Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ślepy Halny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 kwietnia 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Ślepy Halny - ebook

Marta Wolska wraca do Zakopanego tylko po to, by sprzedać pensjonat po ojcu. Pierwszej nocy telefony, radia i hotelowe głośniki zaczynają wyć alarmami, a pod ten hałas ktoś znika bez śladu. Była negocjatorka szybko widzi, że fałszywe wezwania nie są chaosem, lecz precyzyjną zasłoną dla czegoś znacznie gorszego. Puste kwatery, ślepe punkty kamer i stare nazwiska układają się we wzór, który miasto od lat przykrywało mgłą. Każdy trop prowadzi Martę głębiej w lokalne układy, przemilczane archiwa i cudze interesy. W Zakopanem nawet alarm może być bronią. Wejdź w halny, mgłę i śledztwo, które nie daje złapać oddechu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384330463
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Marta Wolska wjechała do Zakopanego po południu, kiedy światło miało kolor wypłowiałej blachy, a na rondzie pod Gubałówką kręciły się te same busy co zawsze, tylko z nowszym logo i gorszą blacharką. Od frontu miasto było podmalowane, od zaplecza nadal brudne po jesieni. Zimowy sezon jeszcze nie ruszył naprawdę, błoto nie zdążyło zmienić się w śnieg dla zdjęć, wiatr pchał reklamowe flagi w bok, a mokre chodniki odbijały żółte światła sklepów z oscypkiem zgrzewanym w plastik.

Jechała wolno, bo znała ten układ ulic aż za dobrze i wiedziała, gdzie zawsze ktoś wymusi pierwszeństwo, gdzie dostawczak stanie na awaryjnych pod piekarnią, gdzie spod pensjonatu wyjdzie dzieciak w puchówce wartej więcej niż jej rata leasingu sprzed paru lat. Zakopane działało na dwóch prędkościach: dla przyjezdnych było dekoracją, dla swoich magazynem drobnych zobowiązań, uraz i przysług, których nikt nigdy nie wyksięgował.

Pensjonat po ojcu stał kilka ulic dalej od centrum niż chcieli turyści i kilka ulic bliżej prawdziwego miasta niż chcieli deweloperzy. Drewniana tablica z napisem *Halny* zmatowiała tak, że litery wyglądały jak po źle opłaconym pogrzebie. Marta zatrzymała auto pod garażem, zgasiła silnik i przez chwilę siedziała bez ruchu, słuchając, jak wiatr szarpie rynną. Nic się w niej od tego nie odblokowało. Zostało zmęczenie po drodze, ból barku po godzinach za kierownicą i ten rodzaj ciszy, który po cudzej śmierci siedzi w domu dłużej niż zapach papierosów.

Ojciec nie żył od ośmiu miesięcy. Zawał, kuchnia, rano, zanim ktokolwiek przyszedł po chleb i butlę gazową. Sąsiadka znalazła go dopiero koło południa, bo nikt się nie dziwił, że stary Wolski nie odbiera. Marta przyjechała wtedy na dwa dni, załatwiła pogrzeb, kłótnie z komornikiem i kilka papierów, po czym wróciła do Krakowa, udając przed sobą, że później zajmie się resztą. Później przyszło teraz, bo bank przestał udawać cierpliwość, a pośrednik nieruchomości przysłał człowieka, który oglądał dom jak ćwiartkę mięsa.

Wysiadła i od razu poczuła wilgoć. Nie tę widowiskową, z mgły nad turniami, tylko zwykłą, miejską, wchodzącą w rękawy i kołnierz. Trawa przy podjeździe była rozjechana starymi śladami, garaż zardzewiały przy dolnej krawędzi, a dwa okna na parterze wymagały malowania już nie z estetyki, tylko z przyzwoitości. Kiedy wsunęła klucz do zamka, metal stawił opór. Ojciec mawiał, że zamek ma chodzić twardo. Wtedy drzwi jeszcze coś znaczą. W środku czekał zapach drewna, kurzu i preparatu do mycia podłóg, którego używał od lat, jakby w żadnym sklepie nie było nic nowszego.

Otworzyła okno w kuchni, potem drugie na korytarzu. Wpuściła do środka chłód. Lodówka burknęła, gdy podłączyła ją do prądu. W zlewie stał kubek z osadem po herbacie sprzed miesięcy; przy pogrzebie nikt nie miał głowy go domyć. Marta zdjęła rękawiczki, zakasała rękawy i zaczęła od prostych rzeczy. Zlała brunatną wodę, wyszorowała kubek, wytrzepała ścierkę, którą ktoś zostawił na kaloryferze. Potem przeszła do papierów. Rachunki, zaległości, umowa z dostawcą pelletu, pismo z urzędu skarbowego, dwa ponaglenia od zakładu energetycznego, kartka od hydraulika z numerem, którego już nie było w użyciu. Dwie pocztówki bez znaczków, zapisane przez niemieckich gości i nigdy niewysłane. Każda kartka mówiła to samo: zamknij, sprzedaj, wyjedź.

Dom był większy, niż go pamiętała. Jako dziecko nie zauważa się pustki, dopóki nie trzeba jej potem ogrzać, odkurzyć i wycenić. Na pierwszym piętrze sześć pokoi gościnnych, wszystkie urządzone według jednej filozofii: ma być czysto, ma być ciepło i ma niczego nie udawać. Sosnowe łóżka, cienkie firanki, narzuty kupowane na promocji w Makowie, kubki z odparowanym napisem *Zakopane*. Ojciec nie próbował robić górskiego spa. Robił noclegownię dla ludzi, którzy wracali w błocie i chcieli tylko prysznica, herbaty i świętego spokoju. Dopiero pod koniec zaczął przegrywać z aparthotelami, które sprzedawały ten sam widok trzy razy drożej, bo dodawały do niego designerską lampę.

W jednym z pokoi znalazła pudło po kołdrze wypełnione po brzegi starymi rachunkami. W drugim dwie pary kijków trekkingowych, których nikt nie odebrał po pandemii. W trzecim futerał po harmonijce i trzy monety euro zawinięte w rachunek z karczmy. Na korytarzu zatrzymała się przy ścianie, na której nadal wisiała jej szkolna fotografia klasowa. Miała na niej dwanaście lat, grzywkę przyciętą krzywo przez sąsiadkę i minę, z którą nie prosi się o nic drugi raz. Ojciec nigdy jej nie zdjął. Wisiała tu, bo wisiała zawsze.

Nie była już policjantką. Ta wiadomość nadal brzmiała sztucznie, kiedy wypowiadała ją w głowie. W papierach miała urlop zdrowotny, potem rozwiązanie za porozumieniem. W praktyce oznaczało to, że od ponad roku nie odbierała nocnych telefonów, nie wchodziła do mieszkań pełnych płaczu i gazu, nie słuchała przez słuchawkę ludzi, którzy byli o jedno zdanie od skoku z dachu albo wbicia noża komuś obok. Odeszła po sprawie w Niepołomicach, o której media zdążyły już zapomnieć. Ona nie. Wystarczył jej czasem ton obcego głosu w sklepie, żeby przez sekundę wrócić pod tamtą kamienicę, na klatkę pachnącą starym olejem i amoniakiem, gdzie wszystko było kwestią pięciu sekund i jednego źle ustawionego słowa.

Zeszła do recepcji na parterze. Za szybą od ulicy wisiał wyblakły cennik sprzed trzech sezonów. Pod ladą stał segregator z meldunkami, stary terminal płatniczy i radio nasłuchowe, którego ojciec używał po pracy bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Nie pamiętała go bez radia. Nawet kiedy gotował jajka, miał obok otwarty głośnik, z którego sączyły się komunikaty, trzaski, nazwiska, współrzędne, głosy ludzi znajdujących się właśnie między drogą a przepaścią. Kiedy była dzieckiem, nienawidziła tego urządzenia bardziej niż wszystkich jego kolegów razem wziętych. Zawsze mogło go zabrać od stołu.

W szufladzie pod ladą znalazła zapasowe bezpieczniki, notes z numerami dostawców i małą, plastikową figurkę świętego Krzysztofa wciśniętą między paragony. Ojciec nie wierzył specjalnie w Boga, ale w rzeczy działające z rozpędu już tak. Wbił je kiedyś w deskę przy kasie i chyba potem nikt nie miał serca tego ruszyć. Marta odłożyła figurkę z powrotem i usiadła przy stole w kuchni. Rozłożyła papiery, otworzyła laptopa, wpisała w arkusz kolejne zobowiązania. Po dziesięciu minutach miała dość i zaczęła liczyć w pamięci, ile realnie dostanie po sprzedaży. Odpowiedź była tak marna, że bank pewnie nawet nie podziękuje.

Po siedemnastej zadzwonił pośrednik.

– Jutro o dziesiątej przyjadę z klientem – powiedział tonem człowieka, który nie pyta, bo i tak dostał prowizję od samego powietrza. – Warto byłoby trochę przewietrzyć, może zapalić światła. On szuka czegoś z potencjałem.

– To nie jest choroba, żeby miało potencjał – odparła Marta.

Po drugiej stronie zapadła ta krótka cisza, kiedy ktoś decyduje, czy warto się obrazić na zawodowca.

– Rozumiem żart. Jutro o dziesiątej.

Rozłączył się. Marta wstawiła wodę na herbatę, chociaż wolałaby kawę, ale ekspres po ojcu zdechł. Potem wyszła jeszcze raz przed dom z workiem śmieci. Na ulicy sąsiad z naprzeciwka mył busa reklamującego przewóz na termy. Pokiwał jej głową bez uśmiechu. Dwóch chłopaków w polarach niosło po chodniku składane łóżko z któregoś remontowanego apartamentu. Dalej, przy sklepie spożywczym, starsze kobiety mówiły o pogodzie z tonem, jakim inne miasta mówią o polityce. Normalny wieczór, tylko bardziej pusty. To ją drażniło najbardziej. Miasto nie było w ruinie, nie tonęło, nie płonęło. Po prostu pracowało dalej, jakby nikt nie umarł, nikt nie zbankrutował i nikt nie musiał wracać do domu, którego nie chciał.

Zmierzch przyszedł szybko. Z ulicy dobiegał szum aut wracających z Kuźnic i pojedyncze, rozciągnięte w czasie szczekanie psa. O dziewiętnastej miasto miało już ten martwy połysk, który znała z dzieciństwa: centrum świeciło dla przyjezdnych, boczne ulice zapadały się w półmrok, a prawdziwe życie przenosiło się za firanki i do garaży. Marta obeszła jeszcze budynek, sprawdziła drzwi od kotłowni, zajrzała do garażu. W kącie stały stare narty ojca, jedna z pękniętym wiązaniem, jakby wciąż czekały na naprawę, która miała przyjść po sezonie. Na półce obok wisiał zwój linek, latarka czołowa, pudełko z bateriami. Sprawdziła, co jeszcze działa. Naładowała dwie latarki, wsunęła do kieszeni scyzoryk, potem poprawiła go odruchowo, żeby nie uwierał przy siadaniu.

Pierwszy komunikat poszedł krótko po dwudziestej pierwszej.

Nie z telefonu. Z głośnika radiowego stojącego na półce w recepcji. Marta nie włączała go. Mimo to trzask rozdarł ciszę, a zaraz potem odezwał się męski głos, spłaszczony przez zakłócenia:

– Uwaga, zgłoszenie lawinowe, rejon Doliny Małej Łąki, poszkodowani pod ścianą, możliwe dzieci, powtarzam...

Słowa urwał pisk nośnej. Marta podeszła do odbiornika i odruchowo przekręciła gałkę. Trzask. Potem to samo wezwanie powtórzone z telefonu leżącego na blacie. Nie jako alarm systemowy, tylko jako automatyczne nagranie wysłane z nieznanego numeru. Chwilę później identyczny komunikat popłynął z głośnika na korytarzu, podpiętego do starego systemu rozgłoszeniowego dla gości. Odbiło się to od pustych ścian pensjonatu tak, jakby budynek dostał gorączki.

Marta zamarła tylko na sekundę. Potem ciało weszło w dawny rytm szybciej niż głowa. Sprawdziła telefon, numer prywatny bez identyfikacji. Oddzwoniła. Cisza i sygnał zajętości. Wyszła na ganek. Nad miastem ciągnęły się długie smugi chmur, wiatr niósł słabe echo syren. Nie jednej. Kilku.

W domu po drugiej stronie ulicy zapaliło się światło na piętrze. Ktoś odsunął firankę. Z pensjonatu dwa budynki dalej wybiegł mężczyzna w kapciach i kurtce narzuconej na T-shirt, z telefonem przy uchu. Ktoś trzeci odpalił auto tak gwałtownie, że koła zapiszczały na mokrym asfalcie. Ulica ruszyła bez planu, każdy w swoją stronę.

Wróciła do środka, otworzyła kolejne okno i wyraźniej usłyszała komendę z ulicy. Ktoś z hotelu po drugiej stronie drogi wypchnął przez głośniki dokładnie to samo nagranie. Przez sekundę pomyślała o awarii systemu alarmowego, o głupim żarcie, o przypadkowej pętli. Potem nagranie puściło się po raz trzeci, a na końcu pojawiły się dwa słowa, których nie mogła zrzucić na przypadek.

– Piotr, zgłoś potwierdzenie wejścia.

Przymknęła oczy. Głos był chropawy, starszy, z oddechem człowieka w biegu. Rozpoznała go od razu, choć słyszała go może dwa razy w życiu i oba razy dawno temu. Adam Łada, ratownik TOPR, zginął czternaście lat wcześniej, sprowadzając śmigłowiec we mgle. Jeśli ktoś właśnie puszczał archiwalną łączność z jego głosem na pół Zakopanego, robił to po coś więcej niż dla draki.

Telefon zadzwonił znowu. Tym razem numer zapisany: Irena Bielska, sąsiadka od końca ulicy.

– Martusia, ty słyszysz? – spytała bez przywitania. – W radiu, w telewizorze, u mnie na monitoringu od garażu. I ludzie lecą samochodami jak po pożarze.

– Słyszę. Proszę zamknąć drzwi i nikogo nie wpuszczać.

– A to prawdziwe?

Marta popatrzyła na drgającą szybę w kuchni.

– Coś jest prawdziwe. Jeszcze nie wiem co.

Rozłączyła się i zadzwoniła pod 112, bardziej dla potwierdzenia niż z nadziei. Linia była przeciążona. Dopiero za trzecim razem odebrał zmęczony operator, który mówił tak, jakby od piętnastu minut tłumaczył całemu Podhalu, że nie wie, co właśnie słyszą.

– Tak, mamy serię fałszywych retransmisji – powiedział. – Służby weryfikują zdarzenia. Proszę nie jechać w góry, nie powielać komunikatów, czekać na oficjalne informacje.

– Skąd idzie sygnał?

– Tego nie mogę pani powiedzieć.

– Bo nie wiecie czy bo nie możecie?

Krótki wydech.

– Proszę pani, dzisiaj to jest bardzo podobne.

To akurat brzmiało uczciwie.

Marta wciągnęła kurtkę, sprawdziła latarkę i ruszyła do recepcji. Siedzenie przy stole niczego by nie poprawiło. W szafce po ojcu znalazła ręczny skaner radiowy, dwa akumulatory i mały notes popisany datami akcji. Otworzyła go od tyłu. Krótkie zapisy, same hasła. Miejsca, godziny, pogoda, nazwiska skrócone do inicjałów. Przy jednej dacie sprzed lat ktoś dopisał mocniej długopisem: *nie wpisywać do czystej*. Nie wiedziała, czy to ojciec, czy ktoś inny, ale od tego pisma kark od razu zrobił jej się twardy.

Zanim zdążyła czytać dalej, przed pensjonatem zahamował srebrny SUV z naklejką jednego z aparthoteli. Wysiadła młoda recepcjonistka w grubym swetrze, bez czapki, z twarzą człowieka, który za szybko nauczył się uśmiechać do cudzych pieniędzy.

– Pani Wolska? – zawołała od furtki. – Sąsiadka mówiła, że pani była w policji. My mamy problem. Jedna dziewczyna zniknęła.

Marta nie zapytała skąd recepcjonistka zna jej nazwisko. W takim mieście nazwisko nie było tajemnicą, tylko walutą.

– Od kiedy?

– Od godziny może. Może mniej. Ale szef kazał najpierw obdzwonić znajomych i sprawdzić, czy nie poszła do miasta, bo jak przyjedzie policja, to będzie syf.

– A teraz?

Dziewczyna spojrzała przez ramię na drogę, jakby bała się, że szef stoi już za nią.

– Teraz w pokojach lecą te komunikaty z głośników. Ludzie krzyczą, ktoś wrzucił w sieć, że lawina przy Małej Łące, a tej dziewczyny dalej nie ma. Zostawiła aparat, laptopa nie, telefon nie odpowiada. I... – zawahała się. – Ona coś nagrywała po korytarzach, wypytywała obsługę, schodziła do garaży. Szef mówi, że była influencerką, więc pewnie robi aferę. Tylko ja widziałam jej pokój. Ona nigdzie nie pojechała.

– Policję wezwaliście?

– Szef mówi, że najpierw trzeba mieć pewność.

– W tej branży pewność zwykle przyjeżdża za późno.

Recepcjonistka skinęła nerwowo głową. Miała na dłoniach ślady po obgryzionych skórkach, a na lewym mankiecie plamę po kawie. Pachniała starym swetrem i dyżurem ciągniętym za długo.

Marta zgasiła światło w recepcji, jakby to miało uporządkować myślenie. Wzięła klucze od domu, notes po ojcu i skaner radiowy.

– Jedziemy.

Zanim zamknęła drzwi, jeszcze raz spojrzała na ścianę za ladą. Na gwoździu wisiała stara kurtka ojca, ta lżejsza, niegórska, do chodzenia po mieście i załatwiania spraw. Przez sekundę miała odruch, żeby wsunąć rękę do kieszeni i sprawdzić, czy czegoś tam nie zostawił. Cofnęła dłoń. Na szukanie po nim przyjdzie czas wtedy, kiedy będzie go najmniej.

Na stole w recepcji został jeszcze kubek z niedopitą herbatą. Wzięła go do zlewu, wylała zimny napar i odstawiła szklankę do góry dnem, jakby wykonywała jakiś mały, porządny rytuał przed wejściem w brud. Potem dopiero zgasiła światło w kuchni. Dom zrobił się od tego jeszcze bardziej martwy, ale przynajmniej uczciwie.

Zamknęła pensjonat, wsunęła klucz do kieszeni i przez moment, zanim wsiadła do auta, spojrzała na ciemne okna domu. Na parterze odbiło się czerwone światło hamowania z ulicy, po czym zgasło. Dom znów został czarny i głuchy. Marta zatrzasnęła drzwi samochodu i ruszyła za Klaudią.ROZDZIAŁ 1

Hotel *Tatrzański Horyzont* nie był hotelem, tylko zbiorem apartamentów udających klasę średnią z ambicją do luksusu. Drewno klejone na ścianach, czarne baterie w łazienkach, przy wejściu kamienna misa z plastikowymi gałązkami, wszystko w stylu, który miał mówić: Podhale, ale bez ludzi. Podjazd był pełen aut z Warszawy i Gdańska, a w recepcji pachniało waniliowym odświeżaczem i świeżo drukowanymi formularzami.

Już z zewnątrz było widać, że obiekt jest drogi bardziej od kredytu niż od jakości. Deski na elewacji świeżo zaolejowane tylko od frontu, po bokach już szarzały. Ktoś zadbał o lampy przy podjeździe i chromowane oznaczenia miejsc parkingowych, ale rynna z tyłu wisiała na opaskach zaciskowych. Marta znała ten typ inwestycji. Na zdjęciu wszystko miało błyszczeć, a po paru sezonach niech się martwi następny właściciel.

Recepcjonistka, która ją przywiozła, przedstawiła się dopiero przy drzwiach.

– Klaudia – powiedziała. – Jestem na nocnej i teraz chyba na porannej też.

– Ile godzin już tu siedzisz?

– Nie wiem. Od piętnastej wczoraj.

To tłumaczyło spojrzenie. W takich miejscach zmęczenie było elementem wyposażenia.

Na monitorze za ladą skakały obrazy z kamer. Dwie klatki co jakiś czas ciemniały, jakby ktoś przetarł je popiołem. Menedżer obiektu, niski mężczyzna z brodą przystrzyżoną jak regulamin wewnętrzny, spojrzał na Martę tak, jak patrzy się na kogoś, kto przynosi problem, a nie rozwiązanie.

– Pani nie jest od nas – powiedział.

– To akurat stwierdzenie, nie argument – odparła Marta. – Gdzie pokój zaginionej?

– Najpierw chcę wiedzieć, na jakiej podstawie pani tu weszła.

– Na podstawie tego, że państwo nie zadzwoniliście po policję, kiedy zniknęła wam kobieta.

– Nie wiemy, czy zniknęła.

– To proszę mi pokazać, jak wróciła.

Menedżer nabrał powietrza, ale Klaudia wcisnęła kartę do czytnika, zanim zdążył rozwinąć służbową dumę. Ruszyli korytarzem wyłożonym wykładziną, po której nawet panika chodziła cicho. Z głośników w suficie nadal co jakiś czas wyłaził sklejony komunikat ratunkowy, tyle że teraz urwany do połowy i przesterowany. Ktoś z gości uchylił drzwi, zobaczył obcych i od razu zaczął nagrywać telefonem. Za kolejnymi drzwiami płakało dziecko, a ktoś próbował je uspokoić angielskim gorszym od polskiego.

Pokój numer 214 był ciepły i uporządkowany w sposób zbyt nagły, żeby uznać go za sprzątnięty. Na stoliku stała niedopita kawa. W łazience wisiał wilgotny ręcznik. Na łóżku leżała rozpięta kurtka puchowa i kosmetyczka. Brakowało telefonu, torby na ramię i jednej pary butów. Na parapecie stał aparat z długim obiektywem, zakryty szalikiem. Marta podeszła do niego, nie dotykając. Profesjonalny. Nie zabawka do selfie.

– Jak się nazywa? – spytała.

– W papierach Maja Radecka – odparła Klaudia. – W internecie chyba *MajaRays*. Ma dużo obserwujących. Pokazywała Tatry, knajpy, takie rzeczy.

– Sama?

– Sama przyjechała. Ale ciągle z kimś pisała. I pytała nie o miejsca do zdjęć, tylko kto jest właścicielem sąsiedniego budynku, kto wymieniał monitoring, czemu podjazd prowadzi na drugą stronę garaży.

Marta spojrzała na leżący na fotelu notatnik. Kartki były zapisane drobnym, szybkim pismem, nie listą filtrów i lokali, tylko nazwami działek, numerami ksiąg, strzałkami między nazwiskami. Na marginesie ktoś podkreślił trzy razy: *Łada / Wolski / noc 12.11*. Dalej: *Bryja? kto wypłacił?* i *P-3, sprawdzić dojście od starej przepompowni*. Otworzyła kolejną stronę. Krótkie hasła: *Horyzont - garaż / techniczni nie z etatu / właściciel via spółka*. To nie wyglądało jak materiał sponsorowany o weekendzie pod Tatrami.

Menedżer zrobił krok do przodu.

– Tego nie wolno ruszać.

– To dlaczego pan dotąd nie wezwał policji?

– Mówiłem, weryfikowaliśmy, czy klientka po prostu...

– Klientka wyszła bez kurtki w halny i zostawiła aparat za kilka tysięcy? – Marta odwróciła się do niego. – Weryfikowaliście czy sama wróci, czy czyściliście czas.

Mężczyzna otworzył usta, ale nic sensownego nie znalazł. Z dołu dobiegł krzyk jakiejś kobiety. Potem trzask drzwi wejściowych. Na korytarzu ktoś szedł szybko w kapciach, szurając podeszwami po wykładzinie.

Marta obeszła pokój powoli. Na blacie kuchennym leżał paragon ze stacji benzynowej, dwa batony proteinowe i mapa papierowa okolic Gubałówki, zagięta nie po turystycznych trasach, tylko po drogach serwisowych. W koszu na śmieci znalazła opakowanie po pamięci do aparatu, puste. Podniosła je dwoma palcami, obejrzała i odłożyła na blat. Karta zniknęła, aparat został.

– Kto pierwszy wszedł po tym, jak przestała odpowiadać? – spytała.

– Ja i menedżer – powiedziała Klaudia.

– Co było inaczej?

Dziewczyna zawahała się, potem wskazała na stolik.

– Laptopa nie było. Ale nie wiem, czy zabrała go wcześniej. Widziałam go po południu.

– A aparat?

– Leżał tak samo, tylko bez karty. Znaczy... ja nie sprawdzałam, ale klapka była otwarta. Teraz jest domknięta.

Menedżer odwrócił głowę z miną człowieka, który nie słyszy rzeczy nieopłacalnych.

– Jak długo w hotelu leciał ten komunikat? – spytała Marta.

– Około dwudziestu minut, może dłużej – odparła Klaudia. – Raz zepsuło się wszystko naraz. Telefony pokojowe, głośniki, nawet ekran przy windzie.

– Macie wspólny system z prywatnym monitoringiem?

– Nie wiem.

– On wie – powiedziała Marta, patrząc na menedżera.

Nie zaprzeczył. To wystarczyło.

Policja przyjechała po dwudziestu minutach. Nie szybko, tylko na tyle szybko, na ile pozwalała noc, w której pół miasta zgłaszało rzeczywiste zdarzenia na podstawie fałszywych komunikatów. Dwóch mundurowych, potem technik, na końcu śledczy po cywilu, wysoki, z twarzą nieprzespaną od dawna. Przedstawił się krótko:

– Komisarz Damian Król.

Spojrzał na Martę dłużej, niż wymagała sytuacja.

– Wolska?

– Tak.

– Ta od negocjacji?

– Była.

– A teraz?

– Teraz stoję w pokoju zaginionej i patrzę, jak obsługa przez godzinę udawała, że nic się nie dzieje.

Król przyjął to bez komentarza. Rozejrzał się po pokoju jednym ruchem, który zdradzał człowieka przyzwyczajonego do wybierania rzeczy ważnych spod sterty cudzych deklaracji. Kiedy zobaczył notatnik, zmrużył oczy.

– Nikt niczego nie rusza – powiedział do technika. – Zabezpieczamy wszystko.

Na korytarzu robiło się głośniej. Goście pytali o ewakuację, o lawinę, o pożar. Recepcja odpowiadała każdemu inaczej. Jedni schodzili na dół w kurtkach, inni wracali po walizki, ktoś kłócił się przez telefon po niemiecku. W takim hałasie łatwo było zgubić jedną osobę.

Król podszedł do niej później, kiedy technik robił zdjęcia.

– Pani tu mieszka?

– Od paru godzin. W pensjonacie po ojcu.

– I przypadkiem znalazła się pani tutaj.

– Przywiozła mnie recepcjonistka, bo szef chciał zaginąć po cichu.

– Zgrabne.

– Prawdziwe.

Nie wydawał się przekonany. Miała to gdzieś. Ludzie z policji patrzyli na byłych policjantów jak na rozwodników z tej samej parafii: niby swój, ale coś śmierdzi.

Pytania trwały długo. O której Maja wróciła, z kim była widziana, czy miała konflikty. W końcu znalazł się chłopak z ochrony, który przyznał niechętnie, że około dwudziestej zauważył ją schodzącą do garażu z telefonem przy uchu. Mówiła przez słuchawkę krótko i spokojnie. Nie wyglądała na przerażoną. Na nagraniu z kamery widać było ją przez kilka sekund, potem obraz zgasł. Następna kamera nie złapała już nic.

– Awaria – powiedział menedżer.

– Oczywiście – mruknął Król.

Marta poprosiła o możliwość obejrzenia monitoringu. Król odmówił samym spojrzeniem. Zeszli jednak razem do garażu. Pachniało tam betonem, ropą i wilgocią. Z sufitu ciekła woda na jedną białą linię parkingową. Przy drzwiach technicznych widać było przetarcie na ścianie, jak po czymś ciężkim przeciągniętym po farbie. Marta przykucnęła. Na posadzce leżał kawałek czarnej taśmy izolacyjnej i cienki, srebrny włos z ekranu przewodu.

– Ktoś tu wpinał sprzęt – powiedziała.

Król milczał chwilę.

– Wie pani, że formalnie nie powinna pani chodzić po moim miejscu zdarzenia.

– Wiem. A pan wie, że ten garaż ma drugie wyjście na drogę serwisową i że można nim wywieźć człowieka bez mijania recepcji?

Spojrzał w stronę metalowych drzwi na końcu poziomu. Zamknięte. Z boku czytnik kart i zwykły mechaniczny zamek.

– Kto ma klucz?

Menedżer zaczął odpowiadać za szybko. Król już go nie słuchał.

Przeszli przez wąskie przejście techniczne, gdzie pachniało kurzem, wilgotnym gipsem i nagrzaną elektroniką. W małym pomieszczeniu serwisowym stał rack z urządzeniami sieciowymi, oblepiony etykietami od różnych podwykonawców. Jedna szafa była uchylona. Ktoś w środku wymieniał moduł lub robił pozór wymiany. Śruby leżały obok, zbyt równo, żeby to była bylejakość nocnego serwisanta.

– Macie logi dostępu? – spytała Marta.

– Pewnie mamy – odburknął menedżer. – Trzeba zadzwonić do firmy.

– To proszę dzwonić, a nie stać – powiedział Król.

W jego głosie nie było krzyku. Tym gorzej dla menedżera.

Na zewnątrz wiatr zdążył przybrać na sile. Przed wejściem do hotelu stał wóz transmisyjny lokalnego portalu, który materializował się zawsze tam, gdzie była krew albo przynajmniej szansa na nią. Dwóch ratowników przebiegło przez ulicę do samochodu terenowego, jeden ledwie domknął drzwi, zanim ruszyli. Nad chodnikiem niosło poszarpane głosy z telefonów i hotelowych głośników.

Przy wejściu minęła kobietę w szlafroku hotelowym i kozakach, która kłóciła się z recepcją o zwrot pieniędzy za przerwany pobyt. Obok mężczyzna w puchowej kamizelce żądał, żeby ktoś natychmiast wyłączył głośniki i przywrócił parking podziemny, bo rano ma samolot do Dubaju. Nikt nie patrzył w stronę garażu.

Marta wróciła na chwilę do pokoju Mai. Na stoliku obok łóżka poza pustym kartonikiem po pamięci znalazła też klucz-kartę do pokoju wsunięty pod reklamę hotelowego spa. Drobna rzecz, ale ważna. Ktoś, kto wychodził na chwilę, zwykle brał kartę ze sobą. Ktoś, kogo wyciągnięto albo kto wychodził w pośpiechu za kimś, mógł ją zostawić. Na blacie łazienkowym dostrzegła ślad po przesuniętym telefonie albo tablecie. Prostokąt na zaparowanym kamieniu był czystszy od reszty.

Przykucnęła jeszcze przy łóżku i zajrzała pod ramę. Nic spektakularnego. Kurz, wsunięta pod spód nakrętka od butelki i paragon z piekarni na Krupówkach. Godzina na paragonie: siedemnasta trzydzieści sześć. Maja musiała wrócić przed zmrokiem albo zaraz po nim. Miała czas, żeby spokojnie wejść, odłożyć część rzeczy, przepisać notatki i dopiero potem zejść do garażu. To nie wyglądało jak impulsywne wyjście za przygodą. Bardziej jak spotkanie, na które się przygotowała i którego się nie bała do ostatniej chwili.

Na stoliku nocnym leżała też hotelowa kartka z numerami alarmowymi. Ktoś obrysował długopisem numer do recepcji i dopisał obok jedno słowo: *nigdy*. Pismo nie pasowało do reszty notatek. Grubsza kreska, cięższa ręka. Marta pokazała to technikowi, który skinął głową i zrobił zdjęcie bez komentarza.

Klaudia czekała pod ścianą, blada i zmęczona.

– Szef każe mi mówić, że pani była tu jako znajoma gościa – szepnęła. – Żeby nie było pytań, skąd pani wiedziała.

– A ty co chcesz mówić?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Że mam umowę do końca miesiąca i kredyt na hybrydę.

Marta skinęła głową. To też było uczciwe.

– Widziałaś, z kim Maja rozmawiała?

– Raz z jakimś facetem z technicznych. Nie naszym, z zewnątrz. Miał siwą czapkę i kurtkę bez loga. I pytała mnie o stare nazwiska. O Ładę, o Wolskiego. Myślałam, że robi materiał o wypadkach w górach.

– I nic nikomu nie powiedziałaś.

– W tym miejscu za dużo rzeczy lepiej nie mówić – odparła Klaudia. – Człowiek szybciej traci grafik niż złudzenia.

– Wypytywała jeszcze o coś? – dopytała Marta.

Klaudia zawahała się, po czym zerknęła odruchowo w stronę recepcji.

– O garaż numer trzy. Nie parking, tylko takie zaplecze obok. Tam niby są magazyny i pralnia, ale techniczni nie lubią, jak ktoś tam schodzi. Raz weszła mi tam prawie pod rękę i powiedziała, że w nocy słyszała radio, nie muzykę, tylko normalne komunikaty. Myślałam, że robi prowokację pod materiał.

– Powiedziała z kim się spotyka?

– Nie. Tylko że jak wróci, to będę wiedziała, dlaczego nikt tu nie lubi kamer. Tak powiedziała. Jak wróci.

Klaudia przełknęła ślinę i poprawiła rękaw swetra.

– Wie pani, co jest najgorsze? – spytała. – Że tutaj wszyscy od razu umieją mówić tak, żeby nic nie powiedzieć. Szef, techniczni, goście. A ona jedna chodziła i zadawała pytania normalnie, jakby to miało jeszcze sens.

– Czasem ma – powiedziała Marta.

– Tutaj?

Marta nie odpowiedziała. Nie chciała kłamać dziewczynie w pierwszą noc znajomości.

Klaudia skinęła głową. Za ścianą znowu odezwał się hotelowy głośnik, już tylko krótkim trzaskiem. Obie odruchowo podniosły głowy. Klaudia zacisnęła palce na rękawie swetra i puściła dopiero, kiedy trzask ucichł.

Król podszedł do Marty przy windzie.

– Niech pani jutro przyjdzie na komendę złożyć zeznanie.

– Przyjdę. I niech pan sprawdzi, gdzie poszły kopie tego alarmu. Nie tylko publiczne kanały. Ktoś wpuścił to do prywatnych systemów budynków.

– Już sprawdzamy.

– A hotel?

– Hotel też.

– Nie, komisarzu. Pytam, czy pan sprawdza hotel, czy pan go oszczędza.

Na sekundę coś twardego przeszło mu przez twarz.

– W tym mieście każdy myśli, że jak czegoś nie powie na głos, to tego nie ma – odparł. – Mnie to męczy od lat. Ale nie potrzebuję korepetytorki po pierwszej godzinie znajomości.

– To dobrze. Ja też już nie dorabiam po godzinach.

Wróciła do pensjonatu po północy. Wiatr tłukł gałęziami o dach, a stare radio po ojcu znowu zaszumiało samo z siebie, jakby szukało częstotliwości dawnej nocy. Marta usiadła przy stole z herbatą, która zdążyła wystygnąć zanim jej spróbowała. Przesunęła przed sobą notes ojca i powoli wypisała na kartce sześć słów: Łada, Maja, garaż, karta, P-3, hotel.

Potem spróbowała jeszcze raz przejrzeć kilka stron. Większość zapisów była lapidarna, jak raport robiony dla samego siebie. Daty, pogoda, nazwiska skrócone do liter. Na dwóch kartkach pojawiało się samo *Bach.* i obok godzina. Potem skreślone. Zamknęła notes, dopiła zimną herbatę i zgasiła światło nad stołem. W ciemnej szybie kuchennej odbijała się tylko lampka skanera radiowego.ROZDZIAŁ 2

Ciało znaleziono rano na starym dojściu od strony Bachledzkiego Wierchu, w miejscu, gdzie szlak był już bardziej pamięcią niż trasą. Telefon zadzwonił do Marty o szóstej piętnaście. Król nie przeprosił za porę.

– Mówiła pani w nocy o drugiej drodze i przestawianiu uwagi – powiedział. – Mam trupa, który według kamer nie powinien tam być. Jeśli pani chce się mądrzyć dalej, to teraz.

Połączenie się urwało. Król mówił tak, jakby już schodził z kimś ze skarpy albo trzymał drzwi radiowozu kolanem.

Marta chwilę siedziała na łóżku, zanim ciało dogoniło godzinę. Pensjonat był zimny mimo odpalonego pieca. W rurach zaszumiała woda, jakby dom dopiero uczył się, że znów ktoś w nim nocuje. Spojrzała na telefon, potem na drzwi. Przywykła do telefonów o świcie. Tyle że kiedyś oznaczały pracę. Teraz oznaczały, że praca znalazła ją sama i nie pyta o zgodę.

Zaparzyła kawę po turecku w małym rondelku, bo ekspres nadal był martwy. Wypiła dwa łyki, gorzkie i z fusami, ubrała gruby sweter po ojcu, puchową kurtkę i wyszła na chłód, od którego płuca od razu robiły się mniejsze. Nad miastem wisiały niskie chmury, ale halny na chwilę odpuścił. Ulice były brudnoszare, jak po źle przespanej nocy. Na jednym z przystanków stały dwie pokojówki z siatkami zakupów i gadały o nocnych komunikatach tak, jakby omawiały wynik meczu. W Zakopanem sensacja przechodziła do rutyny szybciej niż w innych miastach, bo zawsze była kolejka następnych.

Dojazd pod las prowadził wąską drogą, gdzie asfalt kończył się bez uprzedzenia, a pobocze miało więcej błota niż stałości. Na miejscu stały dwa radiowozy, terenówka techników i karetka, która nic już nie miała do roboty. Policjanci deptali po zmarzniętej ziemi z ostrożnością ludzi, którym kazano uważać, ale nie powiedzieli dokładnie na co. Za taśmą zebrało się już troje gapiów, każdy w czapce i z twarzą pełną gotowości do przekazania sprawy dalej.

Zabity leżał między świerkami twarzą do góry, z rozcięciem na skroni i brudem na rękawach. Około czterdziestki, robocza kurtka, buty miejskie nie do takiego terenu. Nie wyglądał na turystę. Wyglądał na kogoś, kogo przeniesiono tam już po wszystkim albo kto umierał, próbując iść w miejsce, którego nie znał.

– Nazywał się Rafał Bilski – powiedział Król. – Serwisant systemów teletechnicznych. Zatrudniany przez zewnętrzną firmę, robił przeglądy w hotelach, stacjach kolejki, pensjonatach. Wczoraj wieczorem miał być na Gubałówce, potem ślad się urywa. Monitoring z dojazdu pokazuje auto, ale nie pokazuje jego wejścia tutaj.

– A pokazuje wyjście auta?

– Pokazuje, że auto stanęło koło starej przepompowni i potem odjechało. Kierowcy nie widać.

Marta przykucnęła obok śladów na ścieżce. Były dwa rodzaje odcisków: cięższe, z terenowego buta, i lżejsze, rozmazane. Do tego ślad przeciągania, krótki, urywający się przy omszałym kamieniu. Robota była zrobiona czysto, ale w pośpiechu. Jeden obcas zjechał za głęboko, przy kamieniu rozsypała się świeża ziemia.

– On coś naprawiał? – spytała.

– W teorii.

– W praktyce?

Król podał jej foliowy worek. W środku leżał mały moduł przekaźnikowy, rozkręcony, z wydłubanym układem pamięci.

– To znaleźliśmy w jego aucie.

– Ktoś wyjął mu język z kieszeni – powiedziała.

Król spojrzał na nią krótko.

– Ładne.

– Nieładne. Trafne.

Technik zawołał ich do śladu przy drzewie. Na korze ktoś zostawił świeże zadrapanie metalem, może klamrą plecaka, może elementem noszy. Marta od razu pomyślała o ratowniczym sprzęcie, ale nie powiedziała tego. Nie chciała jeszcze dodawać ojca do każdego znaku, jaki widziała w lesie.

Podeszła kawałek wyżej, tam gdzie ścieżka załamywała się przy starym murku oporowym. Stąd było widać fragment miasta i drogę serwisową prowadzącą od strony przepompowni. W nocy, przy odpowiednim aucie i bez świateł, można było podjechać wystarczająco blisko, przerzucić ciało, zostawić kilka śladów i odjechać, zanim w którymś domu podniosą roletę.

– Kto go znalazł? – spytała.

– Facet z psem. Emerytowany nauczyciel. Twierdzi, że chodzi tędy codziennie.

– I dziś akurat wyszedł wcześniej.

– Zauważyła pani, że wszyscy dziś robią rzeczy akurat.

– Zauważyłam, że pan też.

Na moment prawie się uśmiechnął. Prawie.

W aucie Bilskiego pachniało kablami, tanią kawą i odświeżaczem o zapachu morskiej bryzy, co w Zakopanem miało tyle sensu co parasol w tunelu aerodynamicznym. Na siedzeniu pasażera leżał notes serwisowy. Ostatni wpis: *TH garaż - reset pętli / kolejka dolna stacja - kamera 4 / wieża pomocnicza P-3*. Marta zapamiętała skrót. Król też.

– P-3? – spytała.

– Stare oznaczenie punktu przekaźnikowego nad Bachledą – odparł młody funkcjonariusz z boku. – Nieczynne od lat.

Król posłał mu spojrzenie, które mówiło: dobrze, że wiesz, ale nie rozpędzaj się.

– Nieczynne oficjalnie? – dopytała Marta.

Młody policjant odchrząknął.

– No... tak się mówi. Kiedyś były tam jeszcze przeglądy dla awaryjnych połączeń, potem niby wszystko odcięli.

– *Niby* to nie jest techniczny termin – powiedziała.

– U nas bywa – mruknął Król.

Marta zajrzała do schowka. W środku rachunki paliwowe, dwa śrubokręty, karta wjazdowa do garażu w *Tatrzańskim Horyzoncie* i wydruk zlecenia bez podpisu klienta. Firma serwisowa na górze była ta sama, której loginy pojawiły się przy nocnym włamaniu do systemu hotelu. Ktoś wykorzystywał bardzo konkretny łańcuch dostępu i robił to bez pośpiechu.

– Rodzina? – spytała.

– Żona z Nowego Targu, w separacji. Jeden syn. Mówią, że robił wszystko, co płaciło. Montaże, serwisy, prywatne zlecenia po godzinach.

– Czyli człowiek od tego, co działa w tle.

– Czyli człowiek, którego łatwo nie zauważyć – poprawił Król.

Kiedy ciało pakowano do worka, nad drogą zebrało się już kilku następnych gapiów. Zawsze pojawiali się szybko. W Zakopanem plotka chodziła na własnych nogach, bez potrzeby aplikacji. Starsza kobieta w wełnianym berecie powiedziała do sąsiadki z satysfakcją zbyt bliską ulgi:

– W nocy to nic dobrego nie jeździ.

Marta znała ten ton. Kobieta mówiła cicho, ale bez żalu, jakby odhaczała rzecz, która zawsze w końcu przychodzi do sąsiada.

Pojechała za Królem prosto do firmy, która zatrudniała Bilskiego. Mieściła się w blaszanym budynku przy drodze na Poronin, między składem okien a hurtownią hydrauliki. Na szyldzie widniało neutralne *System-Komplex*, bo ludzie od kabli zawsze nazywają się tak, jakby mogli wymienić wszystko poza sumieniem. W środku siedziała księgowa w polarze i właściciel z twarzą tak zaczerwienioną, jakby wstyd przyszedł do niego pierwszy raz od dekady.

– Rafał był porządny – powtarzał. – Spóźniał się, ale robił. Te loginy? No przecież każdy techniczny ma swoje. Ktoś mógł mu zabrać telefon, przepisać hasło, wszystko.

– Wczoraj miał zlecenie w *Horyzoncie*? – spytała Marta.

Właściciel spojrzał na nią z niechęcią, potem na Króla, czy wolno mu się oburzyć.

– Miała pani nie przeszkadzać – mruknął.

– A pan miał zgłaszać niestandardowe wejścia do systemu – odparł Król. – Odpowie pan na pytanie.

Okazało się, że Bilski rzeczywiście miał wejść do dwóch obiektów. Jedno zlecenie zgłoszone oficjalnie, drugie dopisane ołówkiem na wydruku. *P-3* nie widniało w żadnym systemie, tylko w jego prywatnym notesie. Właściciel twierdził, że nic nie wie o nieczynnych punktach przekaźnikowych, co brzmiało jak człowiek mówiący prawdę tylko o tej części, którą właśnie ćwiczył.

Księgowa siedząca z boku przez większość rozmowy milczała, ale kiedy Król poprosił o listę ostatnich delegacji, przesunęła po biurku drugi segregator. Cicho, prawie ukradkiem.

– To prywatne rozliczenia kilometrówki – powiedziała. – Rafał dwa razy brał paliwo na wyjazd, którego nie ma w oficjalnym grafiku.

Właściciel rzucił jej spojrzenie ciężkie i spóźnione.

– Pani Jolu, nie trzeba wszystkiego...

– Jak przyjechała policja po ciało, to chyba już trzeba – odparła, nie patrząc na niego.

Na kartkach widniały dwa kursy: okolice starej przepompowni i dojazd techniczny od strony Bachledy. Bez numerów zleceń. Bez podpisu klienta. Marta zapamiętała daty.

Zanim wyszli, przeszła jeszcze wzrokiem po tablicy korkowej w biurze. Między ogłoszeniem o obowiązkowym szkoleniu BHP i kalendarzem z kobietą w stroju narciarskim wisiała kartka z rozpisanymi hasłami dostępu do kilku starszych urządzeń. Część zamazana markerem, część poprawiona długopisem. Właściciel zauważył jej spojrzenie i za szybko ściągnął kartkę.

– Nieaktualne – powiedział.

– Czyli tym bardziej niepotrzebne na widoku – odparła.

Król nic nie dodał, ale zapisał coś w notatniku. Wystarczyło.

Na komendę wrócili przed południem. Budynek wyglądał tak, jak komendy wyglądały wszędzie: jasna farba, odklejony narożnik wykładziny, automat do kawy mający na sumieniu więcej rozczarowań niż przesłuchań. Korytarz pachniał mokrymi kurtkami i tonerem. Jeden z dzielnicowych spojrzał na Martę z rozpoznaniem i udawaną obojętnością. Wieści chodzą szybko, twarze jeszcze szybciej.

W pokoju Króla stała szafa z aktami, dwa krzesła dla petentów i kubek z napisem *Najlepszy Tata*, najwyraźniej nadużywany do długopisów. Na tablicy korkowej wisiała mapa miasta z kolorowymi pinezkami. Cztery z nich były nowe.

– Nie powinna pani tu być – powiedział Król, zamykając drzwi.

– A jednak jestem.

– To nie są argumenty.

– Pańskie też nie.

Usiadł, jakby odkładał ból kręgosłupa razem z sobą.

– Dobrze. Oficjalnie jest pani świadkiem. Nieoficjalnie ma pani doświadczenie, którego u nas nikt teraz nie ma, bo połowa ludzi od kryzysów jest w terenie albo u psychologa. Nie mylić tego z wolnym wstępem do śledztwa.

– Nie mylę. Chcę zobaczyć, czy te zgłoszenia i zniknięcie Mai mają wspólną logistykę.

– Mai Radeckiej nie mamy jeszcze jako porwania.

– Macie za to martwego serwisanta od kamer i przekaźników.

Król odchylił się na krześle.

– Pani ojciec też lubił mówić w ten sposób. Jakby brakujące dwa zdania były stratą czasu.

Marta zesztywniała odruchowo.

– Znał pan mojego ojca?

– To Zakopane. Wszyscy znali wszystkich w wersji lepszej albo gorszej.

Nie rozwinął. Może specjalnie. Może sam jeszcze nie wiedział, po której stronie tego nazwiska ma stanąć.

Przez kolejną godzinę oglądali monitoring. Garaż z aparthotelu, wjazd od ulicy, kamery miejskie przy rondzie, jedna prywatna kamera z piekarni. Bilski był widoczny wieczorem przy dolnej stacji kolejki, potem jego auto przepadło na dwanaście minut w strefie bez dobrego pokrycia. Następnie widziano je znów, już bez pewności, kto siedzi za kierownicą. Żadna kamera nie pokazywała, jak znalazł się na starym szlaku.

– Kto ma martwe pole tej wielkości w środku miasta? – spytała Marta.

Król wzruszył jednym ramieniem.

– Ten, kto zna kamery. Albo ten, kto je finansuje.

To było bliżej prawdy, niż brzmiało bezpiecznie.

Po południu zjawił się prokurator, zdenerwowany bardziej przeciekami do mediów niż ciałem. Chciał prostego komunikatu: nie łączyć zdarzeń, uspokoić mieszkańców, nie podsycać teorii. Marta obserwowała to z boku, pijąc kawę z automatu, która smakowała jak ciepła kara administracyjna. Po piętnastu minutach na biurku leżały już trzy osobne notatki i żadna nie chciała dotknąć pozostałych.

Kiedy prokurator wyszedł, na korytarzu zrobiło się luźniej, jak po inspekcji sanepidu. Młody funkcjonariusz, ten od skrótu P-3, podszedł do Marty przy automacie z wodą.

– Mój ojciec pracował kiedyś przy utrzymaniu tych starych punktów – powiedział półgłosem. – Jak pani chce, mogę sprawdzić, kto ostatnio prosił o klucze serwisowe. Tylko oficjalnie nie było tematu.

– Czemu mi to pan mówi?

Wzruszył ramionami.

– Bo wszyscy udają, że te miejsca nie istnieją. A potem trup wychodzi właśnie stamtąd.

Później, już przy wyjściu, Król zatrzymał ją jeszcze na chwilę w drzwiach swojego pokoju.

– Jeśli ktoś wszedł pani do domu, proszę to zgłosić formalnie – powiedział.

– I co pan wpisze? Przestawione radio i rachunek za prąd?

– Wpiszę, że ktoś testuje granice.

– Pańskie czy moje?

– Na razie wspólne – odparł. – Niech pani tego nie traktuje jak komplementu.

Nie brzmiał jak człowiek, który mówi na zapas. Zamknął drzwi, został po drugiej stronie i już się nie obejrzał.

Kiedy wróciła do samochodu, chwilę siedziała z rękami na kierownicy i patrzyła na budynek komendy odbity w mokrej szybie. Korytarz, spojrzenia, automaty z kawą, ton rozmów za drzwiami pokojów, wszystko wracało do ciała szybciej niż do głowy. Po kilku minutach bolały ją barki tak samo jak po dawnym dyżurze.

Gdy ruszała spod komendy, zadzwonił telefon służbowy Bilskiego, ten zabezpieczony przez policję, o czym dowiedziała się dopiero później. Numer pojawił się jako nieznany, po dwóch sygnałach połączenie zgasło. Król oddzwonił bez skutku. Ktoś sprawdzał, czy aparat wciąż odpowie.

Kiedy wychodziła z komendy, zadzwonił pośrednik od pensjonatu.

– Pani Marto, klient czekał rano pół godziny – zaczął z pretensją. – Rozumiem emocje po rodzinnych sprawach, ale rynek nie śpi.

– U nas właśnie trochę śpi – odpowiedziała. – I dzięki temu ludzie znikają.

Rozłączyła się, zanim zdążył obrazić się na dobre.

Pod domem zobaczyła ślady opon na błocie, świeższe niż jej własne. Ktoś podjechał, zawrócił i odjechał. Niby nic. W Zakopanem każdy gdzieś podjeżdżał. Ale kiedy weszła do środka, radio nasłuchowe po ojcu było przestawione o pół obrotu, na inną częstotliwość, niż zostawiła rano.

Stała chwilę w ciszy, z kluczem jeszcze w dłoni. Nie było śladów włamania, nic nie zginęło, nikt nie przewrócił krzeseł. Tylko ten mały ruch. Komunikat podany starannie jak wizytówka.

Przeszła jeszcze raz przez parter. W kuchni wszystko stało tak jak zostawiła, ale na stole przesunięto jeden z rachunków. Ten od energii, z czerwonym paskiem terminu. Tak mały ruch, że bez porannego układania papierów pewnie by go nie zauważyła. Ktoś nie przyszedł kraść. Ktoś przyszedł zobaczyć, jak żyje się w domu po człowieku, który wiedział za dużo.

Podeszła do okna i spojrzała na ulicę. Błoto przy furtce było rozjechane w półksiężyc, jak po ciasnym nawrocie. W domu pachniało zimnym drewnem i czyjąś obecnością, choć nikogo już nie było.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij