- nowość
Sługa ciemności - ebook
Sługa ciemności - ebook
Bracia Janek i Robert po stracie rodziców trafiają z naszego świata do krainy Elironu.Dołączają tam do Ordo Orphanes – Bractwa Sierot – i angażują się w walkę o przyszłość królestwa.
Mimo że jesteśmy sami, nikt z nas nie kroczy samotnie– mawiają główni bohaterowie. Mają przecież siebie. Mają Iskry – niezwykłe talenty, z pomocą których walczą o przetrwanie Elironu. I swoje przeznaczenie.
„Sługa ciemności” to drugi tom tej niezwykłej opowieść o bezgranicznej przyjaźni i oddaniu, ale też o chęci zemsty, która potrafi zaprowadzić w najciemniejsze odmęty ludzkiej słabości. To również historia o tym, że nie wszystko wydaje się takie, jakim jest na pierwszy rzut oka. Że jedna napotkana osoba może odmienić całe życie tej, która jej zaufała. Tylko czy na dobre? Po tej lekturze słowa „Ja jestem burzą” jeszcze na długo pozostają w głowie.
Kategoria: | Fantasy |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 9788368264135 |
Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DUMA ARETH GELLAN
Wewnątrz panował półmrok, ale Morrighen nie potrzebowała oświetlenia, aby mieć niezachwianą pewność, którędy powinna podążać. Jej bez mała kilkusetletnia nieobecność w tym miejscu nie zdołała zatrzeć wspomnień każdego zakamarka, każdego zakrętu, każdej ścieżki, których dokładne położenie zdawało się wryć w jej pamięć.
Zatrzymała się przy niepozornej na pierwszy rzut oka wnęce, położyła rękę na kawałku odstającego rzeźbienia i przejechała z czułością po drewnianej materii, z której powstało. Dokładnie pod nim widniało kłębowisko korzeni, zastygniętych w zwiniętych splotach.
– _Asse’eth_ – wyszeptała.
Na te słowa korzenie ożyły, wijąc się niczym węże, rozsuwając się na boki i prezentując ukryte przejście, a za nim absolutną czerń mroku.
Morrighen zamknęła oczy, napawając się tą chwilą. Wspomnienia napłynęły do niej całymi chmarami, niczym ławica ruchliwych ryb. Mogłaby przysiąc, że wyraźnie słyszy głosy członków jej rodziny, przyjaciół, a nawet tych, którzy doprowadzili do jej ostatecznego upodlenia i wygnania.
Spośród całego mrowia przeszłych zdarzeń wyłuskała i skupiła się na jednym konkretnym, którego wspomnienie w chwilach największego zwątpienia zawsze przynosiło jej otuchę. „Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Morrighen” – zdanie rozległo się w jej głowie, niemal tak wyraźnie, jakby wypowiadające je osoby stały tuż obok niej, przebijając się przez zasłonę czasu.
Schyliła się i przeszła pod rzeźbieniem, zanurzając się w ciemność. Wyuczony nawyk nakazał jej przystanąć w progu, a następnie postawić dłuższy krok, aby nie uruchomić czyhającej na nieproszonych gości pułapki, a potem pewnie ruszyła w dół spiralnymi schodami, nie czyniąc przy tym najmniejszego hałasu. Panujący wokół mrok zatarł wszelkie kontury, wszelkie barwy, nawet czerwień jej płaszcza została zdominowana przez nieprzeniknioną czerń.
Morrighen doskonale pamiętała dzień, w którym po raz pierwszy zmuszono ją do przywdziania tego charakterystycznego ubioru w ramach dodatkowej, osobliwej kary. Barwa odzienia miała ją naznaczyć, przypominać jej o niewinnej krwi, którą niegdyś przelała.
Uśmiechnęła się do siebie, ponieważ już dawno temu zmieniła znaczenie kolorytu ubioru tak, aby kojarzył się jej z zemstą, którą długo i pieczołowicie układała w głowie. „Dopiero teraz poleje się krew” – obiecała sobie w duchu z mściwą satysfakcją.
„Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Morrighen” – wspomnienie wróciło do niej, nie pozwalając się ignorować.
Kierowała się w dół, rozmyślając o dniu, w którym została Natchnioną, elfim magiem, przynosząc dumę rodzinie oraz chlubę pamięci zmarłego nieco wcześniej ojca. Jej powołaniem stała się Ścieżka Wiatru, będąca jedną z czterech sztuk władania żywiołami. Jej wuj, który zajął się nią i jej talentami po śmierci rodzica, niemal nie posiadał się z radości, gdy bratanica dołączyła do tego elitarnego grona.
Moc była silna w rodzinie Morrighen, ale jej własne umiejętności zostały ostatecznie przeegzaminowane oraz wyrzeźbione na polu bitwy, gdzie elfom przyszło się mierzyć z ludźmi, rasą niewdzięcznych istot, która podniosła rękę na swoich dobroczyńców. Niezliczone boje, nieustanne poczucie niebezpieczeństwa, narażanie swego życia – to właśnie te czynniki wydobyły jej największe talenty na światło dzienne, nadały im lśnienia. Nie było to dziełem przypadku, że w ramach szczególnych zasług nadano jej wielce zaszczytne miano Dumy Areth Gellan.
A potem wojna z ludźmi dobiegła końca i, paradoksalnie, nastały jeszcze gorsze, mroczniejsze czasy, w których krew elfów płynęła w bratobójczej walce. Czasy, gdy chowano się za niewidzialną ścianą pozorów i zbytecznego poczucia winy wobec rasy, która opuściła Areth Gellan, świat elfów. Czas arcytrudnych decyzji, nieodwracalnych wyborów i najwyższego poświęcenia. Okres balansowania między tym, co wygodne, a tym, co konieczne.
To właśnie wtedy musiała pokazać, z jakiego kruszcu została wykuta, że mimo licznych wątpliwości, morza przelanych łez, dni i nocy pełnych wyrzeczeń, bólu oraz samotności to właśnie ona jest tą, która sprawi, że elfia chwała wróci na należne jej miejsce. Nawet jeśli miałaby zmierzyć się z całym światem, gdyby przyszło jej dokonać największych poświęceń – wiedziała, że jest gotowa na wszystko, aby sprostać zadaniu.
Rzeczywistość miała jednak wobec niej inne plany.
Przewrotność losu najdobitniej pokazała jej, że ten, kto wspina się na najbardziej zaszczytne stanowiska i sięga po sławę oraz splendor, może niezwykle boleśnie spaść z piedestału, wprost na samo dno.
Mimo odniesionej porażki, mimo zdrady, Morrighen nie dała się złamać, nie pozbawiono jej dumy i woli walki. Pomimo nałożenia na nią Klątwy Spętania, mimo najgorszego pohańbienia jej postaci, zmienienia jej w znienawidzonego człowieka, mimo wygnania, nie załamała się, nie poddała. Gardziła słabością, bo życie było bezlitosne dla tych, którzy ją okazywali.
Nawet nie zauważyła, kiedy doszła do końca schodów i stanęła na płaskim gruncie. Na znajdującą się przed nią ścianę padał niebieskawy blask, który zapewniał jako takie źródło światła. Bezpośrednio za jej plecami było przejście do komory, z której sączyła się bladoniebieska poświata.
Morrighen odwróciła się do wejścia. Stała w bezruchu kilka uderzeń serca, po czym ruszyła przed siebie, trzymając dłoń na rękojeści miecza. Po przestąpieniu progu zdążyła uczynić zaledwie kilka kroków, gdy ktoś zaszedł ją bezszelestnie od tyłu i kopnął w zgięcie kolan, aby zmusić ją do klęknięcia. Niemal od razu poczuła sztych miecza przystawiony do karku.
– Kim jesteś? – zapytał ktoś stojący za jej plecami, a uczynił to najczystszą formą języka elfickiego, którego od tak dawna nie dane jej było słyszeć. Muzyka dla jej uszu.
Spodziewała się strażników i byłaby wielce zdziwiona i rozczarowana, gdyby ich tutaj zabrakło. Pozwoliła się zaskoczyć, aby czym prędzej móc wcielić w życie swoje plany. Z zaciemnienia po obu stronach komnaty wyłoniły się jeszcze dwie postaci.
„Dzięki niech będą Żywiołom! Loża wciąż istnieje” – odetchnęła w myślach z ulgą.
Pomieszczenie, do którego wkroczyła, było owalne. W czterech miejscach ustawiono cienkie filary, na końcu których osadzono kulę wielkości jabłka. To właśnie z nich, niemal leniwie, sączyła się niebieskawa poświata, która płynęła przez pomieszczenie na podobieństwo mgły, pozostawiając większość komnaty w mroku. Gdzieniegdzie z powały nad głowami zwisały poskręcane korzenie, a w powietrzu unosił się zastały, ziemisty zapach.
Wzrok Morrighen prześliznął się po zbliżających się do niej sylwetkach, okutanych od stóp do głów w czarne, maskujące odzienie, a następnie skierował się do ledwo zauważalnego cokołu, stojącego po drugiej stronie pomieszczenia. To właśnie tam ustawiony został pierwszy cel jej wyprawy do siedziby Loży Cienia – bractwa, którego była częścią tak dawno temu i za którego członkinię wciąż się uważała.
– Pytam po raz ostatni: kim jesteś? – Głos za jej plecami stał się jeszcze bardziej naglący.
– Jestem Morrighen, córka Arcynatchnionego Ifilindira. Natchniona Ścieżki Powietrza, Duma Areth Gellan – wymieniała spokojnym, wyważonym głosem dziewczyna, używając swego rodzimego języka, choć miała wrażenie, jakby po tak długiej przerwie wyszła z wprawy i kaleczyła go, nieporadnie wypowiadając kolejne słowa. – Druga w dowodzeniu po Wielkim Mistrzu Loży Cieni, obłożona Klątwą Spętania i wygnana z naszego świata.
Zapadła nienaturalna cisza, która zdawała się nieco przeciągać.
– Kto taki? – zapytała postać po jej lewej, której oczy w kształcie migdałów zwęziły się w zauważalnym skupieniu. Twarz strażnika została zakryta, a oczy przybrudzone specjalną sadzą z wodorostów, całkowicie uniemożliwiając odkrycie jego tożsamości.
Morrighen skrzywiła się. Liczyła, że kogokolwiek by nie zastała w komorze głównej, od razu poprowadzi ją na spotkanie w Wielkim Mistrzem. Nie spodziewała się większych trudności. Nie z jej imieniem i legendą, którą po sobie zostawiła.
– Ellin – postać po prawej okazała się kobietą – to jest człowiek! – Jej głos był pełen zdumienia.
„Nie wymawiamy swoich imion przy obcych, durnie!” – Morrighen zrugała w myślach strażników, przypominając sobie zasady panujące w Loży.
– Dawniej, za zdradzanie tożsamości naszych braci i sióstr, czekała surowa kara. Czy w trakcie mojej nieobecności reguła bractwa została zmieniona? – zapytała zamiast tego.
Pchnięto ją w plecy, ignorując jej wątpliwości. Zachwiała się, ale udało jej się podtrzymać rękoma, dzięki czemu nie padła twarzą na ziemię. Otoczono ją szczelniejszym kordonem, ale dwie z trzech postaci nie dobyły jeszcze broni. Mało delikatnie zerwano jej kaptur i zadarto głowę do góry, ciągnąc brutalnie za włosy.
– Masz rację. – Postać po jej lewej przyglądała się klęczącej bez żadnego zakłopotania. – To jest człowiek. Jak się tutaj dostałaś, bezrozumna istoto?
– Mam na imię Morrighen. – Dziewczyna nie dała się zastraszyć i, z trudem zachowując opanowanie, powtórzyła, kim jest: – Natchniona Ścieżki Powietrza, Duma… – Nie zdołała dokończyć, ponieważ stojący za nią raz jeszcze kopnął ją w plecy, a dziewczyna runęła do przodu. Tym razem uderzyła twarzą o klepisko, ale szybko się podniosła, masując obolały policzek.
– Gdy się odzywasz i kalasz to miejsce, masz klęczeć z głową posłusznie opuszczoną do dołu – wycedziła przez zęby zamaskowana kobieta. – To jest pozycja, w jakiej człowiek powinien odpowiadać elfowi.
„Wystarczy tej zabawy” – pomyślała Morrighen, rozzłoszczona nie na żarty.
Gdy przekroczyła bramę światów i znalazła się w Areth Gellan, moc pulsowała w niej jakby od niechcenia, niemrawo, zaznaczała swoją obecność, ale zdawała się nieśmiała, jak gdyby należała do kogoś innego. Teraz ta sama potęga domagała się uwolnienia, bezwzględnego i natychmiastowego działania, siania spustoszenia, aktu zemsty za doznane krzywdy i niegodne traktowanie.
Morrighen podniosła głowę, a bladoniebieskie światło momentalnie zgasło, ulotniło się, jakby zostało wchłonięte przez przeważający w kątach mrok. Ciemność, która nastała, była absolutna, nieprzenikniona. Dziewczyna przeturlała się do przodu, wykorzystując lukę między dwoma strażnikami, unikając tym samym dźgnięcia w kark, wyprowadzonego przez postać stojącą za nią. Szybko obnażyła przytroczone do pasa ostrze, ale zamiast ciąć nieświadomego przeciwnika, uderzyła go głowicą w potylicę, pozbawiając przytomności. Kobietę stojącą obok uderzyła płazem miecza, osiągając ten sam efekt.
Morrighen bezszelestnie przesunęła się za plecy ostatniego elfa, a gdy chwilę później niebieskawa mgła ponownie poczęła sączyć się z kul na filarach, przytomny strażnik poczuł ostrze miecza przyłożone do swojego karku.
– Mam na imię Morrighen – powtórzyła po raz trzeci. – Jestem członkinią Loży Cieni. Nigdy nie byłam i nie będę przeklętym człowiekiem. Mimo mylącej oczy postaci – splunęła z pogardą. – Prowadź do Wielkiego Mistrza. Teraz. – Jej głos był twardy niczym stal.
– Loża już nie istnieje – powiedział zdezorientowany elf.
– Łżesz – warknęła Morrighen, czując, jak potęguje w niej coraz większa złość.
Jeden z pozbawionych przytomności jęknął i przewrócił się na bok. Kobieta natomiast musiała w pełni oprzytomnieć, ponieważ usiadła z wyraźnym trudem i złapała się za obolałą głowę.
– On mówi prawdę – potwierdziła słabym głosem. – Kazano nam pilnować artefaktu. – Skinęła za siebie, co nie obyło się bez syknięcia z bólu. – Wielki Mistrz rozwiązał Lożę. Zrobił to oficjalnie. Uklęknął przed królem, zawierając z nim rozejm.
– Uklęknął? Rozejm? – Morrighen powtórzyła pełnym niedowierzania głosem. Odjęła miecz od karku elfa. – W takim razie, po co tutaj stacjonujecie? – To, co słyszała, nie mieściło jej się w głowie.
– Wielki Mistrz powołał nas do strzeżenia Kamienia chwilę przed zakończeniem wojny domowej. Powiedział, że przyjdzie czas, gdy jego moc zostanie wykorzystana do ostatecznej walki, walki o wszystko. Sam mieszka teraz na królewskim dworze i jest doradcą króla.
„Musisz być silna, Morrighen. Za nas wszystkich” – usłyszała głos Wielkiego Mistrza, zanim wydarzenia potoczyły się nie po ich myśli, na chwilę przed nieudanym zamachem. Niedługo przed jej wygnaniem. „Pamiętaj, że Loża będzie trwać wiecznie, że nigdy nie przegra, bo jej misja jest słuszna”.
– Nie wierzę w to. Wielki Mistrz nie sprzeniewierzyłby ideałów Loży – powiedziała, cofając się o krok. Patrzyła na strażników, jakby byli ułudą, sennym majakiem, który za chwilę zniknie. – To wszystko nie ma sensu – niemal wyszeptała na koniec.
– Powiedział, że Loża nie ma już prawa bytu, że jej zadanie dobiegło końca.
– Nie! – krzyknęła ze wzbierającej w niej bezsilności.
Przepchnęła się przez stojącego na jej drodze elfa i ruszyła do zatopionego w półmroku cokołu w przeciwnym końcu pomieszczenia.
– Co robisz? – zapytała elfka, próbując chwycić ją za rękę i zatrzymać.
– Biorę to, co mi się należy.
– Nie mam pojęcia, kim naprawdę jesteś, ale nie możemy na to pozwolić. Nikomu, poza Wielkim Mistrzem, nie wolno ruszać Kamienia Ciemności – usłyszała za swoimi plecami, a wypowiedzianemu zdaniu akompaniował dźwięk ostrzy wyciąganych z pochew.
Morrighen stanęła, nie odwracając się do strażników.
– Jeśli zaatakujecie, nie zaznacie już litości z mojej strony. Odstąpcie lub gińcie. Nie chcę mieć na rękach waszej krwi.
Zawód, którego doznała, sprawił, że przestała myśleć logicznie. Nie była już w stanie podchodzić do oceny sytuacji z chłodną rezerwą, nabytą przez dekady planowania zemsty oraz pielęgnowania w sobie jakże nikłej i ulotnej nadziei, że nadejdzie dzień, w którym będzie mogła urzeczywistnić swoje plany. Czuła, jak zaczyna pochłaniać ją czarna, bezdenna dziura, której fundamentem istnienia staje się tylko jeden cel: zagłada wszystkiego, co stanie na jej drodze.
Była świadoma, że Mistrz nie mógł wybrać byle kogo do strzeżenia Kamienia, że troje elfów, którym za kilka uderzeń serca odbierze życie, musi stanowić elitarne grono, wybrane do nadzwyczajnie ważnego zadania, w obronie którego zdolni będą do najwyższego poświęcenia.
Ruszyli wszyscy naraz. Bez krzyków, gróźb czy zbędnego hałasu. Morrighen uskoczyła przed ostrzem z lewej, aby ułamek sekundy później uchylić się przed ciosem z prawej. Płynnie przemknęła pod oboma uderzeniami, wyprowadzając swoje. Były one oszczędne, zaskakujące i, przede wszystkim, śmiercionośne w swojej naturze. Dwoje przeciwników osunęło się na ziemię, zanim dotarła do nich myśl, że umierają.
Nikt z nich nie był świadomy kunsztu w fechtunku, jakim dysponowała Duma Areth Gellan, oraz doświadczenia, dzięki któremu owe umiejętności zostały nabyte.
A potem ostatni ze strażników rzucił się naprzód. Morrighen zbiła cios do dołu, błyskawicznie podniosła upuszczone przez martwego strażnika ostrze, związała krótkim młyńcem klingę własną oraz przeciwnika, a zdobytą bronią cięła ukośnie, wykręcając nadgarstek w nieco niewygodnej pozycji. Wystarczyło, aby zakończyć zmagania. Ostatni ze strażników runął bez ducha na ziemię.
Morrighen wypuściła powietrze z płuc, uspokajając się. Było jej żal tych żyć, które odebrała, ale zdawała sobie sprawę, że nie miała innego wyjścia. Zginęłaby, gdyby nie dobyła broni. Nie pozwolono by jej odejść z Kamieniem, nie czując oddechu zażartego pościgu na karku.
Zważyła w dłoni miecz, który odebrała przeciwnikowi. Elfie ostrze było smuklejsze, jednosieczne, nieco zakrzywione przy końcu. Broń był zdecydowanie lżejsza i wytworniejsza, aniżeli jej odpowiednik wykonany przez ludzi. Dziewczyna schowała za pas swój dawny miecz, a w pochwie umieściła nową zdobycz.
Obróciła się, aby wreszcie móc ujrzeć cel jej wizyty. Na stojącym niedaleko niej niewielkim cokole majaczył bliżej nieokreślony przedmiot. Ciężko było dostrzec od razu, co to jest, ponieważ wokół miejsca gromadziła się nienaturalna ciemność. Ta zachowywała się niemalże jak żywa istota, wijąc się wokół cokołu i ustawionego na nim przedmiotu. Pasma mroku wirowały, rozlewały się, aby za chwilę skupić się w jedną wiązkę. Unosiły się w powietrzu, leniwie płynąc koncentrycznymi kręgami, ale nie było wątpliwości, że to ustawiony tam przedmiot emituje tę ciemność, której skupiska mogły przywodzić na myśl macki, badające otoczenie wokół.
„Kamień Ciemności” – pomyślała, łapiąc się na tym, że zaczyna nią powodować coraz silniejsza trwoga.
Morrighen podeszła wolno do cokołu i wyciągnęła ku niemu rękę, ale zawahała się w połowie drogi. Nie był to pierwszy raz, kiedy to miała dotknąć Kamienia, ale nie opuszczało jej poczucie strachu, lepkiego i nieprzyjemnego, który przyczepił się do niej i za nic nie chciał dać jej spokoju. Wreszcie przełamała niewygodne uczucie i sięgnęła po przedmiot.
Doskonale znała jego chropowatą fakturę oraz zdumiewającą lekkość. Kamień był mocno ukruszony u góry, cylindrowaty w swoim kształcie. Morrighen nie spodziewała się żadnych dodatkowych przeszkód czy pułapek czyhających na nieostrożnych podróżnych, którzy zawędrowaliby w te okolice i napatoczyli się na jeden z najgroźniejszych oraz najpotężniejszych artefaktów, jakim dysponowała elfia cywilizacja. Którego właściwości nadal pozostawały w dużej mierze nieodkryte, a który, jeśli zaistniała taka potrzeba, potrafił sam bronić się przed niepowołanymi rękoma.
Dziewczyna pewniej chwyciła zdobycz i nagle zmarszczyła brwi. Jej oblicze skrzywiło się w grymasie niepewności, który szybko przemienił się w wyraz frustracji, a następnie narastającej wściekłości. Cisnęła przedmiotem o ścianę, a ten roztrzaskał się na drobniejsze części.
– Niech Żywioły pochłoną Wielkiego Mistrza i Lożę! – wrzasnęła, dając upust swej furii. – Jak mogłeś mi to zrobić!? – wykrzyczała pytanie, choć wiedziała, że adresata jej wątpliwości na pewno nie ma w tej komnacie. – Jak mogłeś skazać mnie na to wszystko i odebrać szansę na zemstę? – zapytała, tym razem już cicho.
Osunęła się na ziemię i rozpłakała, nie tamując dłużej żalu, który narastał w niej od momentu, gdy usłyszała, że jej długo i skrzętnie realizowane plany runęły w gruzach, że ostatni przyczółek tego, w co wierzyła, został pogrzebany i nie ma już tych, z którymi wiązała swoje nadzieje. Artefakt, który miał stać się początkiem jej triumfalnego powrotu, okazał się idealną podróbką, falsyfikatem, wykonanym przez niesamowicie zręcznego rzemieślnika, mistrza w swoim fachu.
Siedziała tak jakiś czas, nie potrafiąc zapanować nad rozpaczą, która nią zawładnęła. Jej ramionami wstrząsały kolejne niekontrolowane spazmy płaczu, aż wreszcie Morrighen uspokoiła się, uderzyła pięścią w ziemię, na której siedziała, otarła łzy i wstała.
Ta dziwna ciemność, którą powinien emanować prawdziwy artefakt, nadal tam była, snuła się, nie mając punktu zaczepienia – niepodważalny dowód na to, że prawdziwy Kamień Ciemności jeszcze niedawno się tutaj znajdował!
Była Duma Areth Gellan potoczyła wzrokiem po rozbitym falsyfikacie, a następnie po martwych strażnikach.
– To jeszcze nie koniec – powiedziała, poprawiła czerwony płaszcz i ruszyła w kierunku spiralnych schodów.
„Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Morrighen” – usłyszała po raz ostatni w swojej głowie, a potem wszystkie głosy ostatecznie ucichły. ■ROZDZIAŁ 2.
WIĘZIEŃ
Chłodny wiatr owiał twarz Roberta i sprawił, że wysechł ślad po niedawno przelanych łzach. Chłopak przycupnął na niewielkiej skalnej półce i wpatrywał się w zbocza piętrzących się dokoła gór. Tak mocno pogrążył się w myślach, że nie zwracał uwagi na panujący chłód, nie otulił się szczelniej futrzanym kapturem mimo kolejnego, gwałtownego podmuchu lodowatego wiatru.
Nie miał pojęcia, jak długo tak siedział pogrążony w bezruchu, ale gdy uświadomił sobie, że wysłano go tutaj, aby pełnił wartę i rozglądał się za jakąkolwiek obecnością nieprzyjaciół, zawstydził się, uświadamiając sobie swoją nieprzydatność. Co gorsza, jego postawa narażała odpoczywające niedobitki Ordo Orphanes na niebezpieczeństwo, a to mogło czaić się na każdym kroku tej niegościnnej, północnej krainy. Rozejrzał się nerwowo, ale nie dostrzegł niczego niepokojącego, więc sprawdził, czy mimo mrozu broń łatwo wysuwa się z pochwy – zalecenie Piotrusia dla stacjonujących poza pieczarą.
Miejsce ich obecnego postoju wzięli za dar od losu. Gdy po kilkugodzinnej ucieczce poruszali się już ostatkiem sił, mechanicznie przestawiając nogę za nogą, Gerda wróciła z wiadomością, że niedaleko znajduje się jaskinia. Nie było ani czasu, ani chęci na marudzenie, zresztą w ogóle nie było nastroju na jakiekolwiek rozmowy. Gretel szła przed siebie jak we śnie, wyglądając jak cień dawnej siebie. Patrzyła jedynie pod nogi ze spojrzeniem wiecznie ukrytym za kurtyną łez.
Dotarli na miejsce, gdy słońce schowało się za jednym ze szczytów, a temperatura od razu zareagowała na zmianę pory dnia i zaczęła raptownie spadać. Zanim jednak Gerda dotarła do nich z optymistyczną wieścią, Robert mimowolnie przestraszył się, że poświęcenie Hansela może pójść na marne, bo oto przyjdzie im zamarznąć na tym lodowym odludziu. Na szczęście los zaczął im teraz jako tako sprzyjać i mogli złapać nieco oddechu w przepastnej pieczarze, której pogrążone w ciemności korytarze meandrowały dalej, do wnętrza góry.
„Cieszę się, że nasze drogi się skrzyżowały” – Robert zobaczył oczyma wyobraźni twarz Hansela na chwilę przed tym, jak zniknął, a potem zeszła lawina. „Opiekuj się Gerdą” – brzmiało jego ostatnie zalecenie dla przyjaciela, jego ostatnie życzenie.
Paląca żądza zemsty zawładnęła Robertem, rozlała się po jego ciele, przynosząc uczucie gorąca mimo panujących warunków.
– Winni zapłacą za twoją śmierć – powiedział na głos, a z jego ust popłynął obłok pary. Mocniej uchwycił rękojeść miecza, jakby ten miał stać się świadkiem jego przysięgi. – Sforsujemy wrota Kłów Północy i… i… – zabrakło mu słów, ponieważ nie wiedział, kogo próbował przekonać do łatwości, z jaką deklarował dalsze działania. Nie mieli armii, nie mieli siły, nie mieli szansy na powodzenie. A przede wszystkim nie było powodu, aby z powrotem pchać się w paszczę niebezpieczeństwa i ryzyka niewoli.
– I nie będziesz w tym wszystkim sam, a winni zapłacą za nasze krzywdy – dobiegło go za plecami, na tyle niespodziewanie, że Robert podskoczył nieco, sięgając do broni. Gdy zobaczył, że to Kaj dołączył do niego na jego wachcie, odprężył się i odjął dłoń od rękojeści miecza.
– Nie śpisz? – Chłopak zeskoczył ostrożnie z półki i dopiero teraz odczuł, jak bardzo zesztywniały mu nogi od niewygodnej pozycji.
– Nie mogę usnąć. – Kaj zbliżył się do Roberta i zapatrzył się na okolicę. – Myślę o wszystkich niedawnych wydarzeniach i nie umiem tego ogarnąć umysłem. Ktoś prowadzi z nami niezwykle niebezpieczną grę. – Medyk zasępił się, nie odrywając wzroku od pogrążonych w mroku zagajników, którymi zbocza gór były szczodrze upstrzone. – Pytanie tylko, kto ją rozpoczął i jaka jest jej stawka? I z czyjego poduszczenia działał zdrajca Olaf? Bo to, że nie działał sam, jest dla mnie oczywiste. Szczęście w nieszczęściu, że i jego zabrała lawina.
Robert pokiwał głową na znak, że zgadza się ze zdaniem druha.
– Czy Piotruś ma jakieś pomysły? Jakiś plan działania?
– Jeśli ma takowe, to nie zdążył się jeszcze nimi podzielić. Trwa przy Gretel, ponieważ to ona teraz najbardziej potrzebuje naszego wsparcia.
Robert uświadomił sobie nagle, że prowadzona z Kajem wymiana zdań po raz pierwszy pozbawiona jest wszelkich pretensji czy animozji. Nie wspominając o tym, że była najdłuższą i najbardziej rzeczową rozmową, jaką zdołali odbyć od czasu pojawienia się braci w Elironie.
– Kaj… – Chłopak postanowił iść za ciosem i wykorzystać zmianę w ich wzajemnych relacjach. – Czy… Czy ty…?
– Otrułem Eframa? A jak sądzisz? – Kaj zmarszczył się jeszcze bardziej, a Robert pomyślał, że źle ocenił sytuację i lada moment nastąpi ponowne ochłodzenie w jego stosunkach z historykiem.
– Myślę, że nie – chłopak odparł bez chwili zwłoki, ale nie na tyle szybko, aby Kaj pomyślał, że kłamie, aby zyskać jego sympatię. – Nie ratowałbyś mu życia w pałacu, aby go potem otruć. Posłuchaj – Robert zbliżył się do swego rozmówcy, aby móc spojrzeć mu w oczy i przekonać, że tocząca się rozmowa jest szczera – wiemy z Jankiem o twojej przeszłości. Wiemy o tym, że trucizny oraz inne… – Robert szukał chwilę odpowiednich słów – mniej powszechne praktyki nie są ci obce.
Kaj patrzył na niego z nutą podejrzliwości, ale nie przerywał mu, czekając, w jakim kierunku podąży ich rozmowa.
– Piotruś nie uważa twoich zainteresowań za źródło niebezpieczeństwa – ciągnął dalej starszy z braci. – Przeciwnie, myśli, że twoja przeszłość, twoja wiedza mogą kiedyś okazać się dla nas, dla Ordo, wielce pomocne. Ja też tak uważam – podsumował wreszcie i nie było wahania w jego głosie. Już jakiś czas temu ostatecznie utwierdził się w przekonaniu, że Ordo Orphanes są jego rodziną, na dobre i na złe, i że wzajemne podejrzenia nie przyniosą im żadnych korzyści. Jedynie straty. – I wiem, że dobro Elironu, w tym jego władcy, zawsze leży w twoim sercu. Bez względu na okoliczności.
Kaj przyglądał się dłuższą chwilę Robertowi w milczeniu, aż wreszcie zauważalnie się odprężył.
– Dziękuję – powiedział. – To wiele dla mnie znaczy.
Robert uśmiechnął się delikatnie na słowa towarzysza.
– Spójrz! – Kaj wskazał na górujące nad nimi niebo, a jego oczy zrobiły się wielkie z zachwytu.
Po nieboskłonie sunęła opalizująca, zielona wstęga, której połyskliwe światło nadawało firmamentowi bajeczny charakter. Robert stał obok przyjaciela z szeroko rozdziawionymi ustami, przyglądając się grze barw i odcieni, chłonąc urok zjawiska.
– Zorza polarna! – powiedział po długiej ciszy.
– Dziwna nazwa. U nas mówi się na to „światła północy” – wyjaśnił Kaj, który wpatrywał się w niebo z nie mniejszą fascynacją niż Robert. – Mówi się, że wstęgi światła przebijają się do naszego świata ze świata umarłych, że ci, którzy odeszli, przyglądają się nam z góry, próbując przesłać swoje myśli, ponieważ stamtąd dostrzegają o wiele więcej niż żyjący.
– Hansel… – głos chłopaka załamał się, ale wciąż nie odrywał wzroku od firmamentu. – Jeśli tam jesteś, jeśli masz dla nas jakąś radę, naprawdę jakąkolwiek… Chętnie z niej teraz skorzystamy.
Robert popatrzył jeszcze chwilę na dziwowisko, aż w końcu poprawił futrzany kołnierz, włożył ręce pod pachy, aby je nieco rozgrzać, odwrócił się i udał się w kierunku pieczary, aby zdać raport Piotrusiowi.
*****
Wewnątrz panował lekki chłód, ale dzięki przygotowanemu na tę wyprawę odzieniu, które w obecnych okolicznościach doskonale spełniało swoją funkcję, odpoczynek stawał się możliwy.
Po drodze do pieczary udało im się zebrać…
.
.
.
…(fragment)…
Całość dostępna w wersji pełnej
BESTSELLERY
- Wydawnictwo: SuperNowaFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: FantasyWiedźmin Geralt to kulturowy fenomen naszego stulecia! Postać stworzona przez Andrzeja Sapkowskiego zawładnęła umysłami milionów ludzi na całym świecie! Zatem opowieść trwa, a historia nie kończy się nigdy...39,99 zł39,99 zł
- Wydawnictwo: MAGFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: FantasyChirurg, zmuszony do porzucenia swej sztuki i zostania żołnierzem w najbardziej brutalnej wojnie od niepamiętnuch czasów. Skrytobójca, morderca, który płacze, kiedy zabija. Oszust, młoda kobieta, skrywajaca za płaszczem z kłamstw ...EBOOK
41,67 zł 55,35
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- EBOOK39,99 zł
- Wydawnictwo: SuperNowaFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: FantasyWiedźmin Geralt to kulturowy fenomen naszego stulecia! Postać stworzona przez Andrzeja Sapkowskiego zawładnęła umysłami milionów ludzi na całym świecie! Zatem opowieść trwa, a historia nie kończy się nigdy...39,99 zł39,99 zł
- Wydawnictwo: SuperNowaFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: FantasyWiedźmin Geralt to kulturowy fenomen naszego stulecia! Postać stworzona przez Andrzeja Sapkowskiego zawładnęła umysłami milionów ludzi na całym świecie! Zatem opowieść trwa, a historia nie kończy się nigdy...39,99 złEBOOK39,99 zł