-
nowość
Śladami Niedźwiedzia - ebook
Śladami Niedźwiedzia - ebook
Witkowice - średniowieczna polska wieś, w której spokojne życie zostaje brutalnie przerwane przez morderstwo. Jorgar zostaje wciągnięty w sprawę, która z początku wydaje się prosta, lecz bardzo szybko zaczyna wymykać się spod kontroli. Krótko po ujęciu podejrzanego wychodzi na jaw, że prawda jest znacznie bardziej niepokojąca, niż ktokolwiek przypuszczał. Rzeczywiste zagrożenie czai się gdzie indziej, a narastający strach powoli odbiera mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa. Gdy wydarzenia we wsi przybierają coraz groźniejszy obrót, Jorgar musi nie tylko odkryć, kto naprawdę stoi za zbrodnią, ale też ochronić to, co w Witkowicach najcenniejsze. Czy odważysz się wyruszyć z Jorgarem w podróż przez leśne bezdroża, gdzie każdy cień może skrywać odpowiedź - albo kolejne niebezpieczeństwo?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398178105 |
| Rozmiar pliku: | 463 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wczesną jesienią w Witkowicach wszystko zdawało się być zamrożone w czasie. Niewielka wieś, położona pół dnia drogi do najbliższego miasta, nigdy nie tętniła życiem. Przyjezdnych w zasadzie nie było, jedynie kupcy pojawiali się czasem, by wymienić swoje towary na tutejsze, znane ze swojej solidnej jakości wykonania meble. Rodzina Gusserów prowadziła tutaj swój wielopokoleniowy biznes. Skupowali drewno z pobliskiego tartaku, produkując krzesła, biurka, drzwi oraz wszelkie inne, mniej lub bardziej zbędne dogodności, które można z niego wykonać. Można by powiedzieć, że cała wieś mogła funkcjonować dzięki tej jednej rodzinie. Gusserowie dawali zatrudnienie, przyciągali kupców z pobliskich miast oraz dbali o Witkowice jak o własny dom. Nikogo nie dziwiło, że mieli oni niemal decydujące zdanie w wielu rzeczach związanych z funkcjonowaniem wsi. Choć miejscowość była nieliczna, ledwo opiewająca na setkę mieszkańców, Witkowianie w obawie o ataki dzikiej zwierzyny z pobliskich lasów doczekali się własnego ogrodzenia, którego wisienką na torcie miała być brama z wieżyczką, na której strażnicy odbywali swe zmiany, wypatrując wszelkich zagrożeń. Nierzadko również od strony bandytów grasujących na pobliskich traktach. Jednym z owych trzech strażników był Jorgar, który wkroczył właśnie do karczmy po długiej, wyczerpującej wzrok i obolałe ramiona zmianie. Przychodził tutaj dość często, by dla odmiany spędzić trochę czasu w towarzystwie innych ludzi. Choć najczęściej bywało w niej tak, jak dziś, niemalże pusto.
- Polej ciemnego. - wydobył z siebie w ramach powitania z karczmarzem, siadając przy barze.
Niski, grubawy karczmarz z zabawnie wielkim wąsem sięgnął po kufel.
- Mówią, żeś zbójów widział, co pobliskie karawany niepokoją, prawda to?
- Ano zbójów nie widziałem, przybiegł tylko taki jeden krzycząc, że go napadli.
- Niestworzone… myślisz, że ich znajdą?
- Mariuszu, tutejszy las jest głęboki i ciemny, prędzej Gussera bieda znajdzie, niż kto ich dorwie - skwitował Jorgar.
Wieś w istocie była otoczona gęstymi lasami, do których mieszkańcy z reguły się nie zapuszczali. Co najmniej kilka razy w roku widywali na ziemi ślady niedźwiedzich łap w okolicy. Dla większości osób zapuszczanie się w tamte tereny było niepotrzebnym podejmowaniem ryzyka, choć nie brakowało i tych, którzy uczęszczali na polowania z cichą nadzieją, że pewnego dnia spotkają owego drapieżnika. Widocznie przejęty losem ograbionego kupca Mariusz poprawił wąsy, po czym płynnym ruchem ręki podał dwa pełne kufle ciemnego piwa. Znał Jorgara dość dobrze, by wiedzieć, ile mu potrzeba.
- I coście z tym chłopem uczynili? Przeto nie godzi się w potrzebie biedaka zostawiać na pastwę losu.
- Nie wiem czy się godzi, ja mu tam nie ufam. Przyjęła go Jagoda pod swój dach, stary Gusser jej go wcisnął.
- Jagoda? - zdziwił się Mariusz. - Czemuż to? Gusser nie mógł jednej ze swoich sypialni wynająć?
- Mógłby - wtrącił się wysoki mężczyzna w kapeluszu - mógłby, jednak Pani Jagoda ponoć wybiera się w stronę Broszy, dokąd i mnie śpieszno jak diabli.
Jorgar przyglądał się nowemu rozmówcy. Pod ciemnym kapeluszem skrywały się spokojne, zielonkawe oczy. Te same które jeszcze niedawno temu patrzyły na niego pod bramą prosząc o pomoc. Pod płaszczem skrywał drewnianą laskę, raczej dla ozdoby niż pomocy w poruszaniu. Budowy był raczej drobnej, nie pasowały do niego zdobione szaty, które nosił, tak jak do wody nie pasuje dolewać mleka. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie bogatego kupca z miasta.
- Dziękuję mości Panom za troskę i gościnę, nie będę was jednak zbyt długo niepokoił, z towarzystwem Panny Jagody wyruszamy jeszcze przed świtem.
Jorgar, widząc jak nieproszony gość dosiada się do nich, przysunął nieco do siebie obydwa kufle piwa. Wyjątkowo rozbawiło to Mariusza, który w ramach gościny postanowił nalać rundkę przybłędzie.
- Na koszt firmy - powiedział wesoło, trzęsąc wąsami podczas podawania piwa i swoim ulubionym, teatralnym wręcz gestem, poprawił znów wąsy.
- Na alkohol zawsze mam sakiewkę w zanadrzu - odpowiedział dumnie kupiec, kładąc kilka srebrnych monet na drewnianym blacie. - Zwą mnie Kalar, gdyby Panowie mnie kiedyś szukali. Co powiedziawszy, podniósł kufel i zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Dziwni Ci turyści - warknął Jorgar.
- Obecni w karczmie nie wiedzieli jeszcze, że ten dzień okaże się początkiem ich wszelkich zmartwień. Niegdyś spokojna wieś miała już niedługo zupełnie się zmienić. Dzisiaj jednak, po raz ostatni Jorgar ze spokojnym, choć delikatnie pijanym umysłem poszedł spać, by zbudzić się, gdy pierwsze promienie słońca zawitały przez okno jego sypialni.
Nad rankiem William, najstarszy syn Gussera, mający niegdyś przejąć jego majątek, przechadzał się główną ulicą Witkowa nim na kolejny dzień zanurzy się w dokumentach dotyczących działalności swojego ojca. Z reguły wypatrywał nieścisłości, znajdując odstępy od normy w dostawach drewna. Gdy tylko doszukiwał się jednej z nich, weryfikował, czy nie zostali oni oszukani przez dostawcę. Gusserów lepiej nie oszukiwać, w szczególności, jeśli chodzi o wagę dostarczanego drewna. To jedna z tych rodzin, które traktują swój interes bardzo poważnie. Ostatnimi czasy nieco przybyło mu papierkowej roboty, co wyraźnie odbiło się na jego samopoczuciu. Miał już dość ciągłego przesiadywania nad dokumentami, które prawdę mówiąc, najchętniej by podpalił. Rozmyślał właśnie, co oznaczają regularne braki danych w dokumentach. Z reguły wszystko co otrzymywał było starannie opisane. Od dłuższego czasu próbował się dowiedzieć, kto próbuje przed nim ukryć dodatkowe koszty. Miał poczucie, że jest już blisko rozwiązania zagadki. Idąc tak spokojnym krokiem, usłyszał wołanie kobiety. Gdy bezzwłocznie pobiegł sprawdzić o co chodzi, zastał miejscową wieśniaczkę, patrzącą z przerażeniem na spichlerz. Zajrzawszy do środka, dojrzał młodą dziewczynę, która zdawała się siedzieć oparta plecami o ścianę. Przypatrzył się jej dokładniej, po czym zrozumiał, dlaczego wieśniaczka zareagowała krzykiem. Przyjrzał się z bliska śladom znajdującym się w okolicach szyi, nie musiał sprawdzać tętna, by mieć pewność.ROZDZIAŁ II
Wieść o morderstwie rozrosła się błyskawicznie, w miejscu tak spokojnym nikt nie wyobrażał sobie, że kiedyś do tego dojdzie. William niemal natychmiast zwołał strażników w celu pojmania kupca, gdyż był on głównym podejrzanym. Niestety jednak Kalar był już w drodze ze swoją towarzyszką do Broszy. Zebrano więc strażników, dano im najlepsze konie oraz wysłano z jednym prostym zadaniem - złapać mordercę. Jorgar nigdy nie lubił wyruszać w podróż, szczególnie na koniu. Miał nieustające wrażenie, że jego wierzchowiec zrzuci go i zostawi w środku lasu w odwecie za te wszystkie lata znoszenia jego ciężaru. Tym razem nie miał jednak wyboru, musieli czym prędzej dogonić oprawcę.
Ku ich zdziwieniu dogonili ich dość szybko, a sami podróżni wydawali się nigdzie nie uciekać, jak gdyby byli przekonani o swojej niewinności.
- Stój, zbrodniarzu! - zawołał jeden z trzech strażników. - Pojedziesz z nami.
- Ja? - zapytał z zaciekawieniem. - Nie do końca Panów rozumiem.
- Zostałeś oskarżony o morderstwo dokonane tej nocy w naszej wsi, będziesz musiał z nami zostać, dopóki sprawa się nie wyjaśni. - Wytłumaczył strażnik.
- Czy to jakiś niesmaczny żart? - wtrąciła Jagoda. - W nocy nigdzie nie wychodził, z okna przecież by nie wyskoczył! A nawet jeśli, to jak by wrócił?
Jorgar ze zdziwieniem przyglądał się kobiecie, spodziewał się po niej wszystkiego, oprócz bronienia sprawcy. Nie do końca rozumiał, jak w tej sytuacji może być tak pewna, że zupełnie obca jej osoba jest niewinna.
- Winny czy nie winny… idziecie z nami. - Spojrzał zimnym wzrokiem na Jagodę. - Będziesz świadkiem.
Po kilku wyraźnych protestach, tłumionych początkowo perswazją, do której stopniowo dawkowano siłę fizyczną, udało się skłonić podróżnych do powrotu na wieś. W drodze powrotnej nie śpieszyli się tak bardzo, nie musieli już nikogo gonić. Gdy zbliżali się do bramy Witkowic, zdawało się, że ktoś kręci się wokół ogrodzenia. Po pewnym czasie stało się jasne, że grupka nieznajomych osób korzysta z nieobecności strażników. Jorgar pośpieszył swojego konia.
- Niech ktoś ich eskortuje - rzucił, gdy jego koledzy po fachu również zaczęli się rwać do pomocy.
Dotychczas bywały grupki pobliskich chłopów, które napadały na karawany z nożami lub widłami, jednak przez te wszystkie lata nigdy nie odważyli się zbliżyć do wsi. Jorgar miał wątpliwości, czy to co robi ma sens. Dwójka strażników, na dodatek lekko uzbrojonych, z dawno zardzewiałymi szablami naprzeciw pięciu, prawdopodobnie uzbrojonych chłopów. Wiedział tylko, że jego obowiązkiem jest bronić mieszkańców wioski, a to zdawał się być jedyny sposób.
- Wynocha! - wykrzyknął strażnik, wyciągając broń.
Grupa zebrała się i trójka z nich chwyciła za miecze. Strażnicy zatrzymali się w bezpiecznej odległości, ostrzegając, by odeszli i przestali niepokoić mieszkańców.
- Poradzili sobie bez nas, spadamy - rzucił niespodziewanie jeden z nich, zachęcając do ucieczki.
Strażnicy, początkowo zdziwieni, po czasie zrozumieli co to oznacza, obejrzeli się za siebie, a widok był szokujący. Strażnik razem z Jagodą zabrali konie i ruszyli w gęsty las. Jorgar nie mógł się nadziwić widokiem kupca bez butów, stojącego bezradnie na środku drogi.
Nie było jednak czasu na dziwienie się, ruszył od razu w kierunku chłopów.
- Łapiemy, będą się tłumaczyć w areszcie! - wykrzyknął.
Choć w całej wsi nie było nawet miejsca do przechowywania więźniów, tak nazywali biuro starego Gussera, który bardzo szczegółowo wypytywał podejrzanych o kradzieże. Czuł się jak swego rodzaju szeryf, a lokalne społeczeństwo mu w tym nie przeszkadzało. Pilnował porządku i był sprawiedliwy, czego chcieć więcej.
To powiedziawszy rzucili się w pogoń, a nie jest ciężko dogonić człowieka będąc na koniu. Jorgar zbliżył się do jednego z nich i tępą stroną szabli smagnął po plecach uciekiniera jak biczem, towarzysze nieszczęśnika zrozumieli, że ucieczka na nic im się nie zda. Jeden z nich, w geście kapitulacji, podniósł ręce i zamarł stojąc w miejscu.
- Francuz - pomyślał strażnik.
Pozostała trójka, widząc jak jeden z ich kompanów leży w błocie z grymasem na twarzy, postanowiła walczyć. A przynajmniej taki mieli zamiar, dopóki pierwszy z nich nie stracił ręki w pierwszych sekundach pojedynku. Pozwolili im uciec, mieli dwóch jeńców i kupca, który nie dowierzał w to, co się właśnie wydarzyło. Kalar był zupełnie zdruzgotany, wyglądał jak człowiek, któremu zabrano wszelkie nadzieje i plany. Prawdopodobnie z resztą tak właśnie było. Dołączył więc do poznanego w karczmie Jorgara, który prowadził właśnie dwóch chłopów w stronę bramy. Po jej przekroczeniu powitała ich grupka ciekawskich, którzy jak się zdaje, z daleka obserwowali całe to zajście. Tego samego dnia, wczesnym wieczorem, było już jasne, że mieli do czynienia z grupą złodziei, którzy wszystko zaplanowali. Dziwiło jedynie zachowanie Jagody i strażnika. Obydwoje osiedlili się w wiosce w ciągu ostatnich dwóch lat, co nasilało podejrzenia związane z ich intencjami. Wiliam rzucił okiem na wieś. Kilka starych, zniszczonych domów, studnia, przy której latem wylegiwał całymi dniami miejscowy pies Burek, wszystko to ogrodzone grubym, wysokim drewnianym płotem. Wszystko zostało zbudowane dzięki jego rodzinie. Gusserowie przybyli do Polski z zachodu, reszta była dla niego owiana tajemnicą. Nigdy nie był dobry w uzyskiwaniu odpowiedzi od swojego ojca. On z kolei jak się okazało, dość dobrze wyciągał tajemnice od nieznajomych.
- Wiemy już, że od dawna czekali tylko na okazję, na szczęście nie znaleźli tego czego szukali - powiedział dziad Williama wychodząc z biura w którym trwało przesłuchanie.
- To znaczy, czego nie znaleźli?
- Mogli przekupić każdego mieszkańca. Tamta kobieta straciła życie, bo stanęła im na drodze do celu. - Co powiedziawszy, wsunął do kieszeni wnuka zalakowany list.
- Zbyt dużo ludzi się tutaj kręci, by rozmawiać o wrażliwych sprawach - rzucił na pożegnanie.
Młodzieńcowi nie pozostało nic innego, jak zamknięcie się na osobności i wyciągnięcie listu.
William
Jak z pewnością zdążyłeś zauważyć po towarach jakie skupujemy, od dłuższego czasu zajmujemy się czymś więcej niż tylko meblami. Nasza rodzina miała pewne ambitne plany, które ze względu na ostatnie wydarzenia, muszą zostać odłożone w czasie.
Obecnie potrzebujemy Cię, żebyś zabezpieczył naszą najważniejszą część majątku. Dopóki nie zapanujemy nad sytuacją, musimy go przenieść w bezpieczniejsze miejsce.