Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Skarby przeszłości - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
3992 pkt
punktów Virtualo

Skarby przeszłości - ebook

Nora Roberts jako J.D. Robb

Skarby przeszłości

Przełożyła Agnieszka Ciepłowska-Kwiatkowska

Nora Roberts łączy w jednej porywającej powieści dwie tajemnicze, pełne napięcia i namiętności historie rozciągające się między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

W pierwszej części Nora Roberts przedstawia Laine Tavish, właścicielkę sklepu Skarby Przeszłości z antykami i pamiątkami w Angel’s Gap w stanie Maryland. Mieszkańcy miasteczka nie mają pojęcia, że Laine naprawdę nazywa się Elaine O’Hara i jest córką legendarnego oszusta Big Jacka O’Hary. Nie wiedzą też, że całe dzieciństwo przed czymś uciekała. Jednak przeszłość właśnie ją dopadła. Po latach odnajduje ją dawno niewidziany wuj, który zostawia jej tajemnicze ostrzeżenie, po czym ginie potrącony przez samochód. Niedługo później ktoś plądruje dom Laine. Kobieta wraz z tajemniczym Maxem Gannonem musi odkryć, kto ją ściga i dlaczego. Odpowiedź kryje się w zaginionym majątku, który może odmienić jej życie.

W części drugiej Nora Roberts przenosi czytelnika do Nowego Jorku w roku 2059 i oddaje sprawę w ręce porucznik Eve Dallas. Skarb, którego szukali Laine i Max, nigdy nie został odnaleziony w całości. Teraz ktoś ponownie rusza tropem zaginionych klejnotów – ktoś, kto jest gotów zabijać, by je zdobyć. Błyskotliwa i nieustępliwa Eve doskonale zna mroczne zakamarki świata przyszłości, gdzie przestępczość spotyka się z najnowocześniejszą technologią. Tym razem zrobi wszystko, by raz na zawsze odnaleźć diamenty i zakończyć pasmo śmierci oraz niebezpieczeństw, które towarzyszą im od dekad…

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68921-36-6
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

1

Razem z głu­chym pomru­kiem grzmotu zawi­tał do sklepu nie­wy­soki męż­czy­zna. Spoj­rzał prze­pra­sza­jąco, jakby hałas powstał z jego winy, a nie za sprawą natury, wetknął pod ramię jakąś paczuszkę i zyskaw­szy w ten spo­sób wolną rękę, zamknął pasia­sty, czarno-biały para­sol. Para­sol ten, podob­nie jak jego wła­ści­ciel sto­jący na pro­sto­kąt­nej wycie­raczce, ocie­kał wodą. Obaj wyglą­dali żało­śnie. Po dru­giej stro­nie drzwi zimny wio­senny deszcz wytrwale bęb­nił w chod­nik, a przy­bysz stał, tam gdzie się zatrzy­mał, jakby nie miał pew­no­ści, czy jest mile widziany.

Laine obró­ciła ku niemu głowę, powi­tała go lek­kim ski­nie­niem i zdaw­ko­wym uśmie­chem. Taki wyraz twa­rzy jej przy­ja­ciele nazy­wali miną uprzej­mej sprze­daw­czyni.

Do dia­bła, w końcu prze­cież była uprzejmą sprze­daw­czy­nią, a na doda­tek los wysta­wił ją na ciężką próbę!

Gdyby prze­wi­działa, że deszcz zwabi klien­tów, a nie, jak sądziła, zatrzyma ludzi w domu, nie dałaby Jenny wol­nego. Z dru­giej strony jed­nak, nie miała nic prze­ciwko pracy w skle­pie. Bo i po co otwie­ra­łaby inte­res w jakiejś dziu­rze zabi­tej dechami, gdyby nie była pewna, że z przy­jem­no­ścią poświęci mu co naj­mniej tyle samo czasu, uwagi i serca, co poga­dusz­kom, słu­cha­niu plo­te­czek oraz roz­strzy­ga­niu przy­ja­ciel­skich spo­rów?

I bar­dzo dobrze, pomy­ślała Laine, wszystko w porządku.

Tyle tylko, że gdyby Jenny została w pracy, zamiast sie­dzieć w domu, malo­wać paznok­cie u nóg i gapić się na opery mydlane, to wła­śnie Jenny, a nie ona, zaj­mo­wa­łaby się teraz bliź­niacz­kami.

Darla Price Davis i Carla Price Gohen. Obie miały włosy ufar­bo­wane na ten sam kolor popie­la­tego blondu, ubrane były w iden­tyczne gład­kie nie­bie­skie płasz­cze prze­ciw­desz­czowe, w dło­niach trzy­mały torebki od kom­pletu. Zazwy­czaj wza­jem­nie koń­czyły po sobie zda­nia, a na doda­tek poro­zu­mie­wały się za pomocą spe­cy­ficz­nego kodu, zło­żo­nego z czę­stego uno­sze­nia brwi, wydy­ma­nia warg, wzru­sza­nia ramio­nami oraz kiwa­nia głową.

Zacho­wa­nie takie, cza­ru­jące u ośmio­la­tek, u kobiet czter­dzie­sto­ośmio­let­nich było trudne do znie­sie­nia.

Laine miała jed­nak na wzglę­dzie fakt, że bliź­niaczki ni­gdy nie wycho­dziły z jej skle­piku, opa­trzo­nego dum­nym szyl­dem: Skarby Prze­szło­ści, z pustymi rękami. Ow­szem, nie­kiedy mijały całe godziny, zanim coś wybrały, ale zawsze doko­ny­wały jakie­goś zakupu. A mało co pod­no­siło Laine na duchu tak sku­tecz­nie, jak dźwięk brzę­czyka przy kasie.

Dzi­siaj sio­stry szu­kały zarę­czy­no­wego pre­zentu dla kuzynki. Nie powstrzy­mały ich ani ulewa, ani grzmiące pio­runy, nie przej­mo­wały się także lekko wystra­szoną parą mło­dych ludzi, któ­rzy ponoć zaj­rzeli do Angel’s Gap w dro­dze do Waszyng­tonu. Ani tym czło­wiecz­kiem z pasia­stym para­so­lem, zda­niem Laine jakby tro­chę nie­spo­koj­nym i wystra­szo­nym.

Obda­rzyła klienta nieco cie­plej­szym uśmie­chem.

– Jedną chwi­leczkę – obie­cała i ponow­nie zwró­ciła się do bliź­nia­czek.

– Rozej­rzyj­cie się jesz­cze – zapro­po­no­wała. – Zasta­nów­cie się spo­koj­nie. Ja tylko…

Carla chwy­ciła ją za nad­gar­stek i Laine zyskała abso­lutną pew­ność, że ni­gdzie nie uciek­nie.

– Musimy się na coś zde­cy­do­wać. Car­rie jest mniej wię­cej w twoim wieku, kocha­nie. Co ty chcia­ła­byś dostać na pre­zent zarę­czy­nowy?

Laine nie musiała zatrud­niać tłu­ma­cza, by zro­zu­mieć ten mało sub­telny przy­tyk. W końcu rze­czy­wi­ście miała dwa­dzie­ścia osiem lat – i nie była mężatką. Nie była nawet zarę­czona. Na domiar złego wła­ści­wie nie miała chło­paka. Według bliź­nia­czek Price to srogi wystę­pek prze­ciwko natu­rze.

– Posłu­chaj – pod­jęła Carla piskli­wym gło­sem – nasza Car­rie poznała Paula zeszłej jesieni na kola­cji, przy spa­ghetti. Powin­naś czę­ściej bywać mię­dzy ludźmi, Laine.

– To prawda – przy­znała Laine z uśmie­chem.

Oczy­wi­ście gdy­bym chciała się zarę­czyć z łysie­ją­cym, roz­wie­dzio­nym urzęd­ni­czyną, wiecz­nie cho­rym na zatoki.

– Car­rie tak czy ina­czej będzie zachwy­cona waszym wybo­rem – zapew­niła klientki. – Wydaje mi się, że od cio­tek mogłaby dostać coś bar­dziej oso­bi­stego niż świecz­niki. Są rze­czy­wi­ście śliczne, ale popa­trz­cie, na przy­kład ten kom­ple­cik toa­le­towy jest taki kobiecy… – Wzięła do ręki szczotkę do wło­sów inkru­sto­waną sre­brem. – Widzę w wyobraźni, jak panna młoda cze­sze włosy w noc poślubną…

– Coś bar­dziej oso­bi­stego – zaczęła Darla. – Bar­dziej…

– …dziew­czę­cego. Tak! Mogły­by­śmy wziąć świecz­niki na…

– …pre­zent ślubny. Ale obej­rzyjmy jesz­cze biżu­te­rię. Masz, kochana, coś z per­łami? Coś…

– …sta­rego, mia­łaby od razu na cere­mo­nię ślubną. Odłóż na bok te świecz­niki i kom­plet toa­le­towy też, kocha­nie. Zer­k­niemy na biżu­te­rię i jesz­cze się zasta­no­wimy.

Roz­mowa przy­po­mi­nała mecz ping-ponga. Jak piłeczka po ser­wie, odbi­jana raz z jed­nej strony, raz z dru­giej, tak tutaj słowa szy­bo­wały z jed­nych do dru­gich iden­tycz­nych ust uma­lo­wa­nych taką samą kora­lową szminką. Laine z nie­kła­maną dumą pogra­tu­lo­wała sobie refleksu oraz kon­cen­tra­cji, dzięki któ­rym uda­wało jej się stale dotrzy­my­wać bliź­niacz­kom kroku i wie­dzieć, która co powie­działa.

– Świetny pomysł. – Ujęła w dło­nie wspa­niałe drez­deń­skie świecz­niki. Nikt nie mógł zarzu­cić sio­strom braku gustu ani skąp­stwa.

Gdy ruszyła do lady, drogę zastą­pił jej ten nie­wy­soki męż­czy­zna.

Był jej wzro­stu, więc spoj­rzała mu pro­sto w oczy – bla­do­nie­bie­skie, jakby spło­wiałe, o zaczer­wie­nio­nych biał­kach. Kto wie, może z powodu braku snu, przez alko­hol albo uczu­le­nie? Posta­wiła na brak snu, bo pod oczami klienta ryso­wały się ciemne worki, wyraźny sygnał zmę­cze­nia. Włosy miał jak siwy mop, osza­lały na desz­czu. Ubrany był w ele­gancki płaszcz Bur­berry, ale trzy­mał w dłoni para­sol za trzy dolary. Golił się naj­wy­raź­niej w pośpie­chu, bo wzdłuż szczęki pozo­stał ciemny pasek szorst­kiego zaro­stu.

– Laine…

Wypo­wie­dział jej imię z dziw­nym naci­skiem, zupeł­nie jakby byli w zaży­łych sto­sun­kach.

Uśmiech na twa­rzy Laine Tavish ustą­pił miej­sca kon­ster­na­cji.

– Prze­pra­szam, czy my się znamy?

– Nie pamię­tasz mnie… – Wyda­wało się, że oklapł jak balon, z któ­rego uszło całe powie­trze. – Dawno się nie widzie­li­śmy, ale myśla­łem…

– Pro­szę pani! – zawo­łała kobieta jadąca do Waszyng­tonu. – Dostar­czają pań­stwo kupione rze­czy pod wska­zany adres?

– Tak, oczy­wi­ście – zapew­niła Laine. Bliź­niaczki, pochy­lone nad kol­czy­kami oraz broszką, pro­wa­dziły jedną ze swo­ich ste­no­gra­ficz­nych debat, nato­miast podró­żu­jąca do Waszyng­tonu para naj­wy­raź­niej doj­rzała do tego, by coś kupić. A nie­po­zorny męż­czy­zna przy­glą­dał się Laine z nadzieją i jakoś dziw­nie ufnie, aż cier­pła jej od tego skóra.

– Bar­dzo prze­pra­szam, aku­rat więk­szy ruch dzi­siaj… – Zro­biła krok, odsta­wiła świecz­niki na ladę. Ufność i zaży­łość nie była prze­cież niczym dziw­nym w małych mia­stecz­kach. Ten męż­czy­zna pew­nie był tu już kie­dyś, tyle tylko, że ona go nie zapa­mię­tała. – Czy szuka pan cze­goś kon­kret­nego, czy chce się pan rozej­rzeć?

– Potrze­buję two­jej pomocy. Zostało nie­wiele czasu. – Wycią­gnął wizy­tówkę, wetknął Laine w dłoń pro­sto­kątny kar­to­nik. – Zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła.

– Pro­szę pana… – Zer­k­nęła na nazwi­sko. – Panie Peter­son, naprawdę nie rozu­miem, o co cho­dzi. Czy pan chce coś sprze­dać?

– Nie, skądże! – W jego śmie­chu roz­brzmiały nutki histe­rii, aż Laine ucie­szyła się, że nie jest z nim w skle­pie sama. – Teraz już nie. Wszystko wyja­śnię, tylko nie w tej chwili. – Rozej­rzał się po skle­pie. – I nie tutaj. Nie powi­nie­nem był tu przy­cho­dzić. Zadzwoń. – Chwy­cił ją za rękę tak gwał­tow­nie, że Laine musiała powstrzy­mać nagły odruch, by ją wyrwać z uści­sku. – Obie­caj.

Pach­niał desz­czem, mydłem i… wodą toa­le­tową Brut. Ten zapach budził jakieś odle­głe wspo­mnie­nie.

Męż­czy­zna moc­niej zaci­snął palce.

– Obie­caj – powtó­rzył ochry­płym szep­tem, a ona wciąż widziała w nim tylko nie­zwy­kłego klienta w mokrym płasz­czu.

– Zadzwo­nię. Obie­cuję.

Obser­wo­wała go, gdy ruszył w stronę drzwi i na progu otwo­rzył tani para­sol. Ode­tchnęła z ulgą, kiedy wyszedł na deszcz. Był sta­now­czo dzi­waczny.

Raz jesz­cze spoj­rzała na wizy­tówkę.

Wydru­ko­wano na niej imię i nazwi­sko: Jasper R. Peter­son, a numer tele­fonu dopi­sano ręcz­nie i dwu­krot­nie pod­kre­ślono.

Wetknęła kar­to­nik do kie­szeni i skie­ro­wała się w stronę mał­żeń­stwa, które naj­wy­raź­niej potrze­bo­wało przy­ja­ciel­skiej rady. I w tej wła­śnie chwili z ulicy dobiegł pisk hamul­ców, a sekundę póź­niej zabrzmiały prze­ra­żone okrzyki. Laine obró­ciła się gwał­tow­nie. Usły­szała straszny dźwięk, głu­che stuk­nię­cie, któ­rego nie miała zapo­mnieć do końca życia. Sekundę póź­niej dzi­waczny męż­czy­zna w ele­ganc­kim płasz­czu odbił się od witryny jej sklepu.

Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyła drzwi i sko­czyła w strugi desz­czu. Na chod­niku stu­kały kroki, gdzieś nie­da­leko roz­legł się roz­dzie­ra­jący zgrzyt metalu trą­cego o metal, i zaraz potem brzęk tłu­czo­nej szyby.

– Pro­szę pana! – Laine chwy­ciła nie­zna­jo­mego za rękę, pochy­liła się nad nim, osła­nia­jąc sobą zakrwa­wione ciało przed desz­czem, choć nie­wiele to dawało. – Niech pan się nie rusza. – Odwró­ciła się do gapiów. – Wezwij­cie karetkę! – krzyk­nęła. Pośpiesz­nie ścią­gnęła żakiet i przy­kryła ran­nego.

– Widzia­łem go. Widzia­łem. Laine, nie powi­nie­nem był tu przy­cho­dzić.

– Pomoc jest już w dro­dze.

– Zosta­wi­łem ci wszystko. Bo on chciał, żebym ci to dał.

– Rozu­miem. – Odgar­nęła z oczu włosy ocie­ka­jące wodą i wzięła pod­su­niętą przez kogoś para­solkę. Osło­niła leżą­cego, a gdy lekko pocią­gnął ją za rękę, pochy­liła się niżej.

– Bądź ostrożna. Wybacz mi, dzie­cino. Bądź bar­dzo ostrożna.

– Dobrze. Będę ostrożna. Niech pan postara się uspo­koić, musi pan wziąć się w garść. Zaraz będzie pogo­to­wie.

– Ty nic nie pamię­tasz… – Krew cien­kim stru­mycz­kiem wypły­nęła mu z ust. – Moja maleńka Lainie. – Z tru­dem zaczerp­nął tchu i natych­miast zakrztu­sił się krwią. Z dali dobie­gło wycie karetki, a męż­czy­zna zaczął nucić nie­pew­nym gło­sem.

– „Pakuj wszyst­kie tro­ski i kło­poty – roz­le­gły się chra­pliwe słowa – żegnaj, drogi kosie”.

Patrzyła na jego pora­nioną twarz i robiło jej się coraz zim­niej. Wró­ciły do niej wspo­mnie­nia, dawno temu zepchnięte w nie­pa­mięć.

– Wujek Willy? O, Boże…

– Lubi­łem kie­dyś tę pio­senkę… Zawa­li­łem sprawę. – Bra­ko­wało mu tchu. – Wybacz mi. Myśla­łem, że jest bez­piecz­nie. Nie wolno mi było tu przyjść.

– Nie rozu­miem. – Coś dła­wiło ją w gar­dle, po policz­kach pły­nęły łzy. Umie­rał. Umie­rał, ponie­waż go nie roz­po­znała, bo wyrzu­ciła go na deszcz. – Prze­pra­szam. Tak mi przy­kro.

– Teraz on wie, gdzie jesteś. – Oczy zaczęły mu ucie­kać pod powieki. – Ukryj psiaka.

– Co? – Pochy­liła się niżej, pra­wie doty­ka­jąc go war­gami. – Nie sły­szę! – Ale ręka, którą ści­skała w dłoni, nagle stała się prze­ra­ża­jąco bez­władna.

Któ­ryś z sani­ta­riu­szy odsu­nął ją na bok. Obi­jały się o nią krót­kie zda­nia pełne tre­ści, medyczny żar­gon znany z tele­wi­zyj­nych seriali. W zasa­dzie mogłaby cyto­wać nie­które zwroty. Tyle że tym razem wszystko działo się w rze­czy­wi­sto­ści. Krew roz­my­wana desz­czem była praw­dziwa.

Jakaś kobieta o piskli­wym gło­sie powta­rzała w kółko to samo, szlo­cha­jąc:

– Wybiegł mi pod koła. Nie zdą­ży­łam zaha­mo­wać. Wybiegł mi pod koła. Wyzdro­wieje, prawda? Wyj­dzie z tego. Wyzdro­wieje, prawda?

Nie, chciała powie­dzieć Laine. Nie wyzdro­wieje.

– Chodź, kocha­nie. – Darla objęła ją za ramiona i popro­wa­dziła w stronę sklepu. – Prze­mo­kłaś do nitki. Nic już tutaj nie pomo­żesz.

– Powin­nam była coś zro­bić. – Wpa­try­wała się w poła­many pasia­sty para­sol, ubło­cony i popla­miony krwią.

Powinna była usa­dzić przy­by­sza przy kominku. Dać mu coś cie­płego do picia i pozwo­lić się ogrzać. Gdyby tak zro­biła, na­dal by żył. Opo­wia­dałby jej naj­prze­róż­niej­sze aneg­dotki i nie­mą­dre dow­cipy.

Nie­stety, nie poznała go, dla­tego teraz umie­rał.

Nie mogła wejść do cie­płego, suchego wnę­trza. Nie mogła zosta­wić tego męż­czy­zny samego wśród obcych. Ale też nie mogła nic już dla niego zro­bić. Mogła tylko bez­rad­nie patrzeć, jak leka­rze wal­czą o jego życie, jak tracą czło­wieka, który przed laty śmiał się z jej spa­lo­nych dow­ci­pów i śpie­wał jej głu­pawe rymo­wanki. Umarł przed drzwiami jej sklepu, w któ­rego stwo­rze­nie wło­żyła wiele wysiłku, i obu­dził wszyst­kie wspo­mnie­nia, przed któ­rymi tak długo ucie­kała.

*

Była kobietą inte­resu, uzna­nym człon­kiem miej­sco­wej spo­łecz­no­ści – i oszustką. Na zaple­czu sklepu nalała dwie fili­żanki kawy, wie­dząc, że będzie musiała okła­mać czło­wieka, któ­rego uwa­żała za przy­ja­ciela. I wyprzeć się zna­jo­mo­ści z dru­gim, któ­rego kie­dyś kochała.

Ze wszyst­kich sił sta­rała się uspo­koić. Przy­gła­dziła dłońmi wil­gotne pasma jasno­ru­dych wło­sów, nor­mal­nie zwią­za­nych w się­ga­jący ramion koń­ski ogon. Była blada, deszcz spłu­kał jej z twa­rzy maki­jaż, zawsze tak sta­ran­nie nakła­dany, więc piegi na wąskim nosie oraz policz­kach wystą­piły tym wyraź­niej. Oczy miała jasno­nie­bie­skie, spoj­rze­nie szkli­ste, zamglone smut­kiem. Usta, odro­binę za duże w tej szczu­płej twa­rzy, lekko drżały.

Na ścia­nie wisiało lustro opra­wione w ramę z pozła­ca­nego drewna. Laine uważ­nie przyj­rzała się swo­jemu odbi­ciu. I zoba­czyła całą prawdę. Cóż, zrobi co trzeba, żeby prze­trwać. Willy na pewno by to zro­zu­miał.

Naj­pierw obo­wiązki, pomy­ślała, a potem się zoba­czy, co dalej.

Ode­tchnęła głę­biej, wzdry­gnęła się mimo­wol­nie, wresz­cie się­gnęła po kawę. Gdy wcho­dziła do sklepu, dło­nie już jej pra­wie wcale nie drżały. Ukła­dała w myślach fał­szywe zezna­nie dla sze­ryfa Angel’s Gap.

– Wybacz, że tak długo to trwało – ode­zwała się, pod­cho­dząc do klin­kie­ro­wego kominka, przy któ­rym stał Vince Bur­ger.

Sze­ryf miał posturę niedź­wie­dzia i jasno­blond włosy tak sztywne, że nie­omal stały pio­nowo, jakby zdu­mione, że zna­la­zły się nad taką wyra­zi­stą, przy­stojną twa­rzą. Oczy w kolo­rze roz­my­tego błę­kitu, oto­czone wachla­rzy­kiem zmarsz­czek od śmie­chu, błysz­czały współ­czu­ciem.

Był mężem Jenny, a dla Laine stał się bli­ski jak rodzony brat. Teraz jed­nak musiała pamię­tać, że roz­ma­wia z nią gli­niarz, a gra toczy się o wszystko, na co tak długo i tak ciężko pra­co­wała.

– Laine, może byś usia­dła? Sporo prze­szłaś…

– Czuję się ogłu­szona. – To aku­rat była prawda. Nie musiała kła­mać w każ­dym sło­wie. Mimo wszystko nie usia­dła. Z kub­kiem kawy w ręku prze­szła kilka kro­ków, sta­nęła przy wysta­wie i zapa­trzyła się w deszcz, żeby nie mieć przed sobą tych oczu peł­nych smutku i zro­zu­mie­nia. – Doce­niam, że przy­je­cha­łeś tutaj spi­sać moje zezna­nie. Wiem, że jesteś bar­dzo zajęty.

– Tak sobie pomy­śla­łem, że nie będę cię cią­gał na komendę.

Lepiej okła­my­wać przy­ja­ciela niż obcego, pomy­ślała z gory­czą.

– Nie wiem, co wła­ści­wie mam ci powie­dzieć. Nie widzia­łam wypadku. Tylko usły­sza­łam… pisk hamul­ców, krzyki, okropny huk, a potem zoba­czy­łam… – Nie, nie zamknie oczu. Gdyby je zamknęła, zoba­czy­łaby to raz jesz­cze. – Zoba­czy­łam, jak ude­rzył w szybę, jakby go ktoś na nią rzu­cił. Wybie­głam i zosta­łam z nim do przy­jazdu karetki. Szybko przy­je­chali. Wyda­wało mi się, że cze­kamy całe godziny, ale tak naprawdę minęło tylko kilka minut.

– Przed wypad­kiem był w skle­pie.

Teraz zamknęła oczy. I przy­go­to­wała się do zro­bie­nia tego, co musiała zro­bić, żeby ochro­nić sie­bie.

– Tak. Dziś rano wbrew moim ocze­ki­wa­niom zja­wiło się kilku klien­tów, nie powin­nam była zwal­niać Jenny. Przy­szły bliź­niaczki i jakieś mał­żeń­stwo, które zatrzy­mało się u nas w dro­dze do Waszyng­tonu. Kiedy wszedł ten męż­czy­zna, byłam zajęta, więc jakiś czas roz­glą­dał się po skle­pie.

– Ta kobieta spoza mia­sta odnio­sła wra­że­nie, że się zna­cie.

– Naprawdę? – Odwró­ciła się do niego ze zdu­mie­niem na twa­rzy, odda­nym per­fek­cyj­nie, jak przez zdol­nego arty­stę na dobrym por­tre­cie. Zro­biła kilka kro­ków, usia­dła w jed­nym z dwóch foteli usta­wio­nych przed komin­kiem. – Nie wiem dla­czego.

– Takie odnio­sła wra­że­nie. – Vince zbył sprawę wzru­sze­niem ramion. Usiadł powoli i ostroż­nie, pamię­ta­jąc o swo­ich potęż­nych roz­mia­rach. – Powie­działa, że wziął cię za rękę.

– Poda­li­śmy sobie ręce – spro­sto­wała Laine. – I dał mi wizy­tówkę. – Wyj­mu­jąc kar­to­nik z kie­szeni, zmu­siła się, by całą uwagę sku­pić na twa­rzy Vince’a. Pło­mie­nie strze­lały w kominku, dając miłe cie­pło, lecz ona poczuła chłód. A nawet zimno. – Powie­dział, że chciałby ze mną poroz­ma­wiać, kiedy będę mniej zajęta. Wspo­mniał o czymś inte­re­su­ją­cym do kupie­nia – wyja­śniła. – Spo­ty­kam się z tym pra­wie na co dzień – dorzu­ciła, poda­jąc Vince’owi wizy­tówkę. – Wła­śnie dzięki temu utrzy­muję się w branży.

– Wszystko jasne. – Wsu­nął kar­to­nik do kie­szeni na piersi. – Czy dostrze­głaś w tym czło­wieku coś cha­rak­te­ry­stycz­nego?

– Ude­rzyło mnie tylko to, że ubrany był w piękny płaszcz, a w ręku trzy­mał kom­plet­nie bez­sen­sowny tan­detny para­sol. No i nie wyglą­dał mi na takiego, który lubi spa­cery po nie­wiel­kich mia­stecz­kach. Wyglą­dał na miesz­kańca dużej metro­po­lii.

– Tak jak i ty, jesz­cze parę lat temu. Wła­ści­wie… – zmru­żył oczy, lekko pogła­dził ją po policzku – jesz­cze ci to nie prze­szło.

Uśmiech­nęła się, bo tego wła­śnie ocze­ki­wał.

– Vince – ode­zwała się już poważ­nym tonem. – Przy­kro mi, że nie potra­fię ci pomóc. To było straszne.

– Na razie mamy cztery różne zezna­nia świad­ków. Wszy­scy widzieli czło­wieka, który wybiegł na ulicę, pro­sto pod koła samo­chodu, jakby prze­stra­szony. Czy twoim zda­niem on się cze­goś bał?

– Nie zwra­ca­łam na niego aż takiej uwagi. Widzisz, Vince, wła­ści­wie w pew­nym sen­sie go wypro­si­łam, kiedy zda­łam sobie sprawę, że nie zamie­rza nic kupo­wać. Mia­łam w skle­pie klien­tów. – Pokrę­ciła głową, głos jej się zała­mał. – Zacho­wa­łam się gru­bo­skór­nie…

Sze­ryf pocie­sza­jąco pokle­pał ją po dłoni, a Laine poczuła się jesz­cze pod­lej.

– Nie wie­dzia­łaś prze­cież, co się sta­nie. Po wypadku byłaś przy nim pierw­sza.

– Leżał tuż za drzwiami. – Musiała pocią­gnąć duży łyk kawy, zmyć nutę smutku. – Pra­wie na progu.

– Mówił coś do cie­bie.

– Tak. – Znowu się­gnęła po kawę. – Ale to nie miało żad­nego sensu. Kilka razy prze­pra­szał… Chyba nie wie­dział, do kogo mówi ani co się stało. Przy­pusz­czam, że bre­dził. Zaraz potem przy­je­chała karetka i… i wtedy umarł. Co teraz? Zna­czy, cho­dzi mi o to, że ten męż­czy­zna jest tutaj obcy. Na wizy­tówce napi­sał numer z Nowego Jorku. Zasta­na­wiam się, czy był tu tylko prze­jaz­dem? Dokąd jechał, skąd pocho­dził…

– Będziemy szu­kali odpo­wie­dzi na te pyta­nia, musimy zawia­do­mić jego rodzinę. – Vince wsta­jąc poło­żył Laine rękę na ramie­niu. – Nie będę ci radził, żebyś się sta­rała o tym nie myśleć. Na razie i tak nie dasz rady. Ale powiem, że zro­bi­łaś wszystko, co w ludz­kiej mocy. Nikt nie zro­biłby dla niego wię­cej.

– Dzięki. Na dzi­siaj już koniec. Zamy­kam i wra­cam do domu.

– Dobry pomysł. Pod­wieźć cię?

– Nie, dzię­kuję. – W rów­nej mie­rze sym­pa­tia jak i poczu­cie winy kazały jej wspiąć się na palce i cmok­nąć powoli i ostroż­nie Vince’a Bur­gera w poli­czek. – Powiedz Jenny, że jutro na nią cze­kam.

*

Nazy­wał się Willy Young, w każ­dym razie pod takim nazwi­skiem go znała.

Przy­pusz­czal­nie Wil­liam, pomy­ślała Laine, pro­wa­dząc samo­chód nie­równą żwi­rową alejką. Nie był jej praw­dzi­wym wuj­kiem, o ile wie­działa, raczej pia­sto­wał tę god­ność z nada­nia. I zawsze miał w kie­szeni cukierki z likwo­rem dla zna­jo­mej małej dziew­czynki.

Nie widziała go od dwu­dzie­stu lat. Wtedy był sza­ty­nem i miał okrą­glej­szą twarz. I zawsze cho­dził żwa­wym kro­kiem.

Nic dziw­nego, że nie roz­po­znała go w tym przy­gar­bio­nym, nie­spo­koj­nym czło­wieczku, który nie­śmiało wsu­nął się do sklepu.

Jak ją zna­lazł? Dla­czego jej szu­kał?

Ponie­waż był naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem jej ojca, zapewne podob­nie jak on parał się zło­dziej­stwem i oszu­stwem. Nie takich zna­jo­mo­ści potrze­bo­wała sza­no­wana kobieta inte­resu.

Tylko dla­czego, u licha, czuła się winna i przy­gnę­biona?

Wci­snęła hamu­lec, a gdy samo­chód sta­nął, dłuż­szą chwilę sie­działa, słu­cha­jąc mono­ton­nego rytmu wycie­ra­czek i przy­glą­da­jąc się swo­jemu ślicz­nemu domowi na wznie­sie­niu.

Uwiel­biała to miej­sce. Jej wła­sne. Praw­dziwy dom. Pię­trowy budy­nek był, szcze­rze mówiąc, za duży dla samot­nej kobiety, ale uwiel­biała po nim błą­dzić. Każda minuta spę­dzona na sta­ran­nym urzą­dza­niu wnętrz była praw­dziwą roz­ko­szą. Wszystko musiało być dokład­nie tak, jak sobie życzyła. Ona – i tylko ona.

Zbyt dobrze wie­działa, jakie to uczu­cie: pako­wać się w eks­pre­so­wym tem­pie, przy dźwię­kach pio­se­neczki _Żegnaj, kosie_ i brać nogi za pas. Nie zamie­rzała tego robić już ni­gdy w życiu.

Uwiel­biała krzą­tać się po podwórku, pra­co­wać w ogro­dzie, przy­ci­nać krzewy, pod­le­wać traw­nik, wyry­wać chwa­sty. Naj­zwy­klej­sze czyn­no­ści na świe­cie. Pro­ste, zwy­kłe zaję­cia, w sam raz dla kogoś, kto w ciągu pierw­szej połowy życia nie­wiele zaznał nor­mal­no­ści.

Miała prawo być teraz sobą. Być Laine Tavish i korzy­stać ze wszyst­kiego, co się z tym łączyło. Miała swój skle­pik, miesz­kała w siel­skim mia­steczku, we wła­snym domu, zna­la­zła wokół przy­ja­ciół… miała swoje życie. I miała prawo korzy­stać z wize­runku, jaki sama sobie stwo­rzyła.

Wil­lowi nic by nie pomo­gło, gdyby powie­działa sze­ry­fowi prawdę. Nic by to nie zmie­niło, a dla niej rów­na­łoby się trzę­sie­niu ziemi. Vince dowie­działby się, że męż­czy­zna leżący w miej­skiej kost­nicy nie był żad­nym Jaspe­rem R. Peter­so­nem, ale Wil­lia­mem Youn­giem z mnó­stwem pseu­do­ni­mów. Zna­la­złby też wpisy w kar­to­tece, ponie­waż Willy zro­bił z jej ojcem nie­je­den skok. Byli jak bra­cia.

Ziry­to­wana wysko­czyła z samo­chodu, żwa­wym kro­kiem pode­szła do drzwi domu i sta­now­czym gestem wycią­gnęła klu­cze.

Wystar­czyło, że weszła do środka, a natych­miast się uspo­ko­iła. Oto­czyła ją przy­ja­zna atmos­fera. Bal­sa­miczna cisza, zapach olejku cytry­no­wego, który wła­sno­ręcz­nie wcie­rała w każdy kawa­łek drewna, sub­telna sło­dycz wio­sen­nych kwia­tów przy­nie­sio­nych z wła­snego ogródka… Od razu lepiej, spo­koj­niej, praw­dziwe uko­je­nie dla napię­tych ner­wów.

Odło­żyła klu­cze na gli­niany rusty­kalny talerz usta­wiony na sto­liku w przed­po­koju, wyjęła z torebki tele­fon komór­kowy i od razu pod­łą­czyła do łado­warki. Zsu­nęła z nóg pan­to­fle, zdjęła żakiet i powie­siła go na słupku od porę­czy. Torebkę posta­wiła na naj­niż­szym stop­niu.

Jak zwy­kle poszła od razu do kuchni. Nor­mal­nie nasta­wi­łaby w czaj­niku wodę na her­batę i cze­ka­jąc, aż się zago­tuje, przej­rza­łaby pocztę, zabraną ze skrzynki u wylotu alejki.

Dziś jed­nak nalała sobie duży kie­li­szek wina.

Sta­nęła przy zle­wie, zapa­trzona w ogró­dek na tyłach domu.

Kie­dyś już miesz­kała w domu z ogród­kiem… nawet wię­cej niż raz… kie­dyś, jako dziecko. Pamię­tała jeden taki ogró­dek… gdzie on był, w Nebra­sce? W Iowa?

Co za róż­nica, pomy­ślała i wypiła długi łyk.

Lubiła tam­ten ogró­dek, bo na środku rosło wiel­kie drzewo. Powie­sił na nim starą oponę na gru­bych linach.

I huś­tał ją tak wysoko, aż chwi­lami zda­wało jej się, że fruwa.

Jak długo tam miesz­kali – nie pamię­tała. Samego domu w ogóle nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć. Więk­sza część dzie­ciń­stwa zacho­wała się we wspo­mnie­niach Laine jako pasmo nie­wy­raź­nych, coraz to innych miejsc i twa­rzy: cią­głe podróże samo­cho­dem, szyb­kie pako­wa­nie skrom­nego bagażu. A w tym wszyst­kim on, ojciec, o dono­śnym, dźwięcz­nym gło­sie i wiel­kich dło­niach, z szel­mow­skim uśmie­chem, któ­remu trudno się oprzeć, sypiący bez­tro­sko obiet­ni­cami bez pokry­cia.

Pierw­szych dzie­sięć lat życia kochała go całym ser­cem, a przez wszyst­kie następne robiła co w ludz­kiej mocy, by zapo­mnieć o jego ist­nie­niu.

Jeśli nawet znowu miał kło­poty, to nie jej sprawa.

Nie była już malutką Lainie, uko­chaną córeczką Jacka O’Hary. Teraz była Laine Tavish, powa­żaną oby­wa­telką Angel’s Gap.

Zer­k­nęła na butelkę wina, wzru­szyła ramio­nami i nalała sobie drugi kie­li­szek. Była w końcu doro­sła, miała prawo ubz­dryn­go­lić się we wła­snej kuchni, zwłasz­cza w dniu, kiedy przy­bysz z nie­chlub­nej prze­szło­ści wyzio­nął ducha u jej stóp.

Z kie­lisz­kiem w ręku pode­szła do drzwi przed­po­koju, skąd dobie­gało pełne tęsk­noty popi­ski­wa­nie.

Wpadł do środka jak kula armat­nia – wło­chata, ozdo­biona mięk­kimi zwi­sa­ją­cymi uszami. Łapami wsparł się jej na pier­siach, szturch­nął ją w twarz dłu­gim pyskiem i zaczął ener­gicz­nie lizać po policz­kach, pełen wylew­nej, bez­wa­run­ko­wej miło­ści.

– Dobrze już, dobrze, ja też się cie­szę, że cię widzę.

Obo­jętne, w jakim nastroju wra­cała do domu, po powi­ta­niu Henry’ego, nie­sa­mo­wi­tego kun­dla z prze­wagą krwi psa goń­czego, zawsze odzy­ski­wała humor.

Oca­liła mu życie. W każ­dym razie tak to wła­śnie postrze­gała. Dwa lata temu wybrała się do schro­ni­ska z zamia­rem wybra­nia sym­pa­tycz­nego szcze­niaka. Zawsze chciała mieć przy sobie jakąś psią sło­dycz, roz­bra­ja­jące ślicz­no­ści, które wychowa od małego.

Tym­cza­sem natknęła się na niego – wiel­kiego, nie­zgrab­nego, nie­praw­do­po­dob­nie pospo­li­tego psa z zie­mi­stą sier­ścią. Skrzy­żo­wa­nie niedź­wie­dzia z mrów­ko­ja­dem.

I zako­chała się w nim od pierw­szego wej­rze­nia, gdy przez drzwiczki boksu spoj­rzała mu w oczy.

Każdy zasłu­guje na drugą życiową szansę, pomy­ślała, i zabrała Henry’ego do domu.

Ni­gdy nie dał jej powodu, by żało­wała tego impul­syw­nego gestu. Kochał ją miło­ścią abso­lutną, tak wielką, że nawet kiedy sypała do jego miski karmę, nie odry­wał od swo­jej pani wzroku peł­nego uwiel­bie­nia.

– Można jeść, kolego.

Dopiero na pole­ce­nie Henry wsa­dził pysk do miski.

Ona też powinna coś prze­ką­sić, zro­bić choćby mizerny pod­kład pod wino, ale nie miała ochoty na jedze­nie. Jesz­cze odro­bina trunku w krwio­biegu – i będzie mogła prze­stać myśleć, zasta­na­wiać się, nie­po­koić.

Przed­po­kój zosta­wiła otwarty, ale spraw­dziła zamki w zewnętrz­nych drzwiach. Gdyby ktoś bar­dzo się uparł, dostałby się do środka przez wej­ście dla psa, ale wtedy Henry natych­miast wsz­cząłby alarm.

Poszcze­ki­wał za każ­dym razem, gdy alejką pod domem prze­jeż­dżał jakiś samo­chód i choć przy­wi­tałby każ­dego intruza, obli­zu­jąc go z zachwy­tem – oczy­wi­ście wów­czas, kiedy już prze­stałby się go bać – to jed­nak korzyść z jego szcze­ka­nia była bez­dy­sku­syjna: nikt ni­gdy Laine swoją wizytą nie zasko­czył. No i ni­gdy, pod­czas tych czte­rech lat pobytu w Angel’s Gap, nie miała żad­nych nie­pro­szo­nych gości ani w domu, ani w skle­pie.

Aż do dzi­siaj, popra­wiła się w myślach.

W końcu posta­no­wiła jed­nak zamknąć także drzwi do przed­po­koju i wypu­ścić Henry’ego na wie­czorny spa­cer.

Przez chwilę miała ochotę zadzwo­nić do mamy, ale szybko zre­zy­gno­wała z tego pomy­słu. Bo i po co? Mama już od dawna pro­wa­dziła wyma­rzone uczciwe życie z wyma­rzo­nym uczci­wym męż­czy­zną. Zasłu­żyła sobie na ten luk­sus. Nie było sensu nisz­czyć jej tego ide­al­nego świata, mówiąc: „Cześć, wiesz wpa­dłam dzi­siaj na wujka Willy’ego, a potem to samo zro­bił dżip che­ro­kee”.

Z kie­lisz­kiem w ręku poszła na pię­tro. Naszy­kuje sobie coś do prze­gry­zie­nia, weź­mie gorącą kąpiel i wcze­śniej się położy.

Zapo­mni o tym, co się dzi­siaj stało.

„Zosta­wił dla cie­bie”. Tak powie­dział. Pew­nie bre­dził. A poza tym jeśli cokol­wiek zosta­wił, i tak tego nie chciała.

Miała już wszystko, co było jej potrzebne do szczę­ścia.

*

Max Gan­non dostał złe wia­do­mo­ści na temat Willy’ego od recep­cjo­ni­sty w Zajeź­dzie pod Czer­wo­nym Dachem, dokąd spro­wa­dził go świeży trop tego drob­nego cwa­niaczka. Lokalne wła­dze dotarły do motelu wcze­śniej, lecz Max mimo wszystko zain­we­sto­wał pierw­szy tego dnia bank­not dwu­dzie­sto­do­la­rowy w infor­ma­cję o nume­rze oraz klucz.

Gli­nia­rze nie zabrali jesz­cze rze­czy denata, a nawet, co było widać gołym nie­uzbro­jo­nym okiem, nie prze­pro­wa­dzili solid­nego prze­szu­ka­nia. Bo i niby po co mie­liby się szcze­gól­nie inte­re­so­wać poko­jem wyna­ję­tym przez ofiarę ulicz­nego wypadku. Dopiero kiedy się dowie­dzą, kim był zabity, wrócą i znacz­nie sta­ran­niej przy­łożą się do roboty.

Nawet nie zdą­żył się roz­pa­ko­wać, zauwa­żył Max.

W jedy­nej walizce – od Louisa Vuit­tona – zostały skar­petki, bie­li­zna oraz sta­ran­nie poskła­dane gar­ni­tu­rowe koszule. Willy nale­żał do porząd­nic­kich i lubił rze­czy fir­mowe. Gar­ni­tur powie­sił w sza­fie. Ele­gancki odcień sza­ro­ści, jed­no­rzę­dowa mary­narka, Hugo Boss. Do tego para czar­nych pół­bu­tów Fer­ra­gamo, usztyw­nio­nych pra­wi­dłami, usta­wio­nych porząd­nie na dnie szafy.

Max prze­szu­kał kie­sze­nie, uważ­nie spraw­dził pod­szewkę. Wyjął z butów pra­wi­dła i wetknął palce aż po czubki.

Prze­szedł do łazienki. Dokład­nie spraw­dził zestaw kosme­ty­ków od Diora. Pod­niósł pokrywę rezer­wu­aru, potem ukuc­nął i poszu­kał za sede­sem, zaj­rzał pod umy­walkę.

W sypialni wysu­nął po kolei wszyst­kie szu­flady, następ­nie prze­trzą­snął samą walizkę oraz jej zawar­tość. Spraw­dził też mate­rac na stan­dar­do­wym dwu­oso­bo­wym łóżku.

Nie minęła godzina, a on wie­dział już z całą pew­no­ścią, że Willy nie zosta­wił nic god­nego uwagi. Gdy wycho­dził, pokój wyglą­dał tak samo dzie­wi­czo jak przed jego wej­ściem.

Zasta­no­wił się, czy by nie zosta­wić recep­cjo­ni­ście jesz­cze jed­nej dwu­dziestki, z prośbą, żeby o jego wizy­cie nie wspo­mi­nał gli­nom, ale doszedł do wnio­sku, że w ten spo­sób tylko skło­niłby tego faceta do nie­po­trzeb­nych domy­słów.

Wsiadł do swo­jego Porsche, włą­czył Spring­ste­ena i poje­chał do miej­skiej kost­nicy upew­nić się, że jego naj­waż­niej­szy trop śledz­twa spo­czywa w lodówce.

Wetknął straż­ni­kowi dwu­dzie­staka i w zamian dostał mil­czącą zgodę na obej­rze­nie ciała. Z doświad­cze­nia wie­dział, że por­tret Andrew Jack­sona toruje drogę szyb­ciej i sku­tecz­niej niż wszel­kie wyja­śnie­nia, doku­menty oraz biu­ro­kra­cja.

– Głu­pek. Cho­lera, Willy, myśla­łem, że jesteś mądrzej­szy.

Patrząc na pora­nioną twarz trupa, wziął długi oddech.

Po kiego dia­bła ucie­ka­łeś? I co cię ścią­gnęło do tej dziury zabi­tej dechami w sta­nie Mary­land?

Co albo może: kto?

Ponie­waż Willy nie zamie­rzał mu nic powie­dzieć, Max wró­cił na drogę pro­wa­dzącą do Angel’s Gap, by tam pod­jąć trop wart miliony dola­rów.

*

Jeśli chcesz posłu­chać mało­mia­stecz­ko­wych plo­tek, musisz pójść tam, gdzie prze­sia­dują miesz­kańcy. Gdzie za dnia zbie­rają się przy kawie i prze­ką­skach, nato­miast wie­czo­rem scho­dzą się na coś moc­niej­szego.

Max, pod­jąw­szy decy­zję, że zosta­nie w Angel’s Gap jesz­cze dzień lub dwa, zamel­do­wał się w Hotelu Stru­dzony Podróż­nik. Naj­pierw zafun­do­wał sobie gorący prysz­nic i zmył z sie­bie pierw­sze dwa­na­ście godzin mija­ją­cego dnia. Naj­wyż­szy czas ruszyć szla­kiem numer dwa.

Zjadł cał­kiem przy­zwo­ity cie­pły posi­łek przy­nie­siony do pokoju, prze­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie w lap­to­pie stronę stwo­rzoną przez Infor­ma­cję Tury­styczną Angel’s Gap. W oknie poświę­co­nym życiu noc­nemu zna­lazł kilka inte­re­su­ją­cych barów, klu­bów i kawiarni. Szu­kał jakie­goś lokal­nego pubu, do któ­rego wpada się na piwo, by zamie­nić parę słów z przy­ja­ciółmi.

Zna­lazł trzy, które mogły odpo­wia­dać jego ocze­ki­wa­niom, zaj­rzał do adre­sów i dokoń­czył jedze­nie nad wydru­kiem mapy.

Sym­pa­tyczne mia­steczko, uznał.

Oto­czone górami. Piękne widoki, mnó­stwo miejsc rekre­acyj­nych, zwłasz­cza dla entu­zja­stów sportu albo miło­śni­ków spę­dza­nia urlopu w przy­cze­pie lub pod namio­tem. Wystar­cza­jąco spo­kojne dla tych, któ­rzy pra­gnęli odpo­cząć od wiel­ko­miej­skiego życia, ale z pełną klasy ofertą kul­tu­ralną, a na doda­tek w roz­sąd­nej odle­gło­ści od kilku więk­szych aglo­me­ra­cji, więc dosko­nałe także dla tych, któ­rzy chcie­liby wysko­czyć w góry tylko na week­end.

Infor­ma­cja tury­styczna zachę­cała do sko­rzy­sta­nia z oferty polo­wa­nia, łowie­nia ryb, gór­skich wycie­czek i innych form spę­dza­nia czasu na świe­żym powie­trzu. Żadna z nich nie wydała się atrak­cyjna miesz­czu­chowi tkwią­cemu w Mak­sie. On, gdyby chciał zoba­czyć niedź­wie­dzia albo jele­nia w natu­ral­nym oto­cze­niu, włą­czyłby kanał Disco­very.

Tak czy ina­czej mia­steczko miało swój nie­za­prze­czalny urok, piękne strome uliczki, stare domy z solid­nej ciem­no­czer­wo­nej cegły… Poto­mac toczył wody sze­roko, dzie­ląc miej­sco­wość na dwie czę­ści, brzegi spi­nały piękne łuki mostów. Wiele kościel­nych iglic strze­lało w niebo, na nie­któ­rych miedź pokryła się miękką zie­le­nią świad­czącą o upły­wie czasu i zmien­nej pogo­dzie. Z daleka dobiegł długi sygnał nad­jeż­dża­ją­cego pociągu, powtó­rzony przez echo.

Na pewno jesie­nią, gdy drzewa stro­iły się w tysiące barw, oko­lica sta­no­wiła praw­dziwą ucztę dla oka. A zimą, gdy wszystko otu­lał biały śnieg, musiało być tu pięk­nie jak na pocz­tówce. Wszystko to jed­nak nie wyja­śniało, dla­czego Willy Young dał się prze­je­chać aku­rat tutaj, na Mar­ket Street.

Max byl zde­cy­do­wany zna­leźć odpo­wiedź na to pyta­nie. Wyłą­czył kom­pu­ter, chwy­cił uko­chaną kurtkę lot­ni­czą i ruszył w kurs po barach.Rozdział 4

4

Nie­kom­plet­nie ubrany, z ocie­ka­ją­cymi wodą wło­sami Max, który wła­śnie wyszedł spod prysz­nica, usły­szał puka­nie do drzwi. Otwo­rzył z jedną tylko myślą w gło­wie: kawa.

Roz­cza­ro­wa­nie to jesz­cze nic. W końcu czło­wiek przy­zwy­czaja się do niego przez całe życie. Ot, choćby naj­śwież­szy przy­kład: minioną noc Max spę­dził sam. Ale że za drzwiami stał gli­niarz – to już zupeł­nie osobna sprawa. Ozna­czało to, że trzeba będzie ruszyć sza­rymi komór­kami w sytu­acji, gdy odmó­wiono mu nie­za­prze­czal­nego prawa do poran­nej dawki kofe­iny.

Obej­rzał sobie miej­sco­wego stróża porządku: wielki, silny i podejrz­liwy. Na próbę uśmiech­nął się do niego przy­jaź­nie, choć nie kry­jąc zasko­cze­nia.

– Dzień dobry. Sądząc po mun­du­rze, nie jest pan z obsługi hote­lo­wej, więc raczej nie dostanę od pana kawy i jajek…

– Jestem tutaj sze­fem poli­cji, panie Gan­non. Nazy­wam się Bur­ger. Mogę panu zająć kilka minut?

– Jasne. – Max cof­nął się i obrzu­cił wzro­kiem pokój. Łóżko było nie­po­ście­lone, zza uchy­lo­nych drzwi łazienki cią­gle jesz­cze wydo­by­wała się para.

Biurko wyglą­dało jak nor­malne biurko w pokoju hote­lo­wym pierw­szego z brzegu biz­nes­mena: lap­top, parę teczek i dys­kie­tek, notes elek­tro­niczny, tele­fon komór­kowy – wszystko jak należy. Max miał zwy­czaj zawsze zamy­kać teczki i usu­wać z zasięgu wzroku inte­re­su­jące papiery.

– Zapra­szam. – Uczy­nił nie­okre­ślony gest w stronę krze­sła. – Niech pan siada. – Pod­szedł do szafy, wyjął z niej koszulę. – Co się stało?

Vince nie usiadł, a twarz miał kamienną, bez śladu uśmie­chu.

– Pan zna Laine Tavish.

– Tak. – W gło­wie Maxa roz­dzwo­niła się cała orkie­stra dzwon­ków alar­mo­wych, na usta pchały się pyta­nia. Mimo to spo­koj­nie wło­żył koszulę. – To wła­ści­cielka Skar­bów Prze­szło­ści. Wczo­raj kupi­łem u niej pre­zent dla matki. – Teraz pozwo­lił sobie na odro­binę zatro­ska­nia w gło­sie. – Są jakieś kło­poty z moją kartą kre­dy­tową?

– Nic mi o tym nie wia­domo. Nato­miast wczo­raj w nocy wła­mano się do domu pani Tavish.

– Co z nią? Nic jej się nie stało? – Tym razem nie musiał uda­wać tro­ski, a dzwony alar­mowe omal go nie ogłu­szyły. Dło­nie, zapi­na­jące guziki, znie­ru­cho­miały. – Gdzie ona jest?

– Nie było jej w domu pod­czas wła­ma­nia. Z jej zezna­nia wynika, że w tym cza­sie przy­by­wała z panem.

– Zje­dli­śmy razem kola­cję. – Roz­le­gło się zde­cy­do­wane puka­nie. – Co jest?! – Ponie­waż kawa gwał­tow­nie spa­dła z prio­ry­te­to­wego miej­sca na jego liście, Max ziry­to­wał się, sły­sząc jakie­goś intruza. – Jedną sekundę – prze­pro­sił Vince’a. – Otwo­rzył drzwi i zoba­czył drobną blon­dy­neczkę sto­jącą obok kel­ner­skiego wózka.

– Dzień dobry panu. Przy­wio­złam śnia­da­nie.

– Aaa… Tak, dzię­kuję. Pro­szę gdzieś posta­wić… gdzie­kol­wiek.

Wpro­wa­dza­jąc wózek do pokoju, dziew­czyna zauwa­żyła Vince’a.

– O, cześć, sze­ry­fie.

– Cześć, Sherry. Co u cie­bie?

– Nic nowego. – Bar­dzo się sta­rała nie oka­zać cie­ka­wo­ści. – Przy­nieść panu kubek do kawy?

– Nie trzeba. Przed wyj­ściem z domu wypi­łem dwie.

– Jakby pan zmie­nił zda­nie, to pan zadzwoni. – Zdjęła pokrywę z tale­rza, odsła­nia­jąc sma­żone jajka i pla­ster bekonu. – W porządku – oce­niła. Podała Maxowi skó­rzaną okładkę z rachun­kiem i zacze­kała, aż gość go pod­pi­sze. – Życzę smacz­nego.

Wyszła z pokoju, jesz­cze zza progu rzu­ciła przez ramię zacie­ka­wione spoj­rze­nie i zamknęła drzwi.

– Niech pan je – ode­zwał się Vince. – Nie ma sensu cze­kać, aż to wszystko wysty­gnie. Kar­mią tutaj zupeł­nie przy­zwo­icie.

– Co to za wła­ma­nie? Kra­dzież?

– Tak. Jak to się stało, że pani Tavish spę­dziła z panem wczo­raj­szy wie­czór?

Max usiadł i nalał sobie kawy.

– Będąc w skle­pie, zapro­si­łem ją na drinka. Przy­jęła zapro­sze­nie. A ponie­waż mia­łem nadzieję, że da się zapro­sić także na kola­cję, a ona nie miała nic prze­ciwko temu, po drinku w barze prze­szli­śmy do restau­ra­cji.

– Zawsze pan się uma­wia z kobie­tami, u któ­rych pan kupuje pre­zenty dla matki?

– Gdyby tak było, mama mia­łaby ode mnie znacz­nie wię­cej upo­min­ków. – Max pod­niósł kubek i wypił długi łyk, patrząc Vince’owi w oczy. – Laine jest atrak­cyjną i wyjąt­kowo inte­re­su­jącą kobietą. Chcia­łem ją poznać, umó­wi­łem się z nią i bar­dzo mi przy­kro, że ma kło­poty.

– Zło­dziej wła­mał się do jej domu dokład­nie w cza­sie, gdy była z panem.

– Dotarło to do mnie. – Max uznał, że nie ma powodu mar­no­wać śnia­da­nia. Odkroił kawa­łek jajka widel­cem. – Przy­szło panu do głowy, że star­tuję do atrak­cyj­nych babek w skle­pach, a potem, kiedy bawię się w cza­ru­sia pod­czas kola­cji, mój wspól­nik obra­bia im domy? To nacią­gana teo­ria, komen­dan­cie, bo wczo­raj zoba­czy­łem Laine pierw­szy raz w życiu i aż do teraz nie wie­dzia­łem, gdzie mieszka ani że ma w domu coś war­tego uwagi. W zasa­dzie, logicz­nie rzecz bio­rąc, łatwiej by było obro­bić sklep. Jest tam sporo nie­złego towaru.

Vince tylko patrzył, nie odzy­wa­jąc się sło­wem.

– W łazience są szklanki – rzu­cił Max po chwili. – Gdyby pan jed­nak nabrał ochoty na tę kawę…

– Nie, dzię­kuję. Co pan robi w Angel’s Gap, panie Gan­non?

– Jestem zatrud­niony w towa­rzy­stwie ubez­pie­cze­nio­wym Reliance Insu­rance, przy­je­cha­łem na zle­ce­nie firmy.

– Jakie to zle­ce­nie?

– Sze­ry­fie, może pan zadzwo­nić do Aarona Sla­kera, szefa firmy, i spraw­dzić moje powią­za­nia ze spółką. Ma sie­dzibę w Nowym Jorku. Mnie jed­nak nie wolno oma­wiać szcze­gó­łów zle­ce­nia bez zgody klienta.

– To jakieś nowe zwy­czaje w tej dzie­dzi­nie.

– Ubez­pie­cze­nia bywają różne.

Max otwo­rzył mikro­sko­pijny sło­iczek i roz­sma­ro­wał na trój­kąt­nej grzance dżem tru­skaw­kowy.

– Ma pan jakiś doku­ment toż­sa­mo­ści?

– Oczy­wi­ście.

Pod­szedł do szafki i wyjął z port­fela prawo jazdy. Podał je poli­cjan­towi i usiadł.

– Nie mówi pan jak Nowo­jor­czyk – stwier­dził Vince.

– Geo­r­gia wyłazi mi z butów. – Był ziry­to­wany, celowo prze­cią­gał słowa. – Nie jestem zło­dzie­jem, sze­ry­fie. Ja tylko zja­dłem kola­cję z piękną kobietą. Niech pan zadzwoni do Sla­kera.

Vince poło­żył prawo jazdy obok tale­rza Maxa.

– Zadzwo­nię. – Ruszył do drzwi, ale z ręką na klamce jesz­cze się odwró­cił. – Jak długo pla­nuje pan zostać w naszym mie­ście, panie Gan­non?

– Aż skoń­czę pracę. – Wło­żył do ust następny kawa­łek jajka. – Sze­ry­fie, miał pan cał­ko­witą rację, dobrze tutaj kar­mią.

Za poli­cjan­tem zamknęły się drzwi, a Max sie­dział i jadł. I myślał. Glina jest gliną, spraw­dzi go na pewno. A kiedy już spraw­dzi, dowie się, że cztery lata słu­żył w armii. Będzie też wie­dział o licen­cji detek­tywa. A w małym mia­steczku wie­ści szybko się roz­cho­dzą i nie­długo Laine zosta­nie o wszyst­kim poin­for­mo­wana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij