Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Śluby i pogrzeby - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 września 2026
E-book: EPUB, MOBI
57,90 zł
Audiobook
59,90 zł
57,90 zł
5790 pkt
punktów Virtualo

Śluby i pogrzeby - ebook

„Jamie Hawley powiedział kiedyś, że całe moje życie to fala absurdu, która stopniowo pochłania wszystko, co przyzwoite”.

Jamie Hawley poznał Sama Redforda na pogrzebie swojej ciotki, gdy byli jeszcze dziećmi. Niedługo później chłopcy zamieszkali po sąsiedzku i wraz z Hazel, siostrą bliźniaczką Sama, stali się nierozłączni.

Mijały lata, cała trójka dorastała, odkrywając, kim są i dla kogo biją ich serca. Niestety nie wszystkie uczucia łatwo nazwać, a jeszcze trudniej się do nich przyznać.

Sam pragnął tylko jednego – być taki jak wszyscy. W końcu został mężem i ojcem, a teraz Jamie chce podążyć jego śladem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wybranka Hawleya to… Hazel.

Żądny konfrontacji Redford wraca do rodzinnego Morneby. Czuje, że za wszelką cenę musi zapobiec ceremonii.

Bo przecież między ślubami a pogrzebami człowiek ma całe życie na podejmowanie złych decyzji… Problem zaczyna się wtedy, gdy któraś z nich nie daje o sobie zapomnieć.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-987-0
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WERSJA JULII

Tam i nigdy, 2026

Zanim przewrócisz pierwszą stronę, czuję się w obowiązku, by Cię o czymś uprzedzić.

Śluby i pogrzeby to nie historia o bohaterach, którzy zawsze postępują poprawnie i logicznie. Jak przystało na prawdziwych ludzi – jedno mówią, robią drugie, w stresie zmieniają zdanie przynajmniej dwa razy na dobę, a ich decyzje bywają opłakane w skutkach.

Nie są też Tobą, więc jeśli Twoje działanie w tej komedii pomyłek byłoby inne, to fajnie, ale pamiętaj, że wszyscy mamy różne doświadczenia, wiedzę, priorytety, ukryte motywy oraz wypieramy inne uczucia.

Proszę, podejdź do Sama i Jamiego z zasłużoną empatią. Możesz ich kochać lub nienawidzić, ale liczę, że wywołają w Tobie silne, uzasadnione emocje!

A jeśli jednak znajdziesz tu pierwiastek siebie… cóż, witaj w klubie? I… będzie lepiej. Serio! A jeśli nie lepiej, to może chociaż zabawniej.

Nie potrafię napisać dedykacji. Mogłabym postanowić, że dedykuję tę książkę każdemu, kto analizuje po nocach nie tylko całe swoje życie, ale też życie swoich przyjaciół, decyzje rodziców, pracodawcę, system, w którym funkcjonuje, to, co powiedział, a przede wszystkim – czego nie powiedział. Tak. Mogłabym zadedykować tę książkę gadułom i „overthinkerom”. Przemęczonym studentom. Dramatycznym osiemnastolatkom z postępującym załamaniem nerwowym. Ludziom, którzy nie potrafią zdecydować, kim są, bo nigdzie nie pasują. Tym, co traktują swoją playlistę na Spotify jak terapię. Czytelnikom, którzy lubią, gdy narracja przypomina słowotok znajomego podczas wypadu na kawę.

Dedykuję więc tę książkę Tobie… i Twojej mamie, bratu, siostrze, ciotce, koleżance, byłemu lub byłej.

Wszyscy czasem tłumimy uczucia w obawie przed złamaniem jakiegoś konwenansu. Żyjmy tu i teraz – uważnie, bawiąc się każdym dniem. Nie od piątku do niedzieli, od L4 do urlopu, od świąt do urodzin, od ślubów do pogrzebów.

Miłej lektury,

zawsze Twoja

UWAGA!

Wszyscy mamy jakieś granice, dlatego chciałabym uszanować Twoje. Ta historia porusza tematy, które mogą wywołać niechciane emocje. Proszę, zadbaj o swój komfort podczas czytania.

W Ślubach i pogrzebach pojawiają się między innymi: myśli i działania autodestrukcyjne, trudności z samoakceptacją, zachowania oraz wypowiedzi szowinistyczne, bądź queerfobiczne – czasem również wynikające z niewiedzy bohaterów. Nie pochwalam ich ani nie usprawiedliwiam.

Do każdego z tych zagadnień podeszłam ze szczególną wrażliwością.

Narracja pierwszoosobowa pozwoliła mi zajrzeć do głów ludzi, którzy podejmują decyzje i wypowiadają słowa zgodne z ich unikalnymi osobowościami oraz doświadczeniami.

Mam nadzieję, że powyższa informacja pozwoli Ci świadomie postanowić, czy to odpowiedni moment na tę historię.POSŁUCHAJ…

All Too Well (10 Minutes Version) (Taylor’s Version) – Taylor Swift

Memories – Conan Gray

Loml – Taylor Swift

Chemistry – Gigi Perez

Us. (feat. Taylor Swift) – Gracie Abrams, Taylor Swift

Soulmates – Placebo

So Baby – Ariel Beesley

Friends – Ed Sheeran

Distance – Christina Perri

Teenage Dream – 5 Seconds of Summer

Blame It On You – Daniel Seavey

Hold Back the River – James Bay

I Should Hate You – Gracie Abrams

My Life Would Suck Without You – Kelly Clarkson

Innocence – Avril Lavigne

You’re On Your Own, Kid – Taylor Swift

Shattered (Turn the Car Around) – O.A.R.

The One That Got Away – Katy Perry

Care – Conan Gray

Bleeding Love – Leona Lewis

What’s Wrong with Me – Olivia Rodrigo, Robert Smith

I Wanna Be Yours – Arctic Monkeys

Cool Dad – 5 Seconds of Summer

You Belong with Me (Taylor’s Version) – Taylor Swift

I Love You, Burn in Hell – Sean Frayne

Self Aware – Temper City

Stop and Stare – OneRepublic

Over Again – One Direction

Deja vu – Olivia Rodrigo

Right Where You Left Me – Taylor Swift

Dancing with Your Ghost – Sasha Alex Sloan

Istillfeelthesame – 5 Seconds of Summer

I Miss You, I’m Sorry – Gracie Abrams

Exile (feat. Bon Iver) – Taylor Swift, Bon Iver

Lovesong – The Cure

Prolog

Pamiętam to wszystko za dobrze

Jamie Hawley powiedział kiedyś, że całe moje życie to fala absurdu, która stopniowo pochłania wszystko, co przyzwoite. Do pewnego momentu wierzyłem w każde jego słowo. Był moim najlepszym przyjacielem, spędziliśmy razem całe dzieciństwo! Gdyby zaproponował skoczenie z mostu, prawdopodobnie bym się zgodził. Wierzyłem bowiem, że z nim nic nie jest niemożliwe.

A teraz mamy trzydzieści jeden lat. Leżymy na podłodze w salonie moich rodziców. Śmierdzimy sosem rybnym, w naszych włosach wije się cebula, mamy poobijane knykcie, z nosa kapie mi krew, podczas gdy piwne oczy Jamiego płoną złością. Wydzieramy się na siebie. Wpychamy sobie wzajemnie jedzenie oraz serwetki do ust. Nasze rodziny patrzą na to z niesmakiem, drżąc na samą myśl, że jutro całe miasteczko będzie wiedziało… Tylko o czym właściwie? Trudno powiedzieć. W końcu ludzie nie mają pojęcia, co dokładnie łączyło mnie z Jamiem Hawleyem. Nigdy nikomu nie powiedziałem, że to on był pierwszym człowiekiem, przez którego zakwestionowałem to, kim jestem, a kim nie.

Widocznie dla tego zdrajcy nasza relacja nie stanowiła takiej wartości! Lecz ja zdecydowanie za dobrze pamiętałem… wszystko. I wróciłem do Morneby, by – pokojowo lub nie – wyjaśnić, dlaczego Jamie Pierdolony Hawley zaręczył się z moją siostrą bliźniaczką.Rozdział pierwszy

Pogrzeby są dla żywych

Morneby, 2005

Domy Redfordów i Hawleyów stały naprzeciwko siebie. Były niemal identyczne: dwupiętrowe, z jasnymi, nieco już wypłowiałymi elewacjami oraz stromymi dachami. Odróżniały je wyłącznie ogrody. O ten po stronie Redfordów dbano, przycinano żywopłoty i trawę, która mimo wysokich temperatur zawsze pozostawała zielona. U sąsiadów rosły mlecze, osty oraz dzikie grzyby. Za posesjami rozrastał się las pachnący igliwiem i solą. Ścieżka zaczynała się tuż za ogrodzeniem; prowadziła między drzewa, w stronę morza, do dzikiej plaży, gdzie oprócz ostrych kamieni można było znaleźć odrobinę piasku.

Mama zawsze się krzywiła, kiedy mówiłem, że staruszka mieszkająca po drugiej stronie ulicy zaprosiła dzieciaki z osiedla na herbatę. Moja siostra, Hazel, miała tendencję do ładowania się w tarapaty. To ona odkryła gniazdo os w rynnie pani Hawley, a potem dźgała je patykiem. Pomagała babince wyciągać jajka z kurnika, po czym nosiła je na targ. Kobieta nieustannie powtarzała, że Hazel to jej ulubiona „wnuczka”. Bywałem zazdrosny i nie do końca rozumiałem zażyłość pomiędzy siostrą a sąsiadką. Jednak mama nalegała, bym towarzyszył im w spacerach i nie dopuścił do sytuacji, w której Hazel postanowi zjeść jakiś chwast z ogrodu. Jakby ona kiedykolwiek brała moje zdanie pod uwagę! Byłem starszy o zaledwie dwie minuty. Hazel nigdy się z tym nie pogodziła.

W Morneby wszyscy sobie pomagali. I wszyscy o sobie gadali. Dzięki coniedzielnym pogaduszkom matki z aptekarką dowiedziałem się, że pani Hawley umiera. Chyba nie do końca rozumiałem, co to oznacza. Wiedziałem tylko, że za żadne skarby świata nie mogę powtórzyć zasłyszanych słów siostrze. Przez tydzień wypytywałem wszystkich o śmierć. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Tata zafundował mi permanentną traumę, bo uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie obejrzenie ze mną bajki Wszystkie psy idą do nieba. Nigdy dotąd tak głośno nie płakałem. Mama się obraziła, ojciec spędził cały weekend na kanapie, a mnie było głupio, że jestem taką beksą.

Ciekawość, która wywoływała dyskomfort u dorosłych, wreszcie zaspokoił mój starszy brat, Finn. Zabrał mnie i swoją dziewczynę, Celeste, na cmentarz. Matka wcisnęła mi w ręce znicz, a oni wyjaśnili, co dzieje się z ludźmi po śmierci. Wizja bycia zakopanym trzy metry pod ziemią wcale nie napawała optymizmem. Koncept wiecznego raju lub potępienia również nie brzmiał zachęcająco. Mimo przygnębienia, jakie odczuwałem do końca dnia, nie byłem już ani ciekawy, ani przerażony. Zaakceptowałem fakty. Tylko one się przecież liczą. Człowiek rodzi się, doświadcza, a potem umiera.

Pani Hawley umarła. Hazel przeżyła szok, pozostałe dzieciaki z osiedla były co najmniej skonfundowane, toteż zebrałem je wszystkie i powtórzyłem słowa brata. Oficjalnie okrzyknięto mnie najmądrzejszym chłopcem w Morneby. Teraz ja musiałem odpowiadać na pytania, na które dorośli nie potrafili znaleźć odpowiedzi. Byłem całkiem niezły w dochodzeniu do prostych wniosków, gdyż z łatwością dostrzegałem schematy. Rodzina sądziła, że zostanę kiedyś kimś wielkim. Może naukowcem, inżynierem, lekarzem… Tylko Hazel się ze mnie nabijała, a ja pozwalałem jej na to, bo okrutnie tęskniła za ukochaną sąsiadką. Nienawidziłem, kiedy się smuciła. Ojciec mówił, że jako bliźniaki nie tylko jesteśmy do siebie podobni, ale czujemy tak samo. Chyba wziąłem to sobie za bardzo do serca…

Podczas pogrzebu próbowałem stać nieruchomo. Trzymałem splecione z przodu ręce, dokładnie tak jak robił to tata. Patrzyłem na trumnę, na wikarego, na ludzi ubranych w czarne stroje i próbowałem zrozumieć, co właściwie powinienem czuć. Hazel, stojąca obok, wierciła się bez przerwy. Najpierw przestępowała z nogi na nogę, a potem skubała rękaw wełnianej sukienki. Miała ich całą szafę, ale tylko ta była czarna. Upał jak ten nigdy dotąd nie ogarnął Morneby.

– Jestem spocona i chce mi się pić – szepnęła siostra, ciągnąc mnie lekko za marynarkę.

– Zamknij się – skarciłem ją, lecz nadal patrzyłem przed siebie. – To pogrzeb.

Hazel głośno westchnęła. Specjalnie.

– Ale czemu nagle wszyscy płaczą? – zapytała po chwili. – Przecież pani Hawley odeszła w zeszły wtorek. – Uniosła dłoń i zaczęła liczyć na palcach. – To było…

– Dziesięć dni temu – mruknąłem, by nie wymieniała dni tygodnia.

– No właśnie… – Kiwnęła głową. – A na dodatek dorośli w ogóle jej nie odwiedzali. Po co tu przyszli?

Zacisnąłem usta. Sam nie do końca to rozumiałem, ale wiedziałem, co trzeba powiedzieć.

– Bo tak wypada. Muszą się pożegnać.

– Ale ja już się pożegnałam. Jak jeszcze żyła.

To zbiło mnie z tropu. Spojrzałem na siostrę kątem oka. Była bardziej zdezorientowana niż smutna.

– No… dorośli robią to inaczej – mruknąłem. – Najpierw załatwiają ważne sprawy, a potem pozwalają sobie na smutek.

Zaplanowany smutek…

– To głupie.

Racja. To naprawdę głupie, by musieć odkładać emocje na później, ponieważ obowiązki są istotniejsze. Uświadomiłem sobie, że ja także kiedyś dorosnę. Będę chodził do pracy, płacił podatki, prowadził samochód… miał swoje dzieci. Wszyscy mają dzieci, prawda? Też się ich kiedyś dorobię. W obliczu dosłownie życia i śmierci postanowiłem, iż nigdy nie włączę swoim dzieciom bajki Wszystkie psy idą do nieba, a kiedy zaczną zadawać trudne pytania, odpowiem na każde.

– Masz rację, Haz, to głupie – przyznałem.

– Cicho – syknęła znienacka mama, nawet na nas nie patrząc. – Nie wiecie, jak macie się zachowywać?

Oboje z Hazel zamilkliśmy. Siostra przestała się ruszać tylko na chwilę. Po kilku sekundach znowu lekko bujała się na boki. Westchnąłem i uniosłem wzrok, żeby zająć czymś myśli.

Po drugiej stronie niewielkiego tłumu dostrzegłem chłopca mniej więcej w naszym wieku. Nie znałem go. Miał na sobie lekką, czarną koszulę, trzymał ręce w kieszeniach, a nogą rysował coś na żwirze. Wyraźnie się nudził. Szturchnąłem Hazel łokciem i skinąłem na niego. Spojrzała tam, gdzie ja.

– Nie wiem, kto to – szepnęła, domyśliwszy się, o co chcę spytać.

– Ja też nie.

Nieznajomy kopnął mały kamień i również uniósł głowę. Jego wielkie oczy błyszczały w słońcu. Miały ładny kształt. Były piwne. Albo zielone? A może brązowe… Po prostu na tle czystego nieba wydawały się jaśniejsze. Tak samo jak włosy chłopca – gęste, proste niczym druty, w odcieniu orzechów laskowych; opadały na czoło, przez co nieustannie je odgarniał.

Nie kontrolując tego, rozchyliłem wargi. Byłem potwornie spragniony. Stróżka potu ściekła mi po kręgosłupie. Zazdrościłem obcemu krótkiego rękawka. Uśmiechnął się do mnie zaczepnie, na co odruchowo odwróciłem wzrok. Poczułem, że robię coś niewłaściwego, lecz nie mogłem się powstrzymać. Po zaledwie trzech oddechach znowu na niego spojrzałem. Tym razem chłopiec wgapiał się prosto we mnie. Już się nie uśmiechał, nie robił żadnej miny. Zwyczajnie patrzył, jak gdyby sprawdzał, czy jesteśmy tak samo znudzeni.

Zaczęliśmy rozmawiać na spojrzenia.

„Niech już spuszczą tę trumnę”, zażądał.

„Uspokój się, to ceremonia”, odparłem.

„Martwych nie obchodzą ceremonie, one są dla żywych!”, zaprotestował.

„Ty jesteś żywy, powinno cię to obchodzić”, uznałem.

„Mam w dupie konwenanse”, stwierdził.

„Nie znam tego słowa”, skwitowałem.

No właśnie. Gdzie zasłyszałem słowo „konwenanse”? Bo przecież go nie wymyśliłem, a pasowało mi ono do wyimaginowanej rozmowy z nieznajomym. Chciałem zapytać mamę, niestety zdawała się zbyt pogrążona w irracjonalnej żałobie.

Po kilku minutach, kiedy wszyscy poświęcili uwagę wikaremu, usiadłem na niskim, kamiennym chodniku, tuż pod nogami taty. Udawałem, że poprawiam but. Chłopiec zrobił to samo. Nikt nie zwrócił na nas uwagi. Oparłem brodę o kolano. On skopiował mój ruch, a potem posłał mi mniej zaczepny uśmiech.

„Chcę cię poznać”, mówiło jego spojrzenie.

„Tylko jeśli pozwolisz mi poznać siebie”, odrzekłem w ten sam sposób, poza słowami.

Siedzieliśmy tak, każdy po swojej stronie, obserwując się w skupieniu. Upał przestał mi przeszkadzać. Kazanie kapłana zlało się w monotonny szum, jakby dochodziło spod ziemi. Nawet Hazel przestała się wiercić.

Dopiero szarpnięcie za ramię wyrwało mnie z transu.

– Samuel – syknęła cicho, acz stanowczo mama.

Drgnąłem i poderwałem się na nogi. Uderzyło we mnie dziwne, niezrozumiałe poczucie winy.

– Przepraszam – bąknąłem, choć nie do końca wiedziałem czemu.

Ponownie obróciłem głowę, chłopiec też zdążył się podnieść. Teraz wisiał na ramieniu łysego mężczyzny, który niby próbował go uspokoić, jednak sam nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego nabożeństwem.

Po całej wieczności ludzie zaczęli się rozchodzić. Wszystko działo się zupełnie bez pośpiechu. Stałem obok rodziców, trochę sztywno, nie do końca wiedząc, co zrobić z rękami. Czułem się dziwnie, jakbym przegapił jakiś istotny element pogrzebu. Mama przyjrzała mi się wnikliwiej. Być może zauważyła jakąś zmianę, bo wyraz jej twarzy nagle złagodniał. Przyciągnęła mnie do siebie i objęła ramieniem.

– Och, Sammy – szepnęła. – Wiem, że ty też lubiłeś panią Hawley.

Czemu o niej wspomniała? Dlatego, że staruszka właśnie została zakopana? Lubiłem panią Hawley żywą, nie martwą. Pogrzeby nie są dla martwych, tylko dla żywych.

– Mhm… – mruknąłem zbywająco.

– Wszystko w porządku? – Chciała wiedzieć.

Kiwnąłem głową bez przekonania.

– Może pójdziesz z nami na konsolację? – zapytała. – Nie będziemy siedzieć długo, ale jako najbliżsi sąsiedzi pani Hawley, powinniśmy się tam pojawić.

– Konso…co? – Zmarszczyłem nos.

– To takie spotkanie w pubie po pogrzebie – wyjaśnił ojciec. – Emily, jak mówisz do dzieci, spróbuj chociaż sprawić, że cię zrozumieją – skrytykował ją.

– Ale Sam mnie rozumie, nie znał jednego słowa, więc o nie zapytał – obroniła się od razu. – Chcesz wychować idiotów? – Uniosła brew.

Tata uśmiechnął się pobłażliwie, a potem pogłaskał żonę po łopatce. Emily Redford nie znosiła, gdy ktoś zwracał jej uwagę. W tej kwestii się z nią zgadzałem. Nie zostałbym najmądrzejszym dzieciakiem w Morneby, gdyby mama zwracała się do mnie jak do głupka.

– Sam, chcesz iść? – Ojciec wbił we mnie zniecierpliwiony wzrok.

Zawahałem się. Wizja siedzenia wśród dorosłych, którzy zaczną gadać o pracy, pieniądzach i rozwodach, nagle wydała mi się bardziej męcząca niż sam pogrzeb. Ale jeszcze nigdy nie pozwolono mi pójść do pubu!

– Nie wiem…

Tata odetchnął, poprawił mankiet koszuli, po czym wzruszył ramionami.

– Nie musisz iść – dodał spokojnie. – Możesz wrócić do domu z Finnem i Hazel.

Spojrzałem na siostrę. Patrzyła gdzieś w bok, zirytowana oczekiwaniem, gdyż cała ta sytuacja dawno przestała ją obchodzić. Finn gdzieś zniknął. Zakładałem, że palił papierosa w krzakach. Jako jedyny wiedziałem o nałogu brata. Płacił mi za milczenie w batonikach.

– Jak chcesz, ale musisz się zadeklarować, bo wszyscy wychodzą z cmentarza – podkreśliła mama.

Jeszcze raz, zupełnie odruchowo, spróbowałem wzrokiem odnaleźć wśród ludzi tamtego chłopca. Bez skutku.

– Co to był za dzieciak? – palnąłem.

– Który? – Ojciec zmarszczył brwi.

– Ten, co stał przed Forbesami, najbliżej trumny – wyjaśniłem.

Hazel nagle wydała się zainteresowana rozmową. Podeszła bliżej.

– No właśnie… Kto to? – dociekała.

Wewnętrznie odetchnąłem z ulgą, bo gdyby siostra stwierdziła, że nikogo nie widziała, uznałbym, iż wgapiałem się w ducha. Mama i tata ewidentnie zastanawiali się, jak przekazać nam jakąś sensacyjną informację. W tym czasie Finn zdążył do nas dołączyć. Emily miała niezawodny słuch, wzrok i węch, tym samym od razu wyczuła swąd tytoniu.

– Paliłeś? – zapytała swoje najstarsze dziecko.

– Co? – Finn zmarszczył brwi. – Nie… Gadałem z panem Hawleyem, to on palił – skłamał.

Pan Hawley…? Nie ma „pana Hawleya”. W Morneby nie mieszkają już żadni Hawleyowie, bo właśnie zakopaliśmy ostatnią panią Hawley!

– Chryste… – Ojciec pokręcił głową. – Jeśli sąsiad będzie ci proponował papierosy, odmawiaj. To bardzo brzydki nałóg – skarcił mojego brata.

– Sąsiad? – wyłapała Hazel. – Ktoś zamieszka po drugiej stronie ulicy?

Matka potaknęła.

– Tak, wnuk cioteczny zmarłej, razem z rodziną. Ten chłopiec, o którym mówicie, to ich syn, James.

Nagle poczułem naprawdę mocny zapach papierosów i duszące, piżmowe perfumy. Obok nas zjawili się nowi sąsiedzi.

Pani Hawley miała krótkie włosy, mocny makijaż oraz wytatuowane ramiona. Od razu zwróciłem na to uwagę. Rodzice zawsze powtarzali, że tatuaże są dla kryminalistów albo celebrytów. Pan Hawley nosił skórzaną kurtkę, do której właśnie wetknął paczkę fajek. On nie miał żadnych włosów. Łysa głowa mężczyzny odbijała światło.

– Emily, Hectorze – przywitał się z moimi rodzicami. – To miłe z waszej strony, że przyszliście na pogrzeb.

– Jeszcze raz najszczersze kondolencje – rzuciła matka ze współczującym uśmiechem.

Potrafiła doskonale udawać, że kogoś lubi. Właśnie to robiła.

– Och, dzięki. – Pan Hawley zdawał się zaskoczony słowami kobiety. – Ciotka miała już swoje lata i bywała złośliwa, więc dobrze, że zrobiła nam wszystkim przysługę i nie odeszła zimą, co nie?

Pani Hawley cicho się zaśmiała, a moi rodzice kompletnie skamienieli. Zacisnąłem usta. Finn odchrząknął, podczas gdy ja i Hazel wymieniliśmy spojrzenia. Widok rozbawionych oczu bliźniaczki sprawił, że nie potrafiłem już dłużej tłumić śmiechu.

– Sam! – skarciła mnie matka.

– Przepraszam! – jęknąłem i zasłoniłem usta. – To silniejsze ode mnie…

No i się stało. Hazel również wybuchnęła, a zaraz za nią Finn. Rodzice załamali ręce.

Pani Hawley kucnęła, by mówić bezpośrednio do mnie.

– Nie przepraszaj. – Pokręciła głową. – Dzieciaki różnie radzą sobie ze stratą. – Popatrzyła na moją siostrę. – Ty musisz być Hazel – zwróciła się do niej. – Ciocia bardzo dużo o tobie opowiadała.

Dziewczynka przygryzła wargę. Poczułem małe ukłucie zazdrości. Gdyby nie ja, Hazel pewnie zebrałaby grzyby z ogrodu i zaserwowała je staruszce. Nie miała złych intencji, aczkolwiek moja siostra nie myślała o zagrożeniach, tylko o dobrej zabawie. Można powiedzieć, że uratowałem starej pani Hawley życie!

– Lilianno, Martinie, wybieracie się na konsolację? – zapytał mój ojciec.

– Och, nie – zaprzeczył łysol. – Mamy masę roboty, a i tak nie znamy nikogo z okolicy. Wikary wyprawił bardzo ładny pogrzeb, mieszkańcy miasteczka z pewnością zadbają o dobre imię ciotki, tymczasem my zajmiemy się remontem – streścił. – Ale wy bawcie się dobrze.

Kiedy pani Lilianna stanęła prosto, a dorośli i Finn oddali się rozmowie, zacząłem rozglądać się za chłopcem, z którym wymieniałem spojrzenia. Hazel poczuła się widocznie częścią dyskusji, gdyż przywarła do spódnicy mamy.

– Jamie! – zawołał nagle Martin Hawley.

Od razu się obróciłem. Zobaczyłem jak brązowowłosy dzieciak z wielkimi, najładniejszymi oczami na świecie biegnie w naszą stronę. Kącik moich ust drgnął. James, a właściwie Jamie Hawley, skupił się na mnie. Przyspieszył. Wskutek prędkości zwiewna, czarna koszula przylgnęła do jego bardzo szczupłego ciała. W promieniach słońca dostrzegłem, że na nosie ma ładne piegi. Pędził, jakby chciał się na mnie rzucić. A nawet nie zdążyliśmy się sobie przedstawić! Odruchowo uniosłem rękę. Już miałem go chwycić, kiedy nagle chłopiec potknął się o własne nogi i rąbnął kolanami oraz łokciami o bruk. Skrzywiłem się. Na jego miejscu ryknąłbym płaczem. Ale on… Nie. Jamie Hawley nie płacze. Uniósł wysoko brodę. Lekko ją zdarł, lecz zdawał się nawet tego nie odczuwać. Wręcz przeciwnie, mocno zacisnął powieki, po czym wybuchnął śmiechem.

– Aua! – krzyknął, lecz nieustannie się śmiał. – Ale boli! – I nadal.

Co w tym zabawnego?

– Chryste – mruknęła moja mama.

– James…! – krzyknął jego ojciec.

– Jamie? – wydukała Hazel.

Zrobiłem nieśmiały krok w stronę chłopca. Znajdowałem się najbliżej, zatem uznałem pomoc nowemu sąsiadowi za zasadną. Pani Hawley nie zdołała mnie wyprzedzić. Wyciągnąłem do Jamiego rękę, a on, nieprzerwanie rechocząc, złączył nasze palce. Dłoń chłopca okazała się brudna od żwiru i lepka od krwi. Mimo że był chudy, musiałem użyć sporo siły, by go podnieść. Zdarte kolana oraz łokcie od razu rzucały się w oczy.

– Mam apteczkę w aucie – rzucił mój ojciec.

– Nic mi nie jest, panie sąsiadzie! – zawołał Jamie, napierając na mnie całym ciężarem.

– Mówi się sąsiedzie – bąknąłem.

Chłopiec zmarszczył brwi. Obaj obróciliśmy głowy, by na siebie spojrzeć. Musiałem naprawdę mocno go trzymać, aby nie upadł, więc nasze nosy niemal się zetknęły. Miał naprawdę ładne oczy. I długie rzęsy… Piegi… Chciałbym, żeby moje piegi były ładne.

– Mam na imię Sam – wypaliłem, bo poczułem, że jeśli czegoś nie powiem, wybuchnę.

– Jamie – przedstawił się.

– Wiem. – Kiwnąłem głową.

Chłopiec swoją potrząsnął. Z tej całej bliskości mój jasny lok podrażnił jego policzek. Dopiero wtedy pani Hawley ukucnęła przy nas, wyrwała syna z moich objęć i zaczęła oglądać jego obrażenia.

– Nic mi nie jest – zapewnił i posłał mi kolejne, przenikliwe spojrzenie, równo nad ramieniem matki. – Sam mnie złapał.

Nie złapałem, tylko pozbierałem. Nie powiedziałem tego na głos, ponieważ nie chciałem odbierać sobie zasługi.

– Dzieci nie powinny biegać po cmentarzu. – Usłyszałem mruknięcie Emily Redford.

– Nikt nie powinien – poprawił Hector Redford.

– Zgadzam się, porozmawiamy o tym w domu. – Martin wbił w syna wymowny wzrok. – Będziemy już lecieć, miło się rozmawiało. Myślę, że się zakumplujemy, co? – Klepnął mojego ojca w łopatkę, posłał uśmiech mamie, a potem zbliżył się do swojej rodziny.

– Chodź, młody, zaniosę cię do auta, bo jak idziesz, to zwijają asfalt – stwierdziła pani Lilianna.

– Na tej wsi nie ma asfaltu – wytknął Jamie, ale pozwolił matce przerzucić się przez ramię.

Kiedy Hawleyowie odchodzili, nadal patrzyliśmy sobie z Jamiem w oczy. Nie słuchałem już marudzenia rodziców o tym, że nowi sąsiedzi z pewnością wywrócą nasze spokojne życie do góry nogami i że tak w ogóle to nie pasują do Morneby.

Hazel zdecydowała się wrócić z Finnem do domu. Ja tymczasem po raz pierwszy w życiu poszedłem do pubu.Rozdział drugi

Archetyp smutnego Brytyjczyka

Londyn, 2025

Przez całą drogę metrem do pracy przeglądałem oferty chińskich barów. Nienawidziłem komunikacji miejskiej, ale jeszcze bardziej drażnił mnie fakt, że zdążyłem przetestować każdą knajpę oraz pub w Walthamstow i nic mi tam nie smakowało. Gdyby moja żona, Nina, nie była w wiecznej rozsypce, przywiozłaby coś pysznego z Canary Wharf. Nowoczesne centrum korporacyjne z pewnością zawierało więcej ciekawych opcji niż Hackney. Ale Nina nie jeździła metrem, tylko autem, zatem jej podróż, zamiast trwać trzydzieści minut, zabierała co najmniej godzinę. W takich chwilach tęskniłem za możliwością obejścia całej miejscowości pieszo.

Uroki Londynu… Jest tu wszędzie daleko.

Nie pochodziłem ze stolicy, ale z małego, zapomnianego nadmorskiego miasteczka w hrabstwie Suffolk. Z tej perspektywy marudzenie o dobrego pad thaia może wydawać się absurdalne, aczkolwiek miałem realnie dosyć suchych kanapek ze szkolnej kafeterii i ostrych kurczaków z Nando’s. Wybrałem takie życie. Walczyłem o nie! Gdybym posłuchał rodziców… Na bank nadal byłbym nauczycielem matematyki, tyle że w rodzinnych stronach.

Kiedy wagon metra zatrzymał się na Hackney Central, zabrałem aktówkę i przepchałem się do wyjścia. Prawie wpadłem na drzwi, gdyż mój trampek się rozwiązał, a jakiś menel za wszelką cenę nie chciał mnie przepuścić.

Dorosłość ssie.

Nie powinienem tego mówić jako szanowny przedstawiciel ciała pedagogicznego, ale taka jest prawda! W dzieciństwie myślałem, że jeżeli będę dobrze się uczył, pójdę na studia i wreszcie zacznę pracę, wszechświat wynagrodzi mnie spokojnym, godnym życiem. Nic bardziej mylnego. Zrobiłem wszystko, jak należy, a i tak… Codziennie czułem, że tracę kontrolę.

Może to dlatego, że wpadliśmy z Niną na pierwszym roku studiów? Bardzo kocham naszą córkę i cieszę się, że będąc tuż po trzydziestce, mam już jedenastoletnie dziecko, któremu nie trzeba zmieniać pieluch. Nigdy więcej zasranych, zaszczanych pieluch… Jednak zapłodnienia pierwszej dziewczyny tuż po osiemnastce nie było w moim bingo!

Przechodząc przez szkolny dziedziniec, totalnie zignorowałem uczniów palących w krzakach papierosy. Powinienem zwrócić im uwagę, lecz wiedziałem, że to bez znaczenia, bo zaraz dopadnie ich dyrektor. Minąłem designerski wóz szefa, kiedy dochodziłem do siebie po spazmach, jakie powodował odór metra. Mieszkałem tu od jedenastu lat, a nadal nie przywykłem do woni spoconego człowieka o poranku.

W pokoju nauczycielskim wysłuchałem tyrady chemiczki o tym, że dzisiejsza młodzież nie posiada za grosz pokory, niczego nie umie, że kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów.

Może pójdę do tej samej tajskiej knajpy co ostatnio? Nie…

Miałem biegunkę przez tydzień, Nina przygotowywała się do zostania wdową, a nasza córka, June, zacierała rączki na spadek.

Jak powiedzieć jedenastolatce, że jeśli sczeznę teraz, zostanie jej po mnie tylko kredyt, karton płyt winylowych oraz kolekcja zbereźnych pornoksiążek, których nie powinna czytać przed osiągnięciem pełnoletności?

Wszedłem do klasy z kubkiem zimnej już kawy i aktówką pod pachą. Od razu uderzył mnie zapach markera oraz czegoś słodkiego. Ktoś znowu przyniósł energetyka… Żałowałem, że sam tego nie zrobiłem. Położyłem swoje rzeczy na biurku, trochę energiczniej, niż planowałem, przez co szmery i ostatnie rozmowy całkowicie ustały.

– Witaj, przyszłości narodu – powiedziałem z kpiną, przecierając dłonią zmęczoną twarz.

– Dzień dobry, panie Redford! – odmruknęli chórem.

– Nie wiem, czy taki dobry.

Kilka osób jęknęło, ktoś z tyłu cicho się zaśmiał, a ja zacząłem rozważać zmianę pracy. Nienawidziłem wystawiać słabych ocen. Moja mama, która również uczyła matematyki, twierdziła, iż z czasem mi przejdzie. Sęk w tym, że oceniając klasówki, sprawdzałem nie tylko wiedzę uczniów, ale również to, jak dobrze radzę sobie z przygotowaniem ich do egzaminów. Tym razem albo trafiłem na grupę totalnych idiotów, albo… Jestem beznadziejnym nauczycielem.

– Jeśli królowa nauk by się teraz spersonifikowała, wszyscy skończylibyście jak Ned Stark za rządów Joffreya – oznajmiłem, nawiązując przy tym do Gry o Tron.

Co poniektórzy się skrzywili, a mój „ulubiony” uczeń z ostatniej ławki, który znalazł promocję do następnej klasy w chipsach, uniósł dłoń.

– Co oznacza „spersonifikować”? – Chciał wiedzieć.

Ręce mi opadły. Oni mieli szesnaście lat, nie sześć! June posiadała większy zasób słownictwa!

Chryste, czy ja się zmieniam w tę starą, zrzędzącą babę z pokoju nauczycielskiego?

Musiałem sięgnąć w głąb siebie, by odnaleźć tam resztki empatii.

– Serio, Kyle? – Zrobiłem minę pełną politowania. – Zapytaj na angielskim.

Powinienem przestać gardzić licealistami. Sam ledwo przetrwałem szkołę średnią. Nie dlatego, że nie znałem „trudnych” słów lub nie rozumiałem matmy. Z tym radziłem sobie świetnie! To takie osoby jak Kyle regularnie łypały na mnie ślepiami i fantazjowały, że topią mi łeb w kiblu. Dobrze, że miałem fajnych kumpli, bez nich zbierałbym regularny wpierdol.

To nie są twoi szkolni koledzy, tylko młodzież, za którą jesteś odpowiedzialny. Polegają na tobie… Masz ich czegoś nauczyć, zamiast wyśmiewać. Wyśmiałbyś córkę?

– Przepraszam, miałem ciężki weekend, bo spędziłem go, sprawdzając te wasze wiedzowe popłuczyny, a sanepid zamknął jedyny sushi bar w Hackney, który lubiłem. – Odchrząknąłem. – „Spersonifikować” oznacza przyjąć ludzką formę, natomiast wyniki ostatniego testu sugerują, iż jestem tak złym nauczycielem, że powinienem zmienić robotę i zacząć sprzedawać garnki przez infolinię. – Przysiadłem na skraju biurka.

Atmosfera w sali nieco zelżała. Grupa wiedziała już, na czym stoi, i miała też świadomość, że to nie tylko ich wina.

– Większość waszych błędów wynika z tego, że nie słuchacie mnie podczas zajęć, a w efekcie nie ogarniacie, co robicie – ciągnąłem. – Rozumiem, że wasza uwaga została nieodwracalnie zniszczona przez TikToka, ale litości, czy mam włączyć wam Subway Surfa na rzutniku, żebyście się chociaż trochę skupili?

– W sumie… – Oczywiście, że Kyle zabrał głos. Ten dzieciak kiedyś doprowadzi mnie do grobu. – Mnie by się to przydało.

– To głupie – odgryzła mu się koleżanka z pierwszej ławki, Emma. Ona jako jedyna zaliczyła test.

– Jeśli coś jest głupie, ale działa, to znaczy, że wcale nie jest głupie! – odparował Kyle.

Mimowolnie się uśmiechnąłem. Aż za dobrze znałem to powiedzonko.

– To wszystko nie ma sensu – wymamrotała dziewczyna siedząca przy oknie, czyli Śpiąca Susie.

Co zajęcia musiałem przypominać jej, że drzemki ucina się w domu, a szyba to nie poduszka.

– Co nie ma sensu? – dopytałem.

– Matma.

Zmarszczyłem nos.

Nieprawda, matma jako jedyna ma jakikolwiek sens!

– Robimy jakieś dziwne zadania, coś przenosimy, coś dzielimy i nagle wychodzi wynik – kontynuowała. – Z całym szacunkiem, panie Redford, to nielogiczne.

Kilka głów się poruszyło. Ktoś mruknął „no właśnie”, toteż głęboko odetchnąłem.

– Niech będzie – użyłem znacznie spokojniejszego tonu. – Zapraszam do tablicy.

– Nie chcę! – wzbroniła się od razu Susie.

Uśmiechnąłem się pobłażliwie.

– W takim razie ja pójdę, ale musisz mnie pilnować, czy nie popełniam błędów, dobrze?

Uczennica się zawahała, aż w końcu potaknęła. Podszedłem do tablicy i zapisałem przykład.

– Mamy równanie – obwieściłem głośno, by każdy mnie słyszał. – Wiem, że na pierwszy rzut oka wygląda ono groźnie. Pytanie numer jeden: czy możemy je jakoś uprościć?

Odpowiedziała mi grobowa cisza. Miałem kiedyś koszmar, że matematyk z podstawówki wywołuje moje nazwisko. Nagle tracę ubrania, muszę podejść do odpowiedzi – robię to, mimo zimna i upokorzenia – a kiedy widzę liczby, zapominam wszystko, co wiem o matematyce. Szkoda, że stary belfer umarł, nim zdążyłem pochwalić mu się dyplomem. Może gdybym częściej odwiedzał Morneby albo dzwonił do rodziców, nie miałbym wiecznego poczucia, że coś jeszcze muszę załatwić…

– Wszystkie liczby są parzyste. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Emmy.

Odwróciłem się do niej.

– Ty jako jedyna dostałaś z klasówki sto procent, daj, proszę, szansę innym.

– Och… – zmieszała się. – Nie wiedziałam… Nie rozdał pan testów.

– A… no tak. – Przygryzłem wargę.

Musieli przeze mnie żyć w stresie. Kurwa.

– Spokojnie, poszło wam tragicznie, więc dostaniecie dwa terminy poprawy. Do systemu wpiszę najwyższą ocenę – oznajmiłem. – Możemy uznać sprawdzian za diagnostykę, co wy na to?

Kyle się zgłosił.

– Test diagnostyczny to tylko informacja o waszych słabych i mocnych stronach. Piszecie je na początku każdego semestru, Kyle.

– Dzięki, psorze.

– Nie jestem profesorem – mruknąłem i wróciłem do tablicy. – No… skoro wszystkie liczby są parzyste, to je upraszczamy. Dzielimy, żeby zrobiło się czytelniej.

Wykonałem kilka ruchów markerem, jedno skrócenie, drugie – równanie w zasadzie rozwiązało się samo.

– Dalej mamy kwadrat, więc będą dwa rozwiązania – dodałem już bardziej mimochodem.

– Dlaczego dwa? – odezwał się barczysty koleś z ostatniej ławki.

– Bo dodatnia i ujemna liczba po podniesieniu do kwadratu dają to samo. Przerabialiśmy to na początku semestru.

Pokiwał tępo głową. Oczywiście, że nie pamiętał…

– Podstawiamy i wychodzi… – rzuciłem, zerkając na tablicę.

– Szesnaście? – wtrąciła Susie.

Spojrzałem na nią.

– Pytasz czy odpowiadasz?

– Cztery plus dwanaście… – przeliczyła na głos. – To szesnaście.

Uśmiechnąłem się.

– Dokładnie.

Tym razem uczniowie faktycznie zaczęli pisać. Cud pedagogiczny!

– Pierwiastek z szesnastu? – dopytałem jeszcze.

– Cztery – odpowiedziało kilka osób naraz.

– No proszę, jednak potraficie mówić. I na koniec: plus albo minus. Dwa wyniki, zadanie rozwiązane. – Odłożyłem marker. – Cała filozofia. Nic skomplikowanego. Czy wszyscy jesteśmy na tej samej planecie? Kyle?

– Taaa. – Chłopak zacisnął usta, wbijając wzrok w tablicę. – Jak pan to tak pierwiastkuje i matematykuje, to ma sens.

– Bo to zawsze ma sens – odrzekłem spokojnie. – Tylko wy próbujecie robić wszystko naraz, nie notujecie każdego działania, część obliczacie za pomocą kalkulatora, część w głowie i nastaje chaos.

Oparłem lędźwie o biurko, czując, jak zmęczenie znowu daje o sobie znać.

A może zjem dziś meksykańskie?

– Ja chyba nadal nie czaję. – Zgłosił się nasz klasowy futbolista, Jason.

– Ale czego „nie czaisz”, Jason? – Chciałem wiedzieć.

– W sumie… To wszystkiego. Jakie liczby podzielne? O co z tym chodzi? I gdzie tu ta logika?

Rozmasowałem skroń.

Chłopie, zapisz się na korki, ja wysiadam, ale nie powiem ci tego w twarz, bo za bardzo lubię swój nos i coś czuję, że twoja kariera naukowa obchodzi cię mniej niż chęć naparzania się z ludźmi, którzy cię obrażają.

Odbiłem się od mebla, wsunąłem dłonie w kieszenie ciasnych jeansów i przeszedłem się po sali. Musiałem znaleźć sposób, by trafić do nich wszystkich, a na razie szło mi to tak marnie, jak trafianie piłką do bramki na każdych zajęciach sportowych w szkole.

– Matematyka to zbiór… – zacząłem.

– Bez zbiorów, tego już absolutnie nie ogarniam – wtrącił Kyle.

Zaśmiałem się z bezradności.

– Okej, to inaczej. – Stanąłem przy ostatnich ławkach.

Uczniowie siedzący z przodu obrócili głowy.

– Potraktujcie całą teorię matematyczną jak instrukcję obsługi – zasugerowałem. – Na pewno kiedyś składaliście meble albo… Sam nie wiem, graliście w jakąś grę. Tam też są wytyczne. – Spojrzałem na Jasona. – Czy w sporcie są zasady? – zadałem mu wybitnie głupie pytanie.

– No tak – potwierdził, robiąc minę, jakby odkrywał właśnie Amerykę.

– W matmie też – pociągnąłem. – Tak samo w życiu. Nie popełniamy przestępstw, bo zakazuje nam tego prawo. A przez konwenanse, to, co „wypada” lub nie, czasem powstrzymujemy się też od robienia rzeczy, których pragniemy. Albo wybieramy drogę na skróty, choć Google Maps każe nam iść inną ścieżką. Ta droga na skróty to na przykład skracanie ułamków albo korzystanie ze wzorów, choć jeśli ich nie znamy, dojdziemy do takiego samego wyniku bez ich użycia. Możemy obliczyć połowę działania w głowie, połowę na kartce, jednak to doprowadzi do bałaganu w notatkach, a on sprawi, że z łatwością się pogubimy.

– Do czego pan zmierza? – zapytała skonfundowana Susie.

Matka zawsze powtarzała, że mam skłonności do wpadania w dygresje.

A było wystawić wszystkim pałę i zacząć nowy temat.

– Do tego, że liczby to fakty. Na poziomie liceum matematyka sprowadza się do porządku i schematu. Dlatego porównałem ją do instrukcji obsługi albo do prawa.

Wróciłem pod tablicę.

– Jeżeli użyjecie wzoru, uzyskacie pożądany, poprawny wynik – dodałem. – Tak samo jak otrzymacie dyplom, jeśli zaliczycie moje zajęcia i zdacie egzaminy. Nie wpadniecie pod samochód, jeżeli zaczekacie na zielone światło. Nie wylądujecie na wytrzeźwiałce, gdy nie napijecie się wódki. – Wzruszyłem ramionami. – To aż takie proste!

Widząc, że Kyle się zgłasza, powstrzymałem przewrócenie oczami.

– Kyle… – Oddałem mu głos.

– A czynnik losowy? – dopytał.

Zmarszczyłem brwi.

– To wykracza poza zakres waszego materiału, nie musisz się nim przejmować – odparłem.

– Chodziło mi o życie – doprecyzował. – Są rzeczy, których nie da się kontrolować. Mogę nie dostać dyplomu, bo na szkołę spadnie meteoryt. Jakiś debil za kółkiem zignoruje sygnalizację świetlną. Ktoś doleje mi absyntu do drinka. – Zrobił znaczącą minę. – Nie mamy wpływu na decyzje innych ludzi, na pogodę, na to, że czasem czujemy się gównianie…

Moja metafora właśnie poszła się pieprzyć.

– Zresztą… – Chłopak całkiem się odpalił. Ciekawe, czy na innych przedmiotach też snuł takie wywody. – Gdybyśmy zawsze postępowali zgodnie z zasadami, byłoby nudno. Każdy z nas wiódłby identyczne, pozbawione ekscesów, szare życie. Bylibyśmy jak mrówki albo… No nie wiem… Armia żywych trupów sterowana przez Białych Wędrowców. – Uniosłem brew, kiedy tak samo jak ja na początku lekcji nawiązał do Gry o Tron. – No i… bądźmy szczerzy, panie Redford, samych siebie też nie zawsze możemy kontrolować.

– Nie? – Zrobiłem zaciekawioną minę.

Mały dupek właśnie burzył mi światopogląd. Poczułem, że zaczynam się pocić. To nie była wina Kyle’a, a ja niepotrzebnie go demonizowałem. Nie chciałem tego robić, tym samym potwierdziłem tezę chłopaka. Stosowałem mechanizm obronny. Mur, który przez lata tak pieczołowicie budowałem, kruszył się i kruszył pod ciężarem każdego jego słowa.

– Potrafimy kontrolować swoje reakcje, ale nie uczucia, a one czynią nas tym, kim jesteśmy – podsumował.

Kim jestem? Odpowiedzialnym dorosłym, ponieważ oświadczyłem się dziewczynie, kiedy wyznała, iż zaszła ze mną w ciążę. Nauczycielem matematyki, bo nie byłem w stanie połączyć wczesnego ojcostwa z robotyką. Ojcem starającym się wychować jedenastolatkę. Synem, który nie dzwoni, ale ułożył sobie życie i nikogo nie zawiódł. Jestem podatnikiem, kredytobiorcą, trybikiem systemu… Jestem… Szczęśliwy! Jestem bardzo, kurwa, szczęśliwy! Moja żona to cudowna kobieta. Sąsiedzi na klatce się z nami witają, nikt nie wytyka nas palcami, mieszkańcy Morneby wierzą, że robię karierę! Moja matka jest ze mnie dumna. Przekazałem dalej nazwisko, skończyłem studia, kupiłem mieszkanie… Jak miałbym nie być szczęśliwy? Takie są fakty, a tylko prawda – coś, co da się obliczyć oraz potwierdzić – stanowi bezpieczeństwo. Moje życie to wzór. Bardzo prosty wzór. Pozbawiony czynnika losowego. Popełniliśmy z Niną błąd, bo się nie zabezpieczyliśmy, lecz i tak wyliczyliśmy równanie, gdyż wyszliśmy na prostą. Wszystko jest dobrze. Ja jestem dobry. Jestem…

– Ma pan wpływ na to, co pan czuje? – wałkował Kyle.

Nie udzieliłem odpowiedzi. Nie zarejestrowałem momentu, w którym usiadłem na biurku, a nie za nim. Rozpiąłem jeden guziczek koszuli. Mój trampek znowu się rozwiązał. Wsunąłem palce we włosy i odetchnąłem.

– Czy po prostu odczuwa pan różne rzeczy i świadomie wybiera, co z tymi emocjami zrobić?

Jamie… Pierdolony Jamie Hawley by cię uwielbiał, Kyle.

– Panie Redford? – zapytała z troską Emma.

Panie Redford? Mój ojciec to „pan Redford”. Mam na imię Sam. Jestem debilem, który chodzi na imprezy tylko po to, żeby pogapić się na Jamiego Hawleya i liczyć, że potem pójdziemy do jego sypialni, żeby się całować. Nie… Nie idźmy w tę stronę, błagam. Jestem mężem, ojcem, jestem…

– Jestem gejem – wypaliłem na głos.

W sali zapadła grobowa cisza. Te słowa opuściły moje usta po raz pierwszy w życiu i nie miałem pojęcia, co nastąpi po nich. Zrobiłem się blady jak kartka, a okulary zsunęły mi się z nosa.

Poczułem się trochę jak umęczony, grany przez Hugh Granta, archetyp smutnego Brytyjczyka. Chciałbym, żeby zagrał mnie Hugh Grant. Jego symetryczna twarz przyprawiała mnie o skręt kiszek już od dzieciaka. Mama zawsze puszczała filmy, w których grał, i razem z moją siostrą do niego wzdychały. Im wolno było zachwycać się aktorami, podczas gdy ja czułem, że nie powinienem. Tak samo jak Hazel mogła śmiało twierdzić, że Jamie z każdym dniem coraz bardziej przystojnieje. Mnie nie wypadało tak mówić ani okazywać zazdrości. Kim bym był, gdybym kazał Hazel trzymać łapy z dala od Hawleya, ponieważ to ja zdążyłem już odkryć wszystkie jego czułe punkty, wiem, gdzie pocałować, by się zaczerwienił, i potrafię doskonale określić, czy jego mina oznacza podniecenie, czy zwyczajnie się ze mną droczy.

Kim bym był, gdybym przestał kłamać, że seks z Niną nie stanowił w moim wykonaniu aktu desperacji. No kim? Ale… Czułem te wszystkie rzeczy, myślałem o nich. Taki jest fakt. Prosta matma. Nic szczególnego.

– Panie Redford? – Susie odezwała się ponownie.

Przełknąłem ślinę, poprawiłem okulary i odchrząknąłem. Uczniowie wgapiali się we mnie jak apostołowie w zmartwychwstałego Jezusa.

– YouMeSushi na Mare Street – chlapnął znienacka Kyle.

– Hm? – Początkowo nie zrozumiałem, o czym mówi.

– Zamknęli pana ulubiony sushi bar – wyjaśnił. – Po YouMeSushi nigdy się jeszcze nie posrałem, więc polecam.

Rozchyliłem wargi. Właśnie wyszedłem z szafy, w której tkwiłem od trzydziestu lat. I co? Świat się nie skończył? Oceany nie wyschły, wulkany nie wybuchły, a planeta nie pękła na pół?

– Możemy jeszcze raz przerobić te równania? – zapytał Jason. – Serio nie ogarniam, o co chodzi.

– I kiedy poprawka? – dopytała jakaś dziewczyna, która dotychczas nie brała udziału w konwersacji.

Zerknąłem na Kyle’a, bo spodziewałem się, że to wszystko spokój przed burzą i zaraz padnie jakiś nieprzyjemny komentarz. Chłopak nie podniósł nawet wzroku znad telefonu.

– Uuu, mają ramen z owocami morza – powiedział bardziej do siebie niż do mnie.

Czy on naprawdę przeglądał teraz menu sushi baru?

Obróciłem się w stronę tablicy, aby zmazać zapisane na niej zadanie.

– Jestem gejem – wyszeptałem tak, by nikt nie usłyszał. – Żona mnie zajebie.Rozdział siódmy

Sam Szlaban Redford

Morneby, 2008

Nie rozumiałem panującej w domu ekscytacji. Zaproszeni przez rodziców goście byli zwyczajnie męczący. Kręcąc się pod ich nogami, zdążyłem nieumyślnie wsadzić rękę w pięć talerzy, potknąć się o własne sznurówki i zirytować każdą ciotkę. Prawie wypiłem drinka zamiast soku.

Wódka jest obrzydliwa. Jak dorośli mogą sięgać po nią z własnej woli?

Jakimś cudem dotarłem do holu, choć miałem wrażenie, że lada moment skończę jednak w łazience, bo najadłem się zbyt dużej ilości cukru. Mama twierdziła, że od słodyczy zaczynam chodzić po ścianach, a tata tylko przewracał oczami i posyłał mi karcące spojrzenia. Po opchaniu się tortem uznałem, że skoro nadal żyję, muszę mieć jakąś supermoc. Prawda była taka, iż jedyne, co wówczas miałem, to spowodowane przebywaniem w tłumie załamanie nerwowe. Nasz dom nie był mały, aczkolwiek z grubsza sześćdziesiąt osób to ponad wszelką wątpliwość za dużo, kiedy każdy jest odstawiony jak szczur na otwarcie kanału, no i wszyscy płaczą.

– Sammy! – Jakaś baba z długaśnymi, różowymi paznokciami oraz brwiami odrysowanymi od szklanki niedelikatnie złapała mnie za ramiona.

– Yyy… – Nie potrafiłem się wysłowić.

Babsztyl zaczął ciągnąć mnie w stronę jadalni, czyli do epicentrum zamieszania. Pośrodku stał Finn, ubrany w zdecydowanie za drogi garnitur. Ojciec zjeździł z nim chyba całe Suffolk, by znaleźć ubranie odpowiednie na przyjęcie zaręczynowe. Mój brat obejmował Celeste, która przy okazji trzymała palce na ramieniu biednej, równie przytłoczonej co ja, Hazel. Wymieniliśmy z siostrą spanikowane spojrzenia. Pani, która mnie tu przyprowadziła, okazała się fotografką. Zdaniem matki, najlepszą na Wyspach! Ale Emily Redford wszystko to, co wybrała, uważała za najlepsze, tak że średnio wierzyłem w tę opinię.

– Sam. – Mama cicho na mnie syknęła, a potem przeprosiła kobietę z aparatem.

Zostałem przyciągnięty do uścisku przez Finna i Celeste. Teraz oboje z Hazel czuliśmy na plecach drapiące cekiny z sukienki przyszłej bratowej. Rodzice stanęli po obu stronach narzeczonych.

– Masz tu czekoladę – szepnęła siostra, wskazując kącik moich ust.

Było za późno, aby coś z tym zrobić, a i tak podjąłem się próby starcia plamy.

Wtem błysnął flesz. Zrobiłem wielkie oczy. Zamrugałem szybciej, po czym obróciłem głowę, przez co czekolada znalazła się na ubraniu Celeste. Film w aparacie się skończył. Mama zaczęła mnie ochrzaniać, tata poprosił o spokój, Hazel się zaśmiała, a Finn spróbował uspokoić przyszłą żonę.

– To nie moja wina! – jęknąłem. – To Hazel!

– Nie-e!

Tak naprawdę to była wina babci, która nałożyła mi kolejny kawałek ciasta, mówiąc, że wyglądam marnie i koledzy pewnie się ze mnie śmieją. Każdy dzieciak wyglądałby marnie z włosami wyprostowanymi prostownicą, ubrany w za wielki, błękitny garnitur po starszym bracie! Spąsowiałem ze wstydu i ciepła. Zazdrościłem siostrze, że ma na sobie sukienkę. Oczywiście nie chciałem nosić nic „dziewczyńskiego”, ale od chodzenia latem w tych wykrochmalonych spodniach odparzył mi się cały tyłek.

– Mam zapasową kliszę! – Głos fotografki przedarł się przez kakofonię dźwięków.

Niestety została zignorowana. Biorąc głęboki oddech, zrobiłem krok w jej stronę. Może i byłem powodem dramatu, lecz nikt nie zamierzał wysłuchać, co mam do powiedzenia.

– Niech pani nie bierze tego do siebie, taki urok Redfordów. – Wzruszyłem ramionami.

Głęboko świadomy faktu, że jeśli teraz odejdę, nad kominkiem zawiśnie moje zdjęcie z brudną twarzą, wyrwałem się bratu. Musiałem przyznać, że Redfordowie byli całkiem chaotyczni, choć mama piekliła się, gdy ktoś nam to wytykał. Dumna nauczycielka matematyki w Alde Valley Academy nie mogła sobie pozwolić na posiadanie „chaotycznej rodziny”. Dbała o to, abyśmy z Hazel zawsze mieli wyprasowane ubrania, Finn musiał przestrzegać godziny policyjnej nawet po osiemnastce, nie mogliśmy przeklinać ani mówić niczego głupiego przy sąsiadach. Ich opinia stanowiła świętość, tak samo jak zdanie babci, wszystkich ciotek oraz ojca. Hector Redford nie pochodził z wyższych sfer, a jednak nierzadko odnosiłem inne wrażenie. Miał wiecznie niezadowoloną, poważną minę i ściągnięte brwi. Nigdy nie widziałem ojca bez koszuli, no chyba że na plaży. A zdarzało mi się zobaczyć bez niej Martina Hawleya. Jamie zawsze się śmiał, że tata zakłada bluzę wyłącznie, kiedy przychodzą goście. Żałowałem, że Hawleyów tu nie ma. To Finn i Celeste organizowali przyjęcie, więc to oni zaprosili rodzinę oraz swoich znajomych. Mama kategorycznie zabroniła mi i Hazel zabrania przyjaciół.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij