Slow life według ojca Leona - ebook
Slow life według ojca Leona - ebook
A gdyby tak zaszyć się gdzieś w ciszy, oczyścić umysł, pobyć chwilę offline? Tysiącletnie mury tynieckiego klasztoru to idealne miejsce na duchowe spa. Blisko natury, z dala od medialnego zgiełku, można wypić kawę z najbardziej wyluzowanym polskim mnichem. I porozmawiać o tym, co się naprawdę liczy.
Cezik zdradza, co myśli o internetowym hejcie i co chciałby wpoić swojemu synowi… Leonowi.
Aśka Kołaczkowska opowiada o różnych stronach kobiecości i o tym, jak ważny jest uścisk ręki.
Marcin Prokop ujawnia swoją receptę na to, jak w życiu nie przegiąć…
Z ojcem Leonem łączy ich jedno: w tym szalonym świecie nie dali się zwariować.
Ojciec Leon Knabit odkrył slow life, zanim to było modne. Nikomu nie śniła się jeszcze fascynacja minimalizmem, treningami uważności czy zdrowym żywieniem, gdy on skutecznie praktykował już post, modlitwę i ascezę. Życie mnicha nie przeszkadza mu swobodnie odnajdywać się w świecie mediów: poprowadzić telewizyjny talk-show, wygrać konkurs na blog roku, a nawet zostać twarzą kampanii reklamowej.
| Kategoria: | Wiara i religia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-4584-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
MARCIN PROKOP: Skojarzył ojciec, że to ten duży, prawda? Ale lubię to w sobie. Przynajmniej nie muszę się starać, żeby zwracać na siebie uwagę. Na wycieczkach wszyscy się przy mnie umawiają. Jedziemy do Paryża – spotykamy się przy Prokopie.
O. LEON KNABIT: Cóż, kościół z jedną wieżą z daleka widoczny!
MARCIN PROKOP: Otóż to. Córka też się nie zgubi w centrum handlowym, kiedy idziemy na zakupy, bo zawsze tatę znajdzie. To ma dużo zalet.
O. LEON KNABIT: No proszę. Ty z telewizji, wielkiego świata, i ja, stary mnich, całe życie w zakonie, razem przy jednym stole.
MARCIN PROKOP: Dwie rzeczywistości, które wydają się całkiem różne, chociaż moim zdaniem mają zaskakująco dużo wspólnego.
O. LEON KNABIT: Gdybyśmy się tak mieli zamienić rolami, to mnie by było chyba łatwiej... Kiedy wpadłem w zakon, nie przypuszczałem, że będę „robił w mediach”. A pracuję na tej niwie od 1984 roku!
MARCIN PROKOP: No to ojciec ma większe doświadczenie w tej dziedzinie niż ja, chociaż zacząłem już jako dziewiętnastolatek.
O. LEON KNABIT: Jest jakiś cukier do tej kawki?
MARCIN PROKOP: Osładzamy sobie życie klasztorne, co?
O. LEON KNABIT: Nie wierzę w swoją naturalną słodycz.
MARCIN PROKOP: Ależ ona działa, że tak powiem, niezależnie od spożywanego pokarmu! Jest ojciec uroczym człowiekiem. Widziałem zresztą, jak reagują dziewczyny, które mijaliśmy na korytarzu. Poczułem nawet lekkie ukłucie zazdrości... Może jednak załatwię więcej ciasteczek?
O. LEON KNABIT: To tylko tak do kawki, żeby nam rozmowa raźniej szła. Ale powiedz, ile lat ma twoja córka?
MARCIN PROKOP: Dziesięć.
O. LEON KNABIT: Dumna z taty?
MARCIN PROKOP: Chyba bardziej ja z niej. Mnie – pana z telewizji – ona traktuje jako oczywistą oczywistość, bo takiego mnie zastała. A ja patrzę, jak ona dorasta, i widzę, że ma pewne cechy, które jej bardzo pomogą w życiu. Na przykład nie idzie za tłumem. To bardzo dobre w dzisiejszych czasach, kiedy dzieciaki funkcjonują pod mocną presją grupy, powtarzają wszystko, co robią inni, nie chcą odstawać. Ona ma to gdzieś, nie musi się wszystkim podobać.
O. LEON KNABIT: Indywidualistka. A w stosunku do rodziców też jest taka? Bo to bywa czasem kłopotliwe.
MARCIN PROKOP: Nie próbujemy robić tego, co robią niektórzy rodzice: nie projektujemy na nią jakichś swoich oczekiwań, nie programujemy, jaka ma być, jakie powinna mieć plany życiowe albo zainteresowania. Raczej obserwujemy swobodnie rozwijającą się roślinkę i staramy się ją podlewać, tu i ówdzie lekko przycinać. Nie robimy na niej eksperymentów w terrarium.
O. LEON KNABIT: Znam taką sytuację: syn pana profesora uniwersytetu raptem ogłasza, że chciałby skończyć zasadniczą szkołę i otworzyć warsztat samochodowy. To go pasjonuje, widzi się w tym, zarobki też są niezłe. Tata w rozpaczy: syn profesora mechanikiem samochodowym! Powinien być co najmniej dyplomatą, prawda? I nie ma znaczenia, że syn robi to z zapałem, dobrze, solidnie, i jeszcze go to cieszy...
MARCIN PROKOP: Moim zdaniem taka postawa to jest niszczenie człowieka. Dzieci nie są nasze, dostajemy je tylko „w leasing”. Nie możemy ich traktować jak swoją własność.
O. LEON KNABIT: To bardzo cenne, że twoja córka jest taka inna, że nie idzie ślepo za grupą. Dziś mnóstwo ludzi robi różne głupie rzeczy tylko dlatego, że inni tak robią. Kradną, bo wszyscy kradną, klną, bo przecież wszyscy klną… Tak że warto być troszkę odmieńcem.
Zarazem jednak obserwuję coś takiego jak ucieczka od grup, stowarzyszeń, lęk przed nimi. Niektórych ludzi bardzo odpycha świadomość, że mogliby przynależeć do jakiejś wspólnoty. Na przykład Kościół jako wspólnota wierzących wielu ludzi zniechęca.
Od czego to zależy? Do jakich grup się lgnie, a od jakich ucieka? Skąd z jednej strony takie bezmyślne nieraz podporządkowanie się grupie, a z drugiej taki brak ludzi, którzy chcieliby się zaangażować zespołowo? To ciekawy temat socjologiczny, nadałby się przynajmniej na magisterium.
MARCIN PROKOP: Ja wpisuję się w ten obraz, bo nie należę do żadnej organizacji, nie mam żadnej legitymacji, nie zapisałem się do żadnej partii, nie działam nawet w żadnym kółku cyklistów ani biegaczy... Wszystko, co ma zorganizowaną strukturę, zawsze jakoś mnie odpychało. Nawet w sportach drużynowych byłem kiepski, bo zawsze chciałem grać po swojemu.
O. LEON KNABIT: W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Zawsze będę wystawał” – jak to rozumieć? Skąd wystawał?
MARCIN PROKOP: Z tłumu. Tłum jest masą, którą łatwiej formatować niż jednostkę, często jest w swoich zachowaniach dość bezmyślny. Warto wspomnieć choćby eksperymenty Stanleya Milgrama, na przykład badanie w windzie. Podstawiony uczestnik jeździ ustawiony tyłem do drzwi, a więc w zupełnie nienaturalny, nieintuicyjny sposób. Kolejne osoby, które wchodzą do windy, na początku stają normalnie, ale widząc, że jeden z pasażerów uparcie stoi twarzą do ściany, zaczynają czuć się niekomfortowo i po chwili również ustawiają się w podobny sposób, następne osoby dołączające do windy tak samo. To obrazuje naszą tendencję do ślepego podążania za stadem, choćby nawet postępowało ono głupio i nieracjonalnie.
Dlatego staram się wyłamywać z wszelkich zbiorowości, myśleć za siebie, nawet jeśli oznacza to przyjęcie pozycji outsidera, ekscentryka, dziwaka. Zawsze uważałem, że moje cechy indywidualne, jakkolwiek by były czasami trudne w obsłudze, są moją bronią, atutem, a nie czymś, co powinienem dopasowywać do reszty ludzi. Tę samą cechę widzę w mojej córce: ona też celebruje swoją inność, jest z niej dumna i cieszy się nią, zamiast traktować jako swoją wadę.
O. LEON KNABIT: A na czym polega ta indywidualność córki?
MARCIN PROKOP: W wielu kwestiach jest podobna do mnie, ale różni się od rówieśników. To są proste rzeczy. Nie lubi, na przykład, filmów, które ogląda większość, nie ogląda głupich japońskich kreskówek, w których leje się krew i wszystko jest w konwencji jednego wielkiego teledysku, tylko woli klasyczne polskie filmy i seriale, jak Stawiam na Tolka Banana albo Wakacje z duchami. Albo poczyta, dajmy na to, Anię z Zielonego Wzgórza. Jest trochę „starą duszą”, tak bym to nazwał. Woli filmy czy książki, które mają po pięćdziesiąt lat, niż świeże produkcje, często bezwartościowe.
O. LEON KNABIT: Czyli umie wybierać. I nie poddaje się modzie.
MARCIN PROKOP: Druga sprawa dotyczy skupienia. Większość dzisiejszych dzieciaków jest hiperaktywna, rozedrgana.
O. LEON KNABIT: Biega, je i krzyczy.
MARCIN PROKOP: A moja córka potrafi się wyłączyć ze świata zewnętrznego i skoncentrować na jednej rzeczy – czy to będzie układanie puzzli, czy odrabianie matematyki.
Trzecia jej cecha, która mi się bardzo podoba, to brak lęku. Ona się generalnie nie boi. Na zewnątrz ma ekspresję osoby nieśmiałej, nie wyrywa się pierwsza do odpowiedzi, ale jeśli chodzi o sedno jej konstrukcji, to nawet w obliczu różnych trudnych, stresujących sytuacji, cudzych nerwów, zachowuje spokój. Jest bardzo koncyliacyjna, chce godzić wszystkich dookoła, jest takim klejem, który łączy ludzi. To nie jest typowe, bo dzieci, zgodnie z zasadą „dziel i rządź”, bywają nieraz małymi cesarzami: tworzą stronnictwa, napuszczają je na siebie nawzajem, nastawiają jednych przeciwko drugim.
O. LEON KNABIT: To może ona jest po prostu normalna? Tak normalna, że na tle współczesności nienormalna?
MARCIN PROKOP: Ja też wystawałem, byłem trochę inny niż grupa. Pierwsza sprawa, choć nie najważniejsza, to oczywiście wzrost. Starałem się go oswoić, wyciągnąć z niego maksimum dobrego: skoro i tak zawsze mnie było widać, to przyjmowałem tę właściwość z całą odpowiedzialnością i zostawałem na przykład klasowym rzecznikiem, błaznem, prowodyrem, tym, który skupiał uwagę. Kiedy szliśmy z klasą do muzeum, przygotowywałem się, żeby oprowadzić wycieczkę – bo wiadomo było, że ludzie będą się koncentrować wokół mnie.
Druga rzecz to mój stosunek do pracy. Świat medialny wydaje się jedną wielką imprezą, jednym wielkim korowodem, cyrkiem, zoo. I można myśleć, że ktoś w mediach pracujący jest częścią tego świata: nie tylko występuje w roli dziennikarza czy konferansjera, ale też musi brać udział w całym tym cyrku. Zjeść wszystkie przystawki razem z daniem głównym. A ja te przystawki odstawiam. Nie tykam ich. Jeśli uczestniczę w tym świecie, to na swoich warunkach. Nie uważam, że dobrze jest pić wódkę z „właściwymi” ludźmi, którzy tak naprawdę nic dla mnie nie znaczą, po to tylko, żeby załatwić z nimi jakieś swoje sprawy. Nie uprawiam takich inwestycji towarzyskich, nie potrafię ślizgać się po powierzchni przypadkowych relacji.
O. LEON KNABIT: Poznaj mnie z tym, poznaj mnie z tamtym... Tak sobie wyobrażam dążenia wielu ludzi z tego kręgu.
MARCIN PROKOP: Świat, w którym liczą się wypożyczone drogie ubrania, wypożyczone samochody, blichtr na kredyt – taki świat mnie śmieszy. Na przykład budowanie wizerunku. Co to w ogóle znaczy: budowanie wizerunku?
O. LEON KNABIT: Holendrzy kręcili kiedyś film o Tyńcu. Fajna ekipa zresztą, reżyserka młoda jeszcze, ale bardzo mądra, widać było, że się znają na tej robocie. Byłem przy tym, pomagałem, wypowiadałem się. Potem się jednak okazało, że na liście występujących nie ma mojego nazwiska. Pomyślałem sobie: no, dobrze. Jeśli jestem pyszny, to dobrze mi tak. A jeśli jestem pokorny, to już wszystko jedno. I z całym spokojem przyjąłem tę sprawę. Myślę więc, że o to chodzi: żeby się troszeczkę uniezależnić.
MARCIN PROKOP: Wybieram sobie z tego świata to, co jest moje, co mnie cieszy. A cieszy mnie występowanie przed ludźmi, sprawianie, że przez chwilę będą się bawić, wzruszać albo jeszcze inaczej reagować na to, co pokazuję. Ten moment mojej pracy lubię i dla niego ją wykonuję. Od wszystkiego, co się dzieje obok, a co spędza sen z oczu wielu ludziom – kreowanie sensacji wokół siebie, zabieganie o popularność, o to, żeby być na tej liście płac, na pierwszych stronach gazet, w kronikach towarzyskich – od tego świadomie uciekam. Nie handluję swoją prywatnością, nie pokazuję swojej rodziny w kolorowych gazetach. Lubię swój wewnętrzny spokój i ciszę.
Show-biznes to jest świat o niskiej gęstości.
Świat pozorów, naskórka, zwyczajnego banału. Staram się szukać prawdziwego życia gdzie indziej: w swojej rodzinie, w swojej głowie, w książkach, które zaspokajają moją potrzebę poznania – większą niż pytanie, jaki fason jest modny w danym sezonie. Prawda jest też taka, że niespecjalnie lubię ciągle przebywać z ludźmi, non stop się integrować, wchodzić w relacje. Mam osobowość raczej samotniczą.
O. LEON KNABIT: Trudno mi sobie wyobrazić życie w ciągłym lęku, jakie może być udziałem ludzi mediów, artystów, sportowców. Ta ciągła troska, co to będzie, jak to będzie. Jak długo się jeszcze utrzymam na topie i jak to się skończy, gdy z niego spadnę? Jak sobie poradzę materialnie, gdy skończy się moja rola? I gdzie znajdę sens mojego życia? To wieczne czekanie na telefon: nikt nie dzwoni, nic nie proponuje, a przecież ta praca jest całym moim życiem!
MARCIN PROKOP: Przestrogą są przykłady gwiazd, które poświęciły wszystko swojej karierze. Rodzina, dzieci, inne wartości były zawsze na drugim planie. Kariera się skończyła, oni się zestarzeli – i nagle się okazuje, że syn nie chce z kimś gadać, że ktoś ma problem w relacjach z najbliższymi. W imię czego to wszystko poświęcił? Tego, by przez dziesięć lat być gwiazdą festiwali? W życiu bym się na taką transakcję nie zdecydował.
Na szczęście udaje mi się łączyć obie te przestrzenie, bo wyznaczyłem sobie jasną granicę. Dotąd jestem ja prywatny, to, co jest dla mnie najważniejsze: moja rodzina, moi przyjaciele – a odtąd jest moja praca, do której zakładam kostium błazna czy wodzireja. Wychodzę do tego świata, robię swoją robotę i wracam do swojej jaskini.
Na tym polega to wystawanie z szuflady. Robię w branży, która jest kolorowa, banalna, rozrywkowa, nietrwała, ulotna, niepoważna – i staram się w niej znajdować tylko to, co dla mnie dobre.
Nie brać wszystkich dwunastu dań, ale wybrać sobie trzy, które mnie sycą, a resztę odstawić. Nie muszę jeść wszystkiego.
O. LEON KNABIT: Prymas Wyszyński mawiał, że zawsze wstaje od stołu trochę „niedojedzony”, choć nie zawsze jest to łatwe. Uczucie sytości przychodzi bowiem pół godziny po jedzeniu. Jeśli teraz się napcham, za pół godziny będę jak wąż boa, nie będę mógł się ruszyć. Jeśli zaś zjem trochę mniej, za pół godziny poczuję się uczciwie syty.
MARCIN PROKOP: Zgadzam się w pełni. Uważam zresztą, że post jako taki ma dużą wartość, nawet dla osób niereligijnych. Poprzez wyrzeczenie, umiejętność odmówienia, budujemy w sobie postawę silnego człowieka, który nie musi ulegać każdej propozycji czy zachciance. To również jest dla mnie przestrzeń wolności.
Podobnie przy podejmowaniu wyborów zawodowych. Dla mnie tak samo istotna jak sztuka przyjmowania propozycji jest sztuka ich odrzucania. Wiele osób łakomi się na różnego rodzaju propozycje, które potem niszczą ich karierę, zamiast ją budować. Ja uważam, że udana kariera w dziedzinie, którą uprawiam, składa się też z momentów, kiedy mówi się „nie”.
O. LEON KNABIT: Oczywiście, pewna asceza jest człowiekowi niezbędna. Umiem się powstrzymać – nie dlatego, że ktoś mi kazał, tylko dlatego, że chcę. Weźmy boksera. Albo śpiewaczkę. Oboje, z różnych względów, muszą przestrzegać określonych diet, restrykcji, wymogów. Ale mają w tym głębszy cel, na którym im samym zależy. Ktoś nie je, żeby schudnąć albo być w formie, a ja nie jem, bo jest piątek. To jest moja motywacja.
A przy okazji – wygląd w jakimś sensie świadczy o nas. O duchownych też. Jest duchowieństwo i jest brzuchowieństwo, jasna sprawa.
MARCIN PROKOP: Myślę też, że człowiek potrzebuje jakiegoś ograniczenia przestrzeni, w której się porusza, bo nadmiar wolności go gubi. Nie jest w stanie opanować świata pozbawionego zasad, porusza się w nim jak we mgle. Jeśli więc nie ma jasnych reguł narzuconych z zewnątrz, to należy je samemu wewnętrznie zbudować. Zwłaszcza w takim świecie jak mój, gdzie niby wszystko wolno, wszystko się wybacza, wszystko jest dopuszczalne. Jeśli mam w nim funkcjonować i nie zwariować, muszę sobie wygenerować jakiś zestaw przykazań, które będą moim drogowskazem.
O. LEON KNABIT: Mówiłeś, że lubisz swoją wewnętrzną ciszę. Skąd ją bierzesz w tym kolorowym, rozkrzyczanym świecie mediów?
MARCIN PROKOP: Ona jest niezależna od okoliczności. Nie wymaga jakiegoś specjalnego „katalizowania” z zewnątrz. Nie muszę na przykład wyjeżdżać do klasztoru, żeby ją w sobie poczuć. To jest kwestia mojego wewnętrznego nastawienia. Dla mnie to dość łatwe, ponieważ i tak przez większość życia sporo czasu spędzałem, siedząc w swojej własnej głowie.
Zawsze czułem się trochę osobny, jakby oddzielony od rzeczywistości szklaną szybą. Możesz przez nią zajrzeć na wystawę, ale nie wejdziesz tak od razu do sklepu, nie mówiąc już o dostępie do zaplecza i magazynu. Nadal funkcjonuję trochę według tej analogii. Komunikując się ze światem zewnętrznym, wypuszczam do niego coś w rodzaju awatara, który robi to, co do niego należy, ładnie się uśmiecha, ściska wszystkim ręce – takiego reprezentanta mnie...
O. LEON KNABIT: Ambasadora.
MARCIN PROKOP: Tak, to dobre słowo. Wysyłam ambasadora, a w środku siedzę prawdziwy ja i obserwuję sobie to wszystko, trochę jak spektakl, w którym sam gram rolę.
O. LEON KNABIT: I to nie jest obłuda. To po prostu różne części mojego „ja”?
MARCIN PROKOP: Zwyczajnie nie muszę odkrywać w danej chwili wszystkich kart. To zresztą nie miałoby sensu. Świat i tak odbiera osoby publiczne jako pewną projekcję, uproszczenie, byt złożony z nadanych mu cech. Po co światu ten odbiór utrudniać, tłumacząc: jestem trochę inny, niż myślicie? Wystarczy, że wiedzą to najbliżsi.
O. LEON KNABIT: Pamiętam, jaki był Wojtyła: z zewnątrz otwarty, cały dla ludzi, rozrywany przez tłum, nawet szarpany, a w środku cały czas niesamowicie skupiony. I gdyby nie było tego środka, nie byłoby też tego, co na zewnątrz.
MARCIN PROKOP: A czy w klasztorze łatwo jest pozostać sobą? Czy jak się jest zakonnikiem, to łatwiej o niezależność, czy przeciwnie – trudniej?
O. LEON KNABIT: Wspólnota jest po to, żeby w jej ramach, na jej tle, jednostka mogła się rozwijać. Mam być sobą, ale w tym konkretnym otoczeniu, które jest mi dane, w klimacie relacji. Niektórzy w tym poszukiwaniu siebie wychodzą na pustynię, tak aby nikt im nie przeszkadzał, ale mądrzy ludzie przed tym przestrzegają, bo nie każdy się do takiego życia nadaje. Jesteśmy powołani do miłości, a miłość musi być między co najmniej dwojgiem. Podobnie posłuszeństwo, które my, mnisi, ślubujemy: kto jest sam, nie ma jak praktykować posłuszeństwa, bo sam sobą rządzi.
Łatwo jest kochać wszystkich ludzi, jakichś braci, którzy żyją daleko – trudniej u siebie, blisko, zadbać o tych, których mam obok. Dosunąć krzesełko, nie rozrzucać rzeczy, zwrócić uwagę na proste gesty – z szacunku i miłości do drugiego człowieka. Ale to są fundamentalne sprawy. Najpierw jesteśmy ludźmi, potem chrześcijanami, a później dopiero kapłanami czy mnichami. Kiedy w jednym klasztorze mieszka czterdzieści osób, nie może być tak, że każdy chodzi po swojemu. Muszą być pewne zasady, jak w rodzinie: wszyscy wiedzą, kiedy się je, kiedy ktoś wraca z pracy, kiedy śpimy, kto jeszcze potrzebuje przed wyjściem do łazienki. Nie ma sztywnego planu, ale wiemy, o co chodzi.
Popatrzmy na wojsko: wojsko musi umieć iść w defiladzie. Kiedy jest czas, każdy sobie idzie własnym tempem. Ale na defiladzie równym krokiem. My, mnisi, w pewnym sensie jesteśmy takim wojskiem w Kościele. Kiedy więc występujemy razem, na przykład podczas wspólnej modlitwy chórowej, powinniśmy mieć, że tak powiem, zasadniczy krok defiladowy.
Każdy mnich jest jak cegiełka w murze, niezależnie od swojej funkcji, wykształcenia. Każdy ma jakąś rolę: czy biblista, wykładowca, czy redaktor gazety, czy duszpasterz, czy proboszcz, czy – jak ja – osoba działająca na niwie medialnej. Każdy ma coś swojego, niepowtarzalnego – talent, zdolności, powołanie – ale rozwija to w harmonii z innymi i dla ich dobra, nie sprawiając kłopotu przełożonym ani współbraciom. Podporządkowuję się pewnemu schematowi, a pod spodem kwitnie moje bogate życie wewnętrzne.
Widać to podczas obiadu: razem się kłaniamy, razem zasiadamy, wszyscy zakładamy serwetkę, a jednak każdy robi to nieco inaczej.
MARCIN PROKOP: Czyli prawie jak w korporacji: działamy dla dobra wspólnego, przestrzegamy pewnego określonego regulaminu.
O. LEON KNABIT: Pytanie, z jakich pobudek go przestrzegamy. Z lęku czy z miłości? Prawdziwa miłość usuwa lęk, jak czytamy w Biblii.
MARCIN PROKOP: Ciekaw jestem, jaka część nowych powołań wynika z autentycznej chęci budowania tego, o czym ojciec mówił, a jaka część jest efektem ucieczki. Zamknięcie się w klasztorze, gdzie panują jasne reguły, może być łatwiejsze niż życie w ciągłym poszukiwaniu własnej drogi. Zwłaszcza że dzisiejszy świat jest skomplikowany, opresyjny, wymaga wielu niełatwych wyborów, a tutaj wchodzimy nagle w przestrzeń, która jest już ubrana, prawda? Można dostać jakiś mundur, gotowy zestaw do obsługi rzeczywistości, nie trzeba samemu go wypracowywać.
O. LEON KNABIT: Nie, to nie działa tak automatycznie. Każdy przecież odkrywa tę drogę po swojemu. A jeśli ktoś nie ma prawdziwego powołania, nie wytrzyma. Sama chęć ucieczki przed światem to za mało. Bracia, którzy się nie angażują w życie zakonne, zwykle prędzej czy później występują. Od nas dwa lata temu wystąpiło siedmiu braci.
MARCIN PROKOP: Może inaczej sobie to życie wyobrażali? Może myśleli, że dostaną więcej odpowiedzi niż pytań?
O. LEON KNABIT: Raczej doszli do wniosku, że wolą już żyć w tym świecie, pełnym sprzeczności, niż w naszym, uporządkowanym. Zwyczajnie nie mieli powołania. Ono jest niezbędne. Jeśli ktoś ma talent do matematyki, to nie po to, żeby historię w szkole wykładał.
MARCIN PROKOP: A jak się objawia powołanie? Różnie u różnych ludzi, czy zawsze w podobny sposób?
O. LEON KNABIT: Rozmaicie i przeróżnie. Czasem jest tak, że już od samego początku ktoś wie, że będzie księdzem czy zakonnicą. To po prostu jakoś widać w biografii. A czasem słyszy się ten wewnętrzny głos z oporami, nieraz po długich walkach, awanturach z samym sobą, po różnych grzechach i bardzo nieciekawym życiu. Ale to jest tak silne pragnienie poznania Jezusa jako osoby, że już nic nie poradzę. Więcej nie wytrzymam, muszę za tym iść. To jest powołanie. Wszelkie inne motywacje, próby działania tylko od strony psychologicznej, nie zdają egzaminu.
MARCIN PROKOP: A zdarza się, że ludzie walczą z powołaniem? Odrzucają je?
O. LEON KNABIT: Czasem tak. Boją się, że nie dadzą rady albo że to jest złuda. Już jako licealiście podobało mi się bycie księdzem, ale nie byłem pewien: może to tylko moje widzimisię? W końcu powiedziałem: Panie Boże, jeśli to jest mój pomysł, a nie Twoja wola, to mi to pokaż. Zapytałem jednego kleryka: czy ksiądz uważa, że mam powołanie? A ten na to: masz, jak najbardziej, tylko się migasz. Ten głos człowieka z zewnątrz był dla mnie bardzo ważny i mnie przekonał. I trafił dobrze, nie mam wątpliwości! Jeszcze dwa lata temu byłem u tego księdza (dziś już nie żyje). Mówię mu: widzisz, Paweł, jakie ciekawe są drogi powołania. Jak ustalisz w wierze, że Pan Bóg czegoś chce, to już nie masz nic do gadania. Potem siedem lat się zastanawiałem, czy mam być w Tyńcu, czy nie. I Bóg przez różne znaki wskazał mi drogę: że tak.
Można to przenieść na inne dziedziny, aż do czysto osobistej. Przychodzi dziewczyna, popularna, lubiana, mająca powodzenie, i pyta: tylu chłopaków wokoło, którego wybrać? Ten fajny, ten bogaty, a ten we mnie zakochany po uszy. Dziewczyno, tego wybierz, którego ci serce wskaże. A jak mamusi się nie spodoba? To powiedz mamusi, że nie ona będzie z nim żyła, tylko ty. I pomódl się. No i wybrała, tak jak jej serce mówiło… Mamusia musiała się z tym pogodzić.
Zawsze chodzi o to samo: żeby przylgnąć do prawdy. Wsłuchiwać się w swoje wewnętrzne przekonanie. Znaleźć na dnie duszy, jakie jest moje „ja”.
MARCIN PROKOP: Czyli ojciec czuje się tu na swoim miejscu.
O. LEON KNABIT: Zdecydowanie tak.
MARCIN PROKOP: Myślę, że jednym z przekłamań współczesności, pełnej świeckich kapłanów nadmiernego optymizmu, jest twierdzenie, że każdy może być wszystkim: jeśli tylko bardzo pragniesz, masz marzenia, to w zasadzie możesz zostać, kimkolwiek chcesz. Uważam, że każdy ma jakąś swoją konstytucję, wewnętrzną i zewnętrzną. Jeden jest wysoki, a drugi niski, jeden jest gruby z natury, drugi chudy, jeden jest zdolny w piśmie, drugi w mowie. I naszą rolą, jeśli chcemy być szczęśliwi i spełnieni, jest znalezienie miejsca, które najlepiej do tej konstytucji pasuje.
Gdybym chciał na przykład zostać kierowcą Formuły 1, to co to byłby za kierowca, który wystaje z kokpitu na pół metra i waży dwa razy tyle, co inni chłopcy ścigający się tymi autami? Albo gdybym chciał zostać astrofizykiem, to może bym i został, jakbym się bardzo postarał i postudiował przez kilka lat, tylko po co, skoro są lepsi w tym ode mnie, bardziej uzdolnieni i mocniej kochający ten przedmiot?
O. LEON KNABIT: Mógłbyś zostać nawet hodowcą bananów.
MARCIN PROKOP: Ciekawa opcja, ale jakoś mnie jednak nie porywa.
Znalezienie własnego miejsca – takiego, które jest dla nas interesujące i zarazem naturalnie odpowiada naszym predyspozycjom – jest więc kluczem do poczucia spełnienia.
Ja się też z tym trochę miotałem. Kiedy zdawałem maturę, było takie ciśnienie, że wszyscy muszą zostać ekonomistami, bankowcami albo prawnikami. Rodzice namawiali, środowisko naciskało, wielu kolegów poszło w tę stronę. Nie za bardzo wiedziałem, co chcę w życiu robić, nie zastanawiałem się zbyt mocno nad sobą – no to poszedłem też na bankowość. Wyobrażałem sobie, że dzięki temu będę miał ułożone życie, zapewnioną dobrą pracę, spełnione wszystkie materialne fantazje, dobry garnitur, zegarek i tak dalej, a przy okazji zyskam też jakiś wpływ na rzeczywistość, bo wiadomo: finanse rządzą światem. Bardzo szybko się okazało, że to jest zupełnie nie moje, niezgodne z moją konstytucją. Liczenie cudzych pieniędzy jest nudne, powtarzalne, moja praca jest wycinkowa, mam tylko jakiś wąski fragment rzeczywistości do obsługi, codziennie ten sam – jak w fabryce kafelków.
O. LEON KNABIT: I nie miałeś właściwie możliwości rozwoju?
MARCIN PROKOP: Mogłem zostać dyrektorem oddziału, dyrektorem okręgu, awansować gdzieś tam wyżej. Nie mogłem jednak znieść perspektywy spędzania czasu na powtarzaniu ciągle tych samych procedur. Słowo „procedura” jest tutaj kluczowe – nie wymaga myślenia, interpretacji, wymaga tylko poddania się. Wyłącza mózg. Zaczynasz czuć się jak szczur w labiryncie, który biega codziennie tą samą drogą. Przez kilka pierwszych dni jeszcze trzeba coś jarzyć, gdy szczur szuka swojej optymalnej ścieżki, ale potem, kiedy ją opanuje, porusza się już czysto schematycznie. Nie chciałem zostać takim szczurem.
Szukałem więc miejsca, które dałoby mi możliwość wykorzystania moich naturalnych umiejętności. Zawsze łatwo przychodziło mi władanie słowem i piórem, składanie myśli w całość. Ostatecznie poszedłem więc w tym kierunku.
Zaczynałem zresztą od gazetki, którą sam wydawałem na kartce papieru...
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji