Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Skradzione szepty. Wezwana. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 września 2025
42,99
4299 pkt
punktów Virtualo

Skradzione szepty. Wezwana. Tom 1 - ebook

Gdy raz usłyszysz szept magii, nie wrócisz do zwyczajności

Zorya Frostvale, tłumaczka starożytnych ksiąg, wiedzie spokojne życie w Nowym Świecie. Jej codzienność wypełnia szelest papieru i zapach wiekowych tomów – aż do dnia, gdy podczas spaceru po lesie znajduje medalion, który zaczyna szeptać jej imię.

W jego wnętrzu ukryty jest Nyxander, mężczyzna z innego świata, błagający o pomoc w ocaleniu królestwa Lunirii. Za jego namową Zorya wyrusza do Obozu Łowców w niezwykłym Elderheim, gdzie odkrywa swoje dziedzictwo: moc empatii, zdolność czytania myśli i współodczuwania z istotami magicznymi. Dar, który może odmienić los całej krainy… lub stać się przekleństwem, wystawiającym ją na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Sekrety starożytnego rodu czarownic, zakazane sojusze i prawda o medalionie wkrótce wyjdą na jaw. Zorya trafi w sam środek gry, w której nikt nie rozdaje kart uczciwie… i trudno przewidzieć wynik tej partii.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8373-930-4
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Las mówił tylko do mnie. Tego dnia robił to wyjątkowo głośno i niepokojąco wyraźnie.

Choć wiedziałam, że niedługo zapadnie zmrok, zapuszczałam się w głąb lasu, by dowiedzieć się więcej. Lęk zszedł na dalszy plan, wydawał się odległy, bezzasadny. Zahipnotyzowana szłam przed siebie, w głowie słysząc opowieść wysokich sosen i świerków; była piękna i straszna. Las szeptał o sekretach, bohaterstwie i ucieczce, o miłości i śmierci. Snuł historię o ludziach, duchach, potworach i bogach. Czułam to wszystko tak, jakbym sama to przeżywała.

Coś wołało mnie po imieniu: Zoryo, Zoryo… Głos był tak wyraźny, że zaniepokojona rozejrzałam się dookoła, by sprawdzić, czy na pewno jestem sama. Zacisnęłam palce na rękojeści noża, który trzymałam w wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki. Choć wiedziałam, że nie zdążę odwinąć go z materiału, którym go zabezpieczyłam, jego obecność dawała mi pozorne poczucie bezpieczeństwa.

Nie słyszałam żadnego ruchu. Tylko ten głos. A ten wabił mnie i przyciągał.

Zamknęłam oczy. Nie pogrążyłam się jednak w ciemności. Przede mną znajdowała się najpiękniejsza jabłoń, jaką mogłam sobie wyobrazić. Zielone od liści gałęzie zdawały się niemal uginać pod licznymi owocami. Jabłoń była otoczona łuną światła, a ja czułam, że to właśnie z niej wydobywał się głos, który mnie przywoływał. Gdy otworzyłam oczy, drzewo zniknęło. Znów widziałam tylko las. Ponownie zacisnęłam powieki i ruszyłam przed siebie po omacku. Zatrzymałam się dopiero, gdy jabłoń znalazła się w zasięgu mojej dłoni.

Głos ucichł.

Dotknęłam pnia. Nic się nie wydarzyło. Rozejrzałam się nerwowo i obeszłam drzewo dookoła. Moje palce zetknęły się z wąską szczeliną, w której połyskiwał przedmiot. Bez zastanowienia sięgnęłam po niego, a gdy tylko to zrobiłam, obrazy i dźwięki zaczęły nakładać się na siebie w mojej głowie. Jeden z nich się wyróżniał, rozpoznałam w nim znajomą barwę i to na nim się skupiłam.

To on znał moje imię, to on mnie wołał.

I wtedy zrozumiałam. To o mnie opowiadał ten przedmiot. To tutaj od dłuższego czasu chciał przyprowadzić mnie las.

W tym miejscu miała zacząć się moja historia.ROZDZIAŁ I

Na moje niewielkie mieszkanie w centrum Verdin składały się: salon z częścią kuchenną, osobna sypialnia i łazienka. Utrzymywałam wnętrze w stanie względnego porządku pozwalającego mi w miarę godnie żyć, ale nie czułam się przywiązana do tego miejsca. Dlatego też duża część moich rzeczy znajdowała się w sypialni w kartonach i walizkach stojących dookoła dużego łóżka pełnego miękkich poduszek. Nigdy nie znalazłam w sobie chęci, by poukładać swoje ubrania i osobiste rzeczy w szafach czy komodzie, tak jakby zrobienie tego miało świadczyć o tym, że zatrzymam się tu na zawsze. Trzymałam się zasady, że dopóki przedmioty są _gdziekolwiek_ schowane, można powiedzieć, że panuję nad chaosem.

Niestety, bardziej dociekliwy obserwator na pewno zauważyłby, że drewniany parkiet już od dłuższego czasu prosił się o odświeżenie, a zasłony o dokładne wypranie. Salon był zastawiony półkami z książkami, słownikami i magazynami o modzie sprzed kilku lat. Lubiłam przeglądać te ostatnie, by dać umysłowi odpocząć po godzinach ciężkiej pracy ze starożytnymi dialektami.

Po wejściu do pomieszczenia natychmiast zapaliłam kilka pachnących świec, a następnie wzięłam w dłoń szałwię hiszpańską. Białe gałązki dymiły na podstawce, rozpieszczając mnie przyjemnym zapachem. Usiadłam w fotelu w salonie i zaczęłam wpatrywać się w ciemnozielony amulet na cienkim, srebrnym łańcuszku. Kamień, najprawdopodobniej szmaragd, kształtem przypominał liść. Otaczały go pnącza mniejszych, srebrnych ornamentów roślinnych. Był piękny, kojarzył mi się z baśniowymi elfami, o których kiedyś opowiadała mi babcia.

Odkąd wyciągnęłam go ze szczeliny w pniu jabłoni, nic już nie mówił. Wszystko, co spotkało mnie w lesie, teraz było tylko przebłyskiem wspomnień. Mimo to naszyjnik wydawał mi się dziwnie znajomy, choć mogłabym przysiąc, że nigdy wcześniej nie miałam go w rękach. Nie czułam się też, jakbym go ukradła. To było trochę tak, jakby on od zawsze do mnie należał. Miałam nadzieję, że nie są to słowa, które powtarza sobie każdy złodziej, i że nie dołączyłam właśnie do tego wątpliwie zacnego grona.

Po raz pierwszy odważyłam się dotknąć naszyjnika czubkiem palca. Wcześniej kierowana ostrożnością chwyciłam go przez gruby materiał swetra.

– _Witaj, Zoryo. Najwyższy czas, byśmy się poznali._

Odskoczyłam, gwałtownie przyciągając rękę ponownie do siebie. Tym razem nie widziałam obrazów, tylko ciemność; szepczący głos był muzyką dla mojego umysłu. Niewątpliwie należał do mężczyzny i brzmiał znajomo. Określiłabym jego ton jako głęboki i niski, ale wyraźnie słyszałam też delikatnie zawadiacką nutę, jakby jego właściciel się uśmiechał.

Z wysiłkiem odepchnęłam od siebie uporczywe myśli, że popadam w obłęd. Choć może tak właśnie było?

– _Czym jesteś? _– zapytałam w myślach.

Cisza trwała zaledwie kilka sekund, ale wydawało mi się, jakbym czekała na odpowiedź w nieskończoność. Tak jakby przybywała do mnie z odległej krainy, równoległego świata.

– _Kim_, _ale biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy_…_ –_ głos w naszyjniku zamilkł na chwilę, jakby się skrzywił – …_nie czuję się urażony. Przyjdzie czas, bym zdradził ci swoje imię. Chciałbym móc przedstawić się w należyty sposób. Uwolnij mnie z naszyjnika, a odpowiem na wszystkie twoje pytania._

_– Nie zamierzam robić niczego takiego. Nie żebym potrafiła lub w ogóle miała jakiekolwiek pojęcie, jak uwalnia się męskie głosy z biżuterii._

Starałam się brzmieć stanowczo, jednak mój głos lekko zadrżał. W odpowiedzi usłyszałam cichy śmiech, a przed oczami zobaczyłam zakapturzoną postać. Był to wysoki, szczupły mężczyzna. Spod płaszcza wyzierała jego blada skóra, lecz twarz pozostała ukryta.

– _Jeszcze nie powiem, kim jestem. Nie miałoby to dla ciebie sensu_ – zauważył. – _Ale może znacznie cenniejsza byłaby dla ciebie informacja, kim ty jesteś?_

Nie odezwałam się. Czekałam, aż nieznajomy rozwinie swoją myśl.

Kim jestem? Doskonale wiedziałam, kim jestem. Zwykłą dwudziestopięcioletnią kobietą, która kocha bujać w obłokach. Co rano wstawałam do pracy w starej księgarni z antykami i tłumaczyłam spisane kilkaset lat temu teksty, tak jakby miały się one komukolwiek jeszcze do czegoś przysłużyć. Później chodziłam na długie spacery po lasach i słuchałam szumu liści, wyobrażając sobie historie nieznanych ludzi. Wieczorem uwielbiałam w towarzystwie lampki czerwonego wina zatopić się w lekturze banalnego romansu.

W mojej głowie znów rozległ się krótki, męski chichot. Zarumieniłam się. Ten głupi amulet zaczynał działać mi na nerwy.

– _Jesteś kimś o wiele więcej, Zoryo. Jesteś łowczynią._

Łowczynią? Naprawdę trafne określenie, skoro na co dzień nie potrafiłam nawet upolować muchy. W tym momencie uderzyła mnie myśl, że może to pomyłka i że naszyjnik trafił w niepowołane ręce. W moje ręce.

Wypuściłam zielony kamień z rąk, aby uniemożliwić nieznajomemu czytanie mi w myślach. Być może w ten sposób narażałam się na jego gniew. Czy to mogło być dla mnie niebezpieczne? Czy powinnam ciągnąć tę grę i zachowywać się naturalnie, żeby zminimalizować ryzyko? Czy głupi naszyjnik mógł mi w ogóle jakoś zagrażać? Wszystkie te pytania kłębiły się w mojej głowie. Nie dopuszczałam do siebie tylko jednej myśli: że słowa głosu z amuletu mogą okazać się prawdą.

Zrobiłam w głowie szybki bilans możliwych zysków i strat, po czym zdecydowanie chwyciłam amulet.

– _Mów dalej._

_– Czy nigdy nie wydawało ci się, że jesteś inna od reszty? Że widzisz i słyszysz więcej? Że jesteś wyjątkowa?_

– Myślę, że bardzo wiele osób tak siebie postrzega.

_– Czy brałaś pod uwagę, że w twoim przypadku to prawda?_

Zniecierpliwiłam się na myśl, że tajemniczy głos uznał mnie za wystarczająco naiwną, bym nabrała się na tak banalny tekst.

– _Co to znaczy, że jestem łowczynią? Łowczynią czego_? – zapytałam z naciskiem, zmieniając temat.

– _Demonów, oczywiście._

Ciarki przeszły mi po plecach. Miałam wrażenie, że śnię. Nie wiedziałam, czy mogę ufać swoim zmysłom. Tym razem nie zamierzałam przerywać dialogu, chciałam dowiedzieć się jak najwięcej i dopiero wtedy podjąć decyzję, co zrobić z tym – jakkolwiek abstrakcyjnie by to brzmiało – gadającym naszyjnikiem.

– _Demonów już dawno nie ma. Wyginęły setki lat temu, nie ma nawet twardych dowodów, że kiedykolwiek istniały. Są jak elfy._

_– Jeśli szukasz dowodów nie tam, gdzie trzeba. W moim świecie… naszym świecie… demony wciąż istnieją. Stają się potężniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, przybierają postać niebezpiecznych istot, zarówno pięknych, jak i przerażających. Łowców jest za to coraz mniej. Dlatego jesteś potrzebna i dlatego po ciebie przybyłem._

_– Potężny posłaniec ukryty w damskiej biżuterii?_

Ten żart nie rozśmieszył go tak bardzo jak wizja mnie czytającej romanse i marzącej o księciu na białym koniu, który zabierze mnie z miejsca, gdzie dominują małostkowi przedstawiciele klasy średniej, dla których szczytem ambicji jest szybki ożenek, gromadka dzieci i posada, której nie trzeba się wstydzić, spotykając z rodziną raz na kilka miesięcy przy okazji jakiegoś święta.

– _Rozumiem, że nie traktujesz mnie poważnie_ – usłyszałam głos, który teraz mówił jakby przez zęby. – _Dlatego wolałbym, abyś jednak ponownie rozważyła uwolnienie mnie._

_– Co nazywasz swoim światem? I czego właściwie ode mnie chcesz… oprócz uwolnienia?_

Poczułam na dłoni przyjemne ciepło.

– _Musisz dołączyć do szkolenia. Nauczyć się kontrolować swoją magię, wykorzystywać ją w odpowiedni sposób. A później… pomóc mi uratować Lunirię. A może i cały Elderheim. Jedyne, czego potrzebujesz, to dobrych nauczycieli, a tak się składa, że wiem, gdzie oni są. Zaprowadzę cię tam, Zoryo, mogę to zrobić nawet teraz._

Jaką _moją magię_ miał na myśli ten naszyjnik? Czułam się coraz bardziej zaniepokojona. To, co się działo… było totalnie chore. Już miałam cisnąć biżuterię w kąt, gdy nagle przed moimi oczami ukazał się widok miejsca, które przypominało obóz wojskowy, otoczony ciemnozielonym lasem. Czułam, że najprawdopodobniej pozostawał ukryty za pomocą jakiejś magii, gdyż drzewa rosły tam nienaturalnie gęsto, a sama osada rozpościerała się na idealnej polanie, na której nawet trawa wydawała się skoszona jakby od linijki. W centrum obozu znajdowały się dwa większe namioty. Jeden był ciemnogranatowy i otaczała go specyficzna jasna aura. Drugi zaś miał barwę czerwieni, a przy jego wejściu widniał ogromny symbol słońca. Dookoła nich zauważyłam mniejsze namioty, było ich kilkadziesiąt.

Moje spojrzenie spoczęło na placu, na którym rozłożono przeszkody: płotki, równoważnie, tunele, ciężary, tarcze i cele. Kłębiło się tam mnóstwo ludzi. Wielu z nich było muskularnych, lecz nie wszyscy. Niektórzy mieli na sobie wojskowy oręż i broń, jednak wśród obozowiczów dało się również wypatrzeć postacie odziane w luźne ubrania, niczym nieprzypominające stroju do walki.

Przenieśliśmy się bliżej ciemnogranatowego namiotu. Stamtąd usłyszałam dziwne dźwięki; nie przypominały one odgłosów wydawanych przez żadne żywe stworzenie, jakie spotkałam na swojej drodze. Zaciekawiło mnie to. Przysłuchiwałam się im przez chwilę, starając się dopasować dźwięk do znanych mi istot. Wycie i warczenie przypominało trochę wilka…

– _Nawet jeśli istnieje jakiś obóz, to co ja miałabym tam robić?_ – zapytałam ostrożnie. – _Nie umiem walczyć. I nie będę nawet komentować tego, co powiedziałeś o ratowaniu Luny i Eldercośtam. Wybacz, ale jeśli masz mnie za jakąś uśpioną wojowniczą księżniczkę, to nie ten adres._

_– Lunirii i Elderheim_ – powtórzył cierpliwie głos, z naciskiem wymawiając nazwy, które celowo przekręciłam, by podkreślić, jak bardzo nie nadaję się do wspomnianego zadania. – _Nie masz za dużego wyboru. Oni wiedzą już o twoim istnieniu. Gdybyś ty nie znalazła mnie, oni znaleźliby cię pierwsi. To twoja moc przyprowadziła cię do mnie. Jednak to nic w porównaniu z tym, co jeszcze możesz zrobić. Ale żeby przeżyć, musisz nauczyć się walczyć. Po to ten obóz. Zdaję sobie sprawę, że nie jesteś wojowniczą księżniczką, ale dopuść chociaż do siebie możliwość, że masz potencjał._

Potrzebowałam chwili, by przetrawić jego słowa, więc przyciągnęłam dłonie do klatki piersiowej, zostawiwszy amulet na drewnianym stoliku. Gdyby nie wszystkie książki fantastyczne i baśnie, które przeczytałam, oraz moja szalona wyobraźnia, która pozwalała mi uwierzyć w to wszystko, pewnie od razu udałabym się do lekarza. Jednak co miałam do stracenia? Tutaj ciągle tylko na coś czekałam. Tam, jeśli to „tam” w ogóle istniało, miałam szansę zacząć działać.

Myśl o tym, że każdy mój dzień mógłby przestać wyglądać tak samo, była bardzo kusząca. Popychała mnie do ciągnięcia tej rozmowy, zupełnie tłumiąc zdrowy rozsądek starający się przebić przez zachęcające wizje i wykrzyczeć mi do ucha, że to po prostu jakiś żart uknuty przez Donnę Norman, sprzedawczynię w naszej księgarni, która ewidentnie mnie nie lubiła i przy każdej okazji nazywała mnie cichą dziwaczką.

– _W najgorszym wypadku po prostu wybierzesz się na tygodniowy urlop. Chyba przyda ci się odpoczynek, co?_

_– Brzmi uczciwie_ – powiedziałam niepewnie, ale w głębi duszy podjęłam już decyzję. – _Dobrze, niech będzie. Samotna podróż poza Verdin może… poszerzyć moje horyzonty. Dokądkolwiek mnie zaprowadzi._

_– Czeka cię długa podróż. Spakuj się, ale… zadbaj o selekcję. Z twoją kondycją przeprawa nie będzie łatwa. Swoją drogą, nad tym też trzeba będzie popracować._

Nie wzięłam jego uwagi do siebie, jako że ambicje, by stać się mistrzynią sportu, miałam już dawno za sobą.

Zebrałam się na odwagę i zawiesiłam amulet na szyi. Gdy ciepło rozlało się po mojej klatce piersiowej, poczułam, że tego właśnie ode mnie oczekiwał. W tym samym momencie zwątpiłam w słuszność swojej decyzji. Wiedziałam jednak, że nie było już odwrotu, bo nawet jeśli nigdzie nie pójdę, moje życie już przewróciło się do góry nogami i dopóki nie sprawdzę, o czym mówi ten naszyjnik, nie zdołam myśleć o niczym innym.

Uznałam, że głos z amuletu będzie musiał opowiedzieć mi jeszcze o wielu rzeczach. Na szczęście mieliśmy na to całą podróż. Tymczasem czekało mnie pożegnanie z moim dotychczasowym życiem. Czułam strach mieszany z ekscytacją. Wiedziałam, że w pierwszej kolejności muszę udać się do księgarni. Tam moja tygodniowa nieobecność na pewno nie pozostanie niezauważona.

Wyszłam z domu, chwyciwszy w biegu torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami.

***

Verdin w godzinach popołudniowych było zatłoczone, dlatego niełatwo przebiłam się przez miasto. W myślach przygotowywałam już sobie, co powiedzieć.

„Moja ciotka, o której nigdy wcześniej nie wspomniałam, nagle się rozchorowała i muszę wyjechać, by się nią zaopiekować. Może nie być mnie około tygodnia”.

Nikt przecież nie podważy konieczności opieki nad starą, schorowaną kobietą. A ja nie będę mieć wyrzutów sumienia, że używam ciotki jako wymówki, bo… cóż, żadnej ciotki nie mam. Moi rodzice nie mieli rodzeństwa. O tym jednak nikt w pracy nie wiedział.

Przebiłam się przez ruchliwą, kamienistą uliczkę i pchnęłam ciężkie drzwi. Od razu zadzwonił dzwonek, a mnie dobiegł mój ulubiony zapach ksiąg i papieru.

– Spóźniłaś się.

Donna wyszła z zaplecza. Jej usta były zaciśnięte tak mocno, że utworzyły ledwo widoczną kreskę. Zirytowana, przyciskała ramiona do piersi. Jej farbowane blond włosy pokryte były tak grubą warstwą lakieru, że gdy się poruszała, one wydawały się zostawać w miejscu.

– Tak. Przepraszam. Coś mi wypadło. To znaczy… właśnie w tej sprawie muszę porozmawiać z Margaret.

– Margaret już wie, że się spóźniłaś. – Donna uśmiechnęła się wrednie. – Musiałam ją poinformować, zdajesz sobie chyba z tego sprawę. Nie jest zadowolona.

– Świetnie – mruknęłam. – Będę na zapleczu.

– Zawsze na zapleczu – zaświergotała kobieta.

Och, jak ona działała mi na nerwy! Nawet w obliczu tak niespotykanej sytuacji, w jakiej się znalazłam, nie potrafiłam przestać myśleć o tym, żeby rzucić w nią czymś ciężkim. Na przykład encyklopedią, najgrubszym tomem. Tym z wyrazami na litery od A do F.

Wtedy przypomniałam sobie, że chociaż przez chwilę – dopóki to wszystko nie okaże się jakąś bajką – nie będę musiała jej oglądać.

Aż do momentu, gdy z podkulonym ogonem wrócę do pracy.

Albo już nigdy, jeśli okaże się, że zwariowałam, i po prostu zamkną mnie w zakładzie dla psychicznie chorych.

Skierowałam się do tylnej części sklepu. Margaret siedziała za biurkiem. Jej wielkie czerwone okulary osunęły się lekko na nosie. Rozwichrzone włosy w kolorze ciemnego brązu spięła na czubku głowy w niechlujny kok.

Stosy papierów do przejrzenia zajmowały niemal cały blat. Niektórzy zastanawiali się, jak ona jest w stanie odnaleźć się w takim natłoku rzeczy i przedmiotów. Ja pracowałam podobnie, więc ją rozumiałam.

– Margaret – wyrwałam ją cicho z zamyślenia.

Poderwała głowę, niezadowolona, że ktoś jej przeszkadza.

– Czego? – burknęła.

Podeszłam do niej i na jednej z kupek dokumentów położyłam lekko pozwijaną kartkę. Wzięła ją do ręki i podetknęła sobie pod nos.

– Co to jest? – zapytała, choć już znała odpowiedź. Chciała to usłyszeć ode mnie.

– Wniosek. O urlop – dodałam i wskazałam brodą na trzymaną przez nią kartkę. – Tylko tydzień… tam jest wszystko napisane.

Margaret jeszcze raz pochyliła się nad wnioskiem. Zaczęłam nerwowo przestępować z nogi na nogę. Czytała dokument raz za razem. Jeszcze raz podniosła na mnie wzrok znad czerwonych oprawek.

– Nigdy nie bierzesz urlopów.

– Moja ciotka… jest chora. – Kłamstwo z trudem przeszło mi przez gardło. Nienawidziłam kłamać, nie umiałam tego robić i każda moja próba zabawy w półprawdy kończyła się fiaskiem.

– Nigdy nie słyszałam, że masz ciotkę w… – rzuciła okiem na kartkę – …Oniexo. To daleko stąd.

– Mam – powiedziałam szybko. – Dlatego muszę wyruszyć już jutro. Przepraszam, że składam wniosek tak późno.

Księgarka wpatrywała się we mnie badawczo. Byłam pewna, że powie, że nie ma mowy o żadnym urlopie. Tak naprawdę chyba bardzo chciałam, by tak powiedziała. Czekałam na jej odmowę z zapartym tchem. Ona jednak westchnęła głośno i wzruszyła ramionami.

– Dobrze. Tydzień.

Chwyciła pieczątkę, którą jakimś cudem bez problemu odnalazła na swoim zagraconym biurku, i przybiła ją na kartce.

Fantastycznie. Teraz nie mam już wyjścia.

Nawet gdybym chciała poświęcić ten tydzień na zasłużony odpoczynek i zdecydowałabym po prostu posiedzieć w domu, nie udałoby się to z dwóch powodów. Po pierwsze Donna już podsłuchała moją rozmowę z Margaret i byłam pewna, że uruchomi wszystkie swoje możliwości szpiegowskie, by dowieść, że żadnej ciotki w Oniexo nie ma. Będzie wystawać pod moim domem i sprawdzać, czy rzeczywiście gdzieś pojechałam. Pozostawało mi więc niewiele czasu, jeśli moje kłamstwo miało nie wyjść na jaw. Drugim, ważniejszym powodem było moje ogromne pragnienie, by dowiedzieć się, czy rzeczywiście coś tak nierealnego, jak historia, o której usłyszałam podczas rozmowy z „duchem z naszyjnika”, jak roboczo nazwałam tajemniczy głos, mogło być prawdą. Czy obóz pokazany mi przez postać ukrytą w amulecie istniał w rzeczywistości? By się o tym przekonać, musiałam zobaczyć to na własne oczy.

Chwyciłam kartkę, podziękowałam Margaret i wyszłam z zaplecza. Ta w odpowiedzi tylko machnęła ręką na pożegnanie i automatycznie życzyła mojej ciotce zdrowia. Czułam, jak płoną mi policzki.

– A jak ma na imię ta twoja ciotka, Zoryo? – Donna siedziała za ladą i oglądała swoje paznokcie.

– Helena – powiedziałam.

Byłam pewna, że wie, że kłamię, choć nie dałam tego po sobie poznać. Imię przygotowałam sobie już wcześniej.

– Helena… Frostvale? Czy…?

– Naprawdę muszę już lecieć. Do zobaczenia za tydzień, Donna!

Wybiegłam z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi. Słyszałam, jak dziewczyna coś jeszcze wykrzykuje, jednak jej słowa zagłuszył zawieszony nad drzwiami dzwonek i ruch uliczny.

Od teraz byłam zdana tylko na siebie i swoje szaleństwo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij