-
nowość
Skwer krwawiącego serca - ebook
Skwer krwawiącego serca - ebook
Na zjeździe absolwentów dochodzi do morderstwa, ale jego uczestnikom zbrodnia nie jest obca.
Cassie jest szczęśliwą mężatką i policjantką, która kocha swoją pracę. Pilnie strzeże tajemnicy, którą już prawie wymazała z pamięci. Na udział w szkolnym zjeździe namawia ją mąż. Po ponad dwudziestu latach Cassie spotyka się z dawnymi przyjaciółmi z Manor Park School, wśród których jest dwóch polityków, gwiazda rocka i słynna aktorka.
Kiedy jeden z jej kolegów, wybitny i kontrowersyjny policjant Garfield Rice, zostaje znaleziony martwy w szkolnej łazience, rozpoczyna się śledztwo. Kieruje nim nowa szefowa Cassie, świeżo awansowana i od niedawna mieszkająca w Londynie detektyw inspektor Harbinder Kaur. Która odnosi nieodparte wrażenie, że sprawca przestępstwa ma już w zabijaniu pewną wprawę…
Trzeci tom serii kryminalnej, którą zapoczątkowała nagrodzona Edgar Allan Poe Award powieść Puste jest piekło.
Książka idealna dla wielbicieli klasycznych powieści z dreszczykiem.
Oszałamiająca książka. Zaskakujące fałszywe tropy, niespodziewane zwroty akcji i narracja przypominająca film „Rashomon” dodają tempa fabule, która prowadzi do rekonstrukcji pierwotnej zbrodni i sensacyjnego odkrycia. Fani Donny Tartt nie będą mogli się od tej książki oderwać.
„Publishers Weekly”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-230-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Grupa przyjaciół kończy Manor Park – ekskluzywne londyńskie liceum. Na rysującą się przed nimi świetlistą przyszłość rzuca cień tragiczna śmierć kolegi w ostatni dzień szkoły.
Ich drogi się rozchodzą. Jedno zostaje gwiazdą popu, drugie robi karierę aktorską, dwójka trafia do Parlamentu, inni wiodą spokojniejsze życie. Choć w przypadku Cassie Fitzherbert, żyjącej ze świadomością, że zabiła człowieka – o czym czasami zapomina – trudno mówić o spokoju.
Dwadzieścia jeden lat później podczas zjazdu absolwentów jeden z uczestników zostaje zamordowany. Śledztwo prowadzi detektyw Harbinder Kaur. Jej podwładna, Cassie, przypuszcza, że sprawcą jest któreś ze szkolnych przyjaciół. Tylko że to właśnie nad nią ciąży coraz więcej podejrzeń.
Tymczasem dochodzi do kolejnego zabójstwa, a wszystkie tropy prowadzą do pewnego miejsca w Londynie – Skweru Krwawiącego Serca.ELLY GRIFFITHS tak naprawdę nazywa się Domenica de Rosa i zanim stała się jedną z najbardziej znanych brytyjskich autorek kryminałów, pracowała jako bibliotekarka, dziennikarka i redaktorka prowadząca w wydawnictwie HarperCollins, gdzie zajmowała się literaturą dziecięcą. Pod prawdziwym nazwiskiem opublikowała cztery powieści z akcją osadzoną we Włoszech.
Sukces odniosła jednak dopiero jako Elly Griffiths, autorka bestsellerowego cyklu kryminałów z archeolożką doktor Ruth Galloway. Jest laureatką przyznawanej przez Stowarzyszenie Autorów Powieści Kryminalnych nagrody CWA Dagger in the Library, była też kilkakrotnie nominowana do nagrody głównej tego konkursu, CWA Gold Dagger.
_Puste jest piekło_, pierwsza część cyklu jej powieści z detektyw Harbinder Kaur, zdobyła cenioną amerykańską Edgar Allan Poe Award. Elly ma dwójkę dorosłych dzieci i mieszka w pobliżu Brighton z mężem archeologiem.
ELLYGRIFFITHS.CO.UKPROLOG
Cassie
Czy można zapomnieć, że popełniło się morderstwo? Zapewniam was, że można. Oczywiście nie całkiem. Lecz na co dzień to po prostu ulatuje z głowy. Swego czasu na imprezach u znajomych Pete i ja nawet bawiliśmy się w grę „Kto zabił?”. Szliśmy w przebraniu i odgrywaliśmy swoje role według scenariusza. Mieliśmy kartoniki z instrukcjami, rekwizyty i podkład muzyczny. Akcja toczyła się zazwyczaj w wiejskiej posiadłości albo na statku płynącym po Missisipi. Mniej więcej tak to wyglądało. Najpierw byłam panną Ellie, pełną wigoru córką Black Jacka Roulette’a, potem grałam panią Beacham, kucharkę. Na początku imprezy każdy trzymał się swojej roli, ale po pewnym czasie wszyscy byli wstawieni i przestawali stosować się do instrukcji. To mnie denerwowało. Lubię przestrzegać reguł.
Dzieci chętnie bawiły się w Morderstwo w Ciemności. Gra była bardzo prosta i zapewniała rodzicom spokój na wiele godzin. Całą grupą, nieraz w dziesiątkę, dzieci zamykały się w łazience na dole. Detektyw zostawał na zewnątrz i z posępną miną siedział na schodach. Po kilku minutach chichotów nagle rozlegał się mrożący krew w żyłach krzyk, drzwi się otwierały i widać było postać leżącą na posadzce między umywalką a sedesem. Stróż prawa musiał wyjaśnić zbrodnię, niekiedy z moją małą pomocą. „Mamo, to nie w porządku”, protestowali Lucy i Sam.
Autentyczne zabójstwo wydarzyło się tak dawno temu, że czasem odnoszę wrażenie, że popełnił je ktoś inny. Chyba każdy z nas uważa, że w wieku osiemnastu lat był zupełnie innym człowiekiem, ale ja naprawdę nie rozpoznaję tamtej uśmiechniętej blondynki ze zdjęć. Jakie miała poglądy, kogo kochała, jakiej słuchała muzyki? Nie pamiętam. Dysocjacja – to słowo pozostało mi w pamięci po ukończeniu studiów z psychologii. Kiedyś nawet zapisałam na fiszce definicję. _Proces psychiczny polegający na tym, że człowiek odcina się od własnych myśli i uczuć_ (…) _często pod wpływem traumy z dzieciństwa_. Nigdy nie sądziłam, że przy tego rodzaju zaburzeniach można mieć takie szczęśliwe życie. Kim jest ta dziewczyna na szkolnych fotografiach? Nic mnie z nią nie łączy.
Nie zdołałam jednak całkowicie wymazać z pamięci tamtych lat. Pete też chodził do Manor Park i zawsze brał udział w zjazdach zawodników futbolu i rugby. Ja również utrzymywałam kontakty z kilkoma osobami ze szkoły. Nie tyle chciałam się z nimi widywać, ile po prostu wiedzieć, gdzie przebywają. Pete nieraz prosił, żebym poszła z nim na spotkanie z dawnymi kolegami, ale odmawiałam. „Nie chcę oglądać się za siebie – mówiłam. – Chcę patrzeć w przyszłość”. Ponieważ przyszłość rysowała się wspaniale. Dzieci dorosną, pójdą na studia, założą rodziny. Pete i ja przejdziemy na emeryturę, będziemy mieć więcej czasu, wybierzemy się w podróż dookoła świata, zafundujemy sobie roczne wakacje, na które nie było nas stać po maturze. Przyszłość mnie cieszyła. Przeszłość dużo mniej.
„Cassie należy się odpoczynek – mówiła matka Pete’a. – Nie ciągnij jej na te zjazdy szkolne. Ma tyle na głowie. Choćby w pracy”.
To jeszcze jeden sposób, żeby zapomnieć. Zatrudnić się w policji.ROZDZIAŁ 1
Harbinder
Sobota, 21 września 2019
Harbinder Kaur patrzy przez okno mieszkania, które wynajmuje ze współlokatorkami. Londyn, myśli z westchnieniem. Już samo słowo przywołuje masę silnych doznań. Jednodniowe wycieczki szkolne, zapach plastiku i wymiocin w autokarze, kolorowanki przedstawiające Tower, fotki u boku gwiazd telewizji w Muzeum Figur Woskowych. Weekendowe wypady z koleżankami, teatr na West Endzie, a potem kolacja w Soho, choć karta win była niezrozumiała dla nich wszystkich. Sporadyczne wyjazdy służbowe, spotkania w wydawnictwie, gdzie ją i Neila oszałamiały półki pełne książek i dorośli ludzie o dziwnych imionach, na przykład Jelli. Olimpiada w Londynie, która ostatni raz rozbudziła w niej patriotyczne uczucia. No i jeszcze pożar Londynu, _London Calling_, Londinium, London Pride.
A teraz mieszka w tym urzekającym i przeklętym mieście. Ma mieszkanie, które współwynajmuje, i pracuje jako detektyw inspektor w wydziale śledczym Policji Metropolitalnej (sekcja zabójstw i ciężkich przestępstw). Ku swojej nie całkiem skrywanej radości kieruje zespołem dochodzeniowym, który ma siedzibę w West Kensington, W10, w miejscu, nie wiadomo dlaczego, nazwanym Dalgarno. Nadal trudno jej uwierzyć, że sprawy potoczyły się tak szybko. Jeszcze niedawno mieszkała z rodzicami w Shoreham, w West Sussex, narzekała na pracę i współpracowników, zwłaszcza na Neila, co wieczór oglądała _Kości_ i grała w gry na telefonie. A chwilę później zdała egzamin na detektywa inspektora, dostała nową pracę, załadowała swój skromny dobytek do furgonetki brata Neila i zajęła sypialnię od frontu w mieszkaniu przy Barlby Road 45.
– Teraz jesteś mieszkanką Londynu – powiedziała mama, całując ją na pożegnanie. W jej głosie słychać było szczery podziw, który zniweczyły następne słowa: – Zawsze możesz wrócić, jeżeli będzie ci za ciężko.
– Uważaj na siebie w wielkim mieście. Tam nie jest tak miło jak w starym, dobrym Sussex – przestrzegł Harbinder ojciec.
W jego głosie pobrzmiewała ironia, co nie było dziwne, zważywszy, że Harbinder uczestniczyła w śledztwach w kilku głośnych sprawach o zabójstwo w jakoby bezpiecznym nadmorskim mieście.
– Ja bym się nie przeprowadził do Londynu – oznajmił Neil, który uprzejmie zaoferował się jako kierowca furgonetki.
– Dlaczego? – zapytała Harbinder. – Jak dla ciebie za dużo tam kolorowych?
– Nie. Za dużo przestępstw – wyjaśnił spokojnie.
– Jesteśmy policjantami – oświadczyła, już przerażona gęstym ruchem na południowej obwodnicy. – Uwielbiamy przestępstwa.
Dobrze wiedziała, o co mu chodzi. Londyn równa się ciężkie przestępstwa. Nie zwyczajne zabójstwa, które bywają rozczarowująco przyziemne, lecz narkotyki, wymuszenia, gangi, handel ludźmi. To, co najgorsze w ludzkiej naturze, pomyślała, czując nie taki znowu przykry dreszcz, gdy minęli kilka zabitych deskami witryn sklepowych i pub o złowieszczej nazwie Dr Crippen. Właśnie dlatego po miesiącu pracy w nowym miejscu była trochę zawiedziona, że jej obowiązki jak na razie sprowadzają się do udziału w zebraniach i nauki nowych programów komputerowych. Przynajmniej ma swój pokój, pocieszyła się, z tabliczką na drzwiach: _Det. insp. Harbinder Kaur_. Próbowała zrobić selfie, żeby wysłać Neilowi, lecz nie mogła zmieścić w kadrze i swojej twarzy, i tabliczki. Podległa jej detektyw sierżant Cassie Fitzherbert uprzejmie zaproponowała, że zrobi zdjęcie, jak trzeba, ale właściwa chwila minęła.
Harbinder podoba się zachodnia część Londynu. Jej mieszkanie znajduje się na ostatnim piętrze solidnego domu szeregowego przy długiej, krętej ulicy, która biegnie w dół, do więzienia Wormwood Scrubs. Nieopodal jest jednak ładny park, a do tego są rozmaite sklepy, kawiarnie i restauracje. W weekendy Harbinder lubi spacerować ulicami, zerkając na sklepowe witryny, w których odbija się jej sylwetka: raźnie maszerująca kobieta w dżinsach i skórzanej kurtce. Jest pogodny wrześniowy dzień, początek jesieni. W sklepach już pojawiają się dynie, a drzewo za jej oknem zmienia się z zielonego w żółte i czerwone, niczym światła na skrzyżowaniu.
Podczas jazdy Harbinder rozmawiała z Neilem półżartem, półserio, ale teraz już wie, że przebywanie w wielokulturowym mieście ma również przyjemne strony. Kiedy pierwszy raz zobaczyła sikha w turbanie, była przekonana, że to jej ojciec albo któryś z braci. Myśl, że nie jest jedyną kolorową osobą jadącą autobusem do pracy, poprawia jej nastrój, choć wydaje się trochę dziwna. Co więcej, nie jest jedyną kolorową kobietą na stacji. Za to jedyną detektyw inspektor.
Jej współlokatorki są tak białe, jak to tylko możliwe. Jeanne, Szkotka z pochodzenia, ma rude włosy i niemal przezroczystą skórę. Mette pochodzi z Danii, jest wysoką blondynką i nieustraszenie pokonuje rowerem koszmarne skrzyżowanie na Scrubs Lane. Jeanne pracuje jako nauczycielka, Mette jako architektka. Harbinder wciąż mało je zna, ale wybrały się już we trzy na pizzę i gawędzą, kiedy spotykają się w kuchni. W mieszkaniu nie ma salonu, więc zazwyczaj każda przebywa w swoim pokoju. Harbinder to nie przeszkadza, choć bywa, że wieczorami, gdy gra w Panda Pop przy otwartym oknie i słyszy muzykę dolatującą z okien naprzeciwko, zadaje sobie pytanie: czy Londyn nie ma nic więcej do zaoferowania?
W ten sobotni wieczór Harbinder znowu siedzi przy oknie. Ogarnia ją nie tyle tęsknota za domem, ile lekki smutek. Poprzedniego dnia, kiedy spacerowała po South Bank, przyglądając się statkom wycieczkowym i najróżniejszym śmieciom wyrzuconym na brzeg przez Tamizę, z zaskoczeniem stwierdziła, że tęskni za morzem. Nie jest zapaloną pływaczką ani poszukiwaczką „skarbów” na plaży, jak jej przyjaciel Benedict, ale podoba jej się to, że każdego dnia morze wygląda inaczej, a ona bez względu na swoje samopoczucie poddaje się żywiołowi przypływów i odpływów. Brak jej rozległych widoków aż po horyzont. Tamiza jest zbyt wąska, a Londyn czasem przytłacza wielkością.
Gdyby jednak nadal mieszkała w Shoreham i wysłuchiwała sprzeczek rodziców na temat _Mam talent_, na pewno byłaby przybita i czuła się jak w potrzasku. „Harbinder Kaur – w jej głowie zabrzmiałby zgryźliwy komentarz – ma trzydzieści osiem lat i nadal mieszka z rodzicami. Jest lesbijką, o czym teoretycznie wiedzą jej rodzice, lecz jeszcze nie poznali jej dziewczyny. Jej ulubioną rozrywką są kłótnie z braćmi i bezsensowne gry na telefonie”. Obecnie komentarz brzmi przynajmniej tak: „Harbinder Kaur ma trzydzieści osiem lat, pracuje jako detektyw w Policji Metropolitalnej i wynajmuje mieszkanie razem z dwiema pracującymi zawodowo kobietami”. Nie zmienia to faktu, że sobotni wieczór spędza samotnie, słuchając przez ścianę telewizora Mette i zastanawiając się, czy jest jeszcze za wcześnie, żeby włożyć piżamę. Jeanne poszła na randkę ze swoim facetem.
Harbinder właściwie też miała okazję spędzić wieczór poza domem. Kim, jej podwładna, wspomniała, że cały zespół idzie do pubu na pożegnalne spotkanie z emerytowanym współpracownikiem. „Szefowa też powinna pójść. Będzie wesoło”. Harbinder wie, że należało tak zrobić. Chce pokazać koleżankom i kolegom, że choć wygląda na drobną sikhijkę, lubi napić się piwa jak każdy detektyw w Metropolitalnej. Czeka również na odpowiedni moment, żeby dokonać przed swoim zespołem coming outu. Sprawa jest trudniejsza, niż się wydaje. Harbinder nie chce robić szumu, ale jeśli będzie zwlekać, na pewno uznają, że jest hetero. Trudność polega na tym, że nie może mimochodem napomknąć o swojej dziewczynie, ponieważ jej nie ma. Przybija ją myśl, że przez cały wieczór miałaby być duszą towarzystwa i jednocześnie szukać pretekstu, by wypowiedzieć to słowo na „l”. Z całą pewnością nie pójdzie na spotkanie zespołu.
A może zadzwonić do mamy? Ale wtedy ta zacznie ją namawiać, żeby przyjechała do domu na niedzielny lunch. Bibi ma hopla na punkcie niedziel, zupełnie jak katolicy, i robi, co w ludzkiej mocy, żeby zgromadzić w jednym miejscu jak najwięcej członków rodziny. Myśli Harbinder biegną w stronę mieszkania nad rodzinnym sklepem i aż serce jej się ściska, a przecież wie, że po spędzeniu pół godziny z braćmi zaczęłaby tęsknić za spokojem, jaki ma w londyńskim pokoju. Postanawia wcześnie iść spać i następnego dnia wyruszyć na prawdziwe zwiedzanie Londynu: zobaczyć parę ulicznych targowisk, przegryźć coś egzotycznego, wysłać kilka fotek do Neila. _My, Londyńczycy, nie mówimy „arancini”, tylko „kulki ryżowe”_. Na myśl o jedzeniu czuje głód i uprzytamnia sobie, że nie jadła kolacji. Co zostało na jej półce w spiżarni? Chyba jest jeszcze makaron i przecier pomidorowy. Daleko jej do umiejętności kulinarnych mamy, a poza tym nie zdoła przełknąć niczego, co kojarzy jej się z domem.
Po zjedzeniu mdłych klusek i obejrzeniu kilku odcinków _Kości_ Harbinder stwierdza, że jest dostatecznie późno, żeby iść spać. Zastanawia się, czy wziąć prysznic, ale w końcu tego nie robi. W łazience można zamarznąć, a poza tym istnieje prawdopodobieństwo, że natknęłaby się na Mette, która raczej nie odczuwa potrzeby zbytniego zakrywania ciała. Harbinder nie wie, czy jest to skandynawski nawyk, ale wzbudza w niej zakłopotanie i sprawia, że w swoim puchatym szlafroku z Marksa & Spencera czuje się jak cnotka. Jeszcze tylko umyć zęby i do łóżka. Już ma wyłączyć laptopa, gdy dzwoni telefon.
To Jake Barker, detektyw sierżant z jej zespołu. Harbinder przywołuje w pamięci postać dość niskiego, ciemnowłosego mężczyzny, mówiącego z akcentem, który urodzona w Sussex Harbinder określiłaby jako „północny”.
– Cześć, Jake. Co tam?
– Cześć, szefowo.
Harbinder uwielbia, kiedy tak się do niej zwracają. Chętnie wgrałaby to powitanie zamiast dzwonka swojej komórki.
– Mamy zgłoszenie – oznajmia Jake. – Zgon w niejasnych okolicznościach. Chyba powinnaś przyjechać.
„Zgon w niejasnych okolicznościach”? Nie brzmi tak dobrze jak w „podejrzanych”, ale jej sobota bez dwóch zdań nabrała rumieńców.
– Zabito mężczyznę na zjeździe absolwentów.
– Ciekawe.
– Poczekaj, aż się dowiesz, kto to.
– Nie lubię czekać na takie informacje, Jake.
– Garfield Rice. Deputowany do Izby Gmin.
Nawet Harbinder, która alergicznie nie cierpi polityki, o nim słyszała.ROZDZIAŁ 2
Harbinder
– To się stało w szkole Manor Park – mówi Jake. – Sama wiesz, kim są tamtejsi absolwenci.
Harbinder nie ma pojęcia. Myślami wraca do swojej dawnej szkoły, Talgarth High, w West Sussex. Okoliczni mieszkańcy często wypowiadali się o niej z przerażeniem, tak jakby określenie „dzieciaki z Talgarth” oznaczało bandę grasujących wikingów. Szkoła nie była jednak taka zła, mimo że kiedyś toczyło się tam śledztwo w sprawie zabójstwa. Co się porobiło z tymi placówkami oświatowymi? – myśli Harbinder.
– Nie jestem stąd – przypomina Jake’owi.
Jadą teraz przez miasto. Jake prowadzi radiowóz ze swobodą rdzennego Londyńczyka, choć jego akcent nie brzmi w uszach Harbinder jak oczywisty cockney. Podobno za prawdziwych cockneyów uważa się ludzi urodzonych na obszarze, gdzie słychać dźwięk dzwonów Bow. Cokolwiek to oznacza. Cockney jakoś kojarzy jej się z rymowankami dla dzieci. _Ta świeczka zaprowadzi cię do łóżeczka. Wystarczy siekiereczka, by opadła ci główeczka_. Nie brzmi to jak błoga kołysanka.
– Ekskluzywna szkoła – wyjaśnia Jake, jadąc skrótem przez teren dawnych Peabody Estates, obok wysokich ceglanych domów, które ciągną się jeden za drugim, i smętnych trawników.
– Publiczna, czyli prywatna? – upewnia się Harbinder, którą zawsze dziwiło, że w Anglii szkoła zwana publiczną jest, wprost przeciwnie, prywatna i dostępna tylko dla bardzo bogatych.
– Ta jest dla wszystkich. Ale chodzą tam dzieci lewackich snobów. Aktorów i gwiazd popu. Również laburzystowskich polityków. Jest bezpłatna, tyle że trzeba mieszkać w Chelsea, a tych, co mieszkają w Chelsea, zapewne stać na zapłacenie czesnego. Są jednak na to zbyt skąpi albo mają zbyt liberalne przekonania.
To daje do myślenia, stwierdza w duchu Harbinder. Wie, że Jake jest żonaty i ma dziecko. Utrzymuje rodzinę z pensji detektywa sierżanta, więc zapewne nie mieszka nawet w pobliżu Chelsea. Może jest zgorzkniały, bo jego latorośl nie będzie się uczyła w Manor Park ani kolegowała z dziećmi gwiazd popu.
– Co w tej modnej szkole robił Garfield Rice? – pyta Harbinder.
– Był na zjeździe absolwentów. Pewnie też się tam uczył.
– I znaleziono go martwego w toalecie? – Tyle wynikało ze zgłoszenia.
– Podejrzenie przedawkowania narkotyków – mówi Jake. – Będą o tym pisać we wszystkich gazetach.
– Sępy – rzuca Harbinder, bo tak wypada.
W głębi duszy ma jednak nadzieję, że jej rodzice przeczytają o _det. insp. Harbinder Kaur, która prowadzi sprawę…_
Na pierwszy rzut oka Manor Park rozczarowuje. Harbinder spodziewała się zobaczyć gotyckie gmaszysko albo błyszczącą nowoczesną budowlę z przyciemnionymi szybami i ogrodem na dachu. Ta szkoła została zbudowana prawdopodobnie w latach sześćdziesiątych i składa się z betonowych budynków połączonych żelaznymi pasażami. Wygląda dość groźnie, gdy wynurza się z mroku, a jej ceglane mury odcinają się w świetle reflektorów od szarych trawników. Dwaj mundurowi stoją przy głównym wejściu. _Szkoła Manor Park. Dyrektorka: Sonoma Davies_.
Harbinder pokazuje legitymację.
– Gdzie jest ofiara?
– Nadal na miejscu zdarzenia, pani inspektor.
Harbinder upaja się tą „panią inspektor”.
– Byli już ratownicy medyczni? – pyta.
– Tak. Stwierdzili zgon.
Dobra wiadomość, bo to znaczy, że od razu można wpuścić techników kryminalistyki na miejsce zbrodni.
– Poprosiliśmy, żeby wszyscy czekali w bibliotece – mówi posterunkowy. – Niektórzy są trochę zdenerwowani.
To prawdopodobnie mało powiedziane, zważywszy, że ich dawny kolega padł trupem, myśli Harbinder. Poza tym jest prawie jedenasta w nocy; większość najpewniej się upiła. Na smutno.
– Prowadź – komenderuje Harbinder, równocześnie wysyłając esemesa do techników.
Okazuje się, że słowo „biblioteka” jest mylące. Można by się spodziewać mnóstwa książek, dębowej boazerii i wyściełanych siedzisk na parapetach okiennych. Mniej więcej tak jak w bibliotece w Talgarth. A tu wchodzi się do nowoczesnego pomieszczenia, gdzie pod ścianami stoją metalowe regały. Ale również wiszą sznury dekoracyjnych lampek i widać odtwarzacze płyt gramofonowych, co świadczy o tym, że uczestnicy imprezy oddawali się tej najbardziej żałosnej ze wszystkich rozrywek – nostalgicznym tańcom dyskotekowym.
Teraz nikt nie tańczy. Dawni uczniowie siedzą pod ścianami, większość w milczeniu, tylko ktoś nieprzerwanie szlocha, boleśnie i rozpaczliwie. Rozlega się głos:
– Szefowo?
Harbinder odwraca się i widzi swoją podwładną, detektyw sierżant Cassie Fitzherbert. W pierwszej chwili ledwie ją poznaje. W pracy Cassie wiąże jasne włosy w kucyk i zwykle nosi luźne, ciemne ubrania. Teraz ma potargane rozpuszczone włosy i bluzkę z odkrytymi ramionami i głębokim dekoltem – jest zupełnie inną kobietą, niezwykle atrakcyjną, z poirytowaniem zauważa Harbinder.
– Co ty tu robisz, Cassie?
– Przyszłam na zjazd absolwentów. Uczyłam się w Manor Park.
– Świetnie. Przydasz się. O ile za dużo nie wypiłaś. Mam nadzieję, że nie.
– W ogóle nie piłam – oświadcza Cassie. – Bo prowadzę. Mój mąż też tu jest. Dziś on pije.
Trudno się zorientować, czy mówi żartem. Wskazuje ręką masywnego mężczyznę, który siedzi z rozstawionymi nogami i wpatruje się w podłogę. Ma bladą, spiętą twarz, jak człowiek, któremu zbiera się na wymioty. Harbinder liczy, że nic takiego nie nastąpi i to miejsce nie zostanie zanieczyszczone jeszcze bardziej.
– Znasz ofiarę? – pyta.
– Tak. Byliśmy z tego samego rocznika.
– Chodź ze mną. Jake, ty zostań i spisz tych ludzi, nazwiska, adresy, telefony.
Część korytarza jest oddzielona taśmą policyjną. Zwłoki leżą w drzwiach. Harbinder widzi ciemne włosy, przesłaniające początki łysiny, i białą koszulę, chyba drogą. Nie widzi butów, co ją irytuje. Zawsze zwraca uwagę na buty.
– Czy ktoś próbował go reanimować? – zwraca się do Cassie.
– Aisha. Jest lekarką.
– Poproś, żeby tu przyszła.
Aisha jest drobnej budowy, nosi hidżab. Przynajmniej będzie trzeźwa, myśli Harbinder i zaraz gani się w duchu za uleganie stereotypom. Ludzie często zakładają – błędnie – że ona nie pije alkoholu, ponieważ ma sikhijskie imię. Zdobycie kieliszka szampana na weselach jest dla niej koszmarem.
Aisha zdecydowanie nie wygląda na wstawioną.
– Ktoś krzyknął do mnie, że Garfield zasłabł – opowiada. – Zaczęłam resuscytację, ale niemal od razu zorientowałam się, że to nic nie da.
– Ruszała go pani?
– Tylko przewróciłam na plecy.
Harbinder pochyla się nad ciałem. Widzi biały proszek wokół nozdrzy.
– Wiedziałyście, że brał narkotyki?
Cassie odzywa się pierwsza.
– Nie. Moim zdaniem Gary był ostatnią osobą… Chcę powiedzieć, że był prawdziwym maniakiem fitnessu, prawda, Aish?
– O tak – potwierdza Aisha. – Zawsze biegał w maratonach na cele charytatywne.
Z tonu jej głosu Harbinder wnioskuje, że nie była zagorzałą fanką tego polityka.
– Czy jeszcze ktoś dotykał zwłok? – zwraca się do Aishy.
– Tylko załoga karetki. Cassie kazała wszystkim zostać w bibliotece.
– Słusznie. – Harbinder kiwa głową. – Technicy już jadą. Będziemy musieli zdjąć pani odciski palców, doktor…?
– Aisha Mitri.
– A teraz chodźmy porozmawiać z uczestnikami imprezy.
Harbinder po raz ostatni zagląda do korytarza i zerka na stopy ofiary. Czuć specyficzny zapach męskiej toalety. Garfield Rice ma na nogach różowe Converse’y.
To zaskakujące.
Harbinder już ma wrócić do biblioteki, gdy z zewnątrz dolatują odgłosy sprzeczki. Słyszy zniecierpliwione „wicedyrektor” i kieruje pytające spojrzenie w stronę Cassie.
– Archie Flowers – wyjaśnia Cassie. – Kompletnie o nim zapomniałam.
Umundurowany policjant zagradza drogę mężczyźnie w okularach, który nawet z tej odległości wygląda na pewnego swoich praw.
Harbinder daje znak swojej podwładnej i razem do niego podchodzą. Mężczyzna od razu zwraca się do Cassie po imieniu – najwyraźniej są na ty.
– Co tu się dzieje, Cassie? Słyszałem syreny policyjne. Powiedz temu gościowi, żeby mnie wpuścił.
– Ten gość wykonuje obowiązki służbowe – włącza się Harbinder. – Jestem detektyw inspektor Kaur, dowodzę tutaj. Kim pan jest?
– Archie Flowers. Wicedyrektor.
Flowers ma na sobie dżinsy i niebieski sweter, ale i tak sprawia wrażenie, jakby był w garniturze. Harbinder jest ciekawa, gdzie przebywał do tej pory.
– To jest miejsce zbrodni. Nikogo tędy nie przepuszczamy – mówi. – Proszę wejść do biblioteki od zewnątrz. Porozmawiamy w środku.
Gdy czekają pod drzwiami, zwraca się do Cassie:
– Znasz go?
– Słabo. Był na meczu rugby w któryś weekend, kiedy grała drużyna mojego męża. Ale nie sądziłam, że będzie tu dzisiaj. Miała przyjść Sonoma, dyrektorka szkoły. Nie wiem, dlaczego jej nie ma.
Archie wychodzi z biblioteki na korytarz w towarzystwie Jake’a.
– Dzięki, Jake. Zamienię tylko parę słów z panem Flowersem. Jak się wszyscy trzymają? – pyta Harbinder.
– Są w szoku. Ale to nie przeszkadza im domagać się, żebyśmy puścili ich do domów. Opiekunka do dziecka nie będzie czekać tak długo. – To ostatnie zdanie Jake wypowiada głosem wielkiej damy.
Harbinder ciśnie się na usta: „Tylko nie wyjeżdżaj mi tu z monodramem na festiwal w Edynburgu”.
– Mogą iść, gdy spiszemy ich dane – mówi do Jake’a, po czym spogląda na wicedyrektora. – A więc…
Prowadzi go na niewielki podest przy schodach wiodących w górę od głównego korytarza. Na ścianie wiszą tabliczki z napisami po francusku, niemiecku i włosku o zakazie biegania, a przynajmniej tak przypuszcza Harbinder, widząc rysunki oderwanych od ciał nóg, które spadają po schodach. Znajomość języków obcych nie jest jej mocną stroną.
– To pan zorganizował dzisiejszą imprezę? – pyta.
– Nie ja, Sonoma… jest tu dyrektorką. I dawną uczennicą tej placówki. To bardzo inspirująca osoba. W ostatniej chwili okazało się, że musi iść na uroczystość w szkole córki. Wobec tego zaproponowałem, że ją zastąpię.
– Czy pan brał udział w tym… hm… spotkaniu? – Nie jest to właściwe słowo na określenie dyskoteki w szkolnej bibliotece, ale Harbinder nie znajduje innego.
– Nie. Uznałem, że będę zawadzał, i zostałem w swoim gabinecie.
– Co pan tam robił?
Flowers mruga zaskoczony.
– Oglądałem film na iPadzie. – Podaje hiszpański tytuł, siląc się na poprawny akcent, jak uważa Harbinder.
– Co pan wie o Garfieldzie Risie?
– O Garfieldzie? Należy do grona naszych najznamienitszych absolwentów. Hojnie wspiera… – Urywa w pół zdania, uprzytamniając sobie, co oznacza to pytanie. – O Boże, chyba nie on…
– Garfielda Rice’a znaleziono martwego – oznajmia Harbinder. – Uznajemy, że zgon nastąpił w niejasnych okolicznościach. Ubolewam. To na pewno jest dla pana szok.
Archie niewątpliwie ma zszokowaną minę. W świetle górnej lampy jego twarz jest prawie zielona.
– Jak umarł?
– Okoliczności są niejasne, jak wspomniałam. Znał go pan osobiście?
– Nie. Tylko ze słyszenia. Dzisiaj spotkaliśmy się po raz pierwszy.
– Zna pan kogoś spośród gości?
– Osobiście nie. Ale niektóre nazwiska są głośne. Rocznik dziewięćdziesiąty ósmy był dość wyjątkowy. Kris Foster, gwiazda popu. Isabelle Istar, aktorka. Henry Steep, laburzystowski deputowany.
Te nazwiska nic jej nie mówią. Zamiast grać w Panda Pop, powinna wziąć się do czytania gazet.
– Oni wszyscy są tu dzisiaj?
– Tak. Nadal angażują się w sprawy naszej szkoły. Pan Foster niedawno sfinansował salę muzyczną. Pan Steep systematycznie oprowadza uczniów po Izbie Gmin.
– Jak miło. Nie będę pana dłużej zatrzymywać, ale proszę podać mi swoje dane. Skontaktujemy się z panem w najbliższych dniach.
Pojawiają się technicy kryminalistyki – ogromni w białych kombinezonach, niczym przybysze z innej planety.