Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • nowość

Sługa ciemności - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
28 marca 2025
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
42,99

Sługa ciemności - ebook

Bracia Janek i Robert po stracie rodziców trafiają z naszego świata do krainy Elironu.Dołączają tam do Ordo Orphanes – Bractwa Sierot – i angażują się w walkę o przyszłość królestwa.

Mimo że jesteśmy sami, nikt z nas nie kroczy samotnie– mawiają główni bohaterowie. Mają przecież siebie. Mają Iskry – niezwykłe talenty, z pomocą których walczą o przetrwanie Elironu. I swoje przeznaczenie.

„Sługa ciemności” to drugi tom tej niezwykłej opowieść o bezgranicznej przyjaźni i oddaniu, ale też o chęci zemsty, która potrafi zaprowadzić w najciemniejsze odmęty ludzkiej słabości. To również historia o tym, że nie wszystko wydaje się takie, jakim jest na pierwszy rzut oka. Że jedna napotkana osoba może odmienić całe życie tej, która jej zaufała. Tylko czy na dobre? Po tej lekturze słowa „Ja jestem burzą” jeszcze na długo pozostają w głowie.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368264135
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG.
DUMA ARETH GEL­LAN

We­wnątrz pa­no­wał pó­łm­rok, ale Mor­ri­ghen nie po­trze­bo­wa­ła oświe­tle­nia, aby mieć nie­za­chwia­ną pew­no­ść, któ­rędy po­win­na podążać. Jej bez mała kil­ku­set­let­nia nie­obec­no­ść w tym miej­scu nie zdo­ła­ła za­trzeć wspo­mnień ka­żde­go za­ka­mar­ka, ka­żde­go za­krętu, ka­żdej ście­żki, któ­rych do­kład­ne po­ło­że­nie zda­wa­ło się wryć w jej pa­mi­ęć.

Za­trzy­ma­ła się przy nie­po­zor­nej na pierw­szy rzut oka wnęce, po­ło­ży­ła rękę na ka­wa­łku od­sta­jące­go rze­źbie­nia i prze­je­cha­ła z czu­ło­ścią po drew­nia­nej ma­te­rii, z któ­rej po­wsta­ło. Do­kład­nie pod nim wid­nia­ło kłębo­wi­sko ko­rze­ni, za­sty­gni­ętych w zwi­ni­ętych splo­tach.

– _Asse’eth_ – wy­szep­ta­ła.

Na te sło­wa ko­rze­nie oży­ły, wi­jąc się ni­czym węże, roz­su­wa­jąc się na boki i pre­zen­tu­jąc ukry­te prze­jście, a za nim ab­so­lut­ną cze­rń mro­ku.

Mor­ri­ghen za­mknęła oczy, na­pa­wa­jąc się tą chwi­lą. Wspo­mnie­nia na­pły­nęły do niej ca­ły­mi chma­ra­mi, ni­czym ła­wi­ca ru­chli­wych ryb. Mo­gła­by przy­si­ąc, że wy­ra­źnie sły­szy gło­sy człon­ków jej ro­dzi­ny, przy­ja­ciół, a na­wet tych, któ­rzy do­pro­wa­dzi­li do jej osta­tecz­ne­go upodle­nia i wy­gna­nia.

Spo­śród ca­łe­go mro­wia prze­szłych zda­rzeń wy­łu­ska­ła i sku­pi­ła się na jed­nym kon­kret­nym, któ­re­go wspo­mnie­nie w chwi­lach naj­wi­ęk­sze­go zwąt­pie­nia za­wsze przy­no­si­ło jej otu­chę. „Je­ste­śmy z cie­bie tacy dum­ni, Mor­ri­ghen” – zda­nie roz­le­gło się w jej gło­wie, nie­mal tak wy­ra­źnie, jak­by wy­po­wia­da­jące je oso­by sta­ły tuż obok niej, prze­bi­ja­jąc się przez za­sło­nę cza­su.

Schy­li­ła się i prze­szła pod rze­źbie­niem, za­nu­rza­jąc się w ciem­no­ść. Wy­uczo­ny na­wyk na­ka­zał jej przy­sta­nąć w pro­gu, a na­stęp­nie po­sta­wić dłu­ższy krok, aby nie uru­cho­mić czy­ha­jącej na nie­pro­szo­nych go­ści pu­łap­ki, a po­tem pew­nie ru­szy­ła w dół spi­ral­ny­mi scho­da­mi, nie czy­ni­ąc przy tym naj­mniej­sze­go ha­ła­su. Pa­nu­jący wo­kół mrok za­ta­rł wszel­kie kon­tu­ry, wszel­kie bar­wy, na­wet czer­wień jej płasz­cza zo­sta­ła zdo­mi­no­wa­na przez nie­prze­nik­nio­ną cze­rń.

Mor­ri­ghen do­sko­na­le pa­mi­ęta­ła dzień, w któ­rym po raz pierw­szy zmu­szo­no ją do przy­wdzia­nia tego cha­rak­te­ry­stycz­ne­go ubio­ru w ra­mach do­dat­ko­wej, oso­bli­wej kary. Bar­wa odzie­nia mia­ła ją na­zna­czyć, przy­po­mi­nać jej o nie­win­nej krwi, któ­rą nie­gdyś prze­la­ła.

Uśmiech­nęła się do sie­bie, po­nie­waż już daw­no temu zmie­ni­ła zna­cze­nie ko­lo­ry­tu ubio­ru tak, aby ko­ja­rzył się jej z ze­mstą, któ­rą dłu­go i pie­czo­ło­wi­cie ukła­da­ła w gło­wie. „Do­pie­ro te­raz po­le­je się krew” – obie­ca­ła so­bie w du­chu z mści­wą sa­tys­fak­cją.

„Je­ste­śmy z cie­bie tacy dum­ni, Mor­ri­ghen” – wspo­mnie­nie wró­ci­ło do niej, nie po­zwa­la­jąc się igno­ro­wać.

Kie­ro­wa­ła się w dół, roz­my­śla­jąc o dniu, w któ­rym zo­sta­ła Na­tchnio­ną, el­fim ma­giem, przy­no­sząc dumę ro­dzi­nie oraz chlu­bę pa­mi­ęci zma­rłe­go nie­co wcze­śniej ojca. Jej po­wo­ła­niem sta­ła się Ście­żka Wia­tru, będąca jed­ną z czte­rech sztuk wła­da­nia ży­wio­ła­mi. Jej wuj, któ­ry za­jął się nią i jej ta­len­ta­mi po śmier­ci ro­dzi­ca, nie­mal nie po­sia­dał się z ra­do­ści, gdy bra­ta­ni­ca do­łączy­ła do tego eli­tar­ne­go gro­na.

Moc była sil­na w ro­dzi­nie Mor­ri­ghen, ale jej wła­sne umie­jęt­no­ści zo­sta­ły osta­tecz­nie prze­eg­za­mi­no­wa­ne oraz wy­rze­źbio­ne na polu bi­twy, gdzie el­fom przy­szło się mie­rzyć z lu­dźmi, rasą nie­wdzi­ęcz­nych istot, któ­ra pod­nio­sła rękę na swo­ich do­bro­czy­ńców. Nie­zli­czo­ne boje, nie­ustan­ne po­czu­cie nie­bez­pie­cze­ństwa, na­ra­ża­nie swe­go ży­cia – to wła­śnie te czyn­ni­ki wy­do­by­ły jej naj­wi­ęk­sze ta­len­ty na świa­tło dzien­ne, nada­ły im lśnie­nia. Nie było to dzie­łem przy­pad­ku, że w ra­mach szcze­gól­nych za­sług nada­no jej wiel­ce za­szczyt­ne mia­no Dumy Areth Gel­lan.

A po­tem woj­na z lu­dźmi do­bie­gła ko­ńca i, pa­ra­dok­sal­nie, na­sta­ły jesz­cze gor­sze, mrocz­niej­sze cza­sy, w któ­rych krew el­fów pły­nęła w bra­to­bój­czej wal­ce. Cza­sy, gdy cho­wa­no się za nie­wi­dzial­ną ścia­ną po­zo­rów i zby­tecz­ne­go po­czu­cia winy wo­bec rasy, któ­ra opu­ści­ła Areth Gel­lan, świat el­fów. Czas ar­cy­trud­nych de­cy­zji, nie­od­wra­cal­nych wy­bo­rów i naj­wy­ższe­go po­świ­ęce­nia. Okres ba­lan­so­wa­nia mi­ędzy tym, co wy­god­ne, a tym, co ko­niecz­ne.

To wła­śnie wte­dy mu­sia­ła po­ka­zać, z ja­kie­go krusz­cu zo­sta­ła wy­ku­ta, że mimo licz­nych wąt­pli­wo­ści, mo­rza prze­la­nych łez, dni i nocy pe­łnych wy­rze­czeń, bólu oraz sa­mot­no­ści to wła­śnie ona jest tą, któ­ra spra­wi, że el­fia chwa­ła wró­ci na na­le­żne jej miej­sce. Na­wet je­śli mia­ła­by zmie­rzyć się z ca­łym świa­tem, gdy­by przy­szło jej do­ko­nać naj­wi­ęk­szych po­świ­ęceń – wie­dzia­ła, że jest go­to­wa na wszyst­ko, aby spro­stać za­da­niu.

Rze­czy­wi­sto­ść mia­ła jed­nak wo­bec niej inne pla­ny.

Prze­wrot­no­ść losu naj­do­bit­niej po­ka­za­ła jej, że ten, kto wspi­na się na naj­bar­dziej za­szczyt­ne sta­no­wi­ska i si­ęga po sła­wę oraz splen­dor, może nie­zwy­kle bo­le­śnie spa­ść z pie­de­sta­łu, wprost na samo dno.

Mimo od­nie­sio­nej po­ra­żki, mimo zdra­dy, Mor­ri­ghen nie dała się zła­mać, nie po­zba­wio­no jej dumy i woli wal­ki. Po­mi­mo na­ło­że­nia na nią Klątwy Spęta­nia, mimo naj­gor­sze­go po­ha­ńbie­nia jej po­sta­ci, zmie­nie­nia jej w znie­na­wi­dzo­ne­go czło­wie­ka, mimo wy­gna­nia, nie za­ła­ma­ła się, nie pod­da­ła. Gar­dzi­ła sła­bo­ścią, bo ży­cie było bez­li­to­sne dla tych, któ­rzy ją oka­zy­wa­li.

Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy do­szła do ko­ńca scho­dów i sta­nęła na pła­skim grun­cie. Na znaj­du­jącą się przed nią ścia­nę pa­dał nie­bie­ska­wy blask, któ­ry za­pew­niał jako ta­kie źró­dło świa­tła. Bez­po­śred­nio za jej ple­ca­mi było prze­jście do ko­mo­ry, z któ­rej sączy­ła się bla­do­nie­bie­ska po­świa­ta.

Mor­ri­ghen od­wró­ci­ła się do we­jścia. Sta­ła w bez­ru­chu kil­ka ude­rzeń ser­ca, po czym ru­szy­ła przed sie­bie, trzy­ma­jąc dłoń na ręko­je­ści mie­cza. Po prze­stąpie­niu pro­gu zdąży­ła uczy­nić za­le­d­wie kil­ka kro­ków, gdy ktoś za­sze­dł ją bez­sze­lest­nie od tyłu i kop­nął w zgi­ęcie ko­lan, aby zmu­sić ją do klęk­ni­ęcia. Nie­mal od razu po­czu­ła sztych mie­cza przy­sta­wio­ny do kar­ku.

– Kim je­steś? – za­py­tał ktoś sto­jący za jej ple­ca­mi, a uczy­nił to naj­czyst­szą for­mą języ­ka el­fic­kie­go, któ­re­go od tak daw­na nie dane jej było sły­szeć. Mu­zy­ka dla jej uszu.

Spo­dzie­wa­ła się stra­żni­ków i by­ła­by wiel­ce zdzi­wio­na i roz­cza­ro­wa­na, gdy­by ich tu­taj za­bra­kło. Po­zwo­li­ła się za­sko­czyć, aby czym prędzej móc wcie­lić w ży­cie swo­je pla­ny. Z za­ciem­nie­nia po obu stro­nach kom­na­ty wy­ło­ni­ły się jesz­cze dwie po­sta­ci.

„Dzi­ęki niech będą Ży­wio­łom! Loża wci­ąż ist­nie­je” – ode­tchnęła w my­ślach z ulgą.

Po­miesz­cze­nie, do któ­re­go wkro­czy­ła, było owal­ne. W czte­rech miej­scach usta­wio­no cien­kie fi­la­ry, na ko­ńcu któ­rych osa­dzo­no kulę wiel­ko­ści ja­błka. To wła­śnie z nich, nie­mal le­ni­wie, sączy­ła się nie­bie­ska­wa po­świa­ta, któ­ra pły­nęła przez po­miesz­cze­nie na po­do­bie­ństwo mgły, po­zo­sta­wia­jąc wi­ęk­szo­ść kom­na­ty w mro­ku. Gdzie­nie­gdzie z po­wa­ły nad gło­wa­mi zwi­sa­ły po­skręca­ne ko­rze­nie, a w po­wie­trzu uno­sił się za­sta­ły, zie­mi­sty za­pach.

Wzrok Mor­ri­ghen prze­śli­znął się po zbli­ża­jących się do niej syl­wet­kach, oku­ta­nych od stóp do głów w czar­ne, ma­sku­jące odzie­nie, a na­stęp­nie skie­ro­wał się do le­d­wo za­uwa­żal­ne­go co­ko­łu, sto­jące­go po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia. To wła­śnie tam usta­wio­ny zo­stał pierw­szy cel jej wy­pra­wy do sie­dzi­by Loży Cie­nia – brac­twa, któ­re­go była częścią tak daw­no temu i za któ­re­go człon­ki­nię wci­ąż się uwa­ża­ła.

– Py­tam po raz ostat­ni: kim je­steś? – Głos za jej ple­ca­mi stał się jesz­cze bar­dziej na­glący.

– Je­stem Mor­ri­ghen, cór­ka Ar­cy­natch­nio­ne­go Ifi­lin­di­ra. Na­tchnio­na Ście­żki Po­wie­trza, Duma Areth Gel­lan – wy­mie­nia­ła spo­koj­nym, wy­wa­żo­nym gło­sem dziew­czy­na, uży­wa­jąc swe­go ro­dzi­me­go języ­ka, choć mia­ła wra­że­nie, jak­by po tak dłu­giej prze­rwie wy­szła z wpra­wy i ka­le­czy­ła go, nie­po­rad­nie wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne sło­wa. – Dru­ga w do­wo­dze­niu po Wiel­kim Mi­strzu Loży Cie­ni, obło­żo­na Klątwą Spęta­nia i wy­gna­na z na­sze­go świa­ta.

Za­pa­dła nie­na­tu­ral­na ci­sza, któ­ra zda­wa­ła się nie­co prze­ci­ągać.

– Kto taki? – za­py­ta­ła po­stać po jej le­wej, któ­rej oczy w kszta­łcie mig­da­łów zwęzi­ły się w za­uwa­żal­nym sku­pie­niu. Twarz stra­żni­ka zo­sta­ła za­kry­ta, a oczy przy­bru­dzo­ne spe­cjal­ną sa­dzą z wo­do­ro­stów, ca­łko­wi­cie unie­mo­żli­wia­jąc od­kry­cie jego to­żsa­mo­ści.

Mor­ri­ghen skrzy­wi­ła się. Li­czy­ła, że ko­go­kol­wiek by nie za­sta­ła w ko­mo­rze głów­nej, od razu po­pro­wa­dzi ją na spo­tka­nie w Wiel­kim Mi­strzem. Nie spo­dzie­wa­ła się wi­ęk­szych trud­no­ści. Nie z jej imie­niem i le­gen­dą, któ­rą po so­bie zo­sta­wi­ła.

– El­lin – po­stać po pra­wej oka­za­ła się ko­bie­tą – to jest czło­wiek! – Jej głos był pe­łen zdu­mie­nia.

„Nie wy­ma­wia­my swo­ich imion przy ob­cych, dur­nie!” – Mor­ri­ghen zru­ga­ła w my­ślach stra­żni­ków, przy­po­mi­na­jąc so­bie za­sa­dy pa­nu­jące w Loży.

– Daw­niej, za zdra­dza­nie to­żsa­mo­ści na­szych bra­ci i sióstr, cze­ka­ła su­ro­wa kara. Czy w trak­cie mo­jej nie­obec­no­ści re­gu­ła brac­twa zo­sta­ła zmie­nio­na? – za­py­ta­ła za­miast tego.

Pchni­ęto ją w ple­cy, igno­ru­jąc jej wąt­pli­wo­ści. Za­chwia­ła się, ale uda­ło jej się pod­trzy­mać ręko­ma, dzi­ęki cze­mu nie pa­dła twa­rzą na zie­mię. Oto­czo­no ją szczel­niej­szym kor­do­nem, ale dwie z trzech po­sta­ci nie do­by­ły jesz­cze bro­ni. Mało de­li­kat­nie ze­rwa­no jej kap­tur i za­dar­to gło­wę do góry, ci­ągnąc bru­tal­nie za wło­sy.

– Masz ra­cję. – Po­stać po jej le­wej przy­gląda­ła się klęczącej bez żad­ne­go za­kło­po­ta­nia. – To jest czło­wiek. Jak się tu­taj do­sta­łaś, bez­ro­zum­na isto­to?

– Mam na imię Mor­ri­ghen. – Dziew­czy­na nie dała się za­stra­szyć i, z tru­dem za­cho­wu­jąc opa­no­wa­nie, po­wtó­rzy­ła, kim jest: – Na­tchnio­na Ście­żki Po­wie­trza, Duma… – Nie zdo­ła­ła do­ko­ńczyć, po­nie­waż sto­jący za nią raz jesz­cze kop­nął ją w ple­cy, a dziew­czy­na ru­nęła do przo­du. Tym ra­zem ude­rzy­ła twa­rzą o kle­pi­sko, ale szyb­ko się pod­nio­sła, ma­su­jąc obo­la­ły po­li­czek.

– Gdy się od­zy­wasz i ka­lasz to miej­sce, masz klęczeć z gło­wą po­słusz­nie opusz­czo­ną do dołu – wy­ce­dzi­ła przez zęby za­ma­sko­wa­na ko­bie­ta. – To jest po­zy­cja, w ja­kiej czło­wiek po­wi­nien od­po­wia­dać el­fo­wi.

„Wy­star­czy tej za­ba­wy” – po­my­śla­ła Mor­ri­ghen, roz­złosz­czo­na nie na żar­ty.

Gdy prze­kro­czy­ła bra­mę świa­tów i zna­la­zła się w Areth Gel­lan, moc pul­so­wa­ła w niej jak­by od nie­chce­nia, nie­mra­wo, za­zna­cza­ła swo­ją obec­no­ść, ale zda­wa­ła się nie­śmia­ła, jak gdy­by na­le­ża­ła do ko­goś in­ne­go. Te­raz ta sama po­tęga do­ma­ga­ła się uwol­nie­nia, bez­względ­ne­go i na­tych­mia­sto­we­go dzia­ła­nia, sia­nia spu­sto­sze­nia, aktu ze­msty za do­zna­ne krzyw­dy i nie­god­ne trak­to­wa­nie.

Mor­ri­ghen pod­nio­sła gło­wę, a bla­do­nie­bie­skie świa­tło mo­men­tal­nie zga­sło, ulot­ni­ło się, jak­by zo­sta­ło wchło­ni­ęte przez prze­wa­ża­jący w kątach mrok. Ciem­no­ść, któ­ra na­sta­ła, była ab­so­lut­na, nie­prze­nik­nio­na. Dziew­czy­na prze­tur­la­ła się do przo­du, wy­ko­rzy­stu­jąc lukę mi­ędzy dwo­ma stra­żni­ka­mi, uni­ka­jąc tym sa­mym dźgni­ęcia w kark, wy­pro­wa­dzo­ne­go przez po­stać sto­jącą za nią. Szyb­ko ob­na­ży­ła przy­tro­czo­ne do pasa ostrze, ale za­miast ciąć nie­świa­do­me­go prze­ciw­ni­ka, ude­rzy­ła go gło­wi­cą w po­ty­li­cę, po­zba­wia­jąc przy­tom­no­ści. Ko­bie­tę sto­jącą obok ude­rzy­ła pła­zem mie­cza, osi­ąga­jąc ten sam efekt.

Mor­ri­ghen bez­sze­lest­nie prze­su­nęła się za ple­cy ostat­nie­go elfa, a gdy chwi­lę pó­źniej nie­bie­ska­wa mgła po­now­nie po­częła sączyć się z kul na fi­la­rach, przy­tom­ny stra­żnik po­czuł ostrze mie­cza przy­ło­żo­ne do swo­je­go kar­ku.

– Mam na imię Mor­ri­ghen – po­wtó­rzy­ła po raz trze­ci. – Je­stem człon­ki­nią Loży Cie­ni. Ni­g­dy nie by­łam i nie będę prze­klętym czło­wie­kiem. Mimo my­lącej oczy po­sta­ci – splu­nęła z po­gar­dą. – Pro­wa­dź do Wiel­kie­go Mi­strza. Te­raz. – Jej głos był twar­dy ni­czym stal.

– Loża już nie ist­nie­je – po­wie­dział zdez­o­rien­to­wa­ny elf.

– Łżesz – wark­nęła Mor­ri­ghen, czu­jąc, jak po­tęgu­je w niej co­raz wi­ęk­sza zło­ść.

Je­den z po­zba­wio­nych przy­tom­no­ści jęk­nął i prze­wró­cił się na bok. Ko­bie­ta na­to­miast mu­sia­ła w pe­łni oprzy­tom­nieć, po­nie­waż usia­dła z wy­ra­źnym tru­dem i zła­pa­ła się za obo­la­łą gło­wę.

– On mówi praw­dę – po­twier­dzi­ła sła­bym gło­sem. – Ka­za­no nam pil­no­wać ar­te­fak­tu. – Ski­nęła za sie­bie, co nie oby­ło się bez syk­ni­ęcia z bólu. – Wiel­ki Mistrz roz­wi­ązał Lożę. Zro­bił to ofi­cjal­nie. Uklęk­nął przed kró­lem, za­wie­ra­jąc z nim ro­zejm.

– Uklęk­nął? Ro­zejm? – Mor­ri­ghen po­wtó­rzy­ła pe­łnym nie­do­wie­rza­nia gło­sem. Od­jęła miecz od kar­ku elfa. – W ta­kim ra­zie, po co tu­taj sta­cjo­nu­je­cie? – To, co sły­sza­ła, nie mie­ści­ło jej się w gło­wie.

– Wiel­ki Mistrz po­wo­łał nas do strze­że­nia Ka­mie­nia chwi­lę przed za­ko­ńcze­niem woj­ny do­mo­wej. Po­wie­dział, że przyj­dzie czas, gdy jego moc zo­sta­nie wy­ko­rzy­sta­na do osta­tecz­nej wal­ki, wal­ki o wszyst­ko. Sam miesz­ka te­raz na kró­lew­skim dwo­rze i jest do­rad­cą kró­la.

„Mu­sisz być sil­na, Mor­ri­ghen. Za nas wszyst­kich” – usły­sza­ła głos Wiel­kie­go Mi­strza, za­nim wy­da­rze­nia po­to­czy­ły się nie po ich my­śli, na chwi­lę przed nie­uda­nym za­ma­chem. Nie­dłu­go przed jej wy­gna­niem. „Pa­mi­ętaj, że Loża będzie trwać wiecz­nie, że ni­g­dy nie prze­gra, bo jej mi­sja jest słusz­na”.

– Nie wie­rzę w to. Wiel­ki Mistrz nie sprze­nie­wie­rzy­łby ide­ałów Loży – po­wie­dzia­ła, co­fa­jąc się o krok. Pa­trzy­ła na stra­żni­ków, jak­by byli ułu­dą, sen­nym ma­ja­kiem, któ­ry za chwi­lę znik­nie. – To wszyst­ko nie ma sen­su – nie­mal wy­szep­ta­ła na ko­niec.

– Po­wie­dział, że Loża nie ma już pra­wa bytu, że jej za­da­nie do­bie­gło ko­ńca.

– Nie! – krzyk­nęła ze wzbie­ra­jącej w niej bez­sil­no­ści.

Prze­pchnęła się przez sto­jące­go na jej dro­dze elfa i ru­szy­ła do za­to­pio­ne­go w pó­łm­ro­ku co­ko­łu w prze­ciw­nym ko­ńcu po­miesz­cze­nia.

– Co ro­bisz? – za­py­ta­ła elf­ka, pró­bu­jąc chwy­cić ją za rękę i za­trzy­mać.

– Bio­rę to, co mi się na­le­ży.

– Nie mam po­jęcia, kim na­praw­dę je­steś, ale nie mo­że­my na to po­zwo­lić. Ni­ko­mu, poza Wiel­kim Mi­strzem, nie wol­no ru­szać Ka­mie­nia Ciem­no­ści – usły­sza­ła za swo­imi ple­ca­mi, a wy­po­wie­dzia­ne­mu zda­niu akom­pa­nio­wał dźwi­ęk ostrzy wy­ci­ąga­nych z po­chew.

Mor­ri­ghen sta­nęła, nie od­wra­ca­jąc się do stra­żni­ków.

– Je­śli za­ata­ku­je­cie, nie za­zna­cie już li­to­ści z mo­jej stro­ny. Od­stąp­cie lub gi­ńcie. Nie chcę mieć na rękach wa­szej krwi.

Za­wód, któ­re­go do­zna­ła, spra­wił, że prze­sta­ła my­śleć lo­gicz­nie. Nie była już w sta­nie pod­cho­dzić do oce­ny sy­tu­acji z chłod­ną re­zer­wą, na­by­tą przez de­ka­dy pla­no­wa­nia ze­msty oraz pie­lęgno­wa­nia w so­bie ja­kże ni­kłej i ulot­nej na­dziei, że na­dej­dzie dzień, w któ­rym będzie mo­gła urze­czy­wist­nić swo­je pla­ny. Czu­ła, jak za­czy­na po­chła­niać ją czar­na, bez­den­na dziu­ra, któ­rej fun­da­men­tem ist­nie­nia sta­je się tyl­ko je­den cel: za­gła­da wszyst­kie­go, co sta­nie na jej dro­dze.

Była świa­do­ma, że Mistrz nie mógł wy­brać byle kogo do strze­że­nia Ka­mie­nia, że tro­je el­fów, któ­rym za kil­ka ude­rzeń ser­ca od­bie­rze ży­cie, musi sta­no­wić eli­tar­ne gro­no, wy­bra­ne do nad­zwy­czaj­nie wa­żne­go za­da­nia, w obro­nie któ­re­go zdol­ni będą do naj­wy­ższe­go po­świ­ęce­nia.

Ru­szy­li wszy­scy na­raz. Bez krzy­ków, gró­źb czy zbęd­ne­go ha­ła­su. Mor­ri­ghen usko­czy­ła przed ostrzem z le­wej, aby uła­mek se­kun­dy pó­źniej uchy­lić się przed cio­sem z pra­wej. Płyn­nie prze­mknęła pod obo­ma ude­rze­nia­mi, wy­pro­wa­dza­jąc swo­je. Były one oszczęd­ne, za­ska­ku­jące i, przede wszyst­kim, śmier­cio­no­śne w swo­jej na­tu­rze. Dwo­je prze­ciw­ni­ków osu­nęło się na zie­mię, za­nim do­ta­rła do nich myśl, że umie­ra­ją.

Nikt z nich nie był świa­do­my kunsz­tu w fech­tun­ku, ja­kim dys­po­no­wa­ła Duma Areth Gel­lan, oraz do­świad­cze­nia, dzi­ęki któ­re­mu owe umie­jęt­no­ści zo­sta­ły na­by­te.

A po­tem ostat­ni ze stra­żni­ków rzu­cił się na­przód. Mor­ri­ghen zbi­ła cios do dołu, bły­ska­wicz­nie pod­nio­sła upusz­czo­ne przez mar­twe­go stra­żni­ka ostrze, zwi­ąza­ła krót­kim mły­ńcem klin­gę wła­sną oraz prze­ciw­ni­ka, a zdo­by­tą bro­nią ci­ęła uko­śnie, wy­kręca­jąc nad­gar­stek w nie­co nie­wy­god­nej po­zy­cji. Wy­star­czy­ło, aby za­ko­ńczyć zma­ga­nia. Ostat­ni ze stra­żni­ków ru­nął bez du­cha na zie­mię.

Mor­ri­ghen wy­pu­ści­ła po­wie­trze z płuc, uspo­ka­ja­jąc się. Było jej żal tych żyć, któ­re ode­bra­ła, ale zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie mia­ła in­ne­go wy­jścia. Zgi­nęła­by, gdy­by nie do­by­ła bro­ni. Nie po­zwo­lo­no by jej ode­jść z Ka­mie­niem, nie czu­jąc od­de­chu za­żar­te­go po­ści­gu na kar­ku.

Zwa­ży­ła w dło­ni miecz, któ­ry ode­bra­ła prze­ciw­ni­ko­wi. El­fie ostrze było smu­klej­sze, jed­no­siecz­ne, nie­co za­krzy­wio­ne przy ko­ńcu. Broń był zde­cy­do­wa­nie lżej­sza i wy­twor­niej­sza, ani­że­li jej od­po­wied­nik wy­ko­na­ny przez lu­dzi. Dziew­czy­na scho­wa­ła za pas swój daw­ny miecz, a w po­chwie umie­ści­ła nową zdo­bycz.

Ob­ró­ci­ła się, aby wresz­cie móc uj­rzeć cel jej wi­zy­ty. Na sto­jącym nie­da­le­ko niej nie­wiel­kim co­ko­le ma­ja­czył bli­żej nie­okre­ślo­ny przed­miot. Ci­ężko było do­strzec od razu, co to jest, po­nie­waż wo­kół miej­sca gro­ma­dzi­ła się nie­na­tu­ral­na ciem­no­ść. Ta za­cho­wy­wa­ła się nie­ma­lże jak żywa isto­ta, wi­jąc się wo­kół co­ko­łu i usta­wio­ne­go na nim przed­mio­tu. Pa­sma mro­ku wi­ro­wa­ły, roz­le­wa­ły się, aby za chwi­lę sku­pić się w jed­ną wi­ąz­kę. Uno­si­ły się w po­wie­trzu, le­ni­wie pły­nąc kon­cen­trycz­ny­mi kręga­mi, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że to usta­wio­ny tam przed­miot emi­tu­je tę ciem­no­ść, któ­rej sku­pi­ska mo­gły przy­wo­dzić na myśl mac­ki, ba­da­jące oto­cze­nie wo­kół.

„Ka­mień Ciem­no­ści” – po­my­śla­ła, ła­pi­ąc się na tym, że za­czy­na nią po­wo­do­wać co­raz sil­niej­sza trwo­ga.

Mor­ri­ghen po­de­szła wol­no do co­ko­łu i wy­ci­ągnęła ku nie­mu rękę, ale za­wa­ha­ła się w po­ło­wie dro­gi. Nie był to pierw­szy raz, kie­dy to mia­ła do­tknąć Ka­mie­nia, ale nie opusz­cza­ło jej po­czu­cie stra­chu, lep­kie­go i nie­przy­jem­ne­go, któ­ry przy­cze­pił się do niej i za nic nie chciał dać jej spo­ko­ju. Wresz­cie prze­ła­ma­ła nie­wy­god­ne uczu­cie i si­ęgnęła po przed­miot.

Do­sko­na­le zna­ła jego chro­po­wa­tą fak­tu­rę oraz zdu­mie­wa­jącą lek­ko­ść. Ka­mień był moc­no ukru­szo­ny u góry, cy­lin­dro­wa­ty w swo­im kszta­łcie. Mor­ri­ghen nie spo­dzie­wa­ła się żad­nych do­dat­ko­wych prze­szkód czy pu­ła­pek czy­ha­jących na nie­ostro­żnych pod­ró­żnych, któ­rzy za­wędro­wa­li­by w te oko­li­ce i na­pa­to­czy­li się na je­den z naj­gro­źniej­szych oraz naj­po­tężniej­szych ar­te­fak­tów, ja­kim dys­po­no­wa­ła el­fia cy­wi­li­za­cja. Któ­re­go wła­ści­wo­ści na­dal po­zo­sta­wa­ły w du­żej mie­rze nie­od­kry­te, a któ­ry, je­śli za­ist­nia­ła taka po­trze­ba, po­tra­fił sam bro­nić się przed nie­po­wo­ła­ny­mi ręko­ma.

Dziew­czy­na pew­niej chwy­ci­ła zdo­bycz i na­gle zmarsz­czy­ła brwi. Jej ob­li­cze skrzy­wi­ło się w gry­ma­sie nie­pew­no­ści, któ­ry szyb­ko prze­mie­nił się w wy­raz fru­stra­cji, a na­stęp­nie na­ra­sta­jącej wście­kło­ści. Ci­snęła przed­mio­tem o ścia­nę, a ten roz­trza­skał się na drob­niej­sze części.

– Niech Ży­wio­ły po­chło­ną Wiel­kie­go Mi­strza i Lożę! – wrza­snęła, da­jąc upust swej fu­rii. – Jak mo­głeś mi to zro­bić!? – wy­krzy­cza­ła py­ta­nie, choć wie­dzia­ła, że ad­re­sa­ta jej wąt­pli­wo­ści na pew­no nie ma w tej kom­na­cie. – Jak mo­głeś ska­zać mnie na to wszyst­ko i ode­brać szan­sę na ze­mstę? – za­py­ta­ła, tym ra­zem już ci­cho.

Osu­nęła się na zie­mię i roz­pła­ka­ła, nie ta­mu­jąc dłu­żej żalu, któ­ry na­ra­stał w niej od mo­men­tu, gdy usły­sza­ła, że jej dłu­go i skrzęt­nie re­ali­zo­wa­ne pla­ny ru­nęły w gru­zach, że ostat­ni przy­czó­łek tego, w co wie­rzy­ła, zo­stał po­grze­ba­ny i nie ma już tych, z któ­ry­mi wi­ąza­ła swo­je na­dzie­je. Ar­te­fakt, któ­ry miał stać się po­cząt­kiem jej trium­fal­ne­go po­wro­tu, oka­zał się ide­al­ną pod­rób­ką, fal­sy­fi­ka­tem, wy­ko­na­nym przez nie­sa­mo­wi­cie zręcz­ne­go rze­mie­śl­ni­ka, mi­strza w swo­im fa­chu.

Sie­dzia­ła tak ja­kiś czas, nie po­tra­fi­ąc za­pa­no­wać nad roz­pa­czą, któ­ra nią za­wład­nęła. Jej ra­mio­na­mi wstrząsa­ły ko­lej­ne nie­kon­tro­lo­wa­ne spa­zmy pła­czu, aż wresz­cie Mor­ri­ghen uspo­ko­iła się, ude­rzy­ła pi­ęścią w zie­mię, na któ­rej sie­dzia­ła, ota­rła łzy i wsta­ła.

Ta dziw­na ciem­no­ść, któ­rą po­wi­nien ema­no­wać praw­dzi­wy ar­te­fakt, na­dal tam była, snu­ła się, nie ma­jąc punk­tu za­cze­pie­nia – nie­pod­wa­żal­ny do­wód na to, że praw­dzi­wy Ka­mień Ciem­no­ści jesz­cze nie­daw­no się tu­taj znaj­do­wał!

Była Duma Areth Gel­lan po­to­czy­ła wzro­kiem po roz­bi­tym fal­sy­fi­ka­cie, a na­stęp­nie po mar­twych stra­żni­kach.

– To jesz­cze nie ko­niec – po­wie­dzia­ła, po­pra­wi­ła czer­wo­ny płaszcz i ru­szy­ła w kie­run­ku spi­ral­nych scho­dów.

„Je­ste­śmy z cie­bie tacy dum­ni, Mor­ri­ghen” – usły­sza­ła po raz ostat­ni w swo­jej gło­wie, a po­tem wszyst­kie gło­sy osta­tecz­nie uci­chły. ■ROZDZIAŁ 2.
WI­ĘZIEŃ

Chłod­ny wiatr owiał twarz Ro­ber­ta i spra­wił, że wy­se­chł ślad po nie­daw­no prze­la­nych łzach. Chło­pak przy­cup­nął na nie­wiel­kiej skal­nej pó­łce i wpa­try­wał się w zbo­cza pi­ętrzących się do­ko­ła gór. Tak moc­no po­grążył się w my­ślach, że nie zwra­cał uwa­gi na pa­nu­jący chłód, nie otu­lił się szczel­niej fu­trza­nym kap­tu­rem mimo ko­lej­ne­go, gwa­łtow­ne­go po­dmu­chu lo­do­wa­te­go wia­tru.

Nie miał po­jęcia, jak dłu­go tak sie­dział po­grążo­ny w bez­ru­chu, ale gdy uświa­do­mił so­bie, że wy­sła­no go tu­taj, aby pe­łnił war­tę i roz­glądał się za ja­kąkol­wiek obec­no­ścią nie­przy­ja­ciół, za­wsty­dził się, uświa­da­mia­jąc so­bie swo­ją nie­przy­dat­no­ść. Co gor­sza, jego po­sta­wa na­ra­ża­ła od­po­czy­wa­jące nie­do­bit­ki Ordo Or­pha­nes na nie­bez­pie­cze­ństwo, a to mo­gło cza­ić się na ka­żdym kro­ku tej nie­go­ścin­nej, pó­łnoc­nej kra­iny. Ro­zej­rzał się ner­wo­wo, ale nie do­strze­gł ni­cze­go nie­po­ko­jące­go, więc spraw­dził, czy mimo mro­zu broń ła­two wy­su­wa się z po­chwy – za­le­ce­nie Pio­tru­sia dla sta­cjo­nu­jących poza pie­cza­rą.

Miej­sce ich obec­ne­go po­sto­ju wzi­ęli za dar od losu. Gdy po kil­ku­go­dzin­nej uciecz­ce po­ru­sza­li się już ostat­kiem sił, me­cha­nicz­nie prze­sta­wia­jąc nogę za nogą, Ger­da wró­ci­ła z wia­do­mo­ścią, że nie­da­le­ko znaj­du­je się ja­ski­nia. Nie było ani cza­su, ani chęci na ma­ru­dze­nie, zresz­tą w ogó­le nie było na­stro­ju na ja­kie­kol­wiek roz­mo­wy. Gre­tel szła przed sie­bie jak we śnie, wy­gląda­jąc jak cień daw­nej sie­bie. Pa­trzy­ła je­dy­nie pod nogi ze spoj­rze­niem wiecz­nie ukry­tym za kur­ty­ną łez.

Do­tar­li na miej­sce, gdy sło­ńce scho­wa­ło się za jed­nym ze szczy­tów, a tem­pe­ra­tu­ra od razu za­re­ago­wa­ła na zmia­nę pory dnia i za­częła rap­tow­nie spa­dać. Za­nim jed­nak Ger­da do­ta­rła do nich z opty­mi­stycz­ną wie­ścią, Ro­bert mi­mo­wol­nie prze­stra­szył się, że po­świ­ęce­nie Han­se­la może pó­jść na mar­ne, bo oto przyj­dzie im za­mar­z­nąć na tym lo­do­wym od­lu­dziu. Na szczęście los za­czął im te­raz jako tako sprzy­jać i mo­gli zła­pać nie­co od­de­chu w prze­past­nej pie­cza­rze, któ­rej po­grążo­ne w ciem­no­ści ko­ry­ta­rze me­an­dro­wa­ły da­lej, do wnętrza góry.

„Cie­szę się, że na­sze dro­gi się skrzy­żo­wa­ły” – Ro­bert zo­ba­czył oczy­ma wy­obra­źni twarz Han­se­la na chwi­lę przed tym, jak znik­nął, a po­tem ze­szła la­wi­na. „Opie­kuj się Ger­dą” – brzmia­ło jego ostat­nie za­le­ce­nie dla przy­ja­cie­la, jego ostat­nie ży­cze­nie.

Pa­ląca żądza ze­msty za­wład­nęła Ro­ber­tem, roz­la­ła się po jego cie­le, przy­no­sząc uczu­cie go­rąca mimo pa­nu­jących wa­run­ków.

– Win­ni za­pła­cą za two­ją śmie­rć – po­wie­dział na głos, a z jego ust po­pły­nął obłok pary. Moc­niej uchwy­cił ręko­je­ść mie­cza, jak­by ten miał stać się świad­kiem jego przy­si­ęgi. – Sfor­su­je­my wro­ta Kłów Pó­łno­cy i… i… – za­bra­kło mu słów, po­nie­waż nie wie­dział, kogo pró­bo­wał prze­ko­nać do ła­two­ści, z jaką de­kla­ro­wał dal­sze dzia­ła­nia. Nie mie­li ar­mii, nie mie­li siły, nie mie­li szan­sy na po­wo­dze­nie. A przede wszyst­kim nie było po­wo­du, aby z po­wro­tem pchać się w pasz­czę nie­bez­pie­cze­ństwa i ry­zy­ka nie­wo­li.

– I nie będziesz w tym wszyst­kim sam, a win­ni za­pła­cą za na­sze krzyw­dy – do­bie­gło go za ple­ca­mi, na tyle nie­spo­dzie­wa­nie, że Ro­bert pod­sko­czył nie­co, si­ęga­jąc do bro­ni. Gdy zo­ba­czył, że to Kaj do­łączył do nie­go na jego wach­cie, od­prężył się i od­jął dłoń od ręko­je­ści mie­cza.

– Nie śpisz? – Chło­pak ze­sko­czył ostro­żnie z pó­łki i do­pie­ro te­raz od­czuł, jak bar­dzo ze­sztyw­nia­ły mu nogi od nie­wy­god­nej po­zy­cji.

– Nie mogę usnąć. – Kaj zbli­żył się do Ro­ber­ta i za­pa­trzył się na oko­li­cę. – My­ślę o wszyst­kich nie­daw­nych wy­da­rze­niach i nie umiem tego ogar­nąć umy­słem. Ktoś pro­wa­dzi z nami nie­zwy­kle nie­bez­piecz­ną grę. – Me­dyk za­sępił się, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od po­grążo­nych w mro­ku za­gaj­ni­ków, któ­ry­mi zbo­cza gór były szczo­drze upstrzo­ne. – Py­ta­nie tyl­ko, kto ją roz­po­czął i jaka jest jej staw­ka? I z czy­je­go pod­usz­cze­nia dzia­łał zdraj­ca Olaf? Bo to, że nie dzia­łał sam, jest dla mnie oczy­wi­ste. Szczęście w nie­szczęściu, że i jego za­bra­ła la­wi­na.

Ro­bert po­ki­wał gło­wą na znak, że zga­dza się ze zda­niem dru­ha.

– Czy Pio­truś ma ja­kieś po­my­sły? Ja­kiś plan dzia­ła­nia?

– Je­śli ma ta­ko­we, to nie zdążył się jesz­cze nimi po­dzie­lić. Trwa przy Gre­tel, po­nie­waż to ona te­raz naj­bar­dziej po­trze­bu­je na­sze­go wspar­cia.

Ro­bert uświa­do­mił so­bie na­gle, że pro­wa­dzo­na z Ka­jem wy­mia­na zdań po raz pierw­szy po­zba­wio­na jest wszel­kich pre­ten­sji czy ani­mo­zji. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że była naj­dłu­ższą i naj­bar­dziej rze­czo­wą roz­mo­wą, jaką zdo­ła­li od­być od cza­su po­ja­wie­nia się bra­ci w Eli­ro­nie.

– Kaj… – Chło­pak po­sta­no­wił iść za cio­sem i wy­ko­rzy­stać zmia­nę w ich wza­jem­nych re­la­cjach. – Czy… Czy ty…?

– Otru­łem Efra­ma? A jak sądzisz? – Kaj zmarsz­czył się jesz­cze bar­dziej, a Ro­bert po­my­ślał, że źle oce­nił sy­tu­ację i lada mo­ment na­stąpi po­now­ne ochło­dze­nie w jego sto­sun­kach z hi­sto­ry­kiem.

– My­ślę, że nie – chło­pak od­pa­rł bez chwi­li zwło­ki, ale nie na tyle szyb­ko, aby Kaj po­my­ślał, że kła­mie, aby zy­skać jego sym­pa­tię. – Nie ra­to­wa­łbyś mu ży­cia w pa­ła­cu, aby go po­tem otruć. Po­słu­chaj – Ro­bert zbli­żył się do swe­go roz­mów­cy, aby móc spoj­rzeć mu w oczy i prze­ko­nać, że to­cząca się roz­mo­wa jest szcze­ra – wie­my z Jan­kiem o two­jej prze­szło­ści. Wie­my o tym, że tru­ci­zny oraz inne… – Ro­bert szu­kał chwi­lę od­po­wied­nich słów – mniej po­wszech­ne prak­ty­ki nie są ci obce.

Kaj pa­trzył na nie­go z nutą po­dejrz­li­wo­ści, ale nie prze­ry­wał mu, cze­ka­jąc, w ja­kim kie­run­ku podąży ich roz­mo­wa.

– Pio­truś nie uwa­ża two­ich za­in­te­re­so­wań za źró­dło nie­bez­pie­cze­ństwa – ci­ągnął da­lej star­szy z bra­ci. – Prze­ciw­nie, my­śli, że two­ja prze­szło­ść, two­ja wie­dza mogą kie­dyś oka­zać się dla nas, dla Ordo, wiel­ce po­moc­ne. Ja też tak uwa­żam – pod­su­mo­wał wresz­cie i nie było wa­ha­nia w jego gło­sie. Już ja­kiś czas temu osta­tecz­nie utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że Ordo Or­pha­nes są jego ro­dzi­ną, na do­bre i na złe, i że wza­jem­ne po­dej­rze­nia nie przy­nio­są im żad­nych ko­rzy­ści. Je­dy­nie stra­ty. – I wiem, że do­bro Eli­ro­nu, w tym jego wład­cy, za­wsze leży w two­im ser­cu. Bez względu na oko­licz­no­ści.

Kaj przy­glądał się dłu­ższą chwi­lę Ro­ber­to­wi w mil­cze­niu, aż wresz­cie za­uwa­żal­nie się od­prężył.

– Dzi­ęku­ję – po­wie­dział. – To wie­le dla mnie zna­czy.

Ro­bert uśmiech­nął się de­li­kat­nie na sło­wa to­wa­rzy­sza.

– Spójrz! – Kaj wska­zał na gó­ru­jące nad nimi nie­bo, a jego oczy zro­bi­ły się wiel­kie z za­chwy­tu.

Po nie­bo­skło­nie su­nęła opa­li­zu­jąca, zie­lo­na wstęga, któ­rej po­ły­skli­we świa­tło nada­wa­ło fir­ma­men­to­wi ba­jecz­ny cha­rak­ter. Ro­bert stał obok przy­ja­cie­la z sze­ro­ko roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi, przy­gląda­jąc się grze barw i od­cie­ni, chło­nąc urok zja­wi­ska.

– Zo­rza po­lar­na! – po­wie­dział po dłu­giej ci­szy.

– Dziw­na na­zwa. U nas mówi się na to „świa­tła pó­łno­cy” – wy­ja­śnił Kaj, któ­ry wpa­try­wał się w nie­bo z nie mniej­szą fa­scy­na­cją niż Ro­bert. – Mówi się, że wstęgi świa­tła prze­bi­ja­ją się do na­sze­go świa­ta ze świa­ta uma­rłych, że ci, któ­rzy ode­szli, przy­gląda­ją się nam z góry, pró­bu­jąc prze­słać swo­je my­śli, po­nie­waż stam­tąd do­strze­ga­ją o wie­le wi­ęcej niż ży­jący.

– Han­sel… – głos chło­pa­ka za­ła­mał się, ale wci­ąż nie od­ry­wał wzro­ku od fir­ma­men­tu. – Je­śli tam je­steś, je­śli masz dla nas ja­kąś radę, na­praw­dę ja­kąkol­wiek… Chęt­nie z niej te­raz sko­rzy­sta­my.

Ro­bert po­pa­trzył jesz­cze chwi­lę na dzi­wo­wi­sko, aż w ko­ńcu po­pra­wił fu­trza­ny ko­łnierz, wło­żył ręce pod pa­chy, aby je nie­co roz­grzać, od­wró­cił się i udał się w kie­run­ku pie­cza­ry, aby zdać ra­port Pio­tru­sio­wi.

*****

We­wnątrz pa­no­wał lek­ki chłód, ale dzi­ęki przy­go­to­wa­ne­mu na tę wy­pra­wę odzie­niu, któ­re w obec­nych oko­licz­no­ściach do­sko­na­le spe­łnia­ło swo­ją funk­cję, od­po­czy­nek sta­wał się mo­żli­wy.

Po dro­dze do pie­cza­ry uda­ło im się ze­brać…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: