Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Skok w króliczą norę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 marca 2019
35,90 zł
3590 pkt
punktów Virtualo

Skok w króliczą norę - ebook

Kiedy dziewczęta stają się kobietami, a dziewczęce marzenia bezpowrotnie odchodzą w przeszłość, wydaje się, że nic dobrego nie może się już wydarzyć. Bohaterki nie wiedzą, że los szykuje im niejedną niespodziankę. Monika, Iza, Amelia i Paula kończą właśnie czterdzieści lat, a życie wciąż zmusza je do kolejnych, często dramatycznych, wyborów. Ale jak tu być dorosłą, skoro wciąż jeszcze nie poukładało się swoich życiowych planów?

Starzy rodzice powoli odchodzą w smugę cienia. Monika musi się pogodzić z tym, że Irena nie jest już wszechmocną panią profesor, Amelia szuka wytłumaczenia dla swojego przegapionego życia, Iza nieoczekiwanie zawiązuje sojusz z pewną odważną gosposią, a Paula... Paula wikła się w kłopoty, od których przez całe życie uciekała.

Jak dziewczyny radzą sobie z dorosłością? Czy pośród morza kłopotów pojawi się czasami wysepka nadziei?

Upływający czas nigdy nie jest łaskawy, zdarzają się jednak chwile, w których życie naprawdę zapiera dech w piersiach!

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-1146-4
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POSTACI WYSTĘPUJĄCE W POWIEŚCI

AMELIA KOSOWSKA

Pochodzenie: niższa klasa średnia.

Wygląd: drobna i niewysoka blondynka.

Rodzina: ojciec, Michał, nie żyje, zamiłowanie do lotnictwa znalazło swój wyraz w imieniu, które nadał córce; mama, Anna, jest w związku z młodszym mężczyzną, Arturem. Amelia dobiega czterdziestki, jest samotna.

Mieszka w: Łodzi, na osiedlu Mireckiego, przy ulicy Srebrzyńskiej.

MONIKA PIELGRZYM

Pochodzenie: rodzina łódzkich profesorów.

Wygląd: piękna posągowa brunetka.

Rodzina: ojciec, Zygmunt, nie żyje, był znanym profesorem kardiochirurgii w łódzkiej Akademii Medycznej; matka, Irena, jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Łódzkim. Monika nie ma rodzeństwa.

Mieszka w: Łodzi, w willi z ogrodem przy ulicy Grunwaldzkiej. Ma córkę Anię, teraz już dwudziestopięcioletnią. Od czasu nieudanego związku z Peterem, doktorantem matki, wciąż jest samotna.

PAULINA SARNECKA

Pochodzenie: robotnicze.

Wygląd: blada i piegowata, o męskiej figurze. Jej największą ozdobą są rude kręcone włosy i zielone, jak u kota, oczy.

Rodzina: Paulina ma troje starszego rodzeństwa. To Maria – nauczycielka, mieszka w Kutnie; Janek, mieszkający z rodziną w Aleksandrowie i Grzegorz – szczęśliwy mąż Joasi, mieszka w Wałbrzychu. Paulina mieszka w Irlandii, do której uciekła ze Szkocji po rozpadzie nieszczęśliwego związku ze swoją nauczycielką Iwoną Kaczyńską. Wciąż jest samotna.

Mieszka w: Irlandii, pracuje w domu opieki społecznej.

IZA ŁUCZAK

Pochodzenie: wyższa klasa średnia.

Wygląd: drobna blondynka, bardzo ładna.

Rodzina: mąż Kamil Łuczak. Biznesmen. Mają dwóch synków, Michała i Jaśka. Iza jest panią domu.

Mieszka w: willi.

ROBERT NOWAKOWSKI

Pochodzenie: klasa średnia.

Wygląd: przystojny szatyn, średniego wzrostu, bardzo ciemne aksamitne oczy.

Rodzina: rodzice na emeryturze, nadal mieszkają w Łodzi na ulicy Jana. Brat Maciej remontuje mieszkania.

Mieszka w: Norwegii na platformie wiertniczej, gdzie pracuje. Wciąż kocha Amelię.ŁÓDŹ, LATO 1982

To było jej miasto. Miasto młodej filozofki Ireny. Miasto, które nigdy nie spało, bo tkalnie, dziewiarnie i farbiarnie fabryk pracowały na trzy zmiany, a także nieustannie, w czynie społecznym, wyrabiały nadgodziny. Autobusy o każdej porze dnia i nocy pełne były kobiet w letnich chusteczkach na głowie i w kwiecistych sukienkach. Czasem w sweterkach z anilany, o specyficznym, kwaśnym zapachu. Irena też taki miała. Kwas, nikotyna, męska woda toaletowa Wars. Zapachy Łodzi, inne niż zapachy jej miasteczka, leżącego pośród jezior i rzek. Tutaj już nie było żadnej rzeki, barwiarnie pochłonęły je ponad wiek temu. Małe strumyczki, wyłaniające się z gruntu, były nawet teraz różnobarwne. Ale nie pachniały jak tęcza.

Skąd mogę wiedzieć, jak pachnie tęcza? – zastanawiała się pani filozof.

To było jej miasto, z kinem co parę metrów i z wytwórnią filmów fabularnych, która teraz pracowała na pół gwizdka, bo aktorzy strajkowali.

To było jej miasto z szarymi kamienicami, mieszkaniami bez łazienek, bez ogrzewania, za to z kolorowymi neonami na frontach

To było jej miasto – jak miasteczko z Dzikiego Zachodu, położone wokół jednej głównej ulicy, Piotrkowskiej. Lubiła po niej spacerować. Czy w zwykły dzień, czy w czasie karnawału, kiedy studenci, przebrani za wszelkie cuda i dziwolągi, jeszcze bardziej pstrokaci w świetle neonów, paradowali po Pietrynie, jakby to była Bourbon Street w Nowym Orleanie, a nie ta Łódź, w której się zakochała. I chciała, żeby przyszłość była lepsza. Kryła się w piwnicy z innymi kobietami, raczej żonami profesorów niż studentkami, które składały ulotki i odbijały bibułę na domowych powielaczach. Sukienkę miała co rusz upapraną fioletową farbą drukarską.

Nie bała się. Była w euforii.

W tamtym czasie wielu internowano. Jej siłę dawało dziecko i filozofia. A teraz i on… Wiedziała, że powinna tłumić swoją miłość. W końcu trwał stan wojenny, dopiero co, szóstego lipca, aresztowano organizatorów Radia „S”. A jej się chciało śpiewać. I to niekoniecznie Zieloną WRON-ę. Siedziała w piwnicy na ulicy Wschodniej, dwie, może trzy bramy od suteryny, w której swoje gazetki rewolucyjne drukował Piłsudski. Kiedy usłyszała huk buciorów na schodach, to w pierwszym odruchu spodziewała się carskich Kozaków z nahajkami i w czerwonych mundurach.

– Jestem matką, wszystkie jesteśmy, zmiłujcie się! – Kasia nie wytrzymała strachu, który zawisł w powietrzu.

– Kurwy, nie matki! Mamy was na widelcu, pożałujecie tej zabawy! Do garów, a nie bawić się w Solidarność!

Teraz znowu było słychać kroki, ale ktoś stąpał jak kot. Pułkownik, we włoskich butach. Jego podwładni wyprężyli się natychmiast, przestraszeni i niepewni, co będzie dalej.

– Proszę spisać te wszystkie panie i wypuścić do domów. Materiały zarekwirować.

Pułkownik podszedł do Ireny. Nie zwracając uwagi na to, czy są obserwowani, dotknął jej podbródka, a później ścisnął twarz tak, że poczuła szczypiący ból. Zniknęły jego cudowne, ukochane oczy. Chciała stanąć na palcach. Puścił ją gwałtownie, szepcząc:

– Wracaj do męża.

Nawet nie otarła łez.Monika była tak zaskoczona, że nie wsiadła do ambulansu. Później miała to sobie wyrzucać, choć przecież Irena była nieprzytomna. Ale co właściwie znaczy nieprzytomna?

Komórka Ani nie odpowiadała. Długo czekały na taksówkę, w końcu wcisnęły się w nią we trzy – Monika, Amelia i Iza. Iza wpatrywała się w okno, a Amelia ściskała rękę przyjaciółki. Monika pomyślała, że ten uścisk łaskocze. Chciało jej się śmiać. To histeria, tłumaczyła sobie. Nie, mama nie może umrzeć. Nie mama! O tacie też tak myślała. Nie, nie aż tak dramatycznie. Tortu nie schowały do lodówki – już po nim. Świat powoli zaczął odzyskiwać normalne proporcje.

Gdy znalazły się w szpitalu, Iza usadziła Monikę w korytarzu. Ten korytarz był poczekalnią. Chwała Bogu, było tutaj cicho, a na żółtych ścianach wisiały fotografie spokojnych krajobrazów. To była neurologia, a nie hałaśliwa izba przyjęć.

Tutaj królowało nieodgadnione dostojeństwo mózgu i ulotna dusza, bawiąca się z ludźmi w berka. Irena miała wylew, a Monika zaczęła kojarzyć, że błyskawiczne przyjęcie Ireny właśnie na ten oddział zawdzięczają telefonowi Izy. To ona zadzwoniła do swojego męża prawnika, który znał wszystkich.

Pewnie Iza wyciągnęła go z łóżka kochanki, pomyślała Monika i się zawstydziła.

Ale taka była prawda. Przez lata Iza znosiła obecność kochanek swojego męża gdzieś na obrzeżach życia. Męża, który w swojej głupocie, bez skrępowania, tłumaczył na letnim grillu, że jeśli zadzwoni się do hotelu po ósmej wieczorem, to można wynająć luksusowy pokój w cenie zwykłego. Męża, który, kiedy jego polityczna kariera nabrała rumieńców, kupił apartament w Warszawie, zostawiając Izę tutaj, w Łodzi. Coraz trudniej było mu się zebrać do domu na dni wolne od pracy. W weekend są wyścigi konne, bankiety, można zagrać w golfa, takie tam, rozmaite zajęcia. Monika zastanawiała się, jakim cudem Izy nie trafia o to wszystko szlag. No tak. Miała dzieci. Miała dzieci i wiernego siedemdziesięcioletniego ogrodnika. Monika uśmiechnęła się krzywo.

Amelia i Iza stały w pewnej odległości od Moniki, przy automacie z gorącymi napojami, i obserwowały przyjaciółkę. Na jej twarzy pojawiały się miny i grymasy trochę niepasujące do sytuacji.

– Chcesz kawę, herbatę czy czekoladę? – zapytała Amelia Izę, jednocześnie grzebiąc w torbie w poszukiwaniu drobnych.

– Kawę. Będę musiała jeszcze ogarnąć chłopców, jak wrócę. Ty też weź kawę, pachniesz jak gorzelnia.

Amelia poczuła, że policzki płoną jej ze wstydu.

– A dla Moni?

– Czekoladę, oczywiście…

– Czy to już rok, jak umarł jej ojciec? – zapytała Iza.

– Rok i trzy miesiące. Myślisz, że Irena też umrze?

Iza wzruszyła ramionami.

– Miała wylew.

– Och nie, nie chcę słuchać takich rzeczy – jęknęła Amelia.

Czuła się samotna, stara i niepotrzebna. Mdliło ją od zapachu środków odkażających. Nie chodziło o to, że od razu chciała mieć życie jak z bajki, ale aktualnie miała dość kłopotów.

– Muszę wracać do dzieci – powiedziała Iza. – Nie patrz na mnie wzrokiem bazyliszka.

Wzrokiem bazyliszka? A gdzie ona się tego bazyliszka dopatrzyła, zastanawiała się Amelia. Przecież chciało jej się płakać nad samą sobą. Możliwe, że i bazyliszki płaczą, wtedy, kiedy nikt nie widzi.

Amelia ledwie zarejestrowała, jak Iza tłumaczy Monice, czemu nie może zostać, i stukając stylowymi dziesięciocentymetrowymi obcasami po wykafelkowanej szpitalnej posadzce, wychodzi. Amelia mogła się założyć, że zaraz po przyjściu do domu i sprawdzeniu, co z dziećmi, z którymi została opiekunka, Iza zrobi sobie gorącą kąpiel i umyje włosy, żeby spłukać z siebie szpitalną woń. Niech cię szlag, Pani Idealna!

– Ta kawa jest dla mnie? Hej, Amelia? – Monika wytrąciła ją z zadumy.

– Dla ciebie jest czekolada. Zresztą, wszystko jedno, co wypijesz.

Siedziały obok siebie w poczekalni, dosyć przytulnej jak na szpital, tyle że plastikowe krzesła były oczywiście niewygodne.

– Szpitale się zmieniły – powiedziała Monika, patrząc na pielęgniarkę w zielonym kaftanie i w spodniach, z odkrytymi włosami. – Pamiętasz, jakie nosiły czepki? Plastikowe z różnymi kreskami, jak wojskowi pagony. Tutaj jedna czerwona kreska, tutaj dwie…

Usiadły i się zamyśliły. Wszyscy w tej poczekalni czekali. Od tego w końcu są poczekalnie.

Jedna kreska, dwie kreski… Dla Amelii oznaczało to coś zupełnie innego. Nie czepki pielęgniarek w czasie, kiedy Monika rodziła córkę, tylko testy ciążowe – gdzie kreska zawsze była jedna. Zawsze. W gruncie rzeczy to nie było tak, że Amelia postanowiła nie mieć dzieci. Ani nie było tak, że bardzo, bardzo chciała je mieć – przynajmniej wtedy, kiedy miała dwadzieścia lat.

Kiedy była dziewczynką, bawiła się modelami samolotów, które zostały po ojcu, pasjonacie lotnictwa. Osierocił ją tak wcześnie… Nie miała lalek. No, może jedną – Fleur, bo wtedy jeszcze do Polski nie dotarły Barbie.

Właściwie co ona robiła, kiedy była dziewczynką? Marzyła, żeby być chłopcem. Bo oni tak pragnęli chłopca, mama i tata. Była dwa lata młodsza od Moniki i ból, który dziś sprawiała jej bezdzietność, potrafił czasem odebrać oddech. W nocy płakała, kiedy przypomniała sobie swój strach na studiach, kiedy wydawało jej się, że jest w ciąży ze swoim drugim chłopakiem. Bo najpierw był Hubert, ale porzucił ją, zanim zdążyła się zorientować, czy go kocha, czy nie. Wtedy czuła, że cała przyszłość będzie zmarnowana! Jaka przyszłość? Jaką przyszłość miała teraz? Bankrutującą firmę i pusty dom, nawet bez kota. Mogła zostać z Moniką w szpitalu, choćby ze strachu, żeby nie słyszeć w mieszkaniu swojego oddechu, który w tej upiornej ciszy wydawał się hałasem.

Z Robertem, chłopakiem, którego chyba bardzo kochała, ale nie chciała się do tego przyznać – zabezpieczali się. Teraz nawet nie pamiętała, jak ich drogi się rozeszły. Z następnym, szajbniętym artystą malarzem, kochała się wszędzie. O różnych porach, kiedy się dało, a nie dało się za często, bo on wciąż wyjeżdżał na różne stypendia artystyczne i nigdy jej ze sobą nie zabierał. Czasem mieli prezerwatywę, czasem nie. Dziecka nie było.

No i był jeszcze Pan Lotnik. Wymarzony. Kiedyś był pilotem wojskowym, a w czasie, gdy Amelia wpadła mu w oko, pilotem samolotów rejsowych. Prawie od razu zamieszkali ze sobą. Amelia zaczęła łykać pigułki. Coraz częściej jednak zdarzało jej się przeoczyć jedną czy dwie. A w końcu, jak dorośli, przedyskutowali z Michałem kwestię dzieci. I zaczęli się starać. Nic z tego nie wyszło. Rozstali się.

Potem było kilka prędkich romansów. Chociaż wstyd się przyznać, ostatnio było też kupowanie testów owulacyjnych i szybki wypad do miasta, a nuż kogoś się pozna. Albo buszowanie po profilach randkowych, już nie w poszukiwaniu partnera, a jedynie mężczyzny, który zrobi jej dziecko.

Czy stawała się dziwką? Czy dziwka może być matką? Badania nie wskazywały, żeby działo się coś złego. Miała regularnie owulację, a tymczasem jej dusza z każdą miesiączką stawała się coraz bardziej czarna i zła. A sama Amelia traciła kontakt z rzeczywistością. Jak teraz, kiedy długo nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że nie trzyma tych myśli ukrytych w swojej głowie, tylko szlochając, opowiada wszystko Monice, która nagle pobladła.

– Nie miałam pojęcia. Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałaś? Przecież jestem twoją przyjaciółką. Wszystkie jesteśmy. Ja, Iza, Paulina… – jęknęła Monika. – Myślałyśmy, że ty nie chcesz mieć dzieci, że tak się przekomarzasz z Izą, a Ania… Moja Ania, że po prostu…

– Co po prostu? – zaszlochała Amelia. – Iza ma dwoje dzieci, dwóch chłopaczków w szkole podstawowej.

– Och, kochana. – Monika przytuliła spazmującą przyjaciółkę.

Kiedy dyżurny lekarz wyszedł z gabinetu, szukając córki Ireny, to choć podobieństwo wskazywało na Monikę, zwrócił się do Amelii.

– Za wcześnie, żeby rozpaczać. Musimy jeszcze zrobić komplet badań.

– Mogę zobaczyć mamę? – zapytała Monika. Doktor zmieszał się i nerwowo przełknął ślinę.

– Dzisiaj bym serdecznie odradzał… No, może na moment.

Monika popatrzyła na Amelię, lekarza i westchnęła głęboko. Padała z nóg. A strach z trudem spychała do podświadomości.

– Pani mama śpi. Przez noc nie stanie się nic złego. – Lekarz starał się uśmiechnąć pokrzepiająco. Bez skutku.

– Obiecuje pan? – wtrąciła się Amelia. Twarz miała czerwoną i zapuchniętą od płaczu.

– Tak. Przyślę pielęgniarkę. Pani – wskazał na Amelię – powinna wziąć coś na uspokojenie.

Nie minęło pięć minut, kiedy zjawiła się wyjątkowo dziarska pielęgniarka z gorzką pastylką i mikroskopijnym plastikowym kubeczkiem wypełnionym wodą.

Wychodząc, minęły rozświetloną izbę przyjęć. Było tam gorąco, brzęczały jarzeniówki. Ktoś jęczał.

– Chodź, chodź – jakiś mężczyzna mówił do drugiego takim tonem, jakim przekonuje się kota, że powinien wejść do gabinetu weterynarza. – Nie bądź takim tchórzem. Do wesela się zagoi! – wybuchnął śmiechem.

Obaj byli w średnim wieku. Ten żartujący – łysy i z brzuszkiem, ten drugi – dryblas, ale jakby zahartowany przez życie, ze strzechą czarnych włosów lekko siwiejących na skroniach. Przyciskał prowizoryczny opatrunek na prawej ręce. Amelia odniosła nagle wrażenie, że zna tego człowieka. Chciała pokazać go Monice, ale ta stała już na parkingu szpitala i czekając na taksówkę, cichutko płakała.

* * *

koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij