Skarb Pustyni. Oczy Królowej. Tom 3. Część 1 - ebook ePUB - ebook
Skarb Pustyni. Oczy Królowej. Tom 3. Część 1 - ebook ePUB - ebook
W niedalekiej przyszłości, po wielkiej katastrofie, która zdziesiątkowała ludzkość, na świecie powstały supernowoczesne państwa-miasta, w których władzę sprawują tajemniczy Wielcy Rządzący. Obywatele podzieleni są na kategorie i poddani absolutnej kontroli przez cybernetyczną władzę, a zamiast waluty wprowadzono ogólnoświatowy system punktowy, nagradzający posłusznych i karzący nieposłusznych osobników. W trzecim tomie „Skarbu Pustyni” poznajemy dalsze losy Eleny i Gaspara. Gaspar wyrusza wraz ze swoimi nowo poznanymi przyjaciółmi z Serca do Górskiej Twierdzy, błagać królową Serenę o ratunek dla chrześcijan. Jednak pustynia wokół Serca, którą muszą przejść, jest miejscem ogromnym i niebezpiecznym, kryjąc w swoich piaskach przerażające potwory. Okazuje się jednak, że to nie zmutowane zwierzęta są najgroźniejszymi bestiami, z którymi musi zmierzyć się Gaspar, ale ludzie opętani złem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397680425 |
| Rozmiar pliku: | 625 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wyszli z kaplicy późnym wieczorem, zaraz po Mszy świętej, którą sprawował ojciec Martyn. Świątynia pękała w szwach, przyszli tu chyba wszyscy mieszkańcy podziemnej bazy chrześcijan, chociaż i tak nie każdy mógł się zmieścić i reszta musiała stać na korytarzu. Każdy chciał zobaczyć odważnych śmiałków, którzy wyruszali w niebezpieczną wyprawę do Górskiej Twierdzy. Całe kazanie ojca Martyna dotyczyło ich misji. Mówił o odwadze, poświęceniu i wierze, o którą trzeba walczyć, a czasem i nawet oddać za nią życie. Gaspar widział jak podczas nabożeństwa wiele osób roniło łzy.
Kiedy wyszli ze świątyni, Wrack dobrał ich w pary i ustawił w jednym rzędzie. Drużyna liczyła dwudziestu mężczyzn i jedną kobietę. Gasparowi trafił się do pary chłopak o stalowych ramionach, na którego już wcześniej zwrócił uwagę. Chłopak był niższy od niego o głowę. Miał nieco wystraszone spojrzenie.
– Pilnujcie swojego towarzysza i bądźcie odpowiedzialni za siebie nawzajem – przykazał im Wrack.
Gaspar spojrzał na chłopaka i uśmiechnął się do niego, chcąc dodać mu otuchy. Chłopak tylko przełknął ślinę. Wyglądał na onieśmielonego.
„Przynajmniej wiemy, kto kim będzie się tutaj opiekował” – powiedział sobie w duchu Gaspar.
„Cóż, przynajmniej nie jestem w parze z nią…” – pomyślał, patrząc na jedyną kobietę w ich drużynie.
Wysoka dziewczyna ze stalową opaską na oku prężyła się dumnie. Sprawiała wrażenie pewnej siebie i zaczepnej, przy czym zawsze coś jej się nie podobało, o czym musiała głośno oświadczać na forum.
– Wyruszamy z Bożym błogosławieństwem i pod Bożą opieką, więc niech Bóg zatroszczy się o nasze zwycięstwo! – zagrzmiał Wrack.
W tej samej chwili ze świątyni wyszedł ojciec Martyn, ubrany tak jak pozostali z drużyny w ciemne, workowate spodnie, ciężką kurtkę i plecak z ekwipunkiem. Spod kurtki wystawał mu brązowy kaptur mnicha.
– Jestem gotowy – oznajmił. – Wszystko przekazałem moim braciom.
Wrack poklepał go po ramieniu.
– Dobrze.
Ludzie zgromadzeni przed salą patrzyli z rozrzewnieniem na ich grupę.
– Uważajcie na siebie! – zawołały jakieś kobiety.
– Bądźcie dzielni!
– Wróćcie do nas!
– Wrócimy, jeśli taka będzie wola Boża – odparł ojciec Martyn.
– A zatem ruszamy! – zakrzyknął Wrack. – Nasz pierwszy punkt wędrówki, to kanały ściekowe.
Ochotnicy popatrzyli po sobie z uśmieszkami. I choć wszyscy wiedzieli, jaki jest plan, to i tak wielu powątpiewało w jego powodzenie.
– Czy na pewno nie ma innej drogi? – spytała kobieta.
– Nie, już ci mówiłem – odparł Wrack. – To najbezpieczniejsza droga, aby dostać się do tuneli pod powierzchnią pustyni.
Kobieta burknęła coś niewyraźnie pod nosem.
– Drużyna, za mną! – zawołał dziarsko Wrack.
Ruszył pierwszy, za nimi szli parami jego ochotnicy. Pochód kończył ojciec Martyn.
Zebrani przed świątynią chrześcijanie zaintonowali pieśń o Bożej Opatrzności. Pieśń miała bardzo piękną i tkliwą melodię, chwytającą za serce. Na dźwięk tej pieśni wiele osób wzruszyło się, niektórzy zaczęli cicho płakać. Nawet Gasparowi udzielił się ten podniosły nastrój.
W końcu przeszli przez główny korytarz w stronę windy. Winda była ciasna, więc musieli jechać na zmianę po kilka osób. Kiedy wszyscy już wjechali na górę, przeszli włazem do nieprzyjemnego pomieszczenia pełnego zatęchłych kontenerów. Było tu ślisko, zimno i wilgotno. Stamtąd Wrack poprowadził ich do jednego z tuneli utylizacyjnych.
Wszystkie nieczystości jakie wytwarzano w bazie, pompowane były w górę, do kanałów biegnących w stronę pustyni. Teraz przejścia były suche, bo na czas ich przeprawy chwilowo wstrzymano pompy. Zapach jednak pozostał. Gaspar skrzywił się z obrzydzeniem. Niektórzy zatykali sobie nosy chustkami, które mieli przewiązane przy szyi. Inni, jak kobieta z opaską na oku, głośno narzekali. Ale ci bardziej rubaszni pozwalali sobie na nieprzyzwoite żarty na temat zawartości tunelu.
– Chłopcy, dajcie już spokój – zawołał na nich ojciec Martyn. – Śmiejecie się tak naprawdę z samych siebie. Wasze nieczystości też tu trafiają. I pachną zupełnie tak samo.
Głupkowate żarty ucichły. Ojciec Martyn miał posłuch wśród ludzi.
Drużyna przeszła aż do rozwidlenia ciemnego korytarza. Jedna droga prowadziła w prawo, druga w lewo.
– Nieczystości spływają dalej tam i są odprowadzane aż do tuneli pod pustynią – powiedział Wrack, pokazując na tunel po ich prawej stornie. – Jest tam jednak tak wąsko, że nie zmieścilibyśmy się. Dlatego przejdziemy drogą na skróty.
Skręcił w tunel po lewej i zatrzymali się przy żelaznych schodach pożarowych. Schody pięły się w górę wąskim szybem.
– My pójdziemy tutaj – powiedział, świecąc latarką znajdującą się na jego czole w głąb tunelu pożarowego.
Tunel był tak długi, że światło nie docierało do jego końca.
– Nadal trochę ciasno – stwierdził jeden z mężczyzn stojących najbliżej Gaspara. – Zmieścimy się tam z ekwipunkiem?
– Musimy – odparł Wrack. – Grubi niech idą pierwsi, jeśli tacy tu są – dodał żartobliwie. – Co, nie ma grubych? To w takim razie ja idę pierwszy!
Złapał za żelazny uchwyt, podciągnął się i zaczął się wspinać. Jego barczysta sylwetka z trudem zmieściła się w otworze.
– I jak? Nie zaklinowałeś się? – zawołał ten sam mężczyzna.
– Jest jeszcze sporo miejsca i dla ciebie, Zebulon! – usłyszeli dudniący głos Wracka.
Mężczyzna parsknął śmiechem i ruszył za Wrackiem. Po nim poszli pozostali. Gaspar wspiął się za chłopakiem, który był jego towarzyszem. Szczupły młodzieniec z łatwością pokonywał kolejne szczeble. Jego stalowe ramiona były jak kończyny robota. Podczas ruchu wydawały z siebie metaliczne kliknięcia, jakby były napędzane jakimś wewnętrznym mechanizmem.
Gaspar złapał za drążek i podciągnął się. Dobrze, że każdy z nich otrzymał skórzane rękawiczki, bo inaczej dłonie ześlizgnęłyby mu się z drążka. Podkurczył ramiona, aby zmieścić się w otworze i zaczął się wspinać. Było bardzo ciasno. On, który nie przywykł narzekać, musiał przyznać, że było to dość trudne zadanie. Dziwił się, jakim cudem w otworze zmieścił się Wrack, skoro był przecież znacznie szerszy od niego w barkach.
Spojrzał w górę. Klaustrofobiczny tunel zdawał się nie mieć końca. Na moment ogarnął go lęk.
„No trudno” – pomyślał, spinając się w sobie. „Jakoś trzeba dać radę.”
Zacisnął zęby i stopień po stopniu wdrapywał się po żelaznych prętach. Plecak mu zawadzał, ocierając się o ściany tunelu, ale mimo wszystko parł naprzód. Słyszał przytłumione głosy swoich towarzyszy i ciche śmiechy. Niektórzy żartami próbowali rozładować atmosferę. Gaspar popatrzył w stronę chłopaka nad nim chcąc go dogonić, ale ten szedł jak szalony. Jego stalowe ramiona w ogóle się nie męczyły. Szybko zniknął mu z oczu. Nie chcąc zostawać w tyle, Gaspar przyspieszył. Pod sobą miał jeszcze kilkunastu ludzi. Na samym końcu wspinał się ojciec Martyn. Po paru minutach wspinaczki dogonił wreszcie chłopaka, który zatrzymał się w drodze, czekając na innych.
– Co się dzieje? Czemu stanąłeś? – zapytał, zasapany.
Pot lał mu się po czole i spływał na policzki jak krople łez.
– Chyba ktoś się zaklinował – chłopak odparł cicho.
– Mocniej! – usłyszeli w oddali głos Wracka. – Spróbujcie mocniej! Nie mogę się ruszyć!
Gaspar popatrzył w górę tunelu, ale ponieważ było tam dość ciemno, widział tylko jakieś niewyraźne kształty. Poświecił sobie latarką i zobaczył jak grupka mężczyzn siłuje się w górze, przy wylocie tunelu.
– I… raz! I… dwa! I… trzy! – zakomenderował ktoś i kilku mężczyzn pchnęło z całej siły Wracka.
Usłyszał jęk bólu.
– Nie mogę oddychać…! – wysapał Wrack. – Pomóżcie!
Gaspar poczuł jak krew odpływa mu od twarzy.
– Trzeba mu pomóc – powiedział. – Trzeba coś zrobić.
– Ale co? – odparł mężczyzna stojący tuż pod nim. – Przecież się nie przeciśniemy do niego, sami ledwo się tu mieścimy.
Gaspar myślał intensywnie nad rozwiązaniem. Słyszał raz po raz jak mężczyźni próbują przepchnąć Wracka przez otwór w górze, ale ten najwyraźniej zaklinował się tak, że nie mógł ruszyć się ani w jedną, ani w drugą stronę. Gaspar stwierdził, że sam nie będzie w stanie przecisnąć się do niego. Tunel był tak wąski, że mieścił się w nim tylko jeden człowiek z plecakiem.
Spojrzał na drobnego chłopaka o stalowych ramionach.
– Jak masz na imię? – zapytał go.
– Eloi – odparł chłopak, trochę przerażony.
– Eloi, mam zadanie dla ciebie – powiedział poważnie. – Musisz dostać się do Wracka, użyć swoich stalowych ramion i zrobić wyłom w murze.
– Daj spokój, przecież on nie da rady! – zawołał mężczyzna z dołu.
Ale Gaspar nie słuchał go. Patrzył prosto w oczy chłopaka i czekał na jego reakcję.
– A co jeśli zranię Wracka…? – chłopak zapytał niepewnie.
– Lepiej jeśli go zranisz, niż jak on się udusi z braku powietrza. Ruszaj! – zawołał na niego, a chłopak drgnął.
– Ale ja nie dam rady…! – jęknął.
Gaspar poczuł jak strach zaczyna oplatać jego serce. Jeśli chłopak teraz stchórzy, ich wyprawa skończy się, zanim na dobre się rozpoczęła. A oni będą mieli trupa.
Gaspar wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu chłopaka.
– Dasz radę – powiedział stanowczo. – Skoro zgodziłeś się wziąć udział w tej wyprawie, to znaczy, że wierzysz w jej powodzenie, prawda? Wierzysz, że Bóg wam pomoże?
Eloi powoli kiwnął głową.
– No więc ruszaj! Bóg na pewno nie chciałby, żebyśmy się bali pomagać innym. Idź!
Na te słowa Eloi poderwał się, jakby wstąpiła w niego jakaś nowa siła i zaczął przeciskać się pomiędzy ludźmi w górę po drabinie.
– Ej, a ty dokąd? Co ty robisz? Gdzie ty leziesz, mały? Gdzie się pchasz?
Gaspar słyszał jak ci, którzy byli wyżej, oburzali się na chłopaka, który ostrożnie przemieszczał się między jedną, a drugą osobą.
– Pomóżcie mi, nie mogę oddychać…! – głos Wracka coraz bardziej słabł.
– Eloi, pospiesz się i wal w ściany! – zawołał na niego Gaspar.
Chłopak przyspieszył i dopadł wreszcie do otworu, w którym utkwił Wrack. Potężne ramiona mężczyzny zaklinowały się w poprzek przejścia. Głowę miał już po drugiej stronie wejścia, a korpus i nogi jeszcze w tunelu. Cały tułów wykrzywił się na bok, a stopami ledwie podtrzymywał się na żelaznym pręcie schodów.
– Co ty tu robisz chłopaku? Nie widzisz, że próbujemy go wypchnąć? Odsuń się! – zgromiło go dwóch mężczyzn, którzy stali przy Wracku.
– Odsuńcie się – oznajmił Eloi wyciągając swoje stalowe ramiona. – Odsuńcie się, bo będę walił w ściany.
Mężczyźni widząc jego ramiona i słysząc poważny ton, jakim do nich przemówił, odsunęli się i chwycili się mocno żelaznych prętów. Eloi wziął głęboki oddech i zaczął uderzać w ściany po obu stronach wyjścia z tunelu. Gruz i pył posypały się wszystkim na głowy, kiedy fragmenty konstrukcji zaczęły się kruszyć. Ciosy stalowych ramion były tak silne, że ściany zaczęły pękać.
– Już nie mogę, już nie mogę… aaa… – jęczał Wrack, wijąc się w otworze i próbując się wydostać. – Pospiesz się, chłopcze…
Eloi był jak maszyna, jego ramiona uderzały jak karabin. Ciasny tunel napełnił się po chwili dymem i kurzem, ludzie zaczęli kasłać. W końcu odłupał spory kawałek betonu i tułów Wracka poruszył się kilka milimetrów do przodu.
– Uwaga na głowy! – zawołał ktoś z góry.
Gaspar obserwował to wszystko z dołu. W ostatniej chwili ukrył głowę ramieniem. Wielki, ostro zakończony kawał ściany otarł się o jego bok. Fragment rozorał mu czarną, skórzaną kurtkę, ale poza tym nie wyrządził nikomu żadnej krzywdy.
– Jest! Udało się! – krzyknęli tamci na górze.
Eloi ostatnim uderzeniem poszerzył wyłom tak, że Wrack po prostu wypadł na zewnątrz.
– Wrack, żyjesz? – zawołali.
– Żyję…. Jeszcze – zawołał Wrack, będąc już po drugiej stronie. – Przechodźcie szybko, zanim cała ściana posypie się na was. To wszystko ledwo się trzyma.
– Szybciej! Ruszamy się! Ściana grozi zawaleniem! – ludzie podawali tę informację niżej i grupa zaczęła wspinać się jeden za drugim.
Gaspar ruszył ze wszystkimi po drabinie i zaraz dotarł do otworu, w którym utknął Wrack. Przejście rzeczywiście było bardzo wąskie, ale Eloi dobrze wykonał swoją robotę. Wsunął się do środka i zdążył tylko wyciągnąć przed siebie ręce, a już czyjeś silne ramiona złapały go i pociągnęły do przodu. To był Eloi. Chłopak pomagał każdemu jak najszybciej wydostać się z tunelu.
– Dobra robota – pochwalił go Gaspar, stając na nogi. – Wiedziałem, że sobie poradzisz.
– To tylko dzięki tobie – powiedział zmieszany.
Gaspar klepnął go w plecy i przeszedł pomiędzy ludźmi w stronę Wracka. Ten siedział na podłodze i oddychał ciężko. Był cały pokryty białym pyłem, brzuch i ramiona miał zdarte do krwi, usta sine. Kilka osób przyklękło przy nim, oglądając i opatrując jego rany. Cały czas zapewniał wszystkich, że nic mu nie jest. Gaspar zdawał sobie sprawę, jak niewiele brakowało do tragedii.
W pewnej chwili Wrack podniósł głowę i napotkał spojrzenie Gaspara. Kiwnął mu głową, a on odparł kiwnięciem. Zrozumieli się bez słów.
Ostatni z tunelu wydostał się ojciec Martyn.
– Co się dzieje? Co mu jest? – spytał zaaferowany.
Podszedł od razu do Wracka i usiadł obok niego.
– Oj, ojcze, mam nadzieję, że modlisz się za mnie, żebym nie wyzionął ducha zaraz na początku misji.
– Głupcze, modlę się za was wszystkich codziennie, zwłaszcza za ciebie – kapłan skarcił go łagodnie. – Na drugi raz bądź bardziej rozsądny. Opatrzność czuwa, ale też potrzebuje współpracy człowieka.
Wrack poklepał go po ramieniu. Gaspar uśmiechnął się i już się odwracał, aby zniknąć w tłumie, gdy nagle ktoś głośno wypowiedział jego imię:
– Gaspar jako jedyny zareagował. Gdyby nie jego szybka decyzja, byłoby już po tobie.
To była ta kobieta ze stalowym okiem. Stanęła na środku i pokazała na niego ręką.
– Byłam niedaleko i wszystko słyszałam. To on powiedział chłopakowi, żeby zaczął niszczyć ściany, nikt inny na to nie wpadł.
Gaspar zamarł i poczuł, że policzki pokrywają mu się rumieńcem. Nic nie powiedział.
– Tak – przyznał jej rację ojciec Martyn, wstając. – Dziękujemy ci, Gasparze. Dobrze się spisałeś.
– Nic takiego nie zrobiłem, to Eloi… – odparł skromnie, nie patrząc na nikogo.
– Oj, już się tak nie umniejszaj – skwitowała kobieta. – Gdybyś się nie odezwał, chłopak by nic nie zrobił.
– To dobry chłopak – powiedział Gaspar głośno. – I to on tu zrobił największą robotę. Jemu powinniście podziękować – uciął.
Zobaczył, że kobieta otwiera usta, jakby chciała coś dodać, ale w tej samej chwili Wrack wstał.
– Dobra, dosyć tego słodzenia, bo mnie już zęby od tego bolą – oznajmił. – Ruszamy!
– Jesteś pewien, że możesz iść? – zapytał ojciec Martyn.
– Oczywiście, że jestem pewien, nic mi nie jest! – zagrzmiał.
Wyciągnął rękę i z jego dłoni wyświetliła się hologramowa mapka. Grupa zbliżyła się do niego i otoczyła go kołem. Gaspar stanął tuż obok Wracka i chłonął wzrokiem plątaninę linii, punktów i oznaczeń. Starał się zapamiętać z tego jak najwięcej.
– A teraz patrzcie – powiedział Wrack, powiększając mapkę i pokazując na poszczególne punkty świecące na czerwono. – Musimy przejść do końca tym korytarzem, a potem natrafimy na stary szyb kopalniany. Będziemy musieli wspiąć się nim aż do nieczynnej strażnicy. Dalej będą już tylko kanały, miejmy nadzieję w całości, choć może być różnie. Dotarcie do kanałów zajmie nam jakieś, hm… – Zamyślił się i przyjrzał się jeszcze raz mapce. – Dwie, może trzy godziny, jeśli teren nie będzie zagruzowany. Więc już lepiej nie traćmy czasu. Jeżeli będziemy iść całą noc, to jutro rano powinniśmy być w połowie drogi przez pustynię.
Zamknął mapkę i spojrzał na wszystkich.
– Musimy iść pod ziemią najdłużej jak się da, aby nie zostać zauważonym. Dopiero kiedy miniemy ostatnie strażnice, będziemy mogli wydostać się na powierzchnię, ale i to nie oznacza, że będziemy bezpieczni. Te wszystkie pogłoski o dzikich bestiach żyjących na pustyni nie są tak do końca wyssane z palca. Wielu ludzi poginęło w niewyjaśnionych okolicznościach, a ich ciał nigdy nie odnaleziono.
– Może dlatego, że zabili ich strażnicy – podpowiedział ktoś z drużyny.
– Niekoniecznie. W najdalsze rejony nawet strażnicy się nie zapuszczają. Coś jest takiego w tej pustyni, że nikt nie chce po niej podróżować.
– Ale mówiłeś, że resztę drogi pokonamy autolotami? – podchwyciła kobieta.
– Autolotem… jednym – poprawił ją Wrack. – O ile będzie tam, gdzie przypuszczam, że jest.
– To znaczy? – zagadnął mężczyzna stojący obok Gaspara.
Wrack otworzył jeszcze raz mapkę i przesunął ją palcem tak, że pokazywała teraz pustynię.
– Gdzieś tu, o tutaj, na tych współrzędnych, powinien być ukryty autolot. Jest sprawny, zatankowany, pozostawiony przez naszych braci jakieś dwa lata temu.
– I przez dwa lata nie mówiłeś nam, że mamy na pustyni ukryty autolot? – prychnęła kobieta.
– Nie wszystko musicie od razu wiedzieć – powiedział do niej Wrack, trochę zniecierpliwiony. – To była jedna z naszych najściślej strzeżonych tajemnic. Wolałem wam o tym powiedzieć teraz, niż wcześniej…
– Nie ufasz nam? – rzuciła.
– Ivono – przerwał jej ojciec Martyn. – Wrack zrobił to dla waszego… naszego bezpieczeństwa. Musimy zachowywać środki ostrożności zawsze i wszędzie.
Gaspar przyjrzał się mapce z zaznaczonym miejscem, gdzie według Wracka powinien znajdować się autolot. Ta informacja zaintrygowała go. Postanowił zapytać go o więcej szczegółów przy najbliższej okazji.
– Dobra, a teraz już naprawdę się zwijamy.
Wrack wstał i wyłączył hologramową mapę.
– Chodźmy i nie traćmy czasu.
Ruszyli przez korytarz, Wrack na przedzie, ojciec Martyn na tyłach. Szli w milczeniu, parami.
Tak jak mówił Wrack, po jakimś czasie natrafili na stary szyb. Rozejrzeli się po zrujnowanym budynku. Ściany były na wpół zawalone, a strop zapadł się w jednym miejscu. Spojrzeli w górę, w stronę czworobocznego otworu.
– Tam na końcu, na powierzchni, jest strażnica – odezwał się Wrack.
– To będzie gorsze niż wspinaczka po drabince – zauważył trafnie Zebulon.
Gaspar przyjrzał się ścianom. Były wymurowane z wąskich cegieł, wykruszających się pod najmniejszym naciskiem. Eloi, który stał obok niego, ostrożnie trącił stalową ręką w szyb, a z cegieł poleciał pył. Popatrzył na Gaspara pytająco, a ten odwrócił się do pozostałych.
– Wrack, to naprawdę nie wygląda za dobrze – powiedział.
Wrack podszedł do szybu i rozkruszył w dłoniach fragment cegły. Zamyślił się. Za chwilę stanął przy nim ojciec Martyn. Widząc na wpół zburzony szyb i to w jakim był w stanie, pokręcił głową.
– Synu, chyba trzeba będzie znaleźć inną drogę – powiedział łagodnie.
Wrack zacisnął usta.
– Nie – powiedział twardo. – To zajmie nam zbyt dużo czasu. Ruszamy! Ja pójdę pierwszy.
– Nie, nie, nie, tym razem ty pójdziesz ostatni – powiedział stanowczo ojciec Martyn, chwytając go za ramię. – Jesteś z nas największy i najcięższy. Pomyśl tylko, jeśli coś ci się stanie to wraz z tobą runie na nas cały szyb i zasypie nas żywcem. A gdy będziesz wchodził jako ostatni, my będziemy w stanie cię podciągnąć na linkach.
– To kto pójdzie jako pierwszy? – zapytał Wrack.
– Ja.
Do przodu wysunął się Eloi.
– Ty…?
– Jestem najmniejszy i najlżejszy, a z moimi ramionami łatwiej będzie mi się wspinać – powiedział chłopak.
– No dobra – przyznał Wrack z ociąganiem.
Otworzył swój plecak i wyciągnął z niego stalową linkę wraz z umocowaniami. Podał ją chłopakowi.
– Postaraj się jak najszybciej wspiąć na szczyt i umocuj porządnie linkę – nakazał mu. – Powinna starczyć na całą długość.
– Tak jest – odparł Eloi.
Grupa zebrała się wokół niego, a dwóch silnych mężczyzn podsadziło go wyżej, aby mógł ramionami sięgnąć do wystającego fragmentu ściany. Eloi stanął na ich barkach, jedną stopą na jednym ramieniu, drugą na drugim. Potem złapał się za ustęp i podciągnął. Nogami znalazł oparcie i zaczął się wspinać. Kilka cegieł pokruszyło się, kiedy zaorał w nie ciężkimi butami.
– Trzymasz się mały? – zapytali mężczyźni.
– Tak, wszystko dobrze, wspinam się! – odkrzyknął im.
Wszyscy popatrzyli na niego w górę, ale ojciec Martyn odpędził ich od wylotu szybu.
– Lepiej się odsuńcie.
Czekali w napięciu, słysząc chrzęst materiału i skrobanie po ścianach. Pył i drobinki cegieł sypały się z wylotu, kiedy Eloi pokonywał drogę. Nasłuchiwali. Po kilku minutach czekania w napięciu z oddali dał się słyszeć jego głos:
– Jestem na górze!
Wrack odetchnął z ulgą i zajrzał w środek szybu.
– Rzuć linkę!
Po chwili na ziemię sfrunął koniec linki. Wrack pociągnął za nią, sprawdzając, czy wytrzyma jego ciężar, ale była mocno przymocowana.
– Dobrze! – zawołał do chłopaka, po czym odwrócił się do grupki. – Zaczynamy wchodzić – zarządził. – Po kolei, starajcie się zrobić jak najmniej bałaganu. Ivona, ty wejdź pierwsza.
Kobieta wyszła z tłumu i uchwyciła się linki. Nogami zaparła się ściany i zaczęła wspinać się krok po kroku. Była silna i zwinna, więc dość szybko jej to poszło. Po niej przyszła kolej na następnych. Gaspar ustawił się gdzieś przy końcu kolejki.
– Całkiem nieźle nam to idzie – rzucił Wrack.
Gaspar pokiwał głową. Spojrzał w jego stronę.
– Bo dobrze to wszystko zorganizowałeś – powiedział.
Wrack wzruszył ramionami.
– Pomysł, aby się tędy przedostać nie jest tak do końca mój. To ojciec Martyn podsunął mi myśl, aby wyruszyć drogą przez kanały. Tak jest bezpieczniej.
– A potem czeka nas wędrówka przez pustynię… – zaczął na wpół pytająco, na wpół twierdząco, robiąc krok w jego stronę.
– Taa… – zgodził się Wrack, kiwając głową. – Ale nie zajmie nam to dużo czasu. To będzie dwa, może trzy dni drogi. Zresztą, widziałeś mapkę, jesteś bystry – dodał mrugając do niego jednym okiem.
Gaspar uśmiechnął się.
– I ten autolot… – zaczął, czekając aż Wrack podchwyci temat, ale on milczał. – Skąd on się tam wziął? – zapytał go wprost.
Wrack westchnął.
– Nasi bracia go tam zostawili, kiedy uciekali z Serca…
Umilkł, a jego twarz zmieniła wyraz. Gaspar przyglądał mu się kątem oka.
– Znałeś ich?
Wrack rozejrzał się dookoła, jakby sprawdzał czy ktoś ich nie podsłuchuje, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.
– Oczywiście, że ich znałem. To byli moi przyjaciele – powiedział. – W końcu sam im zaproponowałem ucieczkę przez pustynię, ale… – urwał i przetarł dłonią oczy, jakby chciał wymazać z nich wspomnienie tego, czego były świadkami.
– Wiedzieli, że są śledzeni, więc upozorowali wypadek i wylądowali na pustyni. Autolot ukryli, a jego współrzędne wysłali nam poprzez wewnętrzny komunikator.
Pokazał na swoją dłoń, na której świeciło niebieskie światło. To z niej wyświetlał hologramową mapkę.
– Sami zaprojektowaliśmy ten nasz wewnętrzny system komunikacji i wszczepiliśmy go tylko najważniejszym naszym ludziom, którzy mieszkali na powierzchni. Ma zupełnie inny system operacyjny, niż ten z Serca. Jest niemal niewykrywalny, ale i tak używamy go do komunikacji jedynie w wyjątkowych sytuacjach.
– Co się potem z nimi stało? – spytał Gaspar.
Wrack długo nie odpowiadał. Obserwował jak jeden z ostatnich mężczyzn chwyta za linkę i zaczyna się wspinać.
– Dawaj, Fran, co tak wolno! – zawołał do niego Wrack.
Jego głos był przesadnie głośny, a śmiech zbyt sztuczny.
– Ostatni będą pierwszymi, tak? – odparł Fran, machając mu nogą i zniknął w szybie.
Wrack kiwnął głową, a potem zwrócił się do Gaspara.
– Nie wiemy… Zapewne zginęli. Próbowaliśmy się z nimi skontaktować, ale po paru dniach straciliśmy sygnał. Nie mogliśmy udać się na środek pustyni, to byłoby zbyt niebezpieczne. Od tamtej pory planowałem tę wyprawę, ale brakowało nam ludzi. Dopiero, kiedy natrafiłem na ciebie, pomyślałem, że już najwyższy czas.
– Sądzisz, że oni…?
– Sądzę, że ich zabrali. A jeśli to nie byli strażnicy, to rozprawiły się z nimi bestie. To dlatego piesza wędrówka przez pustynię jest tak niebezpieczna. Będziemy iść kanałami najdłużej jak to się da. Może nawet uda nam się przejść całą drogę do autolotu pod ziemią…
Zamyślił się. Minę miał taką, jakby sam do końca nie wierzył w to, co mówił. Spojrzał na Gaspara.
– Dobra, chodźmy już. Ty pierwszy – powiedział, zmieniając temat.
Gaspar podszedł do szybu i uchwycił się stalowej linki. Zaparł się stopami o ścianę i zaczął się wspinać. Zrobił jednak tylko kilka kroków i zatrzymał się. Spojrzał przez ramię w stronę Wracka.
– Ne obwiniaj się o to – powiedział.
Wrack spojrzał na niego i tylko kiwnął mu głową.ROZDZIAŁ II
Był środek nocy. Para ubrana na czarno wyszła z budynku głównym wyjściem. Przy drzwiach skłonili im się szarmancko strażnicy. Mężczyzna w odpowiedzi skinął im głową.
– Spokojnej nocy, chłopcy – powiedział.
– Wzajemnie, szanowni państwo.
Osoba stojąca obok mężczyzny, ukryta pod ciemnym, długim płaszczem z kapturem, ukłoniła im się lekko, a dwaj strażnicy zasalutowali.
Para opuściła dziedziniec Biblioteki i skierowała się w stronę parkingu.
– Zapraszam do mojego autolotu.
Mężczyzna otworzył jej drzwi i zakapturzona postać weszła do środka. Sięgnęła dłońmi, aby zdjąć z głowy okrycie, ale on powstrzymał ją stanowczym ruchem ręki.
– Nie teraz – szepnął.
Zasiadł za sterami pojazdu i uruchomił silnik. Natychmiast wzbili się pionowo w powietrze. Mężczyzna skierował autolot poza miasto. Ominęli świecące wieżowce i hologramowe reklamy, przelecieli nad centrum i skierowali się w stronę najbardziej zrujnowanej części miasta, tam, gdzie trzęsienie wyrządziło najwięcej szkód. Różnica pomiędzy bogatym centrum, a biednymi obrzeżami, była kolosalna. Budynki były niemal doszczętnie rozwalone. Mimo nocnej pory ludzie kotłowali się wciąż na ulicach, ustawiając się w długich kolejkach do punktów odbioru jedzenia, odzieży i środków czystości.
Minęli i tę część miasta i sunęli teraz nad rozległymi przestrzeniami zieleni. Stały tu wille bogaczy z ogromnymi, prywatnymi lasami. Tu nie było śladu trzęsienia ziemi. Budynki były nietknięte, a ogrody nienaruszone.
Mężczyzna obniżył lot, zmierzając wprost do jednej z takich willi, ukrytej w samym sercu lasu. Biały pałacyk z przestronnym miejscem parkingowym, ukazał się niespodziewanie przed nimi, wynurzając się spomiędzy drzew. Autolot wylądował i gdy tylko mężczyzna wyłączył silnik, natychmiast pojawiły się przy nim dwa roboty.
– Witaj, Janno, w czym możemy ci pomóc? – zapytał jeden z nich uprzejmym tonem, otwierając mu drzwi od kabiny pilota.
– Ach, witaj, witaj – odparł, nie patrząc wcale na robota.
Podszedł od strony pasażera i otworzył drzwi. Osoba ukryta pod kapturem, wyszła, przytrzymując się jego dłoni.
– Powiedzcie Ambrożemu, że dzisiaj herbata z miodem, z miodem koniecznie! – powiedział.
Roboty zamrugały oczami na czerwono.
– Oczywiście, nasz pan został właśnie o tym poinformowany – powiedział pierwszy robot.
– I czeka na ciebie w holu – dodał drugi, po czym oba ruszyły w stronę willi.
– Chodźmy – ponaglił ją mężczyzna.
Para przeszła przez parking w stronę oświetlonych schodów, prowadzących do wejścia. Ledwie zdążyli przekroczyć próg pomieszczenia, gdy tuż przy drzwiach przywitał ich wysoki, dystyngowany pan. Ubrany był w jasny surdut i ciemne, kraciaste spodnie. Był szczupły, niemal kościsty, a przy tym bardzo elegancki. Jego gładko ogoloną twarz okalały krótkie, podkręcone ku górze wąsiki.
– Z miodem, z miodem! – zawołał, teatralnym gestem wymachując rękami.
Na dłoniach błysnęło kilka z jego złotych pierścieni.
– Ty chcesz, żebym dostał zawału, tak? – jęknął. – Wiesz dobrze, jak miód ci szkodzi…
– Oj, już nie jęcz Ambroży, tylko szykuj dzbanki, bo czeka nas długa noc – odparł wesoło Janno.
Ambroży zerknął na towarzyszącą mu osobę, ubraną w ciemny płaszcz.
– Czy twój gość, ehm, również chciałby się czegoś napić? – spytał niepewnie.
– Jest bardzo spragniony – powiedział Janno z naciskiem. – Myślę, że najchętniej spróbowałby którejś z twoich naleweczek – dodał znacząco.
Ambroży klasnął w dłonie.
– Doskonale! A zatem za mną!
Obrócił się na pięcie i poprowadził ich przez obszerny hol do bocznych drzwi.
– W mojej piwniczce są same pyszne naleweczki! – zagruchał. – Wchodźcie do środka, śmiało! To tylko kilka stopni w dół.
Znaleźli się w wąskim korytarzu. Zeszli po krętych schodach i zatrzymali się przy lustrze, stojącym na środku korytarza. Ambroży zerknął na swoje odbicie i podkręcił wąsa w palcach.
– No cóż, starzejemy się, ale nadal jestem w formie – stwierdził. – Co sądzisz, Janno?
Kustosz pokiwał głową.
– Nie inaczej, przyjacielu.
– A ty, lustereczko, co sądzisz? Kto jest najpiękniejszy w świecie?
Lustro zamigotało, a ze złoconej ramy popłynął czerwony strumień światła, skanując oczy Ambrożego.
– Ty jesteś najpiękniejszy na świecie – powiedział subtelny, kobiecy głos z lustra.
Stuknęło i lustro otworzyło się, ukazując za sobą przejście prowadzące do małego, ciasnego, metalowego pomieszczenia. Weszli do środka i drzwi zamknęły się za nimi. Ambroży nacisnął jakiś przycisk i zjechali na dół. Drzwi otworzyły się i ich oczom ukazał się obszerny korytarz z wieloma pokojami po jego obu stronach. Mimo późnej pory w środku kręciło się sporo ludzi, każdy zajęty swoimi sprawami. Na ich widok, przystanęli, niektórzy pokazywali sobie palcami towarzyszącą im postać ubraną w ciemny płaszcz. Szeptali między sobą. Wyglądali na zaskoczonych.
Ambroży wyszedł im naprzeciw i klasnął w dłonie.
– Kochani! Zbiórka w pokoju narad! Raz-raz! – zawołał.
Nikt się nie poruszył. Wszyscy spoglądali na zakapturzoną postać towarzyszącą Janno. Ambroży podążył za ich wzrokiem.
– Ach, no tak – mruknął. – Janno, myślę, że tutaj już możecie czuć się swobodnie.
Janno skinął na osobę ukrytą pod ciemnym płaszczem, a ta powoli ściągnęła kaptur. Jasnobrązowe włosy spłynęły na jej ramiona, gdy uwolniła je spod ciemnego materiału płaszcza. Podniosła wzrok, mrużąc oczy przed ostrym światłem lamp. Zobaczyła zdziwione twarze, na których przerażenie, mieszało się z zachwytem.
– To królowa! – zawołał ktoś wreszcie, przerywając ciszę.
Rozległy się piski i krzyki, ludzie zaczęli padać na kolana, a inni rzucili się do ucieczki.
– Spokojnie…! Spokojnie! – zawołał Ambroży, ale nikt go nie słuchał.
Wszyscy krzyczeli, jedni ze strachu, inni z uwielbienia.
Elena jęknęła. Nie tak sobie to wyobrażała. Myślała, że ci ludzie przywitają ją raczej życzliwie. Zdumiało ją to, że tak bardzo się jej przestraszyli. Zachowywali się, jakby zobaczyli ducha, i to niekoniecznie dobrego. Była wstrząśnięta ich reakcją.
Ambroży odwrócił się i na jej widok pobladł gwałtownie.
– C-co…? – wyjąkał, cofając się. – Kogoś ty tu sprowadził? Myślałem, że to jakaś uciekinierka, tak mi przecież mówiłeś, „herbata z miodem”, to znaczy uciekinierka… Chcesz na nas wszystkich sprowadzić zgubę?!
– Bo to jest uciekinierka – powiedział Janno spokojnie, ale stanowczo.
Wyszedł na środek korytarza i uniósł ramiona.
– Spokojnie, nie bójcie się! – zawołał, starając się przekrzyczeć rozhisteryzowany tłum. – To nie jest prawdziwa królowa Serena!
Ludzie zatrzymali się w biegu. Przestali krzyczeć, tylko patrzyli wokół, bladzi i roztrzęsieni.
– To królowa, ja wiem o tym, rozpoznaję ją! – zawołała jakaś starsza kobieta.
Zaczęła na klęczkach iść w stronę Eleny.
– O pani, zmiłuj się nad nami, ocal nas! – wyjęczała.
Elena odsunęła się od kobiety z przestrachem, kiedy ta chciała chwycić skraj jej płaszcza.
– Nie jestem żadną królową – odezwała się do niej. – Przestańcie! Uspokójcie się!
Starsza kobieta jednak nadal na nią napierała, jęcząc coś niewyraźnie. Elena cofnęła się, aż pod ścianę. Nie miała już gdzie się przed nią schować. Do kobiety dołączyła zaraz grupka innych, którzy również podchodzili do niej na klęczkach i błagali ją o ratunek. Elena poczuła, że zaczyna ją to przerastać. Nie wiedziała już na kogo patrzeć, kogo słuchać. Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, a starsza kobieta ponownie sięgnęła po skraj jej płaszcza. W tej samej chwili Janno podszedł do niej i stanął pomiędzy nią, a klęczącą grupką.
– Ludzie, czy wyście postradali rozum?! – krzyknął. – Czy sądzicie, że prawdziwa królowa przyszła by do was ot tak? Kim wy jesteście, żeby sądzić, że nawiedzi was osobiście pani Oczu Królowej i to w piwnicach jakiegoś domu? Czy tak zachowuje się królowa?!
Starsza kobiecina cofnęła się, zmieszana, a za nią inni. Nadal jednak klęczeli na podłodze. Reszta stała w pewnej odległości, na tyle na ile pozwalał na to niewielki korytarz. Znajdowała się tu chyba setka osób. Popatrzyli jeden na drugiego, zakłopotani.
– To nie jest prawdziwa królowa – powiedział Janno, pokazując na Elenę. – To nie jest Serena – dodał.
– Ale wygląda zupełnie jak ona! – jęknęła staruszka.
– Tak, jest bardzo do niej podobna, ale to nie ona – powtórzył z naciskiem.
– Sklonowaliście królową! – wykrzyknął jakiś mężczyzna z głębi pomieszczenia. – Wy zdrajcy! Sklonowaliście królową!
– To nie jest żaden klon, Elena taka się po prostu urodziła – zapewnił Janno.
– Elena? – podchwycili ludzie. – Tak ma na imię? Dziwnie…
Elena skrzywiła się.
– Tak, tak ma na imię – wyjaśnił Janno. – Elena pochodzi z Serca.
– Z Serca? A gdzie to jest? – zapytał Ambroży.
– Dość daleko stąd – odparł Janno. – To taka mała osada na środku pustyni.
– Miasto, nie osada – poprawiła go Elena.
– Miasto? – Ambroży uniósł brwi. – Nigdy o takim nie słyszałem.
– Jest dość wyizolowane, a jego mieszkańcy nie są zbytnio obeznani w świecie – przyznał Janno. – Większość nawet nie wie o istnieniu innych miast, a co dopiero o królowej Serenie. Ale dzięki temu ktoś taki jak Elena, mógł tam wieść spokojne i szczęśliwe życie. Oczywiście do czasu…
„Spokojne i szczęśliwe życie?” – pomyślała z przekąsem. „Chciałabym kiedyś takie wieść…”
– Ta dziewczyna, ze względu na swoje nieprawdopodobne podobieństwo do królowej, została zmanipulowana przez pewnego dosyć niesympatycznego, wpływowego człowieka i zmuszona do odgrywania roli królowej – mówił dalej Janno. – Elena była przez niego bita, poniżana i zastraszana. Traf chciał, że byłem akurat świadkiem tego, jak ten typ ją szarpał i w porę mogłem zainterweniować…
Zrobiło się bardzo cicho. Teraz wszyscy słuchali go uważnie. Mała grupka, która klęczała przed nią, zaczęła podnosić się z kolan. Elena spuściła wzrok. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych w korytarzu. Policzki paliły ją ze wstydu. Nie chciała, aby Janno o tym mówił, ale z drugiej strony czuła ogromną ulgę, że wreszcie ktoś powiedział na głos to, przez co ona musiała przechodzić.
– Podstępem udało mi się ją uratować, ale niczego bym nie zdziałał, gdyby ona mi tak nie zaufała…
Zerknęła na Janno i zobaczyła, że mężczyzna uśmiecha się do niej serdecznie.
– Elena jest bardzo dzielną, młodą osóbką, która sporo już przeszła – powiedział dobitnie. – I chciałbym pomóc jej na tyle, na ile to jest możliwe. Przede wszystkim najpierw chcę ją ukryć przed Wielkimi Rządzącymi.
– Co się teraz z nią stanie? – zapytał ktoś z tłumu. – Dokąd ją zawieziecie?
Janno westchnął.
– Elena nie ma nikogo bliskiego, żadnej rodziny ani przyjaciół – powiedział. – A będąc tak podobną do królowej, nie może nigdzie sama się udać. Jest praktycznie zdana na naszą łaskę. Na waszą łaskę – dodał. – A teraz pytam was, czy chcecie jej tę łaskę okazać?
Umilkł i popatrzył po zebranych.
– Jaką mamy gwarancję, że ona nie jest w zmowie ze zdrajcami królowej Sereny? – zapytał ktoś. – Że to nie jest jakiś spisek przeciwko chrześcijaństwu?
Elena spojrzała w kierunku, z jakiego dochodził ten głos. Powiedział to jakiś młody, blondwłosy chłopak o bladej cerze i wydętych wargach. Spoglądał na nią podejrzliwym wzrokiem.
– Macie na to moje słowo – powiedział Janno uroczyście. – Do tej pory byłem z wami całkowicie szczery i nie miałem nic do ukrycia. Teraz też nie mam. Rozmawiałem z nią dość długo i mogę wam zagwarantować, że ona nie ma nic wspólnego ze zdrajcami Sereny. Jedynym jej przestępstwem, że się tak wyrażę, jest jej wygląd, ale jak już powiedziałem jest to coś, z czym się urodziła i na co nie miała najmniejszego wpływu.
Po sali przeszedł szmer. Elena popatrzyła na tych ludzi, którzy stłoczyli się w ciasnym korytarzu i wyciągali szyje, żeby lepiej jej się przyjrzeć. Patrzyła, w co byli ubrani, jakie mieli fryzury, czy mieli makijaż, ulepszenia, jakieś modyfikacje genetyczne. Zdziwiło ją, że zdecydowana większość nie miała na sobie żadnych udziwnień. Byli całkiem zwyczajni, ubrani dość ubogo, bez ulepszeń i korekt urody. Zdała sobie sprawę, że nikt do tej pory nie zrobił jej zdjęcia hologramem z dłoni, ani nie nagrywał całego spotkania. Zupełnie, jakby ci ludzie byli z jakiejś innej epoki.
– Może zagłosujemy? – zaproponował niespodziewanie Ambroży, spoglądając na Janno. – Kto uważa, że Elena nie jest groźna, niech podniesie rękę do góry.