Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Siostry - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Siostry - ebook

Akcja powieści rozgrywa się gdzieś w Wielkopolsce. Mały, zapomniany klasztor o niepewnym statusie kanonicznym — zajmuje zrujnowany poniemiecki folwark na skraju wsi. Narracja prowadzona jest na przemian z perspektywy trzech postaci: siostry Bożeny (sceptyczki, narratorki głównej), siostry Halszki (fanatyczki, ślepo oddanej przeorowi Jarosławowi) oraz aspiranta Tomasza Gzika, który próbuje zrozumieć falę dziwacznych przestępstw w regionie. Książka został utworzona z pomocą AI


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-484-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Są takie książki, które nie tyle się czyta, ile się przez nie przechodzi — jak przez długi, ciemny korytarz, w którym każde kolejne drzwi otwierają się na prawdę coraz mniej wygodną, coraz mniej symboliczną, a coraz bardziej cielesną. „SIOSTRY” należą właśnie do tego rzadkiego gatunku prozy, która nie zadowala się opowiedzeniem historii. Ta książka stawia czytelnika w środku doświadczenia: między wiarą a przemocą, między posłuszeństwem a odpowiedzialnością, między instytucją a jednostką, między grzechem jako pojęciem a grzechem jako czynem, który zostawia ślad na ciele, psychice i pamięci.

To powieść mocna, ale jej siła nie bierze się z epatowania okrucieństwem. Bierze się z czegoś znacznie trudniejszego do osiągnięcia: z konsekwencji. Autor nie szuka taniego efektu, nie poprzestaje na skandalu, nie kokietuje czytelnika samą transgresją. Przeciwnie — prowadzi opowieść z chłodną precyzją reportera, z wyczuciem dramaturgii właściwym najlepszemu kryminałowi i z intuicją psychologiczną, która każe nam rozumieć nawet wtedy, gdy nie chcemy wybaczać. Dzięki temu „Siostry” są książką nie tylko mroczną, ale przede wszystkim dojmująco prawdziwą w swoim rozpoznaniu mechanizmów ludzkiego podporządkowania.

Największą zaletą tej powieści jest to, że nie daje się zredukować do jednej etykiety. Można ją czytać jako mroczny kryminał o serii narastających przestępstw. Można ją czytać jako studium przemocy symbolicznej i psychicznej, jako opowieść o narodzinach sekty w miejscu, które z pozoru powinno być azylem. Można ją wreszcie czytać jako gorzką powieść obyczajową o samotności, głodzie sensu i o tym, jak bardzo człowiek potrzebuje autorytetu, kiedy jego życie zostało wcześniej poranione przez przypadek, biedę, instytucje albo własną przeszłość. I w każdej z tych lektur książka pozostaje spójna, przenikliwa i przejmująca.

Szczególnie uderza sposób, w jaki autor wykorzystuje język religijny. Łacińskie sentencje, fragmenty modlitw, rytm liturgii, słownictwo teologiczne — wszystko to nie służy tu dekoracji ani łatwej prowokacji. Przeciwnie: zostaje potraktowane bardzo serio. To właśnie dzięki temu zabiegowi „Siostry” nie są pamfletem na wiarę ani prostą satyrą na Kościół. Są czymś znacznie dojrzalszym: opowieścią o tym, jak język sacrum może zostać przejęty, wypaczony i użyty jako narzędzie kontroli. To ważne rozróżnienie. Książka nie szydzi z religijności jako takiej; pokazuje raczej, z jaką łatwością człowiek potrafi pomylić posłuszeństwo z oddaniem, duchowość z zależnością, a autorytet z przemocą.

W tym sensie jest to również znakomita powieść socjologiczna. Autor doskonale rozumie, że zło rzadko zaczyna się od wielkiego wybuchu. O wiele częściej zaczyna się od drobnego przesunięcia granicy, od pozornie nieszkodliwej reinterpretacji zasad, od uprzejmego tonu, od obietnicy sensu, od poprawienia pieca, naprawienia dachu, przyniesienia jedzenia i wprowadzenia porządku tam, gdzie wcześniej panował chaos. „Siostry” bardzo przekonująco pokazują, że mechanizm zniewolenia nie polega na brutalnym podboju od pierwszej chwili, ale na tworzeniu zależności. Kto daje opiekę, ten zyskuje władzę. Kto daje język do opisania cierpienia, ten szybko może zacząć narzucać także sposób przeżywania winy.

Nie sposób nie docenić również warstwy psychologicznej. Bohaterki tej książki nie są figurami ani publicystycznymi znakami. Każda z nich nosi własny rodzaj pęknięcia, własną historię i własny sposób reagowania na przemoc. Jedna ucieka w gorliwość, druga w proceduralność, trzecia w poezję, czwarta w milczenie, piąta w praktyczny bunt. To właśnie ta różnorodność czyni powieść tak wiarygodną. Autor nie upraszcza psychiki postaci, nie osądza ich z łatwością kogoś stojącego bezpiecznie poza opowieścią. Wie, że człowiek wikła się w zło nie tylko z powodu słabości charakteru, lecz także z powodu lęku przed samotnością, głodu uznania, nawyku podporządkowania, doświadczenia wcześniejszej przemocy, potrzeby przynależności i zwykłego wyczerpania.

Ważnym atutem „Sióstr” jest także umiejętne osadzenie akcji w konkretnym pejzażu społecznym i geograficznym. Wielkopolska w tej książce nie jest pocztówką ani folklorem. Jest przestrzenią milczenia, pragmatyzmu, codzienności i ukrytych napięć. Pola, drogi gruntowe, posterunki, sklepy, stodoły, plebanie i klasztorne korytarze tworzą świat aż nazbyt rozpoznawalny. To bardzo istotne, bo opowieść o przemocy i manipulacji działa najmocniej wtedy, gdy czytelnik nie może się przed nią obronić wygodnym stwierdzeniem: „to tylko egzotyka, to tylko fikcja, to dzieje się gdzieś daleko”. Tutaj nic nie dzieje się daleko. Wszystko dzieje się blisko. Za blisko.

Książka imponuje również konstrukcją. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, a jednocześnie nie gubi ludzkiego wymiaru opowieści. Kolejne wydarzenia narastają zgodnie z wewnętrzną logiką, a nie dla sensacji. Każdy kolejny etap ma swoje moralne, emocjonalne i społeczne konsekwencje. To bardzo ważne, bo „Siostry” nie są katalogiem wstrząsających scen, lecz precyzyjnie rozpisanym procesem destrukcji. W tej destrukcji jest miejsce i na czarny humor, i na groteskę, i na grozę, i na smutek, a nawet — co najtrudniejsze — na czułość wobec bohaterów, którzy błądzą. Autor wie, że najciemniejsze historie wymagają nie tylko odwagi, ale i dyscypliny. Tutaj tej dyscypliny nie brakuje.

Na osobne uznanie zasługuje postać śledczego. Wprowadzenie perspektywy policyjnej mogło łatwo zamienić tę opowieść w prostą grę: zły manipulator kontra dobry stróż prawa. Nic takiego się jednak nie dzieje. Świat instytucji państwowych okazuje się równie uwikłany, opóźniony, bezradny i zależny od nieformalnych układów, jak świat religijny. Dzięki temu powieść zyskuje dodatkowy wymiar: staje się nie tylko historią jednostkowego zła, lecz także opowieścią o systemach, które powinny chronić, a często jedynie reagują za późno. To bardzo trafna obserwacja społeczna, pozbawiona efekciarskiego moralizowania.

„Siostry” są też książką odważną formalnie. Mieszają język powieści, reportażu, protokołu, kazania, spowiedzi i osobistego zapisu. Taka mieszanina mogła się rozpaść, a jednak działa znakomicie, bo autor panuje nad tonem. Wie, kiedy przyciszyć narrację, kiedy dopuścić dialog, kiedy zostawić miejsce dla obrazu, a kiedy dla jednego zdania, które spada na czytelnika z siłą wyroku. To proza świadoma swojej temperatury, własnego rytmu i własnej odpowiedzialności.

A odpowiedzialność jest tutaj słowem kluczowym. Niewiele współczesnych powieści tak wyraźnie stawia pytanie o granicę między ofiarą a sprawcą, nie próbując udzielać łatwych odpowiedzi. Autor nie zwalnia bohaterów z winy, ale też nie odmawia im człowieczeństwa. Pokazuje, że można być jednocześnie skrzywdzonym i winnym, zmanipulowanym i odpowiedzialnym, bezradnym i groźnym. Taka perspektywa wymaga literackiej dojrzałości, bo łatwiej jest rozdzielić ludzi na czarne i białe pionki. „Siostry” odmawiają tej wygody. I właśnie dlatego zostają w czytelniku na długo.

To także książka o języku, który potrafi zabijać. O zdaniu wypowiedzianym w odpowiednim tonie, o cytacie wyrwanym z kontekstu, o słowie „łaska”, które zaczyna oznaczać coś dokładnie przeciwnego własnemu sensowi. W epoce, gdy żyjemy zanurzeni w narracjach, interpretacjach i ideologiach, ta opowieść działa jak ostrzeżenie. Pokazuje, że człowieka można podporządkować nie tylko siłą, ale i opowieścią o nim samym. Jeśli ktoś przejmie język, którym opisujesz swoje winy, lęki i pragnienia, przejmie także część ciebie.

Przed Państwem książka, która nie szuka komfortu. Książka, która każe zadawać niewygodne pytania: o naturę posłuszeństwa, o podatność na autorytet, o granice religijnej gorliwości, o społeczną samotność, o rolę instytucji i o to, jak rodzi się przemoc tam, gdzie powinna mieszkać opieka. To książka trudna, ale bardzo potrzebna. Mroczna, ale nie nihilistyczna. Brutalna, ale nie cyniczna. Bezwzględna w diagnozie, a jednocześnie głęboko ludzka.

Jeśli dobra literatura ma nie tylko opowiadać, ale także odsłaniać, jeśli ma wstrząsać nie przez skandal, lecz przez trafność rozpoznania, jeśli ma zostawiać czytelnika z niepokojem, który nie mija po zamknięciu okładki — to „Siostry” spełniają wszystkie te warunki. To jedna z tych książek, po których przez chwilę inaczej patrzy się na ciszę, na instytucje, na język religijny, na małe wspólnoty i na samych siebie.

A to znaczy, że mamy do czynienia z książką naprawdę udaną. Nie tylko dobrze napisaną. Potrzebną.Rozdział 1: Owczarnia

Deszcz padał od trzech dni bez przerwy i siostra Bożena zaczynała podejrzewać, że Bóg po prostu o nich zapomniał.

Stała przy oknie swojej celi na pierwszym piętrze — jeśli można było nazwać piętrem tę nadbudówkę z pruskiego muru, która przy każdym podmuchu wiatru trzeszczała jak stary żaglowiec — i patrzyła na podwórze klasztorne. Właściwie na to, co z podwórza zostało: prostokąt brązowego błota, w którym grzęzły trzy kury, porzucona taczka bez koła i drewniany krzyż, który kiedyś stał prosto, a teraz przechylał się na wschód pod kątem, jaki siostra Bożena — z wykształcenia nauczycielka chemii, ale z natury pedantka — szacowała na dwadzieścia trzy stopnie. Jeszcze kilka tygodni takiego deszczu i krzyż runie na budę z narzędziami. Wtedy matka przełożona na pewno powie, że to znak od Boga. Matka przełożona we wszystkim widziała znaki od Boga, co było o tyle wygodne, że zwalniało ją z podejmowania jakichkolwiek decyzji.

Chociaż teraz matka przełożona nie mówiła już nic. Od udaru, który trafił ją w wigilię Niepokalanego Poczęcia, leżała w swojej celi na parterze i komunikowała się ze światem wyłącznie mruganiem powiek. Lewa powieka — tak. Prawa — nie. Obie naraz — nie wiem. Siostry szybko opanowały ten system, choć siostra Halszka twierdziła, że czasem matka mruga oboma powiekami na przemian, co — zdaniem Halszki — oznaczało albo modlitwę, albo atak padaczki. Nikt nie potrafił tego rozstrzygnąć, bo lekarz z Koźmina Wielkopolskiego przyjeżdżał raz na trzy miesiące i za każdym razem mówił to samo: że stan matki przełożonej jest stabilny, że nic więcej nie da się zrobić i że rachunek za wizytę wynosi sto pięćdziesiąt złotych, najlepiej gotówką.

Siostra Bożena odsunęła się od okna i usiadła na łóżku. Łóżko było wąskie, twarde i miało jeden krótszy nóżek, podłożony kawałkiem cegły. Na stoliku nocnym leżał zeszyt w kratkę — zwykły, szkolny, kupiony w Biedronce za złotówkę dziewięćdziesiąt dziewięć — i długopis. Bożena otworzyła zeszyt na czystej stronie i napisała datę: 17 listopada 2023, piątek. Potem zastanowiła się chwilę i dopisała:

Trzeci dzień deszczu. Dach przecieka w trzech miejscach — nad refektarzem, nad celą siostry Genowefy i nad kapliczką. Pod przeciekami stoją wiadra. Siostra Perpetua opróżnia je co dwie godziny, również w nocy. Nie narzeka. Perpetua nigdy nie narzeka. Piec w refektarzu kopcił przez cały ranek, bo węgiel jest mokry. Siostra Filomena mówi, że węgiel był mokry już w składzie, ale siostra Tekla upiera się, że zamówiła suchy i że sprzedawca ją oszukał. Tekla zawsze uważa, że ktoś ją oszukał — może dlatego, że przez dwadzieścia lat pracowała w Starostwie.

Kuria nie odpisała na nasze ostatnie trzy listy. Pierwszy dotyczył dachu. Drugi dotyczył pieca. Trzeci dotyczył kapelana, którego nie mamy od śmierci ojca Tadeusza w sierpniu. Ojciec Tadeusz umarł na zawał w konfesjonale, co siostra Halszka uznała za „piękną śmierć w służbie Panu”, a ja uznałam za efekt nieleczonej miażdżycy i diety złożonej wyłącznie z kiełbasy i kartofli.

Jesteśmy same. Czternaście kobiet w zrujnowanym folwarku na końcu drogi gruntowej, trzy kilometry od najbliższego przystanku autobusowego, który i tak jest nieczynny od października.

Quaerens me sedisti lassus — szukając mnie, usiadłeś zmęczony. Tak mówi hymn Dies Irae. Mam wrażenie, że Pan Bóg nie tyle usiadł zmęczony, co zasnął.

Bożena zamknęła zeszyt i schowała go pod materac. Nie dlatego, że bała się, iż ktoś go znajdzie — w klasztorze Sióstr Bezpańskich Bosych nie było tradycji rewizji w celach, bo nie było czego rewidować. Chowała go z przyzwyczajenia, bo przez trzydzieści osiem lat życia nauczyła się jednej rzeczy: że myśli zapisane na papierze stają się niebezpiecznie realne.

Klasztor Sióstr Bezpańskich Bosych w Brodach Kościelnych wyglądał dokładnie tak, jak brzmiała jego nazwa — bezpańsko i boso. Zbudowany w dawnym folwarku poniemieckim, który po wojnie był kolejno: magazynem PGR-u, suszarnią tytoniu, meliną dla okolicznych pijaków i wreszcie, od 1987 roku, siedzibą zgromadzenia zakonnego o tak niepewnym statusie kanonicznym, że nawet biskup kaliski nie był do końca pewien, czy podlega mu, czy nie.

Budynek główny — parterowy, z nadbudowanym piętrem z pruskiego muru — mieścił czternaście cel zakonnych, refektarz, kuchnię, kapliczkę i coś, co optymistycznie nazywano biblioteką, a co w rzeczywistości było szafą z dwudziestoma siedmioma książkami, z których osiemnaście stanowiły egzemplarze „Żywotów świętych” w różnych wydaniach. Obok stał budynek gospodarczy — stodoła przerobiona na pralnię i skład opału — oraz szopa z narzędziami, nad którą pochylał się wspomniany krzyż.

Za budynkami rozciągało się pół hektara ogrodu, uprawianego przez siostrę Genowefę z determinacją godną lepszej gleby. Gleba w Brodach Kościelnych była ciężka, gliniasta i wrogo nastawiona do jakiejkolwiek wegetacji poza pokrzywami i mniszkiem lekarskim. Genowefa co roku sadziła pomidory, marchew, pietruszkę i ziemniaki. Co roku zbierała plony, które wystarczały na mniej więcej dwa miesiące. Przez pozostałe dziesięć miesięcy klasztor żywił się darowiznami z Caritasu, resztkami z krotoszyńskiej piekarni (chleb jednodniowy, za twardy na sprzedaż, ale za miękki na podeszwy) i opatrznością Bożą, która w praktyce oznaczała, że siostra Perpetua potrafiła zrobić zupę dosłownie z niczego.

Dzień w klasztorze zaczynał się o czwartej trzydzieści. Budziła je Perpetua, która miała wewnętrzny zegar biologiczny tak precyzyjny, że mogłaby nim kalibrować zegarki szwajcarskie. Pobudka, modlitwa poranna, jutrznia — odprawiana bez kapelana, prowadzona przez siostrę Filomenę, która miała najsilniejszy głos i najlepszą znajomość łaciny, choć Bożena podejrzewała, że Filomena wymawia co trzecie słowo niepoprawnie i liczy na to, że nikt nie zauważy.

„Domine, labia mea aperies” — zaczynała Filomena każdego ranka, a trzynaście głosów odpowiadało: „Et os meum annuntiabit laudem tuam.” I zaczynał się kolejny dzień, identyczny jak poprzedni, identyczny jak następny. Modlitwa, śniadanie, praca w ogrodzie albo pralni, modlitwa, obiad, praca, modlitwa, kolacja, modlitwa, sen. Cykl tak przewidywalny, że Bożena czasem miała wrażenie, iż czas w Brodach Kościelnych nie płynie, lecz stoi w miejscu jak woda w stawie — pozornie spokojna, a pod spodem gnijąca.

List z kurii przyszedł w czwartek, dwudziestego trzeciego listopada.

Przyniosła go siostra Tekla, która co tydzień chodziła piechotą do Brodów po korespondencję — trzy kilometry tam, trzy z powrotem, zawsze tą samą drogą polną, zawsze narzekając na błoto, na buty, na listonosza, który zostawia listy w skrzynce skrzywionej tak, że deszcz do niej zacieka. Tego dnia Tekla wróciła z jedną kopertą — dużą, brązową, z pieczęcią Kurii Diecezjalnej w Kaliszu.

Bożena była w kuchni, kiedy Tekla weszła, otrzepując z siebie wodę jak mokry pies.

„Jest list z kurii” — powiedziała Tekla, kładąc kopertę na stole z taką miną, jakby składała na ołtarzu relikwię świętego.

„Dawno nie pisali” — mruknęła Perpetua, nie odwracając się od garnka, w którym gotowała coś, co miało ambicję być grochówką, ale wyglądało jak szara woda z pływającymi w niej wyrzutami sumienia.

„Trzy miesiące” — powiedziała Bożena. „Trzy listy bez odpowiedzi.”

„Pewnie były zajęci” — wtrąciła siostra Halszka, która właśnie weszła do kuchni po szklankę wody. Halszka zawsze broniła kurii, Kościoła, hierarchii i w ogóle każdej władzy, co Bożena przypisywała jej dzieciństwu w domu dziecka, gdzie nauczono ją, że autorytet ma zawsze rację, a jeśli nie ma racji, to patrz punkt pierwszy.

„Otwórzmy” — powiedziała Filomena, wycierając ręce w fartuch.

Bożena wzięła kopertę i rozdarła ją. W środku była kartka — pismo maszynowe, suchy język kancelaryjny, podpis nieczytelny.

Przeczytała na głos:

„Czcigodne Siostry, w odpowiedzi na Waszą korespondencję z dnia 14 sierpnia, 2 września i 18 października br. informuję, iż Kuria Diecezjalna podjęła decyzję o skierowaniu do Waszego Zgromadzenia kapelana w osobie ks. Jarosława Analczyka, który obejmie posługę duszpasterską z dniem 27 listopada br. Proszę o przygotowanie stosownych warunków bytowych. Z modlitwą i błogosławieństwem — ks. kan. Zenon Wątróbka, Kapelan Kurii.”

Cisza w kuchni trwała kilka sekund. Potem Halszka powiedziała: „Chwała Panu!” — i przeżegnała się z takim entuzjazmem, że o mało nie wytrąciła Perpetui garnka z ręki.

Filomena zmarszczyła brwi. „Analczyk. Nigdy o takim nie słyszałam.”

„A powinnaś?” — zapytała Bożena.

„Powinna, jeśli jest z diecezji kaliskiej. Znam wszystkich księży z diecezji. Przynajmniej ze słyszenia. Analczyk — nie. Nowe nazwisko.”

„Może jest młody” — powiedziała Halszka z nadzieją w głosie, która Bożenie wydała się nieodpowiednia dla osoby ślubującej czystość.

„Albo przeniesiony z innej diecezji” — mruknęła Tekla z podejrzliwością wyuczoną przez dwadzieścia lat w Starostwie Powiatowym. „A wiesz, dlaczego księży przenoszą z diecezji do diecezji?”

„Bo Pan kieruje ich tam, gdzie są potrzebni” — odpowiedziała Halszka.

Tekla parsknęła, ale nic nie powiedziała.

Bożena złożyła list i schowała go do kieszeni habitu. Dwudziesty siódmy listopada — to poniedziałek. Za cztery dni. Spojrzała na kuchnię — brudne ściany, przeciekający kran, okno zabite folią budowlaną zamiast szyby — i pomyślała, że jeśli ten ksiądz Analczyk ma choć trochę godności, to obejrzy klasztor, zawróci do samochodu i odjedzie, zanim zdąży się rozpakować.

Nie odjechał.

Przyjechał w poniedziałek rano, około dziesiątej, starym srebrnym Peugeotem 307, którego prawy błotnik był innego koloru niż reszta karoserii. Bożena zobaczyła go pierwsza — stała akurat w ogrodzie, próbując podeprzeć krzyż na podwórzu kijem od miotły, i usłyszała warkot silnika na drodze gruntowej. Samochód zatrzymał się przed furtą. Wysiadł mężczyzna.

Był wysoki — metr osiemdziesiąt pięć, może więcej. Szeroki w ramionach, ale nie gruby. Siwe włosy, krótko przystrzyżone, odsłaniały wysokie czoło i uszy, które były zaskakująco małe jak na tak dużą głowę. Twarz miał gładką, niemal nieruchomą — jak twarz człowieka, który dawno temu postanowił, że nie będzie zdradzał emocji, i konsekwentnie się tego trzymał. Ubrany był w czarną sutannę i ciemną kurtkę puchową, co nadawało mu wygląd kogoś pomiędzy duchownym a dostawcą paczek. Na nogach miał solidne trapery, pokryte świeżym błotem z drogi. W jednej ręce trzymał walizkę, w drugiej — drewniany krucyfiks, mniej więcej pięćdziesięciocentymetrowy, z rzeźbionym Chrystusem.

Postawił walizkę na ziemi, oparł krucyfiks o furtę i rozejrzał się.

Bożena stała z kijem od miotły w ręku i patrzyła na niego. On patrzył na nią. Przez chwilę wyglądali jak dwie postacie z obrazu — zakonnica z miotłą i ksiądz z krucyfiksem, na tle wielkopolskiego błota.

Potem uśmiechnął się. Uśmiech był ciepły, ale nie sięgał oczu. Oczy miał jasne, szaroniebieskie, i były w nich zimne jak woda w studni. Bożena zauważyła to od razu i zanotowała w pamięci, żeby zapisać wieczorem w zeszycie.

„Siostro” — powiedział głosem niskim, miękkim, starannie modulowanym. Głosem człowieka przyzwyczajonego do mówienia z ambony. „Jestem ojciec Jarosław Analczyk. Kuria mnie przysłała.”

„Wiem” — odpowiedziała Bożena. „Dostałyśmy list.”

„Wspaniale.” Rozejrzał się po podwórzu — błoto, kury, pochylony krzyż, budynek z pruskiego muru. Jego twarz nie zdradzała nic — ani rozczarowania, ani zaskoczenia, ani obrzydzenia. Przyjął krajobraz tak, jak się przyjmuje fakt, że ziemia jest okrągła — bez emocji, jako daną.

„To jest… piękne miejsce” — powiedział.

Bożena była pewna, że kłamie. Ale kłamał z takim spokojem, że prawie mu uwierzyła. To ją zaniepokoiło bardziej niż cokolwiek innego.

W ciągu godziny cały klasztor wiedział o przybyciu kapelana i cały klasztor przyszedł go zobaczyć. Siostry zebrały się w refektarzu — jedynym pomieszczeniu wystarczająco dużym, żeby zmieścić czternaście osób jednocześnie — i czekały, aż Jarosław skończy się rozpakowywać w celi, którą wcześniej zajmował ojciec Tadeusz. Cela była mała, ale Perpetua zdążyła ją posprzątać, przewietrzyć i postawić na stoliku wazonik z suszonymi kwiatami, które wyglądały jak martwe, ale przynajmniej nie śmierdziały.

Jarosław wszedł do refektarza o jedenastej. Rozejrzał się po twarzach sióstr — powoli, uważnie, jakby liczył albo zapamiętywał. Bożena pomyślała, że tak patrzył pasterz na owce — nie z czułością, lecz z kalkulacją. Ile ich jest. Ile są warte. Które są zdrowe, które kuleje.

„Siostry” — powiedział i usiadł na krześle przy stole. Nie przy fotelu matki przełożonej — to zauważyła i doceniła Filomena. „Cieszę się, że tu jestem. Wiem, że czekałyście na kapelana od kilku miesięcy. Wiem, że ojciec Tadeusz — świętej pamięci — zostawił po sobie wielką pustkę. Nie zamierzam jej wypełnić.”

Pauza. Siostry patrzyły na niego. Halszka z zachwytem. Tekla z podejrzliwością. Perpetua z życzliwą obojętnością. Genowefa z ziemią pod paznokciami i nieobecnym wzrokiem.

„Nie zamierzam jej wypełnić” — powtórzył Jarosław — „bo pustka jest częścią waszego powołania. Pustka jest przestrzenią, w której Bóg może działać. Veni, Creator Spiritus — przyjdź, Duchu Stwórco. Ale Duch przychodzi tylko tam, gdzie jest miejsce. Gdzie jest pustka. Gdzie jest cisza.”

Mówił powoli, z pauzami, które nie były oznaką wahania, lecz precyzji. Każde zdanie było jak kamień kładziony na kamień — solidne, przemyślane, na swoim miejscu. Bożena — która przez pięć lat uczyła chemii w liceum w Ostrowie Wielkopolskim i wiedziała, jak wygląda dobra prezentacja — musiała przyznać, że człowiek umie mówić.

„Chcę się przedstawić” — ciągnął Jarosław. „Nie moim życiorysem, bo życiorys to tylko fakty, a fakty nie mówią prawdy o człowieku. Przedstawię się wam moim sercem.”

Halszka wciągnęła powietrze. Bożena powstrzymała się od przewrócenia oczami.

„Byłem wikariuszem w Pleszowie. Przed tym — w Jarocinie. Jeszcze wcześniej — w seminarium w Gnieźnie, gdzie spędziłem sześć lat. Całe życie służyłem Kościołowi. Ale — siostry — muszę wam powiedzieć coś, czego nie mówi się zwykle na pierwszym spotkaniu.”

Pochylił się do przodu. Głos ściszył o pół tonu.

„Jestem zmęczony. Zmęczony Kościołem, który zapomniał o swoich owcach. Zmęczony hierarchią, która pisze listy zamiast przyjeżdżać. Zmęczony teologią, która straciła kontakt z życiem. Przyjechałem do was, bo was potrzebowałem. Ale może — i mówię to z pokorą — może i wy potrzebujecie kogoś, kto powie wam prawdę. Prawdę, której nikt dotąd nie śmiał powiedzieć.”

Cisza w refektarzu była gęsta jak grochówka Perpetui. Bożena patrzyła na twarze sióstr i widziała na nich to, czego się bała — nadzieję. Nadzieję ludzi, którzy tak długo żyli bez nadziei, że gotowi byli uwierzyć w pierwszą, która się pojawiła, niezależnie od tego, skąd przyszła.

Filomena odezwała się pierwsza. „Ojcze, cieszymy się z przybycia. Ale muszę zapytać — jaka prawda?”

Jarosław uśmiechnął się. Tym razem uśmiech był inny — nie ciepły, ale porozumiewawczy. Jakby Filomena zadała dokładnie to pytanie, na które czekał.

„Siostro, prawda o grzechu. O grzechu, który jest bliżej nas, niż myślimy. Który jest w nas. I którego — paradoksalnie — nie znamy, choć żyjemy w nim jak ryby w wodzie.”

Filomena otworzyła usta, żeby powiedzieć coś więcej, ale Jarosław podniósł rękę — gest łagodny, ale stanowczy. „Ale nie dziś. Dziś jest dzień na herbatę, na poznanie się i na radość z tego, że Pan nas połączył w tym miejscu. Ecce quam bonum et quam jucundum habitare fratres in unum. Oto jak dobrze i jak miło braciom mieszkać razem.”

Perpetua poszła po herbatę. Halszka podsunęła Jarosławowi krzesło bliżej pieca. Tekla patrzyła na niego z przymrużonymi oczami. Genowefa wróciła do ogrodu. Siostra Dulcynea — poetka, romantyczka, kobieta o oczach tak dużych, że wydawały się należeć do innej, większej twarzy — siedziała w kącie i pisała coś w zeszycie. Siostra Rachela — konwertytka z judaizmu, surowa, o ostrych rysach i jeszcze ostrzejszym spojrzeniu — stała pod ścianą ze skrzyżowanymi ramionami i milczała. Siostra Mariola — jedyna informatyczka w klasztorze, kobieta o twarzy tak pozbawionej wyrazu, że mogłaby pracować jako dealer w kasynie — patrzyła na Jarosława z profesjonalnym zainteresowaniem, jakby oceniała, czy ten człowiek wart jest jej czasu.

Siostra Apolonia, jak zawsze, siedziała na uboczu i nie odzywała się. O Apolonii nikt w klasztorze nie wiedział właściwie nic. Wstąpiła do zgromadzenia osiem lat temu, nie wspominała o rodzinie, nie mówiła o przeszłości. Była milcząca, posłuszna, niewidoczna — jak cień, który przylepił się do klasztornej ściany i postanowił tam zostać. Bożena kiedyś zapytała ją, skąd pochodzi. Apolonia odpowiedziała: „Z daleka” — i to był koniec rozmowy.

Siostra Benedykta — astmatyczka, bojaźliwa, zawsze z inhalatorem w kieszeni habitu — siedziała obok Halszki i kiwnęła głową na każde słowo Jarosława z automatyzmem dziecka, które nauczyło się, że potakiwanie jest bezpieczniejsze niż myślenie.

Siostra Jutta — półniemka z Bambrów poznańskich, kobieta o dłoniach tak dużych, że mogłaby nimi gnieść cegły — stała przy drzwiach z rękami w kieszeniach fartucha i obserwowała nowego kapelana z miną kogoś, kto widział w życiu wystarczająco dużo, żeby nie dać się łatwo zaimponować.

Jarosław pił herbatę i opowiadał. O seminarium w Gnieźnie, gdzie — jak mówił — „nauczył się łaciny, ale zapomniał greki”. O Jarocinie, gdzie „ludzie przychodzili do kościoła tylko na pogrzeby i wesela, bo traktowali Boga jak urzędnika — potrzebny przy załatwianiu formalności, zbędny na co dzień”. O Pleszowie, gdzie — tu jego głos lekko się zmienił, stwardniał na moment — „pewne sprawy nie ułożyły się po mojej myśli i kuria uznała, że potrzebuję zmiany scenerii”.

Bożena zauważyła tę zmianę tonu. Jedną sekundę, może dwie. Mikropęknięcie w fasadzie.

„Jakie sprawy?” — zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Jarosław spojrzał na nią. Chwilę trwało, zanim odpowiedział, i w tej chwili Bożena poczuła coś dziwnego — jakby ktoś otworzył drzwi do zimnego pokoju i zaraz je zamknął. Podmuch.

„Sprawy finansowe, siostro” — powiedział spokojnie. „Parafia w Pleszowie miała długi. Próbowałem je spłacić, ale moje metody — powiedzmy — nie spotkały się z aprobatą kuratorów. To smutna historia i niewarta opowiadania przy herbacie.”

„Rozumiem” — powiedziała Bożena, choć nie rozumiała.

Jarosław odstawił filiżankę i wstał. „Siostry, jestem zmęczony z drogi. Pozwólcie, że się położę na godzinę. O szesnastej chciałbym odprawić pierwszą mszę świętą w waszej kaplicy. Jeśli kaplica jest gotowa.”

„Kaplica jest gotowa” — powiedziała Filomena. „Ale przecieka dach.”

„Dach naprawimy” — odpowiedział Jarosław. „Wszystko naprawimy. Omnia instaurare in Christo. Wszystko odnowić w Chrystusie.”

Wyszedł. Siostry zostały w refektarzu. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

Potem Halszka powiedziała cicho: „On jest święty.”

Filomena pokręciła głową: „Jest elokwentny. To nie to samo.”

Tekla mruknęła: „Chcę wiedzieć, o co chodziło z tymi finansami w Pleszowie.”

Perpetua wzruszyła ramionami i zabrała się do mycia filiżanek.

Bożena wróciła do swojej celi, usiadła na łóżku i otworzyła zeszyt.

Przyjechał. Wysoki, siwy, spokoiny. Głos ma jak aksamit, oczy jak lód. Mówi pięknie — za pięknie. Cytuje łacinę swobodnie, co oznacza, że albo jest naprawdę wykształcony, albo nauczył się dziesięciu sentencji i używa ich na zmianę. Powiedział, że chce nam powiedzieć prawdę, „której nikt dotąd nie śmiał powiedzieć”. Nie wiem, co to za prawda. Ale boję się jej.

Halszka jest zachwycona. Patrzy na niego jak na mesjasza. To mnie niepokoi bardziej niż cokolwiek innego, bo Halszka jest młoda, zagubiona i desperacko potrzebuje kogoś, kto powie jej, że ma wartość. A ludzie, którzy to mówią, zwykle czegoś za to chcą.

Coś jest nie tak. Nie wiem co. Ale coś jest nie tak.

Deus absconditus — Bóg ukryty. Może Bóg ukrył się przed nami. A może ukrył się przed nim.

Msza o szesnastej była pierwszą prawdziwą mszą świętą w klasztorze od trzech miesięcy. Siostry ubrały się w czyste habity, Perpetua zaparzyła kadzidło — tanie, z Tesco, ale i tak było lepsze niż nic — a Filomena przygotowała ołtarz z pedanterią liturgistki. Świece, obrus, krzyż, mszał. Wszystko na swoim miejscu.

Kaplica klasztorna była małym pomieszczeniem z czterema ławkami, drewnianym ołtarzem i obrazem Matki Boskiej, który — jak twierdziła Genowefa — był cenny, a jak twierdziła Tekla — był tanią oleodrukiem z lat sześćdziesiątych. Prawda leżała pewnie gdzieś pośrodku, ale nikt nie miał pieniędzy na rzeczoznawcę.

Jarosław odprawił mszę spokojnie, bez pośpiechu, z gestami precyzyjnymi jak u chirurga. Bożena, która widziała wielu księży przy ołtarzu — dobrych, złych, znudzonych, pijanych, świętych i obojętnych — musiała przyznać, że Jarosław odprawiał mszę z czymś, co wyglądało na autentyczną wiarę. Albo na doskonałą imitację autentycznej wiary. Różnica między jednym a drugim jest tak subtelna, pomyślała, że może nawet sam Bóg nie potrafi jej dostrzec.

Kazanie wygłosił o Marii Magdalenie. Mówił bez notatek, patrząc na siostry — na każdą z osobna, po kolei, jakby każde zdanie kierował do konkretnej osoby.

„Maria Magdalena” — mówił — „jest patronką tych, którzy upadli. Nie tych, którzy nigdy nie zgrzeszyli — bo tacy nie istnieją. I nie tych, którzy zgrzeszyli i zapomnieli — bo tacy nie potrzebują Boga. Maria Magdalena jest patronką tych, którzy zgrzeszyli i pamiętają. Którzy noszą w sobie ciężar grzechu jak kamień w kieszeni. I właśnie dlatego — dlatego, nie mimo tego — są bliżej Boga niż faryzeusze, którzy umyli ręce i uznali, że są czyści.”

Halszka płakała. Cicho, bezgłośnie, z twarzą pochyloną nad złożonymi dłońmi. Bożena widziała łzy kapiące na drewnianą ławkę i pomyślała, że Halszka płacze nie dlatego, że kazanie jest piękne, ale dlatego, że ktoś wreszcie mówi do niej, jakby istniała.

„Remittuntur ei peccata multa, quoniam dilexit multum” — zacytował Jarosław. „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. Siostry — zapamiętajcie te słowa. Będą wam potrzebne.”

Bożena zapamiętała. Nie dlatego, że były piękne. Ale dlatego, że brzmiały jak obietnica — a obietnice, w jej doświadczeniu, były najniebezpieczniejszą formą kłamstwa.

Po mszy Jarosław poprosił o obejrzenie klasztoru. Filomena oprowadziła go po budynku — refektarz, kuchnia, pralnia, cele, ogród. Jarosław oglądał wszystko w milczeniu, dotykał ścian, pukał w rury, sprawdzał okna. Przy piecu w refektarzu kucnął, zajrzał do paleniska i powiedział: „Ruszt jest zardzewiały. Trzeba wymienić.”

„Nie mamy pieniędzy na ruszt” — powiedziała Filomena.

„Ja mam” — odpowiedział Jarosław. I to było zdanie, które zmieniło wszystko.

Nie pieniądze same w sobie — bo ruszt do pieca kosztował osiemdziesiąt złotych i nie był kwestią życia i śmierci. Ale fakt, że ktoś powiedział „ja mam” w miejscu, gdzie od lat nikt nic nie miał. W miejscu, gdzie każdy dzień był negocjacją z biedą, gdzie każda złotówka była liczona trzykrotnie, gdzie prośba o pomoc do kurii była jak modlitwa do głuchego Boga — ktoś powiedział „ja mam” i następnego dnia rzeczywiście przywiózł ruszt.

Potem przywieźli nowy ruszt. Potem naprawił piec — sam, własnymi rękami, w roboczych spodniach i podkoszulku, z sadzą na czole. Potem załatwił darowiznę z Caritasu — nie resztki chleba, ale prawdziwą żywność: mąkę, ryż, olej, konserwy, a nawet — ku euforii Perpetui — prawdziwe masło. Potem uporządkował klasztorną księgowość, która od śmierci ojca Tadeusza istniała w formie sterty pokwitowań w pudełku po butach, i stwierdził, że klasztor ma prawo do dotacji z funduszu kościelnego, o którą nikt nigdy nie wystąpił, bo nikt nie wiedział, że istnieje.

W ciągu dwóch tygodni Jarosław Analczyk zrobił więcej dla klasztoru niż kuria diecezjalna w ciągu dwóch lat.

Siostry kochały go. Nie wszystkie — Filomena zachowywała rezerwę, Tekla podejrzliwość, Bożena niepokój. Ale większość — Halszka, Genowefa, Perpetua, Dulcynea, Benedykta, Rachela, Jutta — patrzyły na niego z wdzięcznością, która graniczyła z uwielbieniem. A uwielbienie, jak wiedziała Bożena z lekcji historii, jest pierwszym krokiem do ślepego posłuszeństwa.

Jednego wieczoru, pod koniec pierwszego tygodnia grudnia, Bożena stała znowu przy oknie swojej celi i patrzyła na podwórze. Deszcz przestał padać. Krzyż na podwórzu stał prosto — Jarosław podciął go trzeciego dnia po przyjeździe, wkopał głębiej i zalał fundamenty cementem. Podwórze było zamiecione. Kury miały nowy kurnik.

Wszystko wyglądało lepiej. Wszystko. I właśnie to budziło w Bożenie lęk, którego nie potrafiła nazwać. Bo w jej doświadczeniu — czterdziestu lat życia na tym gnijącym, pięknym, podłym świecie — kiedy wszystko zaczynało wyglądać lepiej, zwykle oznaczało to, że najgorsze dopiero nadchodzi.

Otworzyła zeszyt i napisała:

Dwa tygodnie. Naprawił piec, krzyż, kurnik. Załatwił jedzenie i pieniądze. Odprawia msze jak anioł. Mówi jak prorok. Halszka chodzi za nim jak cień. Perpetua gotuje dla niego osobne dania. Nawet Genowefa — Genowefa! która nie ufa nikomu oprócz swoich ziemniaków — uśmiecha się, kiedy go widzi.

A ja nie potrafię spać.

Przyszedł do nas, bo nas „potrzebował”. Tak powiedział. Ale kto przyjeżdża do Brodów Kościelnych, bo kogoś potrzebuje? Tu się nie przyjeżdża. Tu się zostaje zesłanym.

„Omnia instaurare in Christo” — powiedział. Wszystko odnowić w Chrystusie. Piękne słowa. Ale odnowić można na wiele sposobów. Można odnowić dom, dokładając cegłę po cegle. A można go odnowić, burząc do fundamentów i budując od nowa.

Pytanie brzmi — co on zamierza zburzyć?

Zamknęła zeszyt. Schowała pod materac. Zgasiła świecę.

W ciemności usłyszała śpiew — cichy, dochodzący z kaplicy na parterze. Jarosław modlił się. Sama, w pustej kaplicy, o dwudziestej trzeciej. Jego głos, stłumiony przez ściany z pruskiego muru, brzmiał jak szept — ale szept, który niósł się dziwnie daleko, jakby sam budynek go wzmacniał.

Słowa były łacińskie. Bożena rozpoznała antyfonę:

„Ego sum pastor bonus. Pastor bonus animam suam dat pro ovibus suis.”

Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz daje życie swoje za owce.

Bożena leżała w ciemności, słuchała i myślała o owcach. O tym, jak owce idą za pasterzem, bo ufają mu. O tym, jak pasterz prowadzi je na pastwisko, ale też — kiedy przyjdzie czas — na rzeź.

I o tym, że owce nigdy nie wiedzą, dokąd idą. Nie dlatego, że są głupie. Ale dlatego, że pasterz ma ciepły głos i pewny krok. I dlatego, że droga na pastwisko i droga na rzeź wyglądają dokładnie tak samo — aż do ostatniego zakrętu.

Za oknem wiatr szarpał gałęziami starej lipy. Gdzieś w oddali szczekał pies. Wielkopolska leżała płaska, ciemna i milcząca jak sumienie, którego nikt nie chce słuchać.

Siostra Bożena nie zasnęła do świtu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij