-
nowość
Skoki przez epoki. Osiem podróży w przeszłość - ebook
Skoki przez epoki. Osiem podróży w przeszłość - ebook
Najciekawsza lekcja historii w twoim życiu!
Zobacz, jak żyły dzieci i młodzież w różnych epokach.
IX wiek. 8-letni Sobek buduje z tatą gród wielkiego pana. Pięćset lat później 13-letni Paszko zastanawia się, czy… uciec z domu i popłynąć w dalekie kraje, a w XVII-wiecznym majątku 12-letnia szlachcianka Jadwinia i Kaśka, jej rówieśniczka i wiejska dziewczyna, zamieniają się rolami.
Rety, czy sekret się wyda?! Czy Paszki nikt nie oszuka? I jak myślisz, czy pozostali bohaterowie tych niezwykłych opowieści chcieliby się przenieść do naszych czasów?
Ta książka zabierze cię w niezwykłą podróż do świata sprzed setek lat. Zobaczysz, jak wyglądało życie w słowiańskiej osadzie, odkryjesz tajemnice renesansowego miasta i poznasz mieszkańców Łodzi podczas rewolucji przemysłowej.
Gotowy na przygodę? Cofnij się w czasie i przekonaj się sam!
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-08-09364-1 |
| Rozmiar pliku: | 5,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
JEŚLI WIERZYĆ KALENDARZOM
– WSTAWAĆ, LENIE! NA PRYMĘ JUŻ DZWONIĄ!
Sobiech potrząsnął głową. Zaszeleściło siano.
– Nie chce mi się! – szepnął.
– Wstawać, jadło uszykowałam! – powtórzyła mama.
Dźwięk dzwonów niosło z oddali. Basowi z Kościoła Świętego Jana wtórował jękliwy dzwonek od Świętego Barnaby. Brzdękała płaskim echem, jakby kto walił chochlą w patelnię, pęknięta sygnaturka z klasztoru. Dźwięki wpadały do izby przez dwa wąskie okienka bez szyb. Sobiech usłyszał, jak z dala biją na pierwszą poranną mszę u Świętego Łukasza, blisko ulicy Bednarskiej. Tam mieszkał mistrz Maciej, majster, u którego Sobiech uczył się fachu bednarza, czyli robienia beczek. W jego warsztacie pracował i w jego domu mieszkał przez cały tydzień, z wyjątkiem niedzieli. Niedzielę Sobiech miał prawo spędzać u rodziny. I właśnie w rodzinnej izbie się obudził. Po niedzieli nadszedł poniedziałek. Pora zbierać się do warsztatu.
Prostokąt z desek, na których spał, leżał wprost na ziemi. Zepchnął na podłogę słomianą poduchę owiązaną sznurkami. Zwinął worek, którym się nocą otulał, i odłożył na skrzynię. Nie bez trudu dźwignął ciężką taflę i położył ją na podwójnych drewnianych słupach, które czekały na środku izby. Teraz łóżko stało się stołem, a sprawne ręce matki już kładły gliniane miski i drewniane łyżki.
– Siadajcie! – poprosiła matka.
W miskach było to, co zawsze. Gorąca polewka z gotowanej soczewicy, kaszy i kapusty doprawiona czosnkiem. Matka gotowała zawsze to samo. Nawet jeśli akurat wrzuciła do garnka coś innego, to smakowało też tak samo. Żona majstra Macieja przyrządzała po swojemu kaszę z rzepą, grzybami i suszonymi jabłkami. Ta smakowała inaczej niż posiłek w domu, ale też zawsze tak samo. Majster i czeladnicy nie narzekali. Kto jada co dzień ciepłą strawę, ten narzekaniem tylko by Boga rozgniewał.
– Sobiech, aby do majstra się nie spóźnij, bo nie zezwoli odwiedzić nas znowu – odezwał się ojciec, mrukliwy i niezbyt skory do gadania. Patrzył jednak na syna z radością i zacisnął mu dłoń na ramieniu w geście przyjaźni. – Mistrz Maciej dobry człowiek. Ucz się pilnie, to fach będziesz mieć najlepszy! – dodał.
– Beczek zawsze ludzie potrzebować będą, jako chleba i butów! – Matka się uśmiechnęła.
– Eee, butów to nie! – zaśmiał się Sobiech i wystawił spod stołu piętę pokrytą wczorajszym zaschniętym błotem.
– Zimą nawet ty chodaków potrzebujesz! No, zjadaj i biegnij, by cię majster Maciej powitał nie kijem, ale dobrym słowem! – zachęciła matka.
Sobiech przełykał ostatnie kęsy. Sięgnął po nogawice, naciągnął je na łydki, przywiązał troczkami do krótkich portek. Na koszulę nałożył szary kaftan, a na głowę kaptur z otworem na twarz. Kaptur otulił go aż do ramion.
– Pracuj dobrze, bym się ciebie nie wstydził! – przykazał ojciec.
– Przyrzekam, ojcze! Bywajcie! – Ucałował dłoń ojca, potem matki.
Mama go przytuliła. Ojciec objął go krótko, po męsku. Chłopak wybiegł z domu. Tak bardzo chciał spotkać przyjaciół, by choć chwilę pobyć w ich towarzystwie! Mieszkając u majstra, znów przez cały tydzień ich nie zobaczy!
Przed rokiem ojciec Sobiecha zawarł z mistrzem Maciejem umowę na naukę syna i był bardzo z tego dumny. Cieszył się, że dobrze odchował chłopaka i zapewnił mu przyszłość. Że trzynastoletni, prawie dorosły Sobiech był chwalony przez majstra, stawiany innym za wzór! Wierzył, że to zasługa jego ojcowskiego starania!
Ojciec wkrótce wyszedł z izby. Skręcił w inną stronę, tam, gdzie za murami obronnymi dymiły piece cegielni. Jego miejsca pracy.
– Wstawać, lenie! Na prymę dzwonią!
Jagata i Paszko nie spali. Zbudziły ich dzwony. Dzieciaki leżały cichutko pod matą plecioną ze słomy i płótna, czekając na następne wezwanie.
– Wstawać, lenie, bo wam pomogę!
Siedmioletnia Jagata wyskoczyła z łóżka pierwsza. Miała łatwiej, bo spała z brzegu. Paszko wygramolił się za nią, ciągnąc za rękę Gdewka, czterolatka, zaspanego, marudnego jak co rano.
Chleb. Ser. Mleko. Rzepa. Gotowana kapusta. Śniadanie jak co dzień. Wszystko jak co dzień.
– Nie chcę jeść! – marudził Gdewek, ale matka wcisnęła mu do ust łyżkę białego sera, a do rączki ćwiartkę rzepy.
– Nie będziesz jeść, to nie urośniesz – powtórzyła Jagata to, co często słyszała od mamy.
– Nie chcę – mamrotał malec.
– A ja chcę! – zawołała jego siostra. – Chcę być duża! Chcę mieć kram w rynku i sprzedawać cebulę!
Ojciec żuł rzepę, podjadając kęsy twarogu. Popijał piwem. Założył dwukolorowy strój strażnika miejskiego. Półpancerz i płaski hełm leżały na skrzyni. Drewniana pałka i oksza stały w kącie pokoju. Tam, gdzie sypiała kotka i gdzie nawiewało podmuchy ciepła z chlebowego pieca, aż zakurzone pajęczyny falowały pod niskim sufitem.
– Jagata będzie kramarką, co ty na to, starka? – zagadnął ojciec.
Starka leżała na glinianym stopniu za piecem. W najcieplejszym miejscu całej izby.
– Wydaj ją za kupca, niech kramarzy! Jeno wpierw musi nauczyć się rachować – odezwała się spod pieca babcia Jagaty, Paszka i Gdewka.
– Już ci mąż ją nauczy, jeśli będzie chciał – zadudnił strażnik, wychylając do dna garnuszek piwa. – Teraz niech matce pomaga! Paszko! Ty znowu błazeństwa? – wrzasnął na syna.
Paszko, który stał na jednej nodze na pieńku służącym za siedzenie, usiadł na nim posłusznie.
Gdewek pilnie zaczął jeść, wystraszony gniewnym tonem ojca.
– Poniechaj! On taki żywy... – prosiła matka, widząc, że mąż schylił się pod stół po cienki dębowy kijek.
– Żywy, żywy, niech żywot oszczędza do roboty! – burknął ojciec, ale kijek odłożył.
Paszko odetchnął z ulgą. No i co miał poradzić? Taki już był. Nie usiedział w miejscu. Nie umiał skupić się na niczym. Najchętniej skakałby, biegał, rzucał kamienie, turlał się po trawie i przewracał kolegów. Teraz najchętniej już by wybiegł z izby na spotkanie z nimi. By choć chwilę spędzić wśród przyjaciół! No, ale najpierw to nudne siedzenie i jedzenie...
Ojciec, w nadziei, że wykształci syna na pisarza albo rachmistrza, posłał go rok temu do szkółki. Niestety okazało się, że Paszko do nauki się nie nadaje. W lekcjach przeszkadza, gada mimo zakazu. Chodzi po izbie, choć nauczyciel każe na rzyci siedzieć.
Liczby do pamięci mu nie wchodziły. Myśląca o setkach rzeczy głowa nie pozwalała nauczyć się nawet linijki wiersza. Wszystko to miało smutny i bolesny koniec w miejscu, gdzie kończą się plecy, i to po kilka razy dziennie. Wreszcie ksiądz nauczyciel wezwał ojca i oznajmił, że ma już dosyć obijania brzozowymi rózgami Paszkowych pośladków. Dłużej jego jednego bije, niż naucza całą resztę. Paszko nie nadaje się do szkoły i tyle!
Ojciec zabrał syna, w domu sprał dębinką, wylewając w ten sposób żal, że chłopak rachmistrzem nie zostanie. Potem wysłał go do cegielni, by tam siłę i ruchliwość oddawał za dwa grosze na tydzień. Niech pracuje, skoro dorósł, przecież jedenasty rok skończył! Wypłatę odbierał od syna w niedzielny wieczór. Grosz dawał matce, drugi zatrzymywał sobie. Ojciec uważał, że Paszko miał co jeść, miał gdzie spać, zatem nie potrzebował pieniędzy.
– Szuraj do roboty! – huknął ojciec, widząc, że syn zamiast jeść, podrzuca i łapie w locie łyżkę.
Ten w strachu upuścił ją w miskę z twarogiem. Ser rozbryznął się na wszystkie strony.
– Ty łobuzie! – wrzasnął rodzic, sięgając po kij.
Chłopak zrozumiał, że pora wiać. Chwycił kaptur i opończę zszytą z dwóch worków i umknął z izby. Jeśli wcześniej bał się, że koledzy na niego nie zaczekają, teraz był pewien, że nie spóźni się na spotkanie.
Ojciec wrzasnął za nim, że jak wróci, to kija posmakuje. Potem nałożył stalowy półpancerz, matka dociągnęła mu na plecach rzemienie. Płaskim hełmem nakrył czubek głowy. Przygładził brodę. Wsparł się pięściami pod boki.
– Jagata i Gdewek, izbę wysprzątać, wody nanieść, matce pomóc! No! Z Bogiem! – zarządził. Chwycił z kąta okszę, czyli dwumetrowy kij z osadzonym na końcu ostrzem siekiery i ostrym szpikulcem. Pałkę zatknął za szeroki pas i wyszedł z izby na galeryjkę biegnącą wzdłuż ściany domu. Po skrzypiących schodach ciężko zlazł z piętra i zniknął na gwarnej ulicy.
– Wstawać, lenie! Takie czasy! A dzwonów to wielmożne posrajstwo nie dosłyszało?
– Miklasz! Śniadać pora!
Pierwszy głos należał do ochmistrzyni, która trzymała klucze do domu i była najważniejsza ze służby. Miklaszowi i jego siostrze zawsze przygadała jakimś przezwiskiem, raz zabawnym, czasem mniej. W ten sposób przypominała dzieciom z bogatego domu, że nie wszystko im wolno tylko dlatego, że są bogaci. Drugi głos był mamy. Zatem koniec wypoczynku!
Miklasz wygrzebał się spod lnianej płachty, która służyła za kołdrę, a zimą za dodatkowy płaszcz. Szurnął bosymi stopami po deskach, znalazł gliniany nocnik. Nasiusiał do niego, podszedł do okna, wrzasnął:
– Pozor! – Po czym wylał zawartość na ulicę, nawet nie sprawdziwszy, czy celuje do rynsztoka. Chłopak przeczesał drewnianym grzebykiem włosy, zaczerpnął wody z miski i obmył twarz. Zrzucił koszulę, w której spał. Założył drugą, którą zakładał na co dzień. Portki, nogawice, krótki szary kaftan, brązowe ciżmy... No, można iść na śniadanie!
Ochmistrzyni pogroziła mu palcem.
– Jak się spóźnisz do scholi, ksiądz bakałarz abecadło ci na tyłku wypisze!
Miklasz usiadł na ławie. Łyknął cienkiego piwa, które w domu chętniej pijano niż wodę czy mleko. Zjadł pajdę chleba ze smalcem, znalazły się też jajko na twardo i biały ser. Zagryzł plastrem świeżej rzepy. Skubnął zimnej kaszy z owocami. No, podjadł na bogato!
– Mamo, idę! – zawołał.
Nikt mu nie odpowiedział. Matka pomagała ojcu. Ochmistrzyni odeszła gnać do roboty służące i chłopaka od palenia w piecach. Ot, dzień jak co dzień w domu kupca.
Miklaszowi ojciec przykazał wyuczyć się wszystkiego co trzeba, by zostać kupcem, jak on sam. Albo pisarzem w ratuszu. Chłopak miał też siostrę, z którą – wczoraj podsłuchał rozmowę dorosłych – rodzice nadal nie wiedzieli, jak postąpić: do klasztoru ją dać czy za mąż, za kupca, żeby wspólnika zyskać, a majątku na posag nie uszczuplić. Pomyślał wtedy, że znacznie lepiej być chłopakiem niż dziewczyną. Ale z drugiej strony, gdyby był swoją własną siostrą, nie musiałby chodzić do szkoły, bo dziewczyn tam nie przyjmowali. Nie potrafił teraz zdecydować, co lepsze.
– Znowu do szkoły! Przecież jestem już prawie dorosły! – jęknął Miklasz, któremu wyliczono, że ukończył dwunasty rok życia. Puścił się pędem po schodach w dół. Miklasz miał nadzieję, że spotka chłopaków. Że znajdą choć chwilę na wspólną zabawę, nim pobiegną do obowiązków.
Szerokie drewniane kłody ułożone wzdłuż ścian jedno- i dwupiętrowych domów były śliskie od błota i wylewanych na zewnątrz pomyj. Środkiem ulic jechały wozy i wózki zaprzężone w woły albo konie. Po kłodach przepychali się piesi. Pośrodku ulica zagłębiała się w rynsztok – wąski rów z brudną wodą i odpadkami, wyryty wzdłuż jej całej długości. Buszowały tu prosiaki wypuszczane z podwórkowych zagródek.
W oknach ukazywały się ciekawskie buziaki dzieci i czujne twarze gospodyń. Czasem czyjaś dłoń wychylała miedziane, gliniane lub drewniane naczynie nocne. Wtedy nad ulicą wibrował okrzyk: „Pozor!”. Kto go usłyszał, ten umykał na bok. I wtedy na drewniane kłody lub wprost do rynsztoka leciała zawartość nocnika.
W parterach otwierano sklepy i warsztaty. Nad nimi kołysały się drewniane i metalowe kształty reklamujące, co tu można zamówić: buty, nożyce, garnki... Woźnice pokrzykiwali na pieszych, piesi pomstowali na wozaków. Muły i krowy ryczały. Wiezione w klatkach gęsi i kaczki protestowały kwakaniem i gęgotem. Świnie w rynsztoku pokwikiwały nad każdą znalezioną spleśniałą rzepą. Kopyta koni rozchlapywały błoto po ścianach. Gwar i hałas były nie do opisania. Ponad tym kolorowym światem przysiadały na dachach gołębie i wrony, jakby dziwiąc się, że tam w dole wszyscy jeszcze nie ogłuchli od zgiełku.
– Miklasz!
– Sobiech! Czołem!
Przyjaciele padli sobie w ramiona. Mieszkali przy sąsiednich ulicach. Znali się od zawsze. Wczoraj, po mszy, grali na Niskim Rynku w piłkę pozszywaną z ciasno związanych szmat. Dołączyli do nich Paszko i jeszcze ze trzy tuziny chłopaków.
Biegali z piłką do bramy stajni woziwody. Każdy chciał ją tam wkopać sam i w tym celu musiał ją odebrać reszcie chłopaków. Wszyscy walczyli ze wszystkimi, a kiedy wreszcie piłka łomotnęła w bramę, wybuchała kłótnia, kto trafił. Gdy już to ustalono, gra toczyła się ponownie, w drugą stronę, w kierunku bramy czatowni strażników miejskich.
Wczoraj było dużo śmiechu i zabawy. Spytko od szewca stracił dwa zęby, Zbych od piekarza miał rozciętą głowę. A ile było siniaków i rozbitych kolan... Kto by to zliczył?
– Buchacha!
Sobiech się wywrócił, zaskoczony i przygnieciony do ziemi, a Miklasz sprytnie złapał się wozu stojącego przed piekarnią. No tak! To oczywiście Paszko! Dogonił ich i rzucił im się na plecy.
Sobiech zerwał się z błota i przygrzmocił Paszkowi w ramię, aż zadudniło.
Po serdecznym powitaniu przyjaciele biegli gęsiego, zwinnie nurkując w rozkrzyczanym i spieszącym się tłumie.
– Ale wczoraj było, co? – wołał Paszko. – Kopnąłem trzy razy w bramę czy nie?
– Było! – potwierdził Miklasz, wymijając grube przekupki.
Cudem uniknął dziobnięcia w ucho. Rozzłoszczona gęś niesiona pod pachą przez jedną z kobiet próbowała chwytać dziobem wszystko, co znalazło się w zasięgu jej długiej szyi.
W oddali dostrzegli słupy szubienicy i czerwony kaptur kata.
– Psiamać! – wrzasnął Paszko, naśladując ulubione powiedzenie ojca. – Toż dziś mają wieszać zbójów, co na kupców napadli, ale potem ich rycerze chwycili!
– Chodźcie tam! – zaproponował Sobiech. I nagle stanął jak wryty. Jeśli się spóźni do mistrza Macieja, z pewnością będzie to bardzo bolesny początek dnia.
Miklasz chyba myślał podobnie, bo nagle zbladł i bezwiednie obciągnął sobie kaftan z tyłu. Ksiądz bakałarz naucza punktualności. A karę za spóźnianie zna tylko jedną...
Paszko odwrócił się do kolegów.
– Ano tak – domyślił się po ich minach. – U mnie też za spóźnienie kij w robocie. Biegnijmy! – zawołał.
Ruszyli, przeciskając się przez kolorowy tłum. Nie mogli przypatrzeć się wieszaniu zbójów. Ale znaleźli coś, co w ich świecie też było atrakcją. Na drugim końcu rynku odbywał karę mężczyzna skazany na dyby za drobne przestępstwo. Ukarany stał przy słupie zakończonym poziomą belką, w której wycięto większy otwór na szyję i dwa mniejsze na ręce. Belkę domykała druga, zatrzaśnięta na skobel. Bezbronny musiał stać tak przez cały dzień. Każdy mógł w niego rzucić garścią błota albo gnoju. O to w tej karze chodziło, by człowieka upokorzyć i poniżyć. Dla mieszkańców miasta była to okazja do darmowej zabawy. Chłopaki chwycili za grudy błota. Trafili celnie. Potem pożegnali się i rozbiegli w trzy strony. Upragnione spotkanie skończyło się po zaledwie kilku minutach. Teraz czekały ich już tylko obowiązki.
Miklasz dobiegł do szkoły urządzonej w stajni kościoła. Nie spóźnił się! Pozdrowił nauczyciela i zajął miejsce na ławie przeznaczonej dla synów bogatych mieszczan. Ci z biedniejszych domów mościli się na sianie rozścielonym na kamiennej podłodze.
Syn kupca nie musiał spisywać planu lekcji. Ten codziennie był taki sam. W pierwszym roku nauki dzień zaczynał się godziną śpiewu i modlitw. Następnie nauczano łaciny, sztuki poprawnej wymowy, a wreszcie dialektyki, czyli logicznego rozumowania.
W drugim roku, a Miklasz był już w drugiej klasie, bakałarz nauczał matematyki, rachowania miar i wag. Potem wykładał geometrię, na koniec łacinę.
Pisali węglem na podłodze, którą zmywano wodą. Bogatsi mieli tabliczki pokryte woskiem, po których kreślili patyczkami.
– Módlmy się!
Dzyń!
Ksiądz nauczyciel pociągnął za sznurek dzwoneczka. Z ławy i siana powstało szesnastu chłopaków. Brakowało trzech.
Odmówili chórem _Pater Noster_, czyli _Ojcze nasz_, po łacinie. Odśpiewali psalm. Zmówili drugą modlitwę.
W drzwiach zjawiło się dwóch zdyszanych, spóźnionych chłopców. Nie mieli odwagi wejść do środka.
– Miklasz! Wyrecytuj, czegośmy się ostatnio uczyli!
Syn kupca drgnął. Serce zabiło mu w panice. Nauczyciel z nieodłącznym kijkiem w dłoni stał tuż przy nim. Surowym spojrzeniem niebieskich tęczówek ocienionych kapturem wejrzał głęboko w oczy chłopca.
– Czy umiesz? – spytał sucho.
Miklasz odetchnął głęboko. Tak. Umiał.
– _Stabat Mater Dolorosa,_ eee... _iuxta erucem lacrimosa,_ eee... _dum pendebat Filius. Cuius animam gementem contruistatam et dolentem... pertransivit gladius..._ – recytował chłopiec, z każdym kolejnym wyrazem uspokajając się i wyciszając oddech. Nie zapomniał ani słowa.
– _Bene_. Dobrze – przerwał mu bakałarz, kładąc dłoń na jego głowie, aby okazać swoje uznanie i przekazać pozytywną ocenę. – Resztę dopowiedzą ci, którzy spóźnili się na lekcję. – Odwrócił się ku chłopakom stojącym w bramie. – By mogli wziąć udział w nauce, muszą jednak odpokutować grzech spóźnienia – dodał i wskazał niską, krótką ławę.
Pierwszy spóźnialski wtulił głowę w ramiona, podszedł i położył się na brzuchu na wąskim siedzisku.
Powietrze rozciął świst leszczynowego kijka i owczy, bezradny bek chłopaka. Drugi winowajca potulnie czekał na swoją kolej.
Miklasz zerknął ukradkiem na uczniów. Niektórzy patrzyli na wykonanie kary ze strachem, inni ze złośliwym uśmieszkiem. Wiadomo, zawsze lepiej, kiedy spotyka to kogoś innego! Miklasz też się uśmiechnął. Z łaciny już go dziś bakałarz nie zapyta, a w rachunkach on, kupiecki syn, jest najlepszy. Zapowiadał się dobry dzień!
Warsztat mistrza Macieja wypełniała woń drewna, oleju, ognia i wosku. Klepki trzeba umieć wyciąć. Potem wystrugać zakrzywiony kształt. Wymoczyć we wrzącym oleju, aż zmiękną. Wyjąć. Ukształtować na kopycie. Złożyć w kupę, zbić, ścisnąć żelaznymi obręczami od kowala. Spasować. Uszczelnić. Zasmołować. Dorobić szczelne denko. Napełnić. Sprawdzić, czy nie przecieka. Namoczyć, by się nie rozeschły. Drewno po śmierci drzewa żyje zaklętym życiem. Nauka nie była prosta. Sobiech wiedział, co to pokaleczone ręce, obite palce, poparzone dłonie.
Uczył się pilnie! Bardzo chciał zostać czeladnikiem, czyli fachowym pomocnikiem majstra, a kiedyś... kto wie, może nawet majstrem?
– Bo inną beczkę mus przygotować do miodu – nauczał majster. – Inna będzie dobra do wina. Mniejsza do potażu, a większa do soli. Niska do wosku i wysoka do dziegciu.
Sobiech pracował ile sił. Pragnął, by Maciej był z niego zadowolony. Pragnął, by ojciec nie pożałował, że zapłacił majstrowi za naukę syna.
Tyle trzeba się przecież wyumieć – powtarzał w myślach chłopak. – Inne klepki szykować na beczkę. Inne na dzieżę. A kufel na piwo jak uszykować? I z czego? Z sośniny? Z dębiny? Z lipy? Tyle do spamiętania! Tylu zręczności trzeba nauczyć ręce. Bez beczek, kadzi i cebrów nie ma handlu. Wody i wina w garści nie utrzymasz, ziarna i kaszy w połę kaftana nie uzbierasz.
Bednarczyk, syn Bartłomieja ceglarza i jego żony Gundy, układał sobie w myślach plany.
– W moich beczkach kupcy zawiozą dobra na koniec świata. To tak, jakbym to ja sam jechał z nimi! Jeszcze cztery lata i zostanę czeladnikiem. Potem mistrz mnie wyzwoli, pójdę w świat i wyuczę się, jak w innych stronach robota wygląda. Wrócę i zdam egzamin. I otworzę warsztat. I będę majstrem... – szeptał później na ucho mamie.
– Niech Bóg ci sprzyja, synku – odpowiedziała matka i zakreśliła mu na czole znak krzyża.
To było wczoraj. Teraz pora klepać klepki. Klap! Klap! Klik! Klik!
Piece tęgo dymiły, majster popijał wino, pies majstra łapał zębami pchły na wyliniałym tyłku. Silne chłopy nosiły cegły. Kiedy wyschną, zbuduje się z nich piec. Taki sam jak te dwa, co huczą ogniem, dymią i domagają się więcej opału!
Piec z suchych cegieł obrzuca się gliną i piaskiem, podkłada się ogień i pali się, pali, musi płonąć dzień i noc. Kiedy cegły się wyżarzą na czerwono, zasypie się piec piachem i zostawi na jeden księżyc, na trzydzieści dni. Potem mus rozgarnąć. Taka cegła najlepsza, długo prażona. Trzeba o nią dbać, bo to kosztowny towar, każdy to wiedział.
– Czterdzieści pięć groszy za tysiąc sztuk. Okazja, mości panie, w Krakowie płacą sześćdziesiąt groszy! – namawiał właściciel cegielni dobijający targu na placu.
Paszko nie wiedział, ile to może być czterdzieści pięć groszy. Sam zarabiał dwa grosze na tydzień. Za siedem dni pracy, bo glina, piec, ogień nie znają, co to niedziela. Strycharz, co cegły lepił rękami i ubijał w drewniane formy, dostawał dwa grosze na dzień. Strycharzem był ojciec Sobiecha.
Dwa grosze na dzień? To ile będzie za tydzień? – zastanawiał się Paszko, ale nie umiał tego wyrachować.
Sobiech powiadał, że mistrz bednarski zarabia najmniej sześćset groszy za rok pracy. Kto by mógł zrozumieć, ile to jest i jak wygląda tyle pieniądza?
Zajeżdżały wozy pełne drewna. Majster płacił dwa grosze za furę, ale chłop sam musiał towar zrzucić tam, gdzie parobek rąbał. Parobek powoli, oszczędzając siły, łupał pieńki siekierą. Piece były wiecznie głodne i pożerały wielkie ilości opału. Parobek rąbał i rąbał. Od świtu do zmierzchu.
– Paszkooo...! – zawołał majster i czknął, bo od rana wypił już dużo wina.
– Słucham, panie majster! – odpowiedział chłopak.
– Idziesz mieszać trzeci dół. Rachować umiesz? Ten przy samej rzece! Znasz?
– Znam, panie majster! – wrzasnął Paszko. Złapał drewnianą szuflę i pognał ku trzeciemu dołowi.
Glinę trzymano w kopcach przez rok. Przekopywano ją łopatami co miesiąc albo dwa, żeby nie skamieniała. Paszko przekopywał, nurzał się w niej, przerzucał łopatą.
Potem wrzucano ją do dołu, wbijano jaja, zalewano cebrami wody czerpanej z rzeki. Znowu robił to Paszko. W dole trzeba było mieszać, deptać, przewalać szuflą, znów deptać, dolewać wody. Zmieszać, zmieszać, zakręcić, zdeptać, zmieszać. Bez końca.
– A masz! A masz! – wołał Paszko, stojąc po pas w mokrej glinie.
Silnymi, zamaszystymi ruchami szufli wyrywał z gęstwiny wielkie kęsy brunatnej mazi, rozcinał je drewnianym orężem. Bawił się w wojnę i wyobrażał sobie, jak pokonuje wroga. Uwielbiał tę pracę. Nikt go nie karał za to, że krzyczy, że skacze, że tłucze z całych sił. Mógł robić to, co lubi.
Kolejne zanurzenie szufli wydobyło z gliny utopionego szczura. Chłopak zręcznie zgarnął go na drewno i z okrzykiem: „Łoooooł!” posłał zdechlactwo wprost do rzeki. Plusnęło.
– Ej, ty! Pacholiku! Ty, z łopatą!
Paszko chwilę mocował się z gliną, nim się zorientował, że wołają do niego.
Od strony statku uwiązanego do pomostu szło dwóch mężczyzn. Mieli na sobie czerwono-granatowe stroje. Spod wełnianych czapek spoglądały na chłopca twarze z niewielkimi bródkami. Ich ubrania nie były powalane błotem. Paszko pomyślał, że już dawno nie widział takich ładnych ludzi. Za nimi podążał trzeci. Nosił kaptur, za pasem połyskiwała mu drewniana pałka okuta żelazem.
– Czyjś ty jest? – spytał jeden z ładnych ludzi.
– Ojciec mój jest strażnikiem w grodzie – zawołał Paszko i wskazał głową za siebie, żeby zaznaczyć, że najbliższa brama do miasta właśnie tam się znajduje.
– A co tu robisz?
– Glinę mieszam – odpowiedział, zaskoczony, że z takim nieważnym pacholikiem jak on ktoś tak dostojny zaczyna rozmowę. – Ja tu, panie, mieszam i wodę noszę. Cegły robię, panie! – wyjaśnił chłopak.
Ładni ludzie pokiwali głowami.
– Cegły robisz... A wiele za to dostajesz?
– A dwa grosze na tydzień, panie! – pochwalił się stojący po pas w glinie pomocnik pomocnika pomocnika ceglarza. – Jeno jeden grosz oddaję ojcu, a drugi matce, to wychodzi, że nie dostaję nic – wytłumaczył Paszko.
Ci ze statku pokiwali głowami.
– Silnyś, widzę – rzucił ten z pałką za pasem. – Szuflą dajesz radę, to i wiosłem byś uradził, co?
– A co to jest wiosło? – Paszko wygramolił się z dołu. Błocko spływało mu z portek na trawę.
– Takie samo jak szufla, tylko dłuższe i wodę się tym rozpycha – padła odpowiedź.
Paszko wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– A! To! To ja znam, na rzece widziałem! Tylko nie wiedziałem, że to się tak zwie! – zawołał.
– Popłyń z nami. Dostaniesz trzecią część grosza na dzień, tylko dla ciebie, a jadło będzie darmo. – Człowiek uśmiechnął się i wskazał kciukiem korab. – Z nami zobaczysz to, czego nie ujrzysz przez całe życie w mieście. Silny jesteś, mocny w plecach, widno, że roboty się nie boisz – mówił.
Trzecią część grosza na dzień? Jadło? Podróże? Nowe światy? Paszko czuł, że kręci mu się w głowie.
– A kiedy wrócimy? – spytał.
– Za wiele dni. Może i za rok – usłyszał.
– Chodź z nami – dodał drugi. – Teraz, zaraz. Rzuć tę szuflę, niech nie gadają, żeś ukradł. Chodź.
Matula.
Ojciec z kijem.
Jagata, co wyrośnie na niewiastę, i ten wciąż do niczego niepotrzebny mały Gdewek.
Izba w pajęczynach, brudzie, myszach.
Paszko posłany do gliny.
Paszko, co nic nie umie. To może nauczy się wiosła?
I zobaczy inne miasta, inne kraje, inne wszystko?
Co powiedzą Sobiech i Miklasz?
Chyba nie da rady im opowiedzieć. Nie zdąży.
Teraz. Zaraz.
– Idę!
Wieczór sprawiedliwie otulał świat. Kupcy zapalali łuczywa, biedacy dokładali do pieca. Jedni stawiali na stołach oliwne lampy, inni wdychali ciężki zapach świec z łoju. Niedługo tego świecenia! Ojciec Paszka przemierzał ulice z pochodnią i drewnianą kołatką.
– Nooc! Nooc! Gasić światła! Gasić ognie! Spać! – basował strażnik.
I światła w oknach ciemniały. Kto palił ogień w nocy, mógł zostać ukarany. Pożar to najgorszy wróg miasta.
Miklasz zasypiał w swojej komnacie, w nocnym stroju. Nauczyciel pochwalił go na lekcji rachunków. To był dobry dzień.
Sobiech oparzył końce palców przy gotowaniu oleju. Cicho jęczał, zanim sen odebrał mu świadomość. Na ławach, na grubo rozrzuconym sianie spali czeladnicy. Pomocnicy czeladników musieli się zadowolić leżącymi na podłodze workami.
Myszy harcowały w sianie. Księżyc toczył się po niebie, nawet przez jakiś czas widać go było w wąziutkim okienku.
Paszko wykąpał się w rzece, piorąc gacie z tłustej, klejącej się do materiału gliny. Potem znosił pakunki na dno wielkiej łodzi. Wreszcie kazali mu się schować między beczkami, kiedy majster od cegieł zaczął wywrzaskiwać po całej okolicy jego imię.
Teraz przyzwyczajał się do korabia, który bujał się przy pomoście. Jutro o świcie popłyną gdzieś, gdzie ani Paszko, ani nikt z jego rodziny nigdy nie byli.
Chłopcu przypomniała się starka. Kto mu będzie teraz opowiadać bajania?
Sobiech powiadał, że zostanie czeladnikiem, a potem majster go wyzwoli i pozwoli iść w świat. Paszko lubił słowo „wyzwolić”, choć nie do końca je rozumiał. Teraz, nim zasnął, przyszło mu do głowy, że oto się właśnie wyzwolił. On sam.
Ciekawe, jaki to też jutro będzie dzień?
Czyli już wiecie, że najważniejszy przedmiot w średniowiecznej szkole to... rózga. Aż skóra cierpnie... My, szczury, nigdy nie bijemy swoich dzieci, dlatego ze zdumieniem przyglądamy się ludziom i ich metodom wychowawczym. Lanie było waszym sposobem nauczania i wychowywania chyba od zawsze. I niestety, choć wiele się już zmieniło na lepsze, nadal jeszcze niektórzy dorośli mają takie bezwzględne podejście do sprawy.
Kara miała boleć. Kara miała być przestrogą. I w szkole, i w życiu. Dlatego wyroki śmierci wykonywano publicznie, na rynku, a złodziejaszek skazany na przykucie do pręgierza i obrzucanie gnojem i tak był szczęśliwy, że nie skończyło się na przykład ucięciem ręki przez kata. Życie było o wiele bardziej brutalne niż dziś. Dlatego nikogo nie dziwiły zabawy czy gry, po których chłopaki wracały do domu bez zębów albo ze zwichniętą ręką.
Pewnie zastanawiacie się, dlaczego dzieci i nastolatki musiały chodzić do pracy. Bo takie były czasy, moi mili! Kto już mógł pracować – szedł pracować i zarabiać. Kto był bogatszy, ten mógł wysłać syna do szkoły albo na naukę zawodu. A córkę? Niestety, nie! Dziewczynek do szkół nie przyjmowano. Uczyły się codziennych obowiązków przydatnych w dorosłym życiu.
Słucham? Ktoś właśnie zapytał, czy dzieci miały wówczas jakieś prawa? No nie bardzo. Właściwie wcale. W tamtych czasach każdy do kogoś należał. Do króla należał rycerz, który posiadał zamek i wsie, do rycerza jego poddani, chłopi i mieszczanie. Każdy miał nad sobą jakiegoś pana władcę. Dzieci należały do rodziców, którzy mieli nad nimi pełnię władzy, żony do mężów, czeladnicy do swych mistrzów. Sobiech nie należał już do rodziców, ale do majstra, dopóki u niego uczył się zawodu. Paszko wyzwolił się z bardzo niefajnego życia. Oby tylko jego nowi panowie też nie zrobili z niego taniej siły roboczej...
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------