Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Skradzione życie Colette Marceau - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Skradzione życie Colette Marceau - ebook

Kristin Harmel powraca z emocjonującą nową powieścią o bezcennej bransoletce zaginionej w Paryżu w 1942 roku oraz poszukiwaniu prawdy o morderstwie dziewczynki sprzed dziesięcioleci.

Paryż, lata 30. XX wieku. Mała Colette dorasta w rodzinie, która od pokoleń żyje według zasady: zabierać bogatym i okrutnym, by pomagać skrzywdzonym. Gdy nad Europą gromadzą się ciemne chmury wojny, jej los splata się z historią zaginionych klejnotów, miłości i zdrady.

Boston, 2018. Colette ma dziewięćdziesiąt lat – i wciąż pracuje. Każda z jej kradzieży ma cel, a każda zdobyta perła czy diament kryją tajemnicę przeszłości, której nigdy nie udało się do końca pogrzebać.

Autorka bestsellerów Żona winiarza, Księga Utraconych Imion i Paryska córka powraca z opowieścią o kobiecie, która straciła w czasie wojny matkę oraz czteroletnią siostrę, ale mimo przeciwności losu do końca wierzy, że sprawiedliwość jest cenniejsza niż złoto

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68725-22-3
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

_Dzię­kuję wspa­nia­łemu zespo­łowi onko­lo­gów wal­czą­cych z rakiem w Adven­tHe­alth, Flo­rida Can­cer Spe­cia­li­sts oraz w Win­ter Park Con­cierge Care. Ze szcze­gólną aten­cją myślę o leka­rzach: Anu Saigalu, Sona­lee Shroff, Afshin Foro­uzan­nii, Rochelle Dray­ton, Tarze Tho­mas, Clarku Roger­sie i Nehi Doshi._

_Dzię­kuję tysiącom czy­tel­ni­ków, któ­rzy przy­sy­łali listy, mejle, ese­mesy i pre­zenty, żeby pomóc mi przejść przez naj­ciem­niej­sze dni walki z rakiem piersi w latach 2022–2023._

_I tu ape­luję do wszyst­kich kobiet, które zwle­kają z wyko­na­niem mam­mo­gra­fii i innych zale­ca­nych badań prze­sie­wo­wych w kie­runku raka piersi. Pro­szę, umów­cie się na nie już dziś. To może ura­to­wać wam życie._PROLOG

Bliź­nia­cze bran­so­letki ujrzały świa­tło dzienne w ponie­dzia­łek w maju 1927 roku. Stwo­rzył je pary­ski złot­nik dla jed­nego ze swo­ich naj­lep­szych klien­tów, Salo­mona Rosmana, któ­rego rodzina od poko­leń zaj­mo­wała się han­dlem dia­men­tami.

Złot­nik nazy­wał się Max Besner, a jego pasję sta­no­wiło two­rze­nie dzieł, które, jak miał nadzieję, prze­żyją go o setki lat. Wie­rzył, że jeżeli w pracę oprócz talentu wkłada się serce, jeżeli używa się naj­czyst­szych kamieni szla­chet­nych i naj­do­sko­nal­szych metali, to powstałe pre­cjoza będą prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie przez długi czas.

Besner uwiel­biał wyzwa­nia i zamó­wie­nie Salo­mona Rosmana napa­wało go dumą.

– Przy­ja­cielu, tylko ty jeden w całej Fran­cji potra­fisz to zro­bić – powie­dział Rosman, wrę­cza­jąc mu mie­szek z bry­lan­tami. – Chcę, żeby Hélène wie­działa, jak bar­dzo ją kocham i jaką miło­ścią darzę nasze dzieci.

– Bliź­nięta, drogi przy­ja­cielu – odparł roz­pro­mie­niony Besner – to bło­go­sła­wień­stwo.

Dzień wcze­śniej żona Rosmana uro­dziła dwójkę zdro­wych dzieci, syna Daniela i córkę, któ­rej dali na imię Ruth.

– Rze­czy­wi­ście – zgo­dził się z nim Rosman gło­sem nabrzmia­łym ze wzru­sze­nia. – Chcę, żeby dzieci kie­dyś odzie­dzi­czyły te bran­so­letki. A ponie­waż jest ich dwoje…

– Muszę zro­bić dwa egzem­pla­rze – dokoń­czył Besner.

– Jed­nak moja żona musi je nosić jako całość – zastrzegł Rosman. – Piękne osobno, lecz razem sil­niej­sze.

– Tak jak twoje dzieci, które zawsze będą wza­jem­nie się wspie­rać – pod­su­mo­wał z uśmie­chem Besner. Wyjął spod lady tacę wyło­żoną aksa­mi­tem i uno­sząc brew, spoj­rzał na Rosmana, a gdy ten ski­nął głową, wysy­pał kamie­nie na tackę, z tru­dem tłu­miąc wes­tchnie­nie na widok ich liczby i olśnie­wa­ją­cego piękna: dosłow­nie kon­ste­la­cji małych, dosko­na­łych gwiazd. – Są ich tu setki – zdo­łał powie­dzieć. Miał tylko nadzieję, że nie wytrzesz­cza oczu, bo jeśli Rosman zauważy, jak bar­dzo złot­nik jest pod wra­że­niem, to nie daj Boże uzna, że on nie jest odpo­wied­nim czło­wie­kiem do tego zle­ce­nia.

– Jaki poży­tek z klej­no­tów, kiedy leżą w szu­fla­dzie, pokry­wa­jąc się kurzem? – ode­zwał się Rosman. – Nie, one muszą ożyć. Zbie­ra­łem je przez kilka ostat­nich lat.

Besner pęsetą ostroż­nie roz­gar­niał leżący przed nim mają­tek, obra­cał nie­które kamie­nie, sza­co­wał, oce­niał. Jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach. Patrzył na mie­niące się bry­lanty i oczyma duszy widział, jak mógłby je połą­czyć, aby stwo­rzyć coś nie­zwy­kłego, coś, czego świat jesz­cze nie widział. Już w myślach ukła­dał nie­biań­ski wzór: księ­życ, niebo i gwiezdne prze­strze­nie.

– Myślę, że zro­bię… – zaczął i urwał, bo stało się coś nie­zwy­kłego. Przez otwarte okno wysoko nad robo­czym sto­łem do środka wle­ciał motyl, pierw­szy, jakiego Besner widział tej wio­sny, i jedyny, jakiego kie­dy­kol­wiek widział w tych murach. Jego pra­cow­nia mie­ściła się na rue Cho­ron, w pobliżu Grande Syna­go­gue de la Vic­to­ire, w spo­rej odle­gło­ści od któ­re­go­kol­wiek z roz­le­głych pary­skich par­ków. Świat z cementu i cegieł za drzwiami pra­cowni nie był przy­ja­znym miej­scem dla takich stwo­rzeń.

Jed­nak motyl wcale nie był spło­szony. Wręcz prze­ciw­nie, zda­wał się wie­dzieć, dokąd zmie­rza. Sfru­nął i przy­siadł na ran­cie pokry­tej aksa­mi­tem tacki z klej­no­tami, jakby też chciał usły­szeć, jaki złot­nik ma plan.

Besner już nie myślał o noc­nym nie­bie. Wpa­try­wał się w to zachwy­ca­jące stwo­rze­nie o śnież­no­bia­łych skrzy­dłach, któ­rych brzegi wyglą­dały jak zanu­rzone w atra­men­cie.

– _Pie­ris bras­si­cae_ – powie­dział Rosman z uśmie­chem. – Ulu­biony motyl mojej żony. Ona twier­dzi, że jest sym­bo­lem powo­dze­nia i rów­no­wagi na świe­cie.

Besner nie odry­wał wzroku od motyla na tacce. A ten, jakby się popi­su­jąc, powoli roz­kła­dał i skła­dał wspa­niałe skrzy­dła. Chwy­tały świa­tło w spo­sób rów­nie magiczny i nie­praw­do­po­dobny jak migo­tliwe bry­lanty roz­sy­pane przed dwoma męż­czy­znami i w jed­nej chwili złot­nik miał już gotową odpo­wiedź. Pod­niósł wzrok na klienta.

– Zatem żona dosta­nie bran­so­letki wzo­ro­wane na motylu.

– Na motylu? – W gło­sie Rosmana pobrzmie­wało powąt­pie­wa­nie.

Jubi­ler pochy­lił się, aby lepiej się przyj­rzeć skrzy­dłom owada.

– Bliź­nia­cze bran­so­letki – mówił powoli, a w jego gło­wie bry­lanty two­rzyły wzór niczym ele­menty ukła­danki, którą tylko on potra­fił zoba­czyć. – Osobno będą wyglą­dać jak płatki lilii. Razem jak piękny motyl.

Rosman spoj­rzał naj­pierw na bry­lanty, a potem na motyla. Owad zda­wał się roz­wa­żać pomysł złot­nika. A potem jakby uznał, że decy­zja zapa­dła, i ode­rwał się od brzegu tacki. Zawisł na moment w powie­trzu pomię­dzy dwoma męż­czy­znami i wachlu­jąc skrzy­deł­kami, wzbił się ku oknu i odle­ciał.

Rosman sku­pił spoj­rze­nie na Besne­rze.

– Świetny pomysł – pochwa­lił go. – Razem z Hélène obda­rzymy nasze dzieci skrzy­dłami, żeby mogły wysoko wzle­cieć.

Złot­nika prze­biegł dreszcz pod­nie­ce­nia. To był ten rodzaj emo­cji, który towa­rzy­szył mu za każ­dym razem, kiedy czuł, że stoi u progu cze­goś wiel­kiego.

– Jak sobie życzysz, przy­ja­cielu – powie­dział. – Ode­zwę się do cie­bie jesz­cze w tym tygo­dniu i pokażę kilka szki­ców.

Trzy mie­siące póź­niej bran­so­letki były gotowe i Rosman mógł zro­bić nie­spo­dzie­wany pre­zent Hélène. Daw­niej, jako młody męż­czy­zna, nie przy­pusz­czał, że widok wła­snych dzieci i ich pięk­nej matki o kru­czo­czar­nych wło­sach będzie wypeł­niać jego serce takim szczę­ściem. Cza­sami miał wra­że­nie, że z miło­ści roz­pad­nie się na kawałki. Ponie­waż wylew­ność nie leżała w jego natu­rze i trudno mu przy­cho­dziło mówie­nie o uczu­ciach, te bran­so­letki wyra­żały to, czego on nie potra­fił ubrać w słowa. Sym­bo­li­zo­wały jego odda­nie Hélène i nadzieję zwią­zaną z przy­szło­ścią Ruth i Daniela.

Był tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­sty siódmy rok. Świat stał przed nim otwo­rem. Paryż ofe­ro­wał wiele moż­li­wo­ści, żył muzyką i kul­turą, sztuką i modą.

Zale­d­wie trzy­na­ście lat póź­niej świa­tło w tym mie­ście zga­sło i pogrą­żyło je w mroku. Ale Salo­mon i Hélène mieli dwoje pięk­nych, bystrych dzieci, które zdrowo się cho­wały, były dobre i silne. Razem prze­trwają. Razem przejdą przez burzę.

A potem któ­re­goś lip­co­wego wie­czoru tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego dru­giego roku Rosma­no­wie usły­szeli gło­śne wale­nie do drzwi i ich świat zmie­nił się na zawsze. Na progu stało trzech Niem­ców. Przy­szli po rodzinę.

– Aresz­to­wań zazwy­czaj doko­nuje fran­cu­ska poli­cja – ode­zwał się ofi­cer nazwi­skiem Möckel, wszedł­szy do ele­gancko urzą­dzo­nego salonu. Rozej­rzał się dokoła, węsząc niczym pies łapiący trop. – Ale doszły mnie słu­chy, że wy tu macie piękne rze­czy. Wie­dzia­łem, że muszę to spraw­dzić na wła­sne oczy. – Jego spoj­rze­nie zawi­sło na Hélène. – Widzę, że te pogło­ski są praw­dziwe.

– Jeste­śmy fran­cu­skimi oby­wa­te­lami – oznaj­mił chłodno Rosman. – Nie popeł­ni­li­śmy żad­nego prze­stęp­stwa.

Nie­miec ponow­nie pocią­gnął nosem.

– Och, ale jeste­ście Żydami – powie­dział po pro­stu, jakby to wszystko tłu­ma­czyło. – No już, dzieci, idź­cie się spa­ko­wać. Już tutaj nie wró­ci­cie.

– Tato? – ode­zwała się cicho Ruth, kie­ru­jąc wzrok na ojca.

Z tru­dem spoj­rzał córce w oczy, bo dokład­nie wie­dział, co się dzieje.

– Dzieci, jedziemy na wycieczkę – powie­dział, sta­ra­jąc się utrzy­mać lekki ton głosu. Popa­trzył żonie w oczy i zoba­czył, że ona też zna prawdę i wie tak samo jak on, że oboje muszą jak naj­dłu­żej ukry­wać ją przed dziećmi. Miały po pięt­na­ście lat, były pra­wie doro­słe, ale on zamie­rzał je chro­nić tak długo, jak będzie mógł. – Weź­cie naj­cie­plej­sze okry­cia. Pospiesz­cie się, kochani.

Ruth i Daniel wymie­nili nie­spo­kojne spoj­rze­nia, ale posłusz­nie wyszli. Kiedy się pako­wali, Möckel bez skru­pu­łów zabie­rał Hélène wszyst­kie klej­noty, które miała na sobie, zaczy­na­jąc od pier­ścionka zarę­czy­no­wego z bry­lan­tem, a koń­cząc na bran­so­letce w kształ­cie motyla, z którą się nie roz­sta­wała od tam­tego dnia sprzed pięt­na­stu lat, gdy dostała ją w pre­zen­cie od męża.

– Pro­jekt Maxa Besnera, o ile się nie mylę? – rzu­cił Möckel.

W latach, które upły­nęły od dnia, kiedy Salo­mon Rosman zamó­wił bran­so­letki, Besner stał się swego rodzaju cele­brytą w branży złot­ni­czej, nie­mniej zaska­ku­jące było, że repu­ta­cja przy­ja­ciela dotarła aż do Niem­ców.

– Tak, zga­dza się – odparł sztywno zapy­tany.

– Jest nie­zwy­kła – orzekł Möckel, uno­sząc bran­so­letkę do świa­tła. Obie jej połowy roz­bły­sły i zami­go­tały, jakby chciały się popi­sać przed Niem­cem. – A spo­sób, w jaki je połą­czono, jest nader ory­gi­nalny.

– Prze­pra­szam, kiedy dostanę ją z powro­tem? – spy­tała cicho Hélène, cho­ciaż musiała znać odpo­wiedź.

Möckel tylko par­sk­nął śmie­chem i pole­cił swoim ludziom prze­trzą­snąć wszyst­kie szu­flady w domu Rosma­nów, żeby spraw­dzić, jakie jesz­cze skarby mogą się tam kryć.

Ani Salo­mon Rosman, ani jego żona Hélène nie prze­żyli roku. Miesz­ka­nie w jede­na­stej dziel­nicy już nie nale­żało do rodziny. Dzieci ni­gdy wię­cej nie poczuły słod­kiego zapa­chu dymu z fajki ojca ani nie usły­szały brzmie­nia jego śmie­chu. Ni­gdy wię­cej nie posma­ko­wały chałki, którą ich matka pie­kła co tydzień, ani nie usły­szały jej cie­płego głosu, gdy cicho nuciła w kuchni.

Ale jak prze­wi­dział złot­nik, bran­so­letki prze­trwały. Tak to już jest z bry­lan­tami.ROZDZIAŁ PIERWSZY

2018

Gdy kanar­kowy bry­lant w dru­gim końcu sali zła­pał świa­tło, Colette Mar­ceau, tak jak zawsze przed akcją, poczuła mro­wie­nie w opusz­kach pal­ców. Spo­koj­nie, skar­ciła się. Opa­nuj się, kobieto. Na litość boską, prze­cież dobie­gała dzie­więć­dzie­siątki, była za stara na coś takiego, za mądra. Z dru­giej strony pode­szły wiek miał swoje zalety. Ow­szem, jest pro­blem z ucieczką, gdy doku­cza ból krę­go­słupa, a artre­tyzm, który z bie­giem lat coraz bar­dziej usztyw­nia palce, utrud­nia otwie­ra­nie skom­pli­ko­wa­nych zapięć. Jed­nak gdyby kie­dy­kol­wiek wpa­dła, zawsze mogła zasło­nić się demen­cją, co gwa­ran­to­wa­łoby jej łatwą linię obrony. W końcu może naprawdę nie wie­działa, co robi, zsu­wa­jąc rolexa z nad­garstka męż­czy­zny czy uwal­nia­jąc kobietę z bry­lantowych kol­czy­ków.

– Sza­nowni pań­stwo, pro­szę o uwagę! – Głos gospo­da­rza wie­czoru, Johna Nie­rlinga, sena­tora stanu Mas­sa­chu­setts, zabrzmiał z gło­śni­ków umiesz­czo­nych we fron­to­wej czę­ści ele­ganc­kiej sali balo­wej Cherry Blos­som.

Nad gło­wami gości poły­ski­wały krysz­ta­łowe żyran­dole, ale ich blask przy­ćmie­wał Colette widok pier­ścionka z żół­tym bry­lan­tem o szli­fie podusz­ko­wym, ważą­cym 8,07 karata, war­tym dzie­więć­dzie­siąt tysięcy dola­rów. To po niego dzi­siaj tu przy­szła.

– Mam zaszczyt przed­sta­wić pań­stwu moją dłu­go­let­nią przy­ja­ciółkę i współ­pra­cow­niczkę – kon­ty­nu­ował Nie­rling, gdy gwar przy­cichł, a głowy obró­ciły się w stronę podium. – Przy­wi­taj­cie Lindę Cly­born, pre­ze­skę Boston Orche­stral Edu­ca­tion Con­sor­tium.

Odpo­wie­działy mu wątłe okla­ski około setki ele­gancko ubra­nych dar­czyń­ców orkie­stry, prze­waż­nie z kie­lisz­kami w dło­niach, co zde­cy­do­wa­nie utrud­niało kla­ska­nie. W rezul­ta­cie wej­ście Lindy na podium wypa­dło nie­zbyt efek­tow­nie. Chwiała się lekko na wyso­kich obca­sach, zbyt cien­kich, by utrzy­mać w rów­no­wa­dze cię­żar obfi­tych bio­der, a jej blond włosy miały nie­ko­rzystny odcień, cho­ciaż z pew­no­ścią stać ją było na wizytę u naj­lep­szych kolo­ry­stów w Bosto­nie. Colette takie rze­czy zauwa­żała mimo­cho­dem i po raz kolejny stwier­dziła, że nie­któ­rzy, nawet naj­bo­gatsi ludzie, nie pasują do krę­gów towa­rzy­skich, do któ­rych aspi­rują. U tych wywo­dzą­cych się z wie­lo­po­ko­le­nio­wych zamoż­nych rodów spo­sób ubie­ra­nia się, poru­sza­nia i wysła­wia­nia sta­no­wił część ich dzie­dzic­twa. Ci, któ­rzy odnie­śli suk­ces dzięki cięż­kiej pracy, czę­sto byli cisi i skromni. Nato­miast tym, któ­rzy nie­ko­niecz­nie uczci­wie doszli do pie­nię­dzy, prze­waż­nie bra­ko­wało poloru, podob­nie jak nie­oszli­fo­wa­nym dia­men­tom bra­ko­wało bla­sku.

– Dzię­kuję, dro­dzy przy­ja­ciele – zaczęła Linda, nie­znacz­nie seple­niąc.

Colette poczuła drga­nie kąci­ków ust. Im wię­cej ta kobieta wypije, tym łatwiej będzie zsu­nąć pier­ścio­nek z jej palca.

Pier­ścionki były trudne. Cho­ciaż Colette od dzie­sią­tego roku życia pozba­wiała odpy­cha­ją­cych ludzi biżu­te­rii, w przy­padku pier­ścion­ków poczuła się naprawdę pew­nie dopiero przed trzy­dziestką. Bran­so­letki były łatwe; potra­fiła roz­piąć zame­czek jed­nym zde­cy­do­wa­nym, a zara­zem deli­kat­nym ruchem kciuka, niby nie­chcący trą­ca­jąc niczego nie­świa­do­mego „dar­czyńcę”. Naszyj­niki też czę­sto dawały się zdjąć jed­nym peł­nym gra­cji ruchem, który Colette nazy­wała w myślach syn­ko­po­wa­nym chasse; potra­fiła roz­piąć naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane zapię­cia nie­znacz­nym ruchem pra­wego nad­garstka, odwra­ca­jąc się i zde­rza­jąc z ofiarą, po czym niby zakło­po­tana prze­pra­szała ją ze spusz­czo­nym wzro­kiem, gdy klej­not lądo­wał na jej lewej dłoni. Naj­ła­twiej­sze były męskie zegarki; zatrza­skowe zapię­cie Patek Phil­lippe’a nie sta­no­wiło więk­szego wyzwa­nia niż sprzączka ze szpilką Pia­geta, cho­ciaż opa­no­wa­nie do per­fek­cji odpi­na­nia tych zegar­ków bez doty­ka­nia nad­garstka wła­ści­ciela kosz­to­wało ją wiele godzin ćwi­czeń.

Nato­miast pier­ścionki to zupeł­nie inna histo­ria. Naj­ła­twiej je ukraść, gdy wyraź­nie luźno sie­dzą na palcu, bo to eli­mi­nuje liczbę podejść. Pier­ścionka nie da się zwi­nąć bez fizycz­nego kon­taktu. Klu­czem do powo­dze­nia jest odwró­ce­nie uwagi ofiary. W przy­padku kobiet jej ulu­bio­nym posu­nię­ciem było odcze­ka­nie, aż w pobliżu pojawi się pod­chmie­lony nad­ska­ki­wacz lub zado­wo­lony z sie­bie bufon. Wysu­wała wtedy prawą rękę, mocno szczy­pała swoją ofiarę w bok, jed­no­cze­śnie lewą chwy­tała dłoń kobiety i wyra­ża­jąc obu­rze­nie, uda­wała, że pomaga jej odzy­skać rów­no­wagę. Gdy ich dło­nie się sty­kały, bły­ska­wicz­nie zsu­wała pier­ścio­nek z palca, wyko­rzy­stu­jąc zasko­cze­nie ofiary. Colette całe lata zajęło dopro­wa­dze­nie tej sztuczki do per­fek­cji. Kobieta roz­sier­dzona znie­wagą, skon­cen­tro­wana na usta­le­niu wino­wajcy, nie czuła, jak pier­ścio­nek zjeż­dża z palca. Póź­niej, zgła­sza­jąc na poli­cji utratę klej­notu, mówiła o uszczyp­nię­ciu, nawet nie wspo­mi­na­jąc o drob­nej kobie­cie, która ruszyła jej na pomoc, a potem roz­pły­nęła się w tłu­mie. W sumie obiekty zain­te­re­so­wa­nia Colette bar­dzo rzadko miały moż­li­wość zoba­czyć jej twarz.

Linda na podium dzię­ko­wała za wspar­cie całej liście milio­ne­rów. Nikt ni­gdy nie dzię­ko­wał kiep­sko opła­ca­nemu asy­sten­towi, czu­wa­ją­cemu za kuli­sami nad prze­bie­giem uro­czy­sto­ści, ani nauczy­cielce trze­ciej klasy, która kie­dyś powie­działa tym ludziom, że mogą zostać, kim tylko zechcą. Nikt nie dzię­ko­wał dru­giemu fago­ci­ście, duble­rowi w sztuce, pra­cow­ni­kom tech­nicz­nym za sceną czy bile­te­rom. Gdyby upa­trzony cel Colette na przy­kład zwró­cił się do obsługi cate­rin­go­wej z nale­ży­tym sza­cun­kiem albo w hotelu przy­trzy­mał drzwi poko­jówce, Colette natych­miast prze­rwa­łaby misję, uznaw­szy, że doko­nała błęd­nej oceny namie­rzo­nego celu.

Jed­nak coś takiego ni­gdy się nie zda­rzyło, bo ona bar­dzo sta­ran­nie wybie­rała swoje ofiary. Żadna przy­zwo­ita osoba nie zasłu­guje na pozba­wie­nie jej mie­nia. To byłoby wbrew zasa­dom, któ­rych Colette przy­rze­kła prze­strze­gać już jako mała dziew­czynka.

Cały czas ich się trzy­mała, a jej rodzona matka stra­ciła przez to życie.

Teraz przy­szła kolej na Lindę Cly­born. Ta kobieta nie tylko dzięki nie­czy­stym posu­nię­ciom pozba­wiła prawa do spadku trzy córki swo­jego męża po jego przed­wcze­snej, a według nie­któ­rych podej­rza­nej śmierci w wieku zale­d­wie sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, to na doda­tek utrzy­my­wała kon­takty z grupą neo­na­zi­stów, którą wspie­rała finan­sowo, wyko­rzy­stu­jąc dochody z pokaź­nego majątku po mężu.

Colette dobrze wie­działa, kim są nazi­ści i, wiel­kie dzięki, wystar­czy jej tej wie­dzy do końca życia. Sie­dem­dzie­siąt pięć lat wcze­śniej miesz­kała w oku­po­wa­nej Fran­cji i tutaj, w Bosto­nie, w dwa tysiące osiem­na­stym roku nie było dla nich miej­sca.

– Na koniec – mówiła Linda Cly­born, gdy Colette dys­kret­nie prze­su­wała się w tłu­mie – pra­gnę wam wszyst­kim podzię­ko­wać. To dzięki waszemu wspar­ciu Boston Orche­stral Edu­ca­tion Con­sor­tium może kon­ty­nu­ować pro­jekty dla naszych nie­oce­nio­nych muzy­ków zawo­do­wych, a także dla dzieci, które w przy­szło­ści mogą wybrać ścieżkę kariery muzycz­nej. Życzę pań­stwu uda­nego wie­czoru i zachę­cam do udziału w naszej cichej aukcji.

Poma­chała do zebra­nych i scho­dząc z podium przy akom­pa­nia­men­cie i tym razem nie­mra­wych okla­sków, ski­nęła głową do waze­li­niar­skiego sena­tora Nie­rlinga, któ­rego Colette w przy­szło­ści pla­no­wała pozba­wić rolexa. Kie­dyś, przy innej oka­zji, nie dziś.

Linda Cly­born kacz­ko­wa­tym cho­dem prze­miesz­czała się w tłu­mie, ści­ska­jąc dło­nie i cału­jąc w policzki, a kiedy didżej puścił prze­boje z lat osiem­dzie­sią­tych i goście zaczęli nie­zgrab­nie się koły­sać, Colette popra­wiła perukę – nie­po­zorny siwy bob z grzywką opa­da­jącą na czoło – i roz­po­częła podej­ście.

Zręcz­nie lawi­ro­wała mię­dzy zebra­nymi, aż zna­la­zła się o krok od swo­jego celu. Z naprze­ciwka zbli­żało się trzech męż­czyzn po czter­dzie­stce, z któ­rych jeden był wyraź­nie pijany i idąc, roz­chla­py­wał piwo z pokala. Aku­rat w tym momen­cie Linda zer­k­nęła w stronę Colette i star­sza pani zamarła. Jeżeli Linda ją zauwa­żyła, będzie zmu­szona tego wie­czoru zre­zy­gno­wać z misji. Jed­nak Linda nie patrzyła na nią, ale „przez nią”, wypa­tru­jąc kogoś waż­niej­szego niż drobna, skrom­nie ubrana osiem­dzie­się­cio­latka. Colette prze­wró­ciła oczami. Dla ludzi pokroju Lindy Cly­born starsi ludzie pozo­sta­wali nie­wi­dzialni, co w sumie tylko uła­twiało zada­nie.

Po uści­śnię­ciu dłoni kolej­nej kobiety Linda ponow­nie ruszyła w tłum i Colette przy­stą­piła do dzia­ła­nia. Dokład­nie w chwili, gdy obok zna­la­zło się trzech męż­czyzn, wycią­gnęła rękę, uszczyp­nęła Lindę i niby dla wspar­cia przy­trzy­mała jej lewą dłoń, zręcz­nie zsu­wa­jąc pier­ścio­nek ze środ­ko­wego palca. Poczuła, jak ponad osiem uwol­nio­nych kara­tów wpada w jej otwartą dłoń z satys­fak­cjo­nu­ją­cym puk­nię­ciem.

Bły­ska­wicz­nie zaci­snęła palce na zdo­by­czy i wsu­nęła rękę do kie­szeni, a Linda, odwra­ca­jąc się gwał­tow­nie, skie­ro­wała swój gniew na naj­bar­dziej pija­nego z trzech męż­czyzn. Bie­dak, jąka­jąc się, wymam­ro­tał nie­składne prze­pro­siny, nie bar­dzo wie­dząc, co mu się zarzuca. Gdy głos Lindy przy­bie­rał na sile i sta­wał się coraz bar­dziej piskliwy, Colette wto­piła się w tłum.

Kiedy po jakimś cza­sie Linda Cly­born zauwa­żyła brak pier­ścionka, nikt nie pamię­tał drob­nej, siwo­wło­sej kobiety w nie­rzu­ca­ją­cej się w oczy kok­taj­lo­wej sukni, która spo­koj­nym kro­kiem kie­ro­wała się do wyj­ścia przy akom­pa­nia­men­cie histe­rycz­nych wrza­sków ofiary docho­dzą­cych z par­kietu do tańca.ROZDZIAŁ DRUGI

1934

Anna­bel Cle­ment uro­dziła się, aby zostać zło­dziejką, tak jak wcze­śniej jej matka, babka i pra­dzia­dek. Bar­dzo poważ­nie trak­to­wała swoje powo­ła­nie od dnia, kiedy matka jej wyja­śniła, że w pro­stej linii pocho­dzi od praw­dzi­wego Robin Hooda i że ocze­kuje się od niej kon­ty­nu­owa­nia rodzin­nej tra­dy­cji. Gdy sama została matką, wie­działa, że kiedy tylko córka pod­ro­śnie na tyle, aby pojąć zna­cze­nie jej słów, podzieli się z nią infor­ma­cją o rodzin­nym dzie­dzic­twie.

– Oto kim jeste­śmy – Anna­bel wytłu­ma­czyła Colette kilka dni po jej szó­stych uro­dzi­nach, przy­tu­la­jąc ją w ich miesz­ka­niu w jede­na­stej dziel­nicy Paryża, bar­dzo daleko od wio­ski w zachod­niej czę­ści York­shire, gdzie sama dora­stała. Zako­chała się jako osiem­na­sto­latka i podą­żyła za mężem przez kanał La Man­che do jego rodzi­mej Fran­cji. Tego wie­czoru Roger, dyrek­tor szkoły, który ni­gdy nie zaak­cep­to­wał powo­ła­nia żony, został w pracy po godzi­nach i Anna­bel z Colette były same w domu.

– Oto kim się uro­dzi­łaś. Jak tylko skoń­czysz dzie­sięć lat, nauczę cię kraść, tak samo jak mnie w takim wieku nauczyła moja matka.

– Ale _mami_, prze­cież kra­dzież jest zła – powie­działa cicho Colette. – Czyż nie?

Anna­bel cie­szyło, że córka zamiast nazy­wać ją po fran­cu­sku _maman_, zwra­cała się do niej piesz­czo­tli­wym angiel­skim _mami_. Dzięki temu tro­chę mniej tęsk­niła za swoją wsią przy­cup­niętą na skraju Barns­dale Forest.

– Skar­bie, jest zła, ale tylko w czarno-bia­łym świe­cie. Jeżeli coś zabie­rasz bez­względ­nym, złym ludziom i robisz z tego uży­tek, żeby uczy­nić świat lep­szym miej­scem, wtedy to nie jest prze­stęp­stwo tylko boha­ter­stwo. Takie jest twoje prze­zna­cze­nie, Colette.

Dziew­czynka zmarsz­czyła czoło, inten­syw­nie nad czymś myśląc.

– W takim razie dla­czego już teraz nie możesz mnie nauczyć?

Anna­bel się roze­śmiała.

– Ważne, abyś zro­zu­miała, dla­czego robimy to, co robimy. I dla­tego zawsze zaczy­namy od histo­rii naszej rodziny. Opo­wie­ści o tym, kim jeste­śmy.

Colette wes­tchnęła.

– Dobrze, _mami_.

Anna­bel uśmiech­nęła się do córki.

– Bar­dzo dawno temu we wsi Wen­t­bridge żył sobie czło­wiek, który nazy­wał się Robin Hood. Mocno wie­rzył, tak jak i ja, że nikogo, kto uczci­wie doszedł do bogac­twa albo doro­bił się majątku, nie należy pozba­wiać tego, co ma, nawet jeśli ten ktoś jest bar­dziej zamożny, niż kto­kol­wiek powi­nien być. Nato­miast ktoś, kto nosił zło w sercu albo wyko­rzy­sty­wał swój mają­tek do krzyw­dze­nia innych, tra­cił prawo do bogac­twa i Robin okra­dał takich ludzi. A teraz my robimy to samo.

– _Mami_, ale czemu on kradł? – zapy­tała Colette, patrząc na Anna­bel sze­roko otwar­tymi oczami. – I co się z nim stało?

– Widzisz, w tam­tym cza­sie rzą­dził zły król, który coraz bar­dziej uci­skał pod­da­nych. Robin i jego przy­ja­ciele sta­rali się jakoś prze­trwać, jed­nak podatki cią­gle rosły i wkrótce miej­scowy sze­ryf zaczął wtrą­cać do wię­zie­nia bie­da­ków, któ­rzy nie mogli ich pła­cić. „W takim razie musimy to zmie­nić”, posta­no­wił Robin i zaczął uwal­niać wszyst­kich nie­uczci­wie ska­za­nych i odbie­rać rze­czy zra­bo­wane wie­śnia­kom.

– To on był boha­te­rem.

– Ow­szem, skar­bie, był. Chcesz usły­szeć moją ulu­bioną część tej histo­rii?

– Tak, _mami_. – Colette kiw­nęła głową.

Anna­bel uśmiech­nęła się i przy­gar­nęła córkę do sie­bie.

– Wysoko ponad Barns­dale Forest, w pobliżu Wen­t­bridge, gdzie mie­szał Robin, krą­żył orzeł bie­lik. Ptak wie­rzył w jego dąże­nie do spra­wie­dli­wo­ści i czu­wał nad bez­pie­czeń­stwem Robina i jego ludzi. Kiedy poja­wiało się zagro­że­nie, ostrze­gał ich gło­śnym: „Kyi – kyi – kyi”. Potra­fisz to wymó­wić?

– Kyi – kyi – kyi! – powtó­rzyła Colette z uśmie­chem.

Anna­bel odrzu­ciła głowę do tyłu.

– Ho – ho – ho! – odpo­wie­działa śpiew­nie. – Uśmiech­nęła się do Colette. – Tak bie­lik zawsze koń­czył nawo­ły­wa­nie. I dzi­siaj, jeżeli dobrze się wsłu­chasz, prze­ko­nasz się, że bie­liki wydają takie same odgłosy. Zawsze mam wra­że­nie, że to przy­po­mina okrzyk „dalej, dalej, dalej”, zupeł­nie jakby potom­ko­wie tam­tego pierw­szego bie­lika zachę­cali nas do przy­gód.

– _Mami_, a ty sły­sza­łaś orła? – zacie­ka­wiła się Colette. – Kiedy mia­łaś tyle lat co ja?

Anna­bel poki­wała głową i ogar­nęła ją nostal­gia. Kochała Paryż, kochała Rogera, ale kawa­łek jej serca pozo­stał w Anglii.

– Przez całe dzie­ciń­stwo, skar­bie. I któ­re­goś dnia też go usły­szysz.

Cztery lata póź­niej, gdy Colette skoń­czyła dzie­sięć lat, Anna­bel ponow­nie posa­dziła córkę obok sie­bie, tak samo jak zro­biła to jej matka jedno poko­le­nie wcze­śniej.

– Opo­wia­dam ci histo­rie o twoim pra­przodku, odkąd uzna­łam, że doro­słaś na tyle, aby je zro­zu­mieć – powie­działa łagod­nie, patrząc w zie­lone oczy swo­jej pier­wo­rod­nej. Nie­dawno przy­szła na świat druga córka Anna­bel i Rogera, Liliane, która teraz spała obok w koły­sce. Któ­re­goś dnia matka rów­nież Liliane opo­wie o jej dzie­dzic­twie. – A teraz czas, abyś poszła w jego ślady.

– Jestem gotowa, _mami_.

– Musisz mi przy­rzec, moja słodka Colette, że gdzie­kol­wiek ponie­sie cię los, ni­gdy nie zapo­mnisz o tym, kim jesteś.

Colette z powagą poki­wała głową.

– Przy­rze­kam.

– I… – Anna­bel zni­żyła głos do szeptu – nie wolno ci o tym powie­dzieć tacie. – Czuła się winna, że prosi córkę o ukry­wa­nie tajem­nicy przed ojcem, ale wie­działa, że Roger natych­miast zabro­niłby ucze­nia Colette zło­dziej­skich prak­tyk. Od lat przy­my­kał oczy na skłon­ność żony do kra­dzieży, ale ni­gdy tego nie apro­bo­wał. Na początku ich mał­żeń­stwa Anna­bel czę­sto wra­cała do domu z kolej­nym fan­tem i gdy chciała opowie­dzieć, ile wynie­sie zysk z jego sprze­daży, twarz męża tward­niała i uci­szał ją gestem dłoni, mówiąc przy tym, że im mniej wie, tym lepiej. Z cza­sem prze­stała z nim o tym roz­ma­wiać. – To musi pozo­stać mię­dzy nami.

– Wiem – przy­tak­nęła Colette, rzu­ca­jąc ner­wowe spoj­rze­nie na drzwi, w któ­rych w każ­dej chwili mógł sta­nąć ojciec. – _Mami_, ale dla­czego taty nie inte­re­suje to, co robisz?

Anna­bel poczuła ucisk w gar­dle.

– Widzisz, dla nie­któ­rych ludzi kra­dzież jest prze­stęp­stwem, nie­za­leż­nie od inten­cji. Jed­nak ja zde­cy­do­wa­nie wie­rzę, że dopóki okra­damy złych ludzi i znaj­du­jemy spo­sób, żeby wes­przeć tych dobrych, Bóg jest po naszej stro­nie.

– Kie­dyś tata to zro­zu­mie – stwier­dziła Colette. – Musi.

– Obyś miała rację. Ale dosyć o tym. Zabie­rajmy się do nauki, dobrze?

Anna­bel nie zaczęła lek­cji od spo­so­bów otwie­ra­nia zapięć i odwra­ca­nia uwagi celów, lecz od nauki dobrych manier i norm towa­rzy­skich, aby Colette potra­fiła odna­leźć się w każ­dym oto­cze­niu. Nauczyła córkę wszyst­kiego, co powinna wie­dzieć, począw­szy od uży­wa­nia odpo­wied­nich sztuć­ców po zręczne zakoń­cze­nie roz­mowy bez zdra­dza­nia infor­ma­cji na wła­sny temat. W week­endy uda­wały się na dłu­gie spa­cery do Lasku Buloń­skiego, który w Paryżu naj­bar­dziej przy­po­mi­nał Barns­dale Forest i Colette ćwi­czyła for­su­jące bie­ga­nie po nie­rów­nym tere­nie, ukry­wa­nie się, wspi­naczkę na drzewa oraz wszel­kie inne umie­jęt­no­ści, które mogły ją ura­to­wać, gdyby kie­dy­kol­wiek została przy­ła­pana na gorą­cym uczynku.

W popo­łu­dnia, kiedy Roger pra­co­wał do późna, sia­dały pochy­lone nad kuchen­nym sto­łem i Colette pod czuj­nym okiem Anna­bel uczyła się otwie­rać naj­róż­niej­sze zapię­cia jubi­ler­skie, wyłu­ski­wać spinki z man­kie­tów, a nawet spryt­nie, niby przy­pad­kiem potrą­cać ludzi, tak aby zasko­czeni nie poczuli, jak pier­ścionki czy sygnety zjeż­dżają im z pal­ców.

Pierw­szym tro­feum Colette był ele­gancki kie­szon­kowy zega­rek firmy Lon­gi­nes, ukra­dziony latem 1938 roku. Wycią­gnęła go z kie­szonki kami­zelki szwaj­car­skiemu ban­kie­rowi nazwi­skiem Val­lot­ton, który wyłu­dził życiowe oszczęd­no­ści od dzie­sią­tek pary­żan. Ten czło­wiek, mając wysoko posta­wio­nych przy­ja­ciół w pre­fek­tu­rze poli­cji, pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­ty­kalny; po pro­stu wła­dze odwra­cały wzrok, gdy on ruj­no­wał życie ludziom.

– Dener­wuję się, _mami_ – wyznała cicho Colette, kiedy Anna­bel dopi­jała wino, a ona sok cytry­nowy w kawiarni, do któ­rej cho­dził Val­lot­ton. Ban­kier był nie­wol­ni­kiem nawy­ków, co czy­niło go łatwym celem. Dzień w dzień punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej przycho­dził do tej samej kawiarni, zama­wiał kie­li­szek likieru Ricard i sączył go na tara­sie. Sta­no­wił ide­alny cel pierw­szej akcji Colette.

– Nie przej­muj się, kocha­nie – powie­działa Anna­bel, nakry­wa­jąc dło­nią rękę córki i ści­ska­jąc ją dla doda­nia odwagi. – Val­lot­ton jest zawsze tak pochło­nięty sobą, że nawet nie zauważy two­jego ist­nie­nia.

Punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej ban­kier wszedł do kawiarni i wsu­nął się na to samo krze­sło, co zwy­kle. Anna­bel przy­spie­szyło serce, kiedy obser­wo­wała córkę. Colette tak­so­wała męż­czy­znę bystrym wzro­kiem, jed­nak dło­nie jej się trzę­sły.

– Spo­koj­nie, skar­bie – szep­nęła Anna­bel. – Pamię­taj, kim jesteś z uro­dze­nia.

Colette z gło­śnym wes­tchnie­niem ski­nęła głową i pod­nio­sła się od sto­lika. Anna­bel rów­nież wstała, zosta­wia­jąc skromny napi­wek dla kel­nera, po czym obie skie­ro­wały się do wyj­ścia, lawi­ru­jąc mię­dzy sto­likami. Anna­bel patrzyła, jak jej mała dziew­czynka pro­stuje ramiona i potrąca ban­kiera, mija­jąc jego krze­sło.

– Ej! – zawo­łał męż­czy­zna, odwra­ca­jąc się. – Uwa­żaj, jak cho­dzisz!

– Naj­moc­niej pana prze­pra­szam – powie­działa szybko Colette z nisko spusz­czoną głową, żeby ban­kier nie mógł przyj­rzeć się jej twa­rzy. Anna­bel wie­działa, że nie ma się czego oba­wiać, bo on ledwo na nią spoj­rzał. Colette, na­dal duka­jąc prze­pro­siny, odpięła dewizkę, jed­nym płyn­nym ruchem wycią­gnęła zega­rek z kie­szeni kami­zelki i wsu­nęła go w fałdy sukienki.

– Zawsze powta­rzam, że nie powinno się wpusz­czać dzieci do kawiarni – burk­nął Val­lot­ton, rzu­ca­jąc oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie Anna­bel, a ona na wszelki wypa­dek odwró­ciła głowę i popa­trzyła w bok, żeby ban­kier, kiedy przyj­dzie co do czego, nie potra­fił jej opi­sać.

– Oj tak, ma pan rację – ode­zwała się pogod­nym tonem. – Dzieci to utra­pie­nie. – Po czym obie, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, spo­koj­nie wyszły na ulicę i skrę­ciły w prawo, żeby szybko odda­lić się od kawiarni.

– _Mami_ – ode­zwała się Colette, gdy zna­la­zły się za rogiem. – Udało się! Naprawdę to zro­bi­łam! – Policzki pło­nęły jej z emo­cji, oczy błysz­czały. – Myślisz, że Robin Hood byłby ze mnie dumny?

– Oczy­wi­ście – zapew­niła ją Anna­bel, mru­ga­jąc, żeby powstrzy­mać łzy wzru­sze­nia cisnące się do oczu. – I ja też jestem z cie­bie dumna. Moje kocha­nie, tyle dobrego zro­bisz dla świata. Już nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć, co przy­nie­sie przy­szłość.ROZDZIAŁ CZWARTY

1938

Przez całe lato i wcze­sną jesień 1938 roku Colette pra­co­wała razem z matką, okra­da­jąc tu i ówdzie bez­względ­nych, pozba­wio­nych skru­pu­łów ludzi. Czuła dresz­czyk dumy po każ­dej uda­nej kra­dzieży i gdy matka sprze­da­wała któ­ryś z ukra­dzio­nych przez nią klej­no­tów jubi­le­rowi, Colette sądziła, że robi coś waż­nego. Moja dziew­czynka, mówiła matka za każ­dym razem, gdy odcho­dziły z pli­kiem bank­no­tów, które miały tra­fić na któ­ryś z wybra­nych przez nie cha­ry­ta­tyw­nych celów. Colette była szczę­śliwa, widząc, jak twarz matki pro­mie­nieje miło­ścią, gdy spo­gląda na swoją córkę, swoją pod­opieczną.

Pew­nego jesien­nego popo­łu­dnia, kiedy Colette wró­ciła ze szkoły, matka cze­kała na nią w salo­nie.

– Gdzie Liliane? – spy­tała, roz­glą­da­jąc się za sio­strą, która miała już osiem mie­sięcy.

– Nocuje u wujka Frédérica i cioci Marie, a tata na kilka dni poje­chał do Lyonu na kon­fe­ren­cję nauczy­cieli – wyja­śniła Anna­bel. – Mamy dla sie­bie cały wie­czór i czeka nas ważne zada­nie.

– Jakie zada­nie, _mami_?

Oczy matki roz­bły­sły.

– Skar­bie, to będzie twoja pierw­sza poważna akcja.

Colette prze­biegł po krę­go­słu­pie dreszcz pod­nie­ce­nia.

– Gdzie pój­dziemy?

– Do opery. Kupi­łam ci odpo­wied­nią sukienkę.

– Do opery? – Dziew­czynka ni­gdy nie była w teatrze, a co tu dopiero mówić o wspa­nia­łym Palais Gar­nier, naj­bar­dziej oka­za­łym teatrze ope­ro­wym na świe­cie z fasadą ze strze­li­stymi kolum­nami, zwień­czoną na naroż­ni­kach zło­co­nymi posą­gami Har­mo­nii i Poezji, spo­glą­da­ją­cymi na aleję w dole.

– Dziś wysta­wiają nie­miecką operę i na widowni będzie wielu ludzi sprzy­ja­ją­cych Niem­com – powie­działa matka, zaci­ska­jąc szczęki.

Colette zamru­gała, pró­bu­jąc za nią nadą­żyć.

– Czy Niemcy są źli?

Matka się uśmiech­nęła.

– Cza­sem zapo­mi­nam, że masz tylko dzie­sięć lat. – Wyraź­nie szu­kała w myślach odpo­wied­nich słów. – Nie, skar­bie, w Niem­czech jest mnó­stwo wspa­nia­łych ludzi, ale nie­miecki kanc­lerz nazwi­skiem Hitler nisz­czy każ­dego, kto wej­dzie mu w drogę. Grozi inwa­zją Cze­cho­sło­wa­cji, a w Niem­czech zaczął robić straszne rze­czy Żydom.

– Ale… dla­czego? – Jej przy­ja­ciółka Sarah była Żydówką. To naj­mil­sza dziew­czynka w całej kla­sie. Co nie­miecki kanc­lerz miał prze­ciwko takim oso­bom?

– Bo Hitler jest bar­dzo złym czło­wie­kiem. A ci, któ­rzy uczest­ni­czą w odbie­ra­niu praw swoim współ­o­by­wa­te­lom, zasłu­gują na kra­dzież klej­no­tów. O ile moje źró­dła się nie mylą, Ernest Bal­ken­hol, drugi zastępca mini­stra pro­pa­gandy Rze­szy, przyj­dzie do opery z żoną, a ona na pewno na tę oka­zję nałoży bar­dzo cenny bry­lan­towy naszyj­nik.

– To ona jest naszym celem? – upew­niła się Colette.

– Tak, to Ingrid Bal­ken­hol jest twoim celem, moja droga – potwier­dziła mama. – A teraz idź się prze­brać, resztę powiem ci po dro­dze.

Pół godziny póź­niej Colette wło­żyła pro­stą czarną kok­taj­lową sukienkę z krót­kimi ręka­wami, przy­go­to­waną przez mamę. Zapi­na­jąc przed lustrem poży­czone od matki perły, uznała, że wygląda co naj­mniej na dwa­na­ście, może nawet trzy­na­ście lat. W dro­dze do drzwi kiw­nęła głową do swo­jego odbi­cia. Dasz radę, wyszep­tała do sie­bie.

– Klu­czem do suk­cesu – tłu­ma­czyła cicho mama, gdy ulicą Reau­mur zmie­rzały na zachód w ten rześki jesienny wie­czór – jest powścią­gli­wość. Niech cię nie inte­re­suje, co inni o tobie myślą. Nie patrz nikomu pro­sto w oczy. Zawsze uda­waj, że wypa­tru­jesz kogoś w tłu­mie. I w żad­nym wypadku nie rzu­caj się w oczy.

– Ale ta sukienka… – Z poży­czoną od mamy futrzaną etolą narzu­coną na ramiona Colette wyglą­dała jak gwiazdka fil­mowa.

– Wyglą­dasz ślicz­nie, kocha­nie, jed­nak znik­niesz w tym tłu­mie i tak powinno być.

Mama wyja­śniła, że będą musiały prze­sie­dzieć całą operę, bo gdyby spóź­niły się czy wyszły przed koń­cem przed­sta­wie­nia, nie­po­trzeb­nie zwró­ci­łyby na sie­bie uwagę.

– Zresztą – dodała z uśmie­chem, gdy z ulicy Louis le Grand wyszły na Place de l’Opera – dzi­siaj wysta­wiają _Tri­stana i Izoldę_ Wagnera. To jedna z naj­pięk­niej­szych oper.

– Widzia­łaś ją?

– Dawno temu. A ta insce­ni­za­cja podobno ma być jesz­cze pięk­niej­sza. Pary­ska pre­miera odbyła się zale­d­wie w zeszły czwar­tek, a par­tię Izoldy, zaka­za­nej miło­ści Tri­stana, śpiewa nor­we­ska sopra­nistka Kir­sten Flag­stad. Ona jest solistką w dużej ame­ry­kań­skiej ope­rze i cie­szy się sporą sławą. Kry­tycy uwa­żają, że Flag­stad naj­le­piej wypada w tej roli. Myślę, skar­bie, że ten twój pierw­szy wie­czór w ope­rze będzie dla cie­bie wspa­nia­łym doświad­cze­niem.

Zaraz po wej­ściu do gma­chu opery Colette oszo­ło­mił widok mnó­stwa ele­ganc­kich ludzi, ubra­nych w swoje naj­lep­sze stroje i obwie­szo­nych biżu­te­rią wartą for­tunę. A sam Palais Gar­nier? Ni­gdy dotąd niczego takiego nie widziała. Ogromne schody z bia­łego mar­muru, kolo­rowe mozaiki i nie­zli­czone żyran­dole oświe­tla­jące drogę. Ten prze­pych dosłow­nie ją przy­tło­czył. Spo­ciły jej się dło­nie, gdy prze­su­wała się w tłu­mie. Kra­dzież jakie­goś cen­nego dro­bia­zgu w tej czy innej kawiarni to jedno, ale zupeł­nie czym innym było zdję­cie bry­lan­to­wego naszyj­nika z szyi żony waż­nego czło­wieka w tym teatrze peł­nym ludzi.

– Mamo, a co, jeżeli nie dosię­gnę do szyi Frau Bal­ken­hol? – spy­tała szep­tem w przy­pły­wie nagłej paniki, kiedy kie­ro­wały się do swo­ich foteli w dwu­dzie­stym rzę­dzie. – Jeżeli okażę się za niska?

Mama ści­snęła jej dłoń i ruchem głowy wska­zała blon­dynkę idącą pod rękę z męż­czy­zną w mun­du­rze do rzędu bli­sko sceny. Kobieta ledwo się­gała mu do ramie­nia, miała drobne, ostre rysy i szczu­płą, nie­mal dziew­częcą syl­wetkę.

– To Frau Bal­ken­hof – wyja­śniła. Ta kobieta była nie­wiele wyż­sza od Colette. – Dosię­gniesz bez pro­blemu, skar­bie.

– Osoba tego wzro­stu musi być przy­zwy­cza­jona, że czę­sto bywa posztur­chi­wana – wymru­czała Colette, myśląc o tych wszyst­kich razach, gdy ktoś nie­chcący dźgnął ją łok­ciem w bok albo w głowę, nawet nie racząc spoj­rzeć w dół. Świat nie był przy­ja­zny dla niskich ludzi.

– No wła­śnie – przy­tak­nęła mama, uśmie­cha­jąc się, i Colette zro­zu­miała, że od początku na tym pole­gał plan. Jej pierw­sza poważna kra­dzież, zdję­cie naszyj­nika z szyi drob­nej żony pod­łego czło­wieka, została obmy­ślona spe­cjal­nie dla niej.

Colette nie sądziła, że spek­takl będzie taki długi. Trwał ponad cztery godziny z dwoma antrak­tami, a ona nie mogła ode­rwać oczu od sceny. Ocza­ro­wana naj­pięk­niej­szą histo­rią, jaką kie­dy­kol­wiek widziała, po jakimś cza­sie zupeł­nie zapo­mniała, że przy­szła tutaj wypeł­nić zada­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij