Śmierć w cieniu wulkanu - ebook
Ten karnawał odmieni życie wielu osób…
Zmęczona codziennością matka dwójki dzieci, która spędza z rodziną przedłużone wakacje na Teneryfie. Niemogący się otrząsnąć po stracie żony i syna inspektor hiszpańskiej policji. Barman zwany Grajkiem, który nigdy nie kończy swoich gitarowych kompozycji. Pochodzą z różnych światów, a mimo to ich spotkanie na wyspie u wybrzeży Afryki uruchomi ciąg tragicznych zdarzeń.
Jakie tajemnice skrywa Puerto Rojo? Kto dąży do prawdy, a kto próbuje ukryć swoje mroczne sekrety? I ile czasu potrzeba, żeby urlop w tropikalnym raju zamienił się w koszmar?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-124-9 |
| Rozmiar pliku: | 4,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nazywają to pejzażem księżycowym. _Paisaje lunar._ Tak naprawdę przypomina raczej powierzchnię Marsa. Taką jak na zdjęciach z NASA: czerwona, żelazista ziemia, gdzieniegdzie upstrzona pojedynczymi kawałkami czarnego, wulkanicznego żużlu. Jesteśmy na zboczu gigantycznego czynnego wulkanu. Wprawdzie ostatni raz dał o sobie znać sto lat temu, ale powszechnie uważa się, że tylko czeka na odpowiedni moment.
„Oby nie nastąpił zbyt szybko…” – myśli Gloria, patrząc na swojego trzyletniego syna. Miguel lawiruje pomiędzy kawałkami zaschniętej lawy z gumową piłką, udającą prawdziwą futbolówkę. Grudy żużlu zastępują piłkarzy z przeciwnej drużyny. Miguel ogrywa ich, strzela gole. Głośno krzyczy, kiedy trafia do bramki. Gloria lubi to miejsce. Czerwona ziemia przypomina jej rodzinne Mali. Wyjechała stamtąd sześć lat temu. Na łodzi z Maroka – jak wielu jej podobnych. Morze było wzburzone, a upragniona hiszpańska wyspa wydawała się daleko. Ale się udało. Potem też miała szczęście. Spotkała jego. Urodził się Miguel. Jej syn już jest stąd. To jego miejsce. Gloria cieszy się, kiedy chłopiec krzyczy po hiszpańsku na swoich kamiennych piłkarzy. W języku ojca. Lubi też jasnobrązowy odcień skóry syna. Tak różny od jej czerni. Kolor, który jest kompromisem pomiędzy nimi.
„Życie w ogóle jest kompromisem i trzeba to zaakceptować…” – myśli Gloria, prowadząc samochód w górę wielkiego wulkanu Teide, po bardzo krętej drodze. Jedzie na spotkanie z nim. Będą razem oglądać gwiazdy. Nigdzie nie widać tak dobrze gwiaździstego nieba jak przed górskim hotelem El Parador, położonym u podnóża szczytu. Gloria kocha gwiazdy. Kiedyś chciała do nich sięgnąć. W ogóle chciała bardzo wiele. Dużo też dostała od losu. Jest piękna, zdolna. Ma cudowny głos, któremu zawdzięcza karierę muzyczną. Gloria zawsze kochała śpiewać. Niestety urodziła się w złej części świata. Wszystko się pomieszało. Musiała uciekać. I uciekła. Teraz już jest dobrze.
Zmęczony Miguel próbuje zasnąć na tylnym siedzeniu, z głową na piłce. Gloria zaczyna mu śpiewać jego ulubioną afrykańską kołysankę. Pięknie śpiewa. Miguel jak zawsze zasypia. Jest dobrze. Tutaj zacznie wszystko od nowa. Tylko zakręty tej drogi są jak zwoje gigantycznego pytona, który powoli zaciska się na swojej ofierze. Jest stromo i kręto. Gloria wyjeżdża zza zakrętu prosto w intensywnie zachodzące słońce. Nie ma ciemnych okularów. Zostawiła je gdzieś pomiędzy kamiennymi piłkarzami Miguela. Taka była szczęśliwa, myślała o różnych sprawach i zapomniała o nich. Jadący z przeciwnej strony samochód wziął zakręt zbyt dużym łukiem. Gloria jest pogrążona w myślach. Mimo to reaguje szybko. Odruchowo skręca kierownicę w lewo. I naciska hamulec. Ale samochód nie odpowiada. Jakby zapomniał. Zakręt jest zabezpieczony betonowymi pachołkami. Są potężne, ale niezbyt wysokie. Wytrzymają zderzenie czołowe, lecz na nic się zdadzą, jeśli samochód przekoziołkuje nad nimi i runie w przepaść, dachem do dołu. Przez głowę Glorii przelatuje jedna myśl. Właściwie to krótkie zdanie, i to nie w jej rodzimym języku, ale w tym nowym, hiszpańskim: „_¡Qué pena!_”. Jaka szkoda.
Na drodze zatrzymuje się szare Subaru. Wysiada z niego biały mężczyzna, około trzydziestki, w spranym brązowym podkoszulku i skórzanych, jakby robionych ręcznie, afrykańskich klapkach. Mężczyzna podbiega do betonowych pachołków i z przerażeniem spogląda w czeluść, gdzie przed chwilą zniknął samochód Glorii. Nic nie widać. Pojazd rozpłynął się w ciemności. On nie wie, jak to się stało. Odruchowo łapie telefon i wybiera numer policji. Nagranie z policyjnej centrali każe mu czekać. Jest zdezorientowany. Nie wie, co ma robić. Podchodzi do betonowych pachołków i spogląda jeszcze raz. Przez głowę przelatuje mu jedno zdanie, i to nie w jego rodzimym języku, ale po hiszpańsku. „_¡Qué pena!_”. Jaka szkoda.
Długi przeszklony korytarz wydaje się nie kończyć i nie zaczynać. Ruchomy chodnik wiezie ich, zmęczonych długim lotem. Dzieci biegają tam i z powrotem po sunącej taśmie. Oni milczą. Dokoła nie ma nikogo. Pozostali pasażerowie są albo daleko przed nimi, albo daleko za nimi. A oni są tu. Sami na tej wyspie u wybrzeża Afryki. Sami na Oceanie Atlantyckim, który widzieli z góry. Wielkim. Pustym. Może nawet sami na świecie? Rodzina z dwojgiem dzieci. Czego więcej potrzeba? Przylecieli do Puerto Rojo na Teneryfie na przedłużone wakacje. Właściwie na „zimowanie”. Tak się mówi, kiedy przyjeżdża się zimą na dłużej niż dwa miesiące. Ale czy oni wiedzą, jak długo zostaną? Julia tego nie wie. I Wojtek tego nie wie. Ani ich dzieci: Kama i Lena, w wieku odpowiednio: sześć i trzy lata. Zobaczy się. To „zobaczy się” skrywa w sobie niewiadomą. Jakby zagadkę, ale też trochę niepewność.
„Nie wiadomo, jak to będzie z robotą Wojtka” – myśli Julia, jej umysł jest trochę ociężały po locie. Wojtek pracuje w IT. Dużo online, dużo również podróżuje. Szczególnie od kiedy został jakimś tam szefem zespołu czy coś… Często go nie ma. Pracuje. A chciałoby się po prostu odpocząć, bo w kraju zimno. Kiedyś trzeba będzie jednak wrócić. Przypomnieć o sobie tym, którzy zapomnieli. Julka ma te swoje projekty. Edukacyjne. Nie takie, jakie by chciała, oczywiście… Chciałaby robić sztukę. Normalnie, w teatrze. Ale nie robi. Ma to, co ma… I w sumie tego też nie robi. Dzieci okazały się bardziej czasochłonne, niż się spodziewała. One to dopiero są projektem! Praca na dwa etaty. Po jednym na każde dziecko. Kto by pomyślał… Robi się szybko. Szczególnie, jak się chce. A oni chcieli. Tylko potem… No tak… Jak to w ogóle będzie między nimi, także nie wiadomo. Czy to jest już kryzys, czy tylko zmęczenie? A może w ogóle już po wszystkim?
I tak sobie jadą tym ruchomym chodnikiem na lotnisku. Za przeszkloną ścianą zjawiskowy zachód słońca. Oni ciągle jeszcze w ciepłych ubraniach z Polski. Julka czuje na twarzy jakby dwie warstwy makijażu. Jedna to lodowaty wiatr, który żegnał ich, gdy maszerowali do samolotu na lotnisku Modlin. A druga to ciepły powiew zabarwionego pustynnym piaskiem wiatru _calima_, który przywitał ich przed chwilą, kiedy wysiadali z samolotu na lotnisku Tenerife Sur. „Ciekawe, że wiatry mają tu nazwy – pomyślała Julka. U nas nie mają. Jakoś szkoda nam czasu, żeby nazywać wiatr. Za bardzo jesteśmy zagonieni. A co to szkodzi nazwać wiatr? A nie, przepraszam! Jest halny!” Julka uśmiecha się do siebie. Nie wiadomo, dlaczego myśli o takich głupotach tu, na wyspie, na oceanie. W innym świecie. Chyba po prostu jest zmęczona. Sześć godzin w samolocie z małymi dziećmi to nie przelewki! A Wojtek siedział oddzielnie, bo tak wyszło z miejscami. I do tego z jakąś blond laską… Gadali cały czas. No dobra… jest zarobiony! Ale mógłby chociaż trochę zająć się dziećmi i poczytać im _Misia Pracusia_! Ale on wolał gadać z blondyną. W sumie trudno mu się dziwić. Julka też by wolała.
Spogląda na Wojtka, stojącego obok na ruchomym chodniku: wysoki, szczupły, wysportowany. W końcu surfer. I windsurfer. I kitesurfer. Jak jeszcze wymyślą nowy rodzaj surfu, to Wojtek na pewno go opanuje. I będzie surfował. A ona będzie na to patrzeć z brzegu. To ładnie wygląda. I wystarczy – jeśli o nią chodzi! Julka myśli, że powinna się do niego uśmiechać. W końcu są już parą prawie dziesięć lat. Mają dwoje dzieci. I nawet ślub, choć to akurat dla żadnego z nich nie miało większego znaczenia. Po prostu ułatwia życie z dziećmi. I tyle. A teraz Julka patrzy na Wojtka i myśli, że powinna się uśmiechać, ale z jakiejś dziwnej przyczyny tego nie robi. Zakłada tylko okulary przeciwsłoneczne, bo razi ją pięknie zachodzące słońce za szklaną ścianą lotniskowego korytarza, który ciągle się nie kończy. I tak sobie jadą. Niby przylecieli, przyjechali. Już są. Lecz ciągle jadą. „O co w tym chodzi?” – myśli sobie Julka. I nie wiadomo dlaczego, uśmiecha się do siebie. Wszystko jest dobrze. W końcu dojechali.ROZDZIAŁ 2
Śniadania są trudne. Kama i Lena budzą się w wojowniczych nastrojach. Wojtek udaje, że go nie ma. Czasami rzeczywiście go nie ma, bo idzie po zakupy. Do śniadania zawsze czegoś brakuje. A to masła, a to chleba, a to kaszki! A najczęściej mleka owsianego, bo oni wszyscy mają oczywiście nietolerancję laktozy. Julia podejrzewa, że Wojtek tak naprawdę nie ma żadnej nietolerancji, tylko potrzebuje pretekstu, by wyjść w trakcie śniadania po mleko owsiane i wrócić, jak już będzie po wszystkim. To znaczy Kama i Lena będą ogarnięte, spakowane i gotowe, żeby iść do przedszkola. Na szczęście on je odprowadza. Przynajmniej tyle udało się Julii wywalczyć. Wojtek wychodzi, a ona z prawdziwą satysfakcją robi sobie kawę. Otwiera świeżo przyniesione mleko, wlewa do kawy i pije w samotności. Ma ten czas dla siebie. Potem on wraca i siada do roboty, a ona idzie gdzieś, żeby też się czymś zająć. Na przykład swoimi projektami. Ale różnie to wychodzi. Dzisiaj wyszło na przykład zupełnie inaczej. Julia czekała na Wojtka z zaparzoną kawą. Był tym tak zaskoczony, że początkowo nie wiedział, co powiedzieć. W końcu się jednak odezwał:
– Chodzi o nas? – zapytał wprost, trzymając kubek z parującym napojem.
Wojtkowi można było zarzucić wiele rzeczy, ale na pewno nie brakowało mu inteligencji i przenikliwości. Julia lubiła w nim te cechy. Kiedyś nawet kochała…
– Rzadko… się kochamy.
Wojtek wykonał jakby gest obronny.
– No może nie…
– W ogóle – ucięła Julia.
Skinął głową zrezygnowany. Usiadł na fotelu.
– Co proponujesz?
Julia pomilczała chwilę, chociaż od rana wiedziała, co chce mu powiedzieć. Tyle że kiedy już miała to zrobić, nagle okazało się to zbyt trudne. Ale mimo wszystko spróbowała.
– Chcę, żebyśmy mieli otwarty związek.
Na twarzy Wojtka pojawił się wyraz zaskoczenia. Wyraźnie nie tego się spodziewał.
– Otwarty? Co przez to rozumiesz? – zapytał.
– Chcę móc spotykać się z innymi ludźmi. I nie chcę się z tego przed tobą tłumaczyć! – wypaliła Julia.
Wojtek się zasępił. Wydawało się, że się nad czymś zastanawia, ale Julka nie była pewna, czy nad tym, co powiedziała. Może znowu wybył myślami na konferencję do New Delhi? Postanowiła trochę go zachęcić.
– To oczywiście działa w obie strony. – Myślała, że mąż czeka na to doprecyzowanie, ale nie. On po prostu uciekł myślami gdzie indziej.
– Dobrze. Skoro tego chcesz.
– Dobrze? – zapytała z niedowierzaniem. Może się przesłyszała.
– Powiedziałem: dobrze. I co teraz?
– Nic. Po prostu chciałam to ustalić.
– Ustalone.
Szybko dopił kawę i wstał.
– Przepraszam cię… muszę wracać do roboty.
– Jasne – odparła obojętnie, jakby rzeczywiście wszystko było jasne.
Wojtek wyszedł. Jego sylwetka zdradzała pewne napięcie. Jak gdyby złapał go skurcz całego ciała. Nie tak silny, żeby nie mógł się poruszać, ale robił to z bólem.
Julia poczuła nagle ogromną złość. Po chwili to uczucie przerodziło się w furię. Dlaczego zgodził się tak łatwo?! Jak on mógł! Zerwała się z miejsca i ruszyła za Wojtkiem. Poszła długim korytarzem do niewielkiego pokoju, którego okna wychodziły na małe patio i który służył za jego pracownię. Mąż siedział już ze słuchawkami na uszach przed ekranem.
Julia stanęła w drzwiach. Cała jej postać wyrażała wściekłość.
– Czy ty mnie jeszcze kochasz?
Wojtek dostrzegł ją, ale nie usłyszał. Zdjął słuchawki i spojrzał na nią pytająco.
– Co mówiłaś?
A z Julii uleciała nagle cała energia. Zadała to pytanie, ale wcale nie była ciekawa odpowiedzi.
– Pytałam, o której masz jutro lot.
– O dwunastej. Wezmę taksówkę – stwierdził Wojtek.
– A wiesz już, kiedy wrócisz?
– Nie wiem… Mam kilka ważnych spotkań. Chyba znowu polecę do Delhi… Jest parę tematów…
– OK. Rozumiem – rzuciła. – Tak tylko pytałam…
– Dam ci znać – powiedział i założył słuchawki.
Julia postała jeszcze chwilę w drzwiach. Przez głowę przelatywała jej wciąż ta sama myśl. Uporczywie, jak jakaś mantra. „Nic z tego nie będzie…”
– Jest, _jefe_! Znalazłam ją!
Orestes usłyszał głos Lucíi, gdy siedział w swoim gabinecie, jak zwykle zatopiony w myślach. Neurony w jego głowie nie od razu połączyły głos, przekaz i jego sens w integralną całość. Zanim to się stało, dość naturalnie zadał pytanie:
– Kogo?
– Dziewczynę z plaży. Nazywała się Natasza Kowalenko. Była Ukrainką.
Orestes już skupił się na temacie.
– Świetnie. Jak ci się to udało?
– Zrobiłam, jak kazałeś, _jefe_. Szpitale, pogotowia, pierwsza pomoc. Utrata palca u nogi, i to jeszcze u młodej kobiety, nie zdarza się często. Robotnicy na budowach, dokerzy w porcie to tak. Ale dziewczyna… Lekarz ze szpitala w San Isidro przypomniał sobie, że jakiś rok temu zjawiła się u niego taka bez palca u stopy. Rana była świeża i prowizorycznie zszyta. Dziewczyna nie mówiła zbyt dobrze po hiszpańsku ani po angielsku. Przynajmniej tak utrzymywała. Może po to, żeby uniknąć pytań – relacjonowała Lucía. – Doktor opatrzył ranę i próbował ustalić, jak powstała, ale dziewczyna powtarzała tylko w kółko: _accident_. Lekarz miał wątpliwości. Wyglądało to, jakby ktoś celowo usunął jej ten palec. Ale dziewczyna nie chciała pomocy i szybko zniknęła z ambulatorium. – Po chwili podinspektor dodała: – Odgrzebaliśmy jej kartotekę. Przepuściłam jej nazwisko przez naszą bazę danych paszportowych. Dobrze, że to my się tym zajmujemy, a nie Guardia…
Orestes kiwnął głową. Doskonale zdawał sobie sprawę z niechęci Lucíi do Guardii Civil, konkurencyjnej hiszpańskiej formacji policyjno-wojskowej. Kompetencje ich i policji często się przecinają, co prowadzi do licznych nieporozumień.
– Tak, Lucío – stwierdził uspokajającym tonem. – To prawdziwe szczęście. Ale skoro rząd właśnie nam powierzył ochronę granic, powiedz, co ci się udało ustalić.
– Wyskoczył jej paszport – ciągnęła podinspektor z wyraźnym entuzjazmem dla własnej przenikliwości. – Natasza Kowalenko. Była u nas już przed rokiem, a teraz przyleciała ponownie. Kilka dni temu, na wizę Schengen…
– Nie jako uchodźca? – dopytał Orestes.
– Nie. Przyleciała z Polski. Z jakiegoś dziwnego lotniska, które nazywa się Modlin.
– Dobrze, Lucío. Czyli coś wiemy.
– Myślisz, że to handel ludźmi? – zapytała, uprzedzając jego wnioski.
– Niewykluczone – zgodził się. – Ładna dziewczyna. To okaleczenie mogło być karą za niesubordynację. Potem dalej sprawiała kłopoty, no i się doigrała…
Policjantka pokręciła głową z wyraźnym niedowierzaniem.
– Tylko po co od razu zrzucać ją z klifu? Łatwiej przecież wywieźć na morze i posłać na dno z jakimś kawałem betonu przyczepionym do nogi.