-
nowość
Słońce Londynu - ebook
Słońce Londynu - ebook
Gdy gaśnie słońce, budzi się bóg wojny.
Nawet śnieżyca, która przetacza się przez Londyn, nie jest w stanie stłumić ognia narastającego buntu. Gdy Imperium Azteckie nakłada na Europę kolejne represje, wyzwoleńcy chwytają za strzelby i rewolwery, by odzyskać wolność odebraną im wieki temu przez kapłanów. W desperacji są gotowi na wszystko – ryzykując przebudzenie mocy, które powinny pozostać uśpione.
W samym sercu tej zawieruchy dwóch ludzi mierzy się z własnymi demonami.
Eztli de Garlande zawsze uważał się za dobrego człowieka, lecz przyparty do muru, gotów jest zaprzedąć się każdemu, kto pomoże mu odzyskać żonę i synów – nawet jeśli sam stanie się zdrajcą.
Tymczasem Toltecatl Tecciztecatl walczy z niewidzialnymi więzami narzuconymi mu przez świątynię i próbuje nie postradać zmysłów w świecie, który zmierza ku obłędowi. Tylko tak może ocalić swoją siostrę od losu gorszego niż śmierć...
Obaj będą musieli odpowiedzieć na pytanie: ile krwi trzeba, by wzeszło słońce – i kto ją przeleje.
„Słońce Londynu” wieńczy historię rozpoczętą w „Imperium Kolibra”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68277-40-1 |
| Rozmiar pliku: | 4,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Eztli cisnął butelkę w kominek. Szkło rozprysło się na kawałki, a ogień, podsycony resztką alkoholu, buchnął gwałtownie. Żaden z mężczyzn nawet nie spojrzał w jego kierunku. Nie odwracali od siebie wzroku.
– Nie pozwolę ci umrzeć – wycedził Eztli.
Toltecatl nie odpowiedział1.
Na pierwszy rzut oka Eztlego de Garlande’a i Toltecatla Teccizecatla zdawało się dzielić więcej niż łączyć: poglądy na życie, pochodzenie, status społeczny. Pierwszy był synem zamożnego, europejskiego inżyniera. Drugi pochodził z rodu, którego nazwisko zapisano na kartach historii – jego przodek należał do Ośmiu Kapłanów, którzy przyczynili się do podbicia Europy przez Imperium Azteckie. Eztli wierzył tylko w siebie, Toltecatl studiował, by zostać kapłanem. De Garlande ożenił się i został ojcem dwójki chłopców, bliźniąt. Tecciztecatl co najwyżej zadręczał się, skąd wziąć pieniądze na posag dla swojej młodszej siostry, Nenetl.
Łączyła ich jednak przyjaźń charakterystyczna dla dwóch wyrzutków: żadne bogactwo nie mogło zmazać piętna mieszanego pochodzenia Eztlego, a reputacja rodziny Toltecatla została zniszczona przez długi jego ojca i alkoholizm matki. Obu dręczyło też poczucie winy z powodu wypadku, który przydarzył się drugiej siostrze Toltecatla – Yolihuani – w czasie ich wspólnej zabawy w dzieciństwie, przez który dziewczynka zapadła w niekończącą się śpiączkę.
I choć wiedzieli, że na ich przyjaźń niektórzy patrzą krzywo, żaden z nich nie przypuszczał, że może doprowadzić do początku końca świata.
– Już czas – powiedział strażnik.
Eztli drgnął i powoli odłożył pióro. Atrament na papierze nawet nie zdążył wyschnąć. Mężczyzna pustym wzrokiem spojrzał na swoje pismo.
Testament.
Eztli miał prosty plan: upewnić się, że Toltecatl nie zostanie w czasie ceremonii na cześć Huītzilōpōchtlego zastrzelony przez przypadkowego Europejczyka próbującego obalić rządy imperium. Ponieważ jego przyjaciel nie chciał zrezygnować z funkcji kapłana, uznał, że w takim razie skontaktuje się z wyzwoleńcami – nielegalną grupą rewolucjonistów dążących do odzyskania suwerenności ich ojczyzny – i przeprowadzi zakulisowe negocjacje. W końcu pieniądze potrafią załatwić wszystko…
Jakiś czas później, porwany przez własnego inżyniera, Hughesa, przykuty łańcuchem do łóżka i znarkotyzowany za pomocą opium przez dawnego pracownika swojego ojca, przestał mieć co do tego pewność. W tym samym czasie Toltecatl lawirował pomiędzy próbą odnalezienia przyjaciela a problemami w świątyni. Ta zaczęła przypominać strącony ul po tym, jak kapłan, który przybył ze stolicy, uznał, że żadna z czekających na śmierć ofiar nie zaspokoi pragnienia boga słońca. Ślęcząc nad podręcznikami, Tecciztecatl desperacko liczył na to, że Święta Policja uratuje Eztlego. W końcu jej możliwości wydawały się nieograniczone, a funkcjonariusze nieskrępowani żadnymi zewnętrznymi wpływami. To, że stoją po przeciwnej stronie barykady niż on, miał odkryć później.
– Czemu on? – spytał w końcu Toltecatl bezradnie.
– To jego żąda Huītzilōpōchtli.
– Ale dlaczego?
Itzcoatl nie odrywał od niego wzroku.
– Z twojego powodu – powiedział wprost.
Itzcoatl Tecuampil został wysłany do Rejonu Angielskiego z jasnym celem: zapobiec potencjalnej katastrofie. Z tego powodu musiał wytypować odpowiedniego kapłana, potomka jednego z dawnych kapłanów, i znaleźć ofiarę – osobę wystarczająco cenną dla człowieka, który trzyma rytualny nóż, by przelanie jej krwi przestało być pustym gestem.
Myślał, że poszło mu z tym całkiem sprawnie, gdy na skutym lodem ołtarzu znalazł się Eztli.
Nie przewidział tylko, że w tym samym czasie wyzwoleńcy zdecydują się wysadzić drugą ze świątyń pokaźną dawką dynamitu.
– Żadnej zagłady nie będzie, przynajmniej nie teraz – zapewnił kapłan swobodnym tonem, przesuwając wzrokiem po twarzach zebranych. – W końcu potrzebujemy tylko znaleźć i zabić jednego człowieka, a jak trudne może to być, gdy szuka go cały Londyn?
Eztli od zawsze pragnął zostać pionierem. Co prawda marzył raczej o otworzeniu pierwszej linii metra pod Londynem, a nie brawurowej ucieczce ze szczytu świątyni, ale życie zrewidowało jego priorytety. A po tym, jak zobaczył w dłoni Toltecatla obsydianowy nóż, zaczął kwestionować też, kto jest jego przyjacielem, a kto wrogiem. Nagle przypadkowo spotkany chłopak-dorożkarz stał się cennym sojusznikiem, a nieco podejrzany przedsiębiorca, Guatemoc, kluczem do przedostania się do Cesarstwa Chińskiego.
Życie Toltecatla również wywróciło się do góry nogami. Dawne zmartwienia, jak utrata rodzinnego domu, co prawda nie zniknęły, a nawet się spotęgowały, gdy lichwiarz zarządzający długami jego rodziny poinformował go o sprzedaniu ich tajemniczemu kupcowi – jednak te przyziemne problemy bladły przy konsekwencjach wydarzeń ze świątyni. Nagle musiał zmierzyć się z faktem, że jego przyjaciel jest poszukiwanym przestępcą, podejrzanym o konszachty z odpowiedzialnymi za krwawe zbrodnie wyzwoleńcami, wszyscy, łącznie z żoną Eztlego, oczekują od niego, że wytnie mu serce, Nenetl najwyraźniej go znienawidziła, a słońce… nie zatrzymało się pomimo nieudanego rytuału.
Eztli spojrzał na niego z rezygnacją, która zaskoczyła go bardziej od wcześniejszej furii.
– Może? – ni stwierdził, ni spytał. – W końcu liczą się tylko bogowie, prawda?
Toltecatl się przygarbił. Ból w klatce piersiowej przybrał na sile.
– Powinni – wyszeptał.
Guatemoc uznał, że wykorzysta trudne położenie Eztlego, by umieścić szpiega w szeregach wyzwoleńców, a de Garlande na to przystał – nawet jeśli oznaczało to, że musi odnaleźć i przekonać do siebie tych samych ludzi, którzy chwilę wcześniej go więzili. Choć udało mu się całkiem szybko trafić na ich trop, popełnił też poważny błąd – kierowany lękiem o swoją rodzinę zaczął działać nieostrożnie i w rezultacie pojawił się na progu domu jednego z wyzwoleńców równocześnie ze Świętą Policją i wojskiem. Na szczęście miał najlepszego zakładnika – samego siebie.
Dzięki temu po raz pierwszy od dawna Eztli i Toltecatl mogli ze sobą porozmawiać.
– A Eztli… de Garlande?
– Pozwoliłeś mu odejść – powiedział Itzcoatl, stając w drzwiach.
Wojsko ostatecznie przejęło posiadłość Ocotlana, ale Eztli zdołał uciec z niej wraz z częścią wyzwoleńców. Toltecatl tymczasem pozostał, by zmierzyć się z konsekwencjami decyzji – zarówno swoich, jak i przyjaciela.
Ludzi zamieszanych w strzelaninę pojmano, podobnie jak młodocianego dorożkarza, który pomagał Eztlemu, oraz jego rodzeństwo, a kulawe tłumaczenia Teccizecatla nie zdały się na nic. Itzcoatl nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń – zdecydował się w pełni uświadomić Tecciztecatla, o co toczy się stawka.
Ojciec Toltecatla siedział w fotelu przed kominkiem.
De Garlande zatrzymał się w pół kroku i po prostu patrzył na niego. Mazatl zlustrował go wzrokiem, nie wstając.
– Dobrze widzieć cię całego – powiedział.
Eztli nadal się nie ruszał. Miał wrażenie, że spada.
W tym samym czasie, gdy Itzcoatl prowadził Toltecatla w podziemia świątyni, Eztli próbował pogodzić się z faktem, że ojciec Teccizecatla – mężczyzna, którym gardził przez większość życia, uważając go za zwykłego hazardzistę – okazał się przywódcą grupy wyzwoleńczej.
O tym, że pod Londynem uwięziony został bóg, dowiedzieli się niemal równocześnie.
Musimy odkryć, czemu nie pozwolił ci przejąć kontroli, stwierdził .
A mimo tego Toltecatl się nie ruszał. Jego serce biło miarowo, spokojnie, oczy miał suche. Patrzył za okno, na świat tak boleśnie przepełniony światłem i życiem.
– Rzecz w tym – powtórzył – że słońce się spóźnia.
Oto reszta ich historii.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Wszystkie cytaty w streszczeniu pochodzą z powieści: Siemsia-Pindur Ż., Imperium Kolibra, Spisek Pisarzy, Irządze 2024.PROLOG
…mieliśmy zniknąć.
My, ludzie Tenochtitlan, ludzie doliny, potomkowie tych, którzy wyruszyli z Siedmiu Jaskiń, wojownicy zapowiedziani przez Chimalxochtili, nim pochłonęły ją płomienie, mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, te, które biegają, pełzają lub leżą w kołyskach bezbronne, my wszyscy.
Wiedział, że to stary tekst. Spisano go na pergaminie – nie papierze – pomarszczonym i spękanym przez upływ czasu. Tusz wyblakł, niektóre litery całkiem się rozmazały. Plama wilgoci zniszczyła część słów, na zawsze zabierając ze sobą fragment historii.
Wraz z nami mieli zniknąć nasi sojusznicy i nasi wrogowie, ich ciała pożarte przez zarazę, gnijące w domach i na drogach, na brzegu jeziora, na słońcu i w cieniu wielkich drzew, rozrywane przez ptaki o dziobach jak krzemienne ostrza, falujące od mrówek obierających mięso z kości. Ich los, nasz los – był jeden.
Zdania zapisano w nahuatl, dziwną mieszaniną europejskiego alfabetu i dawnych znaków; tylko części z nich nadal uczono w szkołach. Inne równie dobrze mogłyby być piktogramami z Cesarstwa Chińskiego, tak obce się wydawały. Być może Tecuampil albo inny kapłan ze Starego Kontynentu mógłby je odcyfrować, ale bez pomocy uczonego całe fragmenty historii pozostawały dla czytającego niejasne. Skupił się więc na tym, co zostało zanotowane fonetycznie, przesuwając palcami wzdłuż nierównych linii tekstu, wyglądających, jakby napisała je słaba, drżąca dłoń.
Moja siostra umarła. Mój brat, z którym dzieliłem ojca, umarł. Jego dzieci przed nim, jak mi się zdaje, bo ciała ich były obmyte i złożone pod ścianą. Nie znalazłem jego żony – choć długo wołałem z progu, nie przyszła do mnie. Nie znam jej losu.
W pomieszczeniu było lodowato, szron obrastał ceglane ściany, powietrze kłuło w płuca. Mężczyzna powinien skupić się na rozpaleniu ognia, ale nie potrafił oderwać wzroku od pergaminu.
Pamiętam śpiewy pełne radości, gdy wygnaliśmy obcych z ulic miasta – teraz Tenochtitlan milczało. Gdy szliśmy, słyszałem tylko nasze kroki i brzęczenie much.
Cisza dzwoniła w uszach, dźwięk oddechu brzmiał jak dudnienie mechanicznych tłoków.
Chodźmy do Teotihuacan, powiedziała do mnie Matlalcihuatl, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Stańmy na szczycie świątyni i zawołajmy bogów. Niech będą świadkami naszego końca.
– Nie idź tam – wyszeptał, kurczowo zaciskając palce na pergaminie. Stara skóra zaskrzypiała cicho. Popiół, którym była przybrudzona, splamił jego dłonie.
Wyruszyliśmy w pięcioro, a troje dołączyło do nas wkrótce, jeden z miasta i dwóch z wioski nieopodal. Łączyło nas niewiele, tyle tylko, że nie zabrała nas zaraza – i że zabrała nam wszystko.
– Nie idź tam – powtórzył.
Pomyślałem, stoję na świątyni wzniesionej, nim wzniosło się słońce, stoję na świątyni starszej niż księżyc, stoję na świątyni, na której spłonął jaguar i orzeł, stoję na resztkach świata sprzed naszego świata, stoję tam, gdzie stali oni. Pomyślałem, bogowie, jeśli mnie słyszycie, jakże ja was nienawidzę.
Palce natrafiły na krawędź plamy wyżartej przez wilgoć i pleśń. Czytający zaczął skrobać pergamin gwałtownie, w absurdalnej nadziei, że odsłoni to, co zostało stracone, ale skóra tylko kruszyła się pod jego paznokciami. Pochylił się mocniej nad tekstem, zmrużył oczy i z trudem wyłapał ślady paru słów, które nie uległy całkowitemu zniszczeniu.
słyszysz?
zeszliśmy w mrok
prowadziła
tak zimno
słyszałem
I wreszcie, na samym dole pergaminu, tuż przed miejscem, gdzie cały fragment został oderwany, znajdowało się ostatnie z nich, wyrżnięte tak mocno, że miejscami stalówka przebiła skórę na wylot:
odpowiedzieliRozdział 2
w którym ogień pożera mrok
Nie mieli ze sobą łopat ani kilofów, a ziemia była zbyt zmarznięta, aby rozkopać ją rękoma, więc za grób posłużył płytki wykrot pod korzeniami przewalonego dębu.
Niewiele mówili, żeby nie krzyczeć ponad wiatrem, który doskwierał nawet w głębi lasu. Zresztą, nie było też wiele, co mogliby powiedzieć.
Hughes i Bury zajęli się zmarłym, a John pilnował konia przy rzece. Oliver snuł się wokół, otępiały. W teorii miał stać na czatach, ale tak naprawdę odesłali go, aby nie przeszkadzał. Jego ojciec co jakiś czas rzucał w stronę syna pochmurne spojrzenia.
Eztli stał przy drzewie, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach kurtki, w milczeniu obserwując pochówek. Czuł się nie na miejscu, jak obcy, który przypadkiem zawędrował na cmentarz i został uznany za żałobnika.
Bury odwinął drut z rąk i nóg mężczyzny, a później zaczął go rozbierać z munduru, walcząc z tężejącymi szybko kończynami. Zdjął mu też buty i wszystko, łącznie z pasem z pustą kaburą od pistoletu, a następnie zwinął w jeden tobołek. W tym samym czasie Hughes upewnił się, że nie zostawili niczego, co mogłoby sugerować, że zmarły był żołnierzem – to, jak sprawnie zajmował się zwłokami, niepokoiło de Garlande’a. Boleśnie uświadamiało mu, jak niewiele wiedział o swoim byłym pracowniku.
Wreszcie wyzwoleńcy wepchnęli zwłoki pod splątane korzenie. Inżynier przez chwilę klęczał jeszcze nad wykrotem, a gdy się odsunął, Eztli zobaczył, że trup ma dłonie skrzyżowane na zakrwawionej piersi i zamknięte oczy.
Wilki rozszarpią go jeszcze tej nocy, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno.
Bury podszedł do Olivera i popchnął go bliżej powalonego drzewa.
W milczeniu stanęli w okręgu, ledwo widząc się nawzajem.
Syn Hughesa ciągle drżał, obejmując się ramionami. Eztli nie widział dobrze jego twarzy, ukrytej za grubą wełnianą chustą, którą nosił zamiast szalika, ale domyślał się, że płacze. Ojciec położył dłoń na jego ramieniu i ścisnął je lekko, ale nie powiedział niczego. Bury też milczał. Obaj zdawali się równie zamyśleni.
Może wspominali zmarłego. Może snuli w głowach plan zemsty. Ich spokój wydawał się Eztlemu upiorny, nieludzki. Mimo woli zaczął się zastanawiać, ile osób pożegnali w ten sposób przez ostatnie lata. Gazety chętnie donosiły o kolejnych sukcesach w walce z wyzwoleńcami, ale o ilu śmierciach nie wiedziały lub nie mogły pisać, de Garlande nawet nie próbował zgadywać.
Zacisnął jedną dłoń na palcach drugiej – ból z paznokcia, który dopiero zaczął odrastać, nagle wydawał się niemal przyjemny. Jak dowód, że on nadal żyje.
Wreszcie Bury drgnął i wykonał dziwny gest. Najpierw dotknął dłonią czoła, później swojej piersi, a następnie obu ramion. Dla reszty najwyraźniej był to znak, że czas odejść. Powtórzyli go szybko, a następnie Hughes pociągnął syna w stronę rzeki. Bury schylił się i podniósł rzeczy zmarłego. Skinął Eztlemu głową, by też się pospieszył.
Ten ostatni raz spojrzał na prowizoryczny grób, a później powlókł się za resztą, czując, jak niewidzialny ciężar przygniata mu ramiona. Miał wrażenie, że śmierć podąża za nim niestrudzenie jak ogar na polowaniu – a za każdym razem, gdy się jej wyślizguje, ginie ktoś inny.
John stał przy saniach na zakolu rzeki, pod skałą, która dawała lichą osłonę przed wichurą. Dłoń trzymał na broni, ale rozluźnił się, gdy tylko zobaczył, że to oni.
– Gdzie teraz? – spytał, gdy się zbliżyli.
Bury wrzucił mundur na sanie i przykrył go jutową płachtą, a następnie przejął od mężczyzny lejce. Milczał przez moment, unosząc twarz w stronę zasnutego chmurami nieba.
– Rozdzielimy się. Dwie osoby wrócą z wiadomością do Mazatla, a reszta weźmie konia i przyczai się w domu Emmy, aż śnieżyca ucichnie…
– Ja wracam do Londynu. – Eztli nawet nie czekał, aż dokończy rozkaz.
Wyzwoleniec się skrzywił.
– Płuca sobie wyplujesz po drodze – zauważył. – A my nie możemy pozwolić sobie na kolejny pogrzeb.
– Niech idzie – wtrącił się Hughes.
Obaj spojrzeli na niego zaskoczeni. Inżynier też wpatrywał się w niebo. Jego głos był nieobecny.
– Nie wiemy, ile dni potrwa ta zamieć, a Mazatl w każdej chwili może go potrzebować. – Hughes przeniósł wzrok na Burego. – Mnie też zresztą. Daj mi list.
Oliver jakby się ocknął z marazmu i zrobił krok w stronę ojca.
– Też pójdę…
– Nie. – Inżynier nawet nie spojrzał w jego stronę. Wzroku nie spuszczał z Burego.
Eztli milczał, czekając na rozwój sytuacji. Atmosfera pomiędzy wyzwoleńcami gęstniała z każdą mijającą sekundą.
John odkaszlnął i splunął na lód.
– Jeśli chcecie, to wszyscy się wleczcie do Londynu, ale ja wracam do Emmy, bo jaja zaraz mi zamarzną – warknął. – A poza tym ktoś musi jej powiedzieć, że jej brat nie żyje.
Te słowa podziałały na resztę jak kubeł zimnej wody. Oliver skulił ramiona i wcisnął dłonie w rękawiczkach pod pachy, a Hughes odwrócił wzrok. Bury westchnął i wysunął z kieszeni kartkę, którą znaleźli przy zwłokach.
– Mam nadzieję, że dobrze znasz drogę, Robert – powiedział, podając ją Hughesowi. Ten tylko skinął głową.
Eztli wychylił się zza skały i drgnął, gdy świeży podmuch wiatru uderzył go prosto w twarz. Przez chwilę się zastanawiał, czy podjął dobrą decyzję, ale ostatecznie tylko zaklął pod nosem. Nie mógł czekać, aż niebo się przejaśni.
Wielka papuga o błękitnych piórach uwiesiła się dziobem na żelaznej kracie. Nieprzyjemny, metaliczny odgłos rozpłynął się po salonie, a zaraz później dołączyły do niego jej skrzeki. Była głośna i niespokojna. Jej paciorkowate oczy omiatały pomieszczenie, co chwila próbowała też rozpostrzeć skrzydła, choć nie miała na to miejsca. Jej ruchy kołysały masywną, podwieszoną pod sufitem klatką tak mocno, że wyglądało to, jakby hak zaraz miał wysunąć się z tynku, a całość uderzyć o dywan leżący poniżej.
Toltecatl głębiej osunął się w fotelu, pustym wzrokiem wpatrując się w ogień pożerający kolejne polana.
Większość pomieszczenia tonęła w cieniach, ale wątły krąg światła wokół kominka odsłaniał bogate meble i dekoracje, soczyste kolory tkanych w geometryczne wzory pledów, kunszt jadeitowych posążków i delikatnej porcelany filiżanek ustawionych na niskim stole z marmurowym blatem.
Było jednak w tym miejscu coś dziwnego, nienaturalnego, co sprawiało, że z każdą mijającą minutą oczekiwania Teccizecatl czuł się coraz bardziej niekomfortowo. Jego oczy wyławiały z półmroku kolejne szczegóły, które były prawie właściwe, a jednak sprawiały, że cierpła mu skóra.
Figurki zwierząt i bogów nie stały na półkach jako ozdoby, ale leżały na stole i podłodze niczym zabawki porzucone przez znudzone dziecko. Obraz zawieszony nad gzymsem przedstawiał statek Corteza, ten sam, który został uwieczniony na malunku znajdującym się w gabinecie ojca Toltecatla, ale ktoś nieumiejętnie dorysował na jego pokładzie koślawych ludzi otoczonych przez kolorowe, bezkształtne gryzmoły. Na komodzie przy drzwiach stała wypchana druga papuga, ustawiona w ten sposób, by patrzeć na klatkę żywej.
Nie miała lewego skrzydła.
Pod oknami domu przejechał kolejny powóz, głośne rżenie koni na chwilę przebiło się ponad wyciem wiatru i Toltecatl drgnął, jakby wybudzony ze snu.
Westchnął, potarł napięte, zdrętwiałe ramię i pochylił się, żeby dolać sobie zimnej herbaty.
Drzwi do salonu się otworzyły, wywołując kolejną lawinę skrzeknięć i odgłosów, które brzmiały niemal jak nahuatl.
Teccizecatl podniósł się, wstał i omiótł spojrzeniem Itzcoatla.
– Czy macie już dla mnie czas, kapłanie? – spytał, nie pozwalając irytacji wkraść się do jego głosu.
Z jednej strony odniósł wrażenie, że Itzcoatl kazał mu czekać tak długo, aby go ukarać – znowu – z drugiej jednak coś w jego zamyślonym wyrazie twarzy go zaniepokoiło.
– Powiedzmy.
Itzcoatl podszedł do kominka i zapadł się w drugim fotelu, a następnie położył nogi na brzegu stolika, strącając z niego figurkę orła. Upadła cicho na dywan.
Toltecatl odczekał chwilę, a gdy kapłan nie rozpoczął rozmowy, westchnął.
– Czułem go dzisiaj – powiedział cicho, pamiętając, że za drzwiami stoją strażnicy. – Tak blisko, jakbym znowu znalazł się w świątyni. – Zamilkł na chwilę, bo kolejne słowa nie chciały przejść mu przez gardło. Wspomnienie momentalnie odżyło, jakby tylko czekało na okazję. Ból w piersi. Chłód wody. Dłonie zaczęły mu drżeć. – Nie mogłem się poruszyć – wyszeptał. – Czy to… Czy to normalne?
Itzcoatl spojrzał na niego, ale trudno było ocenić, co myśli o tych słowach. W końcu wzruszył ramionami.
– Nie wiem – stwierdził powoli. – Ja byłem noworodkiem, gdy pojawiło się połączenie pomiędzy mną a Tlalockiem. Przyzwyczaiłem się do niego, zanim zacząłem mówić. Nalej mi herbaty.
Toltecatl zamrugał.
– Jest zimna.
– Niech będzie. W szafce pod papugą znajdziesz rum.
Itzcoatl odwrócił od niego wzrok, jakby stracił zainteresowanie, więc Toltecatl stłumił westchnięcie i poszedł po alkohol. Ogień zamigotał w rzędzie butelek, gdy otworzył szafkę. Większość z nich była napoczęta i odstawiona po paru łykach.
Wyłowił tę z rumem i wyprostował się, mimowolnie zerkając na papugę.
Wygląda identycznie jak ta w klatce, uświadomił sobie. Ten błękit.
Kolejny dreszcz przeszedł mu po plecach, ale go zignorował. Wrócił do Itzcoatla, zaprawił mu herbatę i podsunął filiżankę.
Nie spodziewał się podziękowań i ich nie otrzymał.
Usiadł więc znowu w swoim fotelu i po prostu czekał.
– Ale to nigdy nie zniknie – powiedział w końcu kapłan. Sięgnął po herbatę, lecz nie uniósł napoju do ust. Wbijał wzrok w ogień. – To połączenie. Choćbyś się upił, naćpał opium, uciekł na inny kontynent. On zawsze tam będzie. W ciemności za twoimi powiekami.
Toltecatl się skrzywił.
– Nie czułem tego wcześniej.
Zabrzmiało to jak wyrzut, choć tego nie planował. Odkaszlnął, zmieszany.
– Znaczy, przez chwilę na świątyni, jako dziecko, ale nigdy później. Nawet gdy chodziłem do administracji. Gdy… gdy miałem poświęcić Eztlego. Dopiero teraz. Co to…?
– Nie wiem. – Głos Itzcoatla stał się ostry jak uderzenie batem.
– Idą. Idą. Idą – zaskrzeczała papuga i tym razem Toltecatl zrozumiał jej kulawy nahuatl. – Zły, zły chłopiec.
– Ty też się zamknij – mruknął Itzcoatl i wypił herbatę duszkiem. Odłożył filiżankę z brzękiem na stół i wbił w Toltecatla spojrzenie. – Nikt nie wie. To nie tak, że istnieją instrukcje postępowania z bogami. – Obnażył zęby aż do warg, na nieludzki, psi sposób. – Spłonęły w pożarze wywołanym przez pierdolniętego dziadka imperatora.
Toltecatl spojrzał na niego, skonfundowany.
– Przecież książki, podręczniki… – zaczął.
Na ustach Itzcoatla zamajaczył kpiący uśmiech.
– Bardzo nam pomogły jak na razie, prawda?
Znowu spojrzał w ogień.
– Były dzienniki – powiedział cicho. – Kiedyś. Pilnowane pod ścisłą strażą. Tylko paru najwyższych kapłanów miało do nich dostęp. I ci, którzy zostali wybrani przez bogów, oczywiście. Zresztą, zwykle to oznaczało jedno i to samo. Prawdziwe teksty zapisane przez ludzi, którzy ujarzmili bogów. Wszystko przepadło w pożarze stolicy sto lat temu. I książki, i ci, którzy znali ich treść.
Toltecatl powoli trawił te informacje.
– I nikt nie wykonał kopii?
– Oczywiście, że nie. Wyobrażasz sobie, co by zrobili nasi wrogowie, gdyby dotarli do tych informacji? – Kapłan wzniósł oczy ku sufitowi. – Czasami w rodzinach krążą legendy, są jakieś listy ze skrawkami wiadomości… ale ani w mojej, ani w twojej linii krwi niczego nie mogliśmy znaleźć… Niektóre rzeczy można było odtworzyć na podstawie instrukcji, jakie otrzymały świątynie, w których przetrzymywani są bogowie. Jak rozpoznać powiązanie. Jak postępować z osobami, które się połączyły. Stare prawa. Ale nie ma w tym nic o tym, dlaczego oni zachowują się tak lub inaczej. To możemy tylko zgadywać. – Opuścił nogi na dywan i pochylił się, łapiąc za butelkę rumu. Nalał sobie go bezpośrednio do filiżanki po herbacie i znów usiadł wygodniej. – Ci durnie ze świątynnej administracji tego nie rozumieją, a politycy jeszcze mniej. Dzisiaj pytali mnie, czy skoro ofiara musi być ci bliska, nie możesz w zastępstwie Eztlego poświęcić swojej siostry. A skąd ja mam to wiedzieć? Nie mamy nigdzie instrukcji, co robić, gdy bóg nie otrzyma ofiary, którą sobie upatrzył.
– …którą? Nenetl?
Toltecatl poczuł, że spada. Siedział nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi w pięści tak mocno, że paznokcie przebijały się przez jego skórę, ale nie czuł bólu. Patrzył na Itzcoatla, który był zbyt zatopiony we własnych myślach, by zauważyć choćby, że ton głosu rozmówcy się zmienił.
– Przecież nie tę wybrakowaną – odpowiedział kapłan z przekąsem. – Ale to za duże ryzyko. Gdyby Huītzilōpōchtli zamiast ją przyjąć, zdecydował się z nią związać, nasze kłopoty wzrosłyby dwukrotnie. Dziewczyna jest w paskudnym wieku.
Krew huczała w uszach Toltecatla.
– Proponowali zabicie Nenetl?
– To właśnie powiedziałem. Głupcy – stwierdził Itzcoatl z pogardliwym prychnięciem. – Musimy uśpić boga, a nie podsuwać mu dodatkowe źródło pragnień…
– Ja pieprzę, Itzcoatl. Kto ci proponował zabicie mojej siostry?
Wstał gwałtownie, mając gdzieś, że przysiągł sobie nie denerwować bardziej tego człowieka.
Itzcoatl uniósł na niego wzrok.
– Siadaj.
– Kto?
– Montezuma. I siadaj. Straszysz mi papugę.
– Zły, zły, zły – zaskrzeczało ptaszysko, obijając skrzydłami o pręty klatki.
Toltecatl nie usiadł. Wpatrywał się w kapłana wściekły i przerażony równocześnie. Ramiona mu drżały, źrenice miał rozszerzone.
– I powiedziałeś mu, że tego nie zrobimy? – upewnił się. Serce tłukło się w jego piersi jak oszalałe. Miał wrażenie, że z każdą mijającą chwilą w pokoju robi się odrobinę zimniej.
– Powiedziałem, że to równie dobrze mogłoby opóźnić, co przyspieszyć koniec świata. – Twarz Itzcoatla znowu wyglądała jak obojętna maska. Wypił haust rumu i sam się podniósł. – Gdybyśmy mieli więcej czasu… gdybyśmy wiedzieli więcej, może odważyłbym się na ryzyko. Albo gdyby twój oj…
Toltecatl nie pozwolił mu dokończyć zdania. Złapał za przód kaftana przełożonego i szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Trącona przy okazji butelka przewróciła się z brzdęknięciem i resztka alkoholu polała się po blacie.
– To moja siostra – wycedził, patrząc wprost w zimne, wężowe oczy kapłana.
Kałuża rumu zaczęła pokrywać się cienką warstewką lodu.
– I za jakieś cztery tygodnie umrze razem z nami wszystkimi – odpowiedział Itzcoatl głosem wyzutym z jakichkolwiek emocji. – Przed chwilą odebrałem raport z Greenwich.
Nad paleniskiem unosił się kłąb gęstego, ciemnego dymu, ale w nocy i tak nikt nie zdołałby go wypatrzeć. Eztli przyklęknął na jedno kolano i wrzucił do tlącego się ognia kolejną wilgotną gałąź, a następnie przysunął nieco bliżej płomieni żelazny garnek, w którym topili śnieg.
Był spragniony, zmęczony i niespokojny.
Hughes parę kroków dalej rozkładał koce, które wygrzebał ze skrzyni stojącej pod ścianą, aby przygotować im posłania. W czasie drogi właściwie nie rozmawiali, oszczędzając siły, a gdy dotarli do leśnej kryjówki – tuż przed zmierzchem – było tak wiele drobnych zadań do wykonania, że Eztli nie miał nawet czasu o nic zapytać. Ale teraz, gdy w końcu mogli odpocząć, zaczynały kąsać go myśli równie dotkliwe jak mróz skuwający świat po drugiej stronie lichych kamiennych murów chaty.
Czy doszło już do egzekucji…?
Informacja o tym, że ludzie, którzy go ocalili, zostali skazani na śmierć, krążyła po Londynie od paru dni. Mazatl uznał, że policja próbuje sprowokować ich do próby odbicia więźniów, i kazał wszystkim trzymać się daleko od dworca. Eztli rozumiał jego argumenty, ale…
To wyzwoleńcy, upomniał się, śledząc wzrokiem iskry wolno wirujące ponad płomieniami. Zbrodniarze. I tak mieli krew na rękach.
Przed oczami stanął mu Darrell, przygarbiony, przestraszony, z policzkiem wciąż zaczerwienionym po ciosie, który mu wymierzył.
– On uciekł – wyszeptał sam do siebie. – Musiał.
Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogło być inaczej.
– Mówiliście coś, sir? – Hughes podszedł bliżej i usiadł na koślawym zydlu. Podniósł z podłogi żelazny kubek i zanurzył go w wodzie ze stopionego śniegu.
De Garlande się wzdrygnął.
– Nie, nic ważnego – wymamrotał. – I nie musisz zwracać się do mnie sir – dodał po chwili. – W tych okolicznościach to trochę… Sam rozumiesz.
Wyzwoleniec pokiwał głową.
– Trudno pozbyć się starych nawyków.
Napił się i podał Eztlemu kubek. W chacie niemal nie było mebli, a wszystkie drobniejsze sprzęty wyglądały na stare i podniszczone – na osobie, która trafiłaby tu przypadkiem, miejsce miało wywierać wrażenie dawno opuszczonego. De Garlande spojrzał na naczynie – jeszcze nie tak dawno brzydziłby się go dotknąć. Teraz po prostu przytknął je do ust.
Woda miała inny smak niż ten, do którego przywykł. Pomiędzy zębami zawieruszyła mu się sosnowa igła, więc przechylił się i wypluł ją na klepisko.
Hughes wyciągnął dłonie do ognia, żeby je ogrzać. Jego wyraz twarzy był nieobecny, odległy.
W końcu to de Garlande zdecydował się przerwać ciszę:
– Dobrze znaliście… Jak miał na imię ten, który zginął?
– Adam. – Hughes z trudem oderwał wzrok od ognia. Wydawał się starzeć z każdym dniem o lata. – Adam Brook.
– Chyba nigdy o nim nie słyszałem.
– Nie pracował u was. – Głos Hughesa zadrżał trochę. – Dobry człowiek.
Na to Eztli nie znalazł odpowiedzi. Znów siedzieli przez chwilę w milczeniu, wsłuchani w wycie wichru i trzask płonącego drewna. Śnieg stopił się do końca w garnku, ale i tak nie mieli w nim co ugotować – w pośpiechu zostawili prowiant na saniach. De Garlande zresztą nie był pewien, czy dałby radę cokolwiek przełknąć tej nocy.
– Anvil… – wyszeptał. – Słyszałem już to nazwisko. Funkcjonariusze, którzy mnie przesłuchiwali, pytali o niego…
Urwał, gdy sobie przypomniał, że w czasie tego przesłuchania wydał Hughesa. Zerknął na inżyniera, ale Robert nie patrzył w jego stronę – nie miał więc jak zauważyć nagłego napięcia na twarzy dawnego pracodawcy.
– To wyzwoleniec – mruknął Hughes. – I gnój.
– Należy do innej grupy…?
– Przewodzi im.
Inżynier włożył dłoń do kieszeni kurtki, jakby upewniał się, że list do Mazatla nadal się w niej znajduje. W końcu spojrzał na Eztlego.
– Widziałeś go dzisiaj.
De Garlande drgnął, zaskoczony.
– W pociągu? – upewnił się. – Nie ma ludzi, których mógłby wysłać na taką akcję?
– Ha, więcej stoi za nim niż za nami. Ale chełpi się tym, że nie boi się samemu iść na front. To przyciąga dzieciaki. – We wzroku inżyniera pojawił się błysk dziwnej złości. Mężczyzna pochylił się i splunął do ogniska. Ślina zaskwierczała na żarze. – Nawet mój syn… Choć może dzisiaj mu wystarczy, żeby przestał widzieć w nim bohatera.
Eztli pokiwał głową z pochmurną miną.
– Nie wiedziałem, że walczycie między sobą. Grupy wyzwoleńcze.
– Bo nie walczymy, niby. – Hughes westchnął. – A przynajmniej tak było. My robiliśmy swoje, oni swoje. – Znowu dotknął listu ukrytego w kurtce. Eztlego kusiło, żeby spytać, czy może go przeczytać, jednak obawiał się naciskać zbyt mocno. – Ale to ludzie, którzy wierzą, że albo jesteś z nimi, albo przeciwko nim.
De Garlande się zawahał.
– I teraz chcą zmusić was, żebyście do nich dołączyli? – strzelił w ciemno.
Twarz Hughesa ściągnięta była zmartwieniem. Kościste palce zaciskał na nogawkach spodni.
– A szlag ich tam wie, sir. Może chcieli tylko pokazać, że mają wśród nas szpiega, żebyśmy sobie zaczęli skakać do oczu. A może wiedzą, że krucho u nas z amunicją… – Urwał.
Eztli uśmiechnął się blado.
– Domyśliłem się, że nie okradalibyśmy wojska, jakby był inny wybór – wymamrotał. – I naprawdę odpuść sobie to sir. Teraz jedziemy na jednym wozie.
Oby niezbyt długo, pomyślał.
– Ehe, nawyk straszny. Wasz ojciec też zawsze powtarzał, żebym mu po imieniu mówił, ale… – Inżynier westchnął, a jego wzrok zmętniał. – Też dobry człowiek z niego był. Śmierć zawsze najlepszych zabiera.
Te słowa wzięły Eztlego z zaskoczenia. Zamarł, czując nieprzyjemny uścisk w gardle. Twarz Louisa stanęła mu przed oczami jak żywa.
– T-tak – udało mu się w końcu wykrztusić. – Ale wracając do Anvila i reszty… – desperacko nie chciał rozmawiać o swoim ojcu – …skąd oni biorą broń? Może dałoby się ugadać z ich dostawcą.
Inżynier parsknął śmiechem pozbawionym grama wesołości.
– Chińczycy ich uzbrajają.
– Merde.
De Garlande poczuł, jak powódź myśli w jednym momencie zalewa jego umysł. Wśród nich jedna wybijała się ponad wszelkie inne: mogliby nam pomóc dostać się do Cesarstwa Chińskiego.
– Hughes, to czemu, do licha, z nimi nie współpracujecie? – usłyszał własny głos, ale jakby docierający z oddali. W uszach szumiała mu krew, serce tłukło się gwałtownie w klatce piersiowej. – Jeśli mają ich po swojej stronie…
Robert spojrzał na niego poważnie.
– Bo my chcemy obalić rządy Azteków, a oni ich wszystkich wymordować.