Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Słodki jak śmierć. Anna Travis. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 grudnia 2025
3391 pkt
punktów Virtualo

Słodki jak śmierć. Anna Travis. Tom 1 - ebook

Czy sławny aktor jest seryjnym mordercą?

Anna Travis dołącza do zespołu śledczego próbującego rozwikłać sprawę morderstwa – odnaleziono ciało młodej kobiety, a poszlaki wskazują, że może być to siódme z serii zabójstw. Podejrzenia padają na popularnego aktora, jednak brakuje jednoznacznych dowodów, a media są przekonane o jego niewinności.

Anna zrobi wszystko, żeby odnaleźć sprawcę i zadośćuczynić ofiarom – czy ta postawa sprawi, że stanie się jedną z nich?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-857-6
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Nadinspektor Langton patrzył na martwe twarze sześciu kobiet. Wszystkie były tak samo ponure i udręczone. Ofiary miały mniej więcej tyle samo lat i pracowały w tym samym zawodzie. Pierwsza została uduszona przed dwunastoma laty.

Sześć miesięcy temu znaleziono ostatnią; nie żyła od co najmniej półtora roku. Langtona wysłali do Queen’s Park, żeby przejął śledztwo. Nie było podejrzanego, nie było świadków, więc zaczął przeglądać archiwa, szukając podobnych zabójstw, i odkrył pięć identycznych. Sprawy dotychczas nierozwiązane.

Był pewien, że wszystkie ofiary zabił jeden morderca, ale jak dotąd nic o nim nie wiedział. Robiła się z tego najbardziej frustrująca i beznadziejna sprawa, nad jaką pracował. Wiedział jedno i specjaliści od sporządzania portretów psychologicznych się z nim zgadzali: zabójstw będzie więcej.

Długie przerwy między kolejnymi makabrycznymi odkryciami sprawiły, że w mediach było o nich cicho. Langton chciał, aby tak pozostało; rozgłos i panika bardziej zaszkodziłyby, niż pomogły śledztwu, a ostrzeżenia policji prostytutki zwykle i tak lekceważyły. Rozpruwacz z Yorkshire całe lata nie schodził z pierwszych stron gazet, wreszcie jednak schwytano go, gdy brał się do rzeczy z dziwką w swoim samochodzie. Przestrogi policji nie miały znaczenia dla dziewczyn z ulicy, które potrzebowały pieniędzy na narkotyki, czynsz, dzieci albo dla alfonsów.

Langton przekartkował najświeższe akta zaginionych osób. W oczy wpadło mu zdjęcie. Melissa Stephens, przeczytał. Według zgłoszenia – siedemnaście lat. Fotografia przedstawiała śliczną dziewczynę o blond włosach do ramion i uroczym uśmiechu. W porównaniu z innymi kobietami w kartotece wyglądała jak niewinny anioł. Jak to zdjęcie tu trafiło?

Langton odłożył informacje o tej dziewczynie na bok i wrócił do akt zaginionych prostytutek pod czterdziestkę. Uważnie obejrzał fotografie ich zniszczonych twarzy. Zauważył, że wiele kobiet pochodziło z kontynentu; niektóre były Rosjankami.

Z zamyślenia wyrwał go sierżant Mike Lewis.

– Ona tu nie pasuje. – Nachylił się nad biurkiem i wziął do ręki zdjęcie Melissy.

– Wiem. Dlatego jej fotografię odłożyłem na bok.

Początkowo zespół ograniczył poszukiwania do najbliższej okolicy; teraz sieć obejmowała Manchester, Liverpool i Glasgow. Śledzili komunikaty o zaginionych osobach, zwłaszcza kobietach w typie tych sześciu ofiar. To było chore, ale Langton nic innego nie mógł zrobić; kolejne morderstwo mogło dać kluczową wskazówkę, która doprowadzi ich do seryjnego zabójcy.

– Słyszałeś o Hudsonie? – spytał Lewis.

– Nie. A co?

– Dzwonił, że jest chory. Zabrali go do szpitala. To może być coś poważnego.

– Cholera! Góra już się nami interesuje. Stracimy pół zespołu, jeśli szybko czegoś nie znajdziemy.

– Nieprędko wróci.

Langton zapalił papierosa.

– Znajdź kogoś na jego miejsce, i to już.

– Jasne.

Godzinę później Lewis położył na biurku Langtona pół tuzina teczek.

– Chryste! To wszystko? – powiedział Langton zawiedziony.

– Nic więcej nie mają.

– Zostaw to tutaj. Zawołam cię.

Lewis zamknął drzwi i wrócił za biurko. Langton zaczął przeglądać akta kandydatów na zastępców Hudsona. Pierwszy był policjant, z którym już pracował; nie przepadał za nim. Otworzył następną teczkę.

Akta sierżant Anny Travis robiły wrażenie, bez dwu zdań. Po ukończeniu ekonomii na Oksfordzie odbyła, jak wszyscy, osiemnastotygodniowe szkolenie w Hendon, potem otrzymała przydział do oddziału prewencji. Jeszcze w okresie próbnym trafiła do sekcji włamań i rabunków lokalnego wydziału kryminalnego, by następnie przejść do brygady do walki z przestępczością. Przełożony napisał w opinii o niej: ,,bardzo proaktywna”, i podkreślił to na czerwono.

Resztę jej życiorysu Langton przekartkował z mniejszym zainteresowaniem. Travis szybko dostała się do prowadzonego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych specjalnego programu dla wyróżniających się policjantów. Uśmiechnął się – imponujące doświadczenia: napady, włamania, wydział kryminalny, służba na rzecz społeczności lokalnych. Nie pracowała jeszcze chyba tylko w wydziale zabójstw, choć trzy razy bezskutecznie wnioskowała o przeniesienie.

Zaczynał czuć swoje lata. Trochę przygnębiony, czytał dalej. Entuzjastyczne opinie jej przełożonych przyjął ze szczyptą rezerwy; potrzebował kogoś z inicjatywą, znającego realia ulicy, imponujące CV to stanowczo za mało. Jego uwagę przykuł ostatni akapit. Wyprostował się na widok słów: „Anna Travis jest córką nieżyjącego nadinspektora Jacka Travisa”. Zamyślony, postukał długopisem w teczkę: Jack Travis był jego mentorem.

W sekretariacie zadzwonił telefon. Mike Lewis odebrał od razu. Zajrzał przez otwarte drzwi do gabinetu Langtona.

– Szefie?

Langton podniósł głowę znad biurka, rozkojarzony.

– Kto to?

– Nie chciał powiedzieć. Odbierzesz czy nie?

– Tak. Tak. – Langton sięgnął po telefon. – Zostań.

Mike zajął się przeglądaniem jakichś papierów.

– Wiek? – rzucił Langton do słuchawki. – Komu to dali? Dobra, dzięki. Bądź w kontakcie. Jestem wdzięczny.

Rozłączył się.

– Ciało na Clapham Common. Raczej nie pasuje do naszych, bo dziewczyna podobno jest młoda, ale dopiero jadą to sprawdzić. – Zamyślony, odchylił się na krześle do tyłu. – Mike, znasz nadinspektora Hedgesa? Ostrzyżony na jeża, kwadratowy łeb, zarozumiały?

– Uhm. Skończony palant.

– To jego śledztwo, jego rewir. Przygotuj się. Jeśli dostaniemy więcej szczegółów, może trzeba się tam będzie wkręcić.

Lewis spojrzał na zdjęcia rozłożone na biurku.

– Myślisz, że to ten zaginiony anioł?

– Może. – Podał mu teczkę i wstał. – Weź do zespołu tę Annę Travis.

– Co, tę nową?

– Uhm.

– Jeszcze nie pracowała nad zabójstwem.

Langton narzucił płaszcz na plecy.

– Jej ojcem był Jack Travis. Wyciągnijmy ją zza biurka, może przyniesie nam szczęście.

Zatrzymał się przy drzwiach.

– Zresztą, jak tak dalej pójdzie, w ogóle nie będzie żadnego śledztwa. Jeśli szef odłoży sprawę do akt, zabiorą nam ludzi, a teczki wylądują na półce i w końcu trafią do archiwum. Dobranoc.

– Dobranoc.

Lewis wrócił za biurko w centrum koordynacyjnym i wybrał numer Anny Travis.

Za piętnaście ósma następnego ranka Anna Travis siedziała w radiowozie pędzącym na miejsce zbrodni. Choć powiedziano jej tylko, że ma zastąpić policjanta na zwolnieniu lekarskim, drżała z emocji, że wreszcie będzie robiła to, do czego z takim wysiłkiem się przygotowywała.

Razem z nią radiowozem jechali Lewis i inny doświadczony detektyw, posterunkowy Barolli. Mike Lewis był szeroki w barach i przy tuszy. Ze swoją okrągłą twarzą i rumianymi policzkami sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie tracił dobrego humoru. Barolli, niższy, smagły, wyglądał na Włocha, ale mówił z akcentem wschodniego Londynu.

Kiedy wjeżdżali na parking przy Clapham Common, zauważyła furgonetkę ekipy kryminalistycznej i kilka nieoznakowanych samochodów. Przez kordon policyjny oprócz policjantów przepuszczono tylko wóz firmy kateringowej – serwowała paszteciki i kanapki członkom ekip przygotowujących centrum dowodzenia.

Zaskoczyło ją, że nikt się nie spieszy. Lewis i Barolli prosto z samochodu poszli do barku po kawę. Anna ruszyła za nimi, niepewna, co właściwie ma robić. Kiedy spojrzała dalej przez łąkę, ku żółtej taśmie ogradzającej parking, zobaczyła specjalistów od medycyny sądowej w białych kombinezonach. Pracowali.

– To miejsce zbrodni? – spytała Lewisa.

– Co, nie widać?

– Nie powinniśmy, bo ja wiem, pokazać się nadinspektorowi Langtonowi? – powiedziała z wahaniem.

– Mam rozumieć, że już jadłaś śniadanie?

– Tak, zanim mnie wezwali. – W rzeczywistości wypiła tylko filiżankę kawy; z nerwów nie mogła jeść. Teraz musiała poczekać na Lewisa i Barollego, którzy ustawili się w kolejce po kanapki z bekonem. Pożarli je raz-dwa, po czym we troje poszli na miejsce zbrodni. Anna puściła ich przodem i umyślnie została w tyle. Osiemset metrów dalej ześlizgnęli się ze skarpy. Zauważyła, że obaj detektywi są coraz bardziej spięci. Lewis wyciągnął z kieszeni chusteczkę i rozłożył ją strzepnięciem; Barolli odwinął z papierka gumę do żucia.

Podeszli do grupy stojącej przy kępie drzew w małym zagłębieniu terenu. Pracownicy ekipy kryminalistycznej klęczeli lub krążyli po okolicy. Anna weszła na deski ułożone na błotnistej pochyłości. Choć dwaj detektywi kiwnęli głowami różnym ludziom, nikt nie odezwał się ani słowem. Panowała złowieszcza cisza. I nagle Anna to poczuła. Ten zapach, jakby zwiędłych kwiatów, które tak długo gniły w wodzie, aż łodygi rozmiękły i odbarwiły się. Szybko stał się nie do zniesienia.

Anna zauważyła wysokiego, smukłego mężczyznę w białym papierowym fartuchu. Nadinspektor Langton.

– Nie spieszyło się wam – warknął na dwóch detektywów.

Odwrócił się, by zapalić papierosa.

Jego kanciasty podbródek pokrywał już zarost. Langton miał orli nos i harde, przenikliwe oczy, których spojrzenie trudno było wytrzymać. Żaden z detektywów nie odpowiedział; popatrzyli w stronę dopiero co postawionego białego namiotu. Langton wziął głęboki wdech i wypuścił nosem dym.

– Myślisz, że to następna? – Anna usłyszała ciche pytanie Lewisa.

– Tak, ale zobaczysz, że kretyn, który tu rządzi, nie odda sprawy, jeśli tego nie udowodnimy, i to szybko.

Wzrok Langtona spoczął na Annie. Nadinspektor przyglądał się jej bez skrępowania.

– To ty jesteś ta nowa sierżant?

– Tak.

– Znałem twojego ojca. Porządny człowiek.

– Dziękuję – szepnęła.

Nadinspektor Jack Travis przed dwoma laty przeszedł na emeryturę i pół roku później umarł na raka. Annie wciąż ogromnie go brakowało. Ubóstwiała swojego szlachetnego, kochającego, oddanego jej ojca i bolała nad tym, że nie doczekał jej sukcesów w roli policjanta. Żal stał się jeszcze dotkliwszy teraz, kiedy wreszcie trafiła do wydziału zabójstw, któremu on poświęcił tak dużą część swojego życia. Mówili na niego Jack Majcher, bo nawet wśród góry śmiecia potrafił wyłowić coś istotnego. Anna bardzo chciała osiągnąć tyle, co on.

Langton wskazał na namiot papierosem, z którego snuła się smużka dymu.

– Myślę, że to może być nasz anioł, ta zaginiona dziewczyna. – Ruszył w stronę uniesionej poły namiotu. – Chcesz rzucić okiem? – spytał Annę przez ramię.

Lewis i Barolli dostali ochronne białe papierowe fartuchy i nakładki na buty, by niczego nie zadeptać.

– Masek zabrakło – wyjaśnił Langton, kiedy sięgnął do tekturowego pudła i dał Annie paczuszkę. – Włóż to, a potem idź po deskach. – Zgasił niedopałek w palcach i schował go do kieszeni.

Anna szybko otworzyła opakowanie i wyjęła papierowy fartuch. Włożyła go i zapięła rzepy, które przyczepiły się do jej tweedowego żakietu. Stanęła na jednej nodze, potem na drugiej, by wsunąć nakładki na płaskie czółenka. Przez cały czas wstrzymywała oddech, by nie czuć silnego odoru, łowiła powietrze ustami i wypuszczała je z sykiem.

Za plecami słyszała gderanie policjantów.

– Co on tu robi, to chyba nie jego rewir?

– Nie, ale chciał popatrzeć. Prowadzi tę beznadziejną sprawę z Queen’s Park. Ma skubaniec tupet; ciekaw jestem, skąd się tu tak szybko wziął. No i przyprowadził tych swoich dwóch oprychów. Nie wiem, za kogo się uważa. Nadinspektora Hedgesa krew zalewa.

Kiedy Anna weszła do namiotu, przypomniała sobie, co jej powiedziano: żadne szkolenie cię do tego nie przygotuje. Mogą ci pokazywać zdjęcia z prosektorium, możesz omawiać sekcje zwłok – nawet była przy jednej – ale dopiero kiedy staniesz przed swoim pierwszym prawdziwym trupem, przekonasz się, jaki to szok. Mówią, że ten pierwszy raz zapamiętuje się na zawsze.

– Myślisz, że to ona? – usłyszała szept Lewisa.

– Chyba tak – odparł Langton. – Wiek się zgadza, karnacja też.

– Trochę tu poleżała. – Barolli pociągał nosem z odrazą. – Ale nie wygląda źle. Zero śladów rozkładu. To przez tę kiepską pogodę. Leżała pod śniegiem, ale wczoraj był nietypowy dzień, prawie dwadzieścia stopni.

Anna podeszła do nich.

– Przypuszczamy, że to uczennica, której zaginięcie zgłoszono sześć tygodni temu – wyjaśnił jej Langton, przerywając rozmowę z detektywami – ale nie będziemy wiedzieć tego na pewno, dopóki nie zrobią sekcji.

Znów odwrócił się do swoich ludzi. Rozmył jej się przed oczami; widziała, jak ruszają mu się usta, słyszała go niewyraźnie, ale kiedy rozstąpili się przed nią, by mogła obejrzeć ciało, zebrało jej się na wymioty. Teraz, z bliska, odór był ciężki i duszny, tym bardziej intensywny, że skoncentrowany w namiocie.

Ofiara leżała na plecach, długie jasne włosy rozsypały się wokół jej głowy. Miała opuchniętą twarz i zapadnięte oczy, pełne wijących się larw, które wnikały też do nozdrzy i żerowały w ustach: ohydna, kłębiąca się masa. Szyję opasywało coś, co wyglądało jak czarny szal, zaciśnięty tak mocno, że rozdęła się jak balon. Nabrzmiała skóra przybrała siny odcień. Ręce były związane za plecami, wygiętymi w lekki łuk. T-shirt podciągnięty do piersi, spódnica zadarta po brzuch. Nogi rozłożone, jedna w bucie, druga bez – but leżał z boku. Podrapane do krwi kolana ginęły pod rojem much i larw, które pokrywały całe ciało. Wnętrze namiotu wypełniał bzykot plujek. Najedzone i ociężałe, lepiły się do białych fartuchów detektywów.

– Przez tę pogodę wylęgły się wcześniej niż zwykle – powiedział Langton i strzepnął muchę z fartucha.

Anna czuła, że uginają się pod nią kolana. Oddychała głęboko, robiła wszystko, by nie zemdleć.

– Chodźmy.

Langton patrzył, jak Anna zatacza się, wybiegając z namiotu. Doskonale wiedział, co zaraz się stanie. Dotarła aż do drzewa, nim zgięła się wpół, wstrząsana torsjami. Żołądek podszedł jej do gardła, z oczu płynęły łzy.

Dwaj detektywi ściągnęli białe fartuchy i wyrzucili je do pojemnika na śmieci.

– Do zobaczenia na parkingu – zawołał Langton, ale Anna nie mogła unieść głowy.

Kiedy wreszcie do nich dołączyła, siedzieli na ławce. Langton jadł kanapkę, pozostali pili kawę. Anna przycupnęła obok nich. Twarz miała prawie tak siną jak ta zamordowana dziewczyna.

Langton podał jej papierową serwetkę.

– Przepraszam – mruknęła i wytarła usta.

– Jedziemy do komisariatu. Tu niewiele zdziałamy; ta sprawa na razie nie należy do nas.

– Słucham? – powiedziała.

Langton westchnął.

– Dziewczyna nie jest nasza. Lokalna policja wezwała ekipę kryminalistyczną, więc to ich śledztwo, nie moje. Nie możemy go przejąć, dopóki nie wykażemy, że wiąże się z naszym. Zasrana biurokracja! Palant, który tu rządzi, to skończony fiut.

– Nadal uważasz, że to ten sam koleś? – spytał Lewis.

– Na to wygląda, ale nie wyciągajmy pochopnych wniosków – odparł Langton.

Zauważyła, że palił i jadł jednocześnie. Gryzł kęs kanapki, a z nosa wypuszczał dym.

Lewis nie dawał za wygraną.

– Jak dla mnie, to ten sam koleś. Widziałeś, jak miała związane ręce.

– Też tak myślę – wtrącił się Barolli. Nadal żuł gumę. – Znaleźli ją raptem wczoraj wieczorem. Jak to możliwe, że tak szybko nas ściągnąłeś? Dostałeś cynk?

– Usłyszałem wezwanie przez radio. Byłem tu prawie równo z chłopakami z ekipy kryminalistycznej.

Lewis wiedział, że to nieprawda, bo był przy tym, jak szef dostał tę informację. Krył swoje źródło, jasna sprawa.

– Ściąłem się już z nadinspektorem Hedgesem.

Obaj detektywi podążyli za jego spojrzeniem i zobaczyli blondyna odbierającego kawę w barku. On poczuł na sobie ich wzrok, zerknął na nich, po czym wziął kubek.

Anna chciała coś powiedzieć, ale była zbyt rozbita, by spróbować sklecić choćby jedno zdanie. Pojechali do komisariatu w Queen’s Park, dość daleko od Clapham Common. Koordynacją dochodzenia automatycznie zajął się komisariat położony najbliżej miejsca zbrodni.

Anna nigdy nie była w komisariacie Queen’s Park, kiedy więc szła za Mikiem Lewisem po schodach, nie miała pojęcia, dokąd ją prowadzi. Budynek był stary i zaniedbany, z kamiennymi korytarzami i kamiennymi klatkami schodowymi o ścianach w kolorze klozetowej zieleni. Podłogę na piętrze pokrywało wytarte linoleum, farba odłaziła płatami z sufitu i ścian. Za przeszklonymi drzwiami znajdowały się liczne biura, pokoje przesłuchań, działy dokumentów. Czuło się, że panuje tu stan zawieszenia, szafki na dokumenty stały gdzie popadnie na korytarzu. Ciężko się było w tym wszystkim połapać. Nie tak to wyglądało w podręczniku czy na warsztatach, w których uczestniczyła podczas studiów.

Barolli zniknął w ubikacji; nie miała pojęcia, gdzie się podział Langton.

– Zastępujesz Danny’ego, zgadza się? – wysapał Lewis, kiedy weszli na szczyt schodów.

– Chyba tak – odparła.

– Rozchorował się. Czuł się dobrze, a naraz zaczął skręcać się z bólu. Myślałem, że to wyrostek, ale nie, to jakaś choroba jelit. Znasz go? – Lewis ruszył ciężkim krokiem w głąb wąskiego korytarza.

– Nie – powiedziała, usiłując za nim nadążyć.

Lewis podszedł do podwójnych drzwi na końcu i pchnął je z całej siły. Odchyliły się z powrotem i jedno ze skrzydeł uderzyłoby Annę, gdyby go w porę nie przytrzymał.

– Przepraszam – rzucił z roztargnieniem.

Anna nie spodziewała się zobaczyć tylu ludzi pracujących nad sprawą, kiedy dopiero co znaleziono zwłoki. Osiem biurek stało w dwu równych rzędach, po cztery w każdym. Za nimi siedzieli mundurowi obojga płci i dwoje pracowników administracji. Wokół piętrzyły się stosy szafek na dokumenty, z których wylewały się teczki i papiery. Przy jednej ze ścian stała długa biała tablica z naniesionymi flamastrem datami i nazwiskami wypisanymi kilkoma charakterami pisma. Obok przypięto makabryczne zdjęcia różnych kobiet, zrobione za życia i po śmierci.

Na jednym z biurek leżały akta zaginionej osoby. Anna otworzyła teczkę i zobaczyła zdjęcie pięknej młodej dziewczyny, Melissy Steph-ens, lat siedemnaście, ostatnio widzianej na początku lutego. Pod nim podane były takie informacje, jak kolor oczu, co miała na sobie, kiedy zaginęła i inne szczegóły.

– Zidentyfikowaliście dzisiaj znalezioną ofiarę? – spytała Mike’a Lewisa. Siedział na krawędzi biurka i rozmawiał z jedną z policjantek.

– Jeszcze nie – rzucił przez ramię i wrócił do przerwanej rozmowy.

Anna podeszła do tablicy, by obejrzeć zdjęcia. Sześć fotografii ofiar wisiało jedna obok drugiej. Pod nimi były opisy, informacje o miejscu znalezienia zwłok i prowadzonych czynnościach śledczych. Te kobiety, w odróżnieniu od Melissy Stephens, miały surowe, stare twarze, ich oczy patrzyły twardo.

– Te wszystkie dochodzenia są w toku? – spytała Lewisa.

Nie usłyszał jej, bo rozmawiał z Barollim, który właśnie przyszedł.

Anna czytała dalej. Każda z ofiar przed śmiercią została zgwałcona, ciała porzucono w okolicznych malowniczych zakątkach: Richmond Park, Epping Forest, Hampstead Heath. Wszystkie miały związane z tyłu ręce i zostały uduszone własnymi rajstopami.

– Ofiara z dzisiejszego ranka i te kobiety… czy te śledztwa są w toku? To znaczy, czy coś je ze sobą wiąże?

Barolli podszedł do niej.

– Nikt ci nie mówił, czemu szef wyciągnął nas z łóżek o nieludzkiej porze?

– Nie. Zadzwonili o siódmej i powiedzieli, że mam dołączyć do zespołu Langtona. I ani słowa o śledztwie.

– Przyszłaś na miejsce Danny’ego, zgadza się?

– Leży w szpitalu. Tak mówił Mike.

Barolli wskazał na zdjęcia ofiar.

– To dochodzenie ciągnie się już ładnych kilka miesięcy; ściśle, pół roku. Pięć z tych spraw to śledztwa sprzed lat. Teczki leżały w archiwum, dopóki szef ich nie wygrzebał.

– Pół roku? – powiedziała, zszokowana.

– Uhm. – Stuknął palcem w tablicę. – To była nasza ostatnia ofiara i kiedy ją znaleziono, nie żyła od ponad roku. Zaczęliśmy łączyć morderstwa ze sobą kilka miesięcy temu; jak widzisz, wszystkie te kobiety zginęły w ten sam sposób.

– To znaczy, że zabił je jeden człowiek?

– Tak myślimy, ale dowodów nie mamy. Jeśli dzisiejszy trup pasuje do reszty, może pojawi się jakiś nowy trop. Albo i nie, i w ogóle nie dostaniemy tej sprawy. Szefowi na niej zależy, bo im jest świeższa, tym więcej śladów.

Drzwi wahadłowe otworzyły się z hukiem i wszystkie spojrzenia zwróciły się na Langtona.

– To Melissa. Potwierdza to dokumentacja dentystyczna. – Langton wszedł do pokoju, w którym zapadła cisza. Wyglądał marnie: zapadnięte oczy, zarost jeszcze bardziej ciemny. – Na naszą prośbę szybko się uwinęli, ale tak czy owak trzeba poczekać na dalsze wyniki. Pędzę do laboratorium. Muszę poznać szczegóły, żeby mieć z czym pójść do Stowarzyszenia Komendantów Policji. Mike, jedziesz ze mną?

Anna podniosła rękę. Czuła się trochę jak uczennica.

– Mogłabym też pojechać, panie nadinspektorze?

Langton popatrzył na nią przeciągle, z namysłem.

– Byłaś kiedyś przy sekcji zwłok?

– Tak.

– Jeśli mi tam fikniesz, wyrzucę cię na zbity pysk, jasne? – Wskazał na Barollego. – Pilnuj interesu. Jak tylko będą coś mieli, musimy o tym wiedzieć. Uzupełnij tablicę.

Barolli wziął do ręki czarny mazak i spojrzał na zdjęcie Melissy. Zanotował na tablicy, że ciało zostało zidentyfikowane na podstawie dokumentacji dentystycznej, i napisał wielkimi literami: „Melissa Steph-
ens” i obok „Ofiara nr 7” ze znakiem zapytania.

Langton siedział na fotelu pasażera, z głową na zagłówku i zamkniętymi oczami. Anna była ciekawa, czy śpi. Postanowiła się nie odzywać i odchyliła się na oparcie. Wreszcie się odezwał:

– Media zrobią z tego wielki show. Była młoda i piękna. Muszę przekonać szefa wydziału zabójstw, żeby dał mi tę sprawę. Do tej pory nie pracowaliśmy nad niczym, o czym byłoby głośno: sześć starych prostytutek czy kaszalotów, jak nazywał je twój tata, o takich nie mówi się w telewizji… Ale jeśli obejmę to śledztwo, zbiorę zespół, jakiego potrzebuję, i z pomocą bazy danych Holmes uzyskam oczekiwany rezultat.

Anna kiwnęła głową, wciąż lekko skołowana.

– Dziękuję.

Ruszyła za Langtonem przez parking do szpitala. Drogę do kostnicy znał na pamięć i szedł szybkim krokiem, energicznie pchał kolejne drzwi, nie zważając na to, czy Anna zdąży wejść za nim. Wreszcie dotarli na miejsce. Langton wskazał na drzwi z napisem „Panie”.

– Włóż tam fartuch i wchodź od razu do środka – powiedział.

Anna włożyła maskę na twarz, wsunęła nogi w nakładki ochronne i zawiązała zielone wstążki fartucha. Weszła do kostnicy i zadrżała z zimna.

Choć niedawno zmodernizowana, kostnica wciąż była wyłożona kafelkami w stylu wiktoriańskim. Za to umywalnia, stalowe stoły i sprzęt były nowoczesne. Przy jednym ze stołów asystenci odcinali brudne łachmany od znalezionego tego ranka martwego narkomana. Podłoga z białych płytek była śliska. Drugi, pusty stół ktoś z personelu opłukiwał właśnie silnym strumieniem wody. Na trzecim stole, pod zieloną plastikową płachtą, leżała Melissa Stephens.

Podczas gdy jego asystent sporządzał wykaz części ubrania dziewczyny, lekarz sądowy, doktor Vernon Henson, rozmawiał cicho z Langtonem. Anna patrzyła, jak w torbie na dowody ląduje czarny T-shirt i różowa spódniczka.

– Żadnej bielizny? – spytał Langton zniżonym głosem.

– Majtek nie było – odparł Henson – tylko stanik. Pewnie zainteresuje cię to, jak zawiązany.

Langton dał Annie znak, by podeszła bliżej, a Henson ściągnął z ciała plastikową płachtę. W tej samej chwili do sali wpadł nadinspektor Hedges. Już w fartuchu wciągał na dłonie gumowe rękawice. Łypnął gniewnie na Langtona.

– Dalej siedzisz mi na karku, Jimmy? A może przyszedłeś dla rozrywki?

– Przyszedłem tu, Brian, bo jeśli dziewczyna jest moja, będziesz ją musiał oddać.

– Najpierw musisz to udowodnić. – Hedges wzruszył ramionami. – Na razie to moje śledztwo. Dlatego bądź tak miły i zejdź mi z drogi.

Langton się odsunął. Hedges podszedł bliżej do stołu, a dwaj asystenci lekarza sądowego ostrożnie przewrócili ciało na brzuch. Dłonie były skrępowane białym bawełnianym stanikiem sportowym. Zabójca owinął go ciasno wokół nadgarstków i mocno zawiązał. Henson stanął trochę z boku, by można było zrobić zdjęcia z wszystkich stron, po czym spróbował rozplątać supeł. Nie dał rady.

– Będę go musiał rozciąć – powiedział niemal przepraszającym tonem.

– Proszę bardzo – zgodził się Hedges.

Ostrożnie, tak, by wyrządzić jak najmniejszą szkodę, lekarz sądowy przeciął materiał krępujący nadgarstki, na których powstały ciemne, sinoczerwone pręgi. Dłonie pozostały mocno zaciśnięte. Asystenci przewrócili dziewczynę z powrotem na plecy i ułożyli ręce wzdłuż jej boków, pięści wciąż się jednak nie rozwarły.

– Tu mamy, jak sądzę, jej rajstopy; także i je morderca wyjątkowo mocno zacisnął na szyi ofiary; werżnęły się w skórę, dlatego wątpię, by udało mi się je rozwiązać.

Zrobiono zdjęcia supła na rajstopach. Langton i Hedges niemal przepychali się, by mieć lepszy widok.

Rajstopy były tak mocno naprężone, że nie dało się ich zdjąć. Henson w końcu przeciął węzeł. Obrzmiała szyja była prawie dwa razy
szersza niż normalnie. Okalały ją głębokie, wrzynające się w skórę pręgi; zabójca naciągnął rajstopy tak bardzo, że zostały czarne, cynobrowe i ciemnofioletowe sińce. Aż trudno było uwierzyć, że dziewczyna na stole sekcyjnym i dziewczyna z fotografii to ta sama osoba.

– Przesłaliśmy do laboratorium dużą część larw z jej oczu i ust; to pozwoli nam w przybliżeniu określić, jak długo ciało leżało w krzakach. Owadów wyroiło się tak dużo jak w lecie, a to z powodu nietypowej pogody. W moim ogródku kwitną róże, a jeszcze kilka dni temu były przysypane śniegiem. – Henson miał niski, głęboki głos. Mówił tonem swobodnej rozmowy, bez większego szacunku dla czekającej go pracy.

– Możesz ją obmyć? Żeby rodzina nie zobaczyła jej w tym stanie – zasugerował Hedges.

Langton zrobił wielkie oczy. Henson, urażony sugestią, że jako naczelny lekarz sądowy mógłby pozwolić bliskim ofiary zobaczyć „nieobmyte” ciało, szybko zmienił temat.

– Proszę się cofnąć. Jak ją pokroję, opuchlizna zejdzie. Powieki opuścimy, żeby rodzina nie widziała pustych oczodołów. Jak sami zobaczycie, te małe skubańce dobrały się do jej dziąseł, brakuje też czubka języka; możliwe, że odgryzł go lis.

Odwrócił się do Langtona i wskazał szpatułką obgryziony język.

– Chyba że sama to zrobiła. Jeśli tak, brakujący kawałek znajdziemy w jej żołądku.

– Dostała silny cios tu, w prawą skroń, tuż nad uchem.

Flesz błyskał raz po raz, kiedy aparat robił zbliżenia twarzy, szyi, oczu, ust i nosa.

Henson zaczekał, aż fotograf skończy, po czym odgarnął długie jasne włosy, by odsłonić ciemny okrągły siniec pokryty zakrzepłą krwią.

– Przypuszczam, że to było tępe narzędzie o zaokrąglonych krawędziach, wielkości dziesięciopensówki. Tu też widzimy wokół rany larwy i jaja, które pozwolą nam dokładniej ustalić czas zgonu. – Henson poprawił maskę.

Langton kiwnął głową.

– A tak według pana?

– Cholernie ciężko powiedzieć. Rozkład nie jest zbyt zaawansowany, ale jeśli została tam porzucona w ciągu ostatniego miesiąca, to cóż, mieliśmy mrozy, śnieg, lód i tak dalej. Na całej spodniej części ciała widać bardzo ciemne przebarwienia, co wskazuje, że dość długo leżała w tej pozycji. Kilka miesięcy, może kilka tygodni, na pewno nie kilka dni.

Henson zaczął rozwierać jej palce.

– Paznokcie w dobrym stanie. Wygląda na to, że wiele pod nimi nie znajdę, ale sprawdzić i tak trzeba.

Cofnął się, by obejrzeć całe ciało bardziej szczegółowo, od pomalowanych na różowo paznokci u nóg po czubek głowy.

– Nie ma zadrapań ani innych śladów świadczących o tym, że próbowała stawiać opór. Miejmy nadzieję, że cios w skroń pozbawił ją przytomności. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że doszło do penetracji waginalnej i analnej.

Henson wskazał na pochwę dziewczyny, jego palce delikatnie musnęły jej skórę.

– Widzicie te sińce? Wskazują, że atak był dość brutalny. Pobierzemy oczywiście wymazy, ale odbyt jest pęknięty z dwu stron. To w zasadzie tyle do czasu, aż ją pokroimy i dowiemy się czegoś więcej, więc może weźmy się do roboty, co? Już ją zważyliśmy: niecałe pięćdziesiąt kilo, kruszynka. Rentgeny niedługo do nas wrócą. Nie stwierdziłem żadnych złamań, ale klisze i tak wam przekażemy. Na prawym ramieniu ma małe znamię, a poza tym jest bez skazy. W swoim czasie była bardzo ładna.

Langton kiwnął głową. Anna była zadowolona, że na nią nie patrzy, bo wiedziała, że górna część jej twarzy przybrała mniej więcej ten sam kolor, co zakrywająca dolną część biała maska. Zaskoczona zauważyła jednak, kiedy nadinspektor Hedges odwrócił się do Hensona, że też jest niesamowicie blady.

– Bądźmy w kontakcie, chcę wiedzieć, czy w laboratorium znajdą coś na jej ubraniu.

I wyszedł. Anna usłyszała cichy, drwiący śmiech Langtona. Henson też go usłyszał i wokół jego widocznych nad maską oczu utworzyły się kurze łapki.

– Już ją opłukaliśmy, więc można zaczynać. Muszę jej tylko podłożyć blok stabilizujący pod głowę.

Henson wziął skalpel do ręki. Pochylił się nisko i zrobił nacięcie w kształcie litery Y, od barków przez mostek do brzucha i miednicy. Po odsłonięciu narządów wewnętrznych odór gnijących łodyg kwiatów stał się nie do zniesienia. Kiedy salę wypełnił syk uchodzących płynów ustrojowych i gazów, Anna zaczęła szybko chwytać powietrze ustami. Ledwo trzymała się na nogach. Kręciło jej się w głowie. Nic dziwnego, że Hedges tak szybko się ewakuował.

Tymczasem Henson przeciął żebra i obojczyk i wyjął klatkę piersiową. Wydobył i zważył wszystkie organy po kolei. Pobrał próbki płynów, otworzył żołądek i jelita, by zbadać ich treść.

Choć świat wirował jej przed oczami, Anna zauważyła, że asystenci Hensona tworzą świetnie zgrany zespół. Nie musiał ich ponaglać; sami z siebie zajęli się badaniami krwi, a on mógł skupić się na głowie denatki.

Kiedy grzebał w oczach Melissy, zasłaniał ją Annie.

– Cóż, dostała silnego krwotoku, co jest normalne w przypadku uduszenia – powiedział, nie odwracając się – a w oczodołach wciąż żerują te małe skubańce.

Anna skupiła się na jego słowach, byle nie patrzeć na rozbebeszone zwłoki. Choć na widok treści żołądka kolana się pod nią ugięły, to jakimś cudem zdołała utrzymać się na nogach. Henson przystąpił do rozcinania czaszki. Zaczął z tyłu, następnie ściągnął skórę głowy na twarz, odsłaniając nagą kość. W tym momencie asystent podał mu wysokoobrotową, piłę oscylacyjną o dużej mocy. Henson otworzył nią czaszkę, a potem zaczął posługiwać się dłutem.

Do tej pory Anna jakoś się trzymała. Miała nawet wrażenie, że przychodzi jej to coraz łatwiej; zapach środka odkażającego trochę stłumił smród. Dźwięk dłuta jednak ją dobił. Niezdolna dłużej opanować torsji, popędziła do damskiej ubikacji; zdążyła w samą porę. Wpadła do kabiny, uklękła przy sedesie i zwymiotowała. Kiedy po kilku minutach spróbowała wstać, wciąż drżała na całym ciele.

Puściła zimną wodę w umywalce. Ochlapywała sobie twarz i wycierała ją papierowym ręcznikiem, ilekroć jednak chciała się wyprostować, żołądek podjeżdżał jej do gardła. Jej ubranie, włosy i ręce przesiąkły tym smrodem i choć uporczywie szorowała dłonie mydłem z dozownika, nic to nie dawało.

Oparła się o ścianę korytarza i czekała. Wciąż kręciło jej się w głowie.

Langton wreszcie wyszedł z kostnicy.

– Nie żyje od jakichś czterech tygodni – mruknął i ściągnął zielony kitel. – Tyle czasu tam leżała. – Jego maska wisiała na jednej nitce. – Cholera, nie do wiary.

Nie czekając na odpowiedź, zniknął w męskiej ubikacji. Po chwili wyłonił się z niej i dał Annie znak, by poszła za nim korytarzem.

– Trenowałaś kiedyś pływanie synchroniczne? – spytał, zapinając rozporek.

Anna nie była pewna, czy aby się nie przesłyszała.

– Słucham?

– Zakładają na nos takie zaciski, żeby móc się zanurzyć. Przydatna rzecz. Jak masz coś takiego na nosie, to chcąc nie chcąc musisz oddychać ustami.

Wsiedli do radiowozu. Langton odwrócił się do Anny.

– Możesz też ssać mint imperials. Wiesz, te małe okrągłe miętusy. – Położył rękę na oparciu siedzenia. – Przywykniesz; jest łatwiej, kiedy wiesz, czego się spodziewać. – Spojrzał przed siebie.

– Dziękuję – mruknęła zawstydzona. Nie wiedziała, co powiedzieć ani czy o coś spytać.

Płynne mydło z dozownika pachniało lasem sosnowym i ta woń przyprawiała ją o mdłości. Jakby i bez tego nie miała dość problemów. Zamknęła oczy i modliła się, by znów nie zebrało jej się na wymioty.

– Przepraszam – wymamrotał Langton, kiedy otworzyła okno. Zauważyła, że trzyma w ręku zapalonego papierosa. – W komisariacie nie mogę palić. To znaczy, nie powinienem. W tych czasach w ogóle mało gdzie wolno palić, więc… – Wzruszył ramionami, zaciągnął się głęboko i odchylił na zagłówek. Po kilku minutach ni z tego, ni z owego spytał: – Twoja matka jeszcze żyje?

– Nie, umarła dwa lata przed ojcem.

– No tak. Teraz sobie przypominam. Jak miała na imię?

– Isabelle – odparła, zbita z tropu.

– Isabelle? Fakt. Była bardzo piękna. Pamiętam.

Patrzyła, jak Langton wyrzuca niedopałek za okno. Chłodne powietrze trochę ją orzeźwiło.

– Ja wdałam się w ojca – powiedziała, zaskakując samą siebie.

Parsknął śmiechem.

– Nie da się ukryć.

Jej ojciec był rosłym mężczyzną o szerokich barach i gęstych rudych lokach. Matka miała oliwkową skórę i kruczoczarne włosy. Była prawdziwą pięknością, wysoką, szczupłą, o duszy artysty – pracowała jako projektantka. Anna miała włosy takie jak ojciec; sterczały na wszystkie strony, zamiast porządnie rosnąć. Obcinała je krótko. Jak na rudzielca odznaczała się wyjątkowo ciemną karnacją, w odróżnieniu od swojego bladego, piegowatego ojca. Po matce odziedziczyła ciemne oczy. Była niska i dość krępa, umięśniona, ale nie gruba.

Od małego jeździła konno. Zdobyła tyle nagród, że mogła okryć się od stóp do głów czerwonymi i niebieskimi kokardami. Kiedyś tata obwiesił ją nimi i zrobił zdjęcie; miała wtedy zaledwie jedenaście lat.

Pomyślała o Melissie. Jak wyglądała jej tak brutalnie przerwana młodość? Przypomniała sobie, jaka była w jej wieku i kiedy była młodsza. Zorientowała się, że Langton coś do niej mówi, i wychyliła się do przodu.

– Przepraszam, panie nadinspektorze, nie dosłyszałam.

– Z jednego tylko powodu zmuszam się, by znieść sekcję zwłok, by patrzeć, jak kroją tę duszyczkę na kawałki, jak ją patroszą i odczłowieczają: wtedy jest mi jakoś łatwiej, to pomaga zapanować nad gniewem. Ten fiut Hedges oczywiście wymiękł. Leszcz!

Zamknął oczy; wyglądało na to, że to koniec rozmowy, przynajmniej na razie.

Anna weszła za Langtonem do biura. Nadinspektor zrzucił płaszcz, wziął marker i podszedł do tablicy. Zaczął wypisywać informacje od Hensona.

– Jean – zawołał, nie odwracając się – możesz mi przynieść kanapkę z kurczakiem, bekonem, bez pomidorów i kawę?

Jean, posterunkowa o chudej twarzy, wstała od komputera.

– Chcesz kit-kata czy coś takiego? – Widać było na pierwszy rzut oka, że nie cierpi głupców.

– Nie, dzięki. Kanapkę z bekonem i kurczakiem, bez pomidorów. – Langton dalej pisał na tablicy.

Wszedł Mike Lewis.

– Mike, wygląda na to, że nasz informator miał rację.

– Super! Znamy czas zgonu?

– Jeszcze nie, ale nie żyje od co najmniej czterech tygodni. Uduszona, napastowana seksualnie. Zadzwoń do nadkomisarza, powiedz mu, że sytuacja jest krytyczna. Trzeba powołać Gold Group¹, bo ludzie przestaną nam ufać. Skontaktuj się z komisją rewizyjną, przekaż im, że przejęliśmy dochodzenie. Barolli już wrócił?

– Nie, ale powinien zaraz być. Poszedł do laboratorium.

– Zbierz naszych, odprawa zacznie się o… – Langton zerknął na swój zegarek, a potem na zegar ścienny. – Już trzecia. Szlag by to. Może o wpół do czwartej?

Wszyscy przygotowywali się do odprawy, oprócz Anny. Na szkoleniu nie uczyli jej, jak wejść do tak zgranego zespołu jak ten.

– Przepraszam, panie nadinspektorze. Chce pan, żebym się na czymś szczególnie skupiła?

Langton westchnął.

– Zapoznaj się z aktami. Znajdź sobie biurko, Travis, i zakasz rękawy. – Wskazał na tablice ogłoszeń i machnął ręką w stronę szafek z dokumentami ustawionych wzdłuż jednej ze ścian.

– Tak jest.

Starała się udawać, że wie, co robi, ale nie miała bladego pojęcia, od czego zacząć, i nie mogła rozgryźć, w jakim porządku ułożone były akta. Na wielu szafkach leżały luzem sterty teczek.

Obok niej przeszedł mundurowy z tacą z filiżankami herbaty.

– Przepraszam, które akta są najstarsze?

– Te najbliżej ściany – odparł, nie odwracając się.

Anna otworzyła górną szufladę, wypełnioną rzędami teczek. Wyjęła tyle, ile dała radę udźwignąć, i rozejrzała się po pokoju. Ten sam mundurowy wracał z pustą tacą.

– Hm… jest może jakieś wolne biurko?

Biurko w głębi pokoju było zawalone opakowaniami po jedzeniu na wynos. Ze stojącego obok kosza wysypywały się tacki po hamburgerach i torebki po czipsach. Anna zrobiła sobie trochę miejsca.

Nagle rozbrzmiał ryk. Langton wymachiwał kanapką nad głową.

– Mówiłem nie raz, a dwa razy: bez pomidorów, Jean! Do cholery!

– Prosiłam, żeby nie dawali pomidorów. – Jean zrobiła się czerwona.

– A jest ich od cholery! Wiesz, że nie cierpię pomidorów!

– To co, mam je wygrzebać? – odcięła się, ale Langton już wyrzucał je do kosza.

Anna spuściła głowę; od śniadania nie miała nic w ustach. Nikt nie zaproponował jej choćby filiżanki herbaty czy kawy. Zdawali się w ogóle jej nie zauważać. Odszukała właściwą teczkę, wyjęła nowe ołówki i notes – i zauważyła, że jest już prawie czwarta.

Ciało czterdziestoczteroletniej Teresy Booth znaleziono na pustkowiu, nieopodal obwodnicy Kingston. Była prostytutką, ale nie z tej okolicy. Przez wiele lat pracowała w Leeds, w dzielnicy czerwonych latarni.

Bliskość ruchliwej drogi sprawiała, że piesi raczej tędy nie chodzili; ofiarę znalazł chłopak, któremu akurat zepsuł się skuter. Kiedy zepchnął go na wąski chodnik, zauważył w zaroślach stopę. Wdrapał się na nasyp i wtedy zobaczył ciało. Zamordowana miała ręce związane za plecami stanikiem; została uduszona parą czarnych rajstop. Zwłoki leżały w krzakach trzy do czterech tygodni. Trzeba było więcej czasu – czterech miesięcy – by je zidentyfikować. To stało się w roku 1992.

Do akt dołączono zdjęcia z kostnicy i fotografie miejsca zbrodni. Śmierć zmieniła twarz Teresy w szpetną, upiorną maskę. Jej skóra była ospowata, policzek przecinała głęboka blizna. W tlenionych blond włosach prześwitywały czarne odrosty. Na prawym ramieniu widniały wydrapane albo wycięte inicjały TB, na prawym udzie – wytatuowane wyblakłe różowe serce. Okolice narządów płciowych były mocno posiniaczone.

Ustalono, że TB to Terence Booth, jej pierwszy mąż. Potem miała jeszcze trzech. Urodziła trójkę dzieci, wszystkie nieślubne. Dwoje bardzo wcześnie trafiło do rodzin zastępczych, najmłodszy syn został z matką.

Teresa wyglądała na więcej niż czterdzieści cztery lata. Jej historia była smutna i ponura. Piła, siedziała w więzieniu za notoryczne uprawianie nierządu i „puszczanie latawców”, co znaczyło, że korzystała z kradzionych kart kredytowych i wypisywała czeki bez pokrycia. Zidentyfikowano ją na podstawie odcisków palców i zdjęć.

– Travis! – Anna podniosła głowę. Mike Lewis stał w drzwiach i nagląco machał ręką. Pochłonięta lekturą, nie zauważyła, że biuro opustoszało. – Sala odpraw – wyjaśnił i zniknął.

Anna rzuciła się za nim.

– Nie zostawiaj akt na wierzchu, proszę – zawołała za nią Jean. – Odnieś je do szafki.

Anna wróciła zygzakiem do biurka, chwyciła akta – przeczytała połowę – i zaniosła je na miejsce. Spytała, gdzie jest sala odpraw.

– Piętro niżej, drugie drzwi na lewo – odparła Jean ostro.

Zanim wyszła w pośpiechu, usłyszała jeszcze, jak Jean skarży się koleżance:

– Ciągle się mnie czepia, mam już tego serdecznie dosyć. Zresztą, nie jestem od tego, żeby latać po jego lunch. Sami tam, kurde, cudzoziemcy,
nie rozumieją słowa z tego, co się do nich mówi; powiesz im „bez pomidorów”, a i tak nałożą ci z pięć kilo!

Anna zbiegła wąskimi kamiennymi schodami na dół i wyszła na ciemny korytarz. Gwar rozmów przyciągnął ją do sali odpraw. W środku stały krzesła w nierównych rzędach, naprzeciw nich biurko, a za nim dwa krzesła. W dużej, obskurnej sali śmierdziało zastałym dymem z papierosów, choć poplamione żółte tabliczki przypominały o obowiązującym zakazie palenia.

Anna przekradła się chyłkiem do wolnego krzesła w ostatnim rzędzie i usiadła, ściskając notes w rękach. Do Barollego i Lewisa dołączyło ośmioro detektywów i sześciu mundurowych. Wśród detektywów były dwie kobiety: tęga blondynka w wieku na oko emerytalnym i wysoka kobieta po trzydziestce, o chudej twarzy, z niefachowo założonymi koronami na zębach.

Wszedł nadkomisarz Eric Thompson, sprawujący ogólny nadzór nad śledztwem, a zaraz za nim Langton. Thompson był dobrze zbudowany, miał świeżą cerę, trzymał się prosto; wyglądał, jakby prężył się do skoku. Rzedniejące włosy zaczesywał do tyłu, nad wysokie czoło. Langton w porównaniu z nim wydawał się zmęczony, wymięty i zarośnięty. Barolli zajął miejsce blisko nich i poluzował krawat.

– Ciszej tam! – warknął Langton. Przysiadł na krawędzi biurka i wychylił się do przodu na znak, że chce coś powiedzieć.

– Dziś ofiarę oficjalnie zidentyfikował jej ojciec. Jest to, czy raczej była, Melissa Stephens, lat siedemnaście. Podejrzewamy, że to „jedna z naszych”. Na razie wiemy o jej ostatnim wieczorze tylko to, co zeznał jej chłopak, ale głowę daję, że zabłąkała się w rejon działania naszego zabójcy. Jak dotąd, wszystkie jego ofiary były rutynowanymi prostytutkami koło czterdziestki. Sprawa Melissy może okazać się dla nas przełomowa. Od tej pory musimy zasuwać jak małe samochodziki.

Anna robiła obszerne notatki, ale ponieważ nie zdążyła się zapoznać z całością akt poprzednich spraw, miała tylko mgliste pojęcie o tym, o czym mówił Langton. Zrozumiała tyle: tego wieczoru, kiedy zaginęła, Melissa pokłóciła się ze swoim chłopakiem, Markiem Rawlinsem, w otwartej do późna kawiarni Bistro nieopodal Covent Garden. Po raz ostatni widziano ją, kiedy szła w kierunku Soho, a według jej chłopaka na stację metra Oxford Circus. Dopił drinka i ruszył za nią. Melissa jednak poszła chyba na skróty, prawdopodobnie Greek Street. I przypadkiem trafiła do dzielnicy czerwonych latarni.

Mark wydzwaniał do niej ze stacji metra bez rezultatu. Miała wyłączoną komórkę. Pełen obaw, zawrócił w nadziei, że spotka ją po drodze. O wpół do trzeciej w nocy był ponownie w Bistro; stamtąd znów wyruszył na stację metra Oxford Circus, a potem do mieszkania Melissy. Nie dotarła jednak do domu. Ani on, ani trzy dziewczyny, z którymi mieszkała, więcej jej nie zobaczyli.

Następnego dnia Mark zadzwonił do jej rodziców w Guildford i do kogo jeszcze tylko się dało i wreszcie skontaktował się z policją. Czterdzieści osiem godzin później opublikowano komunikat o zaginięciu Melissy, wraz ze zdjęciami i prośbami o informacje.

Nie zgłosił się nikt, nawet po rekonstrukcji wydarzeń pokazanej w telewizji cztery tygodnie po jej zniknięciu. Nie było ani jednego naocznego świadka, który mógłby wnieść coś do dochodzenia, może z wyjątkiem kelnera, który tamtego wieczoru palił papierosa przed znanym klubem gejowskim i widział blondynkę rozmawiającą z kierowcą jasnego, chyba białego samochodu. Jak wyjaśnił, uznał wówczas, że to prostytutka. Choć nie widział dobrze jej twarzy, zwrócił uwagę na jej czarny T-shirt wysadzany paciorkami ze strasu, które skrzyły się w blasku neonów salonu masażu znajdującego się naprzeciwko.

Langton wysunął hipotezę, że zabójca, stały bywalec dzielnic uciechy, mógł wziąć Melissę za call-girl; późna noc, przed klubem ze striptizem stoi seksownie ubrana blondynka w krótkiej spódniczce i sandałach z paskami. Może zaprosił ją do swojego samochodu?

Choć odprawa trwała jeszcze godzinę, nadkomisarz w końcu stwierdził, że na razie informacji jest za mało, by mógł pójść do pani komendant i poprosić o przekazanie śledztwa zespołowi Langtona. Słysząc to, nadinspektor zerwał się na równe nogi. Trzymał zdjęcia sześciu ofiar jak talię kart.

– Związane własnymi stanikami, uduszone własnymi rajstopami. Jeśli ekipa kryminalistyczna potwierdzi, że węzły na nadgarstkach i szyi są podobne, Melissa Stephens dołączy do ofiar seryjnego zabójcy. Jeśli dostaniemy tę sprawę, mamy jaką taką szansę złapać bydlaka, ale musimy działać! Czas spędzony na błaganiu o to śledztwo to czas, do cholery, stracony!

Po tych słowach wszyscy się rozeszli; nie pozostawało nic innego, jak tylko zaczekać do następnego ranka.

Sala opustoszała, ale Langton nadal siedział zły na twardym krześle. Na dźwięk kroków Anny podniósł głowę. W ręku trzymał zdjęcia zabitych kobiet.

– One wszystkie kiedyś żyły. Marnie, bo marnie, ale mimo to żyły, miały rodziny, mężów, niektóre też dzieci. A teraz nie żyją i czy były ćpunkami, dziwkami, pijaczkami, czy po prostu porąbanymi ludzkimi istotami, zasługują na to, żebyśmy szukali tego, kto je zabił, tak samo energicznie jak zabójcy Melissy Stephens.

Westchnął i ścisnął w palcach grzbiet nosa.

– Z drugiej strony, mogę się mylić. Nie będziemy tego wiedzieli na sto procent, dopóki nie dostaniemy dowodów z laboratorium.

– Ale myśli pan, że wszystkie zamordował ten sam człowiek. – Anna teraz już czuła się przy nim swobodniej.

– Myślenie to za mało, Travis. Liczą się dowody. Jeśli się okaże, że węzły na staniku Melissy albo rajstopach, które zadusiły ją na śmierć, zostały związane inaczej niż w przypadku tych nieszczęsnych suk, to nie, to nie ten sam morderca.

– Były ślady DNA?

Przeszył ją tym swoim laserowym spojrzeniem.

– Przeczytaj akta, nie marnuj mojego czasu.

– Mogłabym zabrać część do domu? A może zostanę po godzinach i poczytam tutaj, żeby nadrobić zaległości?

– Tylko zapisz, co wynosisz. – I wyleciał z sali.

Anna pokręciła głową; ci ludzie lubili efektownie wychodzić. Zabrała notes i ołówki. Kiedy ruszyła w stronę otwartych drzwi, zerknęła przez ramię na wciąż zadymione pomieszczenie. Krzesła stały teraz w jeszcze większym nieładzie, z filiżanek i spodków służących za popielniczki wysypywał się popiół, a po podłodze walały zmięte kartki i stare gazety.

Cicho zamknęła za sobą drzwi. Myśl, że oto stała się częścią świata swojego ojca, wprawiała ją w dziwną euforię.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij