-
nowość
-
promocja
Skrzydła Czasu: Kolekcja 4 tomów (1920-1966) - ebook
Skrzydła Czasu: Kolekcja 4 tomów (1920-1966) - ebook
Skrzydła Czasu: Kolekcja 4 tomów (1920-1966) „Skrzydła Czasu” to epicka saga, która splata historię alternatywną z fantastyką naukową. Od dwudziestolecia międzywojennego po odległą przyszłość, każdy tom wciąga czytelnika w wir konfliktów, gdzie losy jednostek krzyżują się z tajemnicami i wydarzeniami zdolnymi zmienić bieg dziejów. W sercu opowieści znajduje się ród pilotów niosących dziedzictwo przeszłości – subtelne echa minionych bitew, które kształtują ich odwagę i decyzje w chwilach najwyższej próby. To tajemnicze brzemię nigdy nie daje prostych odpowiedzi; pozostaje cieniem przeszłości, który nieustannie wpływa na teraźniejszość. Każdy tom odkrywa nowe, nieznane oblicze historii: konflikty XX wieku zderzają się z technologią i sekretami, które wstrząsają posadami świata; polityczne napięcia sięgają przestrzeni kosmicznej, a ludzkość balansuje na krawędzi tego, co znane i niewyobrażalne.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397609341 |
| Rozmiar pliku: | 5,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zanim powstała historia, zanim zapisano pierwsze słowa – były tylko pamięć i ogień.
Na długo przed piramidami.
Na długo przed miastami.
Na długo przed imieniem człowieka.
Coś pojawiło się na tej planecie – nie z potrzeby eksploracji, ale z konieczności działania. Nie zostawiło po sobie ksiąg ani świadków. Pozostawiło tylko dzieło.
Projekt.
Ludzkość nie była narzędziem.
Była celem.
Kształtem, jaki miał przyjąć świat – zaprogramowana do wzrostu, zapisana w matrycy materii. Nie dano jej pamięci o początkach. Ale dano jej zdolność tworzenia, niszczenia i marzenia – bo taki był zamiar.
◆◆◆
Dorzecze wielkiej rzeki – wtedy bez nazwy, bez cywilizacji – okazało się idealne. Stabilny klimat, bogate zasoby, naturalna bariera dla czasu. Tam właśnie zasiano pierwszy kod.
Nie był biologiczny.
Nie był cyfrowy.
Był czymś więcej.
Na jego podstawie powstała forma, która miała przetrwać. Forma, która miała ewoluować w cieniu zapomnienia.
Ci, którzy ją stworzyli, odeszli. A może tylko się oddalili? Zniknęli nie dlatego, że musieli, ale dlatego, że ich rola się zakończyła. Pozostawili punkty wsparcia – ukryte, nierozpoznane.
Zbyt stare, by je zrozumiano.
Zbyt ważne, by je zniszczono.
Z czasem ludzie zaczęli je czcić.
Na cześć tych, którzy przyszli wcześniej, wznoszono kamienne grobowce, obeliski i schody ku niebu. Nie rozumieli już, komu je poświęcają. Ale czuli, że tak trzeba.
Z tych przeczuwanych gestów narodził się panteon.
Z pamięci bez słów – bogowie.
Z projektantów – mit.
Ale to, co najważniejsze… nie odeszło.
Nie było słychać jego głosu.
Nie poruszało się.
Nie reagowało.
Spało.
I czekało.
◆◆◆
Zanim pierwszy człowiek wzbił się w niebo, zanim poznał smak prawdziwego lotu, od tysięcy lat wpatrywał się w nieboskłon z mieszaniną zachwytu i zawiści. Gdy ścigał zdobycz pośród wysokich traw, gdy wznosił mury wokół osad i kuł z brązu pierwsze ostrza – już wtedy w jego myślach krążyły marzenia o oderwaniu się od ziemi. Lecz zanim poszybował, najpierw nauczył się walczyć.
Technologia wojenna nie powstała z potrzeby budowy. Zrodziła się z potrzeby dominacji.
Od kamienia w dłoni neandertalczyka po pierwsze rydwany bitewne Sumerów – historia techniki to historia konfliktu. Ostrze było pierwszym wynalazkiem, a zbroja – odpowiedzią. Przez tysiąclecia człowiek nie przestawał zadawać sobie pytania: jak zyskać przewagę? Z każdą epoką odpowiedź była coraz bardziej złożona – i coraz bardziej śmiercionośna.
Rozwój narzędzi wojny towarzyszył nam zanim nauczyliśmy się pisać. Ogień ujarzmiliśmy dla przetrwania, ale użyliśmy go do palenia miast. Koło stworzyliśmy dla transportu, lecz szybko znalazło miejsce pod rydwanem wojennym.
A później… później było już tylko szybciej.
Kusze, proch, muszkiety, armaty, karabiny, gaz bojowy, czołgi.
Aż w końcu – maszyny latające.
Lotnictwo narodziło się nie tylko z marzeń, ale i z potrzeby obserwacji. Balony Montgolfiera unosiły się nad polem bitwy jeszcze zanim ktokolwiek pomyślał o bombach zrzucanych z góry. W 1794 roku kompania balonowa Armii Francuskiej podawała współrzędne wrogich pozycji jednostkom artylerii.
To był początek.
Potem przyszły lata ciszy – aż do braci Wright. Zaledwie dekadę po ich pierwszym locie nad piaskami Kitty Hawk, nad Europą zawisły maszyny z płótna, z ramami z drewna i silnikami plującymi dymem. Ich kadłuby trzeszczały na wietrze, ale to wystarczało, by wznieść wojnę na zupełnie nowy poziom.
W 1914 roku niebo stało się nowym frontem.
Na początku były tylko loty rozpoznawcze. Pilot, obserwator, aparat fotograficzny, notatnik i stalowe nerwy. Potem ktoś zabrał ze sobą pistolet. Potem karabin. A potem – synchronizator ognia i karabin maszynowy strzelający przez wirujące śmigło.
Tak narodził się myśliwiec.
W ciągu zaledwie czterech lat starcia powietrzne przeszły drogę od niezdarnych dwupłatowców do specjalistycznych maszyn zdolnych prowadzić walkę manewrową na wysokości trzech tysięcy metrów. Narodziły się sławy – Manfred von Richthofen, René Fonck, Edward Rickenbacker. I narodziła się taktyka – przewaga wysokości, atak od słońca, zwarta formacja, zasady, które jeszcze przez dekady miały stanowić fundament powietrznego rzemiosła.
Ale wojna powietrzna to nie tylko myśliwce. To także pierwsze próby bombardowań strategicznych. Ilja Muromiec, Handley Page O/400, Gotha G.V – te kolosy z drewna i płótna niosły ogień zniszczenia na setki kilometrów. Trzęsły się od drgań silników, sunęły wolno jak chmury burzowe, a mimo to potrafiły siać panikę w miastach, do których nie dotarł jeszcze front.
Wojna zmieniła przeznaczenie samolotów. Ze środków rozpoznania stały się ostrzem – szybkim, cichym i nieubłaganym. A piloci? Oni również się zmienili. Z romantycznych pionierów – w bezlitosnych myśliwych. Z bohaterów – w tryby wielkiej machiny.
Ale czasem…
Czasem w umyśle pilota pojawiało się coś więcej.
Przebłysk.
Wizja.
Echo.
Nie wiemy, kiedy dokładnie zaczęła się ta droga. Ale wiemy jedno – człowiek zapomniał, skąd naprawdę pochodzi. Zapomniał, bo tak miało być. Bo ktoś – lub coś – sprawił, że pamięć o początkach została zatarta.
To nie był przypadek.
Od pierwszego rzuconego kamienia, przez pierwszą wojenną pieśń, aż po pierwszy lot bojowy – wszystko to było częścią większego wzoru.
Wzoru, którego nie stworzyliśmy sami.
Podziały między nami nie powstały spontanicznie. Zostały zasiane – subtelnie, celowo.
Rozwój technologii wojskowej był – i nadal jest – organiczny. Jakby wpisany w nasze DNA. Jakby ktoś, dawno temu, zakodował w nas potrzebę nieustannego doskonalenia oręża. Niewidzialna ręka pchała cywilizację ku coraz doskonalszym formom destrukcji, jakby jedynym przeznaczeniem człowieka było tworzenie narzędzi, które mogą go unicestwić.
A może właśnie dzięki temu – przetrwać?
Ścigajcie się!
Zbrójcie się!
Walczcie!
A my – spełnialiśmy tę wolę.
Nieświadomie.
Skutecznie.
Namiętnie.
Tam, gdzie kończy się jedna wojna – zaczyna się inna.
I tam właśnie zaczyna się nasza opowieść.Pamięć dna oka
Szymon powoli budził się z głębokiego snu. Próbował otworzyć oczy, jednak ciężkie powieki uparcie opadały. Nie potrafił tego pojąć. Przysiągłby na Świętą Trójcę i honor oficerski, że to nie był sen… ale też nie jawa.
W jego głowie nieustannie przewijały się echa nocnych urojeń. Wizje zwrotnych, ognistych rydwanów pędzących po nieboskłonie z niewyobrażalną prędkością nad spalonymi słońcem piaskami pustyni, kreślących spirale i zygzaki w sposób, jakiego nie osiągnie żaden Fokker ani SPAD.
Ale to nie były rydwany.
I nie były to samoloty.
To coś pluło ogniem, lecz nie takim jak z karabinu maszynowego czy silnika zapłonowego – ten ogień zdawał się żywy, prowadzony przez jakiś nieludzki rozum.
Celowały w ogromne statki… Nie potrafił ich nazwać. Potworne, złote kolosy bez skrzydeł i śmigieł, unoszące się w powietrzu, jakby prawa grawitacji nie miały dla nich znaczenia.
Wyglądały jak piramidy.
Widział, jak uszkodzone maszyny spadały z impetem na ziemię, eksplodując w rozbłysku jaśniejszym niż słońce – świetle, którego nie wywołałby ani dynamit, ani czarny proch.
Po zderzeniu pozostawały jedynie ogromne, puste kratery i… szkło. Całe połacie piasku topniały w mgnieniu oka, pozostawiając połyskujące, lśniące tafle – niczym jeziora zrobione z luster.
Zrozumiał wtedy, że był świadkiem końca czegoś… albo początku.
Czy te rzeczy były dziełem Boga?
A może Szatana?
Czuł się jak dzieciak patrzący przez lunetę na coś, co nigdy nie powinno zostać dostrzeżone.
To był horror.
Nie ten znany mu z okopów. Nie świst kul i smród spalenizny. To był horror niepojęty, niezrozumiały – taki, który łamie duszę i którego nie sposób opisać słowami żadnego języka.
Przeszywał niebo i ziemię, a jego echa nadal rozbrzmiewały w jego głowie jak upiorna syrena, której nie da się wyłączyć.Powrót do rzeczywistości
Ocknął się wreszcie z potężnym bólem głowy, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Jego wzrok padł na pustą pryczę stojącą obok. Tak… rzeczywistość powoli wracała.
Podciągnął się na łóżku polowym, wsunął nogi w wysokie, wojskowe buty i skrzywił się znowu. Ból głowy przybierał na sile, dudniąc głuchym echem w całej czaszce.
– Coś kiepsko wyglądasz – usłyszał głos od wejścia do namiotu.
W progu stał młody, uśmiechnięty blondyn w lotniczej kurtce.
Wszystko nagle wróciło.
To był Remigiusz, młodszy pilot drugiego klucza 4. Eskadry Wywiadowczej, która obecnie stacjonowała razem z jego 7. Eskadrą Myśliwską im. Tadeusza Kościuszki pod Nowogródkiem.
– Stary cię szuka. Masz się stawić w sztabie za kwadrans. Chyba masz misję – dodał Remigiusz.
„Stary”, czyli ppłk pil. Włodzimierz Łazoryk, oficer lotnictwa przy sztabie 4. Armii gen. Edwarda Śmigłego-Rydza – zadaniował eskadrę praktycznie od początku działań frontowych. Do tej pory były to głównie loty osłonowe 4. Eskadry, choć trafiały się też wyjątki, kiedy można było trochę poszaleć i nisko nad ziemią ponapędzać strachu bolszewikom, zamiast wlec się w osłonie nieruchawych francuskich Breguet XIV A2.Zadanie
Szymon podreptał niespiesznie w kierunku zabudowań folwarcznych – dumnie nazywanych sztabem – majątku ziemskiego, w którym zlokalizowane było tymczasowe lotnisko przyfrontowe. Po drodze nie omieszkał zajrzeć do kantyny i chwycić coś na ząb. Lekko spóźniony doczłapał się w końcu przed drzwi frontowe małego dworku, gdzie mieścił się sztab. Po okazaniu dokumentów wartownikowi został przez niego pokierowany do bocznej izby, w której nieco już zniecierpliwiony czekał na niego dowódca.
– Pan porucznik nie śpieszył się zbytnio – zaczął Łazoryk.
– Zator na drodze czy panna nie chciała puścić? – dodał z uśmiechem.
Szymon klapnął ciężkawo na taboret przy stole operacyjnym, na którym rozłożone były mapy. Pułkownik stukał w nie palcem.
– Nic to – kontynuował niezrażony. – Mam dla pana porucznika zadanie na dzisiaj. Nic nadzwyczajnego: osłona rozpoznania samolotu 4. Eskadry, choć trochę nietypowa. Sześćdziesiąt kilometrów w głąb terenu nieprzyjaciela, kurs sto osiemdziesiąt. Cel znajduje się pod Baranowiczami. To lotnisko polowe przy dużym węźle kolejowym i kluczowym punkcie logistycznym Armii Czerwonej.
Zerknął na Szymona, jakby sprawdzając, czy ten nadąża za jego tokiem rozumowania.
– Mamy doniesienia, że bolszewicy ściągnęli cztery maszyny typu Ilja Muromiec i przygotowują je do działań bojowych. Musimy pilnie zweryfikować te dane, a w przypadku potwierdzenia zniszczyć je jeszcze na ziemi. Dlatego też byłbym zobowiązany, poruczniku, by pan doszedł do siebie w trybie natychmiastowym. W przeciwnym razie wyznaczę kogoś na pana miejsce – zakończył.
– Oczywiście, panie pułkowniku. Może pan na mnie polegać – zareagował Szymon, trzeźwiejąc momentalnie.
– To dobrze – mruknął Łazoryk zamyślony, po czym spojrzał na porucznika ponownie i dodał:
– Weźmie pan ze sobą jeszcze jedną maszynę myśliwską. Pilota dobrać według uznania. Punkt dziewiąta kołujecie na pole wzlotów. Kolejność startowa jest chyba oczywista: wpierw „grubas”, potem wy, panowie.
„Grubasem” powszechnie nazywano samoloty bombowe z racji ich korpulentnej sylwetki, niskiej prędkości i kiepskiej manewrowości choć, rzecz jasna, nie należało wypowiadać tego przydomka w obecności załóg bombowych. Kilka dni w szpitalu było wtedy murowanych.
– Tak jest, panie pułkowniku – odpowiedział Szymon, zrywając się z krzesła.
– Zrobi się – dodał na odchodnym, chwytając w locie mapy sektora z naniesioną trasą lotu oraz celem wyprawy.
Tym razem, znacznie żwawszym krokiem i w dużo lepszym nastroju, ruszył w stronę swojego namiotu, mając nadzieję, że zastanie w nim swojego stałego skrzydłowego, chorążego Wojciecha Mazura.Wspomnienia
Wojtka znał jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. Razem chodzili do tego samego gimnazjum w Grudziądzu. Tam zresztą zaczęła się ich przygoda z wojskiem, gdy razem uciekali przed poborem i przymusowym wcieleniem do armii pruskiej. Pamiętał te ciężkie czasy.
Sierpień.
Wezwania do pruskiego komisariatu leżały na stole jak wyroki. Żaden z nich nie miał zamiaru się stawić – nie z własnej woli. Ucieczka nie była planem. Była jedyną opcją. Pokonali wspólnie prawie czterysta kilometrów. Wpierw pieszo i pociągiem towarowym do Torunia, przeważnie nocą. Następnie przedostali się do Kalisza, przez teren kontrolowany przez Niemców, przy pomocy siatki niepodległościowej. Kolejnym przystankiem były Kielce i przerzut na teren Galicji, a stamtąd do Nowego Sącza, gdzie formowano II Brygadę Legionów Polskich. Dostali przydział do 2. Pułku Piechoty. Jakie to było szczęście! Co prawda pierwsze dwa tygodnie spędzili w lazarecie z powodu niedożywienia, ale to nie miało znaczenia. Byli w polskim wojsku! Nie przypuszczali wtedy, jak ciężko będzie.
Szlak bojowy wiódł ich od zimowych Karpat, błota Besarabii, głodu i mrozu Bukowiny. Każda z tych nazw oznaczała dla nich coś więcej niż tylko punkty na mapie. Kolejno był Wołyń, gdzie prowadzili ciężkie boje z wojskami rosyjskimi, m.in. pod Kostiuchnówką.
Potem przyszedł kryzys przysięgowy. W lipcu 1917 roku, po rewolucji lutowej w Rosji i w obliczu dalszego prowadzenia wojny, państwa centralne zażądały, by żołnierze Legionów złożyli przysięgę wierności cesarzowi Niemiec i Austrii. Nie Polsce. To był moment hańby.
Pamiętał te upokarzające chwile, gdy zostali przymuszeni przez dowództwo II Brygady do tego czynu. Ale Niemcy nie cieszyli się długo tym zwycięstwem. Morale Brygady na tym nie straciło – wprost przeciwnie. Już w lutym 1918 roku, po traktacie brzeskim, II Brygada zbuntowała się. Pamiętał tę ciężką noc z 15 na 16 lutego, kiedy przebijali się przez front pod Rarańczą, by połączyć się z II Korpusem Polskim w Rosji. Był to czynny sprzeciw wobec zdrady sprawy polskiej.
Niestety, nie potrwało to długo. Po reorganizacji II Korpus został otoczony przez Niemców pod Kaniowem. Bili się do ostatniego naboju, ale po krwawej bitwie musieli się poddać. Wielu zginęło, większość została rozbrojona i internowana.
Ale znów dopisało im szczęście. Nie dalej niż trzy tygodnie po tym wydarzeniu udało im się uciec z transportu. Po wielu przygodach dotarli jeszcze w 1918 roku na tereny polskie.
Przez miesiąc byli przesłuchiwani przez oficerów Wydziału Wywiadowczego przy Sztabie Generalnym Wojska Polskiego w Warszawie. A po pomyślnej weryfikacji, na własną prośbę, skierowani do nowo formującego się lotnictwa, a ściślej mówiąc do Sekcji Żeglugi Powietrznej.Misja
– Wojtula! – krzyknął Szymon, stając w szeroko otwartych drzwiach namiotu. – Wojtek, do cholery, wstawaj, mamy robotę! – powtórzył, szarpiąc wystającą spod koca nogę przyjaciela.
– Człowieku, zmiłuj się… – rozległo się z okolic wezgłowia pryczy. – Jeszcze noc!
– Owszem, ale w Meksyku. Wstawaj, mówię! Za trzy kwadranse startujemy. Ogarnij się, wrzuć coś na ruszt i za pół godziny widzimy się w stodole – podsumował Szymon. – Żebym nie musiał ci znowu zrobić „Rakowic”.
– Dobrze, dobrze, już wstaję… – mruknął Wojtek, siadając półprzytomny na łóżku polowym.
Dobrze zapamiętał sytuację ze szkolenia podstawowego na rakowickim lotnisku pod Krakowem, gdzie zdobywali pierwsze lotnicze szlify. Wtedy też nie miał zbyt wielkiej ochoty wstawać na apel, gdy nagle namiot z całym wyposażeniem odfrunął do tyłu, dosłownie zdmuchnięty pędem powietrza zza samolotu z pracującym na maksymalnych obrotach silnikiem. Za sterami rozpoznał czarną czuprynę Szymona, zanim ten rozpędził maszynę i lekko poderwał ją do lotu. Po tej akcji mieli obaj zakaz lotów na tydzień, ale nauczki nie zapomni do końca życia.
Szymon uśmiechnął się lekko i skierował swe kroki prosto do stodoły, gdzie mieściło się królestwo mechaników. Po krótkim spacerze dotarł do celu, mijając po drodze parę maszyn obleganych przez podwładnych sierżanta Antoniego Bartosika, szefa mechaników. Żołnierze mówili na niego „Stalowy Bartosik”, bo nawet w największym chaosie zachowywał zimną krew i potrafił uruchomić martwego Breguet’a. Był weteranem jeszcze z armii austro-węgierskiej, gdzie służył jako ślusarz-mechanik w lotnictwie.
Przekraczając próg stodoły, Szymon już miał zawołać sierżanta, by ten ujawnił swoją miejscówkę, gdy nagle z prawej strony nadleciała z dużą prędkością szmata upaćkana w oleju silnikowym. Minęła o włos nos pilota i uderzyła z plaśnięciem w kadłub maszyny wiszącej na pasach podnośnika.
– Witek, ty pacanie! – rozbrzmiała gromka reprymenda Bartosika, skierowana do jednego z młodszych pomocników. – Od kiedy nasze samoloty latają na oleju silnikowym?! Coś ty wlał do zbiornika głównego, niemoto jedna?! Urżnę ci łapy przy łokciach! – kontynuował w najlepsze sierżant. – Natychmiast spuść olej i przeczyść cały układ paliwowy! Dobrze, że spojrzałem przed próbą silnikową, bo byś rozkręcał cały silnik na drobne części!
– Ale panie szefie… – dobiegło z kąta warsztatu. – Sam?
– Sam zepsułeś? To sam naprawiasz! Za głupotę się płaci, jakbyś nie wiedział! I masz szczęście, że żaden z pilotów się nie roztrzaskał podczas startu, bo byś od razu poszedł pod mur i dostał kulę w łeb! Na froncie jesteś, chłopcze, a nie u matuli przy piecu! Masz godzinę, i przyjdę sprawdzić. Obyś zdążył, bo twoja skóra nie będzie warta funta kłaków – zakończył Bartosik.
– Czołem, sierżancie – rzucił pogodnie Szymon, próbując rozładować napięcie. – Jakieś problemy wychowawcze?
– Aaaa… witam, poruczniku – odpowiedział Bartosik, odwracając się na pięcie. – Nie, wszystko gra i buczy, jak to u nas mawiają. Tylko młodzież chyba trochę niedospana, płynów nie rozróżniają. Poza samogonem. Tego to zawsze wywęszą – rzucił groźne spojrzenie w stronę pomocników i pomachał pięścią. – Ale ja z nich jeszcze zrobię porządnych mechaników...
– Z taką sprawą przychodzę – wszedł mu w słowo Szymon. – Lecimy o dziewiątej na osłonę rozpoznania. Potrzebuję dwóch sprawnych maszyn. Znajdziecie coś dla mnie, sierżancie?
– Oczywiście. Na zewnątrz, pod drzewami z prawej, stoją dwa Fokkery D.VII. Wczoraj miały gruntowny przegląd, dzisiaj chłopaki je dopieścili i dotankowali. Pełne baki, pasy amunicyjne założone, jednym słowem: można harcować. Za kwadrans podeślę dwóch na rozruch, tylko jeszcze rozkręcimy zbiornik tego Albatrosa – odpowiedział Bartosik, rzucając przelotne, gniewne spojrzenie w stronę uwijającego się jak w ukropie Witka.
– Dziękuję za służbę, sierżancie. Postaram się tym razem coś upolować – rzucił na odchodne Szymon, machając ręką na pożegnanie.
– Obiecanki, cacanki – odparł Bartosik z uśmiechem, zakręcając przy tym sumiastego wąsa.
◆◆◆
Szymon, idąc w stronę szpaleru drzew, pod którymi stało kilka maszyn, zdołał jeszcze wyłowić uchem, jak Stalowy Bartosik komenderuje podkomendnymi z biednym Witkiem na czele, wyrzucając z siebie polecenia niczym z karabinu maszynowego.
Po niedługiej chwili dotarł do pierwszej pary myśliwców, kąpiących się leniwie w promieniach wschodzącego słońca. Podszedł do pierwszej maszyny, oznaczonej białą cyfrą „9”, wymalowanej na jasnoszarym kadłubie. Świetlne iskierki tańczyły po dwukolorowych płatach oraz czerwonym kołpaku śmigła. Znał ją nie od dziś – latał tym egzemplarzem już bodaj dwadzieścia razy w ostatnim kwartale i nigdy go nie zawiódł.
Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie – pomyślał, obchodząc maszynę.
Musiał przyznać, że konstruktorzy Fokkera odwalili kawał dobrej roboty. Myśliwiec miał dwa płaty o grubym profilu i niemal identycznych wymiarach, bez rozpórek czy drutów naciągowych pomiędzy nimi – nowinka techniczna możliwa dzięki zastosowaniu lżejszych i wytrzymalszych materiałów. Rozwiązanie to poprawiało widoczność oraz manewrowość maszyny.
Silnik w jego egzemplarzu to licencyjne BMW IIIa o mocy dwustu koni mechanicznych, napędzające dwułopatowe, drewniane śmigło. Dawało to prędkość maksymalną rzędu dwustu pięciu kilometrów na godzinę. Dzięki nowoczesnej konstrukcji nośnej i mocnemu silnikowi maksymalny pułap sięgał sześciu tysięcy metrów, a czas wznoszenia nie przekraczał dwudziestu minut. Dawało to przewagę manewrową nad większością samolotów myśliwskich, nie wspominając o bombowcach.
Obszedł maszynę: sprawdził podwozie, brak luzów na kołach, naciąg linek sterowych, a następnie poruszał powierzchniami sterowymi – lotkami, sterem wysokości i kierunku. Potem wdrapał się do kokpitu.
Odruchowo przeładował główne uzbrojenie – dwa karabiny maszynowe Spandau LMG 08/15, zsynchronizowane do strzelania przez śmigło i rozsiadł się w fotelu pilota. Rozejrzał się, notując w pamięci lokalizację pistoletu sygnałowego, po czym sprawdził przyrządy nawigacyjne i zegary.
Kątem oka dostrzegł, że przy sąsiednim Fokkerze – „dwudziestce” – Wojtek kończył już swój „taniec pilota”. Z oddali, zza szopy po drugiej stronie dworku, doszły ich dźwięki uruchamianych silników „grubasa”.
Ciekawe, czy przyjdzie nam lecieć razem z Remkiem?
Z rozmyślań wyrwał go głos Bartosika:
– Panie poruczniku, możemy zaczynać?
Dopiero teraz Szymon spostrzegł, że przy jego i Wojtka maszynie stali już gotowi do działania mechanicy, a sierżant machał do niego ręką, sygnalizując gotowość do rozruchu silników.
Zamyśliłem się jak ostatni kadet… – zganił się w duchu, otrząsając z rozmyślań. Odbezpieczył instalację zapłonową i zasygnalizował gotowość ruchem ręki.
Mechanik przy samolocie otworzył zawór paliwa, przekręcił śmigło na sucho trzy razy i krzyknął gromkie:
– Gotów do rozruchu!
– Kontakt! – zawołał w odpowiedzi Szymon, po czym wcisnął przycisk rozrusznika.
Silnik zaskoczył z hukiem, wyrzucając w powietrze kłąb niebieskiego dymu. Samolot zadrżał, a silnik zaryczał gardłowo. Szymon cofnął manetkę gazu na obroty jałowe i rozpoczął ostatnią kontrolę przedstartową. Poruszył drążkiem sterowym i orczykiem, sprawdzając, czy stery reagują prawidłowo. Następnie przesunął manetkę do połowy skali, trzymając wciśnięte hamulce, obserwując, czy silnik się nie dławi i pracuje równo. Na koniec jego kontrolny wzrok padł na wskazania obrotomierza i ciśnienia oleju.
W tym czasie mechanik obszedł samolot, upewniając się, że nie ma żadnych wycieków, stuków ani nietypowych drgań mogących sygnalizować problemy z jednostką napędową. Po szybkiej inspekcji cofnął się o kilka kroków i podniósł rękę – wszystko było w jak najlepszym porządku.
Spoglądając w prawo, Szymon zauważył, że mechanik Wojtka wykonał identyczny gest. Oba samoloty były gotowe do startu. Porucznik machnął ręką do Bartosika, a następnie do Wojtka, wskazując mu dłonią pas startowy.
Obie maszyny leniwie pokołowały po świeżo ściętej trawie ku dużej literze „T”, ułożonej z prześcieradeł, oznaczającej początek pola wzlotów. Przed nimi, jakieś trzysta metrów dalej, odrywał się właśnie od ziemi bombowo-rozpoznawczy Breguet.
Zatrzymali się przy drodze startowej, po czym niemal jednocześnie pchnęli manetki gazu do oporu. Silniki zawyły na wysokich obrotach, szarpiąc do przodu prawie dwie tony drewna i stali. Po kilkudziesięciu metrach rozbiegu maszyny lekko oderwały się od ziemi, lecz doświadczeni piloci przycisnęli je z powrotem do gruntu, by szybciej nabrać prędkości. Na końcu pasa obie maszyny wzbiły się w górę świecą, by po nabraniu bezpiecznej wysokości manewrowej położyć się na lewe skrzydła i wykonać płynny skręt na kurs przechwytujący do Breguet’a.
Bartosik wraz z młodymi mechanikami odprowadzał wzrokiem maszyny, aż ich sylwetki zamieniły się w czarne punkciki na bezchmurnym niebie Nowogródka, a potem zniknęły całkowicie. W oddali przez pewien czas słychać było tylko pomruk oddalających się samolotów.
◆◆◆
Po starcie i wykonaniu zwrotu, obie maszyny zaczęły powoli nabierać wysokości, kierując się wprost na cel swojej misji – pękatego bombowca, który majestatycznie wisiał na niebie na wysokości około tysiąca pięciuset metrów. Po kilku minutach byli już przy nim. Zrównali się z Breguet’em i pomachali skrzydłami, sygnalizując rozpoczęcie osłony zgodnie z planem. Pilot bombowca odmachał im ręką w geście potwierdzenia.
Spod pilotki wystawały jasne kosmyki blond włosów.
Czyli to jednak Remigiusz – uśmiechnął się w duchu Szymon.
Zwiększył obroty silnika i razem ze skrzydłowym wdrapał się pięćset metrów ponad „grubasa”. Breguet niemrawo zmierzał do celu. Ze względu na jego niską prędkość przelotową, Szymon z Wojtkiem krążyli nad nim zygzakiem – z jednej strony, by utrzymać odpowiednią prędkość, co w przypadku myśliwca było kluczowe dla przeżycia w razie ataku, a z drugiej – by zwiększyć pole widzenia i mieć lepszy sektor obserwacji.
Grunt to nie dać się zaskoczyć – przypomniały mu się słowa instruktora z Rakowic:
Musicie być cały czas czujni. Nigdy nie lećcie w linii prostej i nieustannie monitorujcie niebo wokół was. Szczególnie sektor ze słońcem. Tam będą się czaić wrogie myśliwce, próbujące wykorzystać efekt oślepienia. Pamiętajcie o tym, a wrócicie cali do bazy.
Remigiusz spojrzał w górę. Dwa Fokkery krążyły nad nim zygzakami.
Bezpieczni. Przynajmniej na razie.
Po kolejnym kwadransie lotu, który przebiegł w monotonnej atmosferze, do celu pozostawało im niecałe dziesięć minut. Na horyzoncie majaczyły już smugi dymu, nadciągające znad węzła kolejowego w Baranowiczach.
Teraz trzeba będzie tylko znaleźć lotnisko – pomyślał Szymon. Na pewno nie jest dalej niż pięć kilometrów od tego kotła. Trzeba się skupić.
Pomachał skrzydłami, by przykuć uwagę Wojtka. Dał mu znak ręką. Zbliżają się do celu, czas przejść ze zwartego szyku na luźną osłonę. Wojtek skinął głową i odbił w prawo, schodząc niżej, by ułatwić sobie wypatrzenie celu misji – bolszewickie lotnisko. Szymon wykonał symetryczny manewr w lewo, dławiąc nieco silnik.
Tylko Breguet kontynuował lot niezmienionym kursem.
◆◆◆
Nad węzłem kolejowym pojawili się niemal jednocześnie. Bombardier „grubasa” nie omieszkał poczęstować tych na dole paroma pigułami, jak potocznie nazywano bomby o małym wagomiarze, wyrzucane z samolotu przez załogę. To oczywiście nie sparaliżowało działań na ziemi, ale efektywnie podkopywało morale wroga. Potem Remigiusz położył bombowiec w lekki skręt w prawo i delikatnie pomachał skrzydłami, przechodząc jednocześnie w płytkie nurkowanie.
Ocho, chyba coś wypatrzyli.
Rzeczywiście. Po niecałej minucie lotu Remigiusz wyrównał lot, a bombardier wystrzelił flarę z pistoletu sygnałowego. Pod nimi, wzdłuż drogi, widniało skoszone pole, a po jego drugiej stronie, w małym zagajniku, uwijały się jak w ukropie małe punkciki. Misja wykonana, odnaleźli lotnisko wroga. Problem polegał na tym, że było absolutnie puste. No, może nie do końca, bo po chwili wokół samolotów zaczęły rozkwitać czarne obłoczki. Biła do nich artyleria przeciwlotnicza z zagajnika, który dopiero co minęli.
Myśliwcy od razu zaczęli tańczyć po niebie, rzucając maszyny to w jedną, to w drugą stronę, by nie dać czasu artylerzystom na wstrzelanie się. Gorzej sprawa się miała z Breguet’em, który niestety nie miał takich możliwości uników. Szymon widział, że pilot na pełnym gazie wykonywał właśnie zwrot z jednoczesnym nabieraniem wysokości. Niestety, na tą chwilę ta taktyka nie przynosiła spodziewanych efektów.
Kątem oka dostrzegł ruch po swojej prawej stronie. Obrócił się szybko, kopnął w orczyk i ściągnął na siebie drążek sterowy, otwierając jednocześnie maksymalnie przepustnicę, by w ciasnym skręcie uniknąć ewentualnego ognia przeciwnika. Ale to nie były bolszewickie maszyny, tylko Wojtek postanowił wspomóc Remigiusza w jego walce o przetrwanie. Zanurkował na pełnym gazie wprost na baterię przeciwlotniczą i otworzył ogień, zalewając zagajnik ołowiem.
Widząc to, Szymon zwalił swojego Fokkera przez skrzydło i w niecałe piętnaście sekund był nad celem, okładając zagajnik razem z Wojtkiem długimi seriami. Na efekty nie przyszło długo czekać. Obłoczki nagle przestały się pojawiać wokół bombowca, a zagajnik zapełnił się na powrót biegającymi w bezładzie „mróweczkami”.
Wtem, po trzecim przelocie, za plecami coś huknęło. Eksplozja była tak silna, że aż zatrzęsła samolotem. Pilot ledwo opanował stery rozdygotanego płatowca. Na pełnym gazie wspiął się na pięćset metrów i szybkim rzutem oka sprawdził stan myśliwca. Ogon samolotu był cały w mniejszych lub większych dziurach.
Całe szczęście, że stery nie oberwały mocno – pomyślał. Spojrzał w dół, w stronę zagajnika. Na jego obrzeżu unosił się ku niebu gęsty dym.
Pewnie Wojtek trafił w skład amunicji.
Rozejrzał się po niebie. Niestety, nigdzie nie zauważył maszyny przyjaciela.
Może spadł, a może tylko zszedł nisko i wypadł z pola widzenia.
Po kolejnym przelocie nad zagajnikiem nie dostrzegł na ziemi żadnych oznak wrogich maszyn. Ustawił więc kurs powrotny i rozpoczął wznoszenie do wysokości przelotowej. Nagle, podczas manewru, przed nosem myśliwca przeleciała seria. Odruchowo położył samolot w ciasnym skręcie w prawo i wtedy zobaczył obiekt całego zamieszania.
Ponad nim, jakieś siedemset metrów z tyłu, leciały w szyku trzy ciężkie, czterosilnikowe bombowce Ilja Muromiec z wielkimi, czerwonymi gwiazdami na skrzydłach i kadłubach.
Mam szczęście, że mają niedoświadczonych strzelców pokładowych i za wcześnie otworzyli ogień. Ja nie popełnię tego błędu.
Wyszedł pełnym gazem za maszyny bolszewików i wykonując półpętlę, zniwelował różnicę wysokości. Manewr uplasował go pomiędzy celem a słońcem.
Idealnie – przemknęło mu przez myśl i rzucił się na zwierzynę jak jastrząb na kaczki.
Na pierwszy cel obrał skrajny prawy bombowiec. Docisnął gaz do oporu. Sylwetka wrogiej maszyny rosła w celowniku, aż wypełniła go w całości. Widział już członków załogi w kokpicie i strzelców ostrzeliwujących się na ślepo.
Jeszcze sto metrów … jeszcze pięćdziesiąt – odliczał w myślach i nacisnął spust.
Dwa sprzężone karabiny maszynowe Spandau zagdakały, wypluwając z siebie krótkie serie pocisków zapalających. Pierwsza przeszła na wylot przez ogon celu, lekko tylko zmniejszając jego sterowność, ale dwie następne utkwiły w kokpicie i prawym wewnętrznym silniku, który od razu stanął w płomieniach.
Myśliwiec przemknął nad palącym się bombowcem, który w niekontrolowany sposób pikował ku ziemi.
Chyba trafiłem pilota – pomyślał Szymon, wykonując ciasny skręt w lewo z jednoczesnym nabieraniem wysokości.
Po jego zakończeniu wyszedł prosto na lewego skrzydłowego. Koniec manewru zbiegł się z głuchym hukiem, gdy pierwszy bombowiec dokonał żywota, eksplodując przy zderzeniu z ziemią.
Nie było jednak czasu, by święcić triumf. Do celu pozostało mu nie więcej niż trzysta metrów. Przymierzył się do strzału w centropłat i nacisnął spust. Karabiny maszynowe wypluły z siebie resztkę amunicji, po czym zastygły w bezruchu z pustymi taśmami amunicyjnymi.
Zanim Szymon zorientował się, co zaszło, powietrzem targnęła kolejna eksplozja. Tym razem trafił ostatnią serią w jedną z czterech ćwierćtonowych bomb podczepionych na wyrzutnikach pod brzuchem czterosilnikowej bestii.
To spowodowało detonację kolejnych trzech, łącznie pół tony trotylu. Bombowiec praktycznie wyparował, a prowadzący grupę samolot z urwanym lewym skrzydłem wił się w korkociągu ku ziemi, ciągnąc za sobą warkocz czarnego jak smoła dymu.
Niestety, efekt tych fajerwerków dosięgnął również myśliwca. Eksplozja oderwała górny płat. Odłamki pokiereszowały kadłub i uszkodziły silnik, który zaczął się dławić i w końcu zamilkł. Pilot od fali uderzeniowej stracił przytomność.
Gdy się ocknął, zmierzał lotem koszącym w kierunku matki ziemi. Próbował poruszyć drążkiem sterowym, ale zakrwawione ręce w poszarpanej kurtce lotniczej dzierżyły jedynie fragment drążka, oderwanego od układu sterowania przez odłamki.
Jedyne, co mógł teraz zrobić, to patrzeć na ten powolny marsz ku wieczności.
Był za słaby na skok ze spadochronem. Pewnie i tak był w strzępach, jak reszta maszyny i on sam.
Oczy, nabiegające czerwienią, rejestrowały jeszcze wydarzenia tych ostatnich sekund życia.
Dziwne – przemknęło mu przez myśl – Jakże powoli mija teraz czas…
Ostatnie, co zarejestrował przed uderzeniem w ziemię, to intrygujące uczucie, jakby jego jaźń opuszczała w pośpiechu ciało przed nieuchronnym końcem, zwieńczonym eksplozją i słupem dymu.
To uczucie było mu dziwnie znajome, porównywalne do skoku ze spadochronem z niesprawnej maszyny…
◆◆◆
Wojtek obserwował tę scenę z ciężkim sercem, oddalony o niespełna kilometr od tych zdarzeń na niebie.
Po ataku na zagajnik jego Fokker również został uszkodzony, znacznie bardziej niż ten kolegi. Silnik co chwilę krztusił się i przerywał, ciągnąc za sobą błękitną wstążkę wyciekającego oleju.
Dlatego też nie był w stanie pomóc przyjacielowi w ataku na bolszewickie zgrupowanie powietrzne. Samolot ledwo trzymał się powietrza, a do domu miał jeszcze z pięćdziesiąt kilometrów.
Przepełniał go smutek po stracie kolegi, lecz w głębi duszy wiedział, że nie był mu w stanie pomóc.
Teraz musiał się skoncentrować na walce z maszyną, by chociaż ktoś mógł zaświadczyć o tym, co wydarzyło się tamtego letniego poranka na niebie wschodniej Europy.
◆◆◆
Daleko za liniami frontu sierżant Bartosik z niecierpliwością chodził w tę i z powrotem koło swego mechanicznego królestwa, spoglądając co chwilę na zegarek i pole wzlotów. „Grubas” wylądował pół godziny temu, trochę poharatany. Bartosik podsłuchał przez okno, że myśliwcy uratowali porucznika Krasowskiego, tłumiąc ogniem obronę przeciwlotniczą. To nigdy nie kończyło się dobrze. Usłyszał też o walce powietrznej ich myśliwców z wrogimi bombowcami, ale niestety załoga Breguet’a nie zaobserwowała finału starcia. Mogli mieć tylko nadzieję, że wszystko się dobrze skończyło. Oczywiście dowództwo bazy nie polegało tylko na szczęściu, dlatego też własna artyleria przeciwlotnicza była w najwyższej gotowości bojowej, a niebo nad bazą patrolowała para myśliwskich Albatrosów D.III, podczas gdy kolejne dwie maszyny stały w alarmie bojowym na skraju pasa startowego z włączonymi silnikami, by w razie potrzeby w kilkadziesiąt sekund wesprzeć kolegów znajdujących się w powietrzu. Niestety, jak dotąd posterunki obserwacyjne nie wypatrzyły powracających maszyn.
Wtem nad lotnisko wystrzeliła żółta raca sygnałowa, oznaczająca kontakt wzrokowy z nieznanym samolotem. Bartosik z nadzieją w sercu pobiegł w kierunku posterunku obserwacyjnego. Zanim do niego dotarł, w powietrze wzbiła się również raca koloru niebieskiego, oznaczająca powracający przyjacielski samolot. Dobiegłszy do obserwatora, dostrzegł w oddali na niebie punkcik ciągnący za sobą kitę czarnego dymu. To nie wróżyło dobrze. Po chwili zza zabudowań podjechał na skraj pasa wóz strażacki, czekając w gotowości na rozwój wypadków.
Dopiero teraz zorientował się, że wokół zebrała się grupka jego mechaników z Witkiem na czele i wspólnie z nim z niecierpliwością śledziła chwiejny lot powracającego samolotu. Po niecałych pięciu minutach od obserwatora uzbrojonego w mocną lornetkę dało się słyszeć:
– To dwudziestka. Ma kłopoty.
Kilkaset metrów od pasa dźwięk silnika samolotu umilkł. Obserwatorowi przyklejonemu do lornetki wyrwało się szczere, żołnierskie:
– Kurwa mać!
Ale Bartosik z ekipą już tego nie słyszeli, pędząc co sił ku tracącemu wysokość z każdą sekundą myśliwcowi. Wojtek ostatkiem sił przydusił samolot do ziemi, ratując się przed przeciągnięciem i tragicznym końcem w kraterze ze szczątkami maszyny. Zyskał dzięki temu manewrowi kolejne dwieście metrów lotu, po czym, urywając podwozie na płocie okalającym skraj lotniska, gruchnął ciężko o ziemię, kręcąc bączka i urywając dolne skrzydła.
Bartosik dopadł do wraku pierwszy i zaczął szybko wypinać pilota z pasów. Po chwili dobiegli do niego pomocnicy i wspólnie odciągnęli osłabionego pilota od maszyny. W tym samym czasie do działania przystąpili strażacy, zalewając bez pardonu miejsce kraksy litrami wody.
– Spokojnie… – wymamrotał Wojtek. – Tam już nie ma ani kropli paliwa.
– Panie chorąży – potrząsnął nim Bartosik – co z dziewiątką? Co z porucznikiem Kościanem?
Wojtek spojrzał na sierżanta długim, pełnym bólu spojrzeniem i powoli pokręcił głową.
– Możecie odwołać alarm – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Żaden aeroplan już tu nie dotrze.Prolog
W dwudziestoleciu międzywojennym niebo było jeszcze puste. Dźwięk silnika lotniczego wciąż wywoływał u przechodniów odruch uniesienia głowy. Piloci, odziani w skórzane kurtki i gogle, przypominali pionierów nowych światów – pół-mitologicznych herosów unoszących się ponad granicami państw i czasów.
Ale to był dopiero początek.
W 1920 roku samolot był wciąż drewnianą maszyną z płóciennymi skrzydłami, napędzaną tłokowym silnikiem o mocy stu koni mechanicznych. Loty wymagały nie tylko odwagi, lecz także wiary – w maszynę, w człowieka, w to, że niebo nie okaże się ostatnim błędem.
Dziesięć lat później niebo już nie milczało.
Srebrne sylwetki Junkersów i Douglasów przecinały kontynenty, przenosząc pocztę, pasażerów i wojskowych obserwatorów. Lotnictwo przestało być ekstrawagancją – stało się narzędziem. A zaraz potem… bronią.
Wraz z wybuchem II wojny światowej przyszła eksplozja technologii. W ciągu zaledwie sześciu lat świat przeszedł drogę od samolotów z otwartym kokpitem do potężnych bombowców strategicznych, silników odrzutowych, radarów i pierwszych eksperymentów z maszynami bezzałogowymi.
Do 1945 roku w powietrzu pojawiły się rzeczy, które dekadę wcześniej uchodziły za fantazję.
Heinkel He 280 – pierwszy myśliwiec odrzutowy, platforma testowa nowych rozwiązań z zakresu dużych prędkości.
Messerschmitt Me 262 Schwalbe – pierwszy myśliwiec odrzutowy użyty w boju – osiągał prędkości ponad 850 km/h.
Messerschmitt Me 163 Komet, napędzany silnikiem rakietowym, wspinał się niemal pionowo, z szybkością zbliżoną do 1000 km/h.
A bracia Hortenowie zaprojektowali latające skrzydła, które bardziej przypominały przyszłość niż teraźniejszość początku lat 40-tych.
Równolegle rozwijała się technika walki nocnej.
Radary – jeszcze niedawno ciekawostka – stały się oczami w ciemności.
Brytyjskie Mosquito z radarami AI Mk. IV i amerykańskie P-61 Black Widow patrolowały nocne niebo. Niemcy mieli własne odpowiedzi: stacjonarne systemy Freya i Würzburg, a także pokładowe zestawy FuG 202, 212 i 220 Lichtenstein, montowane w myśliwcach nocnych, takich jak Heinkel He 219 Uhu i Ju 88 G.
Noc przestała być bezpieczna.
Zamiast mroku – anteny, wykrywacze, działka systemu Schräge Musik strzelające pod kątem wprost w brzuch lecącego bombowca.
Precyzja rosła. Czas reakcji malał.
A na wysokim pułapie latał już Boeing B-29 Superfortress – zdolny wznieść się na dziesięć tysięcy metrów i przelecieć ponad pięć tysięcy kilometrów w jedną stronę zrzucając ładunki, które mogły zniszczyć całe miasta.
I mimo tego wszystkiego…
Gdzieś za kulisami toczył się inny wyścig. Cichszy.
Oparty na fizyce, która balansowała na granicy magii.
O broń, której nie dało się zatrzymać.
O napęd, który nie potrzebował skrzydeł.
O energię, która nie pochodziła z ropy.
To tam, poza wiedzą opinii publicznej i poza oficjalnymi rejestrami, narodził się Haunebu III.
I z nim – pytania, na które do dziś nie ma odpowiedzi.Cienie nad Buczaczem
Wibracje…
Wibracje na całym ciele…
I ten dźwięk… dziwnie znajomy.
Coś zmusiło go do otwarcia oczu. Ból głowy był nie do zniesienia. Spod przymrużonych powiek dostrzegł… wirujący świat za oknem… błękit… zieleń… błękit… w pętli.
Co się ze mną dzieje? – przemknęło mu przez myśl.
I ten dźwięk… ostry… nieustępliwy… jak syrena alarmowa…
Syrena?
Alarm!
Alarm wysokościowy!
W jednej chwili ocknął się z letargu. Za oknem kokpitu błękit powoli zlewał się z zielenią w jedną rozmazaną plamę. Kątem oka uchwycił wysokościomierz, którego wskazówki tańczyły razem ze światem za szybami.
Siedem tysięcy metrów…
Sześć tysięcy…
Pięć tysięcy…
Przeciążenie wbijało go w fotel, nie miał siły nawet oddychać. Jakimś nadludzkim wręcz wysiłkiem woli pchnął drążek sterowy od siebie i w lewo. Do oporu. Kopnął orczyk lewą nogą i przytrzymał go, mimo że ważył teraz chyba z tonę. Powoli zaczynał odzyskiwać wzrok i kontrolę nad maszyną. Jego „Dora” – jak pieszczotliwie nazywał Focke-Wulfa FW-190 D9 – szła płaskim korkociągiem ku zielonym przedpolom Buczacza. Po dłuższej chwili mocowania się z maszyną w końcu udało mu się odzyskać panowanie i wyrównać lot na niespełna siedmiuset metrach. Zlany zimnym potem rozejrzał się nerwowo w poszukiwaniu oprawców.
Są!