-
nowość
-
promocja
Śmierć kroczy za mną - ebook
Śmierć kroczy za mną - ebook
Tak wiele musi się zmienić, aby nic się nie zmieniło.
Tomasz Hanke to człowiek, który za dużo widział, za dużo wie i zna nieodpowiednich ludzi. Gdy wraca do Polski, liczy na spokój i normalne życie. Mężczyzna nie spodziewa się, że na jego drodze ponownie stanie Aleksandra, jego dawna miłość. Kobieta jest zaskoczona widokiem Tomka. I chociaż wie, że znajomość z nim jest zbyt ryzykowna, dawne uczucia odżywają. Miłość przeradza się w namiętność, która ma swoje konsekwencje.A kiedy wydaje się, że wszystko powoli zaczyna się układać, paskudna przeszłość mężczyzny wraca.
Obecność Hanke komplikuje życie wielu osobom, w tym życie Aleksandry.
Wszystko wokół nich wydaje się być zwiastunem czyjejś śmierci… Powieść łącząca wątki thrillera i romansu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68960-05-1 |
| Rozmiar pliku: | 905 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niebieski pick-up mozolnie brnął rozmokłą gruntową drogą. Deszcz siąpił od tygodnia i nic nie wskazywało na to, że w ciągu najbliższych godzin miałoby przestać padać. Pojazd bujał się łagodnie, gdy któreś z kół wpadało w głębszą zapadlinę. Kierowca dostosował prędkość do panujących warunków tak, aby wszystko, co załadował i starannie zabezpieczył na skrzyni swojego auta, w całości i bez strat dotarło do wyznaczonego celu.
Przemierzana teraz trasa nie przypominała w niczym tej, którą pamiętał z dzieciństwa. Wszystko było inne: drzewa, krzewy, nawet dziury w drodze.
Kiedyś znał każdy centymetr tego traktu: każdy kamień, zagłębienie i korzenie lipowych drzew, które tuż pod powierzchnią tworzyły swoisty wzór, kojarzący się małemu chłopcu z siatką żył widzianą pod ludzką skórą.
W czasie wakacji, a niemal każdego roku spędzał je u rodziców swojej matki, przemierzał ją kilka, a nawet kilkanaście razy dziennie – tam i z powrotem. Zawsze z wielkim sentymentem wspominał czas spędzony w starym drewnianym domku.
To była inna epoka – przez chwilę zastanawiał się, czy wypowiedział te słowa na głos, czy tylko o tym pomyślał. Spojrzał na psa, zwiniętego w kłębek na siedzeniu pasażera. Pierwsze stworzenie na świecie, które należało tylko do niego, tak jak on należał tylko do swojego psa.
Psiak uderzył dwa razy ogonem o siedzenie pick-upa, tak jakby chciał powiedzieć: „Wiem, że o mnie myślisz”.
– Jesteś brzydki jak kupa po jagodach, ale jesteś mój. – Człowiek za kierownicą, wypowiedział te słowa głośno, nie odrywając wzroku od wyboistej drogi, a psisko znów uderzyło dwa razy ogonem o fotel pasażera. – Wiem, wiem, mnie też niczego nie brakuje – bąknął jakby w odpowiedzi na niesłyszalne psie oskarżenie.
Mężczyzna często mówił do psa. Zwierzak stał się powiernikiem zarówno przemyśleń, jak i mrocznych tajemnic swojego właściciela. A ten miał ich „odrobinę” więcej niż przeciętny obywatel.
– Jeszcze chwila i będziemy na miejscu. Podoba ci się czy nie, to nasz nowy dom – rzucił do sierściucha, a w odpowiedzi znów dało się słyszeć dwa uderzenia ogonem o fotel. – Nie jesteś zbyt wylewny. – Po tych słowach mężczyzna rzucił swojemu towarzyszowi krótkie spojrzenie.
Pies westchnął, tak jakby uznał, że nie ma argumentu mogącego przekonać człowieka do porzucenia pomysłu zamieszkania na tym odludziu.
Klocki hamulcowe nieprzyjemnie otarły się o tarcze i wydały z siebie krótki, wysoki pisk. Pies uniósł łeb, bo dobrze znany dźwięk był dla niego sygnałem, że za chwilę będzie mógł wyskoczyć z auta.
– Jesteśmy na miejscu – poinformował swojego włochatego towarzysza. – Nie dziękuj – rzucił złośliwie, otworzył drzwi i wysiadł z pojazdu. Poczuł na karku deszcz, który nadal sączył się z nisko zawieszonych ołowianych chmur. – Mordor1 – powiedział sam do siebie, a para wydobywająca się z jego ust zakłębiła się przed oczami.
Jeszcze tydzień, dwa i pogoda będzie dużo lepsza – przekonywał sam siebie, próbując sobie jakoś wszystko wytłumaczyć.
– Klawisz, wyłaź – rzucił krótką komendę.
Pies wystawił pysk przez uchylone drzwi samochodu, ale nie wykazywał entuzjazmu do tego, aby wyjść wprost w objęcia zachodniopomorskiej wiosny, wolał zostać w dobrze już nagrzanym i wygodnym wnętrzu auta.
– Wyłaź, nie marudź. Gdzie twoja psia godność?
Klawisz wyskoczył z samochodu, tak jakby chciał udowodnić, że nadal jest tym zadziornym szczeniakiem, którego człowiek przygarnął kilka lat temu.
Stali przed małym drewnianym domkiem. Srebrnoszare deski gdzieniegdzie pokryte czarną patyną mogły ostudzić zapał najznakomitszych osobowości sztuki ciesielskiej.
– Obawiam się, że wiedza z YouTube‘a, nie wystarczy, aby to ogarnąć, potrzebujemy posiłków – oznajmił swojemu psu.
Ruszył powoli w kierunku drzwi i pokonał dwa stopnie drewnianych schodów, jednak zawahał się chwilę, zanim postawił pierwszy krok na ganku i znalazł w sobie na tyle odwagi, aby stanąć na niepewnym podłożu. Zatrzymał się na kilka sekund, starając oszacować, czy deski nie poddadzą się pod jego ciężarem. Ruszył po chwili. Raz, dwa, trzy, policzył w głowie kroki, jakie musiał zrobić, aby dotrzeć do frontowych drzwi. Zatrzymał się ponownie przed nimi, aby sięgnąć do kieszeni spodni po klucz. Ku zdumieniu mężczyzny zamek poddał się bez najmniejszego oporu. Nacisnął klamkę, pchnął drzwi i z cichym skrzypnięciem otworzył na całą szerokość podwoje domku.
Przekroczył próg, zrobił jeszcze jeden krok w głąb pomieszczenia i rozpłynął się w ciemnościach.
Pies uniósł się, tylko po to, aby usiąść ponownie w tym samym miejscu, przechylił głowę i wpatrywał się w czarną otchłań, która pozostała za plecami jego przyjaciela.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Siedziba zła we „Władcy Pierścieni” – fikcyjna, wulkaniczna kraina w Śródziemiu stworzona przez J.R.R. Tolkiena, rządzona przez głównego antagonistę – Saurona. Kojarzona z ciemnością, zniszczeniem i armią orków.ROZDZIAŁ 2
Karimata i śpiwór – jedynie to ściągnął wczoraj ze skrzyni swojego leciwego pick-upa. Na rozładowanie reszty bagażu nie znalazł już czasu, sił ani ochoty. Teraz żałował, że nie potrafił wykrzesać z siebie poprzedniego dnia nic więcej. Chłód i wilgoć obudziły go wczesnym rankiem, poczuł dzięki temu wyraźniej skutki swoich wczorajszych zaniedbań.
Usiadł. Starał się w mroku zlokalizować paczkę papierosów, którą pozostawił w zasięgu ręki na podłodze obok swego legowiska. Po omacku natrafił na dobrze znany mu kształt, podniósł pudełko i wstrząsnął, aby się upewnić, że zapalniczka jest tam, gdzie być powinna. Zagrzechotało w środku. Otworzył paczkę, wysunął zapalniczkę na dłoń, ujął pomiędzy palce papierosa, który wysunął się wraz z zapalniczką.
Mały płomień rozświetlił na moment pomieszczenie, mężczyzna zaciągnął się, zatrzymał na chwilę dym w płucach, a następnie wydmuchał go ze świstem.
– Klawisz, wstawaj chłopaku, długi dzień przed nami. Chciałbym, żebyś kiedyś do czegoś się przydał. – Gdy tylko to powiedział, usłyszał w ciemności stuk psich pazurów o podłogę. – Mógłbyś chociaż jajka znosić – kontynuował kąśliwie.
Pies podszedł na tyle blisko, że zdołałby dotknąć nosem swojego pana.
– No, chodź tu do mnie, wiesz dobrze, że żartuję. – Podrapał psa za uszami, które wypatrzył w nikłym świetle, jakie dawał żar papierosa. – Okej, pozwól mi wstać. – Odepchnął delikatnie czworonoga i powoli, z papierosem w ustach, uniósł się do pionu, ruszył niepewnym krokiem w kierunku drzwi, namacał klamkę i pociągnął.
Ciemnoszary, mglisty poranek wcisnął się do wnętrza drewnianego domku, a stojący w progu mężczyzna kolejny raz głęboko zaciągnął się papierosem i wpatrywał bezmyślnie w dal. Oprzytomniał dopiero, gdy na skraju pola widzenia dostrzegł błysk reflektorów zbliżającego się pojazdu. Natychmiast otrzeźwiał. Jego mózg zaczął pracować ze zdwojoną prędkością i analizować okoliczności, w jakich się właśnie znalazł. Po szybkim przeglądzie możliwych opcji mężczyzna wyraźnie się odprężył. Dało się słyszeć cichy pomruk zbliżającego się do domku eleganckiego SUV-a. Po chwili auto zatrzymało się przed gankiem.
Wysiadła z niego dobrze ubrana kobieta, świadoma swojej wartości, co dało się od razu wyczuć.
– Nie odbierasz telefonu – wypaliła bez wstępnych uprzejmości.
– Dopiero wstałem, a telefon został podpięty w moim samochodzie. – Mężczyzna usiłował się wytłumaczyć, w tym samym czasie jego pies wyszedł przed dom, zainteresowany porannym zamieszaniem.
– Twój? – zapytała kobieta, wskazując brodą zwierzaka.
– Tak. To mój kumpel, ma na imię Klawisz – odparł mężczyzna.
– Powiedziałabym, że jest ładny, ale oboje wiemy, że to nieprawda – oznajmiła.
– Dla mnie liczy się jego oddanie, czego na przykład tobie z całą pewnością brakuje – odparł.
– Jesteś taki sam jak ojciec. Zasady, lojalność, oddanie, to dla was zawsze było na pierwszym miejscu, a we współczesnym świecie te cechy to słabość. – Po tych słowach ruszyła energicznie w kierunku drzwi.
Mężczyzna stojący w progu cofnął się do środka ciemnego pomieszczenia, aby pozwolić przejść i nie dać się stratować rozpędzonej kobiecie. Dało się słyszeć suchy trzask włącznika oświetlenia.
– Siedziałeś tu w tych egipskich ciemnościach? – zapytała z niedowierzaniem.
Trupio blade światło telefonu komórkowego rozjaśniło pomieszczenie. Kobieta, oświetlając sobie drogę, podeszła do białej skrzynki elektrycznej zamocowanej na przeciwległej do drzwi ścianie. Otworzyła małe przezroczyste drzwiczki, za którymi ukrywał się cały rząd bezpieczników elektrycznych i… klik.
– Niech stanie się światło – powiedziała, odwracając się do faceta stojącego za jej plecami. – Oj, Tomek, Tomek – zwróciła się dobrodusznie z nutą matczynej cierpliwości – nic się nie zmieniłeś. Ciągle ten sam bezradny chłopiec, za którego zawsze wszystko robi młodsza siostra.
– Daję sobie doskonale radę bez twojej pomocy – odciął się.
– Chyba nie do końca, skoro zadzwoniłeś do mnie po trzech latach milczenia.
– Chciałem cię po prostu zobaczyć, tęskniłem – odpowiedział.
– Pewnie dlatego tak wylewnie mnie powitałeś, prawda? – Jak zawsze ostatnie słowo musiało należeć do niej.
– Dajmy już spokój tym słownym przepychankom, Katarzyno – powiedział pojednawczo. – Nie po to do ciebie dzwoniłem. Chciałem się po prostu spotkać z siostrą i pogadać, niekoniecznie o szóstej trzydzieści gdzieś na odludziu, ale skoro sobie życzysz… – uciął, a kącik ust uniósł się w charakterystycznym dla niego uśmiechu.
– Masz rację – odparła po krótkim namyśle. – Zapraszam na kawę. Po drodze widziałam Gasthaus. Jest tam mała restauracja, zapewne jak we wszystkich hotelach śniadanie od siódmej. Zjemy, wypijemy kawę, pogadamy. Kolejność dowolna. Ubierz się – rzuciła.
„Gasthaus? Na Boga! Nie ma już polskiego odpowiednika na przydrożny zajazd? Czyżby umknęła mi jakaś niemiecka aneksja”? – obruszył się w myślach i wsunął stopy w Crocsy.
– Już – poinformował siostrę.
Kobieta spojrzała na niego, uniosła wzrok ku niebu i pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Widzę, że nadal nie zawracasz sobie dupy etykietą – podsumowała.
*
– Nic nie zjadłeś – powiedziała Kasia.
– Przypadłość większości palaczy. Zazwyczaj nie jadają śniadań – odparł od niechcenia. – Lepiej powiedz, co u ciebie.
– Jakoś się kręci – odpowiedziała zdawkowo – ale niestety, kto chce prowadzić biznes w tym kraju, nie ma zbyt wiele czasu dla siebie i swoich bliskich. Dlatego właśnie o szóstej trzydzieści i dlatego właśnie tutaj, bo jestem po drodze do Wrocławia.
– Teraz rozumiem – odparł Tomek – chociaż łudziłem się przez chwilę, że to tęsknota za bratem zmusiła cię do wizyty na wschodnim brzegu Odry. Aż łezka w oku mi się zakręciła. – Po tych słowach lewy kącik jego ust powędrował do góry.
– To biznes mnie tu sprowadził, ty jesteś przy okazji. Dziadka Stasia ruskim czołgiem do Polski niestety nie przywieźli, a więc jak chcesz do czegoś tutaj dojść, to musisz zapierdalać za trzech albo wrócić już ustawiony z zagranicy. Każde z nas wybrało swoją własną drogę, nie oceniam i nie chcę wiedzieć – oznajmiła bratu.
Dzwonek zainstalowany przy drzwiach zasygnalizował, że ktoś je otworzył i przekroczył próg zajazdu.
– Dzień dobry, szefowo – rozniósł się głos dziewczyny z obsługi.
– Dzień dobry, Gabrysiu. Cześć, Kasiu. – Siostra na dźwięk swojego imienia uniosła wzrok znad kubka.
– Cześć, Olu. – Pierwszy raz tego dnia na jej twarzy zagościł niewymuszony uśmiech. Wstała od stolika, aby przywitać znajomą.
– To mój starszy brat Tomasz. Pamiętasz go? – zapytała ją.
– Oczywiście, że pamiętam, ale nie wiem, czy rozpoznałabym go na ulicy, po tylu latach – odpowiedziała kobieta.
Mężczyzna ożywił się na te słowa i zaintrygowany przebiegiem wydarzeń uniósł wzrok. Rozpoznał ten głos, czas nie miał na niego absolutnie żadnego wpływu. Wstał z krzesła o wiele szybciej, niżby chciał. Choć bardzo starał się kontrolować własne emocje, nie zdołał zapanować nad swoją reakcją.
– Dzień dobry – wydusił z siebie niepewnie.
– Dzień dobry? A cóż to za oficjalny ton? – powiedziała roześmiana dziewczyna, jednocześnie wyciągając do niego rękę na powitanie. Uniosła wzrok, spojrzała wprost w czekoladowe oczy Tomka i uśmiech zgasł na jej twarzy.
– Posiwiałeś – oznajmiła melancholijnie. – Zmarszczki poorały nawet ciebie. – Wpatrywała się chwilę swoimi szmaragdowymi oczami w twarz mężczyzny.
– Może usiądziemy – zaproponowała Katarzyna, czym przerwała tę niezręczną chwilę ciszy.
– Tak, oczywiście – odpowiedział Tomek, wskazując Oli krzesło naprzeciwko siebie.
– Nadal nieśmiały wobec kobiet? – zapytała Ola z tajemniczym wyrazem twarzy.
– Mam nadzieję, że nie uległy wobec mężczyzn – dodała złośliwie Kasia.
– Moja siostra, jak widzisz, czerpie satysfakcję z upokarzania mnie w miejscach publicznych – odciął się Tomasz, spoglądając na siostrę wzrokiem, który mógłby zamienić ją w głaz na zawsze.
– To twój przybytek? – dociekała Katarzyna, rozglądając się.
– Nie ma o czym mówić. – Kobieta machnęła ręką.
– Mimo wszystko – odrzekła Katarzyna – jestem pod wrażeniem.
– W tak małym miasteczku nie ma wielu możliwości, człowiek bierze, co jest, aby utrzymać siebie i dziecko – argumentowała Ola.
– Mój brat postanowił zamieszkać w tym miasteczku, no, może nie w samym miasteczku, ale w domku dziadków, po drugiej stronie jeziora – klarowała Kasia. – Postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę, bo podobno nic więcej nie jest mu do życia potrzebne, tylko święty spokój, który zapragnął odnaleźć właśnie tutaj, z dala od zgiełku dużego miasta.
– Oho, proszę! – wykrzyknęła niemalże zdumiona Ola. – Mam nadzieję, że będziemy się teraz częściej widywać. Jesteś tutaj zawsze miłym gościem.
– Dziękuję – odparł. – Nie omieszkam skorzystać z zaproszenia. – Wykrzywił usta w subtelnym uśmiechu.
– Musimy już jechać, wybacz, proszę – zwróciła się do Oli. – Przede mną jeszcze kawałek drogi.
– Rozumiem, ja też muszę zająć się swoją robotą – odpowiedziała właścicielka zajazdu.
– A ja zostawiłem psa w domu – wtrącił mężczyzna, rozkładając bezradnie ręce.
Pożegnali się uściskiem dłoni.
– Ruszamy – zakomenderowała Kasia, a jej brat posłusznie poszedł za nią.
Zanim dotarł do wyjścia, starał się jeszcze raz złapać chociażby odbicie Oli w szklanych drzwiach wejściowych, co mu się udało. Następnie wsiedli do auta, lecz Katarzyna zwlekała z uruchomieniem silnika.
– Co jest? – zapytał niepewnie Tomek, licząc na to, że siostra wyjaśni mu, dlaczego nie ruszyła.
– Jajco, kurwa! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Widziałam, jak na siebie patrzycie. I to: „nie omieszkam”… Ja pierdolę, człowieku, ona przeżyła piekło, daj jej spokój, proszę cię.
– Nie wiem, na jakiej podstawie doszłaś do wniosku, że mam jakiekolwiek plany wobec tej kobiety – obruszył się mężczyzna.
– Uwłaczasz mojej inteligencji, braciszku. Pożeraliście się wzrokiem, tak że dobrze wiem, jakie są twoje „plany”.
Zamilkli. Kasia uruchomiła silnik, wyjechała z parkingu i ruszyła drogą prowadzącą nad jezioro. Jechali chwilę w milczeniu, gdy Tomek zapytał:
– Jakie piekło?
– Co: „jakie piekło”? – odparła Kasia, podenerwowana nieprecyzyjnym pytaniem swojego brata.
– Jakie piekło przeżyła? – poprawił się.
– Jej były mąż znęcał się nad nią i dzieckiem. Przemoc fizyczna, ekonomiczna i wszelkie inne formy przemocy, jakie tylko mogą się zrodzić w głowie socjopaty. Facet był w tej dziedzinie mistrzem. Gdyby istniała taka dyscyplina sportu, mógłby z powodzeniem reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej.
– A więc takie piekło – westchnął.
– Zawiedziony? – zapytała sarkastycznie.
Tomek nie odezwał się już ani słowem do końca krótkiej podróży. A kiedy dotarli do małego drewnianego domku, Katarzyna wyłączyła silnik.
– Starałam się utrzymać ten dom w jako takiej kondycji. Nie oczekuję za to niczego w zamian. Dom nadaje się do zamieszkania, ale trzeba odświeżyć kilka jego elementów. Przede wszystkim elewację.
Przechyliła się w prawo, opierając łokieć o kolano Tomka, otworzyła schowek i wyciągnęła z niego mały notesik, po czym wyrwała z niego kartkę:
– To są namiary na pana Waldemara. On za drobną opłatą zajmował się domkiem: naprawy, konserwacje i temu podobne pierdoły. Skontaktuj się z nim. Dostaniesz od niego komplet kluczy i garść bezcennych informacji – wyjaśniła bratu, wręczając mu kawałek zapisanego papieru. – Nie zgub tego – dorzuciła.
– Nie zgubię – starał się uspokoić siostrę.
– Pan Waldek nie lubi, jak się do niego mówi Voldemort – powiedziała Kasia z udawanym zdziwieniem.
– Nie wiem, co począć teraz z tą wiedzą – odpowiedział mężczyzna, otwierając drzwi auta.
– Ach, jeszcze jedno… – spojrzała na Tomka, który zastygł na chwilę w oczekiwaniu na ciąg dalszy – …kocham cię, braciszku.
Kiwnął jedynie głową i wysiadł z auta, po czym ruszył w kierunku domu, nie oglądając się za siebie.
Kiedy zaparkował przed domem, ze środka dało się słyszeć ujadanie psa.
– Jestem, uspokój się – oznajmił przez drzwi.
Pies, ukojony głosem pana, zamilkł, a ciszę zakłócał jedynie pomruk silnika oddalającego się auta.
*
Słońce było nad horyzontem i choć gęsta mgła skutecznie ograniczała widoczność tarczy słonecznej, światła wewnątrz domu było wystarczająco dużo, aby bez przeszkód oraz niepotrzebnego ryzyka poruszać się po nielicznych pomieszczeniach. Jednak nowy właściciel uznał, że lepiej będzie skorzystać z dorobku cywilizacji przy przenoszeniu skromnego dobytku z auta do domu, Dlatego włączył światła we wszystkich pomieszczeniach.
W rzeczy samej można tutaj mieszkać w ludzkich warunkach – ocenił w myślach, rozglądając się po izbie.
Po przeniesieniu rzeczy ze skrzyni samochodu, zaczął przeszukiwać kuchenne szafki, co nie trwało długo. Po znalezieniu naczyń, wyciągnął miskę i mały talerzyk deserowy, postawił cenne artefakty na blat i wyszedł przed dom. Wrócił po chwili i zamknął drzwi za sobą, w jednej ręce trzymając puszkę psiego jedzenia, w drugiej paczkę papierosów.
– Śniadanie – oznajmił, unosząc obie ręce w triumfalnym geście. – Każdemu według jego potrzeb – dodał.
Podszedł do blatu, na którym pozostawił miskę i talerzyk, jednym sprawnym ruchem otworzył puszkę, przechylił i cała zawartość chlupnęła do miski. Postawił ją wraz z zawartością na podłodze, wziął do ręki talerzyk deserowy i udał się do małego stolika umieszczonego pod oknem, wybrał jedno z dwóch krzeseł wsuniętych pod blat, usiadł, otworzył nową paczkę papierosów, zapalniczka trzasnęła i Tomasz głośno wciągnął tytoniowy dym.
– Klawisz, kiedy ty zrobisz mi śniadanie, chłopaku? – zapytał, wypuszczając dym.
Pies zignorował zaczepki, nawet nie spojrzał na swojego pana, zajęty pochłanianiem swojego przysmaku.
Mężczyzna wyjrzał przez okno zamyślony, widziany przez podwójną szybę sad wyglądał w rzednącej mgle majestatycznie. Gdzieś tam za bezlistnymi jeszcze drzewami można było dostrzec majaczącą we mgle taflę jeziora.
Wiele pracy przede mną – pomyślał. – Ale to dobrze, niczego innego nie planuję, mam na to czas, aż do kresu swojego życia – nawiązał do swojej poprzedniej myśli.
Podniósł się nagle od stołu, zaczął przetrząsać swoje rzeczy porozrzucane w nieładzie po całym salonie. Wreszcie znalazł to, czego szukał: telefon i ładowarkę do tegoż telefonu, małe notesiki i długopis. Usiadł ponownie przy stole, rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś źródła zasilania i podłączył kompletnie rozładowany telefon. Wziął do ręki notes i długopis, rozsiadł się wygodnie na krześle, wyciągając nogi z zamiarem „popełnienia listy” zakupów, rzeczy potrzebnych do podstawowych prac w domu i ogrodzie.
Zamyślił się na chwilę, uniósł wzrok, spojrzał w sufit i głośno wypuścił z siebie powietrze.
– Kurwa – syknął.
Nie mam nawet bladego pojęcia, co umieścić na tej jebanej liście, a tym bardziej, jak tego użyć – tym razem jedynie pomyślał. Zrezygnowany rzucił notesik i długopis na stół. Stanowię kompendium wiedzy bezużytecznej, tak naprawdę to ja nie potrafię nic pożytecznego – surowo ocenił poziom wiedzy na temat zwyczajnego życia. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, spojrzał apatycznie na swoje zniszczone Crocsy.
Mam nadzieję, że nie zwróciła na nie uwagi – uśmiechnął się, gdy pomyślał o kawie w zajeździe.
Prawie się nie zmieniła. Burza rudych włosów, ten sam uśmiech, piegi trochę bledsze niż te, które zapamiętał, i tylko w tych zielonych oczach zaszły jakieś zmiany. Nie dostrzegł już w nich tego żaru, tego, który tak go hipnotyzował, gdy miał kilkanaście lat.
Słodki Jezu, tak mnie onieśmielała, że choć bardzo chciałem, nie mogłem zdobyć się na odwagę, żeby zagaić rozmowę – dźwięk telefonu wyrwał go ze świata wspomnień.
– Klawisz, mamy łączność z bazą – zażartował.
Wcisnął PIN na klawiaturze i gdy urządzenie zalogowało się do sieci, pojawiła się cała choinka powiadomień. Przejrzał powierzchownie wszystkie wiadomości.
Nic niepokojącego – odetchnął z ulgą.
Ostatnia odebrana wiadomość głosowa od „Katarzyna”. Otworzył ją i odsłuchał:
W drodze powrotnej wpadnę do ciebie, spotkamy się jeszcze raz. Zorganizuj mi jakiś nocleg w domu, bo wolałabym spać w śmietniku niż w hotelu przy starym dworcu. Musimy załatwić sprawy administracyjne i techniczne, to może potrwać, ale nie ma tego złego… Napijemy się, pogadamy, in vino veritas2. Może dowiemy się czegoś więcej o sobie, będziesz miał okazję odbudować relacje rodzinne, w sumie mój syn i ja jesteśmy ostatnimi znanymi mi członkami twojej rodziny. I nie stękaj po odsłuchaniu wiadomości tym swoim „Ja pierdolę”. Aha, rozpal w piecach, bo jest zimno i wilgotno.
– Ja pierdolę – jęknął mężczyzna.
Wrócił myślami do domu i ogrodu, sięgnął ręką do kieszeni, z której wydobył kartkę z numerem telefonu do Voldemorta. Wystukał numer na ekranie, przyłożył do ucha. Sięgał już po papierosa, gdy usłyszał w słuchawce szorstkie zawołanie:
– Słucham!
– Dzień dobry, dostałem pański numer od siostry, Katarzyny Hanke. – Odpowiedziała cisza. – Halo! Jest pan tam? – zapytał niepewnie Tomasz.
– Jestem, jestem. Słucham, po co pan dzwoni? Chyba nie po to, żeby powiedzieć mi, że ma pan mój numer telefonu od pani Kasi – rzucił opryskliwie do słuchawki pan Waldemar.
Nic nie działało na Tomka tak, jak niczym niesprowokowane chamstwo. Zawsze przesadnie reagował na takie zachowanie, dlatego teraz musiał się wysilić, żeby nie obrzucić swojego rozmówcy inwektywami. Wziął głębszy oddech, odchrząknął i kontynuował łagodnym tonem
– Podobno jest pan w posiadaniu kluczy i tajemnej wiedzy dotyczącej domku moich dziadków – spróbował żartem rozładować zagęszczoną przez Voldemorta atmosferę.
– Będę jutro o dziewiątej, dzisiaj jestem skacowany i chcę pierdolnąć kilka browarów – wyznał szczerze. – Muszę „przycieniować”, jak to się mówi. Ustawię sobie przypomnienie w telefonie, jeśli to pana uspokoi – zarechotał do słuchawki.
– To pańska sprawa, panie Waldemarze – odpowiedział zgodnie z prawdą Tomek.
Voldemort rozłączył się bez pożegnania. Tomek odsunął telefon od siebie na odległość wyciągniętej ręki, zmrużył oczy i spojrzał z niedowierzaniem na ekran swojego iPhone’a.
– Spragniony – rzucił kąśliwie.
------------------------------------------------------------------------
1.
2 W winie prawda (łac.)ROZDZIAŁ 3
Obudziło go drapanie do drzwi. To Klawisz dawał do zrozumienia, że nadeszła pora na poranny spacer. Tomek wywlókł się ze śpiwora. Choć tę noc spędził całkiem przyzwoicie, na rozkładanej kanapie, to jednak nadal czuł w kościach poprzednią noc, gdyż tylko cienka karimata oddzielała go od twardej drewnianej podłogi.
Starzeję się – pomyślał jak zawsze w podobnych okolicznościach.
Wypuścił psa, usiadł przy stole, zapalił papierosa i zatopił się we wspomnieniach. Uśmiechnął się ironicznie do własnych myśli. Dopalił i rozgniótł niedopałek na talerzyku deserowym, który służył mu od wczoraj jako popielnica. Usłyszał szczeknięcie za drzwiami, wstał, otworzył drzwi, aby wpuścić swojego czworonożnego towarzysza.
– Wezmę prysznic i jedziemy na kawę – poinformował psa.
Poddał się po kilku nieudanych próbach uruchomienia elektrycznego podgrzewacza wody. Uznał w końcu, że tajemna wiedza o tym, jak uruchomić urządzenie, dostępna jest jedynie wybrańcom, jakiemuś specjaliście o czystym sercu, a pan Waldemar vel Voldemort na pewno spełniał wszystkie te kryteria i rzeczoną wiedzę posiadł.
Chatka na skraju lasu nie słyszała jeszcze tylu wulgarnych słów naraz, ile padło dziś z ust mężczyzny podczas kąpieli w lodowatej wodzie. Wyskoczył spod prysznica, gdyż nie miał zamiaru stać pod zimnym strumieniem dłużej, niż to było konieczne. Kiedy się rozejrzał i w jego polu widzenia nie znalazł się żaden ręcznik, złapał swój bawełniany podkoszulek i zaczął się nim energicznie wycierać.
A więc tak to działa, zimny prysznic rozbudził we mnie kreatywność – żart wprawił go w lepszy nastrój.
Spojrzał w lustro zawieszone nad zlewem. Przyjrzał się swojej twarzy, blizny na niej były ledwie widoczne, dwie białe cienkie nitki na czole i policzku. Za to na lewym ramieniu widniała długa i czerwona szrama, twarda, wypukła zmiana na skórze. Obie blizny, ta na twarzy i ta na ramieniu, były pamiątką po wypadku, jaki przeżył. A kilka ładnych minut spędził przecież po „drugiej stronie rzeki”. I prawdę powiedziawszy, bardzo mu się podobało po tamtej stronie.
Już było po wszystkim – trudno policzyć, który to już raz zaczął analizować wydarzenia tamtego dnia – żadnych problemów, zaległych rachunków, zobowiązań… A tu zjawia się dwóch przypadkowych policjantów i wpierdalają człowieka ponownie w to szambo, jakim jest życie – ciągnął swoje przemyślenia, stojąc przed lustrem. O, ironio losu, gdyby ci policjanci wiedzieli, o czyje życie tak dzielnie walczą – na tę myśl uśmiechnął się do swojego odbicia.
Zimny prysznic ożywił go wyraźnie. Włożył ubranie stosowne do panujących na zewnątrz warunków.
– Jedziemy, zjesz później – oznajmił Klawiszowi i ruszyli w drogę.
*
– Dzień dobry – powiedział, gdy tylko dzwonek u drzwi wejściowych w zajeździe obwieścił jego przybycie, ale odpowiedziała cisza. – Dzień dobry – powtórzył tym razem trochę głośniej.
W drzwiach pokazała się dziewczyna.
– Dzień dobry i przepraszam, że musiał pan czekać. Mogę w czymś pomóc? – zapytała.
Mężczyzna przez chwilę stał jak zahipnotyzowany.
– Halo. – Dziewczyna przypomniała klientowi o swoim istnieniu.
– Przepraszam – odpowiedział po chwili zawahania – można z psem?
– Oczywiście – odparła. – Może wody dla pieska? – zaproponowała.
– Byłoby miło, a więc dla Klawisza woda, a dla mnie czarna kawa – odpowiedział, nie przestając wpatrywać się w dziewczynę.
– Klawisz, ciekawe imię dla psa. Gra na fortepianie?
– Niestety – zaprzeczył Tomasz – po prostu lubi rozmawiać z ludźmi przez drzwi, stąd to imię. Ile pani sobie życzy za kawę?
– Dziewięć pięćdziesiąt – odpowiedziała dziewczyna i nagle głośno się roześmiała.
Znał skądś ten śmiech.
– Przepraszam pana – wykrztusiła zawstydzona. – Nie od razu zrozumiałam żart.
Tomek zapłacił, młynek zaszumiał i w całym pomieszczeniu rozszedł się intensywny aromat kawy. Wziął swój napój, a idąc do stolika, jeszcze raz usłyszał perlisty śmiech dziewczyny. Odstawił filiżankę na stolik, wydał komendę „zostań” i już sam, bez swojego nieodłącznego towarzysza, wrócił do kasy.
– Przepraszam – zagadnął dziewczynę, która porządkowała puszki z napojami na półkach.
– Tak? Słucham. – Oderwała się od swojego zajęcia.
– Czy pani Aleksandra Michalak jest dzisiaj w pracy? – zapytał, wyraźnie skrępowany.
– Nikt taki tu nie pracuje – odpowiedziała z pełnym przekonaniem młoda dama.
– Ale… – i tylko na tyle było go stać – …przepraszam. – Odwrócił się i już chciał odejść.
– Aleksandra Kaczmarek, nadal nosi nazwisko po byłym mężu.
– Ach, teraz rozumiem. – Uśmiechnął się prawie niezauważalnie.
– Mama powinna niebawem wrócić, pojechała załatwić jakieś sprawy w mieście, ja ją chwilowo zastępuję – dokończyła.
– Dziękuję – odparł i wrócił do stolika.
Normalnie jakbym wysiadł z wehikułu czasu – starał się wytłumaczyć przed sobą samym konsternację, jaką wywoływał w nim widok dziewczyny. Jest bardzo podobna do Oli i ten jej śmiech… – stuknięcie blaszanej miski o podłogę otrzeźwiło mężczyznę.
– Woda dla Klawisza – powiedziała kopia Oli.
– Dziękuję w imieniu tego drobnego rzezimieszka – dodał, dobrotliwie spoglądając na psa.
Dziewczyna uśmiechnęła się i wróciła do swoich zajęć.
Tomasz nie zdążył ponownie zatopić się we wspomnieniach sprzed lat, gdy poczuł drganie komórki w kieszeni. Z niemałym wysiłkiem wydobył z niej telefon i spojrzał na ekran. „Voldemort” informował wyświetlacz.
– Kurwa – wyszeptał i przesunął słuchawkę w prawo, aby połączyć się z panem Waldemarem.
– Nooo, kurwa, panie! – usłyszał w aparacie.
– Nie miaucz, kurwa, będę za dziesięć minut – warknął do słuchawki, bo uznał, że już dość tych poufałości.
Voldemort nie miał nawet okazji, żeby odpowiedzieć na impertynencję swojego rozmówcy.
Tomek wstał, pociągnął solidny łyk kawy, rzucił krótkie „idziemy” do psa i ruszyli w kierunku drzwi. Jednak zatrzymał się w połowie drogi, odwrócił się wolno, tak jakby miało mu to dać więcej czasu na zastanowienie, i zwrócił się do dziewczyny stojącej za kontuarem:
– Czy mogłaby pani przekazać Oli, to znaczy mamie – poprawił się natychmiast – że… – Tutaj urwał, zastanawiając się, co powiedzieć, aby nie przekroczyć granic dobrego smaku.
– Oczywiście, że powiem – przerwała dziewczyna, skracając męczarnie mężczyzny.
– Dziękuję. – Odetchnął. – Nazywam się…
– Wiem, kim pan jest, panie Tomaszu, to małe miasteczko, wszyscy już wiedzą – przypomniała.
– No tak. – Zakłopotany spuścił wzrok. – Do widzenia – rzucił na koniec i wyszedł.
*
Kilkanaście minut później auto Tomka zatrzymało się przed drewnianym domem. Waldek, siedzący na tarasie w oczekiwaniu na przyjazd właściciela, zdążył wypalić już kilka papierosów, dlatego bez najmniejszego żalu pozbył się teraz filtra, z którego zwisał szary pazur popiołu.
– Witam prezesa – wypalił Waldemar.
– Dzień dobry, panie Waldku. Widzę, że relacje między nami uległy wyraźnej poprawie – stwierdził, mierząc wrogo wzrokiem Voldemorta.
– Jak najbardziej – odpowiedział.
Mimo że Tomek starał się oszacować chociażby przybliżony wiek Waldka, nie sprostał wyzwaniu. Pan Waldemar mógł być zarówno wyeksploatowanym czterdziestolatkiem, jak i siedemdziesięciolatkiem w całkiem dobrej kondycji. Bluza jakiegoś amerykańskiego uniwersytetu, która była elementem jego garderoby, nie ułatwiała weryfikacji wieku.
Trudno – pomyślał – będę musiał poradzić sobie bez rozeznania w tym temacie.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.