Smakosz - ebook
„Smakosz” to powieść, która działa na kilku poziomach jednocześnie. Jako kryminał jest konsekwentna, metodyczna i gęsta od napięcia. Jako historia psychologiczna pokazuje nie tylko przemoc, ale także mechanizmy zaprzeczenia, zależności, przyzwyczajenia i rozpadu zaufania. A jako opowieść obyczajowa pozostaje głęboko osadzona w polskiej codzienności — tej prowincjonalnej, znajomej, pozornie przewidywalnej. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-512-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są takie książki, które zaczynają się od niepokoju. Nie od huku, nie od zbrodni pokazanej w pierwszym akapicie, nie od łatwego efektu grozy, lecz od drobnego przesunięcia w codzienności. Ktoś wraca z pracy. Ktoś nastawia wodę. Ktoś kroi warzywa. Ktoś siada do stołu. I właśnie wtedy, w tej zwyczajności, która powinna koić, pojawia się rysa. To z niej rodzi się prawdziwy lęk. Nie z potworów, nie z ciemnych piwnic, nie z taniej sensacji, lecz z odkrycia, że najbliższa przestrzeń człowieka — dom, kuchnia, małżeństwo, codzienny rytuał — może stać się sceną precyzyjnie zaplanowanego okrucieństwa.
Smakosz jest właśnie taką książką.
To powieść, która działa na kilku poziomach jednocześnie i na każdym z nich działa mocno. Jako kryminał jest konsekwentna, metodyczna i gęsta od napięcia. Jako historia psychologiczna jest przejmująca, bo pokazuje nie tylko przemoc, ale także mechanizmy zaprzeczenia, zależności, przyzwyczajenia i rozpadu zaufania. Jako opowieść obyczajowa pozostaje głęboko osadzona w polskiej codzienności — tej prowincjonalnej, znajomej, pozornie przewidywalnej. Wreszcie jako książka z pogranicza botaniki i literatury faktu stanowi rzecz rzadką: udowadnia, że wiedza o roślinach może być nie tylko piękna, ale i śmiertelnie fascynująca.
Największą siłą tej powieści jest jej wiarygodność. Autor nie buduje grozy na nadmiarze. Przeciwnie — buduje ją z obserwacji. Z tonu rozmowy małżeńskiej. Z zapachu obiadu. Z drobiazgów, które dla większości ludzi pozostają neutralne: liścia, korzenia, nasiona, naparu. To literatura, która doskonale rozumie, że prawdziwy horror nie potrzebuje nadprzyrodzoności. Wystarczy człowiek obdarzony cierpliwością, inteligencją i chłodem. Wystarczy człowiek, który wie, jak długo czeka się na efekt i jak łatwo pomylić troskę z kontrolą.
Ta książka robi również coś znacznie trudniejszego niż samo opowiedzenie historii zbrodni. Ona pokazuje społeczne tło zła. Nie jako abstrakcyjną dekorację, ale jako gęstą tkankę codziennych relacji: sąsiedzkich przekonań, szpitalnych procedur, małomiasteczkowych przyzwyczajeń, rodzinnych odruchów, zawodowej rutyny. Głogów nie jest tu tylko miejscem akcji. Jest pełnoprawnym organizmem społecznym, z jego językiem, rytmem pracy, krajobrazem i milczącym przyzwoleniem na to, by długo nie zadawać trudnych pytań. To bardzo ważne, bo Smakosz nie opowiada jedynie o jednostkowym potworze. Opowiada również o tym, jak długo potrafimy wierzyć w porządek tam, gdzie od dawna działa chaos.
Warto podkreślić także walor dokumentacyjny tej powieści. Autor z wielką dyscypliną i wyczuciem korzysta z wiedzy botanicznej oraz toksykologicznej, nie popadając przy tym ani w dydaktyzm, ani w suchy wykład. Rośliny w tej książce nie są egzotycznym dodatkiem. Każda ma własny ciężar, historię, charakter i biologiczną logikę. Opisy ich działania nie służą wyłącznie budowaniu sensacji. Ujawniają coś znacznie ciekawszego — jak cienka jest granica między ludową wiedzą, farmakologią, przesądem i zbrodnią. Jak natura, która przez stulecia była źródłem leczenia, może stać się narzędziem przemocy w rękach kogoś, kto zamienia ciekawość w obsesję.
Psychologicznie Smakosz jest książką wyjątkowo dojrzałą. Nie oferuje prostych odpowiedzi, a jednak ani przez chwilę nie traci moralnej jasności. Pokazuje, jak działa sprawca, ale nie po to, by go usprawiedliwiać. Pokazuje, jak działa ofiara, ale nie po to, by ją idealizować. Pokazuje też profesjonalistów — lekarzy, śledczych — nie jako herosów bez skazy, lecz ludzi uwikłanych w procedury, zmęczenie, wątpliwości i odpowiedzialność. To właśnie ten realizm nadaje opowieści siłę. Czytelnik nie dostaje gotowej legendy o złu i dobru. Dostaje ludzi, których decyzje ważą, ranią, kosztują i mają konsekwencje.
Szczególne uznanie należy się także językowi. Ta książka jest napisana z wyczuciem rytmu mowy codziennej, z uchem wyostrzonym na polski dialog, na jego skróty, zawahania, przemilczenia i drobne nieszczerości. Dzięki temu opowieść brzmi naturalnie, a jednocześnie nie traci literackiej energii. To ważne, bo w książce, w której znaczna część napięcia rodzi się między jednym zdaniem a drugim, język musi być precyzyjny. I tutaj jest. Precyzyjny jak ręka chirurga. Albo — co w tym przypadku zabrzmi jeszcze trafniej — jak ręka kogoś, kto dobrze wie, ile trzeba dodać, by nie zabić od razu.
Nie mam wątpliwości, że Smakosz znajdzie czytelników zarówno wśród miłośników mocnych kryminałów, jak i tych, którzy szukają literatury mądrze korzystającej z wiedzy o człowieku i świecie. To powieść, którą czyta się z rosnącym napięciem, ale także z coraz większym podziwem dla konstrukcji, researchu i psychologicznej prawdy. Rzadko trafia się książka, która umie być jednocześnie tak konkretna i tak wieloznaczna. Tak lokalna i tak uniwersalna. Tak cielesna i tak intelektualna.
Bo ostatecznie nie jest to tylko opowieść o truciznach. To opowieść o władzy. O kontroli. O tym, jak łatwo pomylić opiekę z dominacją, troskę z zawłaszczeniem, codzienny rytuał z przemocą. To także opowieść o patrzeniu — kto patrzy, kto nie widzi, kto nie chce widzieć, a kto widzi za dużo i dlatego nie może już wrócić do dawnego spokoju.
Smakosz zostaje z czytelnikiem na długo. Zostaje w pamięci obrazem kuchni, która przestała być bezpieczna. Zostaje pytaniem o to, ile zła może zmieścić się w zwyczajnym geście podania herbaty. Zostaje wiedzą, że najstraszniejsze historie nie dzieją się w miejscach odległych i obcych, lecz tam, gdzie człowiek najbardziej chciałby czuć się u siebie.
To książka mocna, potrzebna i znakomicie skomponowana. Książka, która nie tylko opowiada historię, ale również odsłania mechanizm. A literatura, która potrafi odsłonić mechanizm zła bez utraty napięcia, bez utraty empatii i bez utraty literackiej klasy, zasługuje na uwagę szczególną.
Oddaję ją Państwu z pełnym przekonaniem, że jest to jedna z tych powieści, które czyta się szybko, ale pamięta długo. I że po jej lekturze trudno będzie spojrzeć na domową kuchnię, bukiet kwiatów czy filiżankę herbaty z dawną beztroską.Rozdział 1: Zupa dnia
Głogów cuchnął miedzią. Nie zawsze i nie wszędzie, ale w te bezchmurne jesienne dni, kiedy wiatr ciągnął od strony huty, miasto owijał niewidzialny szal metalicznego smrodu, który osiadał na językach i wżerał się w pranie rozwieszone na balkonach. Ludzie stąd przywykli do tego zapachu, tak jak przywykli do hałdy, do pomarańczowych stużek dymu nad kominem kombinatu i do trzęsień ziemi wywołanych robotami strzelniczymi w podziemiach kopalni Rudna. Głogów był miastem, które swoje najlepsze lata miało albo za sobą, albo jeszcze przed sobą, w zależności od tego, kogo się zapytało. Starzy górnicy mówili, że kiedyś było lepiej. Młodzi, że nigdzie indziej nie ma takich zarobków na czysto. Prawda, jak zwykle, gnieździła się gdzieś pomiędzy, w szczelinach między blokami z wielkiej płyty na osiedlu Kopernika, w zakamarkach kamienic przy rynku, w zamkniętych na cztery spusty domach jednorodzinnych na obrzeżach, za których progiem kryło się życie, o którym sąsiedzi wiedzieli mniej, niż im się wydawało.
Dom Wiesława i Barbary Komosów stał przy ulicy Działkowej, trzeci od końca, po lewej stronie. Był to dom parterowy z użytkowym poddaszem, z beżowym tynkiem, który w kilku miejscach zaczynał odpadać, z brązową bramą garażową i z ogródkiem, który od strony ulicy wyglądał jak wszystkie ogródki w tej okolicy — trochę trawnika, trochę rabat z różami, trochę zaniedbania. Od strony podwórka było inaczej, ale o tym za chwilę.
Wiesław Komosa miał czterdzieści pięć lat, metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, szerokie ramiona nadbudowane dwudziestoletnim stażem pracy pod ziemią i twarz, która wyglądałaby na dobroduszną, gdyby nie oczy. Oczy Wiesława były koloru brudnego miodu, osadzone głęboko pod ciężkimi powiekami, i miały w sobie coś, co trudno było nazwać inaczej niż cierpliwością. Nie cierpliwością zmęczonego człowieka ani cierpliwością świętego. Raczej cierpliwością kogoś, kto wie, że czas pracuje na jego korzyść, i kto nigdy, przenigdy się nie spieszy.
Barbara Komosa, z domu Piątkowska, miała te same czterdzieści pięć lat, ale wyglądała na więcej. Nie dlatego, że zaniedbywała się — wręcz przeciwnie, w każdy piątek jechała do fryzjerki na osiedle Hutnik, a w łazience trzymała więcej kremów niż niejedna dwudziestolatka. Wyglądała na więcej, bo życie zostawiło na niej ślady, których żaden krem nie mógł wymazać. Miała podkrążone oczy nawet po ośmiu godzinach snu, bladą cerę, która przyjmowała odcień pergaminu, i ręce, które drżały, kiedy była zmęczona. Lekarze mówili, że to nerwy. Że to wiek. Że to klimat. Że to wszystko naraz.
Był wtorek, dwunasty października, a Wiesław właśnie wracał ze zmiany.
Zjechał z szybu o czternastej trzydzieści, przebrał się w łaźni, potrącił ramieniem Mietka Walczaka, jak zwykle, i nie odezwał się do nikogo w autokarze zakładowym, jak zwykle. W przebieralni pachniało wilgocią, potem i dezodorantem w aerozolu. Pod prysznicem Wiesław stał dłużej niż inni. Lubił gorącą wodę. Lubił czuć, jak zmywa z siebie sól kamienną, pył miedziowy i zapach podziemi, który był inny niż zapach czegokolwiek na powierzchni — słodkawy, mineralny, starożytny.
Autokar wysadził go przy pętli na osiedlu Kopernika o piętnastej dwadzieścia. Stamtąd miał jedenaście minut piechotą do domu. Szedł zawsze tą samą drogą — przez parking przy Biedronce, wzdłuż żywopłotu z ligustru, skręcał w Działkową i już. Plecak przewieszony przez lewe ramię, w plecaku menażka, termos i mały słoik, owinięty ściereczką, żeby nie zabrzęczał.
O słoiku za chwilę.
Kiedy przekroczył próg domu, w przedpokoju było ciemno. Zdjął buty, ustawił je równo na półce — lewą z lewej, prawą z prawej, zawsze w ten sam sposób — i zawołał.
— Basiu? Jestem.
Odpowiedź przyszła z głębi domu, stłumiona, jakby filtrowana przez kilka zamkniętych drzwi.
— W sypialni jestem. Migrenę mam.
Wiesław powiesił kurtkę na wieszaku, trzecim haczyku od lewej, tym z drewnianą gałką, i ruszył korytarzem. Zajrzał do sypialni. Barbara leżała na łóżku przykryta kocem w kratę, z poduszką pod karkiem i z zamkniętymi oczami. Zasłony były zaciągnięte. Na szafce nocnej stała szklanka z wodą i opakowanie ibuprofenu.
— Od kiedy?
— Od południa. Zaczęło się w sklepie, przy kiszonych ogórkach. Nagle mi tak ścisnęło skronie, że myślałam, że zemdleję.
— I co, wzięłaś coś?
— Dwa ibupromy. Nic nie pomogło.
Wiesław stanął w progu, oparty ramieniem o framugę. Przez chwilę patrzył na żonę. Ktoś, kto by go obserwował — ale nikt go nie obserwował — zauważyłby, że w tym spojrzeniu nie było ani troski, ani obojętności. Było coś, co najlepiej opisać jako kalkulację.
— To ci obiad zrobię — powiedział wreszcie. — Rosół. Na migreny najlepszy rosół.
Barbara otworzyła jedno oko.
— Nie musisz, Wiesiu. Jest chleb, jest ser, jakoś przeżyję.
— E tam, chleb z serem. To nie jest jedzenie. Leż, odpoczywaj, ja się wszystkim zajmę.
Uśmiechnął się. Uśmiech Wiesława Komosy był jak lampa z czujnikiem ruchu — zapalał się dokładnie wtedy, kiedy ktoś patrzył, i gasł natychmiast, kiedy odwracał wzrok. Barbara zamknęła oczy i mruknęła coś, co mogło być podziękowaniem, a mogło być rezygnacją.
Wiesław poszedł do kuchni.
Kuchnia Komosów była królestwem Wiesława, chociaż oficjalnie należała do Barbary. To Barbara kupowała garnki, dobierała zasłonki, wieszała na ścianie obrazek z Matką Boską Częstochowską i kalendarz z Sanktuarium w Lourdes, przywieziony z zeszłorocznej pielgrzymki. Ale to Wiesław gotował. Od zawsze, od początku małżeństwa, od pierwszego wspólnego obiadu w mieszkaniu na Hutnika, które wynajmowali, zanim kupili dom. Barbara gotowała jak jej matka — solidnie, prosto, bez wodotrysków. Ziemniaki, mięso, surówka, kompot. Wiesław gotował inaczej. Z pasją, z wyobraźnią, z czymś, co znajomi nazywali artyzmem kulinarnym, a co w rzeczywistości było czymś zupełnie innym. Czymś, czego znajomi nie potrafiliby nazwać, nawet gdyby znali prawdę.
Otworzył lodówkę. Barbara zrobiła zakupy — jak co wtorek. Na półkach leżały: kurczak cały, oprawiony, w reklamówce z Biedronki, pęczek pietruszki, marchewki, seler, por, trzy cebule, pęczek koperku. Na dole, w szufladzie, jajka i masło. Wiesław pokiwał głową z aprobatą. Barbara wiedziała, co kupować. Dwadzieścia dwa lata małżeństwa to dwadzieścia dwa lata szkolenia.
Wyjął kurczaka, opłukał go pod zimną wodą, rozłożył na desce do krojenia. Obok postawił garnek — duży, dziesięciolitrowy, z grubym dnem. Napuścił wody. Włożył kurczaka, posolił, dodał ziele angielskie, liść laurowy, dwa ziarna pieprzu. Zapalił gaz. Potem zabrał się za włoszczyznę. Marchewkę obrał, pietruszkę obrał, seler przekroił na ćwiartki, pora pokroił w krążki. Robił to powoli, metodycznie, z precyzją człowieka, który przywykł do pracy w ciasnych wyrobiskach, gdzie każdy ruch musi być przemyślany, bo inaczej skończysz z oberwaniem stropu na głowie.
Kiedy woda zaczęła się gotować, Wiesław ściągnął szumowiny, zmniejszył ogień i przykrył garnek pokrywką. Potem odczekał dwie minuty, stojąc nieruchomo przy kuchence, z rękami założonymi na piersi. Słuchał bulgotania. Lubił ten dźwięk. Bulgotanie zupy było jak puls — miarowe, przewidywalne, uspokajające.
Potem sięgnął do plecaka.
Słoik był niewielki, może dwieście mililitrów objętości, z białą nakrętką. W środku znajdowała się gęsta, brunatna ciecz o zapachu, który trudno było jednoznacznie określić. Był w nim jakiś ziemisty posmak, coś gorzko-słodkiego, coś, co przypominało zapach mokrych liści pod koniec listopada. Wiesław odkręcił nakrętkę, wziął łyżeczkę — tę małą, srebrną, z kwiatkiem na rączce, którą Barbara dostała w prezencie komunijnym kilkadziesiąt lat temu — i odmierzył dokładnie pół łyżeczki brunatnej cieczy. Ani więcej, ani mniej. Przechylił łyżeczkę nad garnkiem. Ciecz spłynęła leniwie, rozpuściła się w bulgoczącym rosole i zniknęła.
Wiesław zakręcił słoik, schował go do plecaka, plecak zaniósł do piwnicy. Wrócił do kuchni, umył łyżeczkę, wytarł ją ściereczką i odłożył do szuflady. Potem dodał do rosołu włoszczyznę i zaczął kroić makaron.
W całym tym procesie nie było ani jednego zbędnego ruchu. Wszystko trwało może trzy minuty. Trzy minuty, które wyglądały jak tysiąc innych trzech minut w tysiącu innych polskich kuchni, gdzie mężczyźni w średnim wieku gotują obiad dla swoich żon.
Tylko że w słoiku nie było żadnego ziółka poprawiającego trawienie. W słoiku był wyciąg z korzenia tojadu mocnego.
Tojad mocny, Aconitum firmum, rośnie w Sudetach i Karpatach na wilgotnych łąkach górskich i w zaroślach nad potokami, na wysokościach od czterystu do ponad tysiąca pięciuset metrów nad poziomem morza. Jest rośliną wieloletnią, dorastającą do metra wysokości, o łodydze wzniesionej, często rozgałęzionej w górnej części. Liście ma dłoniasto klapowane, głęboko wcięte, o klinowatych odcinkach, ciemnozielone od góry, jaśniejsze od spodu. Ale to nie liście czynią tojad wyjątkowym.
Kwiaty tojadu mocnego są hełmowate, ciemnofioletowe lub niebieskie, zebrane w gęste grona na szczycie łodygi. Wyglądają jak miniaturowe hełmy rycerskie, a ich piękno jest rodzaju zwodniczego — przyciągają wzrok, zachęcają do dotknięcia, obiecują coś, czego nie zamierzają dać. Pod tym względem tojad jest rośliną w pewnym sensie uczciwą — ostrzega kolorem, kształtem, całą swoją odmiennością. Mówi: jestem niebezpieczny. Problem w tym, że ludzie rzadko słuchają ostrzeżeń natury.
Korzeń tojadu mocnego jest bulwiasty, ciemnobrązowy, o kształcie przypominającym małą rzepę. To w korzeniu koncentruje się śmierć. Substancją czynną jest akonityna — diterpenowy alkaloid, jedna z najsilniejszych trucizn roślinnych znanych człowiekowi. Dawka śmiertelna dla dorosłego człowieka wynosi od trzech do sześciu miligramów, co oznacza, że kilka gramów korzenia wystarczy, aby zabić. Akonityna działa błyskawicznie i bezlitośnie. Wnika w kanały sodowe komórek nerwowych i mięśniowych, blokując je w pozycji otwartej, co prowadzi do niekontrolowanej depolaryzacji, a w konsekwencji do paraliżu mięśni i zaburzeń rytmu serca. Najpierw pojawia się mrowienie — warg, języka, opuszków palców. Potem drętwienie, jakby ktoś naciągał na ciało rękawiczkę z lodu. Potem nudności, wymioty, spadek ciśnienia. A potem serce zaczyna bić nieregularnie, coraz wolniej, aż w końcu staje.
Wiesław Komosa wiedział o tym wszystkim.
Wiedział, bo czytał. Czytał dużo i uważnie, chociaż nikt w kopalni by tego po nim nie powiedział. W szatni miał opinię milczka, typa, który robi swoje i nie zawraca głowy. W domu miał opinię dobrego męża, który gotuje i nie pije. A w piwnicy, w szafce za regałem z przetworami, miał trzynaście książek o roślinach trujących, zeszyt w kratkę z notatkami pisanymi drobnym, równym pismem, i sześć słoików z wyciągami, z których każdy nosił na etykiecie łacińską nazwę i datę sporządzenia.
Na korzeń tojadu natrafił trzy lata temu, podczas wycieczki w Karkonosze, którą organizował związek zawodowy kopalni. Barbara została w domu, bo bolały ją kolana. Wiesław poszedł z grupą na Śnieżkę, ale na połowie trasy odłączył się od towarzystwa, twierdząc, że musi odpocząć. Zszedł z głównego szlaku, usiadł na kamieniu nad potokiem i wtedy go zobaczył. Rósł na skraju zarośli, przy samej wodzie, wyniosły i dumny, z gronami fioletowych hełmów kołyszących się na wietrze. Wiesław patrzył na niego długo. Potem wyciągnął z plecaka scyzoryk, odkopał bulwę i włożył ją do woreczka strunowego.
Tego wieczoru, w schronisku, wygooglował łacińską nazwę na telefonie.
Od tamtej pory minęły trzy lata nauki.
O osiemnastej piętnaście Wiesław zapukał w uchylone drzwi sypialni.
— Basiu. Rosół gotowy. Przyjdziesz do kuchni czy ci przyniosę?
Barbara usiadła na łóżku. Migrena trochę zelżała, ale nie odeszła całkiem — tłukła się gdzieś za lewym okiem, jak gość, który nie chce wyjść z imprezy.
— Przyjdę. Muszę się ruszyć, bo mi nogi zdrętwiały.
W kuchni pachniało rosołem — tym zapachem, który w polskich domach znaczy tyle co bezpieczeństwo, niedziela, normalność. Wiesław nakrył do stołu: dwa głębokie talerze, łyżki, chleb pokrojony w grube kromki, masło w maselniczce. Nalał zupy z wazą na dwa talerze. Na wierzchu pływały kółka tłuszczu, obok kawałki marchewki i gałązka koperku. Wyglądało to ładnie. Wyglądało to jak z fotografii w czasopiśmie kulinarnym.
Barbara usiadła przy stole, złożyła ręce do krótkiej modlitwy — robiła to zawsze, przed każdym posiłkiem, nawet przed kanapką — i wzięła łyżkę.
— Pachnie pięknie — powiedziała.
— Dodałem trochę ziółek — odparł Wiesław, siadając naprzeciwko. — Na trawienie.
— Jakich ziółek?
— Takich z działki. Korzennych. Babcia mnie nauczyła.
Barbara wzruszyła ramionami i zanurzyła łyżkę w rosole. Zjadła jeden talerz. Wiesław zjadł dwa. Potem Wiesław umył naczynia, a Barbara usiadła w salonie przed telewizorem, przykryta kocem, z nogami na pufie.
O dziewiętnastej trzydzieści leciał odcinek Komisarza Aleksa. Barbara lubiła ten serial. Wiesław udawał, że lubi.
O dwudziestej Barbara powiedziała, że ją dziwnie mrowi.
— Mrowi? — Wiesław odłożył gazetę. — Gdzie mrowi?
— W wargach. I w palcach. Jakby mi nogi zasnęły, ale w rękach.
— Może od tej migreny. Albo od tabletek. Ibuprofen potrafi takie rzeczy robić.
— Może — Barbara pokiwała głową. — A takie dziwne to jest. Jakbym lizała baterię.
— Baterię?
— No takie mrowienie. Metaliczne. Jak byłam mała, to lizaliśmy z Grażyną baterie od latarki. Taki sam smak.
Wiesław uśmiechnął się.
— To się połóż. Pewnie przejdzie do rana.
Ale nie przeszło.
O dwudziestej pierwszej trzydzieści Barbara zwymiotowała. Raz, gwałtownie, nie zdążywszy dobiec do łazienki. Rosół i makaron wylądowały na dywanie w korytarzu, na tym beżowym dywanie, który kupili cztery lata temu w Agatce i którego Barbara pilnowała jak oka w głowie. Wiesław usłyszał odgłos z kuchni, gdzie zmywał blat po kolacji, i przyszedł.
— Basiu, co jest?
Barbara klęczała przy ścianie, jedną ręką opierając się o szafkę na buty, drugą trzymając się za brzuch. Była blada — nie zwyczajnie blada, nie tak jak rano, kiedy nie nałożyła podkładu — ale blada w sposób, który wyglądał, jakby ktoś odkręcił jej korek i wypuścił krew. Wargi miała sine.
— Niedobrze mi — wyszeptała. — Wiesiu, strasznie mi niedobrze.
— Pewnie ci się coś odbiło. Zdarza się. Chodź do łazienki.
Podniósł ją — nie z trudnością, bo Barbara ważyła sześćdziesiąt kilo, a Wiesław nosił pod ziemią cięższe rzeczy — i zaprowadził do łazienki. Posadził ją przy sedesie. Barbara zwymiotowała jeszcze dwa razy. Za trzecim razem wymioty były suche, dławiące, bolesne.
— Wiesiu — powiedziała, a jej głos brzmiał tak, jakby dochodził z dna studni. — Mnie te palce nie czują. W ogóle nie czuję palców.
— Jak to nie czujesz?
— Nie czuję. Ani w rękach, ani w nogach. Jakby mnie ktoś znieczulił. I to idzie w górę.
Wiesław przykucnął przy żonie. Położył jej dłoń na czole. Czoło było zimne i mokre.
— Może pogotowie wezwać?
— Nie, nie, po co. Pewnie minie.
— Basiu, ty jesteś biała jak ściana. Dzwonię.
Wiesław wstał, poszedł po telefon i wybrał numer. Pogotowie ratunkowe, dyspozytornia w Głogowie.
— Dzień dobry, to znaczy dobry wieczór. Komosa, Wiesław Komosa, ulica Działkowa siedem. Żona mi źle. Wymiotuje, drętwienie rąk i nóg, jest bardzo blada. Tak. Czterdzieści pięć lat. Nie, bez chorób przewlekłych. Znaczy, miewa takie problemy z żołądkiem, ale to… Tak. Dziękuję. Czekamy.
Odłożył telefon. Wrócił do łazienki. Barbara siedziała na podłodze, oparta plecami o wannę. Oczy miała przymknięte.
— Jadą — powiedział Wiesław.
— Wiesiu — Barbara otworzyła oczy. — Dziwnie mi serce bije. Takie… nieregularne.
— Spokojnie. Zaraz przyjadą. Na pewno to nic groźnego.
Wiesław usiadł obok żony na podłodze, objął ją ramieniem. Trzymał ją tak, kiedy karetka jechała przez miasto, kiedy ratownicy wchodzili po schodkach, kiedy zakładali Barbarze tlenową maskę i pulsoksymetr i kiedy mówili do siebie tym ściszonym, profesjonalnym tonem, który nic dobrego nie wróżył.
— Saturacja dziewięćdziesiąt dwa — powiedział jeden z ratowników, młody chłopak o zmęczonych oczach. — Tętno nieregularne. Ciśnienie osiemdziesiąt na pięćdziesiąt.
— Co jej jest? — zapytał Wiesław. Głos miał spokojny, pełen kontrolowanego niepokoju. Dokładnie taki, jaki powinien mieć mąż, którego żona zemdlała po kolacji.
— Na razie trudno powiedzieć. Zabieramy do szpitala.
— Jadę z wami.
— Oczywiście.
Wiesław wziął z wieszaka kurtkę, tę Barbary też, i wsiadł do karetki. Trzymał żonę za rękę — za tę rękę, która nie czuła dotyku — przez całą drogę do szpitala przy Kościuszki. Barbara miała zamknięte oczy i oddychała płytko, szybko, jak ptak schwytany w dłonie.
W karetce cuchnęło środkiem dezynfekującym i plastikową tapicerką. Było ciasno. Wiesław patrzył przez okno na migające niebieskie światło, które odbijało się od fasad bloków, od zaparkowanych samochodów, od szyby sklepu monopolowego na rogu. Myślał o tym, czy nie przesadził z dawką. Pół łyżeczki to było mniej, niż podawali w literaturze jako dawkę minimalnie toksyczną, ale Barbara ważyła sześćdziesiąt kilo i miała delikatny żołądek. Może trzeba było dać ćwierć łyżeczki. Może trzeba było rozłożyć na dwa posiłki.
Następnym razem będzie wiedział więcej.
Szpitalny oddział ratunkowy w Głogowie o dwudziestej drugiej we wtorek nie był miejscem spokojnym. Na korytarzu siedział pijany mężczyzna z rozciętą brwią, kobieta z dzieckiem, które kaszlało tak, jakby chciało wykasłać płuca, i starszy pan w piżamie, który najwyraźniej przyszedł sam, bo nie mógł spać. Za drzwiami z napisem TRIAGE słychać było szybkie kroki, trzaskanie szuflad i charakterystyczny dźwięk aparatu do mierzenia ciśnienia — szum, który narastał i opadał jak oddech jakiegoś mechanicznego zwierzęcia.
Barbarę wniesiono na noszach przez boczne drzwi. Trafiła od razu do sali zabiegowej. Wiesław został na korytarzu — pielęgniarka poprosiła go, żeby poczekał, i wskazała plastikowe krzesło pod ścianą, obok automatu z kawą.
Doktor Katarzyna Mojka miała tego wieczoru dyżur. Trzydzieści cztery lata, internistka z dodatkową specjalizacją z toksykologii klinicznej, absolwentka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, od trzech lat pracowała w głogowskim szpitalu i od trzech lat zastanawiała się, czy to był dobry wybór. Głogów nie był Wrocławiem. Przypadki, które tu trafiały, były najczęściej banalne — zatrucia alkoholem, przedawkowania leków na ciśnienie, sporadyczne ukąszenia żmij, których populacja wokół stawów hodowlanych w okolicy rosła z roku na rok. Katarzyna była za dobra na ten szpital i wiedziała o tym, chociaż starała się o tym nie myśleć, bo myślenie w tych kategoriach prowadziło do rozgoryczenia, a rozgoryczenie prowadziło do rezygnacji, a rezygnacja prowadziła donikąd.
Kiedy ratownicy przywieźli Barbarę Komosę, Katarzyna właśnie kończyła pisać wypis dla pacjenta z zapaleniem wyrostka — odesłanego na chirurgię — i piła trzecią kawę. Wzięła kartę pacjentki, przeczytała notatki ratowników i podeszła do noszy.
— Pani Barbaro? Słyszy mnie pani?
Barbara otworzyła oczy. Źrenice miała normalnej wielkości, ale spojrzenie było mętne, nieobecne.
— Słyszę — wyszeptała.
— Jestem doktor Mojka. Proszę mi powiedzieć, co pani czuje.
— Wszystko mnie mrowi. Wargi, język, ręce, nogi. I serce mi dziwnie bije.
— Od kiedy?
— Od mniej więcej dwóch godzin. Najpierw mrowiło, potem wymiotowałam, a potem zaczęło się z sercem.
Katarzyna spojrzała na monitor. Puls nieregularny, sto dziesięć uderzeń na minutę, ale z licznymi ekstrasystoliami. Ciśnienie osiemdziesiąt pięć na pięćdziesiąt pięć. Saturacja po podaniu tlenu — dziewięćdziesiąt cztery procent.
— Co pani dzisiaj jadła?
— Rosół. Na obiad. Znaczy na kolację. Mąż ugotował.
— Tylko rosół?
— I chleb z masłem. I rano kawę z mlekiem i kanapkę z serem.
— Żadnych grzybów? Żadnych ziół, naparów?
— Nie… znaczy, Wiesiek dodał jakieś ziółka do rosołu. Mówił, że na trawienie. Ale on zawsze dodaje.
Katarzyna odnotowała to w myślach, ale nic nie powiedziała. Na tym etapie to mogło być wszystko — zatrucie pokarmowe, reakcja alergiczna, epizod kardiologiczny. Albo nic z tych rzeczy.
— Podłączcie EKG dwunasto-odprowadzeniowe — poleciła pielęgniarce. — I krew na morfologię, elektrolity, troponinę, próby wątrobowe, kreatyninę. I gazometria.
Wynik EKG przyszedł po pięciu minutach. Katarzyna popatrzyła na zapis i zmrużyła oczy.
— Pani Barbaro, ma pani zaburzenia rytmu serca. Widzę tu coś, co wygląda na częstoskurcz komorowy z elementami dwukierunkowego VT. To jest poważne.
Barbara nie zrozumiała połowy tego zdania. Zrozumiała słowo poważne.
— Czy ja umieram?
— Nie umiera pani. Ale muszę panią ustabilizować. Proszę się nie ruszać.
Katarzyna podała atropinę dożylnie — pół miligrama, potem kolejne pół miligrama. Jednocześnie zarządziła wlew z siarczanu magnezu i płynoterapię. Patrzyła na monitor. Serce Barbary szalało jak zwierzę w klatce — raz przyspieszało, raz zwalniało, raz wyskakiwało z regularnego rytmu, raz wracało. Katarzyna widziała takie zapisy u pacjentów po przedawkowaniu digoksyny albo po zatruciu muchomorem sromotnikowym, ale Barbara nie brała digoksyny i nie jadła grzybów.
Po dwudziestu minutach serce uspokoiło się — nie do końca, ale na tyle, że Katarzyna mogła odetchnąć. Puls dziewięćdziesiąt, miarowy, z rzadkimi pobudzeniami dodatkowymi. Ciśnienie wzrosło do stu na sześćdziesiąt pięć. Barbara przestała wymiotować.
— Pani doktor — odezwała się Barbara szeptem. — Mnie nic nie czuję w ustach. Całe usta są jak drewniane.
— To mrowienie nadal trwa?
— Trwa. Ale teraz jest jak drętwienie. Jakby dentystyczne znieczulenie, ale wszędzie.
Katarzyna podeszła do niej bliżej. Delikatnie dotknęła dłoni Barbary.
— Czuje pani mój dotyk?
— Ledwo. Jakby przez grubą rękawiczkę.
Katarzyna zanotowała: parestezje uogólnione, zaburzenia czucia, zaburzenia rytmu serca, nudności, wymioty, hipotensja. Obraz kliniczny nie pasował do żadnego prostego zatrucia pokarmowego. Wyglądał raczej jak… Katarzyna zawahała się. Wyglądał raczej jak zatrucie alkaloidem działającym na kanały sodowe.
Ale to przecież absurd, pomyślała. To jest Głogów, a nie pododdział toksykologii klinicznej we Wrocławiu. Ta kobieta zjadła rosół, nie strychnine.
— Zostawimy panią na obserwacji do rana — powiedziała. — Będziemy monitorować serce. Jeśli cokolwiek się zmieni, proszę natychmiast wcisnąć dzwonek.
Barbara pokiwała głową. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie przeszedł przez bardzo ciemny tunel i zobaczył na końcu światło, ale jeszcze nie jest pewien, czy to światło dzienne, czy pociąg jadący z naprzeciwka.
Na korytarzu czekał Wiesław. Kiedy Katarzyna wyszła z sali zabiegowej, wstał z plastikowego krzesła jak sprężyna. Kubek z kawą z automatu, jeszcze pełny, stał na podłodze obok.
— Pani doktor, jak moja żona?
— Stabilnie. Ma zaburzenia rytmu serca i objawy neurologiczne — drętwienie, mrowienie. Zostawiamy ją na noc na obserwacji.
— Ale co jej jest? To od tego rosołu?
— Na razie trudno powiedzieć. Czekamy na wyniki badań krwi. Proszę mi powiedzieć, czy pańska żona brała dzisiaj jakieś leki oprócz ibuprofenu?
— Nie. Tylko ibuprofen na migrenę. Dwa.
— Żadnych suplementów? Ziół? Naparów?
— Nie. Ja jej dodaję czasem do zupy takie ziółka. Na trawienie. Ale to jest zwykła mieszanka, wie pani, z działki. Babcia mnie nauczyła. Lubczyk, macierzanka, trochę korzeni.
— Jakich korzeni?
— Takich… no, korzeni. Nie znam dokładnych nazw, ja to po wyglądzie zbieram, nie po nazwach. Babcia pokazywała, co jest co. Wiem, że to brzmi staroświecko, ale te ziółka naprawdę pomagają na trawienie. Barbara zawsze mówi, że po moim rosole jest jej lżej.
Katarzyna patrzyła na Wiesława. Miał szczerą twarz, zmęczone oczy, brudne jeszcze paznokcie — nie do końca domyte po zmianie w kopalni — i ton głosu pełen autentycznej (lub bardzo dobrze udawanej) troski.
— Dobrze. Gdyby pan mógł przynieść jutro próbkę tych ziół, to byłoby pomocne.
— Oczywiście. Rano przyniosę.
— Pan może zostać jeszcze na chwilę. Ale żona potrzebuje spokoju.
— Rozumiem. Mogę ją tylko zobaczyć?
— Krótko.
Wiesław wszedł do sali. Barbara leżała na szpitalnym łóżku, podłączona do monitora, z wenflonem w lewej dłoni i tlenową kaniulą pod nosem. Wyglądała jak ktoś, kto się postarzał o dziesięć lat w ciągu jednego wieczoru.
Wiesław pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło.
— Basieńko. Wszystko będzie dobrze. Jutro rano przyjdę, przyniosę ci koszulę nocną i szczoteczkę do zębów.
— Wiesiu — Barbara złapała go za rękę — a kwiatki podlejesz? Te na parapecie w kuchni?
— Podleję, podleję. Nie martw się niczym. Odpocznij.
— Rosół był dobry — powiedziała cicho. — Jak zawsze.
Wiesław uśmiechnął się.
— Cieszę się. Dla ciebie wszystko.
Wyszedł ze szpitala o dwudziestej trzeciej czterdzieści. Na parkingu przed SOR-em stało kilka samochodów, w tym karetka z włączonym silnikiem. Powietrze było chłodne, pachniało jesienią i lekko — ledwo wyczuwalnie — miedzią. Wiesław zapiął kurtkę, wsadził ręce do kieszeni i ruszył w stronę domu. Szedł szybko, zdecydowanie. Oddychał głęboko.
W połowie drogi, na pustym chodniku obok parku Słowiańskiego, stanął. Wyciągnął z kieszeni telefon i otworzył notatnik. Wpisał:
_Aconitum firmum. Wyciąg korzeniowy, etanolowy 70%. Dawka: 0,5 łyżeczki (ok. 2 ml) do 8 litrów rosołu. Objawy po ok. 2—2,5 godz.: parestezje perioralne, parestezje kończyn, nudności, wymioty, zaburzenia rytmu serca (VT?), hipotensja. Dawka subtoksyczna — zbyt mała, żeby zamknąć sprawę. Pacjentka żyje. Zwiększyć o 30% przy następnym podejściu? Albo zmienić alkaloid. Sprawdzić cykutoksynę. Na rynku są selery._
Zapisał. Zamknął notatnik. Schował telefon.
Potem poszedł do domu, podlał kwiatki na parapecie w kuchni, wyczyścił garnek po rosole i poszedł spać. Zasnął w cztery minuty.
Następnego ranka, o siódmej, był już w szpitalu. Przyniósł Barbarze koszulę nocną, szczoteczkę do zębów, różaniec i bukiet kwiatów — astry, fioletowe i białe, kupione w kwiaciarni na rynku.
Pielęgniarki mówiły potem, że rzadko się widzi tak troskliwego męża.
Katarzyna Mojka skończyła dyżur o ósmej rano, ale nie poszła do domu. Została w gabinecie lekarskim, z kubkiem kawy i wynikami badań Barbary Komosy. Morfologia — bez odchyleń. Elektrolity — potas lekko obniżony, prawdopodobnie od wymiotów. Troponina — podwyższona, ale nieznacznie, co mogło wynikać z tachyarytmii. Próby wątrobowe — norma. Kreatynina — norma. Gazometria — lekka kwasica metaboliczna.
Nic tu nie pasowało do prostego zatrucia pokarmowego. Bakteryjna infekcja żołądkowo-jelitowa nie daje zaburzeń rytmu serca typu VT ani parestezji. Wirusowa — tym bardziej. Alergia pokarmowa mogłaby dać część z tych objawów, ale nie taki obraz EKG.
Katarzyna otworzyła przeglądarkę na komputerze i wpisała: mrowienie warg, zaburzenia rytmu serca, wymioty, parestezje, hipotensja.
Pierwszym wynikiem, jaki wyświetlił się na ekranie, było: Zatrucie akonitiną.
Katarzyna przeczytała artykuł. Przeczytała drugi. Przeczytała trzeci. Potem oparła się o krzesło i przez długą chwilę patrzyła na ścianę naprzeciwko, na której wisiał plakat z kampanii szczepień przeciwko grypie i zdjęcie ordynatora z konferencji w Łodzi.
Niemożliwe, pomyślała. To jest Głogów, nie Netflix.
Ale objawy pasowały. Pasowały niemal idealnie.
Wstała, podeszła do okna i otworzyła je. Z zewnątrz wpadło zimne październikowe powietrze, a razem z nim — lekki, metaliczny zapach huty.
Katarzyna zamknęła okno, usiadła z powrotem przy biurku i zaczęła pisać notatkę. Na górze kartki napisała:
_KOMOSA BARBARA, LAT 45. PODEJRZENIE ZATRUCIA?_
Pod spodem postawiła znak zapytania. Duży, wyraźny, napisany tak mocno, że długopis przebił papier na drugą stronę.
Potem schowała kartkę do szuflady, dopił kawę i poszła do domu. Na klatce schodowej minęła się z ordynatorem, doktorem Jabłońskim, który zapytał o noc.
— Spokojna — odpowiedziała Katarzyna. — Jedno dziwne zatrucie pokarmowe.
— Pokarmowe?
— Chyba. Jeszcze nie wiem.
Ordynator kiwnął głową i poszedł dalej. Katarzyna wyszła na parking, wsiadła do swojego srebrnego Opla Corsy i przez chwilę siedziała za kierownicą bez ruchu.
Mrowienie warg. Drętwienie rąk. Częstoskurcz komorowy dwukierunkowy. Ziółka na trawienie.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i pojechała do domu, na osiedle Hutnik, do kawalerki na trzecim piętrze, gdzie czekał na nią kot o imieniu Stetoskop i pościel, której od dwóch dni nie zdążyła zmienić.
Zasnęła dopiero po godzinie.
Śniły jej się fioletowe kwiaty w kształcie hełmów.