-
nowość
Smocza iskra. Spark The Flames. Tom 1 - ebook
Smocza iskra. Spark The Flames. Tom 1 - ebook
Każdy pożar zaczyna się od iskry!
Gdy chodzi o smoki, nie ma czegoś takiego jak bezpieczeństwo. Ukrywam się przed Hordą, żeby przetrwać. Ale pewnego dnia mnie znajdują… ON mnie znajduje. Aeson Noctis, drugi syn króla i mój nowy oprawca. Aeson myśli, że może mnie zmusić do powrotu do Paragon City, wykorzystać i zawłaszczyć sobie moją moc.
Smoki powinny bardziej pilnować, kogo wpuszczają do swojego miasta. Nie jestem żadną marionetką. Szukam odpowiedzi i nie spocznę, póki ich nie otrzymam. Przybyłam tu po zemstę.
Gdy chodzi o smoki, nie ma czegoś takiego jak bezpieczeństwo – wiem to, ponieważ jestem jedną z nich i teraz zadbam, by Horda zapłaciła za to, co zrobiła.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68625-84-4 |
| Rozmiar pliku: | 5,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Za wolno – dyszę do siebie. Zmuszam się do jeszcze większego wysiłku, próbując biec szybciej. Bez skutku.
Nie słyszę, żeby mnie ścigali, ale czas przecieka mi przez palce zdecydowanie za szybko, a odległość między mną a celą, w której mnie przetrzymywali, jest stanowczo zbyt mała.
Poruszam się zbyt głośno i zbyt głośno oddycham. Każdej sekundy syreny mogą zawyć i wtedy się dowiedzą. Zaczną polowanie. Desperacja zamienia każdy mój wydech w mgłę, a klatka piersiowa boli od wysiłku.
– Ruchy, Ever! – rozkazuję sobie, gdy niepokój i strach przebiegają mi po kręgosłupie, błagając, żebym biegła szybciej, dalej, ale jestem tak cholernie słaba i już teraz doprowadzam skatowane ciało na skraj wytrzymałości. Chciałabym, żeby minęło więcej czasu, odkąd ostatnio upuszczali mi krew i bili, aż do tej ostatniej próby ucieczki, która okazała się udana. Gdybym miała szansę dojść do siebie, choć odrobinę wydobrzeć, byłabym w o wiele lepszej sytuacji niż teraz, ale wiem, że nie dostanę już takiej szansy. Teraz albo nigdy.
Płuca mam skurczone i buntują się przeciw rozpaczliwym haustom powietrza, których domagają się moje zanikłe mięśnie. Cztery miesiące temu taki bieg byłby jedynie rozgrzewką. Związałabym włosy, włożyłabym ulubiony stanik do biegania i cisnęłabym na pełnych obrotach przez wiele godzin. I nawet bym się przy tym nie zziajała ani nie spociła. Ale dzięki handlarzom krwi tamte dni minęły i boleśnie sobie uświadamiam, że jeśli zaraz nie wymyślę, jak się stąd wydostać, już nigdy nie wrócą.
Rozglądam się gorączkowo w nadziei, że zorientuję się, gdzie jestem, ale widzę tylko ciemny, niekończący się las. Mogę być wszędzie. Kiedy Spaczeni przenosili mnie w to nowe miejsce, znowu mnie odurzyli. Nie mam pojęcia, po co jeszcze założyli mi opaskę na oczy i szorstki, gruby worek na głowę, ale mimo wszystkich ich środków ostrożności i wysiłków wciąż czuję, że tutejsze powietrze jest inne – gdziekolwiek to „tutejsze” się znajduje. W atmosferze wyczuwalny jest ciężar, napór wilgoci, czego nie było w moim poprzednim więzieniu. Nie żeby ta konkretna informacja w czymś mi pomagała. Zaduch w powietrzu to nie mapa ucieczki, której koniecznie teraz potrzebuję.
Nienawidzę miast, ale oddałabym wszystko, żeby w jakimś się teraz znajdować. W miejscu z ciasno stojącymi budynkami, ruchliwymi ulicami i ludźmi. Gdzieś, gdzie łatwo byłoby skręcić za róg i po prostu zniknąć. Pole namiotowe pełne myśliwych uzbrojonych po zęby i gotowych bronić biednej bezbronnej kobiety też by się nadało. Ale nie mam tyle szczęścia, więc zamiast tego pędzę przez morze wzgórz i gór pokrytych niekończącym się lasem z wysokimi drzewami i połaciami śniegu. Nie ma się gdzie schować. Nie ma gdzie się wtopić w tło ani skulić, przeczekać, aż zagrożenie minie, nie ma gdzie się zaszyć i podleczyć, żebym mogła stawić im czoło.
W skrócie: mam przesrane.
A raczej całkowicie przejebane.
Spokojną noc przecina przeszywające wycie syreny, aż skręca mnie w żołądku.
_Szlag! Czas mi się skończył._
Serce wali mi jeszcze mocniej i błagam kończyny, żeby działały mimo bólu i zmęczenia.
Gdzieś w oddali słychać okrzyki, ale jednocześnie są zdecydowanie za blisko, bo wyczuwam niosący się z wiatrem swój koniec.
Idą po mnie.
Kpiący księżyc wisi wysoko na niebie, gwiazdy oglądają spektakl jak apatyczni widzowie. Wysokie drzewa wokół mnie zaczynają się przerzedzać, gdy pędzę pod górę i przestaję być przez nie chroniona. Każdy mój mięsień pali w proteście.
Może znajdę drogę. Mogłaby zaprowadzić do zaniepokojonego kierowcy, który zdołałby mnie stąd wywieźć na pełnym gazie. Walić pole namiotowe pełne myśliwych, to było marzenie ściętej głowy. Wystarczyłby mi jeden myśliwy, który akurat kręciłby się po tych lasach. Parskam na tę myśl.
Szczęście nigdy nie stoi po mojej stronie, dlatego właśnie przedzieram się przez las i uciekam przed bandą handlarzy krwią oraz Spaczonymi sorcajami, którzy ich zatrudniają.
Jakby sam los chciał ze mnie zakpić, przebijam się przez gęstwinę i wypadam na polanę, gdzie jestem zmuszona wyhamować. I tak po prostu wątła iskierka nadziei, którą bardzo starannie w sobie pielęgnowałam, staje się jedynie smużką dymu wymykającą się z mojej kurczowo zaciśniętej pięści.
Nie ma już okazałych drzew i oszronionego poszycia. Zastępuje je morze gwiazd wtulonych w zimny koc ciemnej, opustoszałej nocy i skaliste urwisko wyciągające się ku nim jak złowieszczy pas startowy prowadzący w nicość.
Pieprzone urwisko.
No jasne, że tak to się musiało skończyć.
Otwieram usta, żeby krzyknąć, wydrzeć z siebie protest, który pewnie i tak zabrzmi jak lament, ale zamiast tego wydobywa się ze mnie śmiech pełen niedowierzania. Wpatruję się w niebo i kręcę głową. Wytrwałam już tyle czasu. Przeżyłam wszystko, co ci Spaczeni skurwiele mi zrobili, co mi odebrali.
W końcu udało mi się uciec, ale ostatecznie zatrzymała mnie sama Matka Natura.
Co za bezduszna suka.
Mój śmiech nabiera histerycznego zabarwienia.
Przyciskam dłoń do ust i wciągam mroźne powietrze nosem, próbując nie tracić gruntu pod nogami i się ogarnąć.
To jeszcze nie koniec.
Spoglądam za siebie na przebytą drogę i gorączkowo szukam rozwiązania, innego wyjścia. Dostrzegam jedynie kropki unoszących się światełek migoczące w oddali. Świecące kule zbliżają się wraz z dzierżącymi je magikami, którzy mnie szukają. Słyszę ich, tych moich oprawców przekazujących sobie wzajemnie rozkazy i położenie, a ich głosy rozszarpują resztki mojego instynktu samozachowawczego.
Umysł otwiera wrota myślom, które powstrzymuję od chwili, gdy razem z Renattą wpadłyśmy w zasadzkę.
Nie pozwolę im się ponownie złapać.
Ani przez moment nie zniosę już tortur, upuszczania krwi i doprowadzania mnie do szaleństwa.
Muszę uciec... w taki czy inny sposób.
W ostatnim desperackim odruchu próbuję wezwać swojego smoka. Przeczesuję wszystkie zakamarki w sobie, szukając jedynej rzeczy, która może mnie teraz ocalić. Po kilku sekundach wiem już, że środki tłumiące, którymi spaczeni sorcaje mnie szprycowali, są za silne. Nie czuję swojego drugiego ja od... nawet nie wiem, jak dawna. I nawet gdyby jakimś cudem udało mi się wyczuć moją drugą połowę, sięgnąć po tę moc, jakiś inny, okrutny kaprys losu już od dawna trzyma ją na łańcuchu i za kratami.
A to wszystko przez klątwę, która pomogła zabić mój lud, moją rodzinę, a teraz, jak się okazuje, zabije również mnie.
Byłam zmuszona patrzeć w niemym przerażeniu, jak magia odbiera mojej frakcji możliwość przemiany w smoki. Patrzyłam, jak moi krewni są jeden po drugim zarzynani jak bezbronne sarenki, a nie jak budzące grozę potężne smoki. Chciałabym móc wczołgać się z powrotem do ojcowskiej szafy, tak jak tamtej nocy przed tyloma laty, i ukryć się przed tym, co dzieje się ze mną teraz, ale to mnie nie uratuje tak jak wtedy. Tchórzostwo ma termin przydatności.
Mając coraz mniej czasu, z frustracji przeczesuję włosy palcami, ale grzęzną w kołtunach i plątaninie moich ognistych loków. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wyglądam. Straciłam na wadze i na masie mięśniowej. Moja jasna cera jest w najlepszym razie kredowo blada, a szmaragdowozielone oczy przypominają pewnie przekrwione sadzawki desperacji.
Chłodne nocne powietrze kradnie z moich kończyn resztki ciepła. Pocieram ramiona, ignorując równiutkie linie blizn, które tam teraz wyczuwam. Jestem brudna. Czarna koszulka na ramiączkach i szorty, które dostałam tygodnie temu, są pogniecione i sztywne od brudu, zaschniętego potu i krwi. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby handlarze krwi wytropili mnie wyłącznie po smrodzie.
– Cholera! – syczę, gdy głosy w oddali stają się wyraźniejsze i bardziej ożywione. Brzmią jak ogary, które właśnie zwęszyły zdobycz.
Przesuwam wzrokiem po majaczącym w oddali górskim łańcuchu, a potem zadzieram głowę w stronę nieba, jakby człowiek z księżyca miał zaraz sięgnąć w dół i wyrwać mnie z tego koszmaru. Ale nie ma dla mnie ratunku. Teraz to sobie uświadamiam. Myślałam, że jeśli uda mi się zbiec, jeśli po prostu pobiegnę przed siebie, to wszystko jakoś się ułoży.
Idiotka.
Byłam tak cholernie głupia.
Nabierając głęboko lodowatego powietrza, zamykam oczy i próbuję uspokoić galopujące myśli. Daję sobie sekundę, moment na opłakanie nadziei, która napędzała mnie przez ostatnie sto siedemnaście dni. Twarze i wspomnienia zalewają mnie nieproszone... moja siostra... mój Nalot.
_Czy wciąż mnie szukają, czy już odpuścili?_
_Czy kiedykolwiek dowiedzą się, co spotkało mnie i Ren?_
Niewidzialna pięść zaciska się na moim sercu, kiedy myślę o wszystkich rzeczach, które miałam zrobić przed śmiercią. Myślałam, że znajdę sposób, by złamać klątwę. Że poprowadzę armię ku sprawiedliwości i dam temu, co zostało z mojego gatunku, możliwość życia poza cieniem, bez cierpienia i smutku. Teraz ta szansa przypadnie innym.
Szloch więźnie mi w gardle na myśl o wszystkim, co utracę, o wszystkim, co mnie ominie.
Nie pozwalam, by emocje zmusiły mnie do przemyślenia tego, co zamierzam zrobić, i odpycham je, zakopuję tak głęboko, jakby nigdy nie istniały. Umacniając swoją determinację, wypuszczam z płuc lęk ściskający mi klatkę piersiową i robię zimny, pokrzepiający wdech.
Nie pozwolę im znów zagonić mnie w kozi róg i złapać.
Nie pozwolę im wykorzystać mnie do schwytania innych.
Potrząsam głową z determinacją, pokrzepiam swoją duszę i cofam się o dwadzieścia kroków, a potem znów zaczynam biec. Wymachuję ramionami i nogami tak zaciekle, jak tylko potrafię. Po moich lodowatych policzkach cicho spływają gorące łzy. Skalista krawędź urwiska zbliża się w zastraszającym tempie, ale ignoruję panikę, która we mnie wzbiera i błaga, żebym się zatrzymała.
– Przepraszam, Enslee – szepczę, gdy ziemia usuwa się spod moich stóp po odbiciu się od krawędzi.
Trwoga gęstnieje w moich żyłach, ale wraz z nią zalewa mnie niespodziewana fala ulgi, a gdy uderza we mnie smagnięcie wiatru, po moim ciele rozchodzi się bezkresny spokój. Przez sekundę mogę niemal udawać, że ten wiatr poniesie mnie gdzieś dalej. Szybuję zaledwie chwilę i w tym krótkim momencie potrafię sobie aż nazbyt wyraźnie wyobrazić, jak by to było przemienić się w potężnego smoka, którym jest mi przeznaczone być.
Moja miękka skóra stwardniałaby, pokrywając się pancerzem łusek. Z pleców wyrosłyby potężne, skórzaste skrzydła, a z ust wysunęłyby się imponujące kły. Mój rozmiar przyćmiłby sam księżyc, a ja podążałabym lodowatymi prądami z powrotem do handlarzy krwią i sorcajów, którzy mnie skrzywdzili, aż w końcu słono by mi za to zapłacili.
Ale nic takiego się nie dzieje. Grawitacja pozbawia mnie tych pobożnych życzeń i brutalnie wpycha z powrotem w rzeczywistość, w której zaczynam spadać. Czuję nadchodzący koniec, a kiedy mój upadek nie przeradza się cudownie w lot, serce mi pęka jeszcze przed uderzeniem o ziemię.
Mój smok jest tak samo uwięziony jak zawsze, ale tym razem może to i dobrze. Może byłoby lepiej, gdyby klątwa zabrała i mnie.
Jeśli miałabym swojego smoka, nawet gdyby objawiła się tylko część mojej mocy, mogłabym to przeżyć, a ja nie mogę tego przeżyć.
Śmierć nie jest ucieczką, na którą liczyłam, ale to też wystarczy. Przynajmniej odejdę w objęciach nieba i wiatru, wiedząc, że inni są bezpieczni. Chronieni.
Wiedząc, że się nie złamałam.
Z krawędzi urwiska, z którego właśnie skoczyłam, dobiegają alarmujące okrzyki. Uśmiecham się na dźwięk ich paniki i zamykam oczy, witając koniec jak dawno utraconą rodzinę, za którą tak tęsknię.
Pieprzyć Spaczonych.
Pieprzyć handlarzy krwi.
I pieprzyć Hordę. Mam nadzieję, że wszyscy ci zdrajcy zdechną w katuszach i pozostanie po nich jedynie pył na wietrze, o którym nikt nie będzie pamiętać.
Groźne skały i ziemia nieubłaganie zbliżają się coraz bardziej. Serce tłucze mi się w piersi tak mocno, jakby zaraz miało się przez nią przebić.
Chciałabym, żeby tak się stało.
Pewnie byłoby to mniej bolesne zakończenie.
Czekam na jeszcze jeden przebłysk życia i obraz bliskich przed oczami, ale nic nie nadchodzi. Widzę tylko bezkresną dzicz i bezlitosny, szyderczy los pędzący mi na spotkanie.
Potem się zderzamy.
I robię wszystko, żeby umrzeć.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------