-
nowość
-
promocja
Skąd cię znam? - ebook
Skąd cię znam? - ebook
Na terenie Warszawy działa grupa przestępcza zajmująca się handlem ludźmi. Podkomisarz Irena Adamczuk od półtora roku próbuje rozpracować jej struktury. Gdy naczelnik daje jej zaledwie dwa tygodnie na osiągnięcie przełomu, przyszłość policjantki w wydziale kryminalnym staje pod znakiem zapytania.
Wtedy na korytarzu komisariatu spotyka przerażoną Martę. Dziewczyna jest przekonana, że ktoś chce ją zabić. Brak namacalnych dowodów sprawia, że nikt nie traktuje jej słów poważnie. Podkomisarz wie, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje, jest kolejna sprawa, szczególnie taka, w którą sama nie potrafi uwierzyć. Mimo to decyduje się jej pomóc. Tymczasem w prowadzonym od miesięcy dochodzeniu pojawia się nowy trop, który może zmienić wszystko.
Czy dziewczynie naprawdę grozi niebezpieczeństwo? Czy źródła jej lęku należy szukać w tajemniczej przeszłości, którą skrywa? I czy Irena zdoła rozbić siatkę handlarzy kobietami, zanim zostanie odsunięta od śledztwa?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368657722 |
| Rozmiar pliku: | 2,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chciała krzyczeć.
Dać upust przerażeniu i panice, które narastały w niej od chwili, gdy została tu zamknięta. Nie mogła jednak wydać z siebie nawet najcichszego pisku, wiedziała, że wtedy ją usłyszy. Jej dłonie były związane w nadgarstkach jednym sznurkiem, przeplecionym przez drugi. Stopy miała zmarznięte od siedzenia na zimnych płytkach, a na sobie tylko T-shirt i dżinsowe spodnie, niezmieniane od kilku dni. Pomieszczenie, w którym ją przetrzymywano, było piwnicą obłożoną jasnymi, małymi kafelkami. W rogu stało kilka pustych szaf przywierconych do ścian.
Piwnica miała małe okienka tuż przy suficie, jak zsypy na węgiel, które wpuszczały do środka mdłe światło. Grube kraty przyspawano do framug tak, by nikt nie zdołał uciec. Rzucały grube cienie, tworząc szachownicę na podłodze i ścianach. Przetrzymywał ją tu od dwóch dni, a mimo to przez każdą godzinę, każdą minutę i każdą sekundę karmiła się nadzieją, że ktoś jej szuka. Że lada moment pojawi się policja, a ona usłyszy, że już jest bezpieczna. Że nic jej nie grozi. Niczego nie pragnęła teraz tak jak tych słów.
Porywacz jednak nic nie mówił, o nic nie poprosił, nie odpowiadał na pytania. Po prostu wchodził, napełniał miskę z jedzeniem, wymieniał tę służącą za toaletę i wychodził.
W ściany wkręcono ogromne metalowe koła, a do nich przyczepiono łańcuchy zakończone stalowymi linkami. Jeden punkt wyposażono w skórzany pas, taki, jakim wiąże się nadgarstki w zakładach psychiatrycznych; był wyraźnie splamiony starą, wyschniętą krwią.
Tęskniła za rodzicami i siostrą. Nawiedzające ją myśli o tym, że pewnie tu umrze, skłaniały ją do refleksji, że była dla nich zbyt surowa. Oddałaby teraz wszystko, by móc ich przeprosić, choćby za minutę na wypowiedzenie ostatnich, pożegnalnych słów. W takiej chwili przychodzą myśli o tym, jak błahe tak naprawdę są nasze spory i problemy codziennego życia, wszystkie zmartwienia, którym wagę nadajemy tylko my. Zrozumienie tego przychodzi, niestety, gdy już jest za późno.
Pociągnęła nosem, po czym spojrzała na węzły. Nagle coś przyszło jej do głowy. Przyłożyła prawy nadgarstek tuż przy wiązaniu do drugiego sznurka. Palcami wsunęła linę pod spód wiązania, na wysokości żył. Była mocno ściśnięta, tarła miękką skórę do bólu, ale przeszła. Potem naciągnęła sznur tak, by przed jej dłonią utworzył się okrąg. Wsunęła w niego dłoń i pociągnęła do siebie, żeby wydostał się spod nadgarstka.
Była wolna.
Otworzyła szeroko oczy, jakby sama nie mogła uwierzyć, że naprawdę się udało. Sznur wysunął się spod tego przymocowanego do ściany. Ręce nadal miała ze sobą związane, ale była wolna. Wstała, by poszukać drogi ucieczki. Okienka znajdowały się zbyt wysoko. Nie mogła zobaczyć, gdzie jest ani tym bardziej marzyć o ucieczce tą drogą. Musiała przejść przez dom.
Zdrętwiałe mięśnie zaprotestowały natychmiast, kolana zadrżały. Musiała oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Kiedy w końcu zrobiła pierwszy krok, serce zaczęło jej bić tak głośno, że była pewna, iż słychać je w całym domu. Wiedziała, że musi się wziąć w garść, to była jej jedyna szansa na ocalenie swojego życia. Żółć podeszła jej do gardła i z trudem przełknęła ślinę, wzięła wdech, następnie ruszyła do starych drzwi i nacisnęła zimną klamkę. Otworzyły się bez oporu.
Czuła, jakby strach wpił jej w trzewia szponiaste palce, zacisnął pięść, szarpnął i zakręcił.
Za drzwiami znajdował się wąski korytarz wyłożony tymi samymi białymi płytkami co piwnica. Po prawej dostrzegła garaż. Stało w nim stare auto z matową czerwoną karoserią i oponami oblepionymi liśćmi. Po lewej zobaczyła dwie inne piwnice. Jedna miała drzwi lekko uchylone, druga była zamknięta ciężkimi metalowymi wrotami. Obok znajdowały się schody prowadzące na górę, również wyłożone zimnymi płytkami. Pod nimi ustawiono dużą lodówkę, która buczała głośno.
Wtedy usłyszała dźwięk dobiegający z góry. Kroki.
Porywacz był w domu.
Dziewczyna wstrzymała oddech i cofnęła się pod drzwi, dociskając dłoń do ust, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Chciała usiąść w rogu i płakać, ale musiała znaleźć w sobie odwagę. Wiedziała, że jeżeli tu zostanie, umrze. Zakradła się w stronę ciemnego garażu, a każdy krok stawiała tak ostrożnie, że właściwie sunęła po podłodze, ciągle opierając się dłonią o zimne ściany. Stary garaż pachniał olejem i smarem. Mijając stojący w nim samochód, zajrzała przez uchylone okno. Kluczy nie było w stacyjce, a auto okazało się zamknięte. Poszła dalej i zobaczyła tłuste plamy benzyny ciągnące się spod baku. Czuła jej ostry zapach.
Podeszła do drewnianych drzwi garażowych i pociągnęła za klamkę powoli i cicho, by nie przyciągać uwagi porywacza, ale były zamknięte. Złapała za wajchę, jak w zwolnionym tempie wysunęła ją z metalowego ucha i bardzo powoli pociągnęła w górę. Słyszała pisk i skrzypienie starej konstrukcji. Gdy rygiel wysunął się z dziury w betonie, drzwi garażowe ustąpiły, a świeże powietrze otuliło jej skórę.
Chwyciła drzwi i zamarła, nasłuchując. Nie słyszała już kroków. Bała się odwrócić, sparaliżowana myślą, że porywacz może stać tuż za nią. Napięcie rosło, serce przyspieszało, a adrenalina pędziła w żyłach jak szalona. Kiedy w końcu odważyła się zerknąć za siebie, nikogo tam nie było. Tylko porzucony samochód, oświetlony bladą poświatą z małego okienka, i pusty korytarz. Przez kilka sekund panowała taka cisza, że słyszała własną krew pulsującą w uszach. Dopiero gdy dźwięki na górze powróciły, wysunęła się na zewnątrz.
Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz zapachem mokrej ziemi. Był wczesny poranek. Mgła wisiała nisko, tuż nad rosą. Dziewczyna stała przy starym domu z czasów PRL-u, pomalowanym na pomarańczowo, z popękanym tynkiem i metalowymi balustradami przy schodach oraz balkonach. Przed budynkiem ciągnęła się linia lasu, gęsta i ciemna, tuż pod szarym, ciężkim niebem. Najbliższy dom majaczył w oddali, mały i nierealny jak miraż. Dziewczyna wysunęła się spod linii balkonu i spojrzała w górę, w okno, żeby się upewnić, czy droga jest wolna.
Wtedy złapali kontakt wzrokowy.
Stał za firanką jak duch. Trzymał w dłoni kubek kawy i patrzył prosto na nią. Ich spojrzenia spotkały się na sekundę, która rozciągnęła się w nieskończoność. Dziewczyna nie czekała ani chwili dłużej. Rzuciła się do ucieczki i prędko dobiegła do mokrej po nocnym deszczu bramki, która okazała się zamknięta. Zaczęła się wspinać, a krople moczyły ubranie i dłonie. Gdy zeskoczyła po stronie ulicy, zobaczyła, jak mężczyzna w kapturze wybiega już przez drzwi wejściowe i zaczyna pędzić po schodach.
– Zostaw mnie! – krzyknęła na całe gardło, ale jej głos rozpłynął się w pustce.
Biegła środkiem wysypanej kamykami drogi, czując, jak płuca płoną od zimnego, porannego powietrza. Domy w oddali majaczyły we mgle niczym scena z horroru. Scena, w której oglądający ją jest pewien, że ofiara nie zdąży uciec, że nikt nie przyjdzie jej z pomocą. Powiał wiatr, szarpnął krzakami i sypnął na nią drobinki wody. W pełnym biegu obejrzała się przez ramię i zobaczyła, że porywacz wydostał się właśnie zza bramki. Był zbyt szybki. Wiedziała, że ją dogoni.
– Pomocy! On mnie zabije! – wołała, ile sił, ale dom w oddali wciąż wydawał się tak samo daleki jak przed chwilą.
Podmuchy wiatru uderzającego ją w twarz i szumiący las zagłuszały jej głos, sprawiając wrażenie, jakby krzyczała do siebie.
– Zostaw mnie! Nikomu nic nie powiem! – Obejrzała się, dostrzegając przy tym, jak szybko napastnik skrócił do niej dystans, i analizowała, ile jeszcze potrzebuje czasu, by dobiec do następnego domu.
Wiedziała, że nie zdąży.
Skręciła gwałtownie w stronę lasu i zniknęła za ścianą omszałych konarów. Gałęzie smagały ją po twarzy, mokra ziemia ślizgała się pod stopami, raniąc skórę, ale teraz niczego nie czuła. W sytuacji zagrożenia mózg potrafi zamaskować ból, by zwiększyć szanse na przeżycie. To element instynktu przetrwania. Uciekała na oślep, przedzierając się między drzewami i wystającymi krzakami. Odwróciła się, a nie widząc nigdzie napastnika, wykorzystała moment i dopadła do drzewa, przywierając do niego plecami tak mocno, jakby stary pień mógł ją wchłonąć.
Kora była zimna, nasiąknięta deszczem, szorstka pod palcami. Wbiła w nią paznokcie i zamknęła oczy na sekundę, ale zaraz otworzyła je szeroko. Wiedziała, że nie mogła tego robić. Nie mogła nie widzieć przestrzeni przed sobą, nawet jeśli dostrzegała tylko plamy szarości i rozmyte linie pni. Łzy napłynęły jej do oczu. Mrugnęła, a jedna spłynęła po policzku, zimna jak kropla deszczu. Potem druga. Nie wytarła ich, bo bała się poruszyć. Spojrzała w bok, między pniami widziała wąską ścieżkę, prawie niewidoczną, rozmazaną przez deszcz. „Może prowadziła do drogi? Może do zabudowań?” – zastanawiała się. Gdyby ruszyła teraz, musiałaby przebiec przez kilka metrów odsłoniętego terenu. Wystarczająco, żeby ją zobaczył.
Nagle liście mlasnęły pod czyimś butem. Dziewczyna wcisnęła się mocniej za pień. Napastnik był blisko, słyszała, jak idzie przez gęsty las. Chodził powoli między drzewami, a każdy trzask mokrych gałęzi brzmiał dla niej jak wystrzał z pistoletu. Nie ruszyła się nawet o milimetr. Niespodziewanie, jak po pstryknięciu palcami, odgłosy ustały. Las znów pogrążył się w ciszy, która trwała niewiarygodnie długo. Dziewczyna rozejrzała się po tonącej we mgle przestrzeni, zamknęła oczy i pozwoliła sobie na jedną myśl. „Może się udało, może poszedł w złą stronę?”
Serce zatrzymało się jej na ułamek sekundy. Wstrzymała oddech tak gwałtownie, że aż zabolało ją w piersi. Zacisnęła palce na mokrej korze. Czuła pod paznokciami drobne odłamki drewna i zimną wodę, która spływała w zagłębieniach pnia. „Nie ruszaj się. Może nie wie. Może tylko przechodzi” – powtarzała w myślach.
Męska dłoń pojawiła się nagle tuż za nią. Brudne palce zacisnęły się na krawędzi drzewa, kilka centymetrów od jej twarzy.
Nie zdążyła krzyknąć.