I ty tę symbiozę brutalnie przerwałaś.

Jolanta czuła, jak grunt ucieka jej spod nóg. To było zawsze tak samo. Na początku myślała, że ma rację. Że argumenty są po jej stronie. Że zdrowy rozsądek jest po jej stronie. A potem Marek zaczynał mówić. I wszystko się odwracało. Jak w kalejdoskopie. Jeden obrót i nagle to, co było oczywiste, stawało się wątpliwe. Drugi obrót i wątpliwe stawało się niepewne. Trzeci i Jolanta zaczynała się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek miała rację. W jakiejkolwiek sprawie. W całym swoim życiu.

— Ale one miały dziury, Marku — podjęła ostatnią próbę. — Nie chroniły twoich stóp. Przez te dziury…

— Przez te dziury, Jolu, moja stopa oddychała. Wentylacja. Słyszałaś o wentylacji? W medycynie sportowej jest to pojęcie fundamentalne. Stopa zamknięta w szczelnej skarpetce to stopa narażona na grzybicę. Na odparzenia. Na macerację naskórka. Te tak zwane dziury, kochanie, te otwory, które ty w swojej niefachowej ocenie uznałaś za wadę, były w rzeczywistości zaletą. Naturalnym systemem wentylacyjnym, który powstał w wyniku wielomiesięcznego użytkowania. Ewolucja, Jolu. Ewolucja odzieżowa.

Jolanta oparła łokcie na stole i schowała twarz w dłoniach. Za oknem śpiewał kos. Pięknie śpiewał. Beztrosko. Kos nie musiał tłumaczyć się z wyrzuconych skarpetek.

— Ale jest coś gorszego — kontynuował Marek, a jego głos obniżył się o pół tonu. — Coś, co martwi mnie bardziej niż aspekt prawny i medyczny. Aspekt moralny, Jolanto.

Jolanta podniosła głowę. Wiedziała, że to nadchodzi. Zawsze nadchodziło. Najpierw prawo. Potem medycyna. Na końcu teologia. Trójstopniowa rakieta, która zawsze trafiała w cel.

— Przykazanie siódme — powiedział Marek, unosząc skarpetę jak relikwię. — Nie kradnij. Nie mówi: nie kradnij rzeczy wartościowych. Nie mówi: nie kradnij rzeczy nowych. Nie mówi: nie kradnij rzeczy bez dziur. Mówi po prostu: nie kradnij. Punkt. Kropka. Koniec dyskusji. Katechizm Kościoła Katolickiego, punkt dwa tysiące czterysta jedenaście, jasno stanowi, że siódme przykazanie zabrania zabierania lub zatrzymywania niesłusznie dobra bliźniego. Niesłusznie, Jolu. Czy miałaś moje pozwolenie?

— Nie.

— Czy pytałaś mnie o zgodę?

— Nie.

— Zatem działałaś niesłusznie. A skoro niesłusznie, to grzesznie. A grzech, moja droga, ma konsekwencje. Nie tylko prawne. Nie tylko zdrowotne. Ale przede wszystkim duchowe. Konsekwencje, które ciążą na sumieniu. Które obciążają duszę. Które wymagają ekspiacji.

Marek umilkł. Dopił wino. Odstawił pusty kieliszek na stolik z cichym, krystalicznym dźwiękiem, który w ciszy pokoju zabrzmiał jak uderzenie małego dzwonu. Pogrzebowego dzwonu.

Jolanta siedziała nieruchomo. Zmęczona po dwunastu godzinach pracy. Zmęczona po sześciu lekcjach, dwóch dyżurach, trzydziestu klasówkach, jednym Kubusiu z czwartej B i czternastu minutach jazdy rowerem pod wiatr. A teraz jeszcze to.

— A poza tym — dodał Marek, jakby mu się coś przypomniało — rozważmy skutki pośrednie twojego działania. Skutki, które być może nie przyszły ci do głowy, bo rzadko myślisz w kategoriach systemowych.

Jolanta nie odpowiedziała. Nie miała siły.

— Wyrzucając moje skarpetki, usunęłaś z domu materiał tekstylny. Materiał, który mógł posłużyć jako ścierka. Jako uszczelka. Jako prowizoryczny opatrunek w razie wypadku. Jako knot do lampy naftowej w przypadku awarii prądu. Czy pomyślałaś o tym? Czy pomyślałaś, co się stanie, jeśli zima wróci? Jeśli temperatura spadnie? Jeśli zabraknie prądu i będziemy siedzieć w ciemnym, zimnym domu, a ja nie będę miał nawet starej skarpetki, żeby owinąć nią dłonie?

— Mamy kwiecień, Marku. Jest piętnaście stopni.

— Dziś jest piętnaście stopni. A jutro? Za tydzień? Klimat się zmienia, Jolanto. Naukowcy biją na alarm. Polarne wiry mogą w każdej chwili sprowadzić na nas falę arktycznego mrozu. I co wtedy? Co wtedy zrobisz? Będziesz biegła do śmietnika szukać moich skarpetek w ciemności? Wśród odpadków? Wśród szczurów?

Absurd narastał jak woda w wannie z zakręconym odpływem. Jolanta czuła to. Wiedziała, że to absurd. Ale jednocześnie każde słowo Marka brzmiało logicznie. Każde zdanie łączyło się z poprzednim jak ogniwa łańcucha. A łańcuch zaciskał się powoli, metodycznie, nieubłaganie.

— Nie miałam złej woli — powiedziała wreszcie. — Chciałam po prostu posprzątać.

Marek pokiwał głową. Powoli. Ze zrozumieniem. Z tym strasznym, chirurgicznym współczuciem, które było gorsze od gniewu.

— Wiem, kochanie. Wiem, że nie miałaś złej woli. Ale prawo nie rozróżnia woli dobrej od złej w kontekście skutku. Skutek jest obiektywny. Skarpetki zniknęły z mojej szuflady. To jest fakt. A fakty, Jolu, są uparte. Bardziej uparte nawet od ciebie.

Jolanta poczuła, jak coś w niej pęka. Nie z hukiem. Cicho. Jak pękająca nitka. Ta ostatnia nitka, która trzymała jej przekonanie, że postąpiła słusznie.

— Ale wiesz, co mnie najbardziej niepokoi? — Marek pochylił się do przodu i złożył dłonie jak do modlitwy. — Niepokoi mnie aspekt psychiatryczny tego zdarzenia. Bo widzisz, Jolanto, w literaturze klinicznej opisane jest zjawisko zwane kompulsywnym pozbywaniem się przedmiotów. To zaburzenie, które polega na irracjonalnej potrzebie usuwania rzeczy z otoczenia. Często dotyczy rzeczy należących do osób bliskich. Jest to przejaw głębszego konfliktu wewnętrznego. Podświadomej agresji. Tłumionej wrogości wobec partnera.

— Ja nie jestem wrogo nastawiona!

— Twoje czyny mówią co innego, kochanie. Wyrzuciłaś moje skarpetki. To jest akt agresji symbolicznej. Freud powiedziałby, że próbujesz mnie usunąć z przestrzeni domowej. Skarpetka po skarpetce. Rzecz po rzeczy. Aż pewnego dnia obudzę się w pustym domu, bez żadnej swojej rzeczy, i zrozumiem, że zostałem wymazany.

— Marku, to tylko skarpetki!

— Dzisiaj skarpetki. Jutro koszula. Pojutrze spodnie. Za tydzień moje książki. Za miesiąc mój fotel. To jest progresja, Jolu. Kliniczna progresja. I jeśli jej nie zatrzymamy teraz, na etapie skarpetek, to za rok nie będzie mnie w tym domu. Zostanie tylko twoja wersja rzeczywistości. Czysta. Uporządkowana. Pozbawiona moich rzeczy. Pozbawiona mnie.

Jolanta milczała. Za oknem kos przestał śpiewać. Słońce zaszło za chmurę. W pokoju zrobiło się ciemniej. Chłodniej. Fotel Marka wyglądał teraz jak tron w ciemnej sali sądowej.

— Co mam zrobić? — wyszeptała Jolanta.

Marek oparł się wygodnie. Jego twarz złagodniała. Nieznacznie. Jak twarz sędziego, który właśnie podjął decyzję i czuje ulgę, że najtrudniejsza część jest za nim.

— Przede wszystkim — powiedział spokojnie — musisz zrozumieć wagę tego, co zrobiłaś. To nie jest błahostka. To nie jest drobne nieporozumienie domowe. To jest naruszenie fundamentalnych zasad współżycia społecznego, prawa własności i siódmego przykazania. I to naruszenie wymaga zadośćuczynienia.

— Jakiego zadośćuczynienia?

Marek sięgnął po butelkę wina. Nalał sobie drugi kieliszek. Powoli. Ceremonialnie. Wino było ciemnoczerwone, gęste, pachniało dojrzałymi owocami i czymś drzewnym. Marek upił łyk. Delektował się nim. Odstawił kieliszek.

— Te skarpetki, Jolu, nie wyrzuciły się same do kosza na śmieci. Ktoś je tam włożył. Ty je tam włożyłaś. Swoimi rękami. I teraz te same ręce muszą naprawić to, co zniszczyły.

Jolanta patrzyła na niego z rosnącym niepokojem.

— Chcesz, żebym je wyprała?

— Wyprała? — Marek uniósł brwi z wyrazem szczerego zaskoczenia. — Kochanie, pranie to higiena, nie pokuta. Nie, Jolu. Mam na myśli coś innego. Coś, co utrwali w twojej pamięci wagę siódmego przykazania. Coś, co sprawi, że następnym razem, zanim wyciągniesz rękę po moją własność, pomyślisz dwa razy. Trzy razy. Dziesięć razy.

Cisza. Zegar tykał. Mucha bzyczała. Kot wszedł do kuchni, spojrzał na oboje ludzi i wyszedł. Koty mają instynkt. Wiedzą, kiedy lepiej nie być w pobliżu.

— Jutro rano — powiedział Marek — pojedziesz na wysypisko odpadów komunalnych w Białych Błotach. Wiem, że masz wolne, bo we wtorek jest dzień samokształcenia. Pojedziesz tam i przeszukasz kontener z odpadami tekstylnymi. Szukać będziesz nici. Nitek bawełnianych w kolorze zbliżonym do koloru moich skarpetek. Potrzebuję dokładnie czternaście centymetrów nici, żeby zacerować dziury, które były elementem naturalnego systemu wentylacyjnego, ale które ty, w swojej ignorancji, uznałaś za wadę. Szukanie potrwa tyle, ile będzie musiało potrwać. Cztery godziny. Sześć godzin. Osiem. Aż znajdziesz.

Jolanta zamrugała.

— Na wysypisku? Mam szukać nitek na wysypisku?

— Na wysypisku. Wśród złomu, odpadów i resztek ludzkiej cywilizacji. Tam, gdzie wyrzuciłaś moje skarpetki. Tam, gdzie miały skończyć. Wśród śmieci. Bo widzisz, Jolu, skoro traktujesz moje rzeczy jak śmieci, to powinnaś spędzić trochę czasu wśród śmieci. Żeby zrozumieć. Żeby poczuć. Żeby zapamiętać.

Jolanta patrzyła na męża. Na jego spokojną twarz. Na kieliszek wina. Na skórzany fotel. Na skarpetki leżące na jego kolanach jak dwa smutne, wełniane zwierzątka. Miała ochotę powiedzieć, że to absurd. Że to szaleństwo. Że żaden normalny człowiek nie wysyła żony na wysypisko za wyrzucenie starych skarpetek.

Ale nie powiedziała tego. Bo gdzieś w głębi duszy, gdzieś za zmęczeniem i złością, usłyszała cichutki głos. Głos, który mówił: a może on ma rację? Może rzeczywiście nie powinnam była? Może rzeczywiście naruszyłam coś ważnego? Granicę? Zasadę? Przykazanie?

Tak działał Marek. Nie krzykiem. Nie siłą. Słowami. Precyzyjnymi, chirurgicznymi, nieubłaganymi słowami, które wchodziły pod skórę jak igła i zostawały tam, pulsując cichym bólem winy.

— Dobrze — powiedziała Jolanta.

Jedno słowo. Ciche. Zmęczone. Pokonane.

Marek uśmiechnął się. Łagodnie. Ciepło nawet. Jak dobry spowiednik, który właśnie usłyszał szczere wyznanie grzechów.

— Wiedziałem, że zrozumiesz, kochanie — powiedział. — Jesteś mądrą kobietą. Zawsze byłaś. Czasem tylko zapominasz. A ja jestem tutaj, żeby ci przypominać.

Sięgnął po kieliszek. Uniósł go lekko, jakby wznosząc toast. Za co? Za sprawiedliwość? Za siódme przykazanie? Za skarpetki?

Jolanta wstała. Nogi miała ciężkie. Plecy bolały. Głowa pulsowała tępym bólem.

— Idę rozwieszać pranie — powiedziała.

— Oczywiście — odparł Marek. — Tylko uważaj na moje rzeczy. Każda z nich jest ważna. Każda ma swoją wartość. Każda ma swoje miejsce w tym domu. Pamiętaj o tym.

Jolanta wyszła do ogrodu. Słońce znów wyjrzało zza chmur. Powietrze było ciepłe i pachnące. Gdzieś daleko, za polami rzepakowymi, widać było wieżę kościoła w Osówcu. Tego kościoła, w którym Marek grał na organach. Tego kościoła, z którego ambon głoszono przykazania.

Siódme: nie kradnij.

Jolanta zawiesiła mokrą koszulę na sznurze. Klamerka zatrzasnęła się z cichym kliknięciem. Wiatr poruszył tkaniną. Koszula zatańczyła leniwie w wieczornym powietrzu, rzucając długi cień na trawnik.

W domu Marek nalał sobie trzeci kieliszek wina. Pogładził skarpetki. Odłożył je na podłokietnik fotela. Westchnął z satysfakcją.

Świat był znowu w porządku.

Przynajmniej do następnego rozdziału.Rozdział 4: Magazyny energii potencjalnej

Czerwiec przyszedł z deszczem.

Nie z tym majowym, romantycznym deszczem, który pada godzinę i przestaje, zostawiając tęczę nad polami. Nie. Czerwcowy deszcz tego roku był brutalny. Zimny. Uparty jak komornik, który przychodzi po zaległe raty. Padał od trzech dni bez przerwy. Padał tak, jakby ktoś na górze odkręcił kurek i zapomniał zakręcić. Albo nie chciał zakręcić. Albo zakręcił, ale kurek ciekł.

Rynny w domu Przybylskich nie nadążały. Woda przelewała się przez krawędzie, spływała po ścianach, tworzyła strumyki na podjeździe. Ogród zamienił się w bagno. Kompostownik stał w wodzie „po kostki”. Czereśnia kapała jak fontanna. Nawet kogut Nowaczyka milczał. Nie z braku chęci. Z mokrego gardła.

Jolanta wstała o czwartej pięćdziesiąt. Jak zawsze. Deszcz czy nie deszcz. Powódź czy nie powódź. Koniec świata czy nie koniec świata. O czwartej pięćdziesiąt Jolanta Przybylska staje na nogi. Jeden kapeć i jeden lodowaty kafelek.

Tego dnia czekało ją szczególne wyzwanie. Drewno na opał. Bo owszem, był czerwiec. Ale był taki czerwiec, w którym temperatura spadła do dziewięciu stopni i dom zrobił się zimny jak piwnica. Marek lubił ciepło. Marek wymagał ciepła. Marek bez ciepła stawał się drażliwy, a drażliwy Marek był groźniejszy niż spokojny Marek, co samo w sobie było stwierdzeniem przerażającym.

Kominek w salonie był duży. Zbudowany z cegły klinkierowej. Marek zaprojektował go sam, wzorując się na kominkach w angielskich posiadłościach wiejskich, które widział na zdjęciach w albumie poświęconym architekturze Cotswolds. Kominek był piękny. Funkcjonalny. Grzał cały parter. Pod warunkiem, że ktoś w nim napalił.

I tym kimś była zawsze Jolanta.

Drewno leżało w drewutni za garażem. Drewutnia była daleko. Trzydzieści metrów od domu. Trzydzieści metrów w deszczu. Trzydzieści metrów po błotnistej ścieżce, która w normalnych warunkach była ścieżką, a teraz była rzeczką.

Jolanta włożyła kalosze. Stare, zielone, z pękniętą lewą cholewką. Narzuciła kurtkę przeciwdeszczową. Kaptur na głowę. Rękawiczki robocze na dłonie. Wyszła.

Deszcz przywitał ją z entuzjazmem psychopaty. Uderzył w twarz. Wlał się za kołnierz. Wdarł się do kalosz przez pękniętą cholewkę. Jolanta szła. Bo Jolanta zawsze szła. Bo Jolanta nie miała wyboru. Bo drewno samo się nie przyniesie, kominek sam się nie napali, a Marek sam nie wstanie z fotela, żeby to zrobić.

Nie. To niesprawiedliwe. Marek wstawał z fotela. Czasem. Kiedy szedł do kościoła. Kiedy szedł do samochodu. Kiedy szedł do łazienki. Kiedy szedł sprawdzić, czy Jolanta czegoś nie wyrzuciła. Wtedy wstawał. Z gracją i determinacją.

Drewutnia była pełna. Jolanta narąbała drewna w zeszłym tygodniu. Sama. Siekierą. Tą starą siekierą, którą Marek kupił na targu staroci i o której mówił, że ma duszę. Jolanta nie wiedziała, czy siekiera ma duszę, ale wiedziała, że ma tępy ostrze i krzywy trzonek. Rąbanie nią wymagało siły, cierpliwości i przekleństw wypowiadanych szeptem, żeby sąsiadka Pietrzakowa nie usłyszała.

Naładowała taczki drewnem. Trzy tury. Trzy razy trzydzieści metrów tam i trzydzieści metrów z powrotem. Sto osiemdziesiąt metrów w deszczu, w błocie, z ciężkimi taczkami, które co chwilę grzęzły w mokrej ziemi. Jolanta pchała. Szarpała. Ciągnęła. Klęła szeptem. Pchała dalej.

O szóstej trzydzieści kominek płonął. Ogień trzaskał wesoło. Ciepło rozchodziło się po pokoju. Jolanta stała przed kominkiem w mokrym ubraniu i suszyła ręce. Palce miała czerwone. Zdrętwiałe. Plecy bolały. Kolana bolały. Kolana bolały zawsze, od czasu pielgrzymki po asfalcie do kapliczki Matki Boskiej. Ale o tym nie myślała. Wolała nie myśleć.

Potem zrobiła śniadanie. Jajecznicę na boczku. Tosty. Kawa dla siebie. Herbata dla Marka. Herbata musiała być zaparzona dokładnie cztery minuty. Nie trzy. Nie pięć. Cztery. Marek to sprawdzał. Nie zegarem. Nasyceniem barwy. Smakiem. Zapachem. Marek rozróżniał herbatę zaparzoną trzy minuty od herbaty zaparzonej cztery minuty tak, jak sommelier rozróżnia roczniki Bordeaux.

Marek zszedł na śniadanie o siódmej piętnaście. Świeży. Wypoczęty. Pachnący wodą po goleniu, którą kupował w drogerii w Bydgoszczy. Woodsy, powiedział kiedyś, opisując zapach. Drzewny. Jolanta pomyślała wtedy, że jedyne drzewo, jakie Marek zna z bliska, to klawiatura organów. Ale nie powiedziała tego głośno. Nigdy nie mówiła takich rzeczy głośno.

Jedli w ciszy. Marek czytał coś na tablecie. Jolanta jadła i myślała o lekcjach. Dziś miała pięć. Plus dyżur na korytarzu. Plus rozmowa z matką Zuzi z piątej A, która nadal się nie odzywała. Psycholog szkolna sugerowała mutyzm wybiórczy. Jolanta sugerowała, że dziecko po prostu nie ma o czym rozmawiać z dorosłymi, którzy ciągle tylko wymagają. Ale psycholog szkolna miała tytuł i statystyki. A Jolanta miała tylko doświadczenie i intuicję.

Po śniadaniu Jolanta umyła naczynia. Posprzątała kuchnię. Wyciągnęła mopa i wytarła przedpokój, w którym tkwiło błoto z kaloszy. Sprawdziła, czy ogień w kominku się trzyma. Trzymał się. Dorzuciła dwa polana. Wytarła ręce w fartuch.

I wtedy jej wzrok padł na szufladę.

Szuflada w komodzie w przedpokoju. Trzecia od góry. Ta, którą Marek nazywał „szufladą strategiczną”. Komoda stała tu od początku. Kupiona razem z domem. Ciężka, dębowa, z mosiężnymi uchwytami. Cztery szuflady. Pierwsza na rękawiczki i czapki. Druga na klucze zapasowe i latarki. Trzecia na Marka. Czwarta pusta. Choć Marek pewnie miałby co do tej pustki zastrzeżenia.

Szuflada strategiczna Marka była światem samym w sobie. Jolanta otwierała ją raz na kilka miesięcy, przy okazji generalnych porządków. I za każdym razem znajdowała tam coś nowego. Albo raczej coś starego, co Marek gdzieś znalazł, podniósł, przyniósł do domu i schował „na wszelki wypadek”.

Tego dnia Jolanta otworzyła szufladę, szukając zapałek. Bo zapalniczka do kominka skończyła się. Bo zapasowa zapalniczka leżała w garażu. Bo do garażu trzeba iść w deszczu. Bo deszcz padał. A Jolanta miała dość deszczu, dość błota, dość kaloszy z pękniętą cholewką i dość chodzenia gdziekolwiek.

Szuflada otworzyła się z cichym skrzypnięciem. Jolanta spojrzała do środka i poczuła to, co czuje archeolog, który otwiera grobowiec faraona i zamiast złota znajduje sterty papirusów, o których nikt nie wie, co znaczą.

Pudełka. Pudełka po zapałkach. Dziesiątki pudełek po zapałkach.

Leżały wszędzie. Na kupkach. W stosikach. W rzędach. W chaotycznych grupach. Duże i małe. Kwadratowe i prostokątne. Z nadrukami i bez. Z reklam restauracji, hoteli, pensjonatów. Z napisami po polsku, po niemiecku, po czesku. Jedno nawet po włosku. Fiammiferi. Jolanta nie wiedziała, kiedy Marek był we Włoszech. Może nie był. Może pudełko przyszło do niego. Rzeczy przychodziły do Marka. Przyciągał je jak magnes. Jak czarna dziura przyciąga materię. Bezwolnie, nieuchronnie, bezpowrotnie.

Jolanta wzięła jedno pudełko. Otworzyła. Puste. Wzięła drugie. Puste. Trzecie. Jedna zapałka. Bez główki. Czwarte. Puste. Piąte. Dwie zapałki. Jedna złamana. Szóste. Puste. Siódme, ósme, dziewiąte, dziesiąte. Puste. Puste. Puste. Puste.

Liczyła. Przestała liczyć przy dwudziestu trzech. W szufladzie było ich więcej. Trzydzieści. Może czterdzieści. Trudno powiedzieć, bo niektóre były wciśnięte pod inne, ukryte w kątach, wtulone w zagłębienia. Czterdzieści pudełek po zapałkach. Z czego zapałki znajdowały się w może pięciu. A kompletne, zdatne do użycia zapałki w może dwóch.

Dwa pudełka z zapałkami. I trzydzieści osiem pustych.

Jolanta stała nad szufladą i myślała. Myślała intensywnie. Myślała jak strateg przed bitwą. Bo to była bitwa. Może nie taka z armatami i końmi. Ale bitwa. Bitwa z szufladą. Z pustymi pudełkami. Z logiką Marka, która potrafiła z pustego pudełka po zapałkach uczynić skarb narodowy, artefakt kulturowy i dowód rzeczowy w jednym.

Wiedziała, co powinna zrobić. Powinna zamknąć szufladę. Odejść. Zapomnieć. Wziąć tę jedną zapałkę bez główki i iść do garażu po zapalniczką, w deszczu, przez błoto, przez trzydzieści metrów mokrego piekła.

Ale nie zamknęła.

Bo była zmęczona. Bo bolały ją kolana. Bo bolały ją plecy. Bo od trzech dni padał deszcz. Bo od trzech dni nosiła drewno, paliła w kominku, prała, gotowała, sprzątała, uczyła, jeździła na rowerze w deszczu i wracała do domu mokra, zmęczona, głodna i niewidzialna. Bo Marek siedział w fotelu. Bo Marek pił wino. Bo Marek czytał o anatomii, psychiatrii i prawie kanonicznym. Bo Marek nie narąbał ani jednego polana. Nie wyniósł ani jednej taczki. Nie zapalił ani jednego ognia. Bo Marek żył w świecie, w którym rzeczy robiły się same. A jeśli się nie robiły, to robiła je Jolanta.

Wyciągnęła z szuflady wszystkie puste pudełka. Wszystkie trzydzieści osiem. Zostawiła te dwa z zapałkami. Uczciwie. Sprawiedliwie. Puste do worka. Pełne na miejsce. Logika. Zdrowy rozsądek. Elementarna higiena domowa.

Worek z pudełkami poszedł do kosza na odpady zmieszane. Kosz stał w garażu. W garażu, do którego Jolanta musiała iść w deszczu. Poszła. Musiała i tak po zapalniczkę. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Efektywność. Pragmatyzm. Nauczycielska logistyka.

Wróciła. Zapaliła kominek zapalniczką. Ogień buchnął. Ciepło objęło pokój. Jolanta przebrała się w suche rzeczy. Wypiła drugą kawę. O ósmej piętnaście wsiadła na rower i pojechała do szkoły. W deszczu. Pod wiatr. Dwanaście minut. Z mokrymi włosami i suchym sumieniem.

Dzień w szkole był ciężki. Jak zawsze, kiedy pada. Dzieci były niespokojne. Hałaśliwe. Wierciły się na krzesłach jak piskorze w wiaderku. Jolanta tłumaczyła ortografię. _Rz_ po spółgłoskach. Wyjątki. Dzieci nie lubiły wyjątków. Dzieci lubiły reguły. Proste, jasne, bezwyjątkowe reguły. Trochę jak Marek. Tyle, że Marek tworzył reguły. A dzieci musiały ich słuchać.

Rozmowa z matką Zuzi z piątej A nie przyniosła przełomu. Matka Zuzi uważała, że córka jest po prostu nieśmiała. Jolanta uważała, że córka jest po prostu smutna. Psycholog uważała, że córka wymaga terapii. Zuzia nie uważała nic, bo Zuzia nie mówiła. A milczenie, jak wiedziała Jolanta z dwudziestoletniej praktyki pedagogicznej, jest najgłośniejszym krzykiem.

Wróciła do domu o szesnastej. Deszcz nie ustępował. Rower ślizgał się na mokrej drodze. Jolanta prawie wjechała w rów przy kanale. Prawie. Utrzymała równowagę w ostatniej chwili. Refleks. Instynkt. Dwadzieścia lat jazdy tą samą trasą. Ciało pamięta każdy zakręt, każdą dziurę, każdy kamień.

Samochód Marka stał pod wiatą. Silnik zimny. Wrócił dawno. Pewnie zaraz po próbie chóru. W deszczowe dni Marek wracał wcześniej. Mówił, że deszcz rozstraja organy. Że wilgoć wpływa na brzmienie piszczałek. Że w takie dni lepiej czytać niż grać. I czytał. W fotelu. Z winem.

Jolanta weszła do domu. Zdjęła mokre buty. Mokrą kurtkę. Mokre skarpetki. Skarpetki własne, nie Markowe. Markowe skarpetki, te stare, okołodomowe, wisiały teraz w gablocie w przedpokoju. Tak. W gablocie. Marek powiesił je tam po incydencie z rozdziału pierwszego. W ramce, za szkłem, z podpisem: „Ocalone”. Jolanta pierwszy raz w życiu widziała skarpetki w ramce. Ale w domu Przybylskich wszystko było możliwe.

Założyła kapcie. Weszła do pokoju.

Marek siedział w fotelu. Na stoliku kieliszek wina. Obok leżała otwarta książka. Nie atlas anatomii. Nie kodeks karny. Tym razem coś innego. Podręcznik fizyki dla licealistów. Wydanie z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Skąd go wziął, Jolanta nie miała pojęcia. Marek miał zdolność do pojawiania się z książkami, których nikt nigdy nie widział, nie kupował i nie zamawiał. Przychodziły do niego jak ptaki do świętego Franciszka.

Podręcznik był otwarty na rozdziale o energii. Energia kinetyczna. Energia potencjalna. Energia cieplna. Prawa termodynamiki. Kolorowe rysunki wahadła, sprężyny, spadającego jabłka.

Na podłokietniku fotela, ułożone w rządek jak żołnierze na defiladzie, stały pudełka po zapałkach. Puste pudełka po zapałkach. Policzone. Posegregowane. Oczekujące.

Jolanta poczuła, jak żołądek wykonuje obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni.

— Nie — powiedziała. Cicho. Do siebie. Ale Marek usłyszał.

— Tak — odpowiedział. Spokojnie. Melodyjnie prawie. Jak organista, który bierze pierwszy akord preludium.

— Marku, skąd je masz? Wyrzuciłam je do kosza w garażu. Pod innymi śmieciami. Pod obierkami i butelkami.

— Jolu, kochanie. Czy naprawdę myślisz, że worek śmieci może ukryć przede mną moją własność?

Marek zamknął podręcznik fizyki. Odłożył go na stolik obok kieliszka. Sięgnął po wino. Upił łyk. Ten rytualny łyk. Ten pierwszy łyk, który oznaczał początek. Prolog. Uwerturę.

— Wróciłem z kościoła o dwunastej — powiedział. — Wszedłem do garażu, bo chciałem sprawdzić, czy nie zacieka dach. Zacieka, nawiasem mówiąc. Trzeba będzie naprawić. Ty naprawisz, oczywiście, bo ja nie mam głowy do takich rzeczy. Wszedłem i zobaczyłem worek na śmieci. Nowy worek. Rano go nie było. Nie było go, kiedy wyjeżdżałem o dziewiątej. A o dwunastej był. Co się zmieniło? Kto go tam postawił? Co jest w środku?

— Marku, to są śmieci. Normalny człowiek nie przeszukuje worków na śmieci.

— Normalny człowiek, Jolanto, nie wyrzuca cudzej własności. A ja, moja droga, nie jestem normalnym człowiekiem. Jestem mężem, którego żona systematycznie okrada. I jako ofiara tego procederu mam prawo, a nawet obowiązek, kontrolować, co opuszcza mój dom. Artykuł dwieście pięćdziesiąt pięć kodeksu postępowania karnego. Prawo do zabezpieczenia dowodów.

Jolanta usiadła na krześle. Na tym krześle. Skrzypnęło. Jak zawsze. Jak na komendę.

— Otworzyłem worek — kontynuował Marek. — I co znalazłem? Moje pudełka. Moje pudełka po zapałkach. Moje strategiczne rezerwy. Wyrzucone jak odpadki. Jak nic nieznaczące drobiazgi. Jak śmieci.

— Bo to były śmieci, Marku. Puste pudełka po zapałkach. Bez zapałek. Bez sensu. Bez funkcji.

— Bez funkcji? — Marek uniósł brwi. Wysoko. Teatralnie. Z precyzją aktora, który gra zaskoczenie, choć od godziny czekał na tę kwestię. — Bez funkcji, powiadasz? Och, Jolu. Jolu, Jolu, Jolu. Jakaż to szczęśliwa ignorancja.

Marek wstał z fotela. To było wydarzenie. Wstanie Marka z fotela podczas przesłuchania zdarzało się rzadko. Bardzo rzadko. Dotąd tylko raz. Przy korze. Teraz dwa razy. Statystyka rosła. Trend się umacniał.

Podszedł do komody. Otworzył szufladę strategiczną. Wyjął jedno z dwóch pozostałych pudełek. To z zapałkami. Otworzył je. Wyciągnął zapałkę. Zapalił ją o bok pudełka. Płomyk rozbłysnął. Mały. Żółty. Ciepły. Tańczył na końcu drewienka jak miniaturowa pochodnia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij